Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#82472

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolega z inżynierki postanowił zmienić sześć literek przed nazwiskiem na pięć, otworzył przewód doktorski i przymierzał się do zostania doktorem. Pisanie rozprawy szło mu bardzo mozolnie jako całości, ale wyniki cząstkowe chętnie i na bieżąco publikował jako artykuły w prasie specjalistycznej. Summa summarum, na dorobek przeddoktorski składa mu się lepsza grupa publikacji niż niektórzy "wieczni adiunkci" po kilkunastu latach dłubania komunikatów przepychają jako dorobek habilitacyjny. Instytucja firmująca przewód kolegi miała w poprzednim miesiącu uchwalić przyjęcie jego pracy i skierować ją do recenzji. Miała.

Na 3 dni przed posiedzeniem rady do instytutu wpłynął uprzejmy donos o "podejrzeniu możliwości popełnienia przestępstwa plagiatu w publikacjach doktoranta dotyczących tematu X". Oczywiście, bez żadnych konkretów w stylu "to są badania kogoś innego i opublikowano je wcześniej, o, tutaj", bo tych wskazywać w donosie nie trzeba, tylko ogólnikowe stwierdzenie. Donos podpisano nazwiskiem, które koledze nic a nic nie mówi. Nikomu zresztą nic nie mówi.

Tematowi X kolega poświęcił ostatnich 10 lat swojego życia i dobrze ponad 30 artykułów, z których część - zwłaszcza tych publikowanych za granicą - była pisana z kimś innym, bo nasza dyscyplina opiera się już na całym świecie na pracy zespołowej. Ponieważ w doktoracie kolega uczciwie zaznaczył, które wyniki i wnioski cząstkowe były już publikowane, wychodzi na to, że praca też jest splagiatowana i nie można jej zatwierdzić, skierować do recenzji i w konsekwencji dopuścić do obrony. Trzeba wszcząć postępowanie wyjaśniające.

Teraz trzeba powołać osobną komisję, która 1) skontaktuje się z wydawcami wszystkich artykułów, które opublikował kolega i poinformuje ich o "procedurze wyjaśniającej", 2) usiądzie i prześledzi całe piśmiennictwo w danym temacie z ostatnich kilkunastu lat, szukając rzeczywistych oznak plagiatu, 3) jeżeli już jakieś znajdzie, musi wtedy powiadomić o nich prokuraturę. Może też powiadomić prokuraturę, uznając, że to właśnie prokurator ma się tym zająć, 4) niezależnie od tego, przeprowadzi postępowanie wyjaśniające na uczelni, czyli wezwie kolegę do wyjaśnień, zleci przyjrzenie się temu biegłemu prawnikowi itd. 5) po zakończeniu procedury wewnętrznej i śledztwa prokuratorskiego oraz ewentualnego procesu i uzyskaniu prawomocnego wyroku może pracę kolegi albo przyjąć i wreszcie skierować ją do recenzji w przypadku uniewinnienia, albo odrzucić, jeżeli zostanie skazany. Co z tego, że kolega nie plagiatował, skoro do procesu może dojść i tak.

Kolega obliczył całość na jakieś 2 lata przy czarnym scenariuszu, przy białym - pół roku. Niezależnie od tego, koszty całej zabawy pokryje on, ponieważ otworzył przewód z wolnej stopy, czyli instytut może zażądać od niego poniesienia kosztów prac komisji, jeżeli uzna ją za element niezbędny do realizacji etapów przewodu doktorskiego. Kolega już się dowiedział, że instytut na pewno tak uzna. Kwota jest "na razie trudna do oszacowania".

Kolega nie jest ani sławnym naukowcem, ani nikomu tematu nie ukradł, ani na nikim w swoich badaniach nie żerował, ani niczyjego ogólnokontynentalnego biznesu jego praca nie rujnuje, ani przełomem na miarę Nobla nie jest. Ot, kawał żmudnej dłubaniny poznawczej, interesującej w zasadzie jedynie specjalistów. A jednak komuś się chciało facetowi wbić rozgrzany gwóźdź w dupę. I to - najpewniej - za jego pieniądze.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (194)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…