Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#80346

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego jesiennego dnia wydarzył się wypadek. Jadący z naprzeciwka wyprzedzał rowerzystów. Nie było by tu nic piekielnego, gdyby nie fakt, że jeden z dwóch rowerzystów radośnie wyjechał na środek drogi podczas tego manewru.

Widząc jadących z przeciwka rowerzystów, przewidywałem różne opcje – a jednośladom na drogach po prostu nie ufam – to zacząłem raptownie zwalniać, aby dać wyprzedzającemu więcej miejsca na wyprzedzanie i na bezkolizyjne wyminięcie. Przytuliłem się jeszcze bardziej do prawej strony. Wyprzedzający wyprzedza. Rowerzysta wyskoczył mu przed maskę, wyprzedzający go "trafił" i odbił na mój pas – we mnie. Nastąpiło potężne uderzenie, poduszka wystrzeliła a mi na chwilę urwała się świadomość. Odzyskałem ją kilkadziesiąt sekund później.

Zabawne jest to o czym człowiek wtedy myśli – pierwsze co przyszło mi na myśl to: "K*wa, spóźnię się do roboty" i po chwili gdy dotarło do mnie, że auto dalej nie pojedzie o własnych siłach: "Stary mnie zamorduje za samochód" (stary – szef firmy, tak na niego mówimy). Po chwili (która mogła trwać minutę albo pięć – ciężko oszacować w takim stanie) próbowałem się wydostać z auta – nie dało rady drzwiami od strony kierowcy, więc przeczołgałem się do drzwi pasażera. Wyciągnąłem ze schowka dokumenty i papierochy a z podłogi za siedzeniem pasażera jakoś udało mi się wydobyć kurtkę. "Wypadłem" z auta i dopiero wtedy poczułem, że noga boli jak jasna cholera.

Próba wstania z ziemi zakończyła się niepowodzeniem, więc tak siedziałem. Odpaliłem fajkę, zadzwoniłem pod numer alarmowy i przedstawiłem miłej pani sytuację, odpowiedziałem na pytania oraz zaznaczyłem, że sam nie mogę wstać bo chyba mam złamaną nogę. "No ale jakoś pan z tego samochodu wyszedł, nie?" – tłumaczę, że się wyczołgałem a teraz nie mogę wstać. Pani dalej w zaparte: "To pan pójdzie sprawdzić w jakim stanie są inni uczestnicy wypadku i udzieli pierwszej pomocy" – tłumaczę kobiecie po raz kolejny, że nie wiem, nie mogę "pójść" i sprawdzić, ponieważ nie jestem w stanie wstać. "No ale z samochodu pan wyszedł...". Wtedy w uszach mi zamajaczył sygnał dźwiękowy a po chwili na horyzoncie pojawiły się policyjne koguty. Gdy dwa radiowozy były już na miejscu – ja nadal tej kobiecie tłumaczyłem, że nie jestem w stanie wstać a inni uczestnicy mogą być ciężko ranni albo nawet martwi. Wyłuszczyłem jej fakt, że potrzebne są karetki i straż pożarna. W końcu oddałem telefon policjantowi który mnie znalazł. "Pan nigdzie nie idzie" – bezwiednie rzucił policjant i się oddalił. Trzeba przyznać, humor czarny jak dusza satanisty.

Zanim pojawiła się policja, co robili inni kierowcy jadący drogą? Ano wszyscy jak jeden mąż radośnie omijali dwa wraki i połamany rower na środku – poboczem, przez płytki rów, polem a potem znów przez rów i dalej w długą.
A co zrobił drugi rowerzysta? Ano spie*lił. Nie omieszkałem zapytać policjanta skąd oni się tak szybko wzięli – gość z drugiego samochodu zadzwonił bezpośrednio na lokalną komendę.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (180)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…