Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#77701

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zepsuć życie wielkiej grupie ludzi?

Był sobie projekt. Projekt zaangażował masę ludzi (ponad 80) na etapie przygotowania treści - materiałów wytworzono od groma i jeszcze trochę. Materiały przejrzały 2 osoby (za pieniądze, bo to uznani profesjonaliści i za darmo nie będą pracować), i zatwierdziły wszystkie, jak leci, że się nadają do ostatecznej realizacji.

Bardzo zdziwiło to zespół wykonawczy, bo na pierwszy rzut oka widać było, że prawie 1/3 jest do odstrzału, ale kierownik zespołu uznał, że skoro eksperci pobłogosławili, to znaczy, że się jednak nadaje. Zdań reszty zespołu słuchać nie chciał.

Na tym etapie z dużego zespołu wykonawczego wymiksowały się prawie wszystkie dusze, zostawiając kierownika i jedną osobę zależną od niego w każdym calu, która odejść zwyczajnie nie mogła. Kierownik uznał, że zajmowanie się projektem jest lekkie, łatwe i przyjemne (bo przecież on nie ma z tym najmniejszego problemu, więc to nie może być trudne), dlatego realizację całości na wszystkich frontach (rzeczowy, kontaktowy, administracyjny, finansowy itp.) zostawił tej ostatniej osobie. Osobie, której moce przerobowe zwyczajnie nie pozwalały nawet pobieżnie połatać wszystkich dziur, które się tymczasem porobiły i to było widać gołym okiem z drugiego końca korytarza. Próśb o dodanie kogokolwiek do pomocy kierownik projektu nie słuchał, bo co to za fanaberie i "pracują razem i on widzi, że tej roboty wcale nie ma dużo". W ramach dodatku specjalnego - za realizację projektu ta osoba nie miała zobaczyć nawet grosza wynagrodzenia. Nadzór nad całością był sprawowany metodą "jak idzie? - źle - to ma iść dobrze".

Projekt ma ponad rok spóźnienia w realizacji, jeszcze co najmniej kwartał przed nim i nikt nie wie, czy w ogóle będzie skończony, ponieważ wszystkie materiały miała właśnie ta ostatnia osoba - kierownik nie miał nawet kopii roboczej, bo mu niepotrzebna. A ostatnia osoba w poniedziałek przyniosła zwolnienie lekarskie na 4 miesiące. Jak sama powiedziała, nabawiła się ciężkiej nerwicy, a nie chce siedzieć na miejscu, kiedy rozdzwonią się telefony, bo przecież nie widać żadnych efektów pracy. Byłabym bardzo zdziwiona, gdyby jakieś były, bo pamiętam etap przygotowania treści i w samych surowych danych można było utonąć - dlatego włączono w to kilkadziesiąt osób. Osób, które wciąż czekają na wyniki, bo dużo od nich zależy.

Mimo, że mierzi mnie uciekanie w chorobę, kiedy zaczynają się kłopoty, to zapytałam tylko o jedno - dlaczego to zwolnienie nie pojawiło się tak z pół roku wcześniej (bo nerwicę po człowieku było widać już kilka miesięcy temu), projekt zostałby odgórnie przesunięty do kogoś innego i może jeszcze dałoby się to uratować. Wyleczyć chorobę pewnie też byłoby łatwiej, bo pół roku nieustannej pracy ponad siły raczej nie pomogło. "Bo nie lubię uciekać od kłopotów". I teraz pat - choroba nie pozwala pracować, a bez pracy nie zlikwiduje się podstawowego stresora.

I kogo tu winić? Szefa, który wyszedł z założenia, że wszystko jest łatwe, kiedy robią to inni? Człowieka, który próbował, ile mógł, ale sam nie podołał? Czy szefa szefów, bo w końcu Wielkie Władze Firmowe widziały sytuację od samego początku, ale nie reagowały?

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (Głosów: 196)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…