Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#77875

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawia mnie jedno: jak to jest możliwe, że zdecydowana większość ludzi nie znajduje sensu w związkach przyczynowo-skutkowych i nie rozumie, iż pewne efekty są wynikiem pewnych zachowań.

Bardzo często, również na "piekielnych", spotykam się z opinią, że kolejki do lekarzy są dramatycznie długie oraz że nawet będąc umówionym na wizytę, trzeba czekać pod gabinetem godzinę lub dłużej. Problem w tym, że całą masę takich sytuacji wywołują sami pacjenci. W jaki sposób? Spieszę z wyjaśnieniami.

1. Nie przychodzą na umówione wizyty uprzednio o tym nie informując, podczas gdy wystarczyłby telefon tego samego dnia.
Wszystkim wszystko może "wyskoczyć" - choroba dziecka, brak transportu, nadgodziny - ale wykonanie telefonu to jest 60 sekund! Oczywiście, są osoby, które NAPRAWDĘ nie mogą zadzwonić (wypadek, hospitalizacja), ale przeważnie pacjenci całkiem szczerze i otwarcie przyznają, że zapomnieli! Szkoda, bo inny pacjent w tym momencie otrzymuje wiadomość, że termin jest zajęty i nie może skorzystać z usługi. Reasumując: odsyła się potrzebujących pacjentów z kwitkiem, bo ci niepotrzebujący (skoro nie przyszli, to widać nie potrzebowali...) zajęli im termin.

Naturalnie, ci naprawdę potrzebujący zawsze proszą, aby im "dać znać, gdyby coś się zwolniło" - problem w tym, że dziennie rejestracja obsługuje dziesiątki pacjentów osobiście i nawet setki przez telefon. Nie ma możliwości zapamiętania kto do kogo chciał się umówić, o co pytał, a nawet jak się sporządzi notatkę, to w ferworze pracy ciężko telefon wykonać - bo telefon się głównie odbiera.
Oczywiście ma to skutek dużo szerszy: lekarze nierzadko przyjmują w kilku różnych palcówkach medycznych. W jednej ma umówionych pacjentów 12 (na konkretne godziny), przychodzi w sumie 7 osób. Ale lekarz musi być do samego końca, wszak ostatni pacjent w kolejce przychodzi na sam koniec właśnie. Tymczasem, gdyby wiedział, że pacjent nie przyjdzie, że może skończyć wcześniej - to by pojechał do drugiej przychodni, gdzie pacjenci nie są rejestrowani tylko przyjmowani za kolejnością zgłoszenia, więc "koczują" pod gabinetem od paru godzin.

Także zrozumcie: tak, lekarz jest, lekarz przyjmuje, ale lekarz NIE MA wolnych miejsc. Siedzi sam w gabinecie? Ano czeka na umówionych pacjentów, którzy nie raczyli odwołać wizyty. Musi czekać, prawda?

Żeby unaocznić wam jak bardzo to nie jest w porządku dam taki przykład: sprzedajecie telefon. Swój, własny, używany. Ktoś się zgłasza, że chce odbiór osobisty pod sklepem/pocztą/gdzieś tam. Jedziecie o dogadanej godzinie i czekacie, ale po parunastu minutach nikt nie przyjeżdża. Dalej: ta sama osoba dzwoni do was na następny dzień, że przeprasza, bo zapomniała, bo coś tam i chce jeszcze raz się spotkać w wyznaczonym miejscu. Dajecie jeszcze jedną szansę, jedziecie i czekacie. I znów nie przyjeżdża... dacie trzecią szansę? Raczej nie. Ale lekarz MUSI! I potem marnuje swój czas, bo nieodpowiedzialny pacjent się nie zgłasza (i nie, nie ma możliwości wpisania na czarną listę, zbyt dużo ludzi tak robi, zbyt dużo czasu zabrałaby weryfikacja czy na tej liście widnieją...).

2. Nie przychodzą na umówioną godzinę.
Powiedzmy, że w placówce medycznej zapisy są na godzinę. Co z tego, jak pacjent z 18:20 przychodzi o 15:15, argumentując, że właściwie to jest po pracy i w sumie przyjechał wcześniej, bo może się dostanie. Słyszy oczywiście odpowiedź, że będzie musiał przepuścić w kolejce osoby ze wcześniejszych terminów. Ależ naturalnie, pacjent zobowiązuje się czekać... z tym, że za chwilę zgłasza się pacjent umówiony faktycznie na 15:20. Chce wejść do gabinetu po tym z 15:00, ale nasz drogi "czekający" podnosi larum, że on przyszedł wcześniej i koniec kropka, i wchodzi do gabinetu!

Dlaczego recepcja nie interweniuje? Bo często takich sytuacji nie widzi, dowiaduje się post factum, o ile pacjent z 15:20 zgłosi taką sytuację... A potem robi się kolejka, bo przecież "czekający" siedzi w gabinecie i każdy kolejny pacjent zapisany później jest zmuszony tkwić w na poczekalni. Recepcja/pielęgniarki starają się oczywiście w miarę możliwości ustawiać kolejkę według faktycznych zapisów, ale pod samym wejściem do gabinetu, pacjent konspiracyjnym szeptem przekona kolejkowiczów, że "on tylko na pięć minut po receptę" i oni niestety go wpuszczą. Niech mi ktoś powie co wtedy, gdy taki osobnik siedzi w gabinecie 20-30 minut? Siłą go usuwać? Okrzyczeć go jak wyjdzie? Co to zmieni? Już pozamiatane, nie ma jak tego straconego czasu odzyskać... a niech zrobi tak kilka osób (naprawdę, ktoś kto pracował w placówce medycznej wie, że tego się NIE DA upilnować), to mamy opóźnienie dwie godziny.

3. Rejestruje się na wizytę, a robi komplet badań.
Lekarze wykonują różne usługi. Czasem przewlekle leczącym się pacjentom wypisują receptę na kontynuację leków (co zajmuje 5 minut), czasem robią badanie USG (przynajmniej 15 minut), czasem inne badania, które są mniej i bardziej czasochłonne. Pacjent umawia się "tylko na konsultację", więc ma do dyspozycji 15 minut z lekarzem. Ale przychodzi i oprócz konsultacji robi sobie "przy okazji" komplet badań, albo zabieg, albo coś tam. I uwaga, nie każda z tych opcji jest konieczna i pilna - no ale skoro już tu jest to czemu nie, prawda? Siedzi taki ktoś w gabinecie 45 minut powodując półgodzinne opóźnienie dla każdej kolejnej osoby... Naturalnie, jeśli jest możliwość, to się do pacjentów dzwoni i przekłada na późniejsze godziny, ale znów - ten telefon trzeba mieć kiedy wykonać, a jeśli cały czas dzwoni, to się go tylko odbiera.

*wyjątkowy egzemplarz pacjentów przedłużających 15-minutową wizytę do półgodzinnej lub dłuższej to ludzie, którzy do lekarza przyszli poplotkować... jak chcesz się poskarżyć na męża (i to na tyle głośno, że wszyscy poza gabinetem usłyszą o czym mówisz), to idź do przyjaciółki albo - jeśli ta ci nie pomoże - do terapeuty. Dostaniesz całe 45 minut!

Reasumując: szanujmy się ludzie! Ja rozumiem jeszcze, że do trzeciego punktu możecie mieć zastrzeżenia, bo nie każdy wie, co będzie podczas wizyty z lekarzem robił. Ale jeśli wie, że ma zlecenie na USG czy inne badanie, niechże powie podczas rejestracji, zarezerwuje się termin na 20, 30, 40 itd. minut, dzięki czemu i pacjent będzie miał czas w gabinecie, i pozostali pacjenci nie będą czekać, tylko zgłoszą się na swój termin.
A jak komuś się zdarzy, że udało mu się wyrwać z pracy zawczasu, albo ma transport na inną godzinę, to zawsze można przedzwonić i uprzedzić, że się zgłosi wcześniej - bez tego cała kolejka się rozpada i powstaje zator.

No i przede wszystkim odwołujcie wizyty, na które nie macie zamiaru przychodzić! Nie robicie na złość recepcji, bo i tak recepcja pracuje w godzinach otwarcia/rejestracji. Nie robicie na złość lekarzowi, bo on i tak byłby w pracy - w jednej albo w drugiej. Robicie na złość innym pacjentom i... sobie. Kiedyś bowiem możecie zechcieć dostać się do lekarza i przez takich kolejkowiczów, którzy mają termin tylko "na wszelki wypadek, ale może nie przyjdę, jak mi się odechce", dostaniecie termin za miesiąc i będziecie komentować na piekielnych jak to długo na wizytę trzeba czekać.

PS. Zaznaczam, że piszę jedynie z perspektywy placówki prywatnej. Kolejki na NFZ to inna, na szczęście nieznana mi bajka.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (185)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…