Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#80071

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyjazd w delegację ma swoje plusy i minusy. Poznaje się różnych ludzi, czasami zawiera się nowe znajomości, ale czasami są i perełki.

Wyjeżdżamy z noclegu, a w bramie wyjazdowej stoi samochód. Nie da się naszym gabarytem ominąć tej zawalidrogi. Kolega Staszek kierowca kilka razy zatrąbił, żadnej reakcji.
Nakleił kilka karnych na szybie i dzwoni na Policję, ci odsyłają do Straży Miejskiej. Mijają kolejne minuty. Podjeżdżają Strażnicy, a chwilkę za nimi laweciarz.
Sprawnie im idzie zapakowanie samochodu na lawetę. Już wszyscy mają się rozjechać, gdy przychodzi właścicielka samochodu.

Awantura, bo jak tak można, ona tylko na chwilę postawiła samochód, a tu kradną jej samochód.
Ładna chwilka, ponad 30 minut od naszej próby wyjazdu do jej przyjścia.

Nie pomogły jej argumenty, że jest w ciąży (fakt, widoczny brzuch) i ma prawo tak parkować (przepisy ciągle się zmieniają, ale że aż tak idzie Ustawodawca na rękę kobietom w ciąży to pierwsze słyszę).
Oberwało się Staszkowi nie dość, że od przyszłej matki to i od ciekawskich specjalistek od przepisów ruchu drogowego w wieku grubo 65+.

Pani odgrażała się, że jeszcze się spotkamy i odmówiła przyjęcia mandatu i nie chcąc uiścić opłaty za lawetowanie.

parkowanie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (114)

#80048

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem przewodnikiem muzealnym. Placówka jest dość specyficzna, stanowi ją nieczynny zakład przemysłowy. Ekspozycja to oryginalne wyposażenie, nie ma nowoczesnych "wodotrysków" pokroju multimedialnych gadżetów czy innych kącików dla dzieci.

Pewnego dnia sprzedawałem bilety i zbierałem grupę do wejścia. W pewnym momencie podszedł do mnie około czterdziestoletni mężczyzna.

- Dzień dobry. Czy tam w ogóle warto iść? Jest tam coś ciekawego?
- Kwestia gustu, proszę pana. Moim zdaniem miejsce warto poznać, aczkolwiek nie każdego interesuje akurat taka tematyka - odparłem. "Naganiaczem" ludzi nie jestem, staram się poważnie traktować klienta.
- A jest tam coś interesującego dla sześciolatka? Przyjechałem z żoną, jest z nami jeszcze Kacperek, nie ma kto z nim zostać.
- Nie mam nic przeciwko wzięciu ze sobą dziecka. Ale uczciwie uprzedzam, że dzieci najczęściej zaczynają się nudzić i hałasować. Miejsce jest szare i ciemne, łatwo się ubrudzić. W ciągu godziny zwiedzania trasy większość czasu poświęcona jest na słuchanie opowieści przewodnika.
- A bilety ile kosztują?
- 10 złotych dla jednej osoby.
- Hmm... To w sumie dziecka nie zainteresuje raczej. Proszę tylko dwa bilety w takim razie.
- Czyli zostawią państwo dziecko same sobie? - Poczułem się zaskoczony.
- Nie, Kacperek idzie z nami. Ale on się nie będzie interesował, więc jemu biletu kupować nie trzeba.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (203)

#80011

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj byłam świadkiem takiej sytuacji:

Biuro obsługi klienta w dużym markecie. Stoję w kolejce, przede mną pani z reklamacją.
Pani kupiła między innymi wstążkę, taką papierową w kokonie. Wstążka była wystawiona na półce jako artykuł w promocji - 1 zł/szt.
A na paragonie niespodzianka - prawie 4 zł.

W związku z tym, pani postanowiła udać się do biura obsługi klienta by zwrócono jej różnicę w cenie, względnie była też zdecydowana oddać wstążkę, jeśli pierwsza opcja nie wchodzi w grę. Wszystko to wytłumaczyła na spokojnie, dość zwięźle i konkretnie.

No i nadchodzi odpowiedź pani za ladą, a wszystkich w kolejce zatkało. No tak! Bo pracowników brakuje, nie ma komu ceny zmienić na półkach! Bo w systemie już inna cena jest, bo promocja się skończyła! Pani tego nie rozumie, jak to jest, jak nie ma pracowników. Za mało jest po prostu. Oni nie dadzą rady!
Klientka nieco zdębiała, mówi coś niewyraźnie, że ona przecież nie ma pretensji i nie uważa, że to tej pani wina, no ale przecież też nie jej...
A pani z obsługi klienta znowu to samo. Wzięła co prawda paragon, coś tam skreśla, coś kseruje, ale cały czas ta sama mowa, sarkanie na brak pracowników, i że co ona może.

Ja się pytam... Nie można po prostu powiedzieć "przepraszam"? No zdarza się, jasne. Ale co klienta obchodzą problemy z pracownikami? Dlaczego skoro już klient jest zmuszony by stracić trochę czasu na reklamację, musi jeszcze wysłuchać tyrady pani z obsługi klienta?

sklepy reklamacje obsługa_klienta

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (158)

#79936

(PW) ·
| Do ulubionych
Szpital. Temat, o którym można by obszerne tomiszcza pisać, a i tak o czymś by się zapomniało.

Mój dziadek jest już w podeszłym wieku, sporo po 80-tce. Dwa dni temu prawie się na SORze wykończył.

Zaczęło się niewinnie, późnym popołudniem. Narzekał na bóle brzucha, które z czasem stawały się coraz bardziej nie do wytrzymania. Decyzja? Jedziemy do ośrodka zdrowia na opiekę całodobową.

Tam lekarz wykazał się naprawdę fachowym podejściem, bo po 5 minutach badania, wypisał skierowanie do szpitala z dopiskiem, że istnieje zagrożenie zdrowia lub życia pacjenta. Karetki nie było akurat na stanie, więc wpakowaliśmy dziadka do samochodu, i pędząc trochę na złamanie karku, pognaliśmy na SOR.

Niestety tam trafiliśmy na mur, zdawałoby się nie do przejścia. Rejestratorka podeszła, przejrzała skierowanie, beznamiętnie wyskoczyła do nas, proszę czekać w kolejce.

Pomijam już fakt, że to pacjent ponad 80-letni, z cholernie pilnym skierowaniem, gdzie jak byk pisze zagrożenie zdrowia lub życia.

"Proszę czekać w kolejce" trwało 4 godziny. Po tych 4 godzinach coś we mnie pękło. Wpadłem na dyżurkę, zrobiłem taką awanturę, że chyba mnie pół szpitala słyszało. W momencie znalazł się dla dziadka lekarz, pielęgniarka, wózek, kroplówki i komplet badań. A przez 4 godziny jakoś nikt nie wyraził zainteresowania. A przy każdej mojej próbie wejścia na salę, byłem z niej z mordem w oczach wyganiany.

W pakiecie, oprócz cholernych boleści, dziadek nabawił się żółtaczki.

Diagnoza główna? Dziadek ma zapalenie trzustki. W jego przypadku, to było zagrożenie życia. I lekarz, nie ten z SORu, otwarcie mi to powiedział. Jeśli poczekałby tam jeszcze z godzinę, to by nie przeżył.

I weź tu człowieku choruj w tym kraju. Jak nie wykończy cię choroba, to zrobi to SOR...

SOR

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (150)

#79916

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby przejść do historii właściwej, muszę opisać wydarzenia sprzed kilku lat. Mam koleżanki, Agnieszkę i Jolkę. Agnieszka miała męża już kiedy się poznałyśmy. Mąż niesympatyczny, burakowaty. Mieli ślub cywilny, tylko dlatego, że Agnieszka zaszła w ciążę. Podczas kiedy jej rósł brzuch, on chodził na imprezy, szalał ile się dało o czym dowiadywała się od znajomych. Ona sama siedziała w domu, ale była młoda, zakochana.

Po krótkim czasie naszej znajomości dowiedziałam się (na własne oczy), że mąż Agnieszki ją bije. Ich dziecko miało już wtedy ze dwa latka, a ona nie miała odwagi żeby od niego odejść. Zabronił jej pracować - bo przecież on pracuje. Nie dawał jej przy tym pieniędzy na nic. Żeby zrobić zakupy musiała się prosić, a on wtedy z wielką łaską rzucał jej 20 zł i to miało jej wystarczyć.

Kiedy tylko się zorientował, że nie pozwolimy na takie traktowanie przyjaciółki, zaczął ją od nas odcinać. Zabrał jej (siłą oczywiście) telefon. Warunkiem oddania było to, że nie będzie się z nami kontaktowała. Skutek tego był taki, że przestała się do nas odzywać, na prośby o spotkanie reagowała wymówkami. Odnosiło się wrażenie, że jej synek cały czas choruje, a ona nie ma czasu.

W końcu sytuacja zaczęła się poprawiać. Okazało się, że Mąż ma romans z inną. Nie zgadzał się na rozwód, bo przecież nie ma podstaw. Z naszą sporą pomocą Agnieszka jednak wywalczyła upragniony rozwód, znalazła porządnego faceta i jest z nim do dziś.

Jolka za to całe lata była sama.
Nikt jej się nie podobał, nikt nie spełniał wygórowanych oczekiwań.
Aż 1,5 roku temu wyznała nam, że poznała przez Facebooka faceta swoich marzeń. Krystian przedstawiany był przez nią jako największy przystojniak, ale kiedy poznałyśmy go (dopiero po pół roku) okazało się zupełnie inaczej. Niski, w za dużych spodniach ciągnących się po podłodze, niesamowicie butny.

Jola była świadkową na moim ślubie.
Odpicowany do błysku Krystian wyglądał jak kamerdyner. Zachowywał się przesadnie porządnie, jak gdyby połknął kij i... nikomu nie pozwalał dojść do Joli. Tylko on miał prawo z nią tańczyć, rozmawiać. Wszystkim działał na nerwy bo na pierwszy rzut oka ziało od niego fałszywą nutą. Kiedy ona złapała bukiet, on niemalże staranował innego łapiącego muszkę, żeby nikt nie mógł z nią tańczyć. Po weselu kiedy emocje opadły i rozmawialiśmy z gośćmi okazało się, że mieli o nim takie samo zdanie. „Biedna dziewczyna” to było główne hasło.

Po niecałym roku znajomości (było to może 10 miesięcy) Krystian się oświadczył.
Jola była zachwycona, a mi zapaliła się ostrzegawcza lampka. Może nie jest za szybko na oświadczyny, ale ślub planowali na pół roku później. Bardzo szybko, po co się spieszyć? Nie, Jola nie była w ciąży. To Krystian był zdesperowany. Historia zaczęła zataczać koło, tyle że w tym przypadku z Jolą w roli głównej. Na prośby spotkania wymyślała wymówki takie jak: mam samochód w naprawie (3 razy w przeciągu 4 miesięcy), jestem chora, zapomniałam że Krystian ma urodziny, muszę mu wyprawić imprezę, zapomniałam że siostrzenica ma wtedy urodziny, pękła mi opona w aucie jak jechałam (!), mam wyjątkowo bolesny okres. Powiem tylko, że samochodem dzieli nas „odległość” 10 minut. Nie było mowy, żebym ja albo Agnieszka przyjechała do niej - z niewiadomych powodów.

Zaproszenia na swój ślub nie dała nam do dnia wieczoru panieńskiego, kiedy to przyjechałyśmy po nią. I w sumie tu dzieje się historia właściwa.

Jak to przy takich okazjach bywa, były żarty typu: wolisz strażaka czy policjanta (przy czym wiadomo było, że wszystkie nas ten proceder brzydzi, to Jola nie wydawała się nieszczęśliwa ani zgorszona). Krystian jak się okazało, nie miał wieczoru kawalerskiego - zamierzał siedzieć sam w domu, popijając alkohol i jedząc pizzę. Aż buchał złością, że Jola wychodzi, ale ona utrzymywała, że on swojego wieczoru kawalerskiego nie chciał i jego świadek „go wystawił”. Nasze zdanie było odmienne - uważałyśmy że Krystian nie ma kolegów, którzy chcieliby z nim iść na taką imprezę i wcale nas to nie dziwiło.

Przed wyjściem z domu oświadczył jej, że tak strasznie się o nią martwi, że nie będzie pił i jeśli będą się działy rzeczy na które ona nie ma ochoty, on po nią przyjedzie.
Samo to wydało mi się okropnie sztuczne i miało (moim zdaniem) za zadanie wymusić na niej poczucie winy. Udało mu się. Dzwoniła do niego co pół godziny - niby żartem, ale zdawała relację. Bawiła się przy tym bardzo dobrze, cieszyła się że wzbudza zainteresowanie w klubie wśród męskiej części gości.
Rozmawiałam o Krystianie z podpitą siostrą Joli i okazało się, że jest porywczy i chciał pobić ich kuzyna za to, że rozmawiał na imprezie sylwestrowej z Jolą.
Impreza odbywała się jak to przy takich okazjach bywa - w sobotę.
Jako że nie były to moje klimaty, mąż zabrał mnie z imprezy na moją prośbę o 2 w nocy. Ze mną zabrała się również Agnieszka. Pisałam i próbowałam się dodzwonić do Joli następnego dnia ale bezskutecznie.

W końcu w poniedziałek dostałam od niej wiadomość. WIADOMOŚĆ na Facebooku. Nie miała odwagi cywilnej, aby ze mną porozmawiać. Wiadomość muszę ze względu na jej treść przytoczyć bezpośrednio:

„Rozmawiałam z Krystianem o tym co się działo przed panieńskim i uważam, że takie teksty to była ostra przeginka. Krystian wziął to na poważnie i bardzo się zdenerwował czemu się wcale nie dziwię. Szczerze mówiąc MAM DO CIEBIE ŻAL. Krystian miał spier**lony cały wieczór (to był jego kawalerski) i nie pił żeby być w gotowości jakbym dała znać że coś takiego jak mówiłyście się dzieje i przyjechać po mnie. Delikatnie mówiąc wkur**ił się i ja na jego miejscu też bym tak zareagowała. Z tym że nie chciał mi psuć imprezy i na końcu bardzo się powstrzymywał żeby czegoś za dużo nie powiedzieć. Tak między nami Agnieszka bardziej sobie nagrabiła - Krystian podjął decyzję że nie chce jej widzieć na naszym ślubie i wcale mu się nie dziwię. Ja też bym si e wkur*iła.”

Szok jaki mnie ogarnął po przeczytaniu wiadomości to rzecz nie do opisania. Nie byłam w stanie pojąć, co takiego zrobiła Agnieszka a czego nie zrobiłam ja, że jej zaproszenie zostało anulowane, a nasze nie. Szybko zrozumiałam. Chodziło o kopertę - na naszym ślubie byli, prezent dali, on się przecież musi zwrócić, nawet jeśli pan młody mnie nienawidzi.

Próbowałam się dodzwonić do Joli, porozmawiać z nią o co dokładnie chodzi. Nie odbierała. Nie miała odwagi. W końcu odpowiedziałam jej w takiej samej formie jak ona mi przekazała wiadomość, że jest mi przykro, nie rozumiem ich decyzji i uważam, że Krystian potrzebuje trochę dystansu do siebie bo chyba zna ją na tyle dobrze, aby jej zaufać.

Tak jak nie odbierała telefonu, na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Jej zdaniem Krystian jej ufa, a dystans nie ma nic wspólnego z sytuacją. Ma do mnie żal i tyle.
Myślałam nad tym długie dnie aż zdecydowaliśmy wspólnie z mężem, że nie pójdziemy na ten ślub. Znowu próby kontaktu telefonicznego się nie powiodły, nie czułam się na tyle pewnie, aby odwiedzić ich osobiście nie wiedząc, czy ją zastanę.
Osoba tak porywcza jak Krystian kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z mężem Agnieszki i bałam się żeby nie doszło do rękoczynów.

Poinformowałam Jolę o naszej WSPÓLNEJ decyzji na co ona odpowiedziała mi że Krystian mnie lubi, że nie rozumie dlaczego nie przyjdziemy itp. zmiana nastawienia całkowita.
Wszystko to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chodzi o włożoną zawartość koperty, którą dostaliśmy na nasze wesele.

Ślub już w tym miesiącu.
Nie pójdziemy na niego i jest mi przykro, że tak się dzieje. Tym bardziej, że sama Jola widziała jak to działało na przykładzie małżeństwa Agnieszki, a teraz idzie jak w dym dokładnie w taką samą sytuację.
Czekam tylko aż przejrzy na oczy. Wiem, że nie ma sensu tłumaczyć jej czegokolwiek, bo broni Krystiana jak lwica i tym samym jeszcze bardziej nastawia się przeciwko nam.

toksyczne związki

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (214)

#79921

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiam się...

Zastanawiam się i postanowiłam spytać Was, co Wy o tym myślicie.

Ostatnio było trochę historii na temat życia pewnych ludzi na koszt Państwa (czyli podatników). Chciałam dorzucić jeszcze jedną – dość symboliczną.

Alina miała 18 lat, gdy urodziła synka. Była w klasie maturalnej. Maturę zdała, można powiedzieć, z synkiem „przy piersi”. Po maturze zrobiła sobie rok przerwy w nauce z uwagi na dziecko. Utrzymywali ją rodzice, którzy rozwiedli się dosłownie chwilę przed jej porodem – mama, z którą mieszkała i która pomagała jej w opiece nad synkiem i tata, który płacił jej alimenty – do jej rąk, z uwagi na jej pełnoletność. Nie było sprawy sądowej o alimenty – dla ojca było rzeczą oczywistą, że ma obowiązek pomagać swojej córce, dopóki ona się uczy. Uwzględnił roczną przerwę w edukacji – sytuacja była taka a nie inna – i zadeklarował kwotę 500 zł miesięcznie pod warunkiem, że córka po roku przerwy podejmie edukację na stopniu wyższym.

Ojciec synka Alinki okazał się „niebieskim ptakiem”, zatem po przeprowadzeniu stosownych procedur sądowo-administracyjnych, Alina uzyskała alimenty na synka z Funduszu Alimentacyjnego w kwocie 500 zł (to chyba kwota maksymalna, jaką można uzyskać w takiej sytuacji).

Miała zatem dochód w wysokości 1000 zł – na siebie i dziecko – oraz utrzymanie u mamy.

Po roku Alinka dotrzymała słowa danego swemu ojcu i zapisała się na studia. Niewymagający, mało popularny kierunek. Wystarczyło bywać od czasu do czasu na zajęciach i mieć minimum wiedzy, żeby je ukończyć.

Gdzieś około 4 roku jej studiów wszedł w życie program 500+. Nasza Alina zatem – z uwagi na fakt bycia samotną, studiująca matką – załapała się na niego i jej dochód wyniósł już do 1500 zł miesięcznie.

Alina skończyła studia i obroniła pracę magisterską. Miała wówczas 26 lat. Z tej okazji otrzymała od swego ojca prezent – 2000 zł (jednorazowo). Jednocześnie jednak ojciec uznał, że nie jest już zobowiązany do płacenia alimentów, ponieważ córka zakończyła edukację. Zadeklarował jednak, że dopóki nie znajdzie ona pracy – będzie wciąż dawał jej pieniądze – 300 zł miesięcznie.

Przechodzę do clou piekielności – Minął rok od czasu ukończenia studiów. Alina ma teraz 27 lat. Mieszka w dość dużym mieście, gdzie nie ma żadnych problemów z uzyskaniem zatrudnienia – pod warunkiem jednakże, że ktoś chce pracować. Nie znam zupełnie przepisów, rządzących wypłatą z Funduszu Alimentacyjnego oraz zasiłkiem 500+ na pierwsze dziecko (bo nigdy mnie to nie dotyczyło), ale Alina twierdzi, że gdyby podjęła pracę na etat za minimalną 2000 brutto – zostałaby obu tych świadczeń pozbawiona.

Nasza mądrala zatem wykoncypowała sobie, że .... nie opłaca jej się pracować! Bo tak: praca (nie w jej zawodzie, ale taka, którą mogłaby bez kłopotów wykonywać) na etat za minimalną krajową da jej dochód w wysokości 1459,48 zł netto (2000 zł brutto ). Ponieważ jej dochód w chwili obecnej to 1300 zł - 500zł z Funduszu Alimentacyjnego + 500 zł z programu 500+ oraz 300 zł od ojca, Alinka osądziła, że za 159,48 zł (tyle wyniosłaby różnica pomiędzy zasiłkami a płacą) nie opłaca jej się rano wstawać z łóżka!

Rozmawiałam z nią kilka dni temu. Pytałam, czy patrzy tylko na pieniądze. Czy nie ma dla niej żadnego znaczenia nabycie doświadczenia zawodowego, którego kompletnie nie ma? A co z przyszłą emeryturą? Przecież wszystkie te świadczenia, które otrzymuje, są tylko czasowe (zwłaszcza pomoc finansowa od ojca). Czy nie jest to warte poświęcenia wygody życia na zasiłkach?

Do Aliny nie dociera. Ona liczy pieniądze – tu i teraz. Ma pieniądze darmo, bez wysiłku – a zostanie jej to odebrane, gdyby poszła do pracy.

Jakie jest Wasze zdanie?

Życie na zasiłkach

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (182)

#79914

(PW) ·
| Do ulubionych
Średnio piekielne, raczej przestroga dla młodych kierowców. Wyjeżdżam z drogi podporządkowanej, znak ustąp pierwszeństwa, no to ustepuję. Pan z prawej strony (na głównej) z piskiem opon zatrzymuje się i macha ręką żebym jechała. Pokazuję mu na znak. I tak przez kilka minut. Kierowca za mną wyprzedził mnie lewą stroną i skręcił w lewo na główną, wtedy też Pan uprzejmy postanowił ruszyć mimo, że widział jak tamten wyjeżdża. Na szczęście nic się nie stało ale było blisko.
Ja rozumiem uprzejmość, ale znaki to znaki, może jakbym wyjechała to uprzejmy Pan wjechałby mi w bok i byłaby to moja wina, bo nie dostosowałam się do znaku. A są takie cwaniaczki, którzy celowo tak robią żeby dostać pieniądze z odszkodowania.

Ruch drogowy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (132)

#79902

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak dumny naród piastowski za granicą robi wiochę.

Mam 20 lat i pracuję obecnie u naszych zachodnich sąsiadów na festynach, sprzedając głównie rzeczy do jedzenia. Przewija się tu dużo różnych narodowości, a że nie chwaląc się potrafię powiedzieć garść słów w paru językach, to kiedy usłyszę rozmowę między klientami ,na koniec mówię cenę w ich języku i życzę smacznego - ot tak żeby się uśmiechnęli, a uwierzcie mi - działa za każdym razem, cóż... Tak mi się wydawało.

Ostatnio miałem do czynienia z naszymi rodakami, przyjechali wieśniaki na wakacje coby trochę świata zwiedzić i jak opuścili swoje Wygwizdowo Małe to wydaje im się, że Boga za nogi złapali. Skąd takie negatywne słowa?

Otóż podchodzi do mnie owy osobnik i zamawia, wszystko oczywiście odbywa się w języku niemieckim, bo języka klienta (o ile znam) używam na koniec - jak wcześniej wspominałem. W tym wypadku jednak zrezygnowałem z ujawniania swojego obywatelstwa, dlaczego? Jegomość po pierwsze i najmniej ważne nie używał form grzecznościowych (wszystko rozkazem), po drugie bierze daną rzecz, a od jego towarzysza słyszę "ale ja chcę to podane inaczej" co spotyka się z odpowiedzią "oni są jacyś poje****, tak podają i ch*j", po trzecie towarzysz nie daje za wygraną i rzuca w moją stronę papierowy talerzyk pokazując palcem na niego i kiwając głową jak osioł. Język niemiecki ostro kaleczyli, ale ja twardo nie pokazuję, że jestem z nimi spowinowacony narodowościowo.

Zamówili, zapłacili, przeszli do konsumpcji. I w tym momencie przychodzi do mnie kolega i zaczyna mówić do mnie po polsku. Kiedy szanowne wieśniaki to usłyszały wpadły w dziką furię - cytując "Ty kur*a cwelu na ch*j nie mówisz do mnie po polsku kur*a, ja pierd*le chu*u zaraz tam do ciebie wejdę i dostaniesz w pape, poj*bie widzisz, że nie umiem po niemiecku" itd. Wiązanka trwała dość długo, a na stwierdzenie, że jesteśmy za granicą i mam obowiązek obsługi po niemiecku reagował jeszcze większym wkur***.

Koniec końców wyrzucili wszystko co im dałem i odeszli rzucając niepochlebne stwierdzenia na mój temat. Najbardziej mi było wstyd za to, że inni ludzie musieli na to patrzeć i może nie rozumieli do końca o co chodzi, ale na pewno po takim słownictwie wywnioskowali skąd są te zwierzęta, które wyrwały się z chlewu do cywilizacji. I jak tu się dziwić, że mamy taką opinię za granicą? Cytując pewnego słynnego człowieka "kraj piękny, tylko ludzie kur..."

zagranica

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (172)

#79895

~Ospwietrznawnatarciu ·
| Do ulubionych
Wiek dziecięcy i nastoletni już dawno mnie nie dotyczy. Złapałam jednak ospę wietrzną i bardzo ciężko ją przechodzę. Poszłam na chorobowe zaraz po odkryciu pierwszych bąbli na ciele, jednak dzień wcześniej byłam w pracy.

Po postawionej diagnozie zadzwoniłam do menadżera, by powiadomić go o powodzie mojej nieobecności. Odpowiedź?

'Martwi mnie to, że chodziłaś do pracy i zarażałaś innych!'

Także tego... jeśli planujecie zachorować na chorobę zakaźną, która jest prawie bezobjawowa do momentu pojawienia się wysypki - dobrze to zaplanujcie z pracodawcą. :)

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (94)

#79858

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka małych(?) piekielności odnośnie pragnienia posiadania nowego komputera.

Mieszkam w Irlandii od wielu lat, mam dzieci i pracuję w międzynarodowej firmie zajmującej się głównie płatnościami przez internet (co finalnie będzie istotne).

Od dłuższego czasu marzył mi się nowy komputer. Stary, którego sam złożyłem X lat temu jeszcze dawał radę, ale uznałem, że skoro kasa się zgadza to już najwyższy czas oddać go dzieciakom, coby się oswajały z technologią i zakupić nowy "złom".

W sklepach tzw. stacjonarnych oferta kiepska, czas oczekiwania na pracownika/doradcę dłuższy niż ostatni odcinek GoT. Jak się okazało po rozmowie z czterema różnymi pracownikami, którzy mieszali się w zeznaniach (materiał na osobną historie) - brak możliwości dostosowania pod użytkownika i odsyłanie do strony internetowej, na której, przyznaje był większy wybór (w teorii, bo większość produktów była niedostępna), ale nadal bez możliwości modyfikacji jakichkolwiek parametrów.

Decyzja - składamy.

Bardzo zależało mi na czasie, bo jak kasa jest - to jest, a jak są dzieci to zazwyczaj jej zaraz nie ma, więc poprosiłem o szybką pomoc kumpla, który zajmował się składaniem komputerów profesjonalnie.

Po podaniu budżetu - wszystkie komponenty zamówione w ciągu godziny (i dostarczone w ciągu dwóch dni) z wyjątkiem karty graficznej. Po poszukiwaniach na różnych serwisach znaleźliśmy ciekawą opcję na Irlandzkim odpowiedniku alledrogo. Zależało mi na tej karcie - dobra firma, dobry model, fabrycznie "podrasowana" - na lata. Sprzedawca wydawał się pewny...

Utargowaliśmy cenę. Co mnie zdziwiło - wysoko notowany sprzedawca prosił o przelew bankowy, zamiast preferowanego na tym portalu internetowego środka płatności (gdzie zaznaczyłem, że ja pokryję koszta) zanim poprosił o adres wysyłki. Dostarczenie w ciągu maksymalnie trzech dni roboczych. Spoko. Głupi ja - wysłałem kasę na konto. Ten sam bank = transfer w ciągu kilku sekund. Dopiero później poprosił o adres.

Adres wysyłki:

LordBonez
Płatności Przez internet
xxx
Irlandia

Akcja: Ja na urlopie przychodzę do pracy żeby paczkę odebrać - nie przyszła - smutek :(
Pytam sprzedawcę o numer przesyłki: "moja dziewczyna wysłała - nie mam numeru żeby śledzić".
Zagroziłem, że robię chargeback - nagle numer się znalazł (którego mi nie podał) - i niby przesyłka zaginęła na poczcie.

Fakty: Czekałem ponad dwa tygodnie na ten jedyny brakujący element.
Kasę mi oddał w dwóch ratach.
Dwa dni później ta sama karta graficzna na sprzedaż(!?)

Może się mylę, ale wszystko na to wskazuje, że ta karta była od początku wadliwa, dlatego sprzedawca nie chciał dokonać transakcji poprzez "Płatności Przez Internet".

Co jest bardziej piekielne? To, że w wielkim, międzynarodowym sklepie nie mogłem kupić, albo zamówić/dostosować kompa do swoich potrzeb? To, że chciałem zrobić normalne zakupy przez internet? To, że po podaniu adresu do pracy podejście sprzedającego się zmieniło? To, że przez ponad dwa tygodnie chodziłem zestresowany czekając na kartę, której nie dostałem? To, że może głupi byłem?

PS. Kupiłem kartę nieco słabszą, ale za to z pewnego źródła, z której jestem zadowolony.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (150)