Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#80669

~Alciapralcia11 ·
| Do ulubionych
Boję się psów i mam do tego pełne prawo. Denerwują mnie psy bez smyczy i kagańca, a jeszcze bardziej ich właściciele którzy zapewniają, że Fafik czy Pikuś chce się tylko ze mną przywitać i nie gryzie.

Wczoraj rano czekałam na taksówkę na parkingu, gdy nagle doskoczył do mnie wielki czarny mieszaniec. Wystraszyłam się, zaczęłam krzyczeć, bo nawet nie miałam gdzie uciec. Około 50 metrów ode mnie stał mężczyzna naprawiający samochód. Jak się okazało pies był jego. Próbował go przywołać, ale bydlę nic sobie z tego nie robiło, więc facet wrócił do naprawy auta, a jego zwierzak cały czas skakał koło mnie szczekając i próbując przewrócić. Całe szczęście, że przyjechała taksówka i przepłoszyła psa.

Drodzy właściciele czworonogów, ogromna prośba, jeśli chcecie aby wasz pupil się wybiegał, to zabierzcie go do psiego parku, albo sami zacznijcie z nim biegać.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (155)

#80671

(PW) ·
| Do ulubionych
Osoby do pracy z polecenia.

Historia 1.
Kończyłam roczny staż w bardzo dobrym zakładzie produkcyjnym - praca biurowa, świetne warunki, wspominam bardzo miło :) Mój przełożony nie mógł znaleźć nikogo na moje miejsce, więc zapytał, czy nie mam koleżanki bez pracy. Lubię pomagać innym, sama chciałabym dostać taką szansę, więc zaczęłam pytać znajomych. W końcu znalazłam jedną dziewczynę, koleżankę koleżanki mojej siostry (przyjmijmy Ania). Podrasowałam jej CV, przesłałam do szefa, rozmowa na drugi dzień o 13:00. Ania zachwycona, tak długo nie mogła nic znaleźć, bardzo jest mi wdzięczna. Ja szczęśliwa, bo komuś pomogłam :)

Nadszedł drugi dzień, godzina 13:00. Ania nie została wpuszczona na teren zakładu, alkomat wskazał spożycie alkoholu (sprawdzają każdą nową osobę). Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Szef tylko zapytał "andtwo, kogo Ty mi poleciłaś...". Co za wstyd! I podjęłam decyzję - nigdy więcej załatwiania komuś pracy!
Godz. 13:15, dzwoni zapłakana Ania. Ona tylko się syropu na kaszel napiła, bo ze stresu jej zaschło w gardle! Może da się coś jeszcze zrobić? Nie, nie da.

Historia 2.
Minęło kilka lat. Wkrótce opuszczam swój obecny zakład. Zakład nie może znaleźć nikogo na moje miejsce, a zakres obowiązków dla dwóch osób. I znów padło pytanie: może mam kogoś godnego polecenia?
Kurczę no, mam dwie dobre koleżanki. Jednej marzy się praca biurowa (przyjmijmy K1), ale nie ma żadnego doświadczenia, studiuje zaocznie, lat 25. Drugiej marzy się praca biurowa, ale nie może być monotonna (przyjmijmy K2), z rocznym doświadczeniem, po studiach, lat 30.
Postanowiłam zapomnieć o swoim postanowieniu. Przecież im zależy, znam je, chcą zdobywać doświadczenie i piąć się po szczeblach kariery! Tylko tak ciężko zacząć... Zaproponowałam im pracę. Obie zachwycone, z obiema przez godzinę wisiałam na telefonie, chciały wiedzieć wszystko ;) CV obu dziewczyn wysłałam.
K1. Dostała telefon, rozmowa na drugi dzień i pyk! zatrudniona :)
K2. Tu zaczęły się komplikacje:

Rozmowa 1:
K2: Wiesz co, ja teraz mam dużo rzeczy do załatwienia, bardziej by mi tak za 2 tygodnie pasowało. W sumie, jeśli ta praca ma być moja, to na mnie poczeka, hehe.
J: Aha, ale wiesz co, na rozmowę możesz iść, to też nie jest tak, że na 100% ją dostaniesz. A jak masz ją dostać, to powiedz na rozmowie, że możesz zacząć za 2 tygodnie.

Rozmowa 2:
K2: No zaprosili na rozmowę, ale czy ja się do tego nadaję?
J: Chciałaś pracę, w której nie będziesz się nudzić, tam na pewno nie będziesz :)
K2: Ale lipa, że urlop jest ustalony odgórnie.
J: Cóż, w zakładach produkcyjnych tak bywa, ale z góry wiesz kiedy i urlop pewny, zawsze w lipcu.
K2: Ale wiesz co, bo ja chciałam w przyszłym roku w listopadzie jechać na wczasy, dadzą mi urlop?
J: (!?) Jeśli ogarniesz swoją robotę, to myślę, że tydzień urlopu dostaniesz.
K2: Ale ja chciałam na dwa tygodnie.
J: Dwa tygodnie urlopu w sierpniu, dwa tygodnie w listopadzie i masz 20 dni urlopu na 26 możliwych... Nie sądzę, żeby zakład się zgodził... Takie rzeczy, to chyba tylko przy prowadzeniu własnego biznesu :)

Mimo wszystko na rozmowę K2 się umówiła, na którą oczywiście nie przyszła, napisała mi jedynie sms: "Chora byłam i musiałam przełożyć, może za 3 dni uda mi się podjechać".
Nie wiem, czy tak też powiedziała w kadrach, ale nikt już na nią nie czeka.

Tak ciężko jest znaleźć dobrą pracę w naszym kraju, prawda?

Chyba niepotrzebnie uszczęśliwiam ludzi na siłę. Nigdy więcej!

Praca

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (181)

#80667

(PW) ·
| Do ulubionych
Znalazłem w skrzynce awizo - mniejsza o to, że cały dzień siedziałem w domu, może trafiło akurat na te 10 minut, kiedy wyszedłem do sklepu (nie sądzę, bo wiem, w jakich godzinach chodzą listonosze).

Niefortunnie 3-4 dni później, kiedy chciałem pójść na pocztę po odbiór przesyłki (wcześniej nie miałem czasu), okazało się, że awizo gdzieś się zapodziało, a tym samym nie znam numeru przesyłki. Idę więc na pocztę i proszę o wydanie poleconego na moje nazwisko - robiłem tak wielokrotnie i nie było problemu. Pani w okienku powiadomiła mnie, że nic do mnie nie ma. Poprosiłem o ponowne sprawdzenie, efekt ten sam. Cóż, konsekwencje nieodebrania listu spadają na mnie (list, którego nie udało się doręczyć ani nikt go nie odebrał w terminie 14 dni uważa się za doręczony).

Okazało się, że była to ważna przesyłka sądowa - wezwanie na świadka. Czyli poczta dała ciała (powtórnego awizo także nie dostałem), ale problem mam ja, nie państwowy postkomunistyczny moloch.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (127)

#80660

~Kropka95 ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu miałam podobną sytuację co Marvel98 w opowieści 80600.

Moja przygoda miała miejsce w Stokrotce. Tu również kolejka do kasy składała się z kilku osób, ja byłam druga, zaraz po panu, który właśnie płacił.
Gdy tylko skończył, na jego miejscu pojawiła się pani w dość widocznej ciąży, trzymając w ręku kilka produktów. Ponieważ ja chciałam przejść do strefy pakowania, a ciężarna stanąć z lewej strony "okienka" (pleksi, które odgradza nas od kasjerki), zderzyłyśmy się z lekkim odbiciem :)
Ciężarna nie spojrzała na mnie, tylko od razu zwróciła się do kasjerki:
- Dzień dobry, jestem w ciąży, proszę mnie obsłużyć poza kolejnością.

Wiecie co, nie mam nic przeciwko ludziom, którzy domagają się swoich praw. Należy im się. Jednakże wypadałoby przy tym skorzystać również z dobrego wychowania i chociażby zapytać kolejkowiczów, czy moglibyśmy ją przepuścić. Pani tego nie zrobiła, co wywołało mój sprzeciw. Udało mi się zareagować przed kasjerką.

Ja: - Przepraszam, ale z jakiej racji?
Ciężarna: - Takiej, że jestem w ciąży?
Ja: - Ja również i co dalej? (była to nieprawda, ale kto to udowodni?)
Ciężarna: - U pani nie widać.

Stojąca za mną starsza pani prychnęła, położyła mi rękę na ramieniu i powiedziała:
- Proszę dać spokój, widocznie niektórym ciąża odbiera kulturę.

Ciężarna została skasowana. Bez słowa dziękuję, czy przepraszam, opuściła sklep.

sklepy

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (193)

#80657

(PW) ·
| Do ulubionych
Polecam czytać do końca, gdyż nie jest to "zwykła" historia parkingowa.

Mieszkam w dzielnicy oddalonej od centrum miasta, jednak poprzez nagromadzenie punktów usługowych wokoło mojego bloku, w ciągu dnia bywają problemy ze znalezieniem wolnego miejsca parkingowego (uwzględniając także te "nielegalne"). Na szczęście do wynajmowanego mieszkania przypisane jest miejsce postojowe z blokadą, które to znajduje się na wewnętrznym parkingu gdzie wszystkie miejsca są dla mieszkańców (co prawda nie ma żadnego znaku).

Z racji, że jestem leniwym człowiekiem to wyjeżdżając do pracy po prostu stawiam "mój" słupek, ale nie zapinam na nim kłódki. Dwukrotnie zdarzyło mi się, że po powrocie z pracy zastałem inne auto postawione na moim miejscu. Akurat w te dni był bardzo mocny wiatr, więc myślałem sobie, że może to on przewalił słupek, a ktoś skorzystał myśląc, że miejsce jest nieużywane (chociaż wydaje mi się to mało prawdopodobne). Więc po prostu za szybę samochodu włożyłem karteczkę informującą, że owe miejsce jest prywatne. Ale za trzecim razem gdy zastałem zajęte moje miejsce, była całkiem bezwietrzna pogoda. Nie powiem - tym razem się zirytowałem.

Pomyślałem, że również będę piekielny - za samochodem postawiłem słupek i zapiąłem na nim kłódkę. Z racji, że miejsce sąsiadujące z moim jest szersze niż standardowe (chyba było projektowane jako miejsce dla inwalidy), ogarnięty kierowca i tak dałby radę wyjechać, z tym że zajęłoby mu to trochę czasu oraz wymagało sporo manewrów. Jednak dochodząc do klatki schodowej ruszyło mnie sumienie i postanowiłem się wrócić żeby zostawić tym razem mniej uprzejmą karteczkę informującą, że jest to "moje" miejsce oraz zawierającą mój numer telefonu (tak w razie "W") - i Bogu dzięki, że tak zrobiłem.

Akurat gdy skończyłem jeść obiad, dzwoni nieznany mi numer. Odbieram i słyszę zapłakaną kobietę mającą delikatne problemy ze złożeniem zdania, która to bardzo mnie przeprasza za zajęcie miejsca itd. itp. - myślę sobie "o co kaman - czy laska aż tak się przejęła tym, że zajęła mi miejsce...?!" i nagle sprawa się wyjaśniła - otóż mimochodem wtrąca Ona, że nie pomyślała parkując, gdyż jest bardzo roztargniona po tym jak dzisiaj się dowiedziała, że ma raka. BUM TA DA!!

Muszę przyznać, że dawno nie czułem się tak niezręcznie. Na dół po schodach praktycznie biegłem. Kolesiówa rzeczywiście była cała zapłakana i roztrzęsiona, dodatkowo chciała mi zapłacić 50zł za uwolnienie samochodu (nic takiego w żaden sposób nie sugerowałem). Zaraz obok mojego bloku jest przychodnia (w której, to była potwierdzić wyniki badań) z oczywiście wiecznie zajętym parkingiem, a gdy babka parkowała podobno mój słupek był położony na ziemi (ktoś musiał wcześniej wykorzystać to miejsce).

W duchu dziękowałem sobie, że coś mnie tknęło i jednak zostawiłem ten numer telefonu za wycieraczką.

parking przychodnia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (165)

#80654

(PW) ·
| Do ulubionych
Widziałam, że na serwisie jest przesąd o tym, że jak założy się konto, to ilość piekielnych sytuacji wzrasta. To nie przesąd. To czysta prawda.

Jadę sobie tramwajem do pracy. Zajęłam wolne siedzenie ponieważ uważam, że mogę nie ustać ponad pół godziny ale nie dlatego, że mi się nie chce. Nie dlatego, że jadę na 9 godzin do pracy, w której praktycznie ciągle będę stać i chodzić. Dlatego, że mam dość mocno "zepsute" kolano i jadę w stabilizatorze na nim, bo boję się że mi po prostu wyskoczy rzepka, co jest raczej dość bolesne.

Więc nikomu nie przeszkadzając, siedzę sobie przeglądając właśnie piekielnych, aż nagle czuję (dość mocne) pchnięcie w kierunku szyby. Zatrzymałam się ręką coby jeszcze głowy nie rozwalić i odwracam się w stronę winowajcy. A tu stoi sobie starszy pan, machając mi czymś przed twarzą. Zdejmuje słuchawki i taki oto monolog słyszę:

- Złaź mi z tego miejsca dziewucho. Ja jestem inwalidą! Patrz na moją legitymację! (tu następuje moment, w którym bałam się że stracę oko przez te jego legitymację). Siedzisko nie jest po to żeby grać na telefonie! To miejsce dla inwalidów jest, zobacz plusik!

Niestety szanowny pan inwalida stał tak, że nie mogłam wstać, więc chciałam go przeprosić. Ale po co. Lepiej złapać mnie za kurtkę i mi POMÓC wstać. Ja ledwo łapie równowagę i mówię, że nawet pana nie widziałam. Jednak usłyszałam tylko wiązankę o braku kultury i wartości wśród młodych. No bo to ja tu byłam niekulturalna. Pan jeszcze coś mówił, jednak ja już założyłam słuchawki i go nie słyszałam. Ruszał tak ustami aż przez trzy przystanki po to żeby wstać i wyjść z tramwaju. No nie powiem stałam jak wryta po czym zajęłam miejsce, z którego mnie zrzucił.

Pomijając pytania: nikt się nie odezwał nikt mi nie ustąpił i nikt nie zareagował na jakże wysoką kulturę Pana Inwalidy.
Ależ ta młodzież dzisiaj niewychowana.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (167)

#80707

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ku przestrodze mieszkańców Warszawy i okolic, którym zamarzyłby się remont. Niejaki KAMIL ZAPADKA ogłasza się na różnych portalach ogłoszeniowych jako "szybki, sprawny, dotrzymujący terminów".

Do remontu łazienki przyszedł z polecenia, poprzednią robotę wykonał przyzwoicie, choć - jak się dowiedziałam dopiero poniewczasie - trzeba go było pilnować, bo jak mu się nie patrzyło na ręce, to trochę się obijał. O tym, co się u mnie działo, mogłabym opowiadać godzinami. W skrócie:

W ciągu 10 dni "zdołał" skuć stare kafle i wywalić na śmietnik wannę oraz kibel, zostawić bałagan w pokoju taki, że nie było gdzie nogi postawić, a także ukraść schowaną na półce z książkami puszkę z dolarami i euro na zagraniczne wyjazdy, po czym zniknął. Dwa tygodnie zajęło mi szukanie kogoś, kto na cito dokończy remont, kolejne 3 tygodnie trwała robota, łącznie przez półtora miesiąca musiałam tułać się po znajomych albo koczować u rodziców na drugim końcu Polski, bo w mieszkaniu nie dało się nawet usiąść, nie mówiąc o załatwieniu najbardziej podstawowych potrzeb fizjologicznych.

Sprawa zgłoszona na policję, nie liczę na to, że uda się odzyskać pieniądze (nie było tego wiele, ok. 1000 w przeliczeniu na złotówki), ale mam nadzieję, że chociaż jedną osobę, która by miała pecha na niego trafić, uda mi się przed nim ustrzec. Tym bardziej, że gdy rozpoznałam go na zdjęciu w kartotece policyjnej okazało się, że gość jest ścigany listami gończymi (za co - naturalnie mi nie ujawniono).

KAMIL ZAPADKA

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#80651

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie miała baba kłopotu, wzięła sobie...
współlokatorkę.

Pół roku temu, po uciułaniu kasy na depozyt, postanowiłam zainwestować we własne cztery kąty.
Po obejrzeniu dwudziestu paru domków, wybór został dokonany, oferta zaakceptowana, a ja dostałam klucze.
W pracy się oczywiście pochwaliłam, co nie było niczym dziwnym - większość z nas była na etapie kupna domów i poza robieniem prawa jazdy i kupnem auta, jest to cały czas najpopularniejszy temat.

Jedna koleżanka miała akurat problem, bo nie dogadywała się ze współlokatorami, i od słowa do słowa, ona i jej przyjaciółki namówiły mnie do podnajęcia jej pokoju, a że z asertywnością u mnie krucho, to odstąpiłam jej większą sypialnię. ("No bo wiesz, ty będziesz miała trzy pokoje, a ja tylko ten jeden..." i temu podobne bzdury). Dogadałyśmy się na śmiesznie niską cenę i E. Zaczęła się wprowadzać.

E. pokazała pazurki jeszcze zanim się wprowadziła. Na etapie przemalowywania "swojego" pokoju poprzestawiała mi wszystko w łazience "żeby ładniej było". Ja tam "ładniej" chromolę, wolę żeby było wygodniej i, przede wszystkim, praktycznie :-) Po opieprzu zrezygnowała z wprowadzenia się, ale parę dni później zmieniła zdanie i wysłała mi płaczliwą wiadomość na fejsie, że ona by jednak chciała, bo nie ma gdzie się podziać. Głupia byłam i się zgodziłam :-)

Wprowadziła się miesiąc wcześniej niż było ustalone, nie dając mi szansy na rozpakowanie się - przywaliła moje kartony swoimi, a jej szafa straszyła w salonie przez prawie dwa miesiące. Dopiero informacja o tym, że przychodzą meble do salonu i jadalni zmusiła ją do zabrania większości swoich klamotów, ale o usunięcie niektórych mebli, np. gigantycznej szafki na buty, doprosić się nie mogłam.

O rozpakowaniu nie było mowy - bo ona nadgodziny robi i jest zmęczona. Każda próba oczyszczenia przeze mnie jakiegoś kąta jadalni lub salonu czy nawet półki w celu jej reorganizacji, kończyła się tym, że w tym kącie czy na półce magicznie znajdowały się jej rzeczy.

W jadalni stała szafka, którą miałam wziąć do pokoju, o czym uprzedziłam E. Następnego dnia zawalona została jej kuchennymi rzeczami. Nie widziałam problemu dopóki nie organizowałam sobie sypialni - uprzedziłam, że będę się meblować, niestety, E. nie opróżniła szafki. Za to wyleciała do mnie z pretensjami, że poustawiałam jej rzeczy na podłodze.

Problem był także z ogrzewaniem - jestem z natury zimnolubna - nie funkcjonuję dobrze w wysokich temperaturach, zimą często śpię przy uchylonym oknie. E. podkręcała temperaturę do poziomu tropiku - pół biedy, jak robiła to, kiedy mnie nie było w domu, gorzej jak spałam po nocce, bo mój pokój nagrzewał się nawet jak miałam skręcone kaloryfery - od rur. Budziłam się wtedy z migreną i gigantycznymi zawrotami głowy.
"Bo mi jest zimno" - zgłaszała pretensje ubrana w koszulkę na ramiączka. W końcu, zdenerwowana, zerwałam ze ściany i schowałam termostat, co może nie było sympatyczne, ale inne argumenty nie docierały.

Na wolnym wyjeżdżałam do mojego K., czasem na cztery dni. Jasnym było, że biorę ze sobą dwie lub trzy pary butów - wyjściowe, do trekkingu i coś jeszcze. Po powrocie nigdy nie miałam ich gdzie odstawić, bo na ich miejscach na półce pojawiały się pudełka, butelki, czy nie wiadomo co...  to samo ze składaną suszarką na pranie, wiadomo, używa się jej dzień lub dwa i odstawia na miejsce... tylko że miejsca już nie było. I tylko później foch i pretensje, że odważyłam się jej rzeczy odstawić, jak ona znalazła sobie takie fajne miejsce.... próby dyskusji kończyły się fochem. Bo o wiele łatwiej jest wysłać wiadomość na fejsie i grać pokrzywdzoną przez los przed przyjaciółkami...

"Pożyczenie" czegoś, np. przyrządów do ćwiczeń, kończyło się tym, że musiałam ich szukać u niej w pokoju. I tłumaczenie, że ma je odkładać na miejsce kończyło się fochem. Bo ona nie rozumie dlaczego ja zabrałam przyrząd z jej pokoju, i nie odłożyłam do niej z powrotem. Mój przyrząd. 

Wyrzucanie śmieci w jej wykonaniu polegało na tym, że wyjmowała pełne worki z kosza i odstawiała je na wycieraczkę, a ja "się niepotrzebnie czepiam, poza tym ona się po zmroku boi wyjść do ogródka". Ogródka, otoczonego dwumetrowym murem...

Jest tego dużo więcej, ale podejrzewam, że już teraz ta historia jest trochę przydługa :-)

Piekielne byłyśmy obie. Ona, że nie potrafiła uszanować cudzej przestrzeni i dostosować się do mnie, ja że nie wykazałam się większą asertywnością i poleciałam na kasę - bo przeprowadzka i urządzanie domu kosztowały mnie kupę kasy. Lepiej by mi było przeżyć te pół roku o chlebie i wodzie niż ze współlokatorką. Wiem jedno - limit pomagania ludziom wyczerpał mi się na jakiś czas, tym bardziej, że wyprowadzając się w czerwcu, nie zapłaciła mi, "bo odjęła sobie za brak ogrzewania zimą", a pokój zostawiła w stanie do remontu: pomalowała go sobie na ciemno szaro i nie przemalowała z powrotem wyprowadzając się (co miała zrobić). Musiałam kupić nową obsadę do lampy i nowe karnisze, bo stare zdekompletowała.

Powiem jedno: nigdy więcej współlokatorów czy współlokatorek.
A Wam, drodzy czytelnicy Piekielnych, udzielę jednej rady: jak ktoś Wam powie, że jest współlokatorem idealnym, to uciekajcie gdzie pieprz rośnie, bo macie do czynienia z egotykiem, któremu się wydaje, że wie wszystko i nie ma z taką osobą żadnej dyskusji.

Uprzedzę pytanie, dlaczego nie wywaliłam tego stworzenia wcześniej: bo mam głupi zwyczaj dotrzymywać słowa. Obiecałam jej mieszkanie do końca czerwca i nie chciałam wyjść na osobę niesłowną, tym bardziej, że pracujemy w tej samej firmie i mamy mnóstwo wspólnych znajomych.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (186)

#80648

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem instruktorem strzelectwa. Od kilku lat pracuje na niedużej strzelnicy, ale bywają momenty, że mamy bardzo dużo chętnych. Co w tym piekielnego? Bardzo dużo.

Zacznijmy od tego, na strzelnicy głównie zauważam 3 typy osób, ci którzy strzelają pierwsi raz, ci którzy strzelają regularnie i ci, którzy strzelają dla szpanu.
Jak ta druga grupa jest znośna, tak pozostałe nie.

1. Osoby, które strzelają pierwszy raz.
Rozumiem, strzelając pierwszy raz raczej nie będziemy wszystkiego wiedzieć, dlatego zawsze tłumaczę zasady BHP, jak się obchodzimy z bronią, że celujemy tylko w kierunku tarczy i tego typu informacje. Czy ludzie słuchają? Rzadko. Z reguły wygląda to tak, produkuję się przez 10 minut, pytam czy zrozumiałe, mówią tak, nagle patrzę, a on się z załadowaną bronią odwraca, żeby zrobić sobie zdjęcie, dodatkowo trzymając palec na spuście, o wypadek nietrudno. Zwracasz uwagę - przeproszą, a potem znowu złamią jakiś przepis, na przykład załadowaną broń odkładają na stanowisko. Niby się mówi - ale co się może stać?, ale uwierzcie mi dużo już widziałem, to jest możliwe, wystarczy niewielka usterka i ktoś może dostać.

Często też się trafiają osoby, które przychodzą z małymi dziećmi, ale dziecko nie chce pistoletu na przykład .22, który jest idealny dla niego, bo ma mały odrzut i jest lekki, oni chcą im dać od razu coś dużego, a jak odmówię bo przepisy bezpieczeństwa, to obraza, że przecież on go będzie pilnować.

Potem kolejni to są jak my ich nazywamy Janusze biznesu. Przychodzi z reguły starszy koleś z żoną/szwagrem/kolegą, patrzą na ceny i narzekają dlaczego tak drogo (gdzie i tak w porównaniu do strzelnic w okolicy i wyboru broni mamy bardzo niskie ceny), że gdzieś tam strzelał niżej, albo że jest stałym bywalcem. Z reguły albo biorą coś taniego jak 9 mm, albo biorą karabinek AK, bo "z takiego strzelałem w wojsku". I się zaczyna, omawiasz zasady BHP "młody, byłem w wojsku, a potem w milicji, ja wiem lepiej niż ty jak się z tego strzela", po czym albo magazynek źle wpina, źle ładuje pociski i nie wchodzą do magazynka, albo źle się ustawia do strzału (przy broni długiej często skutkuje to urazem np. barku), albo odwraca się i mówi "ej zrób mi zdjęcie, hehe", a na upomnienie reagują słowami "młody, ja wiem co robię".

A potem najlepsza część, trzeba zapłacić. Patrzą na rachunek i się kłócą, że oni przecież tyle nie wystrzelali, albo, że źle policzyłem, albo się pytają o rabat, bo tak dużo wystrzelali (aż 20 strzałów, szaleństwo), a potem zapłacą i tak, i narzekają, że tu nie przyjdą, bo drogo i obsługa okropna.

2. Pozerzy.
Nie mam tutaj na myśli osoby, które kupują drogą broń, słuchawki itd., mam na myśli osoby, które przychodzą na strzelnicę, bez żadnego dzień dobry, z bronią w pokrowcu, albo bez, mówią "te stanowisko, na godzinę" i rzucają w ciebie pieniędzmi. Zwrócisz uwagę, że broń ma być w pokrowcu? Zignoruje cię, albo powie, że on nie musi, bo zaparkował tu za rogiem. Po czym teraz zaczyna się zabawa.

Rozkłada się na stanowisku, wyciąga błyszczącą jak psu jajca, nowiutką broń, paczkę amunicji, pas z ładownicami na magazynki, zakłada swoją tarczę, odsuwa na najdalszą odległość i teraz najlepsze. Zaczyna się rozciągać, rozgrzewać czy jakieś inne tańce odprawiać, chwyta za broń, ogląda ją dokładnie z każdej strony (dużo osób wkłada ją do kabury, a jak zwracamy im uwagę, że musi zostawić ją na stole to mówi "ja wiem co robię", albo "nie przeszkadzaj, skupiam się").
Ładuje powoli i dokładnie każdy magazynek, wkłada do ładownic, przez kilka minut ustawia się, po czym w końcu bierze broń, wpina magazynek i zaczyna strzelać. Myślicie, że strzela powoli, a precyzyjnie? Nieee, wywali cały magazynek w przeciągu kilku sekund, od razu wepnie nowy i strzela dalej, patrzysz na tarczę, a cała tarcza jest dziurawa, niby logiczne prawda? Ale jeżeli by umiał strzelać, to jego skupienie nie obejmowałoby całej tarczy. A oczywiście jak zwrócisz uwagę, że mają strzelać wolniej, bo utrudniają strzelanie innym to powie "to nie mój problem, zapłaciłem za to stanowisko, robię co chcę".

To jest tylko kilka historii, jest ich o wiele więcej, jak chcecie to piszcie ;)

strzelnica

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (160)

#80645

(PW) ·
| Do ulubionych
Ludzi chyba naprawdę nawiedziło z tymi świeżakami.

Reakcje klientów wklejone za zgodą pracującej w owadzim sklepie koleżanki:

- Jak to nie ma czosnka Czarka (oryginalny folklor zachowany)? Pewnie macie schowane dla swoich!

Tak, w owadzim sklepie działa świeżakowa mafia, która wydaje te badziewne maskotki z tyłu sklepu.

- Jak to nie ma czosnka Czarka (ostatnio jakiś chodliwy ten Czarek jest)? Ja jestem stałym klientem, zawsze tu kupuję, to dla mnie powinien być.

No nie ma, bo jest przecież schowany dla swoich.

- Pani mi da więcej naklejek bo ja jestem stały klient.

No cóż. Biorąc pod uwagę, że każdy kupuje w owadzim sklepie najbliżej jego miejsca zamieszkania, to każdy jest poniekąd stałym klientem.

- A dlaczego ja nie dostałem naklejki? Przecież kupiłem winogrona!

Pan nie dostał naklejki, bo pomimo osiągniętej jakiejś tam kwoty uprawniającej do odbioru naklejki kupił papierosy w tejże kwocie, a papierosy "się nie wliczają". I leci awantura, bo on tu już więcej nie będzie kupował.

- Naklejki bierzecie dla siebie!

Biorąc pod uwagę, że każda naklejka przed wydaniem musi być "wbita" na kasę, to jednak nie.

Jeśli ktoś nie chce brać przysługujących mu naklejek, kasjer pyta ludzi w kolejce, czy ktoś je chce (taki mają kasjerzy nakaz). Wczoraj dwie starsze panie o mało się nie pobiły, która te naklejki weźmie. Koleżanka znalazła salomonowe rozwiązanie: cztery naklejki podzieliła pomiędzy dwie panie, co z kolei wywołało niezadowolenie obydwu, bo każda uważała, że krzyknęła pierwsza, że chce te cztery naklejki.

Koleżanka oddycha z ulgą, że szał naklejek skończy się 19 listopada, a ostatni świeżak zostanie wydany 3 grudnia (bodajże, bo nie pamiętam dokładnie, jakie daty podała). Ciekawe, co kierownictwo owadziego sklepu przyjdzie do głowy następnym razem. Możecie obstawiać.

gangi świeżaków

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (147)