Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#73853

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja matka była pielęgniarką.
Zdarzyło mi się, będąc w podstawówce, zachorować na różyczkę. Gdy zauważyłam wysypkę, pojawiającą się na rękach w trakcie lekcji, udałam się do szkolnej pielęgniarki. Po jednym spojrzeniu wezwała woźną i kazała odtransportować mnie do domu, póki ostateczna epidemia się nie zalęgła.
Woźna chwyciła mnie za rękę i do domu przywiodła.
Nie zostałam tam długo.

Co zrobiła moja wspaniała matka?
Uznała, że to uczulenie, ja zmyślam, a ogólnie woźna przyszła nie wiadomo skąd. Następnego dnia - a jakże - ruszyłam posłusznie do szkoły. Rano dostałam porcję wapna i hajda! Pielęgniarka na mój widok załamała ręce. Cała byłam w czerwonych krostkach. Dzieci oglądały mnie zaciekawione.

Znów wróciłam w towarzystwie woźnej. Tym razem matka usłyszała, że w żadnym razie! Ma mnie do szkoły nie wysyłać. Usłuchała, mamrocząc pod nosem, że to uczulenie i pojąc mnie wapnem co 3 godziny...
Od mojego "uczulenia" zaraziło się pół szkoły, zaplanowana "zielona szkoła" nie odbyła się. Krzywo patrzono na mnie, jakbym sama wyrywała się do szkoły w tym stanie...
Po poprzedniej historii zarzucano mi zmyślanie - nie starczyłoby mi wyobraźni na zmyślenie wszystkich wyczynów mojej matki.

rodzina

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (267)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…