Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77577

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu opuściliśmy nasze mieszkanie po to, by wprowadzić się do pięknego domu.
Mieszkanie było remontowane w kwietniu poprzedniego roku. Mieliśmy być tam dłużej, ale że prace przy budowie domu szły nad wyraz szybko, dobrze i efektywnie nasza przeprowadzka znacznie się przyspieszyła. Mieszkanie było duże, w nowym budownictwie, na strzeżonym osiedlu.

Cóż... oboje z mężem wolimy mieszkać w domu, toteż mieszkanie przygotowaliśmy typowo pod wynajem dla kilku osób. Metraż duży, pokojów też kilka, więc czemu nie?

Jako, że na nową miejscówkę zabraliśmy tylko to, co niezbędne - ubrania, sprzęty typu laptopy, lokówka, inne duperele i większość rzeczy zwyczajnie kupiliśmy nowych - meble, wszelkie AGD (o wiele bardziej pasujące kolorystycznie do wystroju), tamte "graty" pozostawiliśmy do użytku nowym lokatorom.

Muszę zaznaczyć, że nic nie było zepsute, brzydkie i stare, tak że przyszli lokatorzy mieli gotowe mieszkanie do użytkowania: zawierające wszelkie 'omeblowanie' (dostawiliśmy łóżka do pokoi, w których ich nie było, dokupiliśmy biurka). Wszystkie potrzebne sprzęty AGD - pralkę połączoną z suszarką, lodówkę, zmywarkę... itd. Na stanie mieszkania były również suszarki na pranie stojące, deska do prasowania, żelazko, odkurzacz, blender, garnki, sztućce, talerze, toster, frytkownica - full wypas. Nie jakieś kompletowe, za nie wiadomo ile pieniędzy, ale wszystko czyste i zadbane.

Lokatorzy znaleźli się niespodziewanie szybko, patrząc na lokalizację i cenę. Zgrana grupa znajomych - studentów i pracujących. Nieważne.
Mili ludzie, a wśród nich również miła, sympatyczna dziewoja. Ok. Mogą mieszkać. Umowa podpisana, bez jakichkolwiek zastrzeżeń.

I tu muszę zaznaczyć, że z uwagi na wysoką kaucję, którą pobraliśmy od nich, oraz nasze lenistwo, postanowiliśmy zostawić większość zwykłych środków czystości. Po co mieliśmy się męczyć z wożeniem, noszeniem, a z pewnością im by się bardziej przydały, jako, że mieli jeszcze pomalować sobie ścianę, zamontować wieszaczki, półki itd.

Więc taki mały gest z naszej strony - pełny schowek 'sprzątacza': około 40 worków do odkurzacza (kupujemy hurtowo zza granicy, a w nowym miejscu odkurzacz zupełnie inny), płyny do szyb, palety ręczników papierowych, kilka paczek ściereczek, po dwa-trzy opakowania chusteczek nawilżanych do toalet, do kuchni, do łazienki, do mebli, wszelkie spraye do powierzchni, płyny do WC, płyny uniwersalne, kostki do zmywarki, proszki - po 10 kg (których ja użyłam raz i odstawiłam ze względu na uczulenie), kostki do WC i masę innych dupereli, które zostały po wyprowadzce i po sprzątaniu domu. Ok, ludzie byli zadowoleni, w końcu wiadomo nikomu się nie przelewa.

I dziś...

Leżę w wannie, dostaję sms od wyżej wspomnianej dziewoi (sprawdziłam w umowie - 25-letniej): "Skończyły się ręczniki papierowe, worki na śmieci, płyn do WC, zmywaki druciaki i pasta do podłóg".

Myślę sobie, że pomyłka. Każdemu się zdarzyć może. Swoją drogą zdziwiłam się, że w przeciągu 2 miesięcy wyparowało tyle worków, ale nie moja sprawa. Zażywam kąpieli dalej, relaksuję się, dostaję ponowną wiadomość: "Doszedł do Pani sms?".
Odpisuję, że tak, że nic nie szkodzi, że mi też się zdarza wysłać źle wiadomość.

I wtedy dowiedziałam się, że to nie pomyłka i zapytana zostałam na kiedy możemy się umówić, żebym przywiozła te rzeczy.
Szczerze? Wmurowało mnie. Jak? Ja? Czemu? Dlaczego? Po co?
Zadzwoniłam do babki i pytam, bo nie bardzo rozumiem. I muszę przyznać, że mnie zaskoczyło dziewczę:

Ona myślała, że to w moim interesie leży kupowanie do domu środków czystości, a że pokłóciła się lekko z resztą składu, to postanowiła zapytać, kiedy przywiozę chemikalia. Odpowiadam, że tam nie mieszkam, więc nie wiem czemu miałabym ingerować w ich życie, ich wynajem. 25-latka była zdziwiona i zbulwersowana, bo "To mój obowiązek. Jak się wprowadzali to środki były, skończyły się i ja MUSZĘ (!) je zapewnić, bo TAK SIĘ ROBI (!)".

Mi coraz bardziej szczena opada i dociekliwie pytam, czy aby na pewno jest trzeźwa, zdrowa, czy to żart, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym przeznaczać swoje pieniądze na ich czystość.
I tu koło się zamyka, bo "to mój OBOWIĄZEK, skoro jestem właścicielką lokum, że oni płacą za wynajem, że tak się nie robi, że jestem nie w porządku, że jak tak można... że... że...że....".

Próbowałam tłumaczyć - jak grochem o ścianę. Dziewczę podało święty argument: "Moja mama zna się na tym i mówiła, że to należy do pani zadań, więc pytam... kiedy może Pani dowieźć te rzeczy..."
Ciśnienie trochę mi skoczyło, ale bardziej przez tłumiony śmiech i szczere zdziwienie, połączone z niedowierzaniem, jak człowiek może myśleć w ten sposób.

Gadała również, że najistotniejsze są worki do odkurzacza, bo nie ma ich już 2 tydzień. Z ciekawości chciałam się dowiedzieć, co oni z nimi zrobili - zjadali?, skoro mi jeden worek wystarczał na tydzień, a odkurzam praktycznie codziennie.

I tu tez facepalma zaliczyłam niemałego: dziewczyna odkurzała swój pokój i po każdym odkurzeniu pokoju, łazienki czy innego pomieszczenia wywalała worek z odkurzacza i zakładała nowy.

Wybuchnęłam śmiechem w słuchawkę. Niepohamowanym. Poważnie.
Nie umiałam tego wytłumić. Może i to niegrzeczne, ale jakoś mało mnie to interesowało, co o mnie pomyśli rozmówczyni.

Na sam koniec dodała, że wysyła mój numer swojej matuli i że z nią mogę sobie porozmawiać, a jej mam dać znać, kiedy przyjadę.

Cóż, matka dziewczęcia zadzwoniła. Z ryjem. Że nie spełniam warunków umowy. Że oszukuję. Że to skandal. - Jednym słowem masa biadolenia na temat prosty i dla mnie oczywisty.
Dobiegło do mych uszu gadanie o policji i złodziejach, gdy się rozłączać już chciałam.

Cóż.. Może faktycznie to ze mną jest coś nie tak? Może czasy się zmieniły? Powiedzcie mi.

Bo o ile mogę zrozumieć kupno żarówek do domu, worków do odkurzacza czy tabletek do zmywarki (choć tu mam pewne opory), to tego, że miałabym sponsorować lokatorom w mieszkaniu resztę środków piorąco-myjących, nijak nie potrafię ogarnąć.
Tym bardziej, że przy przekazywaniu kluczy napomknęliśmy, że środki zostawiamy, bo pewnie im się przydadzą na start.

Świat do reszty zwariował. A swoje dziecko od najmłodszych lat będę chyba uczyć zaradności, żebym nie musiała za nie załatwiać różnych spraw, gdy będzie już dawno po osiągnięciu pełnoletności.

Jedno trzeba przyznać - wyobraźni paniom nie brak. Sama bym nie wpadła w życiu na taki pomysł.

dom mieszkanie wynajem

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 376 (Głosów: 386)

#77576

(PW) ·
| Do ulubionych
Często słyszymy o słynnych "Januszach". Osobiście podchodziłam do tego z pewnym dystansem, choć oczywiście wierzę, że istnieją takie mentalnie i fizycznie "januszowe" osoby. Ale od poprzedniej środy już mam pewność, że na pewno istnieją.

Dosyć często chodzę na basen w ramach ćwiczeń poza siłownią. Jednak z góry uprzedzamb- nie na tyle często, by kupić karnet na basen sportowy (inaczej nie byłoby tej historii); wolę kupić bilet na aquapark i sobie iść. Czasem oczywiście bywały jakieś nieprzyjemne/dziwne incydenty; a to jakiś dzieciak na kogoś skoczył, a to kogoś ochlapał celowo i takie tam... ale zazwyczaj upomnienie ratownika skutkowało. Zwykle w godzinach, w których jestem, jest dość sporo seniorów. I prawie nigdy nie spotkałam się z piekielnościami z ich strony (celowo piszę o seniorach, bo dość często spotykam się z opowieściami, w których to właśnie ta grupa osób jest piekielna). Ale ubiegły środowy poranek zapamiętam na pewno na długo.

1. BOHATEROWIE: JANUSZ, GRAŻYNKA I TRÓJKA DZIECIAKÓW.

Szatnia jest wspólna dla wszystkich, przebieralnie to oddzielne kabiny. Jako, że miałam już strój ubrany, byłam w trakcie zdejmowania odzieży wierzchniej...
- OOO DLA TAKICH WIDOKÓW TO JA TU PRZYJECHAŁEM!
Jest. On. [J]anusz. KSIĄŻKOWY. Bujny wąs. Resztki włosów na głowie. Biała koszulka, którą ja żartobliwie nazywam koszulką do bicia żony. I nie koloryzuję - brzuch miał taki, jakby połknął małe słoniątko. Normalnie perfekcyjny Janusz. Za nim Grażynka z trójką dzieciaków. Takie komentarze ze strony facetów, często się zdarzają w stronę wielu dziewczyn, dlatego tylko burknęłam coś w stylu, żeby zajął się lepiej swoją żoną i poszłam na pływalnię.

2. BASEN PŁYWACKI.

W aquaparku jak wiadomo, każdy znajdzie coś dla siebie - dzieciaki zjeżdżalnie itp., dorośli jacuzzi, sauna, pływanie rekreacyjne. Na jednym torze zwykle jest kilka osób, jednak zawsze kulturalnie nikt sobie nie przeszkadza. Ale nie tym razem. Przychodzi Janusz z potomstwem. Co tu opisywać... wszedł do wody, ustawił dzieci obok siebie przy ściance i zaczął ich "zawody". No to wyobraźcie sobie; z jednej strony trójka dzieciaków, a na przeciwko jakieś dwie kobiety, które akurat przymierzały się do kolejnego basenu; jedna z nich była w połowie.* Na szczęście zareagował ratownik. Janusz coś tam pobrzęczał (nie wiem co dokładnie, bo byłam na innym torze), ale wyszli z dzieciakami w stronę dziecięcej zatoki.

3.ALE JA MAM KARNET NA CAŁY DZIEŃ!

W przerwie poszłam na jacuzzi, jak zawsze oblężone. Ale miejsce się znalazło. I tak się relaksuję, aż nagle ktoś mnie szturcha w ramię. No Janusz.
J- Ej gówniaro, wychodź.
j- Chyba coś się panu pomyliło. I grzeczniej proszę.
J- CH*J mnie to obchodzi, wychodź bo ja mam karnet na cały dzień.
j- A ja mam bilet na trzy godziny i mam takie same prawa jak Pan. (Starsza Pani siedząca obok poparła moje słowa).
J- Taa? Ale ja więcej zapłaciłem. Wychodź albo idę do ratownika, albo i do szefa na skargę.
j- Podobno pan tu dla takich widoków przyszedł. No, to niech pan idzie.

Przyszedł ratownik, jeden, drugi (którzy w tym czasie powinni pilnować porządku, chyba że wysłali kogoś na swoje miejsce; nie wiem). I tłumaczą Januszowi to samo co im powiedziałam. Ale nie, bo przecież ON MA KARNET NA CAŁY DZIEŃ! Coś tam powiedział, że i tak pójdzie na skargę i poszedł w siną dal.

4. WYJŚCIE Z AQUAPARKU.

Dwie sytuacje, które wydarzyły się jednocześnie, które przelały czarę cierpliwości ratowników. (I wielkie im dzięki, bo w przeszłości spotykałam się z naprawdę totalnym "olewczym" stosunkiem ratowników do wielu sytuacji).
Przy mojej kolejnej już, końcowej wizycie w jacuzzi, przychodzi Grażynka z chyba najmłodszą córką do jacuzzi obok.
- Mama, siusiu!
- Kochanie, jeszcze pięć minut.
- Mama teraz!

Co robi Grażynka?
Uwaga. Wynosi córeczkę na basen dziecięcy i jak gdyby nigdy nic zdejmuje jej dolną część stroju. W tym samym czasie synek przybiega gdzieś ze strony restauracji (wydzielona część, nie można wynosić oczywiście jedzenia, jednak odległość nie jest duża i dzieciak spokojnie mógł przebiec). Dodatkowo w tym samym czasie odpalają tak zwaną "falę". Młody nie spodziewał się tego i frytki, które dzierżył w dłoniach wpadły razem z nim do wody.
Nim cokolwiek innego zdążyło się zdarzyć, jeden z ratowników widocznie opierniczał Grażynkę, drugi wyciągał dzieciaka.
(Wszystko widziałam z dość dużej odległości). Wyszło na to, że Janusz z familią zostali wyproszeni, chociaż z gestykulacji wnioskuję, że próbował się odgrażać. A część basenu dziecięcego została zamknięta na czas oczyszczania.

No książkowi. Nie życzę nikomu takich sytuacji; człowiek idzie się odprężyć, a tu buractwo.

*Chodzi mi o to, że zazwyczaj jak na torze jest kilka osób, to pływają jedną stroną, a jeśli ktoś jest szybszy, to wyprzedza resztę i z powrotem płynie drugą stroną. Powiedzmy, że na zasadzie ruchu samochodowego. A dzieciaki zajmowały całą szerokość toru, nie dając innym możliwości wyminięcia się i w efekcie zaburzały cały system narzucony z góry.

aquapark

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (Głosów: 225)

#77575

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #77406 o zjeżdżaniu tematów na dzieci, zainspirowała mnie do podrzucenia kilku słów na podobny temat z mojego otoczenia.

Mamy sobie grupkę takich można powiedzieć znajomych, połączyła nas wspólna pasja i tak się spotykamy przynajmniej 2 razy w tygodniu naszą cudowną szóstką, choć powoli stwierdzamy zgodnie, że chyba zredukujemy nasze grono do piątki.

Każdy ma jakieś tam życie, rozmawiamy o wszystkim: religia, polityka, praca, marzenia, podróże, przyszłość, związki, hobby, pasje, w tym ta jedna konkretna nasza wspólna. Oprócz jednej koleżanki, która ciągle zjeżdża na temat swojej córki. Gadamy o bólu brzucha i nagle jak z procy "A bo moja Aurelia miała kolkę + pięciominutowy słowotok".

Spotykamy się na miejscu, zwykle jest "cześć", bądź inne słowo wyrażające sygnalizację przyjścia na miejsce i przywitania się z innymi. W tym przypadku 98,25% przypadków zaczyna się od "A wiecie że moja Aurelia...".

Dodatkowym smaczkiem jest infantylne zmiękczanie każdej wypowiedzi cytując Aurelię.
"Lelcia nie mozie pać i cie do mamy".
"Mama biega ź Lelcią".
"Tata ne pyśedł na noć do domku".
"Mama jogulcik ja cie dziś, ciolaj ciałam źupkę".

Inne osoby w naszym gronie też są deczko zniesmaczone całą sytuacją. Większość ma dzieci z tam obecnych, ale po prostu sygnalizują fakt ich posiadania, ewentualnie jakieś większe wydarzenie z ich udziałem w tygodniu, np. Robert się zatruł i trzeba było z nim iść do lekarza. Natomiast o Aurelii wiemy wszystko, o której którego dnia wstała, czy spała sama, ile razy jadła, co jadła, którą zabawką się dziś bawiła, o wymiotach, o kolce, o bucikach nowych, dosłownie jej dziecko, to dziecko nas wszystkich.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (Głosów: 176)
Dzisiaj odpowiemy sobie na pytanie:
- Czy kierowcy tirów są aż tak leniwi?
Nadal nie mogę tego pojąć.

Wracając dzisiaj z pracy, dość obleganą drogą (wojewódzka), zauważyłem na moim pasie stojącego tira na awaryjnych.
Ciągnik z naczepą stał tuż przy ostrym zakręcie, miejscu gdzie jest mocno wypadkogenne, więc trochę obawiałem się go wyminąć (w każdej chwili mogło coś wyjechać) i być może pomóc (może jakaś awaria lub ki czort). Jednak powracając na swój pas zauważyłem, że kierowca radośnie oddaje mocz do pobliskiego rowu.

Wiecie gdzie jest tu największa piekielność?
Ten niebezpieczny zakręt znajdował się między dwoma parkingami leśnymi znajdującymi się nie dalej jak kilometr od owego punktu postojowego naszego kierowcy.
Brak słów.

Edit: Pojawił się komentarz, że kierowca mógł mieć awarię i w oczekiwaniu na pomoc oddać się potrzebie fizjologicznej.
Otóż miał on do tego dość szerokie pobocze oraz zjazd na polną drogę, w której mógł się spokojnie zmieścić staczając się (było lekko z górki).
Problem polega na tym, że zajął cały pas szosy i stanowił niebezpieczeństwo.

droga

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (Głosów: 131)

#77558

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłam sobie klawiaturę w sklepie internetowym. Taką najzwyklejszą. Przychodzi pocztą paczka. Otwieram... i co widzę? Klawiaturę niemiecką. Z umlautami i oczywiście każdy klawisz podpisany po ichniejszemu. Znaki interpunkcyjne w innych miejscach.

Piszę więc mail do sprzedawcy, że nic nie było w opisie na temat języka niemieckiego i taka mi niepotrzebna. Proszę o zwrot pieniędzy.

Odpowiedź - zatkało mnie: mam odesłać na swój koszt, a oni wtedy zwrócą mi koszt klawiatury. Dodam, że aby mieć dowód nadania z numerem paczki, kosztowałoby mnie to niemal równowartość owej klawiatury.
Odpisałam: Dlaczego uważacie, że to JA powinnam płacić za WASZ błąd?

Od razu zwrot całej kwoty z pouczeniem, aby pozbyć się klawiatury, z zachowaniem zasad ochrony środowiska.

Wiem, można dokupić naklejki na klawiaturę, ale chodzi o zasadę. Obcojęzyczne są tańsze.
Nie dajcie się nabijać w butelkę ;-)

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (Głosów: 147)

#77609

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj byłem z dzieckiem (niecałe 3 lata) na placu zabaw.

Podczas zabawy w piaskownicy, dołączyła do nas jakaś dziewczynka, w podobnym wieku. Dzieciaki zaskakująco fajnie się dogadywały jak na swój wiek. Od dziewczynki dowiedziałem się, że ma na imię (dajmy na to) Marysia.

W pewnym momencie podeszła do mnie jakaś kobieta, rzuciła szybkie:
- Niech pan na nią rzuci okiem, zaraz przyjdę - ... i zanim zdążyłem zareagować, poszła.

W pierwszej chwili chciałem ją gonić - ale przecież nie zostawię bez opieki dziecka (a teraz już dwójki dzieci).

Stwierdziłem, że może pani dostała nagłego ataku sraczki, albo coś w tym stylu, i pewnie za 30 sekund wróci - a w gruncie rzeczy, dzieci i tak się ładnie bawią, równie dobrze mogę patrzeć na dwójkę.

Mija pięć minut.
Co prawda nigdzie się nie wybieram, ale zacząłem się zastanawiać, co mam powiedzieć Marysi, jak spyta, gdzie jest mama?!

Mija dziesięć minut.
Co mam zrobić, jak się rozpłacze? Przecież nie przytulę obcej, trzyletniej dziewczynki, bo wyjdę na pedofila. Zagaduję do Marysi, i rozmawiam z nią o niczym - na tyle, na ile się da rozmawiać z trzylatkiem. Byleby się tylko nie zorientowała w sytuacji.

Mija piętnaście minut.
Marysia dziwnie przebiera nogami. A jak zawoła, że chce siku? Zaczynam opowiadać o koniku. O dwóch konikach. O całym tabunie małych koników. Byle odwrócić jej uwagę.

Mija dwadzieścia minut.
Fałszywy alarm, Marysi się nasypał piasek do buta. Niby nigdzie mi się nie pali, ale najchętniej to już bym się zbierał do domu. Zapalają się latarnie, syn jest wniebowzięty. Powoli dojrzewam do decyzji, żeby zadzwonić na policję, ale szkoda mi Marysi.

Mama Marysi wróciła dokładnie po 26 minutach. Okazało się, że była na zakupach w pobliskim supermarkecie...

Dzisiaj w szatni w żłobku, syn radośnie wykrzyknął kilka słów, których wtedy użyłem. To tylko utwierdziło panie opiekunki w przekonaniu o patologii, która panuje u nas w domu.

dzieci plac_zabaw

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 319 (Głosów: 339)

#77594

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem posiadaczką długich włosów, sięgają mi za pośladki. Ważne dla historii jest to, że zawsze noszę je upięte w kok i nie widać jakiej mogą być długości.

Do klatki wprowadziła się nowa sąsiadka, miałyśmy okazję zamienić parę słów, jednak nigdy nie widziała moich włosów​ rozpuszczonych.
Dzisiaj przez przypadek zauważyłam​ listonosza wychodzącego z klatki, więc schodzę tak jak stoję, z rozpuszczonymi włosami na dół, aby sprawdzić skrzynkę.

No i tak stoję sobie na dole, właśnie otwieram skrzynkę i czuję jak ktoś mnie łapie mocno za włosy i dosłownie je wyrywa. Moją pierwszą reakcją była próba uwolnienia się (mogłam odrobinę uderzyć na oślep w samoobronie).
I teraz przechodzimy do najlepszej części: napastnikiem okazała się moja nowa sąsiadka, która chciała sprawdzić czy mam doczepiane włosy. Tłumaczyła się tym, że nigdy jeszcze nie widziała tak długich włosów, a mnie widziała tylko w związanych.

Nadal nie mogę​ pojąć jak można tak na chama złapać czyjeś włosy i dosłownie próbować je wyrwać. Nie można było o nie zapytać..?

klatka schodowa

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (Głosów: 253)

#77571

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem to raczej my byliśmy piekielni.

Tytułem wprowadzenia: na mięsie znam się jak kangur na lataniu, więc robię do domu wszelkie zakupy oprócz właśnie mięsa. Mogę zamówić łopatkę, dostać karkówkę z informacją, że kupiłem pieczeń i pewnie bym się nie kapnął. Jeśli muszę mięso zakupić osobiście, robię to wyłącznie w zaprzyjaźnionym sklepie osiedle dalej, gdzie nawet został mi podany prywatny nr telefonu do właścicielki. Czyli wchodzę, proszę (z kartki) o mięcho, płacę i wszyscy są zadowoleni. Szkopuł tkwi w tym, że sklep ma renomę i w godzinach popołudniowych, to można najwyżej pomóc chłodnie umyć.

Siłą rzeczy, mając echo w lodówce, udaliśmy się z Żoną do jednego z osiedlowych sklepów mięsnych, celem zakupu jakiejś padliny. Ja stanąłem zupełnie z boku, bo co się będę gapił na coś, na czym zupełnie się nie znam.

Kobiety w kolejce raczej wpatrzone w wysoką chłodnię z mięsem i wędlinami, ale ja, głowę wyższy od nich, rozglądam się z nudów po sklepie. Bardzo mnie zdziwił obrazek pani sprzedawczyni rąbiącej spore kawały mięsa na zapleczu, na takim drewnianym pieńku. Sama czynność dziwna nie była, ale pani trzymała spory kawał padliny na pieńku, natomiast odrąbane kawałki radośnie lądowały bezpośrednio na podłodze.

Po porąbaniu całego mamuta(?) pani spokojnie zaczęła zbierać mięso z podłogi, rozdzielając je pomiędzy poszczególne kosze. Obrzydliwy specjalnie nie jestem, a poza tym mięso przed krojeniem/duszeniem/smażeniem i tak zawsze myję, ale coś we mnie pękło. Wywiązał się krótki dialog między mną(J) i panią sprzedawczynią (PS):

(J) - Przepraszam, ale można by podłożyć jakąś folię, chociaż papier. Ja nawet psu nie daję jedzenia z podłogi.
(PS) - Podłoga jest codziennie myta! A jak się nie podoba, to nie musi kupować!

Mnie, szczerze mówiąc, kompletnie zatkało. Ale gorzej, że zatkało też moją Żonę. Spojrzała przez oszkloną ladę na mięso leżące na ziemi i zaczęła zmieniać kolory jak kameleon złapany w światła dyskoteki. Dlaczego, jeśli też nie jest specjalnie obrzydliwa?

Otóż jest kierownikiem jednego z laboratoriów w wojewódzkim Sanepidzie (WSSE). Od razu mówię, że nie jemy w domu ze sterylnych talerzyków i nie pijemy z jednorazowych probówek. Jednak...

Nie znam się na tym kompletnie, ale w razie jakichkolwiek salmonelli, eboli i innych świńskich gryp ich pracownicy są wzywani do pracy jak bohaterzy amerykańskich filmów, niezależnie od pory dnia, czy dni świątecznych.

I tutaj należy się wyjaśnienie (może nieprecyzyjne, ale to przez moja niewiedzę): WSSE nie robi „nalotów” na Bogu ducha winnych przedsiębiorców, bo tym zajmują się Sanepidy powiatowe. Ale wojewódzkie je nadzorują i kontrolę jak najbardziej mogą takową zlecić.

Sina z wściekłości Żona wyszła z kolejki, wyciągając telefon. Do kogo zadzwoniła nie wiem. Ale sklep od trzech dni jest zamknięty.

sklepy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 308 (Głosów: 332)

#77556

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w banku (nick mówi sam za siebie:)), którego klienci to w większości osoby starsze, przychodzące po emeryturę. Klienci są więc stali i dobrze znani. I choć większość z nich jest przesympatyczna, to zdarzają się tacy, którzy potrafią zepsuć cały dzień. Albo chociaż podnieść ciśnienie.

1. Wypłata gotówki. Podczas wypłaty dokładnie wpisujemy jakie pieniądze wydajemy klientowi. Rozliczamy jest każdy nominał, nie ma możliwości rozmienienia. Dlatego też zawsze pytam klienta o to, jakie nominały sobie życzy.

(K)lient: 2000.
(J)a: Jakie nominały?
(K): Dowolne.
(J): Czyli może być po 100?
(K): Tak.
Daję 20 sztuk po 100 zł.
(K): Nie można drobniej?
(J): Przecież pytałam jaki nominał Pani/Panu dać.
(K): Ale myślałam, że da mi Pani chociaż 100 zł po 20 zł.

2. Klient bez dowodu osobistego.

(K): Poproszę wypłatę.
(J): Poproszę dowód osobisty.
(K): Jak to dowód? A numer konta nie wystarczy?
(J): Nie proszę Pana. Dowód osobisty potwierdza Pana tożsamość i na jego podstawie stwierdzam, że Pan to Pan.
(K): Ja mam u Was konto już 20 lat!
(J): Tym bardziej powinien Pan wiedzieć, że trzeba przyjść z dowodem.
(K): Ja mam numer konta. I to wystarczy.
(J): Ktokolwiek mógłby przyjść z Pana numerem konta. Czy chciałby Pan, abym komuś obcemu wypłaciła Pana pieniądze?
(K): Oczywiście, ze nie! Ale mi Pani wypłaci. Ja to ja.
(J): Wiem, że przychodzi Pan regularnie, ale nie jestem w stanie zapamiętać każdego klienta z imienia i nazwiska. A zresztą nawet jakbym dokładnie znała Pana dane, to i tak nie mogę wypłacić bez dowodu. Muszę sprawdzić jego ważność oraz czy nie jest zastrzeżony. Proszę przyjść z dowodem.
(K): (z ociąganiem wyciąga dowód osobisty) Ostatni raz daję Pani mój dowód!

Czy naprawdę tak ciężko było od razu dać dowód?

Takich klientów w ciągu dnia mam przynajmniej po jednym :) Niby nic strasznego, lecz naprawdę potrafi popsuć humor. Ale później to i tak ja jestem ta zła, bo się g**niara wykazać chce :D

To tylko dwa przykłady nieznacznej bo nieznacznej, ale zawsze piekielności. Jak się spodoba, to dodam więcej.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (Głosów: 180)

#77554

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam młodszą siostrę. Z powodów różnych jej wychowanie jest głównie na mojej głowie. Rodzice, jasne, nakarmią, ubiorą, ale cóż, raczej niezbyt znają się na dzieciach, co mówię z ręką na sercu i z autopsji.

Ale ja też się nie znam, bo i skąd się znać, kiedy się jest w pierwszej technikum?
Mała, lat pięć, to dziecko zdolne, rezolutne i bardzo inteligentne. Wygadana, czasem pyskata. Jak to dzieci.
Ale kiedy robi coś, czego robić nie powinna, wystarczy jej to wytłumaczyć, jakoś dłużej i obszerniej niż "po prostu nie wolno i koniec!", a zrozumie.

No to tłumaczę, jak mogę tak działam. Ale czasem mi madre oraz szef szefów, mi padre raczej nie chcą ze mną współpracować w tej materii.
Często przekręcam lekcję w jakąś dłuższą historię, żeby chociaż coś z niej wyniosła.
No i zaczynamy.

Madre: CO TY TAK DŁUGO GADASZ Z NIĄ? Powiedz, że nie wolno i tyle!!
Padre: Boże, Erick, skończ już gadać, bo telewizora nie słyszę!
Madre: Ty nie jesteś jej matką, co ty mi tu się wymądrzasz!
(Tu zwykle szlag mnie trafia i mówię, że może gdyby oni to robili, to ja bym nie musiała, co prowadzi do większej wojny).
Madre: Jezus, przymknij się w końcu, ona już rozumie!

Cóż. Tymczasem jest i zwrot akcji, czasem po ośmiu godzinach w szkole, a dziewięciu poza domem, nie mam zbytniej ochoty na zabawę z małą i...
M: Nigdy się nią nie zajmujesz!!
P: To twoja siostra! To twój obowiązek!
M: Boże, poprosić cię o coś, nigdy nie masz dla niej czasu!
P: Co, może jeszcze JA mam się nią zająć? Jazda się z nią bawić!!

Piekielnicy drodzy, jak tu żyć?

dom rodzina

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (Głosów: 217)