Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Jako, że piekielności, które mnie spotykają najczęściej przypominam sobie czytając historie innych użytkowników, dodaję coś od siebie w temacie osób niepełnosprawnych w szkole.

Na samym początku zaznaczę, że często mam styczność z ludźmi chorymi (co opisałam już w poprzedniej mojej historii), tym razem temat z innego miejsca, niż praca.

Studia.

Temat dzieci niepełnosprawnych w szkołach poruszamy tutaj, od kilku dni, ale jeszcze nikt nie opisał dotąd uczelni wyższej.

W grupie ok. 35 osób (gdzie było tylko 2 chłopaków, a reszta dziewcząt) jeden z kolegów był niepełnosprawny. Nazwijmy go M. M. poruszał się na wózku inwalidzkim, do tego miał "przykurcze dłoni - nie wiem, jak się to fachowo nazywa, w każdym razie pchać kółka w wózku mógł tylko jedną ręką, a druga była tak jakby "podwinięta", szczuplejsza i praktycznie bez żadnych mięśni. Co za tym idzie, nie mógł wykonywać nią żadnych czynności, nie radził sobie nawet z odkręceniem butelki wody i innymi podstawowymi czynnościami. Dodatkowo (prawdopodobnie) był opóźniony w rozwoju - mówił woooolnooo, niezrozumiale i często od rzeczy.

Studiowałam dziennie, a zajęcia odbywały się od poniedziałku do piątku w różnych godzinach. Często mieliśmy tzw. "okienka", bo niestety plan był ułożony beznadziejnie, tak więc zdarzało się, że mieliśmy np. ćwiczenia o 8:30 rano, następne zajęcia o 13:00, a kolejne dopiero o 17:00. Tak więc siedziało się na uczelni nie raz całymi dniami w oczekiwaniu na rozpoczęcie następnych zajęć.

Piekielności zaczęły pojawiać się już w pierwszych dniach po rozpoczęciu roku akademickiego. Otóż w czasie "okienek" każdy starał się zorganizować sobie jakoś czekanie na kolejny wykład, więc chodziliśmy do pobliskiej biblioteki lub galerii handlowej. Ot tak, poczytać czy połazić bez celu, byle nie siedzieć bezczynnie pod salą. Początkowo nikt nie odrzucał M., wręcz przeciwnie. Zawsze pchaliśmy jego wózek tam, gdzie się wybieraliśmy i bez marudzenia pomagaliśmy mu dostać się z powrotem na uczelnię. Wydawał się miły, trochę "ciężko kapujący", ale sympatyczny, więc nie mieliśmy nic przeciwko jego obecności.

1. Problemy zaczęły się już po kilku takich "wypadach". Jako dziewczyny fizycznie nie dawałyśmy rady taszczyć chłopa o ok. 180cm wzrostu i niemałej wadze i po godzinie każda miała już dość. Żadna z nas nie była atletką, a wózek z tak pokaźnych rozmiarów "zawartością" był naprawdę ciężki. W związku z tym (może to nieładnie z naszej strony) przed jakimkolwiek wyjściem zaczęłyśmy wychodzić szybciej, niby w pośpiechu albo innym wyjściem - byleby M. nie zdążył nas zaczepić. Oczywiście kiedy M. zauważał, że jakaś grupka nie bardzo ma ochotę wieźć go na "wycieczkę" próbował zakumplować się z innymi dziewczynami, które po kilku dniach dochodziły do takich samych wniosków, co wcześniejsze koleżanki.

Pewnie niektórzy zadają sobie pytania, czemu nikt mu nie powiedział wprost, o co chodzi? Otóż M. od początku znajomości żalił nam się na swój biedny żywot i na to, że nigdy nie miał znajomych, bo każdy odtrącał go przez "inność". A poza tym, powiedzenie niepełnosprawnemu facetowi "ej stary, sory, ale jesteś za ciężki" też nie byłoby do końca miłe i żadna z nas nie miała odwagi nazwać rzeczy po imieniu.

2. M. nigdy nie prosił o pomoc.

Uczelnia była oczywiście przystosowana do osób niepełnosprawnych. Podjazdy, windy, szmery bajery. Nasze zajęcia często były w różnych częściach budynku i wychodząc np. z jednej sali musieliśmy w 5 minut przerwy zdążyć przejść do budynku obok, by zdążyć na następny wykład. Co robił M. po opuszczeniu pierwszej sali? Ustawiał się przy samych drzwiach i czekał aż ktoś go zawiezie pod właściwe miejsce. Bez słowa, a często też w tym czaise wyciągał telefon/kanapkę i czekał, nie odzywając się do nikogo. Nierzadko zdarzało się, że dopiero przy odczytywaniu listy na następnym wykładzie profesor orientował się, że nikt nie "dostarczył" M. Więc w akompaniamencie uwag, jacy to my niekoleżeńscy, jedna osoba zawsze zostawała oddelegowywana w celu przyprowadzenia M. Schodziło z tym kilkanaście minut, a czas zajęć mijał, bo prowadzący nie zaczynał, póki wszyscy się nie zjawili. M. zapytany, czemu się nie przypomina, bo to przecież żadna złośliwość tylko bardziej zapominalstwo z naszej strony, odburkiwał: "no powinniście się przyzwyczaić już". Tak jakby obowiązkiem studentów było przywożenie na wykład innych studentów.

3. Przeszkadzanie w zaliczeniach

M. nie był orłem na naszym kierunku. Kiedy inni mieli np. 2 terminy zaliczeń, on miał szans "do skutku". Wykładowcy zadawali mu naprawdę najbanalniejsze z pytań i bez mała bili brawa, gdy udało mu się odpowiedzieć. W indeksie piątki i czwórki, a wiedzy zero. Dodatkowo, kiedy zaliczenia były pisemne i M. nie mógł liczyć na podpowiedzi od wykładowców (co przy ustnych egzaminach było nagminne), najczęściej oddawał kartkę 5 minut po jej otrzymaniu. Najczęściej pustą. Zasada była taka, że po zakończeniu pisania, trzeba było opuścić salę, by inni mogli się skupić. W przypadku M. skutek był odwrotny, bo kiedy on wyjeżdżał z sali, trzeba było popodnosić z podłogi torebki/plecaki, poodsuwać na odpowiednią szerokość ławki, a dodatkowo jedna osoba musiała wstać, by otworzyć/zamknąć za nim drzwi. Wykładowcy jakoś nie byli chętni do udzielenia choćby raz takiej pomocy. Szum i harmider przy wyjściu M. zabierał ok. 10 minut naszego czasu. O skupieniu można zapomnieć. A jak M. poprawiał oblane kolokwia? Oczywiście ustnie.

4. Akademik

M. mieszkał w akademiku. Na parterze, by nie było problemu z windami, jednak akademik zbudowany był tak, że w segmencie mieszkały 3osoby - jeden pokój 2osobowy i jedna "jedynka", dzielona łazienka i kuchnia.
Od współlokatorów M. często słyszeliśmy skargi, że M. woła któregoś ze współlokatorów, by zrobił mu kanapkę czy podniósł coś z ziemi, bo on sam nie może dostać. Niby nic, ale przy 50 takich prośbach dziennie można było dostać szału. Współlokatorzy skarżyli się również do administracji, gdzie nikt nie mógł nic zrobić. M. co prawda miał własnego opiekuna, ale jego rola składała się tylko z przywiezienia go rano na uczelnię i dostarczenia do akademika po skończonych zajęciach. Nic więcej. Tak więc współlokatorzy zostali przymusowymi niańkami.


Z uwagi na powyższe sytuacje, M. nie lubił nikt. Nie pożyczaliśmy mu notatek - zresztą, nigdy nawet ich nie chciał, bo wiedział, że zaliczenia zdobędzie ustnie z pomocą wykładowców i kontakt był ograniczony do minimum. Do dziś pamiętam sytuację, kiedy M. obraził się na całą grupę i plotkował o naszej bezduszności przez miesiąc, gdy dowiedział się, że jedna z koleżanek robiła parapetówkę i nie zaprosiła go. Koleżanka mieszkała na 6 piętrze bez windy, więc chyba spodziewał się wniesienia go na górę. M. często bywał roszczeniowy i uważał, że "należy mu się".

Dlatego też podzielam zdanie wszystkich, którzy nie akceptują klas integracyjnych i tego typu dobrodziejstw. Ani to potrzebne, ani przydatne. Jesteś niepełnosprawny? Przykro mi, ale nie mam zamiaru traktować Cię ulgowo z tego względu. Tak samo jak nie jest moim obowiązkiem noszenie na rękach moich zdrowych koleżanek, tak samo nie muszę tachać Twojego wózka. Mogę pomóc, ale nie znoszę być do takiej pomocy zmuszana.

PS: M. zakończył swoją karierę studenta po 1 roku, a jego rodzice straszyli uczelnię kuratorium i innymi wynalazkami za min. nie dostosowanie warunków do potrzeb studenta niepełnosprawnego. Co było wierutną bzdurą.

uczelnia

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (Głosów: 222)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…