Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
poczekalnia
Dysortografie, dyskalkulie, dysgrafie, dyslekcje!

Skąd to się wzięło?

Otóż możecie sobie myśleć co chcecie. Ja twardo stoję na stanowisku, że z LENISTWA!

Od najmłodszych lat byłam bardzo słaba z matematyki. Dziś zapewne byłabym osobą z „dyskalkulią” albo jakimś innym „dysem” który nie pozwala mi opanować matematyki. Ale nie 30 lat temu. Moją „dyskalkulię” opanował tata, który siedział ze mną nad matmą całymi godzinami, gdy trzeba było – waląc zeszytem po łbie (nie do pomyślenia dziś, prawda?) i jakoś te pociągi jadące z puntu A do puntu B i te straszne cotangensy, nie mówiąc już o cosinusach do tegoż bitego łba mi wbił. Orłem nigdy nie byłam. Ale bez problemu zdawałam z klasy do klasy, rozumiejąc przerabiany materiał. A o to wszak chodzi.

A co robi dziś szkoła?

Wspaniała szkoła, integracyjna. Złego słowa nie powiem – rozwój emocjonalny dzieci z Aspergerem, niedostosowanie społecznym, zespołem Downa – na najwyższym poziomie. Ale te „dysy”...

Gdy przeczytałam sms od mojego synka (wówczas kl. 3 SP) „Mama jestem w ałtokaże” zatrzęsło mną i wmiotło pod dywan! Ja, purystka językowa, wychowuję wtórnego analfabetę? Tak być nie może!. Zorganizowałam latorośli dyktanda, codziennie. Takie w rodzaju „siedzi Jerzy na wieży i wcale nie wierzy, że w tej wieży jest sto jeży i pięćdziesiąt jeżozwierzy” itp. Bez sensu ale śmieszne.

I co?

I napotkałam straszliwy wręcz opór materii!. On nie będzie pisał, bo on i tak się nie nauczy bo on ma DYSLEKCJĘ!!! Że co???? Że co ma?? A bo tak powiedziała pani od polskiego! No ja cie ...

Na spotkaniu z panią wychowawczynią i panią od polskiego dowiedziałam się tego samego. Mój syn ma dyslekcję, w związku z czym jego ortografia ( a raczej jej brak) jest oceniany łagodniej o czym syn został poinformowany. Ostrymi słowami wyraziłam mój brak wiary w jakiekolwiek „dysy” oznajmiając, że za moich szkolnych lat „dyslekcja” była leczona czytaniem książek, czytaniem książek, czytaniem książek a w ostateczności pasem w d... i ja w żadne „dysy” nie wierzę!

Pani polonistka się obraziła i oznajmiła, że oto kieruje mojego syna na oficjalne badanie psychologiczne w kierunku dyslekcji (szkoda, że wcześniej sama wydała diagnozę i jeszcze wtajemniczyła w nią syna, który wszak teraz nie musi się starać o nic, bo przecież ma dyslekcję!)

Oznajmiłam latorośli, że albo pisze dyktanda albo tę jego „dyslekcję” wybije mu z głowy całkowity brak komputera, telefonu, tableta i wszelkiej możliwej elektroniki. To go skruszyło, bo choć próbował się bronić, że „pani od polskiego mówiła” to ja byłam nieugięta.

Dziś - po upływie dwóch lat - po „dyslekcji” nie ma śladu. Syn robi błędy ortograficzne w trudniejszych słowach, przeciętnie na poziomie swojego wieku. Do badań w kierunku dyslekcji nigdy nie doszło, bo zgasła taka potrzeba.

Wiem, rodzice muszą dbać o rozwój swojego dziecka. Ale nauczyciele – jako fachowcy – muszą im w tym pomagać. Czemu pani polonistka sama wydała diagnozę i jeszcze poinformowała o niej ucznia a nie poinformowała jego rodziców? Uczeń poczuł się zwolniony od obowiązku nauki a rodzice pozostawiali w błogim przeświadczeniu, że dziecko rozwija się prawidłowo.

Salve „ałtokaże”!

Skomentuj (104) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (228)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…