Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#77268

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś długo i szczegółowo o układach, kolesiostwie, relacjach sąsiedzkich i braku poszanowania dla pewnych wartości i opinii ekspertów.

Dawno, dawno temu, kiedy to jeszcze ludzie mieszkali pod strzechami, nie było prądu i samochodów, nim zbudowano pierwszą lokomotywę parową i zanim zdradzieckie świnie z Rosji, Austrii i Prus zdecydowały się rozebrać Polskę... ktoś posadził drzewo. Szczęśliwym trafem dzisiaj znajduje się ono przy granicy naszego podwórka. Po naszej stronie :)

W 2014 roku, sołtys oznajmił nam, że energetyka życzy sobie usunięcia gałęzi idących na druty i zajmą się tym do południa dnia następnego.

Po powrocie z pracy zastaliśmy na podwórzu tak grube konary(!), że można by z nich poskładać nowe, sporych rozmiarów drzewo. Zdrowe konary. (Powód tak brutalnego oszpecenia ziomka był zgoła inny niż druty. Obcięli z duuuuuużym zapasem).

Szczęście, że nie obcięli tych "zagrażających" gałęzi przy samej ziemi.
Od tego czasu strzeżemy naszej trzystuletniej perełki jak oka w głowie.

Pewnego dnia, nagle, przestała się do mnie odzywać sąsiadka. Nie odpowiadała na "dzień dobry", nie otwierała drzwi. Ki czort? - se myślę.

A tu po dwóch tygodniach przychodzi list polecony:
Adresat: Piekiełko 14,
Nadawca: Piekiełko 12.

O.o

A w liście:
"Szanowni państwo, wasze ch*jowe drzewo mje wk*rwia, macie je wyciąć, bo jak nie, to do sądu pójdę.
Spie*dalajcie,
Pelagia Sąsiadka".

Tylko, że było to napisane grzeczniej i tak jakoś bardziej urzędowo. Po ustaniu chęci nabicia jej na widły, odpowiedzieliśmy kulturalnie, również listownie (borze iglasty, jakie to śmieszne przez płot pisać listy, zamiast normalnie pogadać, ale skoro kobieta tak chce...) że dziękujemy, ale z husqvarną, to od naszego ziomka z daleka.

I wtedy nawiedzili nas sołtys z wójtem:
"Drzewo jest chore, nie ma to tamto, rżniemy, bo pół gminy zginie za sprawą drania. Dobry wójt da szybko zgodę, zorganizujemy sprzęt i jutro wycinamy skurczybyka! Pani Candela, same korzyści, nawet trochę opału pani odstąpimy, a reszta na ogrzanie sali wiejskiej pójdzie, dla dobra wsi naszej."

Odmówiliśmy.

W związku z tym zalała nas fala listów od sąsiadki, że ona się boi, że jej córka się boi, że jej pies się boi, że jej kury się nie niosą, a dzieci w Afryce głodują przez to cholerne drzewo. Jest suche, jest chore, jest umarte, won mi z tym. I mi zacienia podwórze! (Czy widzenie słońca na północy, to już jednostka chorobowa?)

No dobra, pomyśleliśmy, może ten ich strach jest ważniejszy niż nasza miłość do ziomka drzewa. Może i oni wiedzą coś czego my nie wiemy. Wywróżyli apokalipsę z wnętrzności czarnego koguta albo rozsypali sól...
Trzeba zapytać eksperta od drzew. A nawet trzech.

I wiecie co? Wszyscy stwierdzili jednogłośnie, że drzewo jest okazem zdrowia, jest piękne, mega wartościowe, przeżyje nas wszystkich, ale dla spokoju ducha sąsiadki usuniemy suche gałęzie, uformujemy tak, żeby było mniej czułe na wiatr i będzie wszystko na glanc. Żeby nie było, że się nie przejmujemy.

Na zabiegi pielęgnacyjne wykonywane przez specjalistę, wydaliśmy pierdyliard pesos. Specjalista, łażąc po drzewie, zlokalizował kilka gatunków ściśle chronionych porostów, które zgłosił ludziom od ściśle chronionych porostów.

I tym oto sposobem drzewo stało się nie do ruszenia.

Nasze starania oczywiście spłynęły po sąsiadce i władzy czcigodnej jak po kaczce. Jeszcze przez jakiś czas przychodził spam od sąsiadki, że "ch*j tam jacyś eksperci, ONA WIDZI że drzewo je uschłe, bo ono ma dziurę!!! I wyciąć to w pi*du, ale już!". Tak, w drzewie jest dziupla. Straszna choroba.

Postanowiliśmy, że nie będziemy się dalej z nimi pieścić i napisaliśmy wniosek do gminy o ustanowienie pomnika przyrody. Kryteria wymiarowo-wiekowe ziomek spełnia kilkakrotnie. I nasi eksperci również napisali takie wnioski. I nasz prawnik też napisał taki wniosek.

Odpowiedź?
1. Przyszła po czasie.
2. Pisana na kolanie przez wójta, albo jego przydupasa (do tego powinna zostać zwołana rada gminy)
3. Odmowa.
4. W uzasadnieniu wójt rzecze, że "nie ma mowy, drzewo je uschłe, wszyscy to wiedzo i wcale nie je cenne dla gminy".

A co, moim zdaniem, jest prawdziwym powodem tej burzy? Ano to, że sąsiadka musi zagrabiać jesienią liście. I im na wiosnę pszczoły bzyczą. I dlatego trzeba się pozbyć tak wartościowego drzewa.

Czy wspominałam, że sołtys, wójt i sąsiadka to krewni?

PS. Drzewo oficjalnie stało się nasze, po wyznaczeniu granic, o których wspominałam w tej: http://piekielni.pl/73959 historii. Od tego czasu w sąsiadkę diabeł wstąpił.

PS.2. Specjalista, który usuwał posusz, stwierdził fachowym okiem, że bezpieczna wycinka tego drzewa zajęłaby kilka tygodni. Jak sołtys z wójtem chcieli to zrobić cichcem w jedno popołudnie? Tego najstarsi Indianie nie wiedzą...

A, i drzewo powinien obejrzeć ktoś kompetentny, wycinka nie powinna zależeć od widzimisię wójta. Pachniało to przekrętem na kilometr. No i trzeba jeszcze nadmienić, że nasza gmina ma najmniejszą liczbę pomników przyrody z całego powiatu.

Wiejskie eksperty, psia ich mać.

PS.3. A po nagłośnieniu sprawy...

Pół gminy ma nas za wariatów, bo po co chronić, pielęgnować, ładować hajsy w przyrodę, kiedy można się pozbyć, wyłożyć teren polbrukiem i jeszcze dobre drewno do kominka mieć. Niepojęte.

Za to druga połowa nas szczerze podziwia i kibicuje. Zjawiają się też ciekawscy, podziwiający nasz prywatny cud natury.

Dopóki żyjemy, będziemy cię bronić, ziomku :)

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 402 (454)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…