Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#78291

(PW) ·
| Do ulubionych
Tegoroczna majówka ułożyła się wręcz doskonale dla wszystkich, którym płatnego urlopu zawsze mało. Wzięcie trzech dni pozwalało na dziewięciodniowy wyjazd.

My z mężem bardzo lubimy podróżować, ale jako że jesteśmy jeszcze na dorobku, musimy się ograniczać do urlopów płatnych. Dlatego nie przepuściliśmy takiej okazji.

Korzystając z atrakcyjnej promocji, bilety kupiliśmy już listopadzie zeszłego roku. Cena była niezwykle korzystna, ale cel podróży bardzo daleki, więc w wartościach bezwzględnych, bilety były i tak dość drogie - ponad 1500 zł na osobę.

W połowie marca pilnie spotkać chciał się z nami nie widziany od paru ładnych lat kuzyn mojego męża. Okazało się, że bierze ślub i zaprasza nas na niego oraz na wesele odbywające się w sobotę, 6 maja. Mimo że kontaktów właściwie z nim nie utrzymujemy.

Od razu grzecznie poinformowaliśmy, że nie będziemy mogli przyjść, bo już od kilku miesięcy posiadamy bilety lotnicze, na podstawie których w sobotę po południu to my będziemy pewnie właśnie stać w kolejce do odprawy na lotnisku. A biletów kupionych w taryfie promo nie da się zwrócić ani przebukować.

Kuzyn naburmuszył się i powiedział, że jest głęboko zawiedziony, bo rodzina to jednak rodzina i oczekiwał że cała rodzina na jego najważniejszym dniu w życiu się stawi i właśnie po to wziął kredyt by zorganizować uroczystość w tak wielkiej sali. Sali tak ogromnej by pomieściła nawet kuzyna wyrodnego (czyt. mojego męża) który jego nie zaprosił na własny ślub.

PS: Nie zaprosiliśmy go na wesele, bo nie robiliśmy wesela. Ślub wzięliśmy w konsulacie w czasie podróży do wymarzonego miejsca.

PPS: Co trzeba mieć w głowie żeby brać kredyt na wesele po to żeby zapraszać daleką i w praktyce obcą rodzinę?

rodzinka

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (Głosów: 209)

#78272

(PW) ·
| Do ulubionych
Ślub zbliża się wielkimi krokami, w związku z czym poziom stresu jest bardzo wysoki, a rodzinki pokazują pazurki. Najbardziej piekielna jest teściowa. Będzie trochę przydługo, ale co zrobić gdy kobieta ma wyobraźnię? Oto parę jej wymysłów i akcji.

1. SALA

Wraz z Lubym znaleźliśmy sobie salę na wesele wręcz dla nas idealną. Pasuje do nas i klimatu jaki chcemy stworzyć pod każdym względem, a do tego jest niedroga (jak na obecne standardy cenowe). Sama sala znajduje się w parku, wyjście tarasowe jest na jezioro, a wystrój w środku nas urzekł. No i nasza wymarzona data jest dostępna! Cud, miód i malina!
Dla teściowej oczywiście nie.

Zaczęła szukać na własną rękę. Znalazła. Prostą salę z białymi ścianami, żadnym klimatem, a okolica niczym się nie wyróżniała. Ot, sala na komunię może i OK, ale na duże wesele już nie koniecznie. Podstawowym jej "za" było to, iż sala jest tańsza o... 10 zł za osobę... bez możliwości wyboru potraw (sztywne menu), którą mamy w naszej sali.

Walka trwała 3 miesiące. Co chwilę próbowała wpychać nam tą jej "wspaniałą" salę. W końcu się wkurzyliśmy i pojechaliśmy wpłacić zaliczkę i podpisać umowę. Wojna nr 1 wygrana. Ufff...

2. JEDZENIE

Na sali istnieje możliwość zamówienia dodatkowych opcji typu: świnia z rusztu czy stół wędlin. Tym razem pomysłowością wykazał się teść.

Doszedł do wniosku iż mamy zamówić dodatkowo grilla bo on sobie chce zjeść karkówkę. Na szczęście szybko udało nam się zdusić ten pomysł w zarodku. Wytłumaczyliśmy mu, że jedzenia na osobę zamówiliśmy taką ilość, że na bank jeszcze przez miesiąc nie zdołamy tego zjeść, a jak chce grilla to będzie miał całe wakacje na to by sobie zrobić.

Teść uspokojony to wjechała teściowa. Jest ona cukiernikiem, więc od razu wszedł temat tortu. Chwilę wcześniej znalazłam idealny dla nas, który Lubemu także przypadł do gustu, więc od razu pokazaliśmy zdjęcie. I co? I zaczęło się kręcenie nosem, że nie mają tak wysokich foremek, więc będzie niski.

Potem, że matowe jej się nie podobają, a czarny matowy przypomina jej "kapelusz górnika". Na sam koniec smak jej się nie spodobał. Jak to czekoladowo wiśniowy?! Śmietankowo waniliowy i koniec! Bo to drogie, bo bez sensu kombinujemy (?), no i jej się ten pomysł zupełnie nie podoba.

Pomijam już fakt, iż nie cierpię wanilii i wszyscy doskonale o tym wiedzą. Temat wraca gdy ktoś pyta. Najwyżej nie zamówimy u niej, nie robi nam to różnicy, jedynie ona się rzuca i próbuje co jakiś czas namówić nas na zmianę.

3. GOŚCIE

Po długich rozmowach z Lubym doszliśmy do wniosku, iż kuzynów przed 18 rokiem życia nie zapraszamy. Mamy oboje duże rodziny, w których, jak to zwykle bywa, jest dużo dzieci w wieku przedszkolnym/wczesnoszkolnym. W związku z tym ich rodzice za bardzo się nie pobawią a i nam przeszkadzać będą ich krzyki i bieganie, a w godzinach późniejszych ryk i marudzenie ze zmęczenia (animatorka nie wchodzi w grę ponieważ tniemy koszty gdzie się da).

Decyzja podjęta, informacja poszła w rodziny.

Reakcja u mnie: wszyscy są za, nie licząc jednej ciotki (która akurat nie ma prawa się rzucać, ponieważ dzieci są już nastolatkami i zająć się sobą potrafią same, ale postać tej kobiety nadaje się na oddzielną historię, a jej słowa, że nie przyjdzie wywołały u nas jedynie szczęście i ulgę), a u Lubego?

Teściowej pomysł się nie spodobał, więc zbuntowała swoją siostrę i mamę i zaczęła się wielka afera. Że owa ciocia dzieci nie ma gdzie zostawić, bo... uwaga, uwaga... córka - lat 7 - nie lubi zostawać u drugich dziadków (jest po prostu nieprzyzwyczajona - nie ma tam żadnej patologii ani nic i babcia ją oraz jej brata rozpieszcza, nie jest też już zupełnie mała by nie rozumieć że to tylko na jedną noc) i oni w związku z tym nie przyjdą.

Chyba dotarło moje tłumaczenie, że nie muszą zostawać do rana, bo temat ucichł. Zapewne powróci gdy rozdamy zaproszenia.

Kolejną kwestią gości jest rodzina teścia. Teściowa nie przepada za jego siostrą (sprawy spadkowe itp.) i jest na nią śmiertelnie obrażona. I mimo, iż jej mąż jest ojcem chrzestnym lubego to ona ich nie chce widzieć i wyjdzie jak ich zaprosimy.

Tak samo sytuacja wygląda z kuzynką lubego (córką owej siostry). Teściowa się z nią kiedyś pokłóciła i ona wyjdzie jak kuzynka przyjdzie. U swoich rodziców zrobiła aferę roku, ryczała, krzyczała i wyszła jak teść próbował jej wyjaśnić, że tak nam wypada.

Zdarzyło się też, że chcieli dopisywać nam do listy gości swoich dawnych przyjaciół, których od lat nie widzieli i kontaktu z nimi nie utrzymują. Ale lata temu ich córka zaprosiła teściów, więc chcieli byśmy też tak zrobili. Nigdy nawet o tych ludziach nie słyszałam. Nie ma opcji.

4. ŚWIADEK

Od dziecka przyjaźniłam się jedynie z mężczyznami, w związku z czym od samego początku wszyscy wiedzieli, że moim świadkiem zostanie któryś z moich 2 najbliższych przyjaciół. Lubemu nie podobała się opcja dwóch męskich świadków, więc postanowił na swojego wybrać naszą wspólną przyjaciółkę.

Na Wielkanoc teściowej przypomniało się, że posiada jeszcze drugiego syna i jak to tak że szwagier nie zostanie świadkiem? Przecież tradycja! Przecież szwagrowi będzie przykro! Musimy!

No i tu się myliła. Nie musimy. Pomimo tego, że szwagra swego bardzo lubię, mam z nim tematy do rozmów a i na imprezach razem dobrze się z nim bawimy, to jako świadek niestety wiem, że nie ogarnąłby niczego. Świadek ma wiele zadań, a wesele dla niego to dzień i noc pełna roboty.

Zamiast niego jest świadkowa, która wiele nam już pomogła. Bardzo zorganizowana i szczerze uszczęśliwiona faktem podpisywania papierka i dbania o nas i o gości w tym ważnym dla nas dniu. Teściowa urażona ale dała spokój.

Jak widać piekielność teściowej polega na tym, iż uważa ona, że to jej ślub i chce wszystko po swojemu nam przerabiać. Parę gości nie dostało jeszcze nawet zaproszenia ale już wiedzą, że ich nie będzie, łącznie z teściową która wyjdzie - 2 razy.

Została jeszcze chwila do Wielkiego Dnia i parę spraw wisi w powietrzu. Czekamy więc na wielkie *BUM* i kolejne piekielności naszych rodzinek.

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (Głosów: 189)

#78267

~wspolokator21 ·
| Do ulubionych
Z życia w mieszkaniu studenckim

Jest nas czwórka. Dwie dziewczyny (Kasia i Basia) i dwóch chłopaków-Czarek oraz ja. Na powierzchnie wspólne składa się łazienka, kuchnia, mały korytarzyk i korytarz prowadzący do pokoi.I chociaż mieszkanie w dobrej lokalizacji, uciekam z niego zaraz po zakończeniu umowy.Tyle tytułem wprowadzenia.

Rozdział 1

Otrzymawszy pilny telefon od rodzicielki, szybko zaklepałem najbliższe IC do mego rodzinnego miasta. Dosłownie rzuciłem wszystko i wyleciałem na pociąg. Niefortunnie pozostawiłem resztki kurczaka w sosie śmietanowym na blacie- nie zdążył ostygnąć, a miałem w planach zostawić go na dzień następny.

Siedząc wygodnie w pociągu napisałem do moich współlokatorów z prośbą, aby go schowali, zjedli lub wyrzucili jeśli chcą. Odpisali, że nie ma problemu. Kasia powiedziała, że na pewno będzie smaczny.

Był. Dla bakterii. Przez prawie 1,5 tygodnia nikt nie pofatygował się, aby go wyrzucić. Gdy spytałem, dlaczego nie zrobili czego prosiłem? Cytując Basię "To nie jest jej własność, ona tego wyrzucać nie będzie i sam mogłem to schować i umyć, bo moja sprawa na pewno mogła poczekać".

Uświadomiłem ją, że moja pilna sprawa nie mogła czekać i że po niej często zmywałem, gdy wracała sobie na weekend do domu. "Trudno"- prychnęła.

Rozdział 2

Nic nie zapowiadało katastrofy, która nadeszła wraz z rachunkiem za wodę oraz gaz. Wiedzieliśmy, że zarówno jak i Kasia, tak i Basia, będą go zawyżały, bo wiadomo-muszą ogarnąć się dłużej, niż ja z Czarkiem, ale przecież nie będziemy spisywać kto ile kubików pod prysznicem zużył.
Kasia jednak od lutego potrafiła prysznic brać 3-4 razy DZIENNIE.

Na początku, gdy pomarudziłem o to mojej dziewczynie, ta stwierdziła, że to może wina kobiecych spraw, więc przymknąłem na tydzień oko. Gdy jednak po tygodniu to się nie skończyło, spytaliśmy się Kasi, co ona robi, że potrzebuje tyle pryszniców. Odpowiedź była rozbrajająca- bo ona nie czuje się higienicznie, a jako przyszły lekarz musi dbać o higienę. No i jak umyje się wieczorem, to rano jest brudna od bakterii w pościeli.

Dopłaty było blisko 450 zł. Co z tego wynikło? Dramat, ale o tym w rozdziale 3.

Rozdział 3

Matka Kasi dzwoniła do nas z awanturą, że tyle musi dopłacać. Bo to pewnie my to nabiliśmy, a teraz na jej córkę zwalamy. Czarek dobrze już wkurzony, że powiedział mamuśce, iż gdyby jej córka nie moczyła tyła 3 razy dziennie, to by opłaty były niższe i niech i tak się cieszy, że podzieliliśmy to solidarnie.

Co na to Kasia i jej mama? Zaatakowały Czarka, że ten sprowadza swoją dziewczynę na weekend i ona pewnie te rachunki nabijała. Problem był w tym, że dziewczyna mieszkała w tym samym mieście i nigdy u nas nawet prysznica nie wzięła.
Ostatecznie oburzona mamuśka dzwoniła do właściciela. A właściciel do nas, że jego nie obchodzi kto i ile zapłaci, ale jeśli do końca miesiąca nie dostanie zapłaty za rachunki (on za nas zakładał) to wszystkim potrąci to od kaucji.

Ostatecznie z wielką łaską mamuśka, po uprzednich 3 telefonach, że ona tyle płacić nie będzie, wpłaciła należną kwotę.

Rozdział 4

Basia lubiła zostawiać w toalecie notatki, książki i inne pomoce naukowe. Zwracaliśmy jej uwagę, że przez jej rzeczy nie mamy miejsca na głupi papier toaletowy w zapasie jednego opakowania. Miała się poprawić. W końcu Czarek okazał się piekielny, gdy po raz wtóry nie miał gdzie zostawić papieru, mimo wyznaczonej na to szafki, bo zajmowały ją notatki.

Zrzucił więc wszelakie pomoce na mokrą podłogę. Na szczęście mnie ominęło to larmo, gdyż wtedy w domu mnie nie było, a relację z tego zdarzenia znam zarówno z jednej jak i drugiej strony konfrontacji.

Rozdział 5

Kłótnia między Kasią i Basią. Obie znały się wcześniej, wynajmowały pokój razem, bo taniej. Jednak kłóciły się często. I to tak, że doskonale słyszałem to siedząc w kuchni. W końcu obie zaproponowały, żebyśmy z Czarkiem (którego znałem od początku najmu) zamieszkali razem, bo one chcą się ze sobą "rozstać" w sensie mieszkaniowym. Nie poszliśmy oboje na to, więc na nas też wywaliły focha.

Przyznaję, że ja też swoje za uszami mam. Zdarzyło mi się podkraść trochę mleka do kawy, jajko, czy siedzieć z moją dziewczyną w mieszkaniu już po ciszy nocnej.

wynajmujący

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (Głosów: 136)

#78347

~daszka ·
| Do ulubionych
Miałam kiedyś koleżankę, nazwijmy ją Karolina.
Z Karoliną spędziłyśmy w jednej ławce całe liceum, niestety po jakimś czasie kontakt się urwał. Dopiero po kilku latach od zakończenia liceum udało nam się go odnowić dzięki facebookowi.

Któregoś pięknego dnia koleżanka zadzwoniła z prośbą o pożyczkę na pogrzeb matki niebagatelnej kwoty 5 tys.
W tym czasie remontowałam świeżo zakupione mieszkanie i hobbystycznie uczęszczałam do studium filmowego, więc kwota ta skutecznie naruszyłaby mój budżet. Ale, wiadomo, starym przyjaciołom się pomaga. Przelałam koleżance potrzebną kwotę, którą miała zwrócić w ciągu miesiąca. I tu zaczyna się banalna historia...

Mija miesiąc, pieniędzy nie ma. Mija kolejny, nie ma. Koleżanka przestaje reagować na wszelkie próby kontaktu, a ja nie mam za co dokończyć remontu, opłacić szkoły, nawet majonez musiałam zrobić sama, bo nie miałam za co go kupić...

Na szczęście wiem gdzie koleżanka (a raczej jej rodzina) mieszka. Wsiadam w auto i jadę. Drzwi otwiera mi młodszy brat, naświetlam sytuację, brat obiecuje że z nią porozmawia. I rzeczywiście rozmawia, bo ledwo dojechałam do domu, a otrzymałam telefon z wrzaskiem jakim to prawem nachodzę jej rodzinę, że ona biedna zarabia tylko 3 tys. miesięcznie, a wynajmują z facetem mieszkanie i przecież jeść też coś musi... bla bla bla.

Wiadomo, ja opłat nie mam, jeść też nie muszę, energia słoneczna jest w teraz modzie, roślinki się odżywiają przez fotosyntezę to i ja mogę.

Po głośnej wymianie poglądów na ten temat, umówiłyśmy się na spotkanie. Cóż, w opowieści tej piekielnych osób są dwie ;) Przed rozmową z Karoliną spotkałam się z prawnikiem, dodatkowo mój mężczyzna jest oficerem śledczym, więc na spotkanie poszłam uzbrojona w wiedzę i psychologiczne zagrywki. Wysłuchałam wzruszającej opowieści o śmierci matki, o tym że zostawiła niepopłacone rachunki, że dobrzy znajomi nie zostawili koleżanki w potrzebie. Wyraziłam współczucie i rozbiłam dług na raty, prosząc o spisanie stosownego oświadczenia, po czym zaprosiłam ją na piwo. Dowiedziałam się ile zarabia ona, jej facet, że w pracy ma zostać przeniesiona na stanowisko objęte klauzulą poufności, słowem wszystkiego co było mi potrzebne do szczęścia.

Jak można się domyślać Karolina ani myślała spłacać dług. Poczekałam cierpliwie aż minie jej termin ostatniej raty, spakowałam w kopertę wezwanie do zapłaty, osobisty list opisujący całą sytuację z dołączonym numerem telefonu, kopertę opisałam z każdej strony "wezwanie do zapłaty" i wysłałam na adres jej ojca. Jeszcze w tym samym tygodniu odzyskałam swoje pieniądze. Nie, nie od Karoliny. Pieniądze oddał mi jej ojciec, ona nawet nie raczyła pojawić się na spotkaniu i wyjaśnić sytuacji.

pieniądze

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (Głosów: 185)

#78345

(PW) ·
| Do ulubionych
Głupota? Bezczelność? Sama nie wiem.

Moja dobra przyjaciółka wplątała się jakiś czas temu w nieprzyjemną sytuację. Przez znajomych poznała faceta, który się w niej zakochał i nie przyjmował do wiadomości, że ona nie jest zainteresowana. Krótko mówiąc zaczął ją prześladować. Nasze grono znajomych wiedziało o sytuacji, kumple próbowali przemówić facetowi do rozumu, my, dziewczyny, wspierałyśmy koleżankę jak mogłyśmy. Sprawa nie wylądowała na policji tylko dlatego, że koleś się w końcu ogarnął i przestał wypisywać, łazić za nią i zostawiać pod drzwiami dziwaczne prezenty. Ale swoje przeszła, zastrzegła, że kto z nas chce, to może mieć z nim kontakt, ona nie ma nic na przeciwko, ale prosiła, aby nie pakować ją w sytuację, w której będzie musiała się z nim konfrontować.

Wspomniany stalker miał auto dostawcze. Jedna ze znajomych (która wiedziała o tym, że facet prześladował naszą przyjaciółkę), napisała do niej na fb:

- Hej, przeprowadzam się i potrzebuję, kogoś kto przewiezie mi rzeczy. Napisz do X (stalker), czy może mi to przewieźć.

Dziwię się przyjaciółce, że jeszcze chciało się jej tłumaczyć tej małpie, czemu tego nie zrobi. Znajoma niby zrozumiała, a nawet zaprosiła na imprezę pożegnalną w starym mieszkaniu. Przyjaciółka, aby się rozerwać postanowiła wpaść na imprezę. Wchodzi i co widzi? Nie kogo innego jak swojego byłego prześladowcę, rozglądającego się badawczo. Zrobiła w tył zwrot i uciekła z imprezy. Organizatorka imprezy wybiegła za nią. Czyżby, aby przeprosić? Wytłumaczyć, że zapomniała, że zaproszenie ich obojga będzie niezręcznością. Gdzieżby. Zwróciła się nieprzyjemnym tonem do mojej przyjaciółki:

- Co ty robisz, wracaj! X obiecał mi pomóc z przeprowadzką, jeśli ty dzisiaj przyjdziesz i będzie mógł z Tobą pogadać! Nie wystawiaj mnie, bo mi tych rzeczy nie przewiezie!

Zarobiła liścia w twarz.

znajomi

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 311 (Głosów: 321)

#78275

(PW) ·
| Do ulubionych
Służba zdrowia w kolejnej odsłonie.

Uwaga – będzie niesmacznie, dla niektórych może nawet obrzydliwie. Kto nie chce, niech nie czyta.

Po 18 godzinach średniowiecznych tortur i mojego wycia przeplatanego błaganiem o dobicie, Pani Doktor wreszcie doszła do wniosku, że mój syn siłami natury jednak na świat nie wyjdzie, bo nie jest odpowiednio ułożony. W ciągu kolejnego kwadransa, syn wyjęty za pomocą cesarskiego cięcia, jak jako tako pozszywana, na oddziale położniczym zapada cisza (z mojej strony).

Minęło kilka godzin, zapada wieczór. Dziecko, jak to dziecko, gromkim krzykiem zaczyna sygnalizować potrzebę jedzenia. Przystawiam i... nic. Nie ma co jeść. Próbuję na różne sposoby, pewnie nie umiem czy coś, proszę o pomoc. Pielęgniarka pokazuje, tłumaczy, sama przystawia, mały próbuje ssać z siłą odkurzacza i też nic. Syn wrzeszczy jak kilka syren okrętowych razem, ja płaczę, zamiast pokarmu leci krew. Znów proszę o pomoc. Pada kategoryczne polecenie „Wytrzeć krew! Karmić!”. Wycieram, myję, karmię. Efekt podobny czyli żaden. Gehenna trwa dobre kilka godzin. Dziewczyny z mojej sali, których dzieci śpią, zaczynają mieć dość. Nie ma się co dziwić, każda świeżo po porodzie, mniej lub bardziej wykończona. Nie powinnam jeszcze wstawać po operacji, ale nie mam wyjścia. Wychodzę z wyjącym maluchem z sali, wlokę się do pokoju pielęgniarek, błagam o odrobinę jakiegokolwiek pokarmu. Nie dadzą, nie mają, karmić piersią. Siadam pod pokojem pielęgniarek. Po około godzinie mały zaczyna wyraźnie słabnąć, płacze coraz ciszej, coraz ochryplej. Słaniam się na krześle, pies z kulawą nogą się nami nie interesuje. Widzę, że prędzej syn umrze z głodu, niż doczekam się jakiejkolwiek pomocy. W desperacji idę na sąsiedni oddział neonatologiczny, pukam, we łzach błagam o jakiś pokarm dla dziecka. Pielęgniarka lituje się, dostaję malutką buteleczkę mleka dla wcześniaków. Mały ją dosłownie wsysa w siebie i zasypia natychmiast.

Na drugi dzień mówię mamie o tym, co mnie spotkało w nocy. Mama od razu poszła po pielęgniarkę oddziałową i wyłuszczyła sytuację. Reakcja – to niemożliwe! Nieprawda, że nie ma mleka na oddziale! Zawsze jest i zawsze pielęgniarki w takich sytuacjach dają! Ta, pewnie, zwidy miałam. Jeśli nawet tak, to razem ze mną wszystkie dziewczyny z mojej sali, które jak jeden mąż poparły moją wersję.

Nie wiem, jak to się dalej potoczyło. Wyszłam po 4 dniach i więcej tam nie wróciłam. Empatię pielęgniarek z nocnej zmiany zapamiętam do śmierci.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 239 (Głosów: 261)

#78274

(PW) ·
| Do ulubionych
Miesiąc temu miałem stłuczkę. Ot baba nie wyrobiła na zakręcie i walnęła w mój zaparkowany wóz. Sprawa czysta i zamknięta poszło do ubezpieczyciela. Ten wycenił szkody na 900zł i wartość pojazdu na 9500zł.

A gdzie piekielność? Przedłużam obecnie OC i AC, no i ten sam ubezpieczyciel wyliczył mi składkę w oparciu o wartość pojazdu, według niego 14800zł.

ubezpieczalnie

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (Głosów: 201)

#78259

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj będzie o służbie zdrowia.

Kiedy mój synek miał pół roczku, pewnej niedzieli (zauważyliście, że małe dzieci najczęściej zaczynają chorować w weekend? To chyba takie prawo Murphy’ego dla rodziców) zabrałam się za poranne karmienie. Mały raźno gulga mleko aż furczy i nagle chlust! Wypite mleko wraca w tempie przyspieszonym. Umyłam i przebrałam siebie i potomka, zmieniłam pościel i dalej karmię. I znowu chlust! Oho, myślę sobie, coś jest nie w porządku tym bardziej, że rozrywka poszerzyła się o efekty specjalne do pieluszki.

Nie wiem, co zrobić. Łapię za telefon i dzwonię do przyjaciółki, która ma mamę pediatrę. Wyrok telefoniczny: wygląda, jak rotawirus, ale co by to nie było, natychmiast do szpitala, bo małe dziecko odwadnia się błyskawicznie! Pędzę na najbliższego szpitala dziecięcego na SOR. W szpitalu dowiaduję się, że nikt nie przyjmie mojego synka, bo w mojej dzielnicy działa tzw. Nocna i Świąteczna Pomoc Lekarska, czy jak to się tam nazywa.

Lecę tam. Pusto, przyjmuje nas pani doktor, wyglądająca jakby ją ściągnięto z późnej emerytury, ale nie w tym piekielność. Pani doktor lekceważąco macha ręką, eee pewnie coś zjadł niedobrego (?) wypisała receptę i wygoniła nas do domu. Obserwować. Nie pamiętam już nazwy tego leku, ale gdy receptę zobaczyła farmaceutka i dowiedziała się, dla kogo jest ten lek, to złapała się za głowę. Lek był dla dorosłych i dzieci powyżej 12-tego roku życia. Nie kupiłam. Pojechałam do domu i obserwuję. Z „obu końców” malucha dosłownie się wylewa. Nie wytrzymuję, zamawiam taksówkę i znów jadę na SOR zdecydowana przebić się szturmem.

Oczywiście znów próbowano mnie odesłać, ale tym razem zdesperowana zapowiedziałam, że nie wyjdę, póki dziecka nie obejrzy lekarz. Zostałam dopuszczona przed oblicze. Lekarz zbadał synka i w krzyk na mnie! Jestem nieodpowiedzialna! Dziecko odwodnione! Jak mogłam tyle czekać! Przecież to maluszek, one się błyskawicznie odwodniają! Natychmiast na oddział i kroplówka!

Powiem Wam szczerze, że nawet się nie broniłam, sił mi zabrakło. Posłusznie podreptałam na oddział, gdzie spędziliśmy tydzień. To, że mój „rotawirusiak” leżał w jednej sali z dzieckiem z zapaleniem oskrzeli i drugim – z zapaleniem płuc, już pomijam. Może nie mieli miejsc, czy coś.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (Głosów: 211)
Historia dość stara, bo jeszcze z czasów liceum :)

Mając prawie 17 lat i nowe potrzeby, chęć wydawania pieniędzy brała górę nad lenistwem, więc zacząłem szukać jakiejś dorywczej pracy. Grałem i do tej pory gram w orkiestrze strażackiej w mojej wsi (co jest ważne dla historii).

Okazało się, że jest możliwość zatrudnienia się w niewielkiej budce z kebabem niedaleko mojej szkoły. Stawka 9/h plus premia od utargu. Jak na moje standardy to wtedy było całkiem ok. No to dzwonię do właściciela. Zapewniał, że sam sobie wybieram dni pracy, tylko trzeba dać mu znać wcześniej, praca na czarno od zaraz. No to okej, już następnego dnia, a była to sobota, pojawiłem się. Ustaliliśmy wszystko i zaczynam pracę. Współpracownicy byli bardzo przyjemni, szybko ogarnąłem o co chodzi. Ale teraz do piekielności:

1) Szefu ciął koszta na wszystkim. Było naprawdę mało podstawowego wyposażenia, często nie mogliśmy nawet dobrze posprzątać z powodu braku mopa. Tak, nie było nawet mopa. Stoły często się lepiły, bo nie mieliśmy niczego innego, niż stare wiaderko po śledziach, szmatka i woda. A że o braku płynu do naczyń nie wspomnę (a czymś trzeba umyć noże i szczypce).

2) Jak się okazało, jedzenie nieraz walało się w kanciapie (bo spiżarnią tego nie nazwę) po podłodze, a szefu kazał to wszystko wykorzystać, bo inaczej nici z premii.

3) Na pierwszy rzut oka widać było, że warzywa raczej też nie są pierwszej świeżości, ale szef kazał, to trzeba korzystać.

4) Napoje często były po terminie, ale idąc tokiem myślenia szefa: co w lodówce, to się nie zepsuje!

5) Podobno elastyczne godziny pracy, sam wybieram. Jeden weekend tam pracowałem. Powiedziałem szefowi, że nie mogę przyjść następnego tygodnia w niedzielę, bo mam granie z orkiestrą (gdzie jestem jedynym grającym puzonistą) i komunię siostry. Powiedział, że ok. Dzwoni następnego dnia, że wszyscy mają wolne, bo coś tam i mam być. Odmówiłem grzecznie, mówiąc, że mówiłem o tym wcześniej. Zagroził wylaniem z pracy. No cóż, podziękowałem mu :)

Głupio? Mały roszczeniowy szczyl, który powinien brać się do roboty, a nie narzekać? Sorry, ale nie. Nie mam zamiaru dać się wykorzystywać, od rana do nocy zaiwaniać na pełnych obrotach ;)

gastronomia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (Głosów: 175)
Czytając niektóre historie o weselach i dość nieprzyjemnych sytuacjach rodzinnych, uznałem, że dodam i swoją ;)

Mam dziewczynę, a w zasadzie narzeczoną, jesteśmy razem już prawie 5 lat, planujemy ślub i wesele. Mieszkamy też razem już parę miesięcy. Wywodzę się z mocno katolickiej rodziny, jednak sam jestem niewierzący, moja luba także.* Zdecydowaliśmy się więc na ślub cywilny, a że mamy spore pokłady znajomych, to wesele też do małych należeć nie będzie (będzie około 350 osób).

Chodziliśmy po rodzinie, tej bliższej i dalszej. No, oczywiście każdy miał jakieś "ale", bo jak to tak ślub cywilny! Ale tłumaczyliśmy, jaka jest sytuacja i zazwyczaj nie było to tragicznie odbierane. To zmieniło się, gdy przyszliśmy do mojego domu rodzinnego.

Przychodzimy i wiadomo, kawka, herbatka, co tam słychać i inne duperele. Zawsze miałem moich rodziców za ludzi, którzy mnie wspierali i nawet jeśli czasem się kłóciliśmy, to zawsze mogłem liczyć na ich pomoc, czy to słowną, czy też finansową. Oj, jakże bardzo się myliłem.

Podstawowym pytaniem było "a w jakiej parafii macie ten ślub?", albo "ksiądz chociaż dobry będzie? Bo ważne, żeby was dobrze poprowadził." Tłumaczymy, jaka jest sytuacja (moi rodzice wiedzą, że jestem niewierzący odkąd skończyłem 17 lat) i mówimy, że to będzie ślub cywilny na podwórku obok domu weselnego, a potem od razu wesele. Taka skromna ceremonia. I wtem, jak nie hukną! Bo jak to tak robić wesele, mając ślub cywilny, przecież taki ślub nie jest prawdziwy, będziecie żyć w grzechu do końca życia! Zrobili mocną awanturę, grozili wydziedziczeniem, matka się popłakała, ojcu nieomal żyłka nie wyskoczyła, mało brakowało, a by mnie pobił. Chcieli mojej kobiecie zrobić znak krzyża na czole, przed czym ich oczywiście powstrzymałem, bo chcąc nie chcąc takie działanie nie jest zbyt komfortowe dla "ofiary". Zadeklarowali, że ani na ceremonię, ani na wesele nie przyjdą. Oburącz podpisali się też pod tym moi dziadkowie z podobnym efektem, może nieco mniej spektakularnym. Opuściliśmy mój rodzinny dom z popsutym humorem.

Koniec końców wyszło na to, że mojej najbliższej rodziny nie będzie na naszym weselu i najprawdopodobniej długo się nie zobaczymy. Miałem ich za ludzi bardziej rozgarniętych, którzy zrozumieją to. Tym bardziej, że wiedzieli od kilku ładnych lat, że nie mam zamiaru rozwijać swojego życia religijnego. Zrobiło mi się trochę smutno z tego powodu, jednak z drugiej strony to chyba lepiej, niż mieć na dupie kogoś, kto za wszelką cenę będzie chciał mi wpoić religię do głowy ;)

* To, że jestem niewierzący, nie oznacza, że nie toleruję religii. Szczerze, w dupie mam to, w co ktoś wierzy, umiem to uszanować.

Rodzina

Skomentuj (84) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (Głosów: 251)