Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77979

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu którejś historii akademikowej, przypomniało mi się zdarzenie kolegi.

Przyjechał on do pracy do UK dość dla siebie nieoczekiwanie. Pilnie poszukiwał więc pokoju do wynajęcia i dość szybko się udało. Co działo się w jego domu to historia na co najmniej kilka grubych tomów. Dzisiaj tylko jedno zdarzenie.

Kolega wieczorem ugotował sobie zupę na następny dzień po pracy. Wrócił głodny z porannej zmiany, zasypał pomidorówkę makaronem, żeby się ugotował i poszedł pod prysznic. Wrócił, a tu pomidorowej brak. Za to z "salonu" zawołał go współlokator pijaczek i narkoman, ochrzanił za brak soli w potrawie i wręczył garnek do mycia. Kolega się wkurzył i wymierzył porządnego prawego sierpowego prosto w szczękę żarłoka.

Następnego dnia pijaczek już trzeźwy przyszedł przeprosić kolegę.

pokoje do wynajęcia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (Głosów: 166)

#77978

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno czytałam opowiadanie o kulturze graczy na dosyć popularnej stronie do gier kurnik.pl, także postanowiłam też dołożyć swoje 3 grosze.
Konto założyłam mając 10 lat, żeby pogrywać sobie z mamusią w literaki tak gwoli ścisłości ;)

Grywam w różne gry, w literaki, kanastę, kości, kalambury. Gra jak gra, przyjemna, raz się wygra, raz nie, lecz niestety pamiętam jakie wiadomości czasem mignęły mi się na czacie.
Mama moja oczywiście mi powiedziała że wypada się przywitać przy rozpoczęciu gry, także zawsze witałam się z graczem pisząc "cześć", a jak gracz wygrywał to pisałam "gr". No i na tym mogłoby się zakończyć gdyby jednak nie pewne przypadki, które mi utkwiły w głowie po dziś dzień.

Pierwszy przypadek.
Ja, szkoła podstawowa (dokładnego wieku nie pamietam, 10 albo 11 lat) witam się z graczem jak zawsze, gracz na to "pie*dol się kur*o".

Drugi. W informacjach o sobie miałam podane "12 lat kocham zwierzęta". Efekty? Wiadomości prywatne o charakterze erotycznym, z dokładnym opisem co by mi robili...

Trzeci. Grywałam jeszcze w podstawówce z moją ulubioną nauczycielką w kanastę w pokoju bezrankingowym (zasady gry znałam, ale zawsze coś karta mi nie szła ;p), gra była na 4 osoby, a wyzywanie mnie że grać nie umiem i po co w to gram było normą...

Ostatni (dosyć niedawny). Kalambury. Gra miła, fajna, przyjemna. Jak ją zepsuć? Miałam wtedy najwięcej punktów z wszystkich graczy. Zaczęło się od wypisywania obelg w moim kierunku, a kończąc na rysowaniu postaci podpisanej moim nickiem, na którą sika właśnie gracz rysujący, a inni koledzy mu przy tym dopingowali. Niestety, grę mi to wtedy zepsuło.

Takie sytuacje były na porządku dziennym, a zablokować gracza wtedy się nie dało. Dało się tylko dać na czarną listę, która nic nie dawała.

Gry internet kurnik

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (Głosów: 211)

#77976

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z wczorajszego poranka.

Śmieciarz, ciągnąc za sobą kontener, wyciągnął z kieszeni jakieś papierki i wyrzucił na trawnik.

Robią porządek w stolycy :)

meanwhile_in_poland

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (Głosów: 137)

#77962

(PW) ·
| Do ulubionych
W lutym tego roku udało mi się zakończyć studia I stopnia na Wydziale Elektroniki Politechniki Wrocławskiej (z premedytacją podaję nazwę, niech wiadomo, gdzie panuje taki syf) i od razu rozpocząłem II stopień studiów na tym samym wydziale, tej samej uczelni.

Dziekanat. Dzisiejsza sytuacja zasługuje na uwiecznienie na tym portalu.
Na stronie wydziału pojawił się komunikat:

"ABSOLWENCI I i II stopnia,
którzy zdali egzaminy dyplomowe od dnia 1.01. 2017 do 21.02.2017r. /włącznie/ proszeni są o odbieranie odpisów dyplomu w Dziekanacie /stanowisko 6/ w godzinach przyjęć tj. 08:00-12:00 (poniedziałek, wtorek, piątek) i od godz. 11:00-15:00 (czwartek)

UWAGA: Dokumenty jw. możemy wydać absolwentowi po okazaniu dowodu osobistego lub na podstawie notarialnie poświadczonego upoważnienia.

Ponadto informujemy, że dnia 21 kwietnia br /piątek/ odbędzie się uroczyste wręczenie dyplomów. Szczegóły dotyczące w/w uroczystości podamy w terminie późniejszym.

*** Studentom, którzy rozpoczęli studia II stopnia w semestrze letnim 2016/17 przypominamy o konieczności dostarczenia do dziekanatu do dnia 24 kwietnia br - na odpowiednie dla nazwiska stanowisko - kserokopii podpisanego, polskiego dyplomu i suplementu."

1) Część po gwiazdkach oznacza, że mamy: odebrać dokument, skserować i oddać ksero do innego okienka. Absurd.
Tutaj jest małe wytłumaczenie: chodzi o podpis. Tylko dlaczego na innych wydziałach pani może zrobić ksero podczas wydawania dyplomu (co wydłuża czas o całe 3s), a u nas nie? Nie wiem.

Jako doświadczony już student, wiem, że walka z wiatrakami nie ma sensu. Poszedłem, odstałem godzinę w kolejce po odbiór. Tego samego dnia nie miałem już czasu czekać do drugiego okienka, więc przełożyłem to właśnie na dzisiaj.

Zgodnie z poleceniem zaniosłem kopie. Po raz kolejny udało im się mnie zaskoczyć:
-Gdzie są oryginały?
-No w domu, gdzie mają być.
-Przynieść.
-A gdzie jest napisane, żeby przynieść? (może wy widzicie w tym komunikacie?)
-Ja nie wiem, ja mam potwierdzić zgodność z oryginałem.
-No to macie oryginał w mojej imiennej teczce.
-Ja nie mam czasu szukać po teczkach. Przynieść.

2)Mam się domyślić, że trzeba przynieść dodatkowe dokumenty, inne niż podane w komunikacie.
3)Pani nie chce się zajrzeć do teczki, ale ja muszę wracać do domu i przyjeżdżać z powrotem.
Chociaż osobiście podejrzewam, że "teczka" to inna nazwa niszczarki.

Możecie mówić, że się dałem spławić, że nie walczyłem. Już od dawna przestałem, bo nigdy z nimi nie wygrałem, a marnowałem tylko czas i nerwy. Niech żyje mentalność rodem z Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

dziekanat politechnika_wrocławska

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (Głosów: 144)

#77972

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów gdy uczęszczałem do gimnazjum, czyli sprzed dobrych trzynastu lat.

Ogólnie moja klasa była dość dobrze ze sobą zgrana. Jednak kilka osób pochodzących z bogatszych rodzin postanowiło wyrwać się z otoczenia "plebsu" i żyło sobie w swoim małym szkolnym świecie nasączonym wzajemną adoracją. I nie byłoby nic w tym złego, gdyby na każdym kroku nie próbowali pokazać swojej wyższości nad biedniejszą częścią klasy. Sam nie miałem z nimi większych problemów, gdyż również pochodziłem z bogatszej rodziny. Uważali mnie po prostu za dziwaka, który lubi zadawać się z biedakami. Inni nie mieli jednak tyle szczęścia i ich pozycja majątkowa sprowadziła na nich codzienne wiązanki szyderstw.

Wszelkie próby interwencji u nauczycieli nie zdawały egzaminu, gdyż ci po prostu nie wierzyli, że te "wspaniałe" i "niewinne" dzieci, których rodzice tak ochoczo wspierają szkołę, są zdolne do opisywanych przez nas czynów. Ingerencje naszych rodziców również nie przynosiły rezultatów.

Ogólnie nasza grupka bogaczy traktowała wszystkich biedniejszych od siebie jednakowo, nikomu nie szczędząc wyzwisk i szyderstw. Nikt raczej nie brał ich docinków na serio i tak jak je wpuścił jednym uchem tak drugim wypuścił. Jednak na jednej z wycieczek doszło do incydentu, który sprowadził na mojego przyjaciela piekło.

Głupek był szaleńczo zakochany w jednej dziewczyn z grupki lepszych i właśnie na w/w wycieczce, zachęcony alkoholem, postanowił jej wyznać swe uczucia. Oczywiście dziewczyna go wyśmiała i od tego czasu atakowano go ze zdwojoną siłą. Na początku po prostu częściej słuchał jaki to z niego biedak, ale z czasem docinki stały się bardziej wyrafinowane. Z czasem do agresji słownej dołączyły poszturchiwanie i żarty typu kupa podrzucona do buta w czasie trwania lekcji wf. Warto zaznaczyć, że męska część agresorów w pewien sposób bała się mojego przyjaciela (do dziś jest wielki i nadal ćwiczy sztuki walki), dlatego jawna agresja typu poszturchiwania czy w późniejszym okresie po prostu bicie, była głównie stosowana przez dziewczyny. Czuły się bezpieczne gdyż wiedziały, że znajomy im nie odda. I nie oddawał do czasu...

Tego dnia dorwały go cztery dziewczyny z grupki bogatych. Otoczyły go przy szatni i upewniwszy się, że nikt ich nie widzi rozpoczęły festiwal nienawiści. Trzy z nich przytrzymały go przy ścianie, a trzecia, niedoszła miłość przyjaciela, zaczęła wyzywać go od pe*ała, wykrzykując raz po raz jakim prawem on w ogóle śmiał na nią patrzeć w taki sposób. Wszystko to doprawione było dość mocnymi ciosami z otwartej dłoni.

W końcu ofierze puściły nerwy. Znajomy wyrwał się z uścisku i uderzył agresorkę w taki sam sposób jak ona jego (oczywiście nie z pełną siłą). Dziewczyny uciekły, a sprawa obiła się o dyrekcję. Znajomy miał dość duże nieprzyjemności i przez niewtajemniczonych i wszystkich nauczycieli widziany był jako damski bokser. Jednak od tego czasu miał spokój z wyzwiskami.

Wczoraj spotkaliśmy się po kilku latach i wyszedł ten temat. Przyjaciel stwierdził, że nie ma pojęcia co musiał mieć w głowie żeby cokolwiek czuć do takiej dziewczyny. Mimo, że oboje nie pochwalamy bicia kobiet, to bez wahania stwierdziliśmy, że po prostu jej się należało i nie było innego wyjścia z sytuacji.

gimnazjum

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (Głosów: 182)

#78041

~honorka954 ·
| Do ulubionych
Piękny, nie tak do końca słoneczny, dzień, miał być dla mnie i mojego narzeczonego dniem, w którym odnajdziemy to jedyne lokum do wynajęcia. Gdy ujrzałam ogłoszenie wręcz krzyczało "bierz mnie", a głos właścicielki był przemiły i uroczy. Uradowani pojechaliśmy zobaczyć jak wygląda nasze przyszłe gniazdko.

Mieszkanie malutkie - kawalerka z kuchnią i małą łazienką. Meble nie do końca nowe, ale nie znały one historii Okrągłego Stołu, czy słynnego skoczka murowego. Łazienka skromna - zwykły prysznic, małe lustro i toaleta, umożliwiająca komplementację naszego dzieła (tj. z półeczką).

Już mamy podpisywać umowę, lecz zapobiegawczo, mimo zapewnień naszej wynajmującej, że jest to zwyczajowy standard, rozpoczęliśmy czytanie. Szczególnie, że mamy świadomość iż zwyczajowy standard zmieści się na 1/2 stronach, a nie blisko 10, lecz myślę - może zacięcie literackie, określenie najmniejszego zadrapania na meblach tyle zajęło, lecz myliłam się bardzo.

Otóż umowa przewidywała w dalszym swym niezwykłym, lecz dla właścicielki zwyczajnym, brzmieniu następujące pozycje:

1) Opłata za pozostawienie mebli 200 zł/msc. W rozumieniu umowy meblami były również toaleta, lustro i prysznic.
2) Opłata za korzystanie ze skrzynki pocztowej 50 zł/msc.
3) Konieczność udostępniania mieszkania na jeden weekend w miesiącu na wyłączność właścicielki (jak wyjaśniła raz na miesiąc przyjeżdża na zakupy i chce spać w swoim mieszkaniu).
4) Brak zwierząt, chyba że za zwiększeniem kaucji z 2000 do 4500 zł.
5) Od kaucji potrąci się opłatę za niszczenie mebli, brak wyniesienia śmieci i posprzątania (normalna rzecz) oraz za brak odmalowania ścian i wymienienia tapety w przedpokoju (tapetę zapewni właścicielka).
6) Okres wypowiedzenia umowy przez nas 5 miesięcy, przez właścicielkę 2 tygodnie. Umowa na 13 miesięcy.

Ja, niewdzięczna przyszła/niedoszła lokatorka, odmówiłam podpisania tejże umowy, mając świadomość iż może być nie do końca zgodna z prawem. Biedna właścicielka zmarnowała popołudnie, a nam wizję pięknego świata.

wynajem

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (Głosów: 197)

#78031

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem wychowawcą-instruktorem (wychowawczynią-instruktorką ;)) na obozach sportowych i koloniach.

Jeżdżą naprawdę różne dzieciaki. Ale po niektórych zostaje przykre wspomnienie.

Była taka sobie dziesięciolatka. Żywa, energiczna, wesoła. Większych problemów wychowawczych nie sprawiała, ale gdyby wszystko było super, to nie powstałaby ta historia.

1. Obóz sportowy - sztuki walki. W programie dużo aktywności fizycznej, wycieczki w góry, na basen, codzienne treningi i wyjścia. Polskie lato, więc wiadomo że pogoda zmienna.
Większość garderoby dziewczynki stanowiły klapeczki, sandałki, kuse spódniczki i obcisłe bluzki z dekoltem i odsłoniętym pępkiem. Średnio pasujące do dziesięcioletniego dziecka... A wszystko to na obozie sportowym w górach.

Jakby tego było mało, dziewczynka nie dostała na wyjazd żadnego plecaka (mimo iż był wymieniony w spisie rzeczy obowiązkowych). Miała ze sobą jedynie wielką torbę "panterkę" (coś w tym rodzaju -> http://pewex.pl/pictures/p1/G5/335168-364307-product_original-szaleo-wielka-torba-w-panterke-odcienie-brazu.jpg). Biorąc pod uwagę, że sama była bardzo drobna i szczupła, z wielką panterkową torbą na ramię wyglądała komicznie...

2. Dziewczynka otwarcie przyznawała się do tego, że w domu żywi się głównie popcornem, nutellą i czekoladą. W trakcie wspólnych posiłków nie umiała przekonać się do niczego, co było prezentowane na stole. W ostateczności była skłonna spróbować dżemu. Warzywa, owoce, mięso, pieczywo - wszystko "FUJ". Matka nie zaprzeczała takiemu stanowi rzeczy. "Niech sobie kupi w sklepie nutellę i popcorn".

3. Dziesięciolatka posiadała stan uzębienia odpowiedni do sposobu odżywiania. Zwłaszcza, że nie myła zębów. Na obozie posiadała szczoteczkę i pastę (spis rzeczy obowiązkowych), jednak wyegzekwowanie umycia przez nią zębów nie mogło odbywać się inaczej niż poprzez stanie obok - żadne tłumaczenie, prośba czy groźba nie skutkowały. Zresztą nie ma się co dziwić - mała wielu zębów zwyczajnie nie miała, a to co jej pozostało, to były w większości poczerniałe, dziurawe kikuty - oczywiście bolące. Mama nie widziała problemu, bo przecież dała pół butelki "Nurofenu" w razie bólu (chociaż tyle)...

Wniosek jest krótki i bardzo przykry - żaden z tych zarzutów nie był winą dziecka. Szkoda, że dorosła osoba, która powinna otoczyć dziewczynkę opieką nie przejmowała się takimi "drobnostkami" jak właściwe odżywianie, higiena jamy ustnej czy zaopatrzenie w odpowiedni strój i wyposażenie...

obozy kolonie sport sztuki walki wychowawca dzieci młodzież

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (Głosów: 217)

#78037

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczorajsza sytuacja skłoniła mnie do założenia konta na piekielnych.

Tło: promocja w jednym z marketów "nie dla idiotów": kup smartfon, a folię ochronną z montażem dostaniesz gratis - brzmi nieźle, więc kupujesz smartfon, idziesz do punktu, żeby ową folię założyli, po czym orientujesz się, że założyli ją, nie ściągając folii fabrycznej...

Nie wiem czy się śmiać, czy płakać nad ludzką głupotą.

market nie dla idiotów

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (Głosów: 129)

#77970

(PW) ·
| Do ulubionych
Świnta, świnta i po...

Generalnie razem z P. nie obchodzimy świąt, jedynie korzystamy z tego, że w tym czasie jest wolne, bo na ogół nie mamy zbyt wiele czasu dla siebie. No ale przyjechała szwagierka z mężem i córką (o tym napiszę oddzielną historię). Klasycznie - "obskoczyliśmy" też wizyty u moich dziadków, do których przyjechała jakaś dalsza rodzina; więc posiadówka przy jednym stole, rozmowy, może jakaś naleweczka, wiadomo jak to jest.

No i się zaczęło; siłą rzeczy padło pytanie "a kiedy wy się w końcu pobierzecie? Taka ładna para, a bez ślubu!"
Owszem, mamy w planach zaślubiny - w tym albo przyszłym roku. Ślubu kościelnego nie będzie (oboje jesteśmy wypisani z Kościoła Katolickiego). To był już jeden z powodów wielkiej obrazy ze strony tej "dalszej" rodziny, bo moi dziadkowie i najbliżsi P. również mają swoje zdanie na temat religii, niektórzy są innowiercami, więc nie przeszkadza im ten fakt.

Nie jesteśmy jakoś wybitnie bogaci, niczego nam nie brakuje, ale na każdą "większą" rzecz typu nowy samochód czy jakiś wyjazd musimy odkładać pieniądze, staramy się też nie wydawać na rzeczy zbędne. Dlatego z góry oświadczyliśmy, że nie będzie wielkiej imprezy i weselicha na 200 osób. Już teraz wiemy, że zaprosimy jedynie najbliższą rodzinę i kilka zaprzyjaźnionych osób. Będzie zwykłe, małe przyjęcie na naszym ogródku. Zamiast ładować pieniądze w wesele na kilkaset osób, wolimy sobie pojechać na dwa tygodnie w jakieś fajne góry.

1)"Ale jak to PRZYJĘCIE?! Przecież WESELE to tradycja! Ślub bez wesela nie jest ważny!"
2)"No jak to nie zaprosicie cioci Zosi?! Przecież ona ci takie ładne zabawki kupowała jak byłaś mała!" (Nie pamiętam cioci Zosi, nie mamy kontaktu, nawet nie wiem gdzie mieszka).
3)"Przecież X lat temu mąż siostry twojego wujka cię zaprosił!" (Ta, nie MNIE tylko rodziców. A wtedy na chleb mówiłam pep).
4)"Nie bądźcie sknerami, co wasi sąsiedzi powiedzą jak w dniu ślubu będzie jakiś grill na ogródku?!" (Ta, sąsiedzi. Mieszkamy na skraju lasu. Sami. A nawet jakbyśmy mieli sąsiadów, to bardzo nam wszystko jedno na to co by powiedzieli).
5)"JA TO NAWET SIĘ TAM NIE POJAWIĘ". (Jakaś moja rzekoma ciotka, której i tak byśmy nie zaprosili).


I teraz - po świntach - jesteśmy nieuprzejmymi sknerami w oczach "rodziny" :D

święta rodzina wesele

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (Głosów: 176)

#77966

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako grafik w sporej firmie. Na pracę, szefa, firmę czy wypłatę ogólnie narzekać nie mogę. Jednak podejście załogi i szefostwa do niektórych rzeczy mnie denerwuje. Rzeczy związanych z moją pracą.

Jestem pierwszym grafikiem w firmie od początku jej istnienia. Wcześniej "grafiką" zajmowała się pani Zosia czy inny pan Roman, tworząc majstersztyki w Wordzie czy Paincie. Z tego względu dość trudno jest wyplenić pewne przyzwyczajenia i hmm... brak gustu? Ale na tym polega też moja praca. Nie, jaskrawożółty napis nie będzie dobrze wyglądał na zielonym tle. Nie, logo nie powinno przypominać pierwszego z brzegu WordArta. Tłumaczę, pokazuję, staram się delikatnie zabić niektóre pomysły rodem z późnych lat 90. Szlag mnie jednak trafia, gdy ktoś nie szanuje mojej pracy.

Jeden z działów firmy zajmuje się sprzedażą pewnego rodzaju urządzeń. Niedawno pojawiła się nowinka, sprzęt istny cud, tysiąc pińćset funkcji. Kierownik działu potrzebuje ulotek, plakatów i innych szpargałów reklamujących nowe cudeńko. Zabieram się do pracy. Udało mi się skończyć dość szybko, mimo wielu komentarzy w stylu "a może ta kropka 0.9 milimetra w lewo" i "ten żółty trochę jaśniejszy, ale jednocześnie trochę ciemniejszy i w ogóle może bardziej wpadający w kolor moczu mojego wujka Zdziśka".

Projekt wysłany do drukarni. Tutaj ważna uwaga: zlecaniem druku z niewiadomych dla mnie względów zajmuje się Kolega (K), nie ja. Kolega kompletnie zielony w sprawach grafiki i poligrafii. Do tej pory nie było problemu, ja robiłam projekt, on tak naprawdę był tylko pośrednikiem.

Ze względu na ten mały szkopuł nie wiem, do jakiej drukarni zostają zlecone druki.

Sytuacja właściwa:

Od wysłania projektu mijają 2 miesiące. Podpytuję Kolegi czy mogę wreszcie zobaczyć ulotki, plakaty i broszury, bo jestem ciekawa jak wyszło, a nikt mi ich jeszcze nie pokazał. Kolega na to, że "noo... eee, nie ma jeszcze". Myślałam, że robi sobie ze mnie jaja. Dwa miesiące na druk prostych ulotek (niecałe 2000 sztuk), kilku plakatów i 100szt. 4 stronicowej broszury. Jakaś kpina.

Kolega dzwoni do drukarni. Okazuje się, że już, teraz, zaraz wysyłają! Wszystko gotowe, jutro będzie u państwa.

Zamówienie przychodzi następnego dnia. Otwieram pudło i mam ochotę kogoś zabić.

Plakaty i ulotki skopane kompletnie. Zacieki z farby, plamy, przebicia świadczące o tym, że ktoś poskładał ulotki na kupę zanim wyschły. Na plakacie dodatkowo widoczne nierówne linie cięcia i biały margines. Na wszystkich broszurach jasny, podłużny pas co może świadczyć o awarii maszyny lub skopanym wałku. Ewidentna wina drukarni. Robi mi się gorąco, chwytam za telefon żeby opieprzyć śmiechu wartą drukarnię i złożyć reklamację. Powstrzymuje mnie (K).

(K) Oj tam, oj tam. Trochę są poplamione, ale nie jest źle.
(Ja) Ty chyba żartujesz?
(K) A kto to zauważy? Jest trochę skopane, ale za taką kasę to i tak super.

Myślałam, że dostanę wylewu. Zapytałam o tę kasę. Cena wysoka, biorąc pod uwagę "jakość" wykonania, to po prostu ździerstwo.
Krocie za spartaczoną pracę, która zajęła 2 miesiące.

Miałam nadzieję, że szef ma trochę więcej oleju w głowie i złoży reklamację. O ja naiwna.

Skończyło się na poinformowaniu drukarni o "malutkim błędzie" i wywalczenie rabatu na kolejne zamówienia.

Nie wiem, kto jest bardziej piekielny. Drukarnia, która wypuszcza taki szajs i jest niepoważna. Każda nieco ogarnięta osoba powiadomiłaby klienta, że "coś nie pykło", wydrukowała wszystko jeszcze raz na swój koszt i udzieliła rabatu na kolejne zlecenia po czym modliła się, żeby klient nie zrobił im rozpierdzielu i nie wysmarował opinii w internecie.

Z drugiej strony mamy szefa. Człowiek inteligentny, wykształcony. A tu zachowuje się jak typowy Janusz Biznesu - "chu** ale chociaż tanio, hehe".

Czuję się po prostu oszukana i kompletnie zignorowana. I przykro mi, że nie docenia się mojej pracy i ją niszczy.

drukarnia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (Głosów: 187)