Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#62684

(PW) ·
| Do ulubionych
Moją pierwsza w miarę stałą pracą w Nowej Zelandii była posada "nocnego" na 24-godzinnej stacji benzynowej. Na początku było nieźle - szef całkiem miły, nie licząc przypadkowych buraków klienci raczej spokojni, w nocy ruch raczej mały, więc nawet mogłem sobie poczytać - słowem luzik. Potem zaczęły się schody.

Pracowałem w systemie 4 nocki pracy/4 przerwy wraz ze zmiennikiem, świątek-piątek. Szef powiedział mi że skoro pracuję w takim 8-dniowym systemie, to chyba lepiej jak będę dostawał pensję co osiem dni a nie co siedem, gdzie musiałby ciągle liczyć ile naprawdę dni przepracowałem (bo istotnie byłoby to 3, 4 bądź 5 dni roboczych na kalendarzowy tydzień). No super ale... zaczynał zapominać płacić. "Oj, wybacz, wyleciało mi... dostaniesz pojutrze". "Sorry... jakoś tak wyszło", "Oj, bo ty masz taki trudny grafik". Niby to nic w porównaniu z ludźmi co nie dostają wypłaty przez miesiące, ale na karku nam siedziała firma windykacyjna i jakiekolwiek opóźnienie spłat groziło paskudnymi konsekwencjami.
W końcu powiedziałem szefowi: "Może po prostu zostaw mi czek pod koniec mojej czterodniówki? Z bólem serca, zupełnie jakbym prosił go o oddanie nerki, ale się zgodził.

Po pewnym czasie (jakimś 1.5 roku) jeden z klientów powiedział mi, że "dzisiaj święto ale on pracuje, lecz przynajmniej dostanie ekstra wypłatę". Fajnie miał, nie? Wspomniałem o tym żartem szefowi: zrobił się czerwony i szybko uciekł ze sklepu. Dopiero później się dowiedziałem, że takie warunki należą się każdemu kto pracuje w święta. Ale szef wychodził z założenia, że skoro o tym nie wiem to nie będę płakał...

Trzecia piekielność związana była z moim zmiennikiem. Przez mój czas pracy przewinęło ich się kilku: mieliśmy między innymi dwóch złodziei, kilku "o, dzisiaj była moja zmiana? Kurde, zapomniałem", jednego pana który po pierwszej nocce się rozpłakał i pracoholika z Indii (miał 3 prace i jeszcze studiował!), który jednakże wrócił do Indii po miesiącu. Największy problem miałem przez jednego Maorysa i wdzięcznym imieniu Rasta. Fajny koleś, nic tylko iść z nim na piwo, miejscowi mu nie podskakiwali ale... miał bardzo "chorowitą" rodzinę.

Najpierw nie zjawił się na swoją zmianę, bo "mama mu zachorowała" - no ok, zajmę jego miejsce, jakoś przeżyję 12-dniową zmianę... tyle że po 12 dniach zachorowała babcia, potem chyba ciotka, co się od babci i mamy zaraziła... Słowem miałem ponad 30 dni zapieprzu bez zmiany. Szef wziął go na stronę, pogroził - Rasta powiedział, że rodziną zajmie się kto inny.
Nadeszło Boże Narodzenie, wypadała zmiana Rasta - jakieś dwa tygodnie przed zaczął kombinować jak te święta ominąć. Zamiast mnie zapytać czy bym się jakoś nie zmienił, zapytał nas wszystkich za pomocą "biuletynu" (zwykły zeszyt A4 gdzie notowaliśmy wszelakie informacje dla ludu) "Kto chciałby mieś święta wolne?" Oczywiście wszyscy by chcieli, lecz szef się nie zgodził. Ale Rasta się postawił i powiedział że "w święta pracować nie będzie". No ja też nie, nie moja zmiana, mam dość krycia jego dupska.

Nadchodzi wigilia, ja w domu przy rybce z rodziną, nadchodzi godzina zmiany i... telefon, wściekły głos szefa "Dlaczego nie jestem w pracy?" Proste, nie moja zmiana. "Ale Rasta się nie zjawił, mam lecieć go zastąpić!" Gość od dwóch tygodni mówi że się nie zjawi, nikt mnie o zastępstwo nie prosił, nie jestem pizza żeby być zawsze na telefon. Wspomniałem niepłacone święta i spóźniające się wypłaty, a także fakt że jestem jedynym człowiekiem, który wytrzymał nocną zmianę przez długi czas bez jakiejkolwiek wpadki". Usłyszałem tylko "Jeszcze zobaczysz..."

Dwa miesiące później szefowi cofnięto koncesje, stację przejął ktoś inny :)

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 515 (553)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…