Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#80913

(PW) ·
| Do ulubionych
Owadzi sklep, dziś, godziny popołudniowe.

W sklepie ludzi masa, więc staram się jak najszybciej zrobić podstawowe zakupy i sobie iść. Nie, żaden tam obiad - parówki, twarożek, masło, pomidorek i… bułki czosnkowe (winna!).

No to dochodzę do tych bułek. I co widzę? Jakiś wyraźnie niedomyty pan grzebie radośnie w tych czosnkowych półbagietkach gołymi łapskami, każdą nagniata (testuje chrupkość), odkłada, przebiera. Wszystkie, jakie tam były zostały chyba dokładnie wymacane.

No wryło mnie lekko w podłogę, ale podeszłam i mówię (mówię, nie krzyczę, co ważne dla historii): "Proszę pana, co pan wyprawia? Przecież ktoś będzie kupował to pieczywo, nie wolno dotykać gołą ręką!”.

Pan nic. Pomyka jak jeleń do kas. Ale traf, akurat jakaś pani w zielonej bluzie opatrzonej identyfikatorem i wyszytym logo sieci przechodziła obok. Więc ją zaczepiam i mówię, że to pieczywo należy wymienić/wyrzucić, bo zostało dokładnie zmacane/wygniecione przez tego pana (tu wskazuję niedomytego, stojącego w ogonku do kasy), a zatem stanowi ono potencjalne zagrożenie dla zdrowia, o obrzydzeniu nie wspominając.

Kto zgadnie: jaka była reakcja skwaszonej pani?

Pognała za klientem, by obciążyć go rachunkiem za wymacane pieczywo? Pognała, by klientowi zwrócić chociaż uwagę? Zabrała inkryminowane bułki na zaplecze celem wyrzucenia bądź choć pozornej wymiany do czasu, aż za rudą przestanie dymić z rury wydechowej auta (no, nie dymi - ja tylko tak symbolicznie)?

Nie! Reakcja skwaszonej pani była następująca (wywrzeszczana w moją stronę): "I co się pani tak tu awanturuje?!”.

No to ja, z cierpliwością wypracowaną poprzez skrzywienie zawodowe, cierpliwie tłumaczę jeszcze raz sytuację i potencjalne konsekwencje w postaci potencjalnych zagrożeń i obrzydliwości.

Finał:

SP (Skwaszona Pani): "No ale co się pani tak awanturuje?!”.

JA: "Proszę zawołać kierownika" (moja cierpliwość nie obejmuje osobników płci obojga o inteligencji dorodnego kalafiora).

SP: Ja jestem kierownikiem!

Sytuacja, jak z nieśmiertelnego „Misia".
("Ja jestem kierownikiem tej szatni, nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi?").
Bareja wiecznie żywy. Szczęściem nie był to owadzi sklep, w którym stale robię zakupy.

Ok, skończyłam historię. Teraz to samo opiszę w skardze, którą wyślę do kierownika regionalnego. Może okaże się rozumną istotą?

owadzi sklep

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (132)

#80909

~Korposzczurek ·
| Do ulubionych
Od kilku lat pracuję w korporacji. Dosyć dużej i znanej na świecie. W miejscu, w którym nie dostanie pracy "byle kto". Teoretycznie.

Praca jest fajna, ludzie mili i wszystko byłoby super, gdyby nie zachowanie niektórych w kuchni.
Z "mojej" kuchni korzystają trzy działy, nazwijmy je po prostu A, B oraz C (liczy najwięcej osób). Z działami A i B nie ma problemu, za to dział C to banda SYFIARZY albo po prostu debili, którym się wydaje, że jeżeli coś nie jest ich własnością, to nie muszą o to dbać.

Nagminnie zdarzają się takie sytuacje:

1. Zostawianie mleka na wierzchu - teraz w czasie jesieni/zimy to mniejszy problem, ale podczas lata wiele kartonów mleka sobie skisło, bo jaśnie państwo robią sobie kawkę, po czym zostawiają otwarte mleko poza lodówką. Wisi już nawet w kuchni karta z prośbą o chowanie mleka - nie, po co, za duży wysiłek.

2. Wstawianie do zmywarki talerzy z resztkami jedzenia - zamiast te resztki wyrzucić, a talerz chociaż lekko przepłukać, to wrzucają jak leci. Potem te resztki w zmywarce zostają, fuj. Parę razy się przez to nawet zepsuła.

3. W godzinach okołoobiadowych zmywarka bardzo szybko się zapełnia. Gdy nie ma już w niej miejsca albo akurat jest włączona, to powinno się umyć swoje talerze czy miski ręcznie, prawda? No wg działu C nieprawda. Lepiej zostawić wszystkie brudne naczynia w zlewie i czekać, aż ktoś to pomyje za nich.

4. A w ogóle to czasem fajnie jest po prostu zostawić gdzieś brudne naczynie w randomowym miejscu. Kubek po kawie na parapecie, talerz ze skórką od pomarańczy na stole obiadowym czy coś w tym stylu.

5. Warto też czasem wziąć sobie jakieś jedzenie do pracy, zostawić w lodówce i o nim zapomnieć na parę tygodni/miesięcy, tak by sobie zgniło i wywołało potężny smród.

Dodam jeszcze bonusem jedną rzecz. Teoretycznie w czasie pracy mamy 40 minut przerwy na obiad. Wiadomo, większość osób zjada obiad gdzieś w połowę tego czasu, a drugą najwyżej "odbiera" sobie wcześniej/potem na jakiś lunch, kawę czy cokolwiek innego.

Dział C wykorzystuje swoje 40 minut do oporu. Wszyscy naraz. Przychodzą koło tej godziny 12-13 do kuchni, zajmują wszystkie miejsca, a po zjedzeniu nie ustępują innym, którzy też chcieliby zjeść, tylko siedzą dalej i rozmawiają.

Może to trochę czepialstwo, bo skoro tyle trwa przerwa, to mają prawo tyle siedzieć. Ale jest to jednak trochę irytujące i zwyczajnie niekoleżeńskie.

korporacja

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (127)

#80905

(PW) ·
| Do ulubionych
Co do wymiany opon.

Gdy kupiłem pierwszy samochód: używany Matiz wersja Top ;-) to miał on nowe letnie opony, a że szła zima, to zamówiłem w serwisie (gdzie ojciec od lat wymieniał opony i naprawiał wóz) cztery zimówki.

Następny dzień. Matiz stoi na dwóch kapciach od strony pasażera. Soczysta K i Ch i myślę, co jest grane?

Dobra, zmienię choć przednie i jadę do serwisu. Niestety nie dałem rady odkręcić śrub nawet używając teleskopowej dźwigni. Cóż, jadę na 2 flakach do serwisu, ale na szczęście blisko na osiedlu.

Gdy wjechałem, usłyszałem tylko: "Ku... kolejny”. A teraz wyjaśnię.

Chłopaki zatrudnieni tymczasowo do pomocy w wymianie poprzedniego dnia imprezowali i byli na kacu. Popełniali błędy. U mnie zapomniał uszczelnić brzegów w oponach i tak dowalił pneumatycznym, że poniszczył mocowanie kół.

Na szczęście dostałem 2 nowe opony i naprawę mocowań bez kłócenia się w sądach. Po prostu ważniejsza jest opinia, a było kilka innych warsztatów na osiedlu chętnych na klientów.

Do tej pory korzystam i nie ma problemów.

opony

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 63 (83)

#80916

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj dowiedziałam się, że posiadam nadprzyrodzone zdolności.

Cały dzień zajęło mi załatwianie różnych spraw, w tym (na koniec) zakupy w galerii handlowej. Ponieważ od rana byłam poza domem, w pewnym momencie mój pęcherz dobitnie zakomunikował mi, że dość już ignorowania go, w związku z czym w trybie pilnym udałam się do toalety. Wchodzę, słyszę że parę kroków za mną tupta jakaś pani, ale zajęta własną potrzebą szukam po prostu wolnej toalety. Zaglądam do jednej - no nie, z tej raczej nie skorzystam... Dwie czy trzy następne zajęte, więc zanim doszłam do kolejnej wolnej, pani za mną dotarła akurat do tej, do której uprzednio zaglądałam.

- No nie!!! - pełen oburzenia krzyk pani spowodował, że odruchowo na nią spojrzałam.

- Jak tak można? Nie wstyd pani? - zarówno wyrzut, jak i pytanie skierowane jak najbardziej do mnie. Zazwyczaj nie mam problemów z odpowiednią ripostą w takiej sytuacji, tym razem jednak poziom absurdu oraz przepełniony pęcherz spowodowały, że bez słowa zniknęłam za drzwiami wolnej (i mocno już przeze mnie upragnionej) kabiny.

Ale teraz tak się zastanawiam i dochodzę do wniosku, że jednak mi wstyd. Naprawdę, bardzo się wstydzę tego, że posiadając nadprzyrodzone zdolności używam ich do tak banalnych spraw, jak połamanie deski sedesowej w publicznej toalecie. Siła mojego super niszczycielskiego wzroku powinna zostać użyta do znacznie wyższych celów, tylko na razie nie jestem w stanie zdecydować się, do jakich. Macie jakieś pomysły?

galeria_handlowa

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (140)

#80903

~babciazdemencja ·
| Do ulubionych
Moja babcia cierpi na pogłębioną demencję starczą, nic nadzwyczajnego, bo ma 81 lat. Jest obecnie w stanie małego dziecka, lecz poza tym psychicznie jest w porządku. Gorzej z ciałem. Zdarza się jej popuścić, a więc konieczna jest pielucha.

Zdarzyło się tak, że babcia zaczęła pokaszliwać, a więc nie czekając aż będzie z nią gorzej, moja mama zadzwoniła do doktor. Jednak okazało się, że na dzisiaj już nie wyrobi się, aby przyjechać do domu babci, ale zaprosiła nas do gabinetu. Znając sytuację stwierdziła, że przyjmie nas bez kolejki, mamy tylko pokazać się rejestratorce, bo sezon grypowy i dużo dzieci przychodzi jej z zapaleniami, co jest niewskazane przy babci, a także zaśmiała się, że w razie wpadki z pęcherzem nie ma takiego dużego przewijaka ;) .

No to babcia ubrana, ja podjeżdżam autem, oma się pakuje, mama obok. I lecimy. Potem pomagam wprowadzić babcię do środka przychodni, mama w tym czasie pokazuje się rejestratorce. Ja siadam z babcią na ławeczce. Oprócz nas czeka kobieta z około 7-letnią dziewczynką.
Babcia patrzy się na dziewczynkę, uśmiecha się do niej. Mówi do niej, że jest śliczna i że się ładnie bawi (ostatnio dla omy wszystko jest śliczne albo ładne). Dziewczynka się cieszy. Gorzej z matką, która się patrzy na nas jak najgorsze zło. Zagadałam do kobiety, że babcia już ma "halo" i aby się nie przejmowała. Zignorowała mnie.

Ale w kobietę wstąpił diabeł, gdy usłyszała, że wchodzimy następne. Zaczęła się oburzać, że ona jest z dzieckiem, a starucha może poczekać, bo "I TAK DŁUGO JUŻ NIE POŻYJE". Jak nazwała moją babcię staruchą, to i mi gula podskoczyła. Nie mówiąc już o mojej mamie.
W krótkich słowach mama ją usadziła, że jeśli jej się nie podoba, to proszę, może wejść pierwsza, bo w końcu babcia jest chora przez niezdolność organizmu, a u niej to chyba coś wrodzonego.

Jednak Pani doktor wypuszczając poprzednich pacjentów zauważyła nas i od razu nas zaprosiła po nazwisku. Kobieta oczywiście powiedziała, że teraz ona powinna wchodzić. Pani doktor poprosiła grzecznie o zaczekanie, gdyż zna stan pacjentki i wie, że jej te 10 minut może zrobić różnicę.
Kobieta tylko przywołała córkę i powiedziała, że teraz muszą dłużej czekać, bo są pacjenci i są znajomi.

W gabinecie dowiedziałam się, że kobieta bywa tu z dzieckiem średnio 2 razy w miesiącu, bo dziecko się źle czuje. Jednak przy niej choroba tajemniczo znika i dziecko nie ma żadnych objawów. A babcia, na nasze szczęście, dała radę wytrzymać podróż do i z przychodni bez wypadku. Za to stwierdziła, że lekarstwo na kaszel jest okropne i jeść go nie będzie. Ach, te duże dzieci :D

Również załączam słowo wyjaśnienia, bo zapewne zaraz pojawią się komentarze o tym, że kobieta czekała itd. W naszej przychodni panuje zasada, że wchodzi się na numerek i mniej więcej godzinę. Przed/między numerkami wchodzą pacjenci pilni lub specjalne kategorie (np. niemowlaki, czy właśnie osoby nie do końca fizycznie sprawne). Na drzwiach wisi o tym informacja.

kobieta kontra babcia

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (101)

#80899

~patrykm ·
| Do ulubionych
W tegorocznym sezonie nie chciałem się znaleźć w gronie "zaskoczonych przez zimę" kierowców. Piekielna jest raczej cała sytuacja, niż konkretne osoby. Do rzeczy:

W środę 22 listopada udałem się do warsztatu samochodowego, w niewielkiej odległości od mojego miejsca pracy, celem zakupu i założenia opon zimowych. Mechanik opony zamówił, miały być na piątek, ew. na poniedziałek.

W piątek, jak prawem Murphy'ego można zgadnąć, opony nie dojechały - trudno - zimy jeszcze nie ma, można poczekać.

W poniedziałek przed pracą zajeżdżam do warsztatu - Mechanika nie ma, a jego Pomocnik informuje, że opony będą we wtorek.

We wtorek, dostawa opon została wyznaczona na środę...

...w środę na czwartek...

...a w czwarte na "może" piątek...

Mimo, że jestem człowiekiem dość cierpliwym, to w tej sytuacji miałem dość. Szczególnie, że następnego dnia zapowiadali opady 5-10cm i mocny początek zimy. Po wielu próbach dodzwonienia się do Mechanika, w końcu odebrał telefon. Na moje żądanie anulowania zamówienia, odmówił, tłumacząc się umową z dostawcą, która mu tego zabraniała - ale może wymienić na inne (Czyli zmienić zamówienie już może - a odwołać już nie - mimo faktu, iż opony nawet nie zostały wysłane). Obiecał dzwonić do dostawcy i znaleźć rozwiązanie.

Ok. godziny 19 tego samego dnia dostaję telefon: Opony będą jutro (tj. piątek 1/12) do godziny 13. Okej - nie widzi mi się tracenie zaliczki, ani szukanie opon przez weekend. Spróbujemy, ostatnia szansa. Szczególnie, że tu zima już uderzyła. Tylko z 6-letnimi oponami będzie ciężko się po śniegu poruszać...(Auto kupione kilka tygodni temu, ze starymi oponami).

W Piątek po 13-tej dostaję telefon! Opony dojechały! Ale tylko dwie...pozostała para wysłana z innego magazynu, z dostawą na 15. No to czekamy...

O 16 kolejny telefon - można samochód zostawić, na 17 będzie gotowy. W końcu!

Samochód zostawiony, czekam na telefon. Ok. 17.30 pracę skończyłem i lecę do warsztatu. Wchodzę, patrzę - a tu samochodu nie ma. Co się stało? Mieli zajęte wszystkie podnośniki, więc zawieźli moje auto (BEZ mojej wiedzy!) do innego zakładu, kilkanaście kilometrów dalej. Założyli dwie opony, na kolejne dwie czekają, bo jednak nie doszły. Po ok. 30 minutach brakujące opony w końcu dojechały. Dopiero po kolejnej godzinie odjechałem w stronę domu, w nowych oponach.

Co jak co, ale tego warsztatu już nie odwiedzę...

mechanik samochod warsztat

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (98)

#80901

~nexo ·
| Do ulubionych
W pracy u nas są 3 parkingi:
1) Podziemny - dla szefostwa + garstki szczęśliwców.
2) Dedykowany imienny.
3) Ogólnodostępny - kto pierwszy ten lepszy.

Kolega z pracy z racji na staż pracy i że potrafi negocjować, ugrał sobie 1). Niedawno wrócił z 3 miesięcznych wojaży po rehabilitantach czyli tak zwanego L4. Zawitał na chwilę, a skończyło się na piwkowaniu po godzinach pracy do później nocy. Po kluczyki i auto wpadł kilka dni później i tu zaczyna się akcja:

-Nexo, od kiedy masz nową furę?
-Yyy nie mam..?
-No bo jakaś nowa renówka stoi na moim miejscu, a mojej fury nie ma, to myślałem, że korzystając z kluczyków zacząłeś stawać na moim miejscu.
-No nie bardzo, to nie moja.
-To czyje i gdzie jest moje?

Tu wyruszyłem z nim no wycieczkę do administracji. W skrócie okazało się, że nowa dziewczyna została przekonana przez nowego pracownika, że skoro miejsce jest wolne to on je przejmuje. Nikt nie wiedział co to za auto stanęło i stoi przez kilka dni, to je odholowali. Adam nie jest nerwowy więc tylko powiedział, że auto zostawił na swoim miejscu parkingowym, które notabene ma w umowie i czeka aż tam się z powrotem znajdzie. W międzyczasie zaznacza, że wypożyczy auto i ktoś poniesienie koszty nie dość że parkingu+holu to jeszcze wypożyczenia. Następnie adam left the building :).

W pracy teraz trwa wielka wojna: dziewczyna z administracji vs nowy pracownik vs szefowie tychże. Kto na to pozwolił, kto wydał polecenie i kto poniesie koszty. Adam wraca dopiero za kilka dni. Codziennie dostaje pytanie czy auto już wróciło, a rachunki ciągle rosną :)

Parking

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (124)

#80902

~Orgrim ·
| Do ulubionych
Żyjemy sobie sztuk 5 w studenckim mieszkaniu. Poprzednia sobota, po imprezie, o dziwo wstajemy wszyscy mniej więcej w okolicach południa. Ogólna krzątanina po mieszkaniu, prysznic, śniadanie. Dodam, że ściany i stropy są jak z papieru. Kiedyś, dla jaj, przeziębionemu sąsiadowi zza ściany wołaliśmy "Na zdrowie" jak kichnął. Było słychać.

W pewnym momencie słyszymy walenie do drzwi. Bo kulturalnym pukaniem tego nazwać nie sposób. Kumpel otwiera, i na wejście dostaje wiązankę wulgaryzmów od jakiegoś gościa. Typ nam się ładuje na mieszkanie, drze ryjem tak, że go chyba cały blok słyszy.

Chwilę zajęło mu ogarnięcie i uspokojenie się. Po czym wyłuszcza nam, że piętro niżej zebrała się rodzina, że zaraz jadą na pogrzeb.

I tu olśnienie, faktycznie, we czwartek zmarła starsza kobitka, która mieszkała pod nami. Nie raz spotykaliśmy ją na klatce, pomagaliśmy wnieść zakupy, czy zamieniliśmy słowo. Ogólnie rzecz ujmując, miła sąsiadka.

Ale my nadal nie wiedzieliśmy, w jaki sposób utrudniamy im obchodzenie żałoby, czy co oni tam w mieszkaniu robią.

Odpowiedź nas rozbroiła. Przeszkadzało, w zasadzie nie wiadomo komu, bo chyba temu gościowi tylko, nasze krzątanie się po mieszkaniu. Nie żadne hałasy, puszczana muzyka, która nam, skacowanym wtedy studentom, nijak by pomogła. Przeszkadzał czajnik elektryczny, prysznic, czy zwykłe rozmowy w kuchni.

Typowi kazaliśmy spadać, bo póki co, to jego wrzaski chyba cały blok słyszał. Później poszedł jeszcze do kilku sąsiadów, żeby ich też "uciszyć", bo doskonale słyszeliśmy jak na klatce się awanturował.

Rozumiem żałobę, przygotowania do pogrzebu. Ogarniam. Ale w bloku też mieszkają ludzie i chyba mają prawo we własnym mieszkaniu zachowywać się normalnie.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (101)

#80900

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o agencji pracy. Z góry przepraszam, że taka długa. Starałam się pisać w miarę zwięźle.

Zachciało nam się z chłopakiem pracy za granicą. Kontaktujemy się z agencją (taką z podwójnym S na końcu nazwy), zaznaczamy, że zależy nam na dwuosobowym pokoju. Dodajemy, że żadne z nas nie prowadzi samochodu. Obiecują coś nam znaleźć. Uprzedzają, że może potrwać dłużej, bo poszukają czegoś, żebyśmy mieli blisko (i nie musieli dojeżdżać samochodem). Odczekaliśmy swoje, no i oddzwonili, jest robota przy warzywach. Kwatera blisko, a na dojazd rowery służbowe. Będziemy musieli pojechać do biura i coś podpisać, ale w tym celu przyślą nam kierowcę. Śpimy oczywiście w dwuosobowym pokoju. Dostajemy telefon do koordynatora, który w razie wszelkich pytań ma nam pomagać.

Po długiej podróży docieramy na miejsce. Gospodyni przygląda nam się zdziwiona.

- A wy do jakiego pokoju?
- Dwuosobowego.
- Nie mamy dwuosobowych... Są trójki, ale pozajmowane. Możemy dać pana do męskiego a panią do żeńskiego. Wy na pewno tutaj? Nam mówiono, że przyjedzie jeden mężczyzna.
Dzwonimy do koordynatora - nie odbiera. Gospodyni prosi zaczekać. Siadamy gdzieś w kuchni i czekamy. Po dwóch godzinach ktoś z lokatorów lituje się i zwalnia nam trzyosobowy pokój - żebyśmy do wyjaśnienia sprawy mieli gdzie przebywać.

Przez kolejnych kilka dni nikt nie pamięta o naszym istnieniu. Koordynator obiecuje oddzwonić później, a agencja zapewnia, że praca wkrótce będzie. Dokumenty niepodpisane, kierowcy brak. Postanawiamy sami jechać do biura. Prosimy o rowery, ale gospodyni nie może nam ich przydzielić, dopóki oficjalnie nie zaczniemy pracy. Jedziemy do biura stopem. Na miejscu informujemy o całej sytuacji i słyszymy zapewnienie, że to wyjątkowe nieporozumienie i zadbają abyśmy szybko zaczęli pracę.

Do końca pierwszego tygodnia sytuacja bez zmian. Dzwonimy, przypominamy się. Prosimy chociaż o rowery (żeby móc chociaż łatwiej się dostać do sklepu). Koordynator twierdzi, że wydał gospodyni zgodę na przydzielenie nam rowerów. Gospodyni nic o tym nie wie. Wszędzie chodzimy na piechotę, mijając na podwórzu kilkanaście wolnych rowerów. Wszelkich potrzebnych informacji udziela nam nie agencja ale sympatyczna lokatorka, pracująca tam od kilku lat.

Na początku drugiego tygodnia rano budzi nas telefon z pytaniem, czy możemy DZISIAJ pracować. Koordynator obiecuje oddzwonić za chwilę ze szczegółami pracy. Ubieramy się, jemy pośpieszne śniadanie. Nikt jednak nie oddzwania. Za pierwsze 2 tygodnie noclegu nie płacimy, ale dojazd do kraju kosztował, jedzenie kosztuje. Dzwonimy do agencji i pytamy, jak długo będziemy dopłacać do pracy zamiast na niej zarabiać. Bardzo wkurzeni i bardzo stanowczo. Otrzymujemy przeprosiny i zapewnienie, że załatwią coś jeszcze dziś. Sprawa zdaje się nareszcie ruszać.

Mój chłopak idzie do pracy w środę, zaś ja mam zacząć na drugi dzień. Wyleguję się jeszcze, gdy chłopak wraca... Po dwóch godzinach pracy. Z jego relacji:

Zamiast przydzielić rower (10 minut jazdy), wysłano po niego kierowcę, który pomylił adresy i chłopak musiał przejść do właściwego magazynu na piechotę. Właścicielka magazynu nie przyjęła tłumaczeń i łamaną angielszczyzną ochrzaniła go o spóźnianie. Któryś z pracowników zdjął z siebie fartuch i wcisnął go chłopakowi, a tłumaczenie odbyło się na zasadzie "stań tutaj i pracuj". Po dwóch godzinach jednak kobieta przyjrzała mu się i zawołała na rozmowę. "Masz długie włosy (były związane), które mogą wpadać do warzyw. Wracaj do siebie, może znajdziesz sobie inną pracę". Na magazynie pracowały już inne osoby z długimi włosami. Na pytanie, czemu nie zainwestują w czepki, pada odpowiedź: "trzeba było myśleć".

Tego samego dnia dzwoni telefon.
- Podobno niezbyt dobrze radził pan sobie w pracy. Mamy na jutro podobną, w innym magazynie. Może tam pójdzie lepiej?
- Zostałem wyrzucony, bo moje długie włosy nie spełniają wymogów higienicznych. Nie sądzę, żeby do jutra coś się zmieniło, bo nadal mam długie włosy. Oboje mamy włosy. Przed rozpoczęciem pracy prosili państwo o nasze zdjęcia, na których było to widać. Zanim znowu pójdziemy do pracy na dwie godziny, chcę wyjaśnić sprawę z główną koordynatorką.
- Ok, rozumiem <rozłączenie>.
Chwilę później chłopak odbywa rozmowę z zakłopotaną koordynatorką.
- Słyszałam, że odmówili Państwo pracy w drugiej lokalizacji, a aktualnie to były nasze jedyne oferty...
- Nie odmówiliśmy. Powiedzieliśmy, że chcemy wpierw wyjaśnić kwestię wymogów, zanim wyrzucą nas po samym przyjściu.
- No tak, ale zostało to potraktowane jako odmowa.
- Jako nieodwracalna odmowa?
- No tak...

I w ten sposób ustalono termin, do którego mamy się wymeldować (yy, wyjść, ponieważ oficjalne zameldowanie nigdy nie nastąpiło). Zapytacie pewnie, czemu nie wycofaliśmy się na samym starcie. Jak już wspomniałam przez pierwsze dwa tygodnie pokój był bezpłatny. Mieliśmy trochę czasu i trochę kasy z sobą. W międzyczasie zwiedziliśmy na piechotę piękną okolicę i pojechaliśmy stopem do sąsiednich miejscowości. A wyrzucenie nas z pracy... Cóż, było początkiem nieplanowanych wczasów i zwariowanej podróży przez Holandię. Ale to już osobna historia, piękna i na szczęście nie piekielna.

agencja_pracy Praca_przy_warzywach Praca_za_granicą agencja

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (89)

#80898

(PW) ·
| Do ulubionych
Rok temu pracowałam 'wakacyjnie' z koleżanką w Holandii. Agencję wybrałyśmy fatalną, źle traktowali pracowników, pracy, a co za tym idzie pieniędzy było mało (aczkolwiek wiem, że to nie jest nic nadzwyczajnego w tym kraju). Jedynym plusem było to, że wysokość opłat za mieszkanie zależało od zarobków (niska pensja = niski czynsz). I o mieszkaniu będzie, a raczej o współlokatorach.

Przenieśli nas do mieszkania, które na początku dzieliłyśmy z mocno imprezową ekipą (disco polo wiecznie na full, dużo alkoholu i zioła). Z początku była to para w okolicach późnej trzydziestki, jedna dosyć spokojna dziewczyna i ON. Areczek, na oko 40-letni alkoholik, który z każdej pracy wylatywał, miał problemy z higieną i bardzo, ale to bardzo podobała mu się moja koleżanka.

Po jakimś czasie para 'wymieniła' się na dwie bardzo fajne niepijące dziewczyny. I zaczęły się schody.
Areczek uznał się za samca alfę (w mieszkaniu poza nim było 5 dziewczyn). Po pierwsze nie miał się z kim napić czy napalić, poza tym kobietami przecież trzeba pomiatać. Kobiety muszą mu posprzątać, wyprać, ugotować... (Niestety to pierwsze naprawdę robiłyśmy, bo się nie dało). Kiedy śmiałam pójść pod prysznic przed Areczkiem nastąpiła wielka obraza majestatu, w wyniku której Areczek zakręcił mi ciepłą wodę (było upalne lato, nawet nie zauważyłam). Miał też dosyć obrzydliwy zwyczaj oglądania porno na tablecie w kuchni i dogadzania sobie w spodniach. Odliczałyśmy dni do jego urlopu, a tymczasem rodzynek stawał się coraz gorszy.

1. Pewnego dnia pracowałam z nim w sortowni śmieci. Praca wbrew pozorom fajna (trzecia w moim rankingu tych, które wykonywałam w życiu;p), Ale...
- śmieci jak to śmieci. Głównie budowlane, jednak zdarzały się różne rzeczy. Byłam tam jedyną kobietą, więc chłopcy stojący na początku taśmy dla mnie układali na niej misie albo gazety dla panów. Wszytko w formie żartu. Areczek też chciał dołączyć do zabawy. Tyle, że on rzucał we mnie pluszakami. Raz dostałam w nos tak mocno, że polała się krew (mam pewną wadę genetyczną i niewiele mi trzeba). Marokański szef zbył sprawę.

Szef olał też sytuację, kiedy Areczek chciał mi pomóc oczyścić się z kurzu po pracy (ja naiwna myślałam, że mu głupio) i dosłownie mnie przedmuchał. Próbował mi wsadzić między uda końcówkę węża od takiej 'dmuchającej' maszyny (czyściliśmy się czymś, co wyglądało trochę jak suszarki na basenach). Wszystko przy szefie, który zdawał się tego nie zauważyć, dziwne, bo widzieli to pozostali, jeden z chłopaków nawet wziął Areczka na stronę. Później był miły przez parę dni.

2. Generalnie nakryłam go przyciskającego do ściany moją koleżankę i powtarzającego coś w stylu 'co mi teraz zrobisz'. Jedyne co mogłam zrobić to zacząć krzyczeć. Narobiłam szumu, zablefowałam, że zadzwoniłam na policję już*. Gość się wystraszył, trochę powyklinał i poszedł do siebie.
Koleżanka mi później opowiadała, że zwróciła mu uwagę na nieumytą patelnię, której używał. W odpowiedzi zaproponował 'wylizanie jej patelni'.

Największa piekielnością wykazało się biuro. Otóż zgłosiłyśmy to, opisałyśmy sytuację i to jak się wcześniej zachowywał itd. Miałyśmy nadzieję, że zmienią mu mieszkanie, zwłaszcza, że z innego domku został wcześniej wyrzucony. Nie. Od jednej z dziewczyn dowiedziałam się, że wrócił. Na szczęście już nas nie było.


*Nie myślałam racjonalnie, szczerze mówiąc nawet nie do końca pamiętam tę sytuację. Chciałam po prostu odwrócić jego uwagę, spróbować zawiadomić inne dziewczyny (które nagle ogłuchły, czemu w sumie się nie dziwię), szczerze mówiąc nie wiem. Teraz wydaje mi się, że powinnam go zdzielić patelnią czy coś w ten deseń:D chociaż obawiam się, że mogłabym sobie ostatecznie zaszkodzić ;p


Edit: przedstawiłam światopogląd Areczka. Żadna z nas broń boże nie prała mu brudnych majtek ani rosołku nie robiła (gorzej jak sobie brał sam). Sprzątałyśmy przestrzenie wspólne po nim. Małą piekielnością ze strony jednej z dziewczyn było czyszczenie zlewu jego szczoteczką do zębów.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (119)