Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#79780

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z 2010 roku, ale jak czytam niektóre historie porodowe w gazetach i słucham koleżanek, to nic się nie zmieniło.

We wrześniu owego roku, dwa tygodnie po terminie i na dzień przed umówionym wywołaniem porodu, w nocy poczułam skurcze. Ubrałam się, pojechałam. Polecany szpital w moim mieście, z certyfikatami, dyplomami, wyróżnieniami etc.

Zajeżdżamy z mężem, jest godzina 5 rano. Na recepcji oddziału nikogo.

Wołam, pukam, przychodzi zaspana pielęgniarka. Mówię, że rodzę.

"A skąd pani wie?”.

Myślałam, że to żart, więc zaśmiałam się. No dobrze, to ona pójdzie po lekarza. Lekarz pewnie dziesiąty nocny dyżur pod rząd, zaspany, zgniły i zmęczony. Zaprosił do gabinetu.

"Położy się. No rodzi, ale rozwarcie dopiero 4,5 cm. Mogła przyjechać później”.

W tym momencie rzuca okiem na mój rozległy tatuaż: "No, skoro taki sobie zrobiła, to poród nie będzie problemem". Pomyślałam sobie, że straszna wieś, ale za godzinę i tak zmiana, więc co mnie to obchodzi.

No to położyli mnie na porodówce i przyszły: ona - lekarka o wyglądzie dziewczynki ze szkoły podstawowej, bardzo młoda, i ona - położna o wyglądzie czarownicy.

Na początku wszystko grało, ale po kilku godzinach zrobiło się niemiło.

Prosiłam o znieczulenie - zgodnie ze swoim prawem - ale powiedziano mi, że rozwarcie jeszcze za małe. Później przypomniałam, to powiedziano mi, że rozwarcie już za duże ("ojej").

Obyłam się zatem bez znieczulenia, ale koło 10 coś zaczęło być bardzo nie tak. Mówię do tych kobiet (zaznaczam, że kobiet), że jestem odporna na ból i mogą zapytać męża, że zazwyczaj staram się rozchodzić, a nie brać tabletki. Mąż potwierdza. One patrzą na siebie i postanowiły zignorować.

Ból, jaki czułam, był nie do wyobrażenia. Wiedziałam, że coś się dzieje, ale nikt nie słuchał ani mnie, ani męża.

O 11:40 usłyszałam: "Przyj, bo twoje dziecko nie oddycha", więc zebrałam w sobie ostatnie siły i urodziłam syna. Posadzono mnie na wózku inwalidzkim i dano mi go na ręce. Powiedziałam ledwo, żeby go zabrały, bo go po prostu upuszczę... Bo jest coś nie tak.

Odstawiły mnie na salę. Leżałam tam sama. Dyżurkę miałam za ścianą. Zasnęłam. Po 13 zajrzał do mnie mąż i obudził mnie, otwierając drzwi. Powiedziałam mu, że nadal odczuwam bardzo silny ból i żeby poszedł do pielęgniarek po jakiś środek na to. Poszedł. Niestety była niedziela i leciał jakiś bardzo ciekawy serial, więc tylko zajrzały w kartę i powiedziały, że już dostałam i nic się nie należy.

Mąż wrócił z tą informacją, więc postanowiłam - starym sposobem - wstać i rozchodzić ten ból. I tu zrobiło się pięknie... Wstałam, a na podłogę wypadły mi flaki z krwią. Mąż zbladł i, ledwo trzymając się na nogach, pobiegł po te... panie.

Przybiegły wszystkie na raz, pozbierały te flaki w jakieś gary, "żeby lekarz obejrzał", wsadziły mnie na nosze i na blok.

Myślicie, że to koniec? No nie... Jeśli chce Wam się czytać dalej, to...

Pod blokiem prosiłam: "Dajcie mi narkozę. Nie wierzyliście mi cały poród. Mnie naprawdę bardzo boli. Nie chcę już dłużej cierpieć…".

Z boku słyszę: "Pacjentka chce anestezjologa…”, na co ktoś odpowiada: "Ale nie ma…".

No więc na bloku ja ciągle przytomna i pojawia się jakiś starszy doktor. Bez słowa bierze narzędzie przypominające łyżkę do opon, zrywa mi szwy w kroczu i wyskrobuje ze spokojem resztki łożyska, które się nie odkleiło i spowodowało rozległy krwotok. Po policzkach leciały mi łzy, a on spokojnie robił swoje, dodając: "Przecież to nie boli".

Po zabiegu podłączono mnie do aparatu mierzącego ciśnienie i miłe panie powiedziały: "Pani się na nas gniewa, co?”.

Nie odpowiedziałam. Zapytałam tylko o męża. Powiedziały, że nie wiedzą, gdzie jest. Cały czas stał pod blokiem i czekał, ale po prostu bały się mu pokazać, co mi zrobiły.

Ze szpitala wypisałam się trzy dni później na własne żądanie, bo podczas pobytu tam towarzyszyła mi myśl, że mogli zostać sami - mąż i syn. Że to tylko szczęśliwy przypadek, że mąż mnie obudził. Byłam przykryta kołdrą. Nie było widać, że tak mocno krwawię. Jeszcze kilka chwil i byłoby po mnie...

Wypisali mnie komisyjnie. Przyszło 6 osób. W domu leżałam bezwładnie jeszcze dwa tygodnie.

Jakiś czas temu mignęła mi petycja w sprawie poparcia dla zwiększenia płac pielęgniarek i położnych. Wiem, że nie można wrzucać wszystkich do jednego wora, ale nie podpisałam...

[Edit]

W związku z pytaniami o wyciąganie konsekwencji uzupełnię tylko, że szpital wyciągnął konsekwencje wobec lekarki dyżurnej i położnej. Wobec starszego lekarza od skrobanki nie. Nie musiałam nawet składać skargi, a to dlatego, że moja teściowa jest znanym pediatrą u nas w mieście i na drugi dzień po tym dramacie się zorientowali.

Od tego czasu nie zamykały mi się drzwi. A to pani od laktacji, a to dodatkowe badania, bo "babcia się ucieszy", a to zupka mleczna, bo pani mięska nie je. Dlatego się wypisałam. Dość miałam tego fałszu.

Chorowałam później bardzo długo. Nie chcę mieć więcej dzieci. Mój synek idzie w przyszłym tygodniu do pierwszej klasy i tyle lat mi zajęło, żeby w ogóle poruszyć ten temat na jakimkolwiek forum. Nie wystąpiłam o odszkodowanie, bo nie chciałam przechodzić ponownie przez to wszystko na sali sądowej. Ale obie panie ukarano dyscyplinarnie.

Dziękuję za fajne komentarze.

Szpital

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (178)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…