Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#81654

(PW) ·
| Do ulubionych
Wspominki z byłej pracy.

Prawie dwa lata przepracowałam w pewnej restauracji. Zrezygnowałam pół roku temu. Powodem był piekielny szef. Większość piekielnych szefów to chamy albo oszuści, mój szef był dokładnym przeciwieństwem. Uczynny, dobroduszny, uczciwy... tylko beznadziejny przedsiębiorca.

Gdy zaczęłam tam pracę, szef zaznaczył, że jest to praca o charakterze nie tylko kelnerki, ale też czegoś w rodzaju menadżera. Ogarnięcie zamówionego towaru, pisanie karty itd. Spoko, nie ma problemu, gości mieliśmy w zasadzie jakieś 3 godziny w ciągu dnia, a ja pracowałam 8,5h, więc na wszystko był czas, a ja jestem osobą dość dobrze czującą się w takich sprawach, wynagrodzenie odpowiednie, do tego napiwki z serwisu, praca 8-17, pn-pt. Marzenie.

Szef jednak okazał się być osobą dość trudną we współpracy, właśnie ze względu na jego anielski charakter i kompletny brak zmysłu do biznesu. Lokal funkcjonował jako tako, bo koncept był dość nietuzinkowy, goście stali od lat, no i ceny niskie jak na tę okolice. Mimo to dzień w dzień rwałam sobie włosy z głowy.

Szef uwielbiał rozpieszczać naszych stałych gości. Do tego stopnia, że rozdawał im połowę lokalu za darmo. Co drugi dostawał codziennie deser lub kawę za darmo. Druga połowa jadła raz w tygodniu za darmo. Wszystko fajnie i pięknie, gdyby ludzie to doceniali, ci jednak zaczęli mieć swoje roszczenia. Niektórzy oburzali się, że jednak czasem każę im za tę durną kawę czy ciasto zapłacić, inni wychodzili sobie bez płacenia czy jakiegokolwiek "dziękuję". Zgłaszałam to zawsze szefowi. Odpowiedź:
- Ach, nieważne, on przychodzi codziennie.

Ta, codziennie. Większość tych ludzi przychodziła co najwyżej 2-3 razy w tygodniu, niektórzy rzadziej niż raz na tydzień.

W lecie robiliśmy własną mrożoną herbatę. Jednej klientce tak posmakowała, że zechciała kupić butelkę na wynos. Pytam szefa, ile policzyć za tę butelkę.
- Daj za darmo, może będzie regularnie kupować.

OK, szef chce, szef ma. Klientka wróciła następnego dnia i poprosiła o kolejną butelkę. No OK, policzyłam jej mniej niż kosztuje butelka coli w większości lokali. A ona ciężko zdziwiona, że ma coś płacić, bo wczoraj było za darmo. Tłumaczę, że to był taki prezent od szefa, bo stała klientka itd., ale ogólnie nie rozdajemy nic za darmo. Foch z przytupem i trzaśnięcie drzwiami. Relacjonuję sytuację szefowi:
- Ojej, a czemu jej nie dałaś za darmo?
- No szefie, jakby to powiedzieć, w restauracji chyba się płaci za napoje i jedzenie, nie?
- Aha...

Jeszcze bardziej od rozpieszczania naszych gości mój chlebodawca uwielbiał rozpieszczać swoją rodzinę. Jego siostra i kuzynka jadły tam kilka razy w tygodniu za darmo. Żeby same... Ale nie, one wpadały z 3-4 koleżankami, z czego każda jadła i piła za darmo, zostawiały po sobie syf i zajmowały najlepsze stoliki w godzinach największego ruchu.

Raz w tygodniu serwowaliśmy pizzę. Nie byle jaką, bo eko, vege, która ponoć zamiast tuczyć odchudzała. Mieliśmy gości, którzy od lat przychodzili raz w tygodniu na tę pizzę. Raz w taki właśnie dzień pizzy wpada siostrunia szefa, biegnie do kuchni i żąda 15 pizz, bo ona właśnie ma jakieś mega ważne spotkanie w pracy, catering nawalił, a taką eko-vege-slimming pizzą można partnerom biznesowym zaimponować. Szefunio rzucił wszystko i robi jej te pizze. Kazał mi powiedzieć gościom, którzy zamówili pizzę, że się skończyła i muszą zamówić coś innego. Muszę dodawać, że większość z nich wyszła oburzona i nie wróciła przez kilka tygodni? Równie oczywistym jest, że siostrunia nie zapłaciła złamanego centa za te pizze warte jakieś 140 euro.

Mieliśmy panią sprzątającą. Starsza pani, znała się z właścicielem od lat. No spoko, fajnie, tylko że pani nawalał już wzrok i kręgosłup, a co za tym idzie, w lokalu było zwyczajnie brudno. Reakcją szefa było zatrudnienie nowej sprzątaczki, co jednak nie wiązało się ze zwolnieniem dawnej. Jedna przychodziła wieczorem, a druga wcześnie rano poprawiała po tej pierwszej.

Jazdy z personelem. Nasz boss był także szefem kuchni. Gotował super, trzeba mu przyznać. Poza tym byłam ja, czyli osoba ogarniająca serwis i bar, drugi kelner na 1/4 etatu, który przychodził tylko w godzinach szczytu i drugi kucharz. Mieliśmy fajnego, włoskiego kuchcika. Porządny, schludny, dobry kucharz. Zwolniony po dwóch miesiącach, bo szef stwierdził, że go nie stać na drugiego kucharza i będzie gotował sam. Po miesiącu zaczął znowu szukać drugiego kucharza, bo sam się nie wyrabiał. I tak w kółko.

Mieliśmy kelnerkę, jak wspomniałam, na 3h dziennie. Laska miała małe dziecko, akurat w godzinach pracy było w przedszkolu. Po jakimś czasie zaczęła wspominać, że jednak potrzebuje czegoś na cały etat, bo dziecko może zostawać na dłużej w przedszkolu. Poprosiła szefa o poszerzenie godzin pracy. Zgodził się, mimo że dodatkowa osoba na cały dzień była kompletnie niepotrzebna. Pół dnia siedziała tam i gapiła się w ścianę albo trzydziesty raz przestawiała napoje w lodówce. Po miesiącu szef ją zwolnił, bo stwierdził, że nie stać go na płacenie jej pełnoetatowej pensji, a głupio było mu zredukować jej godziny do poprzedniego stanu.

Te finansowe samobójstwa nie byłyby moim problemem, bo pensję dostawałam na czas, jednak prowadziły do tego, że co jakiś czas przychodził do mnie i mówił:
- Ach, nie wiem, ile ja tu jeszcze pociągnę z tym lokalem, może szukaj sobie nowej pracy...

Po paru tygodniach pytam:
- No i jak tam, wiesz już coś? Będziesz zamykał?
- A nie, jednak nie jest tak źle.

Krótko przed zakończeniem naszej współpracy właściciel zwolnił jednego kelnera (słusznie zresztą), a na jego miejsce zatrudnił swoją siostrzenicę. Baba jest generalnie materiałem na osobną historię, ale póki co o tym, czemu stała się gwoździem do trumny, w której leżała moja kariera w tym miejscu.

Nie lubiłam jej. Ona mnie też nie. Ja zaciskałam zęby, ona mnie prowokowała, bo wiedziała, że mogę jej naskoczyć.
Mieliśmy jakąś imprezę zamkniętą. Przedłużyła się długo poza godziny naszej pracy, ale OK, ważni goście, dobry utarg, super napiwek. Po imprezie zostało mnóstwo jedzenia. Moja "koleżanka" spakowała sobie większość na wynos. Spytałam szefa, czy i ja mogę sobie coś wziąć (w porównaniu do niej - raczej skromnie, bo dwie małe porcyjki). Z jego strony zgoda, włączyła się jednak jego siostrzenica:
- Ale chyba za darmo jej nie dasz?

Szef, co prawda, nie zażądał zapłaty i nawet zrugał nieco koleżankę za to, że wpada na takie pomysły, żebym miała płacić za odrobinę jedzenia, którą i tak trzeba by wyrzucić. Zabolało jednak, że przy mnie wręczył koleżance 100 euro, oznajmiając, że to za nadgodziny (w jej wypadku - 4h). Panienka wyszła zadowolona, obładowana żarciem, którym można by wykarmić cały akademik pełen głodnych studentów, na koniec obdarzyła mnie złośliwym uśmieszkiem. Na moje pytanie, czy i mi wypłaci od razu za te nadgodziny, zamyślił się, jakby był kompletnie zaskoczony tym pytaniem, po czym odparł, żebym sobie odbiła te godziny, wychodząc następnego dnia parę godzin wcześniej. Sprawiedliwość w chu...

Bezpośrednim powodem mojego wypowiedzenia było pytanie szefa, czy bardzo by mi przeszkadzało przejście na pół etatu, bo jego siostrzenica potrzebuje większej ilości godzin, a jego nie stać na płacenie nam obydwu pełnoetatowych pensji. Nie zgodziłam się. Szef powzdychał, pomruczał i zaczął marudzić, że on chyba przez NAS zbankrutuje. Przez nas. Czyli przeze mnie też. Przemyślałam i następnego dnia poinformowałam go, że nie chcę być powodem jego zmartwień finansowych, więc się zwalniam. Szok i niedowierzanie. Na spokojnie wyjaśniłam mu wszystko, że bardzo lubię i jego, i lokal, ale warunki pracy mnie bardzo męczą, obiecałam doszkolić jego siostrzenicę, aby mogła przejąć moje stanowisko i życzyłam wszystkiego dobrego.
Szef przepraszał, obiecywał zmiany, zapewniał, że jestem jego najlepszym pracownikiem, podporą itd. Mówię więc:
- Wiesz, ja bym nawet nie narzekała i została, ale nie wyobrażam sobie dalszej pracy z X (siostrzenica).
- Aha, no to trudno, szkoda, że odchodzisz.

Cóż, rodzina to jednak rodzina.

Teraz najlepsze. Ostatni dzień mojej pracy. Przynoszę domowe ciasto, coby się ładnie pożegnać. Szef:
- Oooo, masz urodziny?
- No co ty, nie, dzisiaj jestem ostatni dzień, no to chciałam się miło pożegnać.
- Co? Twój ostatni dzień? To dziś? A to przyjdź jeszcze w przyszłym tygodniu, bo obiecałem już X urlop.

Niech tyle starczy za puentę.

gastronomia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (233)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…