Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#81891

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak sobie losuję historie, losuję i na zasadzie luźnych skojarzeń przypomniała mi się akcja ze stoiska mięsnego, na którym wtedy pracowałam.

Poranna zmiana, przyjechał kierowca z mięsem. Standardowo - faktura, każdą pozycję obejrzeć, obwąchać (po tym jak na moje pytanie "Eeee, to jest łopatka czy szpinak" usłyszałam "No jak to, pręga wołowa!" wąchałam wszystko. Serio, wołowina? Różowo-zielona?), na koniec zważyć i odznaczyć.

Jestem w samym środku, podchodzi klient.

JA: Dzień dobry, za moment podejdę. (do kierowcy) Dawaj na wagę... Zgadza się...

Odhaczyłam, umyłam ręce, założyłam rękawiczkę.

JA: Słucham, czym mogę służyć?
KLIENT: Dwadzieścia deko szynki z beczki.

Jasne, "dzień dobry" kłuje w usta, a od "poproszę" wyskakuje opryszczka. Ale w sumie to norma.

KLIENT - do kierowcy - A pan się nudzi, sera mi pan pokroi.

Serio? Facet w "cywilu", bez fartucha, nie wiadomo czy przeszkolony z obsługi krajalnicy, nie wiem czy ma książeczkę sanepidowską... Tyle z zakresu higieny.

Natomiast strona kulturalna zatkała mnie na dobry moment.

KIEROWCA: Ja tu nie pracuję.
KLIENT: To po co tu sterczysz?

Odetkało mnie.

JA: Ten pan nie jest pracownikiem naszej firmy, jest dostawcą. Który ser pan życzy?
KLIENT: Widzi pan, jak pana broni?
JA: Ten pan nie potrzebuje obrony bo nic złego nie robi. To który ser? (w domyśle "Kupuj i idź w diabły, buraku")

Kupił, polazł. Natomiast dostawa się przeciągnęła, bo kierowca musiał koniecznie zapalić... Zbytnio mu się nie dziwiłam.

sklep klient

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (153)

#81879

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak mi się skojarzyło na kanwie historii o głupich decyzjach zarządów.

Otóż, jest sobie spółka skarbu państwa, duża, zatrudniająca dziesiątki tysięcy ludzi i generująca całkiem znaczny dochód. Firma ta ma oczywiście swój dział sprzedaży, który zajmuje się obsługą i pozyskiwaniem klientów na usługi owej spółki.

Jest też nowa Pani Dyrektor, która:

1. Zmienia już któryś raz stanowiska i zakres obowiązków pracowników i ma pretensje, ze każda jej światła zmiana zamiast poprawy wyników, powoduje gwałtowny ich spadek.

2. Zmienia zasady premiowania w trakcie roku rozliczeniowego w ten sposób, że najlepsze wyniki sprzedażowe odpadają i zamiast premii, większość ma pogadankę na temat nieproduktywnej pracy.

3. Każe kontraktować usługi, których fizycznie nie da się zrealizować, w myśl zasady: klient zapłacił, klient może odejść.

4. Jako jeden z głównych celów wyznaczyła sprzedaż usług...


konkurencyjnej firmy! A tak, moi drodzy. Pracownicy mają obowiązek namawiać swoich klientów, którzy generują zysk ich firmie, aby przenosili się do konkurencji, którą jest spółka córka, fizycznie niepowiązana z pierwotną.

I teraz niech mi ktoś powie: głupota, czy celowe działanie?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (105)

#81980

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz o kulturze dbania i czystości narodu wybranego, o którym to już marszałek mawiał: "Naród wspaniały, tylko ludzie k!@#y".

Mieszkania na wynajem to wdzięczny temat. Cokolwiek by się powiedziało/napisało na podstawie własnego doświadczenia czy zasłyszanych historii, to już było grane na pierdylion wersji i sposobów.

Dostaliśmy z żoną wypowiedzenie. Zdarza się. Rodzice właściciela chorują, chce ich mieć bliżej siebie. Ok, jest to zrozumiałe. Facet szedł nam na rękę przy każdej okazji i zaoferował pomoc w postaci okresu wypowiedzenia dłuższego niż w umowie czy wystawienia rekomendacji. Także full profeska.

No to szukamy. Pustego, bo większość mebli mamy.

"Właścicielem jest Polak, ale nie bywa w Polsce - mieszka na stałe w Wielkiej Brytanii". Cena ok, ale są meble, choć niby do wywiezienia. Mieszkanie na nowym (raptem kilkuletnim) i strzeżonym osiedlu. Pożółkłe ściany, z kibla wali stęchlizną, zmywarka pełna kamienia i rdzy, a meble kuchenne noszą ślady wyjątkowo brutalnego traktowania. W każdym pokoju, w gniazdkach, powtykane odświeżacze dla zabicia i tak wyczuwalnego smrodku. Cena wyjątkowo niska - ryzykujemy. Już, już mamy umowę podpisywać, ale okazuje się, że jednak meble zostają. No nic - nie ma tego dużo, jakoś się pomieścimy. Na swoje szczęście przesunąłem sofę. Pod spodem była piękna dziura w rozłażących się już gdzieniegdzie panelach. Na pytanie co z tym, pośredniczka wzruszyła ramionami "właściciel nie chce zainwestować w naprawę, więc biuro wstawiło sofę, którą ktoś wystawił do altany".

"Mieszkanie jest po remoncie". Niedomykająca się lodówka, elektryka całego mieszkania policzona na 2000W (tak - 2kW, czyli tyle, co odkurzacz) i kuchenka gazowa z takowym piekarnikiem. Na pytanie kiedy miała przegląd gazowy, właściciel tylko zrobił duże oczy. "A wie pan, i tak chcę wynająć tylko na kilka miesięcy, bo mi brakuje jeszcze trochę do tego remontu..."

Kolejne mieszkanie. Faktycznie świeżo po odnowieniu. W umowie brak adnotacji o braku obciążeń mieszkania i niezaleganiu z opłatami. Na pytanie o takie kwitki ze spółdzielni (czy pokazanie rachunków) pośrednik mnie zwymyślał, że co ja sobie wyobrażam! Mam brać już i teraz, bo on to po znajomości i za pół darmo robi! No już pędzę, lecę....

Następne lokum robi wrażenie. Kamienica, gruntowny remont - kupione jako inwestycja - właściciele mieszkają w innym mieście. Rozsądna, choć nie mała cena. Ok - bierymy. No, a jużci. Właścicielka sobie zażądała udostępniania mieszkania (dla siebie i wskazanych przez nią osób) o każdej porze dnia i nocy, bo ona biznesowo do stolycy jeździ. Czasem i kilka razy w tygodniu. Gdzie w tym największa piekielność? Ano w tym, że ogłoszenie widniało jako najem długoterminowy, nie dla studentów, najlepiej dla pełnej rodziny (czyli dzieciatego małżeństwa). Dwa pokoje, z czego jeden z aneksem kuchennym. Oczywiście ten drugi miał być zarezerwowany do wyłącznego użytku właścicielki. Oczywiście do pokoju dla VIP musiałbym także wstawić meble - swoje.

Koniec końców znaleźliśmy po kilku tygodniach szukania i oglądania różnych "kwiatków". Jako, że z jednego takiego najmowanego mieszkania wyniosłem grzybicę skóry, to zaczęło się od gruntownego czyszczenia i odkażania, choć i tak wybraliśmy z żoną najczystsze lokum. Wysłałem właścicielce zdjęcia magicznej przemiany "przed/po". Zawstydzona zwolniła nas z opłat za media na cały kwartał. Ale podkreślę to - i tak wybraliśmy najmniej zapuszczone mieszkanie i w naprawdę niezłym stanie.

Karaluchy w zmywarkach (!), wypaczone podłogi i drzwi, pożółkłe ściany, pozalepiane filtry i/lub wentylatory w okapach (czy wentylacji) i ogólnie smród - taki jest obraz większości mieszkań jakie widziałem. Jak ludzie mogą tak żyć ja się pytam?

Pedantem nie jestem, ale serio - świadomie godzić się na kolejne infekcje różnego rodzaju to ja nie mam zamiaru.

PS. Patrzcie na ręce kontrolerom wszelakim. Już taki jeden stwierdził mi sprawną wentylację, choć była całkowicie zalepiona taśmą.

Mieszkania na wynajem w stolicy

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (117)

#81974

(PW) ·
| Do ulubionych
Biegam od czasu do czasu, dla zdrowotności, dla siebie. Nie jakoś zawodowo, półamatorsko, bardziej jak amator. Swoim tempem, chodnikiem, a gdy tego nie ma jezdnią, gdzie samochody jadą dość sporadycznie, przeważnie zahaczam o stadion z bieżnią.
Zrobiło się ciepło więc i ludzi więcej, biegacze, kijkowcy.
Na bieżni:

1. Jak się okazało mam mieć oczy z tyłu głowy, ponieważ dzieciak na oko 4-5 lat jedzie rowerkiem i mam mu zejść z drogi (tak, tak stwierdziła matka dzieciaka jadąca na rowerze za nim), bo on jak szybko jedzie to nie umie dobrze skręcać.
2. Mam biec po innym torze, bo jaśnie pan do zawodów się szykuje, a ja za wolno biegnę. (ten chyba też nie nauczył się skręcać/ wyprzedzać).

Oczywiście jest cała masa biegaczy, którzy potrafią pozdrowić, zapytać ile dziś nabiegane, powodzenia życzyć i drugi typ "fitterrorystów" jakoś mnie bardziej śmieszy, a może zapomnieli jak sami kiedyś biegali?

stadion

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (131)

#81941

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, ze poziom nauczania na prywatnych uczelniach jest niski słyszałam już dawno, ale dopóki nie doświadczyłam tego na własnej skórze nie wiedziałam, że aż tak.

Pierwszy semestr studiów zaocznych na lokalnej prywatnej uczelni nie nauczył mnie niczego przydatnego, ale myślałam że to tylko początki. Jednak na początku drugiego stwierdziłam, że to nie dla mnie, szkoda czasu i zachodu, mam pilniejsze i wartościowsze rzeczy na głowie i przestałam uczęszczać na zajęcia, złożenie oficjalnej rezygnacji odkładając na wolniejszą chwilę, czyli jeszcze nie teraz.

Z kierunkowej grupy na Facebooku też się nie wypisałam. Ostatnio odruchowo spojrzałam na wrzucone tam wyniki egzaminu, nawet nie wiem z jakiego przedmiotu. Spojrzałam raz, spojrzałam drugi i oczom nie wierzę. Nie pojawiając się na żadnych zajęciach, nie pojawiając się na egzaminie, dostałam z owego przedmiotu trójkę. I nie, nie jest to pomyłka, a powszechna okazuje się praktyka.
I potem się trafiają takie kwiatki zielone, bez żadnej wiedzy, ale po studiach...

studia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (131)

#81867

(PW) ·
| Do ulubionych
Ciąg dalszy o moim piekielnym pobycie w szpitalu.

Jak już wspomniałam, zostałam tam skierowana z powodu problemów ze snem. Nie dość, że spałam ogółem źle, często się budziłam i nie wypoczywałam, to samo zaśnięcie zajmowało mi kilka godzin.
Na następny dzień po południu miałam mieć zrobione badanie, czy to nie coś z moją głową jest nie tak, więc noc miałam spędzić w szpitalu. Skorzystałam z okazji i zapytałam, czy mogę dostać jakąś tabletkę na sen, bo chciałabym chociaż tą noc wypocząć. Nie, nie mogę. No trudno.

Na początku wizyty, dostałam opiernicz, że jestem głupia, bo powinnam chodzić spać kiedy poczuję się zmęczona, a nie kiedy sobie ustalę godzinę, w końcu prawie dorosła jestem. Koło 22, te same piguły opierniczyły mnie, że się jeszcze nie kładę spać...
Może to z powodu stresu, który mnie wyjątkowo wykończył, ale jakimś cudem zasnęłam... i tuż przed północą zerwano mnie z łóżka żeby mi zbadać ciśnienie i zapytać jak się czuję, bo to takie strasznie ważne kiedy pacjentka z bezsennością zasnęła...

Wróciłam do siebie, zajęło mi to dużo czasu, ale znów odpłynęłam i tym razem obudziło mnie szuranie. Rozchyliłam powieki, nie mam pojęcia która była godzina, ale na pewno niedługo od mojego ponownego zaśnięcia. Nad moim łóżkiem coś stoi. Zjawa w białej koszuli z posępną miną? Nie, pielęgniarka...

- Śpisz? - pyta.
- Em...tak? - naprawdę nie wiedziałam co mam w tej sytuacji powiedzieć.
- To dobrze.

I jak gdyby nigdy nic sobie poszła... Przez całą resztę nocy nie udało mi się już zasnąć chociaż bardzo się starałam, ale chociaż leżałam z zamkniętymi oczami co było dla mnie jakąś minimalną formą wypoczynku.

Nadchodzi ranek, do mojego badania jeszcze bardzo długo, czuję, że chyba znów odpływam, o tak, zasnę i chociaż trochę odpocznę. Nie, jest chyba siódma może wcześniej, pielęgniarka wbija do sali i każe wstawać. Obchód? Nie. Moje badanie przeniesione? Nie. Chce posprzątać? Nie. Nikt nie będzie o tej godzinie w łóżku siedział, na nogi i won z sali pochodzić po korytarzu.
Naprawdę, czułam się jakby mnie potrącił samochód, bo byłam naprawdę wykończona.

Co najlepsze, to dalej nie koniec przygód, chociaż spędziłam tam tylko jedną noc i kawałek dnia...

szpital

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (146)

#72548

(PW) ·
| Do ulubionych
O Poczcie Polskiej można napisać niejeden elaborat.
Często zamawiam różne fiu-bździu w sklepach internetowych.
Tym razem zamówiłam dwanaście sztuk ulubionych wosków Yankee Candle, które teoretycznie miały być wysłane w poniedziałek z Lublina.

Miały.

Nie wiem jak działa WER w Lublinie,ale paczka nadana w urzędzie pocztowym sąsiadującym z Węzłem Ekspedycyjno Rozdzielczym, od 18.04.2016, 22:35 nadal wesoło wisi sobie na statusie 'przyjęta w WER Lublin'. Była to 'PACZKA 24'. Ładne mi 24..

Zadzwoniłam do WER Lublin i pytając gdzie moja paczka, oraz co się z nią dzieje, uzyskałam wymijającą odpowiedź 'pewnie gdzieś tu jest~!'

Co więcej pani w słuchawce, po wysiłku jakim było udzielenie mi odpowiedzi, myślała,że się rozłączyłam... z przekąsem mówiąc do kogoś obok:

- Dzwoni taka jaśnie dama z drugiego krańca Polski i myśli, że jej paczka to bógwico.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (229)

#72529

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako nastolatka, dorabiałam sobie w luksusowym ośrodku wypoczynkowym, na stanowisku przynieś-podaj-pozamiataj.

Dnia pewnego dostałam prikaz wypielenia dwustumetrowej, kamiennej ścieżki.

No nic, robię co mam robić, słoneczko przyjemnie parzy, ziemia taka miła w dotyku, przyjęta pozycja bardzo wygodna, lejący pot również wydaje się być bardzo kochany w porównaniu do teściowej szefa. Niech dane jej będzie na imię Helga.

Pół godziny spokojnie sobie popracowałam, po tym czasie pracowałam tak niespokojnie, że powinnam zażądać podwyżki. I to dwukrotnej.

Helga mi przyszła pozgrywać "ciocię dobrą radę".
- Boże, ale skwar... Jezu, dziecko, jaka ty jesteś blada, powinnaś się opalić, wyglądasz jak trup,
- Ale ci to wolno idzie,
- Co ty robisz? Gdzie masz rękawiczki? Spójrz na swoje ręce, KOBIETA POWINNA MIEĆ PAZNOKCIE! (dumnie zaprezentowała nieskalane pracą, czyste, białe dłonie i gustowny manicure na poznokciach),
- Słyszałam, że masz chłopaka, nie za młoda jesteś na amory? (miałam 17 lat),
- Wiesz co, ale ja nie mogę patrzeć na te twoje ręce, zaczekaj tu (nie no spoko, nigdzie się nie ruszam)
... przyniosła mi nóż do masła z komentarzem "użyj tego, będzie lepiej szło",
- Naprawdę ci to wolno idzie,
- Powinnaś kupić nowe buty,
- A mój kochany, cudowny wnuczek, to blablablabla...,

Trajkotała mi tak ponad godzinę, do czasu, gdy niechcący zostałam wybawiona przez szefa (zawołał ją na obiad).

Że też wielkiej pani się tak chciało stać tyle czasu nad pochylonym kocmołuchem. Dla smarkuli bez umalowanych paznokci był to przeogromny zaszczyt. Toć została mi poświęcona godzina życia prawdziwej damy na poziomie!

Jedyna myśl wtedy, to "dlaczego ja?"

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (252)

#72550

(PW) ·
| Do ulubionych
Awaria systemu w pracy i buszowanie po poczekalni sprawiło, że chciałabym przedstawić Wam moją (już na szczęście niedługo) współlokatorkę. Dla rozjaśnienia niektórych sytuacji zdradzę, że mieszkamy we czwórkę - w jednym pokoju ja i mój chłopak, w następnym Karol i w ostatnim Monika.

Monika przy pierwszym spotkaniu sprawiła na mnie dość dobre wrażenie, odbyłyśmy zapoznawczą pogawędkę w kuchni pt. czym się zajmujesz, skąd jesteś itp. Okazało się, że [M] ma 25 lat i pochodzi z małej miejscowości pod moim rodzinnym miastem, więc jakoś tak głupio od razu polubiłam ją bardziej, co niestety w tej sytuacji okazało się trochę niefortunne. Dalsze obserwacje pozwoliły stwierdzić, że to normalna dziewczyna, zadbana, zawsze dobra fryzura, modne ciuchy i makijaż. Pracuje w jakimś korpo, zainteresowań brak. Po pracy przychodzi do domu, zjada obiad ze słoika lub z pobliskiego chińczyka i tak do wieczora leży w łóżku oglądając seriale, od czasu do czasu odwiedza ją chłopak. No kto by się spodziewał, że może być taką bałaganiarą. Niestety sytuacji trochę się nazbierało.

Pierwszego dnia naszego wspólnego zamieszkania, po wejściu do toalety zaklęłam w duchu na papierki z podpasek i tamponów rozrzucone na podłodze. Rozrzucenie papierków podświadomie przypisałam poprzedniej lokatorce, przy pierwszym odkurzaniu wciągnęłam je do maszyny i po sprawie. Niestety później takich rzeczy zaczęło przybywać, a to brudne waciki spadły na podłogę i księżna nie podniosła, a to fragment mocno wyeksploatowanej gąbki się oderwał i leżał na podłodze aż nie nastąpiła moja kolej odkurzania.

Gąbka była stara, praktycznie codziennie fragment jednej z warstw lądował na podłodze, co spowodowało później niemałe problemy - zatkała odpływ i w połączeniu z innymi atrakcjami serwowanymi przez wielką płytę spowodowała zalanie sąsiada. Postanowiłam delikatnie poruszyć z [M] temat gąbki, przyznała mi rację i nawet stwierdziła, że trzeba coś z tym zrobić, zastanawiając się głośno do kogo może ta gąbka należeć (tak, gąbka leżąca w koszyku z typowo damskimi kosmetykami z pewnością należała do [K]). Już wtedy powinnam przypuszczać, że z jej głową jest coś nie do końca w porządku.

Jako, że wcześniej mieszkałam w akademiku, garnki stojące trzy dni w zlewie nie zrobiły na mnie wrażenia (miałam cały komplet swoich, więc tych nie potrzebowałam używać, smrodu to nie generowało, druga komora zlewu była pusta). Niestety szybko okazało się, że [M] co któryś piątek odbywa rytuał przygotowywania „spaghetti” na romantyczną kolację z chłopakiem, część dania zostaje w patelni i takie w pół zaschnięte mięso z sosem i kluskami stoi co najmniej do wtorku. Rekordowy czas oczekiwania na umycie przez [M] garnków to 5 tygodni. Niestety te już zdążyły spleśnieć i wydawać niemiły zapach.

[M] nie było również po drodze z wynoszeniem wspólnych śmieci do zsypu 3 metry od drzwi wejściowych, nie przeszkadzało jej to jednak w regularnym zapychaniu tego kosza swoimi butelkami i opakowaniami po fast foodach. Swoje śmieci z pokoju doskonale wiedziała gdzie wynieść.
Odkurzanie i utrzymanie w czystości części wspólnych tez było dla [M] czarną magią. Po mojej tygodniowej nieobecności aż mi się słabo zrobiło jak zobaczyłam w jakim stanie jest wanna (mało przyjemna warstwa szarego brudu, do wanny wpływa woda z pralki, więc siłą rzeczy brudzi się jeszcze bardziej niż tylko przy myciu) i zlew (cały zapluty pastą do zębów), dziwi mnie, że taka elegancka i zadbana dziewczyna mogła w ogóle korzystać z tych sprzętów. Syfu zostawianego w kuchni pod postacią okruchów, fragmentów obierków czy opakowań, rozsypanej kawy itp. na podłodze i blatach zliczyć się chyba nie da.

Współlokatorka miała też niestety problemy z własnością prywatną. Ciągle wydawało mi się, że mam jakby za mało szamponu, żelu do prania i vanisha. W niecały miesiąc „zużyłam” ¾ dużej butelki szamponu (mam krótkie włosy). Niestety nie miałam pewności, że to ona a nie [K] pożycza moje rzeczy. Pewności nabrałam dopiero w ostatnią niedzielę, kiedy [K] wyjechał na cały weekend. Nieopatrznie zostawiłam w łazience płyn do płukania, nowo otarty, wykorzystałam tylko jedną zakrętkę. Po powrocie zastałam w pralce pranie [M] i moja buteleczkę lżejszą o 1/3 zawartości.

Oto kilka pojedynczych wyskoków panny [M].
Któregoś dnia rozlała mleko w lodówce, szybko zabrała się za ścieranie bałaganu, niby wszystko ok. Niestety przez głowę [M] nie przeszła myśl, że mleko mogło wpłynąć pod pojemniki w lodówce a nawet pod samą lodówkę. Okryłam to kilka dni później, biorąc coś z zamrażalnika zobaczyłam nieco przyschniętą kałużę mleka pod drzwiczkami i lodówką.
Kibelek powitał mnie pipetką na podłodze, taką od testów ciążowych. Zrzuciłam to na szok wywołany wynikiem. Niestety szok to chyba nie był, bo przy zamiataniu się okazało, że pipety były nawet dwie.

Na sam koniec sytuacja, która chyba najbardziej mnie w tym wszystkim wkurzyła, tym samym była przełomem w naszym domowym współżyciu. Chłopak poświęcił całe swoje wolne przedpołudnie na posprzątanie na błysk kuchni, w tym ubabranej od długiego czasu kuchenki. [M] wpadła do domu na pół godziny, ubabrała kuchenkę sosem pomidorowym, po czym opuściła mieszkanie. Ręce opadają. Miałam ochotę strzelić ją w ryja czy coś. Miała szczęście, nie było jej trzy dni.

Nie wiem kto w tym wszystkim jest piekielny, [M] bo zachowywała się w ten sposób czy może jej rodzice, którzy w procesie wychowawczym opuścili rozdział pt. „Zachowanie w małej społeczności”. Według mojej prywatnej oceny zawinili rodzice.

Uprzedzając pytania, były delikatne sugestie w stronę [M], że jej zachowania nie są akceptowane, jednak nigdy nie dało się jej złapać na gorącym uczynku dlatego nikt jej dosadnie niczego nie powiedział. Chcieliśmy zwołać „posiedzenie mieszkaniowe”, żeby każdy mógł powiedzieć, co mu nie leży, jednak ciężko było zebrać wszystkich mieszkańców na raz. Kiedy [M] początkiem miesiąca oznajmiła, że wraz z końcem miesiąca się wyprowadza, odetchnęliśmy z ulgą i doszliśmy do wniosku, że nie ma co już robić afery.

wspólne_mieszkanie

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (217)

#81983

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłem w salonie Orange zapytać się o przeniesienie telefonu stacjonarnego do Orange i podłączenie internetu. Po rozmowie okazało się, że zachowanie obecnego numeru może być niemożliwe, co nie wchodziło w opcję. Tak więc podziękowałem za usługę i wyszedłem. Popołudniu zadzwoniłem do obecnego operatora i zamówiłem internet, powiedzieli mi że przyjedzie technik w przeciągu 2 tygodni podłączyć internet. Kilka dni później przyjeżdża technik i mówi, że ma do podłączenia linię telefoniczną i umowę. Nic nie wskazuje niespodzianki, ale patrzę w papiery, a tu umowa z ORANGE na nową linię telefoniczną i nowy numer. Tak więc chwila nieuwagi i miałbym dwa telefony stacjonarne w domu.

Obecny numer był kiedyś w dawnej TP, dlatego mieli wszystkie dane do umowy.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (97)