Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#81644

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj wieczorem rozmawiałam z koleżanką z poprzedniej pracy, która składa pozew przeciwko szefom o niesłuszne zwolnienie dyscyplinarne.

W firmie, w której poprzednio pracowałam zachował się relikt minionej epoki - biblioteka zakładowa. Nie była jakoś świetnie zaopatrzona, ale prenumerowała kilka tytułów prasy branżowej, w tym dwa czy trzy czasopisma poza Open Accessem (a czasopisma w tej branży są naprawdę za drogie na kieszeń mieszkańca naszej części Europy) i co jakiś czas pojawiały się tam pozycje przydatne w pracy mniej lub bardziej bezpośrednio. Nie było przymusu korzystania z tego przybytku, ale był przymus oddania wypożyczonych materiałów.

Koleżance przydarzyła się taka historia, że najpierw trafiła na dłuższe L4 z powodu złamania ręki, co uniemożliwiło jej pracę, potem na jeszcze dłuższe z powodu zagrożonej ciąży, a potem na macierzyński. W sumie wróciła do pracy po ponad dwóch latach. I na dzień dobry dostała dyscyplinarkę za nieoddanie materiałów bibliotecznych.

Siedziałam i sama nie wiedziałam, co mam o tym myśleć. Dyscyplinarka powinna używana tylko w przypadku ciężkiego naruszenia obowiązków pracowniczych, więc w pierwszej chwili podzieliłam wściekłość i frustrację koleżanki. A potem zaczęłam dopytywać o szczegóły tej sytuacji i zrodziły się we mnie wątpliwości.

Koleżanka wzięła materiały o wartości rynkowej ponad dwóch tysięcy złotych - czasopisma zagraniczne (160 zł za jeden zeszyt...), kilka zagranicznych książek i nie oddała ich przez 3 lata (a wg regulaminu, który podpisywaliśmy dostawaliśmy rzeczy z biblioteki na 2 tygodnie). Rzeczy niskonakładowe, drogie, których ponowne zakupienie mogło być trudne i/lub drogie. Jednocześnie te materiały naprawdę mogły być przydatne innym w pracy, bo mieliśmy w umowach obowiązek podnoszenia kwalifikacji. Przyznała się, że zalegała ze zwrotem jeszcze przed pójściem na zwolnienie, a w trakcie tych trzech lat kilkakrotnie obiecywała, że je odda i tego nie zrobiła do dzisiaj. Jej tłumaczenie - "bo to tylko książki i gazety, zresztą, potrzebowałam ich do magisterki".

I teraz siedzę i dumam. W obecnej pracy też mamy obowiązek podnoszenia kwalifikacji i dalszego kształcenia. Firma zapewnia nam - na szczęście tylko elektroniczny - dostęp do bazy pełnotekstowej z kilkoma czasopismami, żebyśmy mieli dostęp do nowinek z branży. Nie wiem, czy jako szef zdecydowałabym się na dyscyplinarne zwolnienie za zaleganie ze zwrotem książek i czasopism.

Z drugiej strony, na pewno byłabym nieziemsko wnerwiona na pracownika, który mnie regularnie zwodzi z rozliczeniem się z własności firmy i korciłoby mnie, żeby mocno kopnąć go w dupę.

Mam przeczucie, że szykuje się precedensowy proces i jakaś kancelaria adwokacka albo radcowska nieźle się obłowi.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (152)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…