Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77147

(PW) ·
| Do ulubionych
Brat od prawie miesiąca jest posiadaczem "nowego" samochodu. Kupując go wiedział, że będzie musiał do niego jeszcze troszkę włożyć. Przekalkulował jednak, że po negocjacji ze sprzedającym i sporym upuście cenowym będzie się i tak opłacać.

Umowa spisana, samochód przerejestrowany. Trochę się zna na mechanice, to wymienił to co mógł, resztę zrobił kolega mechanik.
Sprawę można by uznać za zamkniętą, ale...

Tak, czasami pojawia się "ale" i nie chodzi o jakieś wady ukryte, które przewyższą wartość samochodu.

Wczoraj popołudniu zadzwonił facet, który sprzedał samochód, że zgodnie z prawem ma miesiąc na odstąpienie od umowy i z niego korzysta, i w poniedziałek przyjedzie po samochód.

Brat go wyśmiał, ale jest ciekaw poniedziałku, dla spokojności swojej skonsultował się z radcą prawnym i skoro umowę ma, samochód przerejestrowany też, to tamten może mu kolokwialnie stwierdzając skoczyć mu. Nie wiem na co liczył? Że ktoś mu samochód wyszykuje, a on za te same pieniądze za które go sprzedał, odbierze?
Rada radcy, rzucić zaporową cenę, albo jak będzie nękał, wzywać mundurowych. Pożyjemy, zobaczymy.

motoryzacja

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (Głosów: 246)
Czytając historię o studentach medycyny, wciśniętych na te studia przez rodziców, myślałam tylko o moim kuzynie.

W tym roku poszedł do pierwszej liceum, a już co najmniej od 2 lat słyszę czy "nie mam jakichś kontaktów na dobrych korepetytorów z chemii i biologii", bo on musi się już przygotowywać na MEDYCYNĘ.

Chłopak sam twierdzi, że chce, ale dlatego, że wciska mu to matka pielęgniarka od najmłodszych lat. Kładzie mu się ogromny nacisk na oceny tak, że ma 6 ze wszystkiego. A wiadomo, że jak ktoś jest dobry ze wszystkiego, to z niczego :/ Sam nie wie co lubi, sam nie wie co go interesuje, ale wie, że musi iść na MEDYCYNĘ! Nie ma żadnych zainteresowań, co w tym wieku odbija się na kontaktach z rówieśnikami, nie ma zbyt wielu kolegów (o ile jakichś ma).

Ogólnie od zawsze genialny matematyk, zdobywał wysokie miejsca na wszelkich konkursach matematycznych w tym osławionym Kangurku. Byłby genialnym inżynierem szczególnie, że w tym zawodzie nie potrzebuje tak zdolności interpersonalnych, co niestety nie jest jego mocną stroną, ale przecież inżynier to nie jest poważny zawód...

Najbardziej boję się tego, że to jest raczej wrażliwy chłopak (aż za bardzo zniewieściały), który nie lubi brudzić rąk i brzydzi się wielu rzeczy. Jestem pewna, że z wkuciem wiedzy sobie poradzi, ale nie wyobrażam sobie go w prosektorium :/lub przy pacjencie, który opowiada mu o krwawieniu z odbytu.
Martwię się, że jeśli chłopak nie podoła wciskanemu mu od zawsze zadaniu i polegnie na tym kierunku, to całkowicie zawali mu się świat, ale cóż ja mogę?

Ciocia wyśniła syna lekarza i sen ma się ziścić za wszelką cenę.

rodzice

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (Głosów: 202)
Alkohol wyżera mózg.

Dorabiam, pracując jako taksówkarz w dużym mieście. W dniu dzisiejszym miałem miałem okazję doświadczyć jak alkohol niszczy ludzi.

Siedzę sobie w samochodzie, spoglądam raz po raz na firmowy tablet i "pik-pik" - jest zlecenie. Jadę, podjeżdżam pod adres - przychodzi starszy pan, trochę bełkocący, ale cóż - biorę. Jest godzina 12:50... Każe jechać do centrum, na stare miasto - ok. Jedziemy.

Nastąpiło wtedy coś, co potem trochę mi uratowało tyłek - gość mówi, że trochę pojeździmy i czy chcę zaliczkę. Stwierdzam, że nie ma takiej potrzeby, ale ostatecznie dostaję 100zł i jedziemy. Dojeżdżamy do starego miasta, on mówi, żeby zaczekać, staję, i czekam. Oki. Minęło nieco ponad półgodziny - wraca - jedziemy dalej. Kierunek bar. Ok. Jedziemy, zatrzymujemy się, gość mówi, że chce chwilę posiedzieć, więc niemal każe mi iść z nim. Idę, wchodzę, i siadam (bo cóż innego robić). Siedzimy, on tam z kimś gada i po kilkunastu minutach wychodzi. Ok. - ja za nim, wsiadamy w samochód - jedziemy w kolejny punkt na mieście (jakiś sklep), tam znów oczekiwanie, potem jedziemy na stare miasto (to samo miejsce), i potem do wcześniej odwiedzanego baru.

Przyznam, że byłem już trochę zmęczony, ale jak trzeba jechać to trzeba jechać, po dotarciu do baru zostałem w samochodzie i czekałem - i po 45 minutach stwierdziłem, że mam dość i trzeba się określić - mam stać, jechać, czy co. Wchodzę do baru, a gość na sofie leży rozłożony i śpi. Kelner poznał mnie i razem próbowaliśmy się dowiedzieć, gdzie ów dziadek mieszka - po kilku próbach ocucenia, udało się wyciągnąć - Piekiełkowa 1. Zatem do samochodu (na spółkę z kelnerem) i jedziemy. Włączyłem trochę chłodniejszego nadmuchu, coby nie zasnął i dojeżdżamy na miejsce.

Podjeżdżamy pod klatkę, zatrzymujemy się i gość stwierdza, że on nigdzie się nie rusza, bo on chce pojechać z powrotem do tego baru. Powiedziałem, że nie ma takiej opcji i ma dopłacić różnicę (taksometr wskazywał ponad 100zł) i wyjść. Na co on stwierdził, że nie będzie wychodził, bo jemu tu dobrze i on chce jechać. Powiedziałem, że nie, nawet (nie do końca było to zgodne z prawdą, ale stwierdziłem, że jestem umówiony do lekarza). A on na to - to ja jadę z Panem. po kilku minutach takiej bezsensownej gadki, zadzwoniłem na centralę i poprosiłem o wsparcie - gdy Gość zobaczył, drugą taksówkę, jakby zgrzeczniał i wyszedł - bez płacenia, ale wyszedł. Wszedł na chodnik miotany wichrami wschodnimi i - miał chłop szczęście, że stałem obok niego - łup na ziemię, do tyłu, próbowałem go łapać, ale jedyne co mi wyszło to podłożenie ręki pod głowę - także uderzył głową o przed ramię, a nie o chodnik.

W tym momencie kontakt z nim się urwał - leży i nie rusza się. Kolega był jeszcze bardziej przerażony niż ja, ale jedyne co sensownego przychodziło nam do głowy to telefon na pogotowie. Wybraliśmy "112", po niedługim czasie przyjechało pogotowie i zwinęli gościa. - sprawa zgłoszona także do centrali, także wszyscy, którzy powinni wiedzieć - wiedzą. Ale jestem przerażony, jak alkohol może wyżreć mózg i resztki godności człowieka.

alkohol taxi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (Głosów: 144)

#77105

(PW) ·
| Do ulubionych
W kinie.

Dziś, w ramach dnia singla, wzięłam kochaną przyjaciółkę pod pachę i zaniosłam do najbliższego centrum handlowego, w którym to znajduje się chwalebne Multikino. Szłyśmy na Sztukę Kochania, bo jako jedyny wydawał się nam porządny.
No i co, no i pełna sala. Dosłownie, pierwsze trzy rzędy zwyczajowo puste, ale potem, ani igły wcisnąć! Grzecznie siadamy na swoich miejscach i...
- cztery razy zostałam oślepiona telefonem z jasnością ustawioną na maksa
- uraczono mnie wątpliwą przyjemnością przesłuchania najnowszej piosenki Sean'a Paul'a.

Mało? Nie. Jeszcze przed wyświetlaniem reklam, zostaje wyświetlona reklamówka żeby wyciszyć albo wyłączyć telefon. Nie dociera. Pani dwa siedzenia przede mną bardzo entuzjastycznie przeglądała po kolei: instagram, messengera, facebooka i snapchata, a kolejna z ruchliwością leniwca pisała smsa.

Ech. Może jestem czepliwa, ale żeby dwóch godzin bez ukochanej komóreczki nie wytrzymać? I ponoć to ja jestem z pokolenia, które nie widzi świata poza internetem. :)

w_kinie

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (Głosów: 183)

#77103

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio trafił mi się drobny dramat zawodowy.

Ze względu na chorobę kolegi, musiałem wziąć dyżur na odcinku oddziału, którego zazwyczaj nie obstawiam.
Zazwyczaj bowiem walczę na odcinku ostrym, reanimacyjnym.
Ale trudno, choroba nie wybiera, wziąłem się więc za pomaganie obywatelom nieco mniej ciężko chorym.

Po kilku godzinach byłem już tak wk....wiony, że - jak sądziłem - gorzej być nie mogło.
Szpitalny Oddział Ratunkowy.
Z definicji - miejsce, gdzie ratujemy. Co najmniej zdrowie, a często - życie.

Siedzę więc i piszę zlecenia na wykonanie rozmaitych badań u przywiezionych karetką chorych.
Dzwonek do drzwi.
Pielęgniarka otwiera.
Za drzwiami starsze małżeństwo. Przyszli, bo panią pobolewa za mostkiem od kilku dni, a męża od co najmniej tygodnia. Więc poszli do szpitala. Do Poradni Kardiologicznej. Gdzie... rejestratorka kazała im udać się do Oddziału Ratunkowego, bo - uwaga - w Poradni KARDIOLOGICZNEJ nie ma możliwości zrobienia EKG i porady w sprawie bólu za mostkiem...

Nic to - nie ich wina. Zrobiliśmy wszelkie badania, na szczęście nic im nie groziło, wdzięczni poszli do domu.

Za chwilę młoda niewiasta. Bo była u ginekologa i pani doktor kazała jej tutaj NATYCHMIAST zejść (oczywiście bez skierowania ani jakiejkolwiek informacji o powodach tego transferu), bo ma duszność od dwóch tygodni... I pewnie ma wodę w płucach...
Jasne. A do tego cukier w kostkach...
Kolejne dwie godziny diagnostyki, kolejna cudownie uzdrowiona.

Jeszcze po niej łóżko nie ostygło, jak u drzwi stanęła zirytowana ogólnie kobieta podając, że wraca z Oddziału Kardiologii, skąd przysłali ją do mnie z mamą, celem kontroli rozrusznika!
Nadmienię, że jedyny w szpitalu sprzęt do takiej (planowej zresztą) kontroli znajduje się właśnie w posiadaniu kardiologów...
Kolejna w życiu awantura, bo pani nijak nie potrafiła zrozumieć, że tutaj staramy się ratować ludzi, a kontrole przeprowadzają ci sami goście, którzy odesłali je z kwitkiem...

I na koniec - wysyp burków.
Bo jak inaczej nazwać faceta, który - urażony grzeczną odmową zajęcia się katarem kolegi i poinstruowany o lokalizacji najbliższej przychodni - zaczyna wykrzykiwać zaczepki i obelgi pod moim adresem? Tyle, że robi to zmierzając szybkim krokiem do wyjścia... Jak mały, ujadający piesek, który boi się konfrontacji, ale podnosi sobie poczucie własnej wartości, szczekaniem w biegu...

Chwilę później był kolejny. Ten próbował ustalić jakiś termin zabiegu poza godzinami pracy sekretariatów. Scenariusz ten sam: najpierw szybki odwrót taktyczny, w biegu wyzwiska. Zaprotestowałem. Zapytał, co mu zrobię. Wkurzony, odpowiedziałem głośno i szczerze. Nie wiem, czy do tej pory nie biegnie...

A potem skargi, że trzeba czekać w SORach...
Skoro ani pacjenci ani nasi "koledzy" nas nie szanują, długo lepiej nie będzie.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (Głosów: 216)

#77097

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio głośno zrobiło się z powodu reformy edukacji. Moim zdaniem ma ona swoje plusy i minusy, ale nie o tym dzisiaj. Chciałabym po prostu przybliżyć Wam jak wygląda dzisiejsza szkoła i system nauki.

Sama uczyłam się w gimnazjum, potem poszłam do liceum i jakiś czas temu zdawałam maturę. Powiem Wam tak: obecny system jest ZŁY. Tak po prostu. Jest źle skonstruowany, źle zaplanowany i źle prowadzony. Ani gimnazjum ani liceum nie spełnia swojej roli.

To pierwsze to była dla mnie strata czasu i wylęgarnia patologii (pewnie nie wszędzie, ale na pewno w większości szkół jednak tak to wygląda), połowa mojej klasy ćpała, druga połowa chlała.

Program nauki? Błagam was. Weźmy pierwszy przedmiot z brzegu np. historia. Na lekcjach tego przedmiotu trzy razy uczyłam się jak wyglądało miasto w starożytnej Grecji (w podstawówce, gimnazjum i liceum) i ani razu nie usłyszałam nic o powojennej historii Polski (oprócz tego jak wygląda Unia Europejska, ale to było na WOS-ie). Czyli wiem jak wyglądał rynek w Sparcie, ale nie mam zielonego pojęcia co działo się w moim kraju 30 lat temu. No cudownie. I żeby nie było: to nie jest tak, że nie było tego w podręczniku. Było. Tylko w żadnej ze szkół nie wyrobiliśmy się z materiałem przed końcem roku szkolnego. Pewnie powiecie, że to wina nauczycieli, ale historyka w każdej szkole miałam innego, więc to raczej źle przygotowany program.

Egzamin szóstoklasisty jeszcze rozumiem (bo jego wynik o niczym nie decyduje, jest tylko informacją ile dziecko wyniosło z podstawówki i nawet nie chodzi o wiedzę z książki, tylko o sposób jej przetwarzania, tok logicznego myślenia itp), ale egzamin gimnazjalny to jakaś pomyłka. Nie mam zielonego pojęcia po co on w ogóle istnieje. Chyba tylko po to, żeby pogłębić stres u nastolatków i zmusić ich do wyścigu szczurów. Panuje opinia, że tylko po liceum w pierwszej 50 dostaniesz się na studia. To oczywista bzdura, bo w każdej szkole jest taki sam program nauki. Różnią się tylko nauczyciele, ale naprawdę nawet najlepszy polonista nie sprawi, że analfabeta dostanie się na prawo. A o przyjęciu do liceum decydują czasami setne punktu, nawet nie wiecie jakie cyrki się odwala, żeby zdobyć o te 2 punkty więcej, np za wolontariat.

Kpiną jest też nauka w liceum. Już pomijam fakt, że już idąc do tej szkoły musisz wiedzieć co chcesz robić w życiu (po biol-chemie trudno iść na prawo). Ja byłam w klasie biologiczno-chemicznej. W czasie 2,5 roku nauki biologii, musieliśmy przerobić 4 podręczniki (jeden z podstawy, każda klasa musi go przerobić, i trzy z rozszerzenia). Czy muszę mówić, że przylecieliśmy to po łebkach, a i tak skończyliśmy tylko trzy tygodnie przed maturą? Wyłączając Wielkanoc, na powtórki zostały nam dwa tygodnie. Dwa tygodnie na przygotowania do matury z najważniejszego dla nas przedmiotu. Fajnie, prawda?

Sama formuła matury też jest tragiczna. Na takiej biologii nie chodzi o wiedzę, tylko o umiejętność pisania pod klucz. W odpowiedzi trzeba zawrzeć konkretne słowa i zwroty, ich synonimy sprawiają, że tracisz punkty. Możesz napisać wszystko prawidłowo, a potem masz zero za użycie słowa "granatowy" zamiast "ciemnoniebieski" (prawdziwa historia, koleżanka się od tego oczywiście odwoływała, ale pan egzaminator powiedział że w książkach polecanych przez CKE jest określenie "ciemnoniebieski", więc jego trzeba używać. A poza tym on nie wie jak wygląda granatowy i uznaje tylko odpowiedzi z klucza). I taka dziewczyna uczy się przez 3 lata, żeby dostać się na medycynę, a potem przez takiego wrednego chama, musi zadowolić innym kierunkiem, którego szczerze nie znosi. Ja sama straciłam punkty za użycie słowa "produkuje" a nie "wytwarza". Sens zdania i wartość merytoryczna jest zachowana, ale takiego słowa nie było w kluczu, więc niestety. I jasne: można maturę poprawiać, ale czy naprawdę taka sytuacja powinna mieć miejsce?

Żeby nie było: obecna reforma nie jest idealna. Ale po moich przeżyciach szkolnych uważam, że każda zmiana jest dobra, bo gorzej niż jest już być nie może.

Reforma edukacji

Skomentuj (98) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (Głosów: 311)

#77095

(PW) ·
| Do ulubionych
Mają nastąpić ograniczenia lub wręcz likwidacje linii podmiejskich, co związane jest z fatalnym stanem torów i brakiem chęci miast ościennych do ich naprawy (to kosztuje).

Według mnie sprawa prosta - nie dbacie o infrastrukturę, która jest waszą własnością to nie dziwcie się, że nikt za was pieniędzy na to nie wyłoży.
Ale nie o tym chciałem napisać.

Rozmawiałem na ten temat z dwiema osobami, które stwierdziły, że trzeba protestować i zmusić MPK by utrzymywało linie i zrobiło remont torów. A powód? Bo jak wejdą prywatni przewoźnicy, to tam zawsze trzeba zapłacić na wejściu.
Nie skomentuję.

komunikacja_miejska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (Głosów: 171)

#77094

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem dziennikarką, tak zwanym wolnym strzelcem. Pracuję głównie w Polsce, ale gdy uciułam trochę grosza, organizuję sobie wypady w miejsca nieco cieplejsze (nie tylko ze względu na temperatury). Tym sposobem trafiłam na przykład do Iraku, m.in. na linię frontu z Państwem Islamskim. Dziś jednak wspomnienie z Turcji.

Było to kilka lat temu, w Syrii nie toczyła się jeszcze regularna wojna, ale tłumiona przez rząd rewolucja zdążyła już wypchnąć do Libanu, Jordanii i Turcji setki tysięcy uchodźców. Udało mi się ustrzelić tanie bilety lotnicze do południowo-wschodniej Turcji, postanowiłam więc i tam trochę popracować. Znalazłam tłumacza - studenta uniwersytetu z przymiotnikiem "amerykański" w nazwie, znajomość języka angielskiego miał zaznaczoną na poziomie excellent.

Co prawda wymieniając wiadomości mailowe z nim zauważyłam, że popełnia błędy gramatyczne, ale wiedziałam z wcześniejszego doświadczenia, że mieszkańcy tego regionu świata zazwyczaj znacznie lepiej mówią niż piszą po angielsku, ponadto mają duży zasób słownictwa.

Tym razem jednak srogo się pomyliłam. Okazało się bowiem, że Ahmed wiadomości do mnie pisał... po przepuszczeniu ich przez Google Translator. Pomijam już jego ciężki akcent i drobne nieporozumienia, gdy na przykład pytał kilkakrotnie "wud ju lajk to kuk?", co zrozumiałam jako zachętę do ugotowania mu czegoś, a co było jedynie pytaniem, czy mam ochotę napić się Coca-Coli :).

Historia właściwa: zorientowawszy się, że Ahmeda angielski na niewiele mi się zda, postanowiłam do obozu dla uchodźców przy granicy z Syrią pojechać sama.

Dzień wcześniej odwiedziliśmy biuro redaktora naczelnego lokalnej gazety, który - jak ledwo wydukał z siebie Ahmed - dopiero co był w obozie dla uchodźców. Nazajutrz przywdziałam mój bliskowschodni kamuflaż i uzbrojona w legitymację dziennikarską, notatnik, aparat oraz dyktafon, znając dwa słowa po turecku ("dziękuję" i "obóz dla uchodźców"), skoro świt ruszyłam w drogę.

Długo by pisać, jak docierałam do granicy, choć to raptem ok. 70 kilometrów. Na miejscu, na widok legitymacji, aparatu i dyktafonu, żołnierze stłoczyli się ciasno z panami po cywilnemu i naradzali przez kilka minut, po czym oddelegowany do rozmowy ze mną facet, powiedział mi jedynie: Kampezi (obóz) forbidden. A następnie wcisnęli mnie siłą do wyjeżdżającej z obozu karetki pogotowia. Ta wysadziła mnie kilka kilometrów dalej w szczerym polu (czy raczej: pustyni), gdzie stała jedynie przydrożna, cholernie biedna budka z kebabem.

Prowadzący ją pan chciał mnie nakarmić i napoić, jakoś na migi udało nam się ustalić, że jestem wegetarianką, więc za posiłek dziękuję, wzięłam jedynie małą Coca-Colę, za którą nie chciał złamanej liry (żeby nie było, że wyzyskałam pana - na odchodne położyłam pod pustą butelką równowartość ok. 40 złotych). Cały czas natomiast stał przy drodze i wyczekiwał, jak się okazało, jakiegokolwiek kierowcy na opustoszałej drodze, który by mnie przetransportował dalej. Gdy w końcu jakiś wóz zamajaczył na horyzoncie, wpakował mnie do środka. Kierowca parę kilometrów dalej dopadł jakiś autobus, przekazał mnie jego kierowcy i tak jak paczka przez kilka godzin wracałam do Ahmeda.

Późnym popołudniem dotarłam do miejscowości, w której mieszkałam, i zrelacjonowałam Ahmedowi moją nieudaną wyprawę, prosząc jednocześnie, by przedzwonił do redaktora naczelnego z pytaniem, czy ma może jakieś informacje, że coś się stało i dlatego nie zostałam wpuszczona do obozu. Myślałam, że może za 2-3 dni się uda. I wtedy Ahmed z pomocą Google Translatora wytłumaczył mi, że dziennikarze nie mają wstępu do obozu - w ogóle.

- Wiedziałeś o tym?
- No tak... Redaktor tak powiedział wczoraj.
- To dlaczego mi tego nie powiedziałeś?!
- Eee... I don't think important.

Smaczek: zapytałam Ahmeda, jak to jest, że studiuje na "amerykańskim" uniwersytecie, a ledwo się umie przedstawić. Na co stwierdził, że wszystkie zajęcia mają teoretycznie prowadzone po angielsku, ale w praktyce wygląda to tak, że przychodzą wykładowcy, zaczynają mówić po angielsku, a że nikt nic nie rozumie, to przechodzą na turecki. Ale najważniejsze, że papier będzie miał!

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (Głosów: 238)

#77189

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja sąsiadka ma psa, skrzyżowanie bernardyna z czymś równie dużym. W każdym razie rano przed wyjściem do pracy, ona jak i wiele innych osób na osiedlu wyprowadza pieska na szybki spacer pod blok i do domu.

Dziś po nocnych opadach deszczu i roztopieniu śniegu widać jakby ktoś wylał szambiarkę.
A czemu o tym piszę? Bo wychodząc do pracy spotkałem sąsiadkę stojącą w drzwiach klatki schodowej, a jej piesek grzecznie srał ze 3 metry dalej wprost na chodnik. Ale w sumie nie dziwię się psu - w morze gówna też bym nie chciał dobrowolnie wchodzić.

osiedle

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (Głosów: 140)

#77187

(PW) ·
| Do ulubionych
Nowi sąsiedzi ...temat rzeka, ale i ja doleję tu coś od siebie.

Pod moim blokiem jest parking podziemny na około 40 aut - mieszkań jest 32. Niektórzy razem z mieszaniami wykupili sobie dwa miejsca parkingowe, a niektórzy wcale (miejsca nie były przypisane do lokali - kto chciał i potrzebował wykupywał je od dewelopera).

Trzy lata temu kupiłem od sąsiada dla siebie drugie miejsce parkingowe - urodził nam się syn i potrzebne było drugie auto dla żony.
Wszystko było dobrze nikt nikomu nie robił problemów, aż do stycznia.

W styczniu wprowadzili się nowi sąsiedzi do klatki obok. Wynajęli mieszkanie od jednego z właścicieli - wynajęli taniej, bo bez miejsca garażowego (właścicielowi mówili, że nie potrzebują, więc on miejsce wynajął komuś innemu).
Jednak lokatorzy kupili (lub odebrali z naprawy - wersje są różne) auto i musieli gdzieś parkować.
Na początku parkowali pod blokiem na kawałku trawy obok płotu, ale widocznie po kilku mandatach od Straży Miejskiej zrezygnowali z miejscówki.
Jako, że klucz od śmietnika to również klucz od drzwi hali garażowej (bramę wjazdową można bez problemu otworzyć od wewnątrz) zadomowili się w garażu - na jednym z moich miejsc. Miejsce było wolne, bo auto żony było w naprawie. Na początku nie robiłem problemu - miejsce było wolne więc przymykałem na to oko, ale jak naprawa auta żony zbliżała się ku końcowi, zostawiałem kartki za wycieraczką lokatorom z prośbą aby opuścili miejsce.

Bez skutku były też przypomnienia ustne - próbowałem rozmawiać jak tylko ich spotkałem.
Jak łatwo się domyślić, zaczęły się kłótnie, bo żona odebrała auto od mechanika. Problem był też uciążliwy dla innych mieszkańców i lokatorów korzystających z wynajętych miejsc, bo tamten widząc zajęte moje miejsce, zajmował inne. Twierdził, że ma prawo korzystać z garażu, bo też tu mieszka.

Sprawę rozwiązaliśmy szybko - krótkie zebranie członków wspólnoty, na którym przez głosowanie została podjęta uchwała o zmianie wkładki od drzwi garażowych. Mieszkańcy korzystający z garażu (tylko Ci co wykupili miejsca) dostali nowe klucze.

Wielkie było zaskoczenie "dzikiego" użytkownika garażu jak wrócił z pracy, nie mógł otworzyć drzwi i tym samym zaparkować na czyimś miejscu... Od tamtej pory szuka jakiegoś miejsca na osiedlu nieopodal, bo nawet nie pytał nikogo z budynku czy jest możliwość wynajmu miejsca :)

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (Głosów: 252)