Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#76665

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam ciocię, która jest samotną matką trzynastoletniej dziewczynki. Ciocia wynajmuje niewielkie mieszkanie w bloku na wsi i ledwo wiąże koniec z końcem.

Pewnego dnia cioci zepsuł się telewizor, zdarza się. Co robi normalny człowiek w takiej sytuacji? Szuka jakiegoś taniego, ale sprawnego sprzętu. Co zrobiła ciocia? Kupiła na raty pięćdziesięciocalowy telewizor, czego skutkiem jest to, że nie zapłaciła czynszu za przynajmniej dwa miesiące. Jednak nie to jest największą piekielnością jej zachowania.
Jej córka dostała na Święta, od swojego ojca, 300 złotych na szkolną wycieczkę do Pragi. Co zrobiła jej matka? Kupiła jej buty za 50 złotych w jakimś chińczyku, a resztę zabrała, bo są ważniejsze wydatki.

Dodatkowym smaczkiem tej historii jest to, że potem przyszła do mojej mamy, która jest chrzestną jej dziecka, żeby zafundowała mojej kuzynce wycieczkę, bo dziecko na żadnej jeszcze nigdy nie było, a chciałoby w końcu na jakąś pojechać.

rodzina pieniądze

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 273 (Głosów: 277)

#76669

(PW) ·
| Do ulubionych
W jednej z poprzednich historii wspominałam, że choruję na insulinooporność. Dziś krótka historia bardzo długiej drogi dojścia do tej wiedzy.

W pewnym momencie życia, kiedy liczba treningów wzrosła do ok 5 tygodniowo, dieta nabrała zdrowszych barw i kształtów, a waga mimo wszystko stała w miejscu, doszłam do wniosku, że może warto się przebadać.

Lekarz nr 1: Zlecił podstawowe badania. Wszystko w nich było ok. Na koniec przebąknął coś o IO ale chyba bardziej sam do siebie. Skierowania na dalsze badania nie dostałam, bo insulinooporność to taka "choroba" taka no jest taka ale nie ma żadnego wpływu.
Ja zielona jak szczypiorek w tym temacie, oczywiście uwierzyłam mądremu lekarzowi.

Minął kolejny rok. Dieta i treningi były trzymane. Mięśnie ładnie się rozwijały, tylko kurka tłuszczy nic a nic nie ubywało. I nagle zaczęłam słyszeć od trenera na siłowni od ginekologa, a nawet od fryzjerki: niech Pani zrobi te dokładne badania, bo coś tu naprawdę jest nie tak jak być powinno.

Lekarz nr 2: Starsza Pani, która wita pacjenta w gabinecie wzrokiem i tonem "Czego tu?!". Od progu wiedziałam, że będzie wesoło. Zleciła mi ponownie same podstawowe badania, chociaż pokazałam wyniki sprzed roku. Nie. Ona wie lepiej, ona jest lekarzem, a ja mam nie wymyślać.
Badania zrobiłam, znowu wszystko wyszło cacy. Wracam na konsultację z prośbą o skierowanie na trochę już bardziej specjalistyczne badania (usg tarczycy, krzywa cukrowa i insulinowa dla zainteresowanych). Proszę się jak dziecko, chociaż przychodnia prywatna wszystko mam w pakiecie za darmoszkę. Ale nie. Jest Pani zdrowa. Witaminę D proszę łykać. Żegnam.

Tym razem nie dałam się zbyć tak łatwo i podreptałam do lekarza nr 3. Obiecując sobie solennie, że bez skierowania nie wyjdę. Trafiłam na człowieka bardzo miłego i dostałam nawet więcej badań niż prosiłam.
Badania zrobione i na pierwszy rzut oka widzę ja laik, że coś dziwne te wyniki. Biegnę na konsultację i słyszę, że to normalne, że cytuję "odchylenie od normy jest normalne bo jest małe". Ok. No jak lekarz tako rzecze i to 3 to chyba mówi prawdę?

W przekonaniu, że jestem zdrowa ale sierota, która sama się nakarmić dobrze nie potrafi, zapisałam się do dietetyka. Takiego polecanego z wyższej półki.
Kiedy na pierwszej wizycie wesoło oznajmiłam, że ze mną problemów nie będzie, bo jam zdrowa jak ryba, Pani dietetyk od razu poprosiła o wyniki badań.
Spojrzała na nie, szczęka w dół i pyta się mnie, kto mi powiedział, że jestem zdrowa?! Wyniki są złe, a nawet bardzo złe i najlepsze co mnie może czekać bez leczenia i odpowiedniej diety to szybka przyjaźń z cukrzycą. Dostałam przykaz umówienia się na wizytę do jednego z najlepszych endokrynologów w mieście i zrobienia jeszcze kilku innych badań. Wszystkie późniejsze wydarzenia potwierdziły słowa Pani dietetyk.

Teraz już czuję się dobrze, trzymam dietę, waga spada.
Tylko czasem tak mnie najdzie refleksja, co by się ze mną teraz działo gdybym nie skonsultowała się z dietetykiem i innym lekarzem prywatnie?

IO lekarz choroba

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (Głosów: 164)

#76666

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie bardzo piekielne, ale denerwujące...

Dorabiam sobie rysowaniem (głównie portretów) ze zdjęć.
No i o klientach będzie i ich oczekiwaniach.

Wygląda to tak, że proszę o przesłanie zdjęcia lub zdjęć na maila. I tu zaczynają się pierwsze problemy, bo naprawdę nie da się za wiele wyciągnąć z fotki zrobionej kalkulatorem.

1. Jakość zdjęcia.
Powiększam sobie na ekranie kompa, pikseloza zaawansowana.
Piszę, że z tego to nie da rady. Dostaję inne, zrobione z lampą błyskową, przy której jakiekolwiek rysy twarzy ulegają zanikowi i fotografowana osoba wygląda jak księżyc w pełni.
Zdjęcia z takim ziarnem, że pół pola można obsiać :)
Cóż z tego, że zamawiający wie jak ten ktoś wygląda. Ja nie wiem, niestety.

2. Ucięte zdjęcie.
Pisze do mnie pani, że chciałaby portret koleżanki czy siostrzenicy - już nie pamiętam.
Dostaję zdjęcie z głową uciętą nad brwiami. Typowy selfik z karpikiem, panna chyba jeszcze nieletnia. Piszę, że ucięte, że nie dorysuję czegoś, czego nie ma na zdjęciu.
Pani odpisuje, że ma TYLKO takie zdjęcie. W dobie internetu, fejsbuków itp. pani nie ma możliwości zdobycia innego zdjęcia nastolatki (zajmującej się głównie fotografowaniem samej siebie).

3. Kadrowanie.
Dostaję zdjęcie dziecka. Na zdjęciu pół buzi, reszta zasłonięta. Piszę co i jak. Dostaję kolejne: zrobione chyba w piwnicy, bo pomarańczowo-żółte światło całkowicie wymazuje rysy twarzy. (Jak są jeszcze piksele to wtedy jest takie jakby combo).
I kolejne: dziecko stoi podnosząc głowę, a osoba fotografująca robi mu zdjęcie ze swojej (wysokiej) perspektywy. Efekt - wielka głowa, małe ramionka i wystające stopy. Naprawdę ktoś chce TAKI portret?!

Proponuję po prostu usadzenie dziecka w oświetlonym światłem dziennym miejscu i zrobienie mu zdjęcia (może być telefonem, byle rozdzielczość była dobra). I już.

Tylko dwa razy dostałam fotki z których korzystanie było przyjemnością: jedno wykonane przez profesjonalnego fotografa (zdjęcie chyba z sesji), a drugie zwykłym analogowym aparatem zrobione w latach 70. Ostre jak igła, można powiększać w nieskończoność.

4. Nieinformowanie o ważnych rzeczach.
Zlecenie tym razem nie na portret, a na narysowanie skomplikowanej maszynerii. Biorę, zastrzegając, że nigdy nie robiłam. OK. Ma być styl surowy, jakby brudny.
Udaje się całkiem nieźle. Klientka zadowolona, ale jakiś czas później dzwoni, że jak włożyła rysunek w paspartu (!) to jest przód i tył ucięty. Pomijam dobranie paspartu do tematu rysunku, ale gdyby choć powiedziała że ma taki zamiar, zmniejszyłabym wymiary proporcjonalnie.

Generalnie ludzie oczekują, że zrobię coś z niczego.

Plus taki, że w większości daje się wytłumaczyć klientom o co chodzi i jednak lubię to rysowanie :)

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (Głosów: 126)

#76688

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać.

Jedna z sióstr mojej mamy jest bezdzietna. To był jej osobisty wybór, nikt jej za to nigdy nie krytykował. Sama się swojej decyzji nigdy nie wstydziła i, gdy ją pytano, otwarcie mówiła, że nigdy dzieci mieć nie chciała. Jestem jej chrześnicą i zawsze mi powtarza, że to ja jestem dla niej jak córka, więc to wystarczy.
Ciocia dobiega czterdziestki i od jakiegoś czasu ma problemy z miesiączkowaniem. Do tej pory okres był prawie że równo co 30 dni, a od pewnego czasu przychodził z kilkutygodniowym opóźnieniem. Ciąża była wykluczona, bo ciocia nie ma żadnego partnera. Czas był zatem wybrać się do ginekologa.

Ciocia była zmuszona iść do innego lekarza niż do tej pory, bo jej poprzedni odszedł na emeryturę. Znalazła więc piekielną panią ginekolog. Po wyjaśnieniu jej wszystkich dolegliwości, pada pytanie ze strony lekarki:
- Kiedy pani rodziła?
Odpowiedź: nigdy. Ginekolożka oczy jak pięć złotych i krzyki:
- Czy pani na głowę upadła? Zaraz pani skończy czterdzieści lat, to kiedy pani zamierza zajść w ciążę?
Odpowiedź taka sama, jak poprzednio. Pani doktor o mały włos tam nie zemdlała, ale kontynuuje:
- Te dzisiejsze kobiety są tak nieodpowiedzialne... niech pani się nie dziwi, że pani ma problemy z miesiączkowaniem, skoro pani nie rodziła. Jak pani urodzi, to się skończy.

Ciotka mimo wszystko zażądała badania i poprosiła o nie osądzanie jej osobistych wyborów. Lekarka nie chciała jej zbadać - "urodzi to przejdzie", powtarzała, "ja nic tu nie poradzę, jak pani nie rodziła". W końcu jednak ciocia doprosiła się badania, wysłuchując, już trochę ciszej, jak to tak można być w tym wieku i nie mieć dzieci.

Co się okazało? Na jajniku pojawiła się torbiel, która opóźniała miesiączkę. Na szczęście, nie trzeba było jej usuwać operacyjnie. Co ciocia usłyszała na odchodne?
- Jakby dziecko pani urodziła, to by pani tego świństwa na jajniku nie miała.
Także ten.

ginekolog słuzba_zdrowia

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 273 (Głosów: 289)

#76675

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kontrolerem biletów.
Podczas kontroli biletów trafiłem na 40-letniego mężczyznę, który zamiast biletu podał mi swój dowód osobisty. Czyli standardowa sytuacja z jaką się spotykam. Wypisałem "mandat" i podałem mu do podpisu. Mężczyzna stwierdził, że nie przyjmuje wezwania. Pożegnałem się i myślałem że na tym sprawa się zakończy.
2 miesiące później dostałem wezwanie na komisariat. Pasażer zgłosił na policję, że dostał bezpodstawnie ode mnie "mandat". Ponieważ on tego dnia wcale nie jechał autobusem. Tydzień przed przejazdem, którego nie odbywał, zgłosił w urzędzie zagubienie dowodu osobistego. Tego na podstawie którego wystawiłem "mandat".

Pasażer nie zdawał sobie jednak sprawy z jednej rzeczy. Obecnie większość pojazdów wyposażona jest w monitoring. Co więcej zapisy z niego przechowywane są nawet przez pół roku.
Policja wystąpiła o zabezpieczenie monitoringu, aby sprawdzić, kto posługiwał się zagubionym dokumentem.

Mogę sobie tylko wyobrazić zdziwienie policjantów, którzy na nagraniu zobaczyli nikogo innego jak zgłaszającego sprawę pasażera. Jak się dowiedziałem od policjanta, mężczyzna posługując się rzekomo zagubionym dowodem, dostał jeszcze "mandaty" od 4 innych kontrolerów.

Pasażer myślał że będzie cwany i oszuka system. A tak ma do zapłaty ponad 1000zł za przejazdy bez biletu i założoną sprawę za składanie fałszywych zeznań.

komunikacja_miejska

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 215 (Głosów: 231)

#76664

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby było wszystko jasne, muszę zacząć od początku.

Moi rodzice mają dom. w którym razem z nimi na umowie tzw. dożywocia mieszka matka Taty. Jest to kobieta kłótliwa, czerpiąca radość z nieszczęścia innych (w tym swoich własnych dzieci). Ale żeby być sprawiedliwą w osądzie muszę dodać że ta kobieta ma problemy natury psychicznej. Niestety, nie można jej wbrew jej woli zdiagnozować, ani w żaden sposób ubezwłasnowolnić, bo jej działania są za mało szkodliwe. Tu bym się spierała, bo zostawianie garów na gazie i wychodzenie na ploteczki dla mnie jest niebezpieczne i zdarzyło się częściej niż raz. Do tego zagrożenie dla zdrowia, bo kobieta się nie myje, nie sprząta wcale (do WC dokłada kostki zamiast umyć muszlę), zużyte zasikane podpaski wkłada gdzie popadnie. Jest sprawna fizycznie, zupełnie samodzielna, tylko że stuknięta. Ma wydzielony pokój, łazienkę i kuchnię, tylko dla siebie i tylko ona z nich korzysta. Taka była umowa i tak jest.

Któregoś razu rozdała córkom to co miała. Dosłownie wszystko, włącznie ze zlewozmywakiem czy stołem z kuchni. Została tylko lodówka, bo była za duża do wyniesienia. I do córki się przeprowadziła. Dopóki oddawała grzecznie rentę, nie było problemu i mogła się nawet nie myć. Tak to trwało dwa lata. Ale druga córka też chciała coś skubnąć i matkę pokłóciła z drugą siostrą.

Matka wróciła do domu. Do moich rodziców. Gdzie nie było właściwie nic, bo przecież wszystko rozdała. Jedyne co się udało odzyskać to telewizor. Resztę jej mój Tata jakoś załatwił.
Ale to jej było za mało. Poszła do MOPSu jak to ona ma źle i że ona jak pies żyje w takich warunkach! I o to się ta historia rozbija.

MOPS jeszcze tego samego dnia był u moich rodziców. Dwie osoby, w tym sama kierowniczka. Popatrzyły, uznały, że nic się nie dzieje. Bo takie warunki to dla innych ich podopiecznych marzenie. Dwa łóżka, ogrzewanie, za które nic nie płaci. To samo z wodą. Jedyny wydatek to jedzenie.
Sprawa się rozeszła po kościach, matka Taty niezadowolona.

Tydzień temu na tej samej wiosce umiera kobieta. Umiera w skrajnie nieludzkich warunkach, nogę do połowy jeszcze żywej zaczynają zjadać jej robaki. Kobieta była "pod opieką" MOPSu. Nikt się nią nie interesował. W mieszkaniu warunki gorsze niż w kurniku, smród nieludzki. Toaleta nieczynna, mimo to używana. No barłóg.
Kilka dni po kobiecie na zawał serca umiera jej syn. Syn który się wyrwał z tej patologii, założył swoją małą firmę. Jego żona leczyła się psychiatrycznie wcześniej, mieli małe dziecko. Została sama.

Sprawę do MOPSu zgłosiły dwie osoby. Obie zostały totalnie spławione. Bo "nie ma samochodu żeby przyjechać i ocenić sytuację".
I wiecie co mnie wkur#@a?
Żeby przyjechać do fanaberii matki mojego Taty, które są już znane wszystkim, miały czas i możliwości tego samego dnia. Bo WIEDZIAŁY że nie dzieje się nic złego.
A kiedy realnie trzeba człowiekowi pomóc, znaleźć jakieś środki, to nie ma możliwości?
Czuję że polecą łby.

MOPS

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (Głosów: 243)

#76662

(PW) ·
| Do ulubionych
Temat stary jak świat: Senior w komunikacji miejskiej.

Tak się zastanawiam po wczorajszym dniu - czy starszym ludziom po przekroczeniu progu autobusu odbiera mowę? Odnoszę takie wrażenie.

Wczorajszy poranek. Siódma rano, jadę do pracy zbiorkomem.
Po kilku przejechanych przystankach staje nade mną BABĄG. Tak, właśnie BABĄG - niesamowicie otyły i odziany w futro. Zaczyna chrząkać, chrumkać, posapywać, trącać mnie torebką w kolano i napierać na mnie niczym taran. No słowem - istny koncert rodem z ogrodu zoologicznego. Żeby jeszcze tego było mało, pochylała się w moim kierunku, a sądząc po zapachu - z higieną była na bakier.

Przyznam, że trochę bolało mnie trącanie tą torbą i jej napieranie na mnie.
Czułam się po prostu osaczona.

Grzecznie i spokojnie poprosiłam ją, żeby przestała uskuteczniać swoje ekscesy.

Przemówiła:

- Nie mogę. Boli mnie kręgosłup.

Myślałam,że spuchnę ze śmiechu. Ktoś kogo boli kręgosłup, nie mógłby się tak pochylać w kierunku innej osoby i chrumkać prosto w ucho - tak jak robiła ta kobieta.

Nadal grzecznie, wyraziłam swoje zdziwienie tym, że pani jednak umie mówić (:D) i powiedziałam jej, że niestety nie rozumiem języka zwierząt, także pochrumkiwanie i posapywanie są mi obce, a poza tym żyjemy w cywilizowanym świecie, a nie w jakiejś dżungli - tym samym, jeżeli Pani nie umie poprosić, a woli chrząkać i chrumkać jak zwierzę - proszę tak chrumkać nad kim innym, bo ja też się źle czuję i nie mogę ustąpić.

Nie przejmowałam się tym co inni powiedzą, i ze stoickim spokojem zaaplikowałam słuchawki w uszy.

Czy starsi ludzie serio myślą, że ich zwierzęce zachowania (czyt. chrumkanie, chrząkanie) jest jasne do zrozumienia? Nie cierpię takich prymitywnych manier.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (Głosów: 269)

#76660

~KierowcaNaKrawedzi ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą.

Na co dzień jeżdżę samochodem dostawczym (Iveco Daily 8EP).

Napiszę dziś o nagminnym zachowaniu kierujących pojazdami osobowymi. Sytuacje z dziś.

1.Jadę sobie spokojnie na drodze z podwyższoną dopuszczalną prędkością do 70km/h, Z odległości około 100m, widzę, jak seicento dojeżdża z jakiejś bocznej drogi i przezornie zaczynam hamować. Seicento się zatrzymuje, ja jadę ze stałą prędkością około 50km/h, zbliżam się do około 15m i momentalnie ciśnienie mi rośnie, ponieważ starsza osoba kierująca seicento, wyjeżdża mi prawie przed maską. Ja po hamulcach, a kierowca zadowolony jedzie dalej, z prędkością 20km/h.

Kochani. Ten pojazd swoje waży, materiały które przewożę, ważą zazwyczaj 1,5t. Ja nie zatrzymam się w miejscu. Gwarantuje Wam, że siedzę na takiej wysokości, że mnie nic się nie stanie. Teraz wyobraźcie sobie jak może wyglądać taki mały samochód, gdy wpadnę na niego z prędkością chociażby 50km/h. Smaczku do historii może dodać fakt, że zazwyczaj przewożę materiały niebezpieczne (ADR).


2.Sygnalizacja świetlna.
Co chwilę spotykam się z sytuacją, trąbienia na mnie na sygnalizacji świetlnej. Najczęściej 1-2sekundy po zapaleniu się światła zielonego. Tak jak pisałem wyżej, mam na sobie masę, dodatkowo jest to ADR, co zresztą jest oznaczone z boków jak i z tyłu pojazdu. Nie jestem w stanie ruszyć tak szybko, jak zapewne większość z Was, w samochodach osobowych. Mimo tego, że silnik ma moc i wielu z Was mógłbym spokojnie prześcignąć przy ruszaniu. Wyobraźcie sobie teraz wylatujące z samochodu materiały pirotechniczne czy butle gazowe, których upadek zawdzięczałby zrywny start i mocny rozpęd. Przypominam, że wystarczy jedna iskra przy wyrobach pirotechnicznych.


3. Jadę - tym razem pusty, na bazę.
Autostrada, ograniczenie do 140km/h.
Jechałem pusty 120km/h, więc wyprzedzanie mnie to nic dziwnego. Kierowcy! Jeżeli już wyprzedzacie, nie zjeżdżajcie mi przed maskę hamując, nim zdążycie jeszcze zjechać na pas. Kiedy jestem pusty wyhamuje bez problemu i to szybciej od Was, ale kiedy jestem z obciążeniem, nawet 80km/h nie zatrzymam się tak szybko.


4.Kierowca, który ma zbyt wielkie ego.
Wyprzedzam (dalej na autostradzie) starą hondę civic, jadącą może 90-100km/h. Jak widać nie spodobało się to młodemu kierowcy, który chyba z chęci popisania się przed pasażerką, postanowił uprzykrzyć mi jazdę. Wyprzedzał mnie, następnie przede mną hamował, zmuszając mnie do zmniejszenia prędkości nawet do 60km/h. Pomijając fakt, że jest to irytujące, rozpędzanie powyżej 100km/h trochę zajmuje, to jeszcze powodował realne zagrożenie na drodze.
Odpuścił jak inny kierowca (chyba już zdenerwowany, bo jechał za mną) zrobił mu kilkukrotnie to samo.


Uprzedzając komentarze:

Pojazd ten podlega pod kategorię "B" prawa jazdy, czyli pod normalne przepisy ruchu drogowego (Inaczej jest w kat "C").

Nie krytykuje wszystkich młodych kierowców, a tego konkretnego. Sam jestem młody, jednak potrafię do przepisów się dostosować i przewidywać pewne sytuacje.

Polskie drogi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (Głosów: 148)

#76655

(PW) ·
| Do ulubionych
Do biblioteki szkoły dla dorosłych przyszła Matka Roku z dziesięcioletnim synem. Była kolejka, więc powiedziała bibliotekarce, że wyjdzie na chwilkę i zaraz wróci, a mały niech tu na nią poczeka. Po czym... poszła sobie radośnie na zajęcia, zostawiając syna w bibliotece. Nie podała nazwiska, syn nie chciał powiedzieć, jak się nazywa, a szkoła duża.

Dzieciak ma stwierdzone zaburzenia zachowania, na stres reaguje wybuchami agresji, o czym matka doskonale wie. Kiedy długo nie wracała, zdenerwował się, zaczął się bać i dostał ataku szału. Bibliotekarka próbowała go jakoś opanować, ale jest niską, szczuplutką dziewczyną nie mającą żadnego doświadczenia w pracy z dzieckiem zaburzonym, a dzieciak jest dużym, silnym dziesięciolatkiem, na pewno cięższym od niej.

Efekty? Zdemolowana czytelnia, dwa rozwalone komputery, wybita szyba w oknie. Bibliotekarka w szpitalu z mnóstwem siniaków, podbitym okiem, dwoma pękniętymi żebrami i podejrzeniem wstrząśnienia mózgu. A Matka Roku, którą udało się w końcu znaleźć dzięki nagraniom z monitoringu, nie widzi żadnego problemu. W końcu to wina bibliotekarki, bo kto to widział, żeby kobieta się dzieckiem nie umiała zająć!

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (Głosów: 315)

#76684

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym roku moi rodzice zamówili meble. Akurat tak się złożyło, że ich odwiedzaliśmy, gdy je przywieźli. 2 duże części i kilka mniejszych. Niestety, duże nie mieściły się w windzie i panowie musieli wnieść obie na 8 piętro po schodach. Również w mieszkaniu był problem z przechodzeniem przez drzwi. Jak się pewnie domyślacie, chwilę to trwało.

Przy drugiej lub trzeciej części, jeden z dostawców wjechał na górę i poinformował kolejnego, że musi zejść na dół, bo jest problem.

Co było tym problemem?

Któryś "uczynny inaczej" sąsiad zgłosił na policję ich nieprawidłowo zaparkowany samochód. Oznakowany jako "Meble", widać, że ludzie się kręcą. Stał przed klatką, częściowo na chodniku, aby nie blokować przejazdu innym. Była to "ślepa" uliczka wewnętrzna, praktycznie bez ruchu. Głównie wykorzystywana przez mieszkańców do parkowania.

Szczęśliwie policja wykazała się rozsądkiem i nie wystawili mandatu. Powiedzcie mi, jaką kanalią trzeba być, żeby zadzwonić w takiej sytuacji?

policja sąsiedzi

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 226 (Głosów: 244)