Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#79301

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam psa. I mam sąsiadkę, która nie przepada za psami. Podejrzewam, że nie przepada za nikim. Wojny ze wszystkimi sąsiadami o nic to norma.

Ostatnio odwiedza mnie Straż Miejska. Za nimi [S]ąsiadka:
[S] - Proszę sprawdzić tak jak mówiłam. Pies sra na balkonie! Leje i to wszystko spływa do ogródka!

Nie mam balkonu...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (244)

#79206

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdzieś przeczytałem, że obecnie więcej ludzi ginie podczas robienia "selfie" niż zabijają rekiny. Wczoraj w to uwierzyłem.

Wyjazd o 2 w nocy do pożaru drewnianego pustostanu. Po dojechaniu na miejsce wziąłem bosak i zabrałem się za rozwalanie przybudówek żeby kolega mógł zagasić ogień. Pracowaliśmy w strefie zadymionej więc mieliśmy na sobie aparaty ODO(ochrony dróg oddechowych).

W pewnym momencie złapałem hakiem za ściankę i szarpnąłem żeby ją obalić. Obaliłem, ale przy okazji wpadłem na idiotę który robił "selfie" ze strażakami w tle.

Nie wiem czy ktoś mu mówił, że jest tam niebezpiecznie i żeby tam nie chodził, ale zastanawia mnie jedno: Jakim bezmózgiem trzeba być żeby pchać się między strażaków do strefy zadymionej tylko po to by zrobić sobie zdjęcie.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (183)

#79200

~Lena25 ·
| Do ulubionych
Drogi debilu, skoro już chcesz zaczepiać w sieci obce, nieświadome kobiety i uskuteczniać podryw w stylu "zrób mi loda w aucie" czy "i tak będziesz mi ssała jaja", upewnij się, że fotka łysiejącego stulejarza, którą najpierw zarzucasz, nie widnieje na LinkedIn i GoldenLine.

Inaczej zapis rozmowy może trafić nie tylko do Twojej firmy, ale, poprzez Facebooka, także do dziewczyny, uczelni i wielu zainteresowanych ludzi postronnych.

internet

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 225 (243)

#79220

(PW) ·
| Do ulubionych
Polak Polaka oskubie i na kilka euro.
Kuzynka niegdyś wyjechała do Wielkiego Europejskiego Miasta na studia. W WEM jest zoo, jedno z największych na kontynencie, a jej studia są właśnie z nim związane. Ponieważ była tam częstym gościem wykupiła sobie karnet.

Co ważne, karnety są tam od 1 stycznia do 31 grudnia, niezależnie kiedy się je kupi i można nich wejść powiedzmy 15 razy. Czyli jeśli w ciągu roku się nie wykorzysta tych wejść, to przepadają. Można jednak do końca ważności je wycofać i odzyskać 75% sumy za pozostałe bilety. Dla zobrazowania normalny bilet (1 wejście) kosztuje powiedzmy 20 euro, a 1 wejście z karnetem 15 euro.

Kuzynka nie wykorzystała wszystkich wejść, zostały jej jeszcze trzy, a że nie miała już potrzeby chodzenia do zoo, to karnet sobie leżał i czekał na zwrot do kasy. Podczas jednej z imprez się o tym wygadała polskiemu koledze "po fachu", który studiował razem z nią i też chodził do zoo, ale już wszystkie wejścia wykorzystał. Finalnie wyszło na to, że kuzynka miała mu ten jeden bilet odsprzedać (jedno wejście za 15 euro), a on jej karnet potem zwróci, aby mogła odzyskać pozostałą sumę za niewykorzystane dwa bilety. Dla studenta 5 euro piechotą nie chodzi, więc nie było nic dziwnego w tym, że kolega chciał skorzystać. Kuzynka zainkasowała 15 euro, karnet przekazała w listopadzie z obietnicą zwrotu przed świętami i papa.

Jak się można domyśleć, karnetu już nie zwrócił.
Za to był bardzo oburzony, że obsługa w kasie nie chciała mu oddać pieniędzy za niewykorzystany bilet, tylko żądała, aby pokazał paragon, bo tylko na jego podstawie mogą dokonać zwrotu. Podobno awanturował się tak, że ochrona musiała go wyprosić z budynku kas.

Skąd kuzynka to wie? Bo "pochwalił się" na swoim FB, z ostro rzucanymi paniami lekkich obyczajów na zoo, kobitki w kasie i ochronę opisując całą sytuację wraz z tą niby bójką. Kiedy kuzynka napisała komentarz, że nie ma w tym nic dziwnego, że odmówiły wydania pieniędzy za skradziony karnet, to ją zablokował :)

Polacy zoo

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (176)

#79178

(PW) ·
| Do ulubionych
Hobbistycznie dorabiam sobie jako koordynator imprez paintballowych. Osobom zainteresowanym organizacją takiego wydarzenia zapewniamy sprzęt, czyli markery, kulki, kombinezony, itp. oraz miejsce, w którym można rozpalić jakiegoś grilla/ognisko i oczywiście się postrzelać. Do moich zadań jako koordynatora należy zapoznanie uczestników zabawy ze sprzętem oraz poinstruowanie ich o dosłownie kilku zasadach, które MUSZĄ przestrzegać. Niestety dla większości nawet te kilka zasad to za dużo. Umowa podpisana przez wszystkich uczestników przed rozpoczęciem gry. A co to jest umowa...?

1. Marker można odbezpieczyć dopiero po dotarciu do zabezpieczonego obszaru przeznaczonego do gry. W praktyce wygląda to tak, że po zakończonej grze wybiega taki gieroj i dla beki zaczyna strzelać w stronę swojej dziewczyny, która ubrana jest jedynie w krótką mini i obcisły top. Akurat w tym przypadku skończyło się na wybitym oku i pozwie, gdyż to była nasza wina.

2. Na terenie gry nie wolno ani na sekundę ściągać maski. Powtarzasz to ze sto razy a i tak zawsze się znajdzie jeden z drugim, którzy będą mieli cię w dupie. I wybiega potem taki z bojowym okrzykiem na ustach na środek areny machając maską jak opętany i zgarnia kulkę prosto w oko. I tak znowu pozew...

3. Na samym początku ostrzegamy, że trafienie z kulki boli i bardziej niż na pewno zostanie po nim solidny siniak. Proponujemy też by nie strzelać do siebie z odległości mniejszej niż 2 metry. Praktycznie pod koniec każdej gry ktoś przyjdzie się pożalić, że ma siniaka. Ojejku... Bym zapomniał, w tej sprawie również był pozew :)

4. Zniszczenie sprzętu = opłata za naprawę. Co prawda może się zdarzyć wypadek. Ktoś się niefortunnie przewróci i coś w markerze się uszkodzi, piasek zatrze mechanizm, itp. Zdarza się jednak, że ludzie celowo psują sprzęt. Jeden facet był tak rozochocony swoim celnym strzałem, że zaczął z całej siły uderzać markerem o drzewo a na koniec cisnął nim do pobliskiego stawu. Oczywiście on nic nie zepsuł, to nasza wina. I tak prawie za każdym razem.

5. Alkohol. To akurat nie jest zabronione, ale ostrzegamy, że mocno wstawionych na arenę nie wpuszczamy. Jesteśmy wyrozumiali i nie robimy problemu o dwa piwka, ale jeśli widzimy, że ktoś opróżnia już drugi czteropak to halt nie ma gry. Tym bardziej, że to pijani najczęściej łamią w/w zasady.

A teraz dwie krótkie anegdotki o tym jaka to emocjonująca rozrywka.

1. Grupka nastolatków grała pierwszy mecz na zasadach capture the flag. Po zwycięstwie drużyny niebieskiej wywiązała się malutka kłótnia. Skończyło się na 6 mocno pobitych osobach, czterech karetkach i dwóch radiowozach :D

2. Ponownie pierwsza gra. Tym razem faceci w wieku od 30 do 45 lat. Zasady free for all. Dwóch z uczestników postanowiło stworzyć sojusz. Reszcie się to nie spodobało i też się pokłócili. Na szczęście w tym przypadku nie było potrzeby interwencji służb porządkowych, ale panowie tak się na siebie obrazili, że porzucili grę i rozjechali się do domów. Byli przy tym tak mili, że wszystkie kiełbaski i piwa przygotowane na imprezę podarowali nam :)

Kocham moje hobby.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (178)

#79209

(PW) ·
| Do ulubionych
Trochę czasu minęło, ale wzięło mnie na oglądanie zdjęć i przypomniała mi się historia o piekielnej pseudowizażystce, której prawie udało się zniszczyć moją studniówkę.
Jako dziewczę niedoświadczone nie umówiłam się na makijaż studniówkowy z odpowiednim wyprzedzeniem, toteż w żadnym z nielicznych studio w mojej mieścinie nie było już wolnych miejsc. Mea culpa, ale od czego jest OLX? Spośród wielu ofert domorosłych wizażystek znalazłam coś, co wydawało się być najbardziej okej- cena dość wysoka, ale pani twierdzi, że zajmuje się makijażem i fryzjerstwem od kilku dobrych lat, ma certyfikaty potwierdzające kwalifikacje itd. Napisałam do pani, ma wolny termin, super! Dla pewności wysłałam jej zdjęcie makijażu, który chcę aby mi zrobiła- no problem, damy radę, co to dla mnie.

Od tamtego dnia spałam spokojnie, aż w końcu nadszedł długo wyczekiwany dzień studniówki.. I, jak się okazało już z samego rana, piekielności ze strony pani makijażystki. SMS- musimy przełożyć na późniejszą godzinę- pani wypadło coś mega ważnego. Już zirytowana, bo przełożyła z 11 na 15, a o 18 musiałam być na miejscu, ale co miałam robić, sama wtedy w makijażu nie siedziałam więc nie byłabym w stanie się pomalować tak, by być zadowoloną. No nic, stawiłam się u pani punkt 15, a tu zonk- pani nie ma, otwiera mi jej mama.

O 15:30 zjawia się pani, zaczyna opowiadać o tym jak to spotkała koleżankę w drodze z biedronki, no i ta fajna promocja była i w ogóle, tyle ludzi na mieście a ona wybrała się spacerkiem bo ładna pogoda. Brewka mi drgnęła, bo malować mnie zaczęła o 16, ale myślę sobie- oddychaj, zdąży, w końcu dwie kreski na oku to nic skomplikowanego... Jakże się myliłam...

Baza- ale po co? Korektory? Mam cerę trądzikową i bez korektora ani rusz? Nieważne! Podkład- drogi i fajny, ale co z tego jak zbyt ciemny? Każę jej poprawić, upiera się, że jest dobrze. No tak, z córki młynarza stałam się soczystą pomarańczką. Ostatecznie zgodziła się rozjaśnić. Ciśnienie rośnie. Przechodzimy do oczu, jej zadaniem było namalować mi kreskę na powiece czarnym eyelinerem i tuż nad nią drugą kreskę- srebrnym eyelinerem. Oho, nie da się! Dlaczego? Pani profesjonalistka certyfikowana nie ma eyelinerów, ma tylko czarną kredkę, ale to chyba to samo, no i co ja wymyślam jakieś srebrne kreski, po co? Ano po to, że tak chcę i podobno miało nie być problemu.

Skończyłam z czarną, krzywą kreską nad samą linią rzęs, bez wyciągniętej jaskółki i odrobiną szarosrebrnego cienia na powiece. Ale, ale. Oczy to też rzęsy i brwi, nieprawdaż? Wg pani wizażystki naturalne brwi to cienkie czarne kreski nad oczami, notabene rysowane tą samą kredką, co kreska na oku, a rzęsy koniecznie muszą być posklejane (zrobiłam sobie zdjęcie na pamiątkę i dla przestrogi innych- trzymam je do dziś). Koniec końców i brwi i rzęsy malowałam sama, a co się nawykłócałam o doklejenie sztucznych rzęs... Chyba bardzo zirytowałam swoją niewdzięcznością biedną panią, bo gdy w końcu mi je przyklejała, to strasznie trzęsła się jej ręka. Szczęście, że nie trafiła mnie w oko bo tak jak makijaż na klauna byłam w stanie poprawić, to czerwonego oka nijak nie mogłabym zatuszować.
Żeby było śmieszniej, pani zażądała zapłacenia sobie 150 zł za makijaż - mój śmiech słyszał chyba cały blok, w którym mieszkała.

makeup pseudoprofesjonalistka

Skomentuj (70) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (181)

#79278

(PW) ·
| Do ulubionych
Trudno mi było uwierzyć w historię jaką opowiedział mi ostatnio znajomy, ponieważ jednak nie miał on nigdy skłonności do fantazjowania i koloryzowania rzeczywistości, uznałam ją za autentyczną.

Ów znajomy jest singlem od jakiegoś czasu mieszkającym i pracującym w Czechach - tam prowadzi działalność gospodarczą. Niedawno skontaktował się z nim polski urząd skarbowy w sprawie jego rezydencji podatkowej. Kolega przesłał dokumenty poświadczające opłacanie podatków i składek w kraju nad Wełtawą, a także wykazał, że obowiązki służbowe zmuszają go do przebywania w Czechach niemalże przez cały rok (ważne ze względu na rezydencje podatkową).

W odpowiedzi skarbówka zażądała udokumentowania mieszkania w Czechach oraz informacji jak często znajomy przebywał w Polsce. Nieco zdumiony, ale nie podejrzewając nic złego znajomy przesłał odpowiednie papiery oraz poinformował US, że w Polsce przebywał kilka razy w ciągu świąt czy długich weekendów.

Ponadto przez kilka tygodni przyjeżdżał do Polski na każdy weekend ze względu na stan zdrowia ojca. Z powodu tych wyjaśnień urząd uznał, że centrum interesów życiowych znajomego jest w Polsce, dlatego nie stracił on polskiej rezydencji podatkowej, wyliczył zaległy podatek z odsetkami i nakazał jego zapłatę.

Kolega podparł się porozumiem między naszymi krajami o unikaniu podwójnego opodatkowania jednak skarbówka podtrzymała swoje stanowisko.

Skończyło się na wynajęciu prawnika i próbach udowodnienia, że nie jest się wielbłądem. Pozostaje mieć nadzieję, że cała sytuacja wynika z piekielności tego konkretnego urzędu skarbowego i braku kompetencji osób tam zatrudnionych, a nie faktu, iż państwo polskie zaczyna szukać pieniędzy w absurdalny sposób.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (242)

#79204

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak pisałem jakiś czas temu, moja pani nabyła mieszkanie w nowym bloku, na nowym strzeżonym zamkniętym osiedlu. Dzisiaj część o piekielnych sąsiadach.

Piątek, któryśtam. Dzwoni Luba, że próbuje się do niej dodzwonić "zarządca" ale ona jest w trasie i nie może rozmawiać, prośba żebym ja to załatwił. Dzwonię. Pan po chwili namawiania i przekonywania że może mi udzielić informacji, mówi że pod naszym balkonem leży "ok 300 niedopałków" i mamy to posprzątać.

Mieszkanie mamy na 2 piętrze (z trzech), środkowe drzwi. My nie palimy. Imprez u nas było w ciągu pół roku może z sześć? Tam palą dwie osoby, ale mamy popielniczkę dla nich na balkonie i tam sobie "kiepują" czy jak to się mówi. Więc informuję szanownego "zarządcę" że to nie nasze, bo my nie palimy itd. Na co słyszę odpowiedź: "ja rozmawiałem ze WSZYSTKIMI sąsiadami w Państwa klatce i oni WSZYSCY wskazali na Państwa". Aha. Powiedziałem że nie będę po kimś sprzątał i jak ma z tym problem to niech to poruszy na zebraniu.

Z ciekawostek - po tygodniu miałem trochę wiedzy o paleniu w klatce. Sąsiad "pod" nami, sąsiedzi z prawej i fachowiec z góry - palą i (widziałem!) wyrzucają pety na trawnik. Tak ciężko kupić popielniczkę? No bo o przyznaniu się nawet nie mówię...

P.S. na zebraniu doszło do konfrontacji - "przecież myśmy na was nic takiego nie mówili".

Blok osiedle sąsiedzi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (193)

#79154

(PW) ·
| Do ulubionych
2 tygodnie urlopu planowane już od tamtego roku.

Zrobiłam rezerwację w Zakopanem, o który postanowiliśmy "zahaczyć" po drodze jednośladami. Miejsce na uboczu, w domku, w którym już wcześniej byłam. Jedna z "willi" w okolicach Oberconiówki.

Właścicielka była bardzo miła, widoczek ładny, ludzi mało; zatem wiedziona wspomnieniami już w kwietniu dokonałam rezerwacji oraz zapłaciłam zadatek w wysokości 20 zł bo wiem, że Zakopiec ogólnie jest zawsze oblegany. Wyjazd mamy 31 lipca i tegoż dnia planowaliśmy się tam zatrzymać.

Teraz "na gwałt" szukamy czegokolwiek. Powód?

Oddzwoniła PRZEMIŁA WŁAŚCICIELKA, że odesłała zadatek na moje konto, bo jej kuzynka z dziećmi przyjeżdża i ona jej wynajmie nasz dwuosobowy pokój, bo resztę ma już od dawna zajętą.

No myślałam, że szlag mnie na miejscu trafi. Nie będę tu przytaczać jakimi słowami jej odpowiedziałam.
I na pewno nie zamierzam tego tak zostawić.

Nawet jeśli udałoby mi się "odzyskać" rezerwacje, to i tak nie skorzystam, niech się pie...lą.

noclegi

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (188)

#79160

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w sklepie odzieżowym, mającym w swojej ofercie też artykuły do domu, zabawki, słodycze etc.

Piekielne sytuacje są powodowane głównie przez klientów, którzy nagminnie śmiecą, brudzą i niszczą towar.

1) Zostawienie po sobie "pamiątek". Ulotki, stare paragony, skórki po owocach, brudne chusteczki higieniczne, podpaski upchane w kosze z towarem to norma. Hitem było znalezienie przez nas zamkniętego kubka termicznego z melisą w koszu z majtkami. Ok. Zdajemy sobie sprawę, że to raczej zapomniany fant, pozostawiony przez pomyłkę. Albo ktoś dba o nasze nerwy.

2) Gumy do żucia. Na panelach, w przymierzalni, na meblach, pod meblami. No i oczywiście w koszach z towarem. Na części sklepu mamy wykładzinę. Nagminnie znajdujemy wdeptane gumy, które oczywiście już nie mamy szans wyczyścić.

3) Przymierzanie towaru. Pod przymierzalnią jest metalowa rama z informacją, aby tam odkładać ubrania. Notorycznie ludzie zostawiają naręcza ubrań w przymierzalni, zwinięte w kulkę na taborecie lub leżące na ziemi. Bez wieszaków, wywrócone na lewą stronę, czasami pobrudzone podkładem do twarzy albo jakąś trudną do zidentyfikowania substancją.

Nie dość, że niszczy to odzież, ale też powoduje, że klienci nie chcą wchodzić do przymierzalni, gdyż zastanawiają się, czy to ktoś zostawił i „na chwilę” wyszedł po inny rozmiar. A nam dodaje dodatkowej pracy, gdyż musimy wszystko poodwracać, rozplątać (bardzo często poplątane jest z wieszakami i innymi częściami odzieży) i odwiesić na swoje miejsce.

4) Otwieranie opakowań. Coś, co najbardziej nas denerwuje. I czego naprawdę nie zrozumiem nigdy. Rozrywanie opakowań, żeby pomacać, co jest w środku. Pościeli, rajstop, pudełek z perfumami, świeczek i z reguły wszystkiego, co ma jakiekolwiek opakowanie. Żeby to jeszcze było otwieranie. Opakowania są perfidnie rozrywane, towar wyjęty i pozostawiony rozpakowany, narażony na zniszczenie albo już zniszczony.

Kiedyś mieliśmy rajstopy marki Gatta w bardzo ładnych kartonowych kopertach z przezroczystym okienkiem, przez które widać kolor. Były notorycznie rozrywane, wyciągane na siłę kawałek przez naddarte miejsce i już tak zostawione.

Oczywiście do kasy klienci biorą nowiutkie i nieotwarte. Ciężko było przyłapać kogokolwiek, gdyż każdy klient robił to w momencie, jak nie patrzyliśmy. Dostaliśmy polecenie od centrali aby oznaczyć mebel ekspozytorami z prośbą o nieotwieranie opakowań i oczywiście klientki miały to w nosie.

Przyłapałem raz jedną dziewczynę jak otwierała nowe rajstopy (przypomnę: już kilka opakowań jest otwartych i podniszczonych) i poprosiłem stanowczo aby tego nie robiła. Odpowiedź: „Aaaa nie można? Nie wiedziałam”.

Innym razem mieliśmy pościel na promocji w foliowych przezroczystych torbach na zatrzaski. Jedna klientka nawet się nie chowając zaczęła otwierać je przez rozdarcie opakowania na szwie. Zanim do niej dobiegłem, załatwiła tak trzy.
Naprawdę ciężko jest coś takiego potem sprzedać.

5) Używanie produktów, nie kupując ich. No tutaj cała gama buractwa. Od używania perfum, przez zjadanie słodyczy itd. Jednak mam na myśli jeszcze jedną sytuację. Dzieci puszczone samopas i niepilnowane łapią za zabawki i się nimi bawią. Wiadomo: ciężko się czymś bawić, jak jest w blistrze albo innym opakowaniu. Więc rozrywają opakowania. Rodzice swoje, dzieci swoje. Albo po prostu niszczą, bo kładą na brudną podłogę czy łamią daną zabawkę.

Oczywiście żadna mama czy tatuś nie poczuwa się aby za to zapłacić. Rośnie nam więc kolejna fala ludzi, którzy nie szanują czyjejś własności. Piekielne jest też to, że musimy też uważać, jak zwracamy uwagę takim klientom, gdyż mogą złożyć na nas skargę. Nie spowodują naszego zwolnienia, ale mogą nam lekko nabruździć.

Praca w sklepie nie jest łatwa ale nie utrudniajmy jej sobie. Pozdrawiam wszystkich miłych i życzliwych klientów. Tych na szczęście też nie brakuje. Jeszcze.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (141)