Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Przygody ze szkołami językowymi.
Z racji wakacji i nadmiaru wolnego czasu postanowiłam zapisać się na intensywny kurs wakacyjny z języka niemieckiego. Poszperałam więc w internecie, telefon w garść i dzwonię.

Szkoła 1.
Odpowiedź na moje pytanie o rozpoczęcie kursu: nooo my nie wiemy... nie wiemy do końca, może od sierpnia.. bo wiee pani.. parę osób jest chętnych. ale to ja nie wiem, to za mało. Nie wieem...

Szkoła 2.
Odpowiedź jak wyżej oraz "kwiatek": to trzeba się dowiadywać. bo to codziennie może się grupa uzbierać! To trzeba dzwonić! To może ruszyć lada chwila, wie pani!
Na moje pytanie ile osób brakuje do tego "lada chwila": noo na razie są dwie (czyli brakuje ok 6 osób :) ).

Szkoła 3.
Nie usłyszałam nic, czego nie słyszałabym w dwóch poprzednich.

Szkoła 4.
Owszem kursy organizuje, nawet z bardzo wymyślnych języków, takie "do wyboru do koloru", ale co z tego, skoro wszystkie poziomy wrzucają do jednego worka (wiem z autopsji - w zeszłym roku chodziłam na norweski, grupa miała być początkująca i "totalnie od zera" a jedyną osobą, która nie miała styczności z językiem, byłam ja).

W żadnej szkole nie zostałam poproszona o jakikolwiek kontakt (telefon, e-mail). Nic. Niby ludzie pytają, niby popyt jest, ale coś ciężko z organizacją i marketingiem. Numer kontaktowy przyjęto ode mnie na moją wyraźną prośbę i sugestię - że może zaczęliby jednak te numery zbierać, bo w takim tempie to poczekamy do października, a wątpię, czy będą ludzie dzwonić co tydzień z tym samym pytaniem. Nie chce im się nawet o ten głupi numer zapytać, jakby te kursy były co najmniej darmowe. A niestety jest sporo chętnych do wyłożenia 5 czy 6 stów za 3-4 tygodnie nauki, tylko niestety nikt tych pieniędzy nie chce.
Ot, paranoja.

szkoły językowe

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (237)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…