Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#81091

(PW) ·
| Do ulubionych
O polskiej Służbie Zdrowia było już niemal wszystko... niemal.

Z różnych przyczyn (min. ignorancja rodziców dzieci w żłobku syna, niedoświadczenie młodych rodziców czy olewczy stosunek do pracy niektórych lekarzy) doszło do sytuacji, w której z kataru zrobiło się obustronne zapalenie ucha środkowego i gardła. Niby nic, antybiotyk i musi wyzdrowieć.

Problem w tym, że pierwszy antybiotyk nie pomógł, więc kolejna wizyta i następny "smakołyk". Na szczęście "nasza" pani pediatra, przewidując, że może nie być tak różowo, dała nam skierowanie do szpitala. Skierowanie na zasadzie: jest piątek, gdyby się pogarszało to żebyście nie utknęli na SOR-ze.

No i nie utknęliśmy, akurat trafiliśmy na jakąś magiczną pustą bańkę. Dwie godziny i jesteśmy meldowani.

Pierwszy drobny zgrzyt: Pokój zabiegowy, pediatra dyżurujący bada, zleca pobrania, posiewy itp., mówi, że trzeba założyć wenflon i że oboje rodziców mogą przy tym być, no ok.
No chyba nie ok, bo pielęgniary wypraszają jedno z nas bo nie ma miejsca (pomieszczenie większe od niejednej kawalerki, no ale ja się nie znam). Serce się kraje na korytarzu jak słychać dzikie wrzaski dziecka, ale spróbuj wytłumaczyć rocznemu, rozgorączkowanemu malcowi, że trzeba...

Drugi nieco większy zgrzyt: Sala szpitalna dla trojga dzieci, męża z synem tam dopchano, spoko, rozumiem, brak miejsc. Lekarka wchodzi z nami, pyta pozostałych mam czy nie mają nic przeciwko żeby dwoje rodziców zostało aż maluszek zaśnie. Żadnych sprzeciwów, kilka słów otuchy, one doskonale rozumieją. Uśmiech od lekarki i przypomnienie, że jak synek już się wyciszy, to do rana tylko jedno z nas.

Mąż poszedł się przebrać, ja przebieram Łobuziaka. Przychodzi pielęgniarka i sapie, że musi podłączyć kroplówkę, a tu w najlepsze trwa przewijanie i przebieranie. Ugryzłam się w język, gdyż miałam ochotę już krzyczeć. Wg mnie przewinięcie dziecka i przebranie w piżamkę to normalne czynności zwłaszcza, gdy dziecko jest zapocone, zasikane i (chyba ze stresu) się załatwiło.

Uwinęłam się jak mogłam i podłączenie. Cóż, kroplówka zimna i synkowi niezbyt się podobała. Znów krzyk tym bardziej, że nie mógł przytulić się, na "żabkę" bo ręka musi być w dole. Szybka kalkulacja i nieśmiałe pytanie czy pielęgniarka może teraz odłączyć i podłączyć za jakieś 15 min jak Maluszek zaśnie. Zostałam poinformowana, że to nie koncert życzeń (doskonale to rozumiem, to że nie jesteśmy jedyni też i że o 22 na pewno mają pełne ręce roboty też kumam) i że mam natychmiast opuścić oddział. Na mój nieśmiały protest, że lekarz pozwolił i panie na sali nie mają nic przeciwko, usłyszałam fuknięcie i że za 15 min ma mnie nie być, bo mnie wyprowadzą.

Na szczęście w te 15 min Synek uspokoił się na tyle, że przestał krzyczeć i się wyrywać więc zasmarkana i zapłakana wezwałam taksówkę i z duszą na ramieniu zostawiłam mężczyzn mojego życia w tym przybytku.

Kolejne 2 dni obyło się bez większych zdziwień, no może gruda białego sera dla rocznego dziecka na kolację wzbudziła we mnie większy niesmak.

I w tym miejscu mogłaby się historia zakończyć ale... no właśnie ale.

Środa, mąż po obchodzie pisze, że wychodzą i że wypis po 14. Cieszę się do tego stopnia, że podarowałam klasie karną kartkówkę:) Pół godziny później niemal płakałam, gdy błagałam dyrektorkę o zwolnienie z 3 godzin. Cóż się stało?

Genialny pan zastępca ordynatora wymyślił sobie, że trzeba opróżnić salę, więc na czas oczekiwania na wypis (jakieś 3 godziny), syn zostanie przeniesiony do sali obok gdzie dziecko dosłownie co chwilę wymiotuje, bo ma rotawirusa (wiem, bo rozmawiałam z mamą na korytarzu, poza tym ściany w maluszkowej części są przeszklone na korytarz i między sobą). Nawet pielęgniarki się zbuntowały, i powiedziały, że chyba wstał nie tą nogą. Z mężem zapowiedzieliśmy, że owszem, wyjdziemy z sali ale prosto do domu. Żeby było jeszcze ciekawiej, to dziewczynka z łóżeczka obok, po kategorycznym sprzeciwie matki dostała wypis w trybie super-pilnym i nakaz, niemal natychmiastowego opuszczenia oddziału. Można? Można.

Pakując się, dowiedzieliśmy się skąd na oddziale od paru tygodni panuje noro i rotawirus. Właśnie przez takie przenoszenie dzieci z sali do sali bez większego zastanowienia.
Najlepsze jest to czym tłumaczył swoją decyzję ten pan. Cytując: Tu sraczka, tam sraczka.
Tylko, że my tam trafiliśmy z biegunką po antybiotyku, która nota bene już dawno ustąpiła.

I to ma być człowiek, który decyduje o zdrowiu i życiu małych dzieci...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (199)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…