Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#82242

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia pewnej imprezy.

W restauracji, w której pracuję, często organizowane są prywatne imprezy typu urodziny, małe wesela, jakieś firmowe kolacje itd.

Ta konkretna impreza to były urodziny jakiejś kobitki. Już w trakcie omawiania organizacji imprezy dało się zauważyć, że pani nie bardzo ma pieniądze na tak wystawną kolację dla ok. 40 osób. Wybrała najtańsze menu, najtańsze wina, poprosiła o podawanie na stoły wody z kranu (bo za darmo) zamiast standardowej mineralnej. Zastrzegła, że ona płaci za jedzenie i wino, a za wszystko inne goście mają płacić sobie sami. Wszystko w bardzo nerwowej atmosferze, siedziała cały czas z kalkulatorem i upewniała się, że nie będzie musiała płacić rachunku na miejscu, tylko wyślemy jej do zapłacenia przelewem.

Dzień imprezy.

Po usadzeniu gości, na wstępie informujemy ich, że za napoje inne niż woda i wino muszą płacić sami. Goście oburzeni, kobieta zażenowana, leci do szefa i pyta, po co my to gościom mówimy? Odpowiedź chyba oczywista, po krótkiej dyskusji okazało się, że pani miała nadzieję, że goście będą pili inne napoje, a my im po prostu na koniec wręczymy rachunki. Taaak. Powodzenia w tłumaczeniu pijanym gościom na koniec imprezy, że muszą zapłacić sami za swoje napoje. Goście oczywiście niechętnie chcieli za cokolwiek płacić ze swojej kieszeni, więc pili głównie wino w dużych ilościach. Po paru godzinach imprezy solenizantka latała po lokalu jak kurczak bez głowy - to do nas, aby już nie podawać gościom wina, to do gości, prosząc, aby już nie pili.

Wspomniałam, że pani wybrała najtańsze menu. To nie jest złe jedzenie, ale no cóż - potrawy bazują na relatywnie tanich składnikach. Goście po zapoznaniu się z kartą serwowanych potraw, pytali nas czy nie mogą zamówić czegoś innego. No niestety nie. Nie tylko ze względu na koszta, bo 1-2 potrawy można wymienić bez szarpania się o kilka groszy, ale ze względu na imprezę po prostu nie mieliśmy z czego przyrządzić innych potraw. Kilka potraw udało się wymienić, inni goście prawie się popłakali (wyobraźcie sobie - towarzystwo pełne Januszy i Grażyn w wieku 40-50 lat, a wybrane menu to tzw. zestaw lekki, bazujący głównie na sałatach, warzywach, lekkich, mało kalorycznych sosach i zdrowo przyrządzonej rybie i kurczaku) - ci ludzie po prostu nie chcieli tego jeść.

Solenizantka była przez cały czas spięta i nerwowa, w końcu doszło do tego, że wybuchła płaczem, powodem okazał się jej partner życiowy, który nawet nie siedział koło niej przy stole, a po kilku kieliszkach wina obłapiał inne panie, swoją drogą bardzo z tego zadowolone.

Sytuację udało się załagodzić, ale pani nie chciała kontynuować imprezy i po deserze poprosiła o rachunek do podpisania. Kwota do zapłaty spowodowała tylko jeszcze większy atak histerii, solenizantka najpierw nawrzeszczała na gości, że wpędzają ją w długi, bo muszą tyle chlać, potem z torebek z prezentami zaczęła wyciągać koperty z pieniędzmi, rozdzierać i liczyć pieniądze. Na koniec z triumfem oznajmiła:

- Wiedziałam! Nawet nie wsadziliście do kopert tyle, aby starczyło na rachunek.

Zapłaciła koniec końców połowicznie kartą, a połowicznie zebraną gotówką i uciekła. A goście? Siedzieli jeszcze 2 godziny u nas, obrabiając solenizantce tyłek.

gastronomia

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (215)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…