Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#81925

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w obsłudze klienta na tzw. "saksach" i tym razem będzie o europejskim ustawodawstwie chroniących dane osobowe.

Prawo o ochronie danych osobowych w każdym kraju Unii Europejskiej jest tak samo denerwujące dla każdego klienta, niezależnie czy w Polsce, czy w Hiszpanii. Faktycznie, utrudniają one działanie przestępcom, ale też utrudniają życie gdy chcesz zamówić majty przez internet używając karty bankowej żony. Jeśli nie wiesz o co chodzi - sprawdź w guglach "Ogólne rozporządzenie o ochronie danych", znane również jako RODO lub GDPR.

Ustawa ta wchodzi w życie w okolicach maja i większość firm już się do niej dostosowała. Przewidywane kary za złamanie jej to nawet do 4% rocznego obrotu firmy lub 20 milionów euro (!!!). Nie mówimy tu tylko o wrażliwych danych, jak numery kart kredytowych. Chodzi tu też o zamówienia przez internet, cechy osobowe (narodowość, wiara, orientacja seksualna), czy nawet głupie "pani mąż powiedział, że podoba mu się ta bluza".

Codziennie mam z tuzin klientów, którzy się na mnie drą i żądają rozmowy co najmniej z prezesem (a najlepiej ze wszystkimi rodami królewskimi świata naraz), bo zgodnie z prawem muszę odmówić im obsługi. Ja naprawdę nie robię tego ze złośliwości - jeśli twoje dane na rachunku nie są takie same jak w zamówieniu, to te zamówienie dla ciebie nie istnieje. Nieważne, że wyszłaś za mąż i zmieniłaś nazwisko, ale w banku zapomniałaś. Nieważne, że zamówienie zostało zakupione na córkę, która to obecnie jest na misji na Marsa albo dla głuchoniemej cioci. Jeśli nie przejdziesz procedur bezpieczeństwa, a ja wciąż cię obsłużę jako klienta, łamiąc tę nieszczęsną unijną ustawę, wylatuję z pracy natychmiastowo. Dla korporacji to może być cios jak cholera, i to jeszcze przez głupie przeoczenie jednego łosia na słuchawce.

Ja serio rozumiem, że to denerwuje. Sam też się denerwuję, że muszę wyszukiwać numery zamówienia, PINy, tajne hasła na infolinię i niemal pier***ąć salto żeby się dowiedzieć, dlaczego moja paczka z uszczelkami z Chin warta 3 złote się spóźnia. Nie krzyczcie jednak na obsługę klienta, bo nie oni ten cyrk wymyślili. Weźcie raczej pod lupę prawodawców, którzy chcąc dobrze, utrudnili ci życie, aby zmniejszyć szansę wzięcia "chwilówki" na twoje dane przez oszusta.

Ciekawe tylko, czy w praktyce ta ustawa więcej pomoże, niż namęci.

obsluga klienta

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (136)

#81922

(PW) ·
| Do ulubionych
Rekrutacja... temat rzeka, ale od tej strony jeszcze nie było.

Jestem dziś na rozmowie o pracę. Jako rekrutujący. Z drugiej strony Skype kandydat.

Rozmawiamy, człek inteligentny. Znajomość branży na bardzo dobrym poziomie. Technologie, umiejętności, języki... naprawdę nieźle. Rozmawiamy na luzie. Wszystko super, sielanka niemal.

Na koniec zawsze daję szansę na pytania do mnie. Pada nieśmiertelne "a czy ma Pan do nas jakieś pytania?". I tu mnie zaskoczył:

- Jaki u was w firmie jest system kar za spieprzenie czegoś?

Moja szczęka rąbnęła z hukiem w podłogę. Na szczęście zdążyłem wyciszyć Skype więc nie usłyszał.

Jak się okazało, pytał na podstawie doświadczenia z poprzedniej pracy. Tam za pomyłki dostawał kary finansowe.

Mamy XXI wiek. Zatrudniamy inteligentnych i wykształconych ludzi, a potem traktujemy ich jak niewolników. Grozimy karami za to, że są ludźmi i czasem popełniają błędy!

praca

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (150)

#72681

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę słów o ruchu drogowym w godzinach szczytu.

Mieszkam w niewielkim mieście, przez które przebiega ruchliwa ulica na szlaku Piła-Berlin. W okolicy godziny 14:30 miasto zamienia się w mini metropolię, bo osoby wychodzące i wyjeżdżające, samochodem lub autobusem z okolicznego zakładu pracy, próbują dogadać się z tirami jadącymi do Berlina i ruchem ze szkół. Historia właśnie à propos szkoły umiejscowionej przy tej właśnie ulicy.

Pamiętam, że gdy ja do niej uczęszczałam zawsze były różne incydenty związane z ruchem drogowym.
Musiałam odebrać z tej właśnie szkoły kuzynkę pierwszoklasistkę.
Przechodzę z nią przez tą ulicę prawiąc jej o bezpieczeństwie, gdy zza auta, które zatrzymało się żeby nas przepuścić, wyprzedzając wyjeżdża drugim pasem samochód przejeżdżając nam przed nosem, a my stoimy na środku ulicy oglądając się po ludziach i ich szczękoopadzie.

ruch_drogowy

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (195)

#66078

(PW) ·
| Do ulubionych
Idę ja sobie do pewnej kobiety załatwić z nią drobny biznes, a ona od progu wita mnie radośnie tymi słowy:
- Dobrze, że pani przyszła teraz a nie później, bo miałam właśnie zacząć palić buty.

Hmm.

Powoli dociera do mojego skołowanego mózgu, że ona dosłownie i na serio ma zamiar napalić w piecu starymi butami. Narobi smrodu na całą dzielnicę i to toksycznego smrodu.

Jak by tu ją odwieść od tego zamiaru... W końcu mrozu nie ma, kobieta jest nieźle sytuowana i raczej nieszczęsne obuwie nie stanowi resztki opału na czarną godzinę...
O śmietniku przezornie nie wspominam. Od wejścia jakże wspaniałej ustawy śmieciowej w życie śmietniki stały się drażliwym tematem. Ale przypominam sobie, że po drodze mijałam kontener na odzież używaną. Zaczynam więc opowiadać, jakim to pożądanym surowcem wtórnym są stare buty. I to jeszcze zbierane przez organizację dobroczynną, niechże da upust swojej szlachetności!

-Paaaani, ja tam chodzić nie będę. Daj Pani spokój, spalę i już. Porządek się zrobi.

Niestety, piekielna porządnicka po prostu otwarła przede mną drzwi wyjściowe nie dając mi szansy na wynegocjowanie choćby pary laczków.

Ludzie. Jak czasem żartowałam, przebijając się z koleżanką przez wyżerający oczy i duszący dym, że chyba palą tam zużytymi prezerwatywami, krowimi kopytami i starymi papciami, to nie sądziłam, że jestem aż tak blisko prawdy. Chyba Straż Miejska zostanie zaproszona... na dymka.

atmosfera

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (292)

#82018

(PW) ·
| Do ulubionych
Byliśmy z soboty na niedzielę na ślubie i weselu mojej najlepszej przyjaciółki. Na wesele ani gości narzekań nie będzie.

Przy takich uroczystościach ja i P. Wyciszamy telefony, albo zostawiamy je w pokoju. Bawimy się wyśmienicie, ale zaszła potrzeba zmiany butów na "bardziej komfortowe" (panie, które nie mają wprawy do tańca w szpilach/obcasach pewnie wiedzą o czym mowa :D). Wracamy do pokoju.

Korzystając z faktu, że P. skorzystał z toalety w pokoju, zerknęłam na telefon. I co? 17 nieodebranych, 10 wiadomości. Oddzwoniłam tylko do Matuli, żeby opisać w skrócie przebieg wszystkiego i myk na parkiet.

Dzisiaj jeszcze w trakcie poprawin, wróciliśmy (niestety, są pewne obowiązki) około 15 do domu, więc odczytałam wszystkie wiadomości. Okazało się, że większość jest od kuzyna i ludzi, których zazwyczaj podwożę autem do Wrocka (zwyczajny post na twarzoksiążce, że w tym dniu i o tej godzinie jadę, więc mogę kogoś "przygarnąć"). Oddzwoniłam i odpisałam po kolei, że byłam na weselu, dzisiaj na poprawinach i nie dałam przecież nigdzie znaku, że jadę do Wrocławia.

"Ale jak tak możesz robić? Zawsze jeździłaś!"
"Więcej z tobą nie pojadę!!"
"Słuchaj, a skoro nie możesz jechać dzisiaj to może byś tylko podwiozła mnie do Wrocławia i sobie wróciła?" (wtf?!)

A najlepszy sobotni SMS od kuzyna: "Hej mabmalkin, wiem, że dzisiaj jesteś na weselu, ale mogłabyś chwilowo wyjść i mnie podwieźć na meczyk, a potem bym zadzwonił i byś mnie do Wrocławia odwiozła?".

Z kuzynem mam wielki konflikt, bo ostatecznie nikt go nie chciał zabrać do Wrocławia (co z tego, że od nas z miasta miał busa co godzinę i dobrze o tym wiedział?) i z naszej rozmowy przez telefon wyszło, że jestem egoistką.

A, z miejscowości w której byłam na weselu, żeby zgarnąć kuzyna i jechać do Wrocławia to odległość około 170-190km w jedną stronę. Podobnie z innymi ludźmi.
Chyba kurde spłonę...

Ludzie transport prywatność

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (211)

#81927

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio była na piekielnych historia o tym, jak producent markowych wyrobów w sposób ukryty przymusza klienta do korzystania z jego (oczywiście droższych) materiałów. Opinie w komentarzach były jak zwykle podzielone. Nie chcę być sędzią w tej sprawie.
Opiszę tylko kilka przypadków podobnego postępowania producentów. Ocenę pozostawiam czytelnikom.

Drukarka domowa.

Kilka lat temu kupiłem domową drukarkę atramentową. Nie była to budżetowa, w cenie nowych wkładów z tuszem, lecz 3-4 razy droższa od najtańszych. W tych czasach powszechne było napełnianie oryginalnych kartridży. W przypadku tej drukarki napełniony kartridż nie działał – wyświetlał się komunikat o braku tuszu, mimo że pojemnik był świeżo napełniony. Internauci szybko znaleźli przyczynę i opisali to na forach. Kartridż miał specjalny chip i drukarka pamiętała, że ten konkretny pojemnik był używany i miał stan tuszu „zero”.

Tłumaczenie producenta troską o klienta można włożyć między bajki, a wyjaśnienie było mniej więcej takie:
„W trosce o bezawaryjne działanie naszego sprzętu zablokowana jest możliwość używania kartridża po zużyciu tuszu poniżej poziomu minimum. Używanie takiego kartridża grozi uszkodzeniem głowicy drukującej”

Może bym uwierzył, ale głowica drukująca była w kartridżu, więc najwyżej mogłem uszkodzić kartridż, który wg wyjaśnień producenta nie nadawał się do użytku.

PS. Rozwiązanie było następujące: Trzeba było mieć w użyciu kilka kartridży (3 lub 4), które należało wkładać rotacyjnie, gdyż drukarka pamiętała tylko kilka poprzednich kartridży. Dwa z nich mogły być prawie puste – wystarczyło wydrukować kilka stron i drukarka odhaczała użycie nowego pojemnika.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (151)

#81918

~agatatq ·
| Do ulubionych
Chciałam podzielić się świeżą piekielnością. Mąż pracował w 2017 r. w Biedronce. Po przeprowadzce do nowego lokum wypełnił formularz pracodawcy odnośnie do zmiany danych, podając nowy adres jako zamieszkanie i do korespondencji. Potem pożegnał firmę. Na nowy adres dostał zarówno PIT 11 za 2016 r., jak i świadectwo pracy. Nie sądziliśmy, że w kolejnym roku te proste czynności okażą się znacznie bardziej skomplikowane.

Do 10 marca czekaliśmy na PIT za 2017 r. Nic. Zaniepokojeni wysłaliśmy zapytanie przez formularz kontaktowy dla pracowników i byłych pracowników. Następnego dnia odpowiedź przekierowała nas pod inny adres mailowy - ponowiliśmy opis sprawy. I cisza.

Udało nam się zdobyć 2 telefony do działu zajmującego się PIT-ami, jednak odzywały się automaty i po chwili połączenie przerywało się. Dotarliśmy do 3 telefonu, pod którym automat powiadomił, że biuro pracuje 8.00-16.00, czyli w godzinach naszej pracy, kiedy nie możemy za długo wisieć na telefonach. Oboje kilkanaście razy próbowaliśmy się dodzwonić, jednak nie udawało się.

29 marca na nowy adres dostaliśmy 2 listy z Biedry i już ucieszyłam się, że to koniec – a tu ZONK! Były to 2 identyczne zaświadczenia o okresach zatrudnienia wystawione na prośbę pracownika, czyli Męża, który pracownikiem od prawie roku już nie był i nigdy o takie dokumenty nie wnioskował.

Zaparłam się i korzystając z przedświątecznego urlopu 30 marca wisiałam 2 godziny na słuchawce, aż dodzwoniłam się do żywego człowieka, który wyjaśnił mi, że wysłano PIT na stary adres i otrzymano zwrot, bo "adresat wyprowadził się". Na pytanie co dalej zrobili, okazało się, że... nic. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić, czy nie ma nowego adresu i wysłać ponownie, bo przecież nikomu PIT nie jest potrzebny. Za to zdublowane zaświadczenia, których nikt nie chciał wysłano automatycznie po kontakcie na obydwa adresy mailowe dla pracowników i byłych pracowników. Pani obiecała, że wyślą PIT po Wielkanocy na nowy adres i na moje żądanie, na podstawie ustawy o ochronie danych osobowych, zmieniła dane adresowe w systemie.

Jednak największe kuriozum to wyjaśnienie dlaczego wysłano PIT na adres, którego nie mieli prawa już mieć w bazie. Podobno w zależności od modułu jaki wykorzystuje dany dział, pracownicy mają dostęp, albo do bazy adresów zamieszkania, albo do bazy adresów korespondencyjnych. Najwyraźniej ktoś w centrali na podstawie wypełnionego druku zmiany danych, wprowadził zmianę tylko w jednej bazie, tej do której miał dostęp. Nie przyszło mu do tępej główki, aby przekazać to komuś, kto ma dostęp do drugiej z baz, by i tam uaktualniono dane. Tylko niech mi ktoś wytłumaczy jakim cudem poprzedni PIT i świadectwo pracy wysłano na bieżący adres? I jak pani z telefonu mogła jednak znaleźć dane z obu baz i nanieść stosowne poprawki? I ile jest prawdy w uzyskanych wyjaśnieniach?

W każdym razie wciąż czekamy na obiecany PIT. Jutro wysyłam list polecony za potwierdzeniem odbioru do Centrali z żądaniem przesłania PITu i usunięciem nieaktualnych danych adresowych pod groźbą przekazania sprawy właściwym instancjom zarówno od ochrony danych osobowych, jak i podatków.

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły na działania, które mogłyby pomóc zdobyć ten piekielny PIT to będę wdzięczna. Planuję jeszcze w razie czego wycieczkę do Skarbówki, a w najgorszym razie pozostanie mi policzenie niejako w odwrotną stronę z pensji netto na koncie kwot brutto i składek, bo lepiej złożyć błędny PIT 37 niż żaden, jednak wolałabym tego uniknąć.

PIT sklepy pracodawca pracownicy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (130)

#81912

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim życiu wydarzyło się dużo naprawdę złych rzeczy, żeby jednak póki co nie narażać się niedowiarkom, nawiążę do "alkoholowej" historii, która pojawiła się tu ostatnio - czyli do czegoś, z czym każdy raczej się spotkał.

Jestem abstynentką, od zawsze. "Zachęcili" mnie do tego głównie rodzice alkoholicy. Odstręcza mnie też zapach alkoholu (w taki sposób jak np. kogoś innego zapach sera pleśniowego) i jego szkodliwość (nie chcę pogarszać stanu mojego i tak słabego zdrowia). Mimo tego uważam, że każdy je i pije to, co lubi i nie mam z tym żadnego problemu. Warto wspomnieć też, że większość najbliższych moim sercu osób stanowią osoby pijące.

Od razu zaznaczam - tekst nie opisuje zachowań osób kulturalnych, miłych, podchodzących do tematu z rozwagą, nie powinny się one czuć obrażane moimi wypocinami.

CZĘŚĆ I - ZACHOWANIE WOBEC INNYCH.

Zawsze staram się szanować upodobania innych ludzi, tak więc organizując imprezę staram się przygotowywać jedzenie tak, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony - dania bez mięsa, glutenu, ryby, oliwek czy co tam się komu jeszcze nie podoba lub mu szkodzi. W gronie najbliższych nikt nikogo do niczego nie zmusza i nie przekonuje, każdy ma swoją dietę, palacze palą w odosobnieniu, kto chce, ten pije. Natomiast w bardziej zróżnicowanym gronie...

1. Ludzie, którzy od lat wiedzą o mojej abstynencji i konieczności spożywania przeze mnie dużej ilości leków, mimo wszystko nalewają mi alkohol do jedynego szkła, które znajduje się przy moim nakryciu. Na moje protesty zwykle odpowiadają: "Ale to tylko TROCHĘ.".

2. Nagminne dolewanie alkoholu do soku na weselach, mimo uprzedniego zaznaczenia, że nie piję. Zdziwienie: "Za parę młodą nie wypijesz?" - nawet bez pytania o powód. Ciąża, choroba, prowadzenie samochodu, po prostu niechęć? Nieważne. Dość naiwne jest też założenie, że nie wyczuję alkoholu w soku.

3. Ciągłe traktowanie mnie jak kosmity, obawianie się, że przy mnie nie można się napić, mimo że nikomu tego nie zabraniam. Wystarczy samo "Dziękuję, nie piję." i się zaczyna...

4. Osoby, które mnie znają i podarowują mi z jakiejś okazji (święta, urodziny) alkohol, nie traktując moich upodobań poważnie. To tak jakby podarować komuś książkę autora, którego nie lubi.

5. Coś, co skłoniło mnie do tych przemyśleń... Pewna dość bliska osoba na wieść o tym, że swoje wymarzone wesele planuję raczej jako bezalkoholowe, oznajmiła, że była już kiedyś na takim i szybko trzeba było się z niego zwinąć, i "nadrobić zaległości" w domu. Nie miało to na celu zranienia mnie, ale zabolało. Zawsze myślałam, że to święto młodej pary...

6. Upalny dzień, zatłoczony autobus, klimatyzacji oczywiści brak (ponoć włącza się z opóźnieniem w listopadzie). Wyjątkowy osobnik postanawia otworzyć sobie mocno "wonne" piwo, najpewniej już kolejne tego dnia, gdyż poprzednie próbuje się z niego wydostać, przynajmniej na razie, w formie lotnej. Do końca trasy 5 minut, ale pragnienie jest tak uciążliwe.

7. Mówienie mi, jak wiele straciłam, bo PAMIĘTAM, co się działo (że... co?).

CZĘŚĆ II - TEORIE ZDROWOTNE.

1. Wykonywanie jakichś własnych wysoce NAUKOWYCH obliczeń, które mają na celu wyliczenie dokładnej godziny i minuty, w której magicznie nastąpi trzeźwość ("Jeden drink teraz i za godzinę mogę jechać"), przy czym nie są to wyliczenia racjonalne ani bezpieczne.

2. Moi rodzice: "Nie pijesz i dlatego jesteś chora! Jakbyś piła, a nie wydziwiała to by było wszystko w porządku!". Choruję od urodzenia... na choroby genetyczne.

3. Z tym akurat spotkałam się całe szczęście tylko raz: "Kieliszek wina/jedno piwo/[cokolwiek lubisz] działa zdrowotnie na rozwijający się płód.". Tak, to zdecydowanie go rozluźni i odstresuje po ciężkim dniu.

CZĘŚĆ III - SZKODZENIE SOBIE I INNYM.

1. Brak poszanowanie dla ograniczeń własnego organizmu, picie bez umiaru i robienie bardzo głupich rzeczy. Przykłady z mojego życia:
- dziewczyna pijana do tego stopnia, że na studniówce prawie "wychodzi" przez balkon, muszę ją od tego odciągać,
- zabawy w piromana wewnątrz budynku,
- spożywanie groźnych alergenów,
- zasypianie z głową w toalecie/jedzeniu/czymkolwiek, co może zablokować oddychanie itp. itd...

2. Na obozach/koloniach - nagminne proszenie przez osoby MOCNO niepełnoletnie (<14) o kupienie alkoholu. Odpowiedzią na odmowę jest "foch".

3. Picie na umór na weselach i zostawianie dzieci bez opieki wśród tłumu tak naprawdę obcych dla nich ludzi.

4. Ludzie sami przyznający, że nie potrafią się bawić bez alkoholu i jest to ich jedyna rozrywka na wszelkiego rodzaju imprezach.

5. Organizacja balu - zamiast w lokal, muzykę i jedzenie, inwestowanie w ogromną ilość alkoholu. Skutek: niedobre jedzenie, ale chociaż w małych porcjach, nieciekawa muzyka "na jedno kopyto", paskudny lokal, większość znudzona, pijana i smutna z braku innych możliwości.

CZĘŚĆ IV - ŚMIECENIE.

1. Wakacje: ludzie z piwem w basenie/jeziorze/jacuzzi/jakiejkolwiek wodzie - wylewają pół kubka do wody, a pusty kubek (plastikowy) rzucają gdzie popadnie, ewentualnie dają dzieciom, a one... oczywiście też rzucają go gdzie popadnie.

2. Na chodniku można znaleźć głównie niedopałki papierosów i butelki po alkoholach. Czemu inne śmieci można wyrzucać do kosza, a tych nie?

Takie przemyślenia mnie naszły ostatnio i gdy tak o tym myślę... robi mi się jakoś smutno.

alkohol egoizm

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (223)

#81915

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w saloniku prasowym. W przeciągu tygodnia trafiły się nam dwie awantury (raz trafiło na zły humor szefowej, więc akcja konkretna :D). Poszło o Newsweeka.

Za pierwszym razem oberwało nam się za to, że Newsweek stoi na eksponowanym miejscu i czemu sprzedajemy tę gadzinówkę.

Za drugim razem za to, że stoi na zbyt mało eksponowanym miejscu, a na przodzie "W sieci" itp.

Może postawimy tam krzyżówki? ;)

sklepy prasa

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (170)

#66083

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałem poprzednio o smrodzie i wróciło wspomnienie.

Lata 80’.

Nasz pies, znaczy suka, rasy bokser (Gusia). Kochane wielkie bydlę, ale ze swoim psim niepojętym światem i odchyłami, których nie udało się moim rodzicom oduczyć (rodzice wzięli ją od ludzi, którzy zupełnie sobie z nią nie radzili). Sikanie na łóżko i masowa eksterminacja okolicznych kotów, to było jej hobby. Kolejnym było tarzanie się w padlinie i gdy tylko wyniuchała porządnie zgniłą padlinę, to dla niej były najlepsze perfumy. Piekielny, kochany pies.

Często z rodzicami i oczywiście z psem, gdy tylko przyszedł sezon, jeździliśmy na grzyby. Lasy Sobiborskie, pełne grzybów, niezbadanych do końca historii, a czasem i jakiegoś truchła. Na przykład takiej sarny – dla Gusi pełen wypas. Wysmarowała się tym gnijącym mięsem od czubka nosa do końca jej krótkiego ogona. Potem, zanim się ją zobaczyło między drzewami, najpierw było ją czuć.

Cóż, zaczynało się ściemniać, czas wracać do domu – kilkanaście kilometrów jazdy maluszkiem z psem walącym tak, że łzy płynęły. Do domu! Jak najszybciej! Wszystkie okna pootwierane na oścież, gaz do podłogi i jazda, jakoś wytrzymamy. No ale niestety, jak pech, to pech. Maluszek zapierdzielający 130 km/h, z moją szanowną rodzicielką za kółkiem, został zhaltowany przez panów z MO. Pan milicjant ładnie zasalutował i się przedstawił, spytał: „A co pani tak szarżuje” i wkładając łeb do auta już zaczyna prosić o prawo jazdy. Wystarczyły dwa wdechy. Nagle wyprostował się wyglądając dość niewyraźnie, odsalutował i stwierdza: „Proszę jechać”. No to pojechaliśmy.

Czasem w środkach komunikacji miejskiej można spotkać potwornie śmierdzącego menela, zazwyczaj ma dokoła siebie mnóstwo wolnego miejsca. Inkarnacja Gusi? A może totalny smród jest sposobem, by wszyscy Ci dali święty spokój?

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 254 (300)