Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77597

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętniczka instruktorki narciarstwa, czyli historii #77388 ciąg dalszy.

4. Nie mam instruktora, ale wymagam.

To się najczęściej zdarza z rodzicami, którzy wzięli dzieciom kilka lekcji, ale postanowili już wypchnąć pociechy na stok same. Jednak – jako że stok mały i instruktorów rozpoznać łatwo – bywa też, że awanturują się osoby, które widzimy na oczy pierwszy raz.

a) Wyciąg – maluchy, które już radzą sobie same na stoku, często nadal mają problemy z wyciągiem, który tam był dość, powiedzmy, nieprzyjemny dla początkujących, do tego po wypięciu nie dało się zjechać na dół, trzeba było się wpiąć z powrotem/podejść do góry/zejść na dół, co przerastało przedszkolaków. Rodzice po lekcji zawsze informowani, że np. „dziecko jest w stanie zjechać samodzielnie, ale samo jeszcze nie wjedzie”. Tylko co z tego, jak co chwilę takie dzieci były puszczane przez rodziców same, a potem wielki dramat, bo jak się maleństwo wyrżnęło, to żaden z instruktorów nie pogalopował na pomoc? Miał lekcję? No to co, ale DZIECKO LEŻY!

I tak, ja niby rozumiem, że dla rodzica to prośba o pomoc może dwa razy w ciągu godziny. Tylko że takich dzieci było w ciągu godziny kilkoro i naprawdę nikt nie będzie przerywał co chwilę lekcji, żeby komuś pomóc. Skargi leciały na wszystkich – od instruktorów po obsługę wyciągu (bo bezczelny pan na dole zatrzymał wyciąg, żeby dziecko zeszło na bok, ale wcale jakoś nie biegł na górę i nie pomagał… I później pielgrzymki obrażonych matek wzdłuż wyciągu, ech…).

b) Stok – pisałam w poprzedniej historii o problemach z wstawaniem. Właściwie to samo, co wyżej. Nieważne, że rodzic poinformowany, że dziecko – mimo że jeździ – jak się wywróci, to już tak zostanie. Najlepiej puścić dzieciaka, a potem oczekiwać, że wszyscy z pieśnią na ustach będą je zbierać, i robić awantury każdemu zjeżdżającemu instruktorowi, który dziecko zignorował. A potem awanturować się dalej, że zignorował również ich wrzaski i kontynuuje lekcję. No bezczelność, faktycznie. Bo misiu pysiu leży… I oczywiście obraza majestatu, kiedy kończyło się tym, że rodzice bokiem stoku maszerowali podnosić młode.

c) Wskazóweczki – to głównie dorośli. Czasem wzięli wcześniej lekcję, czasem nie. I tak sobie mimochodem podjeżdżali, jak prowadziłam lekcję… I tak zagadywali… I tak niby nic, ale może pokazałabym im coś tak szybciutko… Albo zerknęła, czy dobrze robią coś tam… A może mogłabym podpowiedzieć coś jeszcze… I czemu, do cholery, patrzę tylko na tego, z kim aktualnie mam lekcję?! Jak mogę ich ignorować?! Przecież oni takim zupełnym przypadkiem jeżdżą przy mnie od dwudziestu minut, a ja nic!!! (Btw, dwa razy zrobili tak chłopcy, których wcześniej uczyłam – i naprawdę wystarczyło powiedzieć, że teraz nie mogę, bo mam lekcję. Rozumieli, pytali, czy mogą mnie spróbować złapać na dole, jakbym miała chwilę, i żegnali się grzecznie. Dorośli – nigdy).

5. Zaopatrzenie.

Jestem instruktorem, klienci płacą, ja uczę. Tylko tyle. Co nie wchodzi w zakres usług?

a) Chusteczki – zima, dzieci z katarem. Mamy maluchów kręcą się na dole stoku, więc często w razie potrzeby zjeżdżamy, dziecko wyciera nos, tyle. Często, ale nie zawsze. Zdarza się, że mamusia na początku informuje, że dziecko ma katar. Okej, dopóki nie okaże się później, że to ja mam mieć chusteczki dla dziecka. I zdziwienie, że nie noszę zapasu (wyobrażacie sobie, ile paczek musiałabym mieć upchniętych po kieszeniach, żeby obsłużyć dzieci z całego dnia, zakładając, że maluch potrzebuje ich nieraz pięć czy więcej w ciągu godziny? Spoko, mamusie też nie).

RAZ miałam paczkę, bo sama potrzebowałam. Jedna z mamuś zauważyła i stwierdziła, że super, skoro ja jestem zaopatrzona, to się z dzieckiem podzielę. A potem oburzenie, bo przecież to tylko chusteczki, taki ze mnie samolub. Jasne, powinnam smarkać w rękaw do końca dnia i to jeszcze z wdzięcznością. A jak mamusie reagują najczęściej, kiedy nie mają chusteczek? Pada pytanie: „To co ja mam teraz zrobić?”.

A mi się tylko chce śmiać, jak pomyślę, że chcą, żeby dzieci umiały jeździć na nartach, ale żadna nie wpadnie na to, żeby dziecko nauczyć nos wycierać.

b) Rękawiczki – dzieci często nie mają narciarskich tylko zwykłe, wełniane, które po pierwszym upadku robią się całe mokre. Dziecko marudzi/płacze, a mama z nieśmiertelnym: „To co ja mam teraz zrobić?” (jedna mama zapytała o to już przed lekcją, czyli zdawała sobie sprawę, że to nie najlepszy pomysł, z tym że nie wiem, czego oczekiwała). Odpowiedź „teraz jeździć w tych, co ma” uznania nie znajduje. Za to wtedy mamusie zauważają, że ja mam takie super rękawice narciarskie. I że mogę oddać dziecku, to nie będzie płakać! I dokończy lekcję! Mhm, już pędzę.

Tak na marginesie, z rękawiczkami problem jest najczęściej (raz była dziewczynka nawet BEZ rękawic), ale zdarzają się też osoby w wąskich kurtkach do kolan, cieniutkich getrach, spodniach z dziurami, długich płaszczach itd. - i większość uważa, że ja nagle coś z tym zrobię, no bo jak to, za instruktora zapłacili, to instruować powinnam.

Szczyt? Kobieta w długiej wąskiej kurtce, która uniemożliwiała zdecydowaną większość ruchów, stwierdziła, że ja złośliwie uczę ją jeździć i hamować pługiem (miała pierwszy raz narty na nogach…), bo ona dobrze widziała w telewizji, że wcale tak się nie jeździ. Wyjaśnienia, że to, co robią zawodowcy, to jeszcze nie jej etap, zostały przyjęte, ale… to wszystko nasza wina, bo nikt jej nie poinformował, że nie będzie jeździć w taki sposób i że trzeba swobody ruchów na nartach. I że chyba zwrot pieniędzy… Musiała przy kasie doznać okropnego rozczarowania.

c) Batoniki/napoje – jeżeli wszystko idzie zgodnie z planem, nie mam żadnych przerw (najczęściej 9:00/10:00 – 18:00, ale czasami nawet i do 22:00), więc na wszelki wypadek, jakby nie udało się zejść choćby na kilka minut, do kieszeni upycham jakiś batonik i mały napój. I jeśli mam ucznia, który jest w stanie sam wjechać wyciągiem, zdarza się, że – jadąc za nim – dokonuję szybkiej konsumpcji.

Takie dziecko nawet tego nie widzi… Ale widzi mama! I mama uważa, że skoro ja byłam głodna/spragniona, to jej dziecko na pewno też! A ja na pewno mam coś dla niego, taki poczęstunek, prawda? I nieważne, że dziecko za 15 minut skończy lekcję, a ja zjadłam, bo jeżdżę od 4h, a przede mną drugie tyle. Nie ma poczęstunku dla dziecka? No jak to?! I nie muszę chyba wyjaśniać, jak maluch zareaguje na informację o potencjalnych słodyczach… Najlepsze? To nie była jednorazowa sytuacja.

d) Narty – szkoda mi było swoich „normalnych” nart, więc w połowie sezonu kupiłam sobie typowo rekreacyjne, żeby serce nie pękało, jak kolejne dziecko mi po nich przeszoruje. Nowe, więc wiadomo – śliczne, lśniące, do tego w bardzo dziewczęcych kolorach, co mam w nosie, po prostu były mocno przecenione.

Ale dziewczynki nie mają tego w nosie – bo ojej, pani ma takie śliczne narty. Ale też – „maaaamo, ja też chcę takie”. I płacz. I propozycje od mam. Pierwsza – żebym wypożyczyła sobie inne narty, to „dziecko nie będzie płakać”. Druga – żebym zamieniła się z jej córeczką. Córeczka, fakt, była prawie tak wysoka jak ja (jestem raczej niska), ale miała lat osiem i chyba nie powinna już odstawiać takich cyrków? Oczywiście propozycje odrzucone ku zdumieniu mamuś, natomiast ja nie mogę wyjść ze zdziwienia, że takie propozycje w ogóle padły (bo płacz dziecka to jedno, ale dorosła osoba…?).

6. Rodzic dobra rada.

Ja rozumiem, chcą dla dziecka jak najlepiej, oddają obcej babie, nie wiadomo, co ona wymyśli, ale, cholera, skoro już się zdecydowali, to niech będą konsekwentni. JA uczę. A takiego…

a) Prędkość – uczę dzieci skręcać, negocjuję mocno (bo najchętniej po opanowaniu sztuki utrzymania się w pionie rwałyby na krechę), jedziemy, mijamy najczęściej tatusiów, którzy z aparatem ustawiają się mniej więcej w połowie stoku i… „No co ty tak wolno, rooozpędź się!!!”.

I w drugą stronę, najczęściej z rodzicami, którzy sami jeżdżą – dziecko już pewnie trzyma się na nartach, zaczynamy ćwiczenia do jazdy równoległej, staram się oswoić dziecko z większą prędkością, bo widzę, że sobie da radę, wszystko super, a tu mama/tata przejeżdżają i paniczny okrzyk, że ma natychmiast zwolnić, bo… [tu wstaw milion potencjalnych katastrof]. I dziecko, oczywiście, słucha rodzica.

b) Totalne bzdury – najczęściej przy czysto technicznych rzeczach, typu odpowiednia postawa. Truję przez godzinę „górna z przodu”? Przejedzie mamusia i rzuci: „Trzymaj równo te narty!”. Pracujemy nad tym, żeby dziecko nie dokręcało tułowia? Co z tego, skoro tatuś spyta z przekąsem, czemu dziecko takie pokrzywione jedzie?

Za każdym razem staram się tłumaczyć rodzicom, ale trafia w niewielu przypadkach. Pół biedy, jak to starsze dziecko – takie najczęściej samo recytuje po lekcji, dlaczego jechało tak, a nie inaczej i będzie dalej tak ćwiczyło mimo braku aprobaty. Za to maluchów szkoda, bo choćbym miała status nieomylnej w sprawach nart, autorytetu rodziców nie przebiję.

c) Totalne bzdury 2.0 – rzeczy, które rodzice kładą do głowy dzieciom zawczasu. Co najczęstsze? „Nie bój się, pani nie pozwoli, żebyś się przewrócił”. Nosz… I pani, która zawsze od samego początku stara się żartować z upadków, żeby młode się nie przejmowało, nagle nie wie, co ma zrobić. Bo maluch, który pierwszy raz zakłada narty, przewróci się. I to nie raz. A po takim dictum zawsze jest płacz, bo przecież mama mówiła, że się nie przewróci, a tu leży, coś tam boli, ojej, a pani miała pilnować!

Drugie miejsce – wpojenie dziecku przekonania, że jeździ idealnie. Jasne, zachęcać, chwalić, wszystko jak najbardziej. Ale sporo dzieciaków wkracza na stok ze świadomością, że są najlepsi i jeżdżą przewspaniale… A potem każda uwaga spływa jak woda po kaczce. Albo powoduje bunt/płacz, bo pani się nie zna/jest wredna, wszak rodzice mówili, że dziecko jeździ najlepiej, więc co to niby ma być…

narty

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (Głosów: 236)

#77630

(PW) ·
| Do ulubionych
Centrum handlowe, godziny wieczorne.

Kończę pracę i biegnę szybko zrobić jakieś zakupy na kolację i śniadanie. Kupuję jakieś drobiazgi i na samym końcu idę na dział z pieczywem. W tym właśnie momencie, pani obsługująca to stoisko, przywozi świeże bułeczki.

Radość! Po całym dniu w pracy zjem świeżą, chrupiącą bułkę na kolację. Niestety nie było mi to dane. Panowie robotnicy, mający ręce w kolorze naszej ziemi, postanowili wybierać bułki bez rękawiczek, czarnymi brudnymi rękoma macając chyba każdą bułkę po kolei. W tym momencie czar świeżego pieczywa prysł.

Pozostał mi chleb krojony z rana i zniesmaczenie tą sytuacją.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (Głosów: 166)

#77602

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do #77597, ale wyszedłby za długi.

Jeździć na nartach uczyłam się bardzo dawno temu, kiedy byłam małym dzieckiem. Wtedy jeszcze nie było pod każdym stokiem świetnie zaopatrzonej wypożyczalni nart, toteż sprzęt każdy miał skompletowany bardziej na zasadzie "załatwienia" niż kupienia.

W moim przypadku były to cholernie niewygodne buty, których jako czteroletnie dziecko nie byłam w stanie zapiąć (co więcej, nie wiem kto je zaprojektował, ale jedynie silny, dorosły mężczyzna mógł je zapiąć - w tym przypadku akurat instruktor lub mój tata).

Narty to były cienkie, proste dechy, za długie na mnie o jakieś 30 cm (taka moda), upiornie ciężkie. W pierwszym sezonie miałam zajęcia z piekielnym instruktorem, który - daję słowo! - próbował chyba zrobić wszystko abym do końca życia znienawidziła jazdę na nartach.

1. Podchodzenie pod górkę - nie było wtedy wyciągów dla dzieci, tzw. "urwiłapek" czy innych taśmociągów, były tylko wyciągi talerzykowe (i krzesełka, na dłuższych trasach oraz dwuosobowe orczyki, których akurat na tym stoku nie było).

Dla małego dziecka wjazd samodzielnie takim wyciągiem był bardzo trudny, czasem wręcz niemożliwy, szczególnie przez wysokość "talerzyka" - wtedy nie było to przystosowane do małych dzieci, jakaś regulacja była, ale ograniczona. Ale dało się wjechać razem z dzieckiem, co też czynili niektórzy instruktorzy. Ale nie mój! "Żebyś doceniła (wtf?!) zjeżdżanie, najpierw musisz podejść!"- i musiałam zapierdzielać pod górkę z nartami i kijami, w imię nie mam pojęcia czego.

Nie wiem ile te nieszczęsne narty ważyły, ale dla mnie wtedy były ledwo do udźwignięcia i stale się "rozjeżdżały" w rękach. I dodajmy do tego jeszcze kije. Po jednym dniu nienawidziłam jazdy na nartach, instruktora i gór.

2. Wywalanie się. Wiadomo, że jak się ktoś uczy to się wywali nie raz. Ale instruktor śmiał się ze mnie ilekroć się przewróciłam, nie próbował nawet podnosić (akurat podnoszenie opanowałam do perfekcji bardzo szybko), mówił, że inne dzieci, które uczył się tak nie wywalały. Generalnie wieczna krytyka, co sprawiło, że nauki jazdy na nartach mi się odechciało jeszcze bardziej.

3. Szybkość jazdy. Wywalałam się, więc bałam się jechać szybciej, to chyba logiczne. Nie, nie dla instruktora. Mógł mnie jakoś zachęcić do zwiększenia prędkości, prawda? Ale on wolał krzyczeć "Jedź szybciej, inne dzieci w twoim wieku to już śmigały, a ty co". Bałam się, nie chciałam jechać szybciej za nic na świecie.

4. RAZ pozwolił mi skorzystać z wyciągu, oczywiście talerzyk poderwał mnie do góry, przewróciłam się. Co zrobił instruktor? Powiedział "widzisz, jeszcze nie dorosłaś do wyciągu, więc będziesz podchodzić". Nie dał mi szansy, żeby nauczyć się jeździć wyciągiem. Raz się nie udało, to znaczy, że nigdy się nie uda.

5. Przed każdymi zajęciami wpadałam w histerię i ryk. Instruktor rodzicom tłumaczył, że dziecko sobie nie radzi i dlatego tak nie chce się uczyć, ale że nauka nie jest przecież przyjemnością i prędzej czy później polubię jazdę. Jednak po 4 albo 5 zajęciach (już nie pamiętam) uparłam się, że nie pójdę i kropka. Rodzice oczywiście wkurzeni, że dzieciak wybrzydza i marudzi, ale finalnie się zgodzili i tak uwolniłam się od zajęć z tych chamem.

Dodam, że rodzice nie wiedzieli jak wyglądają zajęcia na prośbę instruktora, który był jakimś znajomym (dlatego nie bali się mnie z nim zostawić), bo dzieci przy rodzicach się stresują i generalnie nauka słabo idzie. Oczywiście podzielam tę opinię, ale mimo wszystko powinni zobaczyć jak wyglądają te zajęcia po pierwszym ataku mojej histerii, a nie wierzyć facetowi, że dziecku źle idzie więc zanosi się rykiem.

Rok później miałam już normalną instruktorkę, która pozwalała mi jeździć wyciągiem, uczyła bardzo dobrze, a ja na luzie załapałam o co chodzi w tych nartach i polubiłam jazdę. Na jej zajęciach również moi rodzice nie byli obecni, ale bawiłam się z nią doskonale, nie ryczałam, a z upadków się śmiałam i nikt nie robił z tego tragedii.

Później jeszcze jeździłam w klubie narciarskim, ale to jest temat na oddzielną historię. Obecnie jeżdżę bardzo dużo, bardzo to lubię, ale kiedy wspominam tego pierwszego instruktora to ciarki mnie przechodzą.

narty

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (Głosów: 124)

#77587

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 - część piąta:

Zaliczyłam trzy miesiące pracy w McDonald’s. Generalnie nie polecam jedzenia we franczyzach, bo jakość jedzenia i warunki sanitarne są straszne, ale nie o tym dziś. Trzy przypadki, które zmroziły mi krew w żyłach.

1. Sprzątam salę, nagle patrzę – para z małym, około rocznym dzieckiem. Dzieciak jest karmiony hamburgerem z McDonalda. Serio. Małe dziecko, które musi się podpierać na wózeczku, by ustać, w śpiochach, jest karmiony solonym jak k…mać, głęboko mrożonym i usmażonym w 200 stopniach kotlecikiem i napompowaną bułą. Rodzicami byli ludzie trzydziestoparoletni, żadna pozbawiona mózgu gimbaza czy dziadkowie, którzy nie ogarniają już rzeczywistości.

2. Skoro o gimbazie mowa – najwięksi syfiarze, to właśnie gimnazjaliści. Nie raz musiałam sprzątać ze stołu zmywakiem resztki sosów, porozsypywane frytki, niedojedzone jedzenie. Jako, że jest to miejsce samoobsługowe, powinni sami wyrzucać to do kosza. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby wszystko zebrali na tacy i zostawili.

Raz grupka gimnazjalistów zajęła pomieszczenie dla dzieci, gdzie po prostu bawili się jedzeniem (między innymi rzucali w siebie frytkami). Gdy wychodzili, skierowałam się do pokoiku, by posprzątać. Jeden z dzieciaków rzucił mi: „Miłego sprzątania! Hłe hłe hłe”.

3. Piekielność z obu stron. W franszyzach pewnego właściciela, w których miałam okazję pracować, obowiązywało oszczędzanie produktów. Miało to pewną elokwentną nazwę na rozpisce, w praktyce ograniczało się do tego, że produkty zamiast być co, dajmy na to, 2 godziny wymieniane (nie pamiętam standardów) leżały cały dzień w ladzie.

Jeden klient zamówił sałatkę, dostał zwiędniętą sałatę. Wziął w garść parę liści, wysypał je na kasę i blat dziewczynie i zapytał: „Chciałaby to pani k… jeść?”. Po braku odpowiedzi wrócił do stolika, wziął plastikową miskę, w której podaje się sałatki i cisnął nią z odległości kilku metrów w dziewczyny stojące za kasami. Zasiadł za stolikiem i pił kawkę. Nie został wyproszony, nikt nie zareagował. Ja w międzyczasie sprzątałam salę kilka metrów dalej.

Chciałam wymienić worek na śmieci, wysunęłam więc z obudowy kosz, worek się niestety zaklinował i musiałam się mocno nachylić do dna, by go ”oswobodzić”. Ten sam facet przyszedł z drugiego końca sali z tacą wypełnioną papierami i wysypał mi zawartość na głowę, po czym wepchnął tacę między worek a pojemnik. Ponownie nikt nie zareagował. Jeżeli chodzi o moich przełożonych to nawet nie zapytali czy nic mi się nie stało.

Pracowałam 3 miesiące, była to jedna z najgorszych prac, jakie miałam. Paradoksalnie nie chodzi o klientów, tylko o chamskich i wulgarnych współpracowników (ci po zawodówkach, albo z podstawowym wykształceniem byli w porządku, największą hołotą byli studenci politechniki) i przełożonych, którzy mieli wszystko w dupie.

gastronomia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (Głosów: 197)

#77606

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio byłem u lekarza kontynuować leczenie kontuzjowanej nogi i opiszę w jaki sposób została uszkodzona.

Posiadam ja psa, a raczej bydle (nazywane tak przez około 80% znajomych). Jest to mieszaniec mastiffa z nie wiem czym, bo właściciel, od którego przyjmowałem go za szczeniaka nie chciał nic powiedzieć. No ale trudno się mówi. Stał się członkiem rodziny i jest gdzieś na poziomie brata, którego nie miałem.

Moje bydle jest wielkie, rozpędza się jak lokomotywa (z poziomu ślimaka do tura, w sumie dyszy tak samo), lubi zabawy i nie znosi psów. Tu należy podkreślić, że do suk podejdzie i tyle , a na psy rzucał się od razu z pianą na pysku i nie da się go opanować. Po dłuższym czasie szkolenia jestem w stanie go uspokoić komendą oraz trzymać jeśli się szarpie, ale kiedy inny pies podejdzie to nie da się go kontrolować.

Dla bezpieczeństwa wyprowadzam go z samego rana i późnym wieczorem w kagańcu.

Po tym przydługim wstępie, pora przejść do problemu. W niedzielę stwierdziłem, że bydle z racji swojego wzorowego zachowania (upolował 4 krety) zasługuje na nagrodę, a mianowicie kość wołowa i pół dnia spaceru po lesie i polach. Jak z kością nie było problemu to ze spacerem katastrofa.

Będąc w środku lasu bydle coś wyczuło. Z racji tego, że w owym lesie jest mnóstwo zwierzyny (Jelenie, sarny, dziki) myślałem, że tylko poczuł zapach. Ale gdyby tak było, to bym tutaj nie pisał. Zaraz doszedł mnie dźwięk szczekania i przywoływanie psa. Podszedłem do swojego bydlęcia (w lesie biega luźno coby mi ręki swoim ciągnięciem nie urwał), zapiąłem go i zacząłem iść w kierunku domu kiedy nagle wyskoczył owczarek kaukaski (kto nie wie co to za rasa już tłumaczę: psy te są wielkie, włochate, a nietresowane są niebezpieczne z racji swoich gabarytów i skłonności do dominacji, dlatego są odradzane nowicjuszom).

Oczywiście bydle (moje) zaczęło się jeżyć, drugie bydle tak samo. Próbuje uspokoić swojego psa i w tym momencie przybiega właścicielka kaukaza. Babka mniejsza i chudsza ode mnie (A ja mam zawrotne 1.73 przy 65 kg). W przerwach między uspokajaniem psa mówię kobiecie, żeby zabrała kaukaza bo zaraz się pogryzą (moje bydle nie miało kagańca - też w nagrodę i wiem, że jest to głupie), a ona twierdzi, że tylko się drażnią!

Co z tego, że jeden na drugiego patrzy z żądzą mordu a ja już bydle trzymam przy szyi. Babka łaskawie podchodzi do kaukaza, wyjmuje z kieszeni smycz (czyli musiała go puścić luzem) i zapina psa. W tym momencie psy jak na komendę rzuciły się na siebie, a ja pociągnąłem swojego do tyłu, łudząc się że to pomoże. Zamierzenie niby dobre tylko nie przemyślałem jednego: że kaukaz obierze bliższy cel.

Po wykonaniu mojego genialnego planu zostałem rzucony na ziemię, a kaukaz ugryzł mnie w udo (chociaż mógłbym użyć tutaj wulgaryzmu, który bardziej jest na miejscu). Krzyk jaki się ze mnie wydostał chyba pół gminy słyszało. Kaukaz mnie ciągnie, ja wyję z bólu, bydle skacze na kaukaza, a babka płacze.

To był chyba pierwszy raz, kiedy cieszyłem się, że bydle tak nienawidzi samców. Nie dość że zaczął go gryźć gdzie popadnie, to jeszcze zrzucił go ze mnie. Odczołgałem się trochę, wyciągnąłem gaz pieprzowy (miałem go zamiast noża) i rozpyliłem w stronę psów. I tyle pamiętam.

Obudziłem się w szpitalu już po operacji. Lekarz, który mnie zszywał przyznał, że pierwszy raz widział taką ranę spowodowaną przez psa. Zacząłem zadawać pytania i się dowiedziałem:

Psy uciekły w siną dal, bydle wróciło do domu, a kaukaz nie wiadomo. Babka zadzwoniła po pomoc i przetransportowali mnie z marszu na salę operacyjną przez ryzyko zakażenia.

Ze szpitala wyszedłem po tygodniu o kulach. Sprawę skierowałem do sądu. Okazało się, że babka nie miała papierów zezwalających na utrzymanie kaukaza, więc został jej odebrany. Nie wiem czy go uśpili czy dali na jakąś resocjalizacje.

Tak więc minęło od tej sytuacji już z 5 miesięcy, a noga wciąż jest leczona.

Pies

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (Głosów: 266)

#77578

(PW) ·
| Do ulubionych
Co jest z tymi studentami? Ale wstępem... Robimy remont całego mieszkania i w związku z tym jednym z elementów jakie były wymieniane była lodówka. W pełni sprawna duża z osobną zamrażarką wizualnie jak nowa tylko szczegół, że za rok stuknie jej 20 lat. W każdym razie zero rdzy, zamrażalnik daje -28 stopni czyli super.

Jako iż w trakcie studiów wiedziałem jak ludzie w akademikach zabijają się o lodówki to wystawiłem ogłoszenie "oddam za darmo" dodałem kilka zdjęć, opis i napisałem do odbioru tu i tu.

Odpowiedzi:
1)
- Czy jest nowa?
- Nie.
- A to dziękuję.

2)
- Ile do zapłaty?
- Darmo, ewentualnie symboliczna złotówka, piwo, czekolada.
- Eeee nie opłaca się.

3)
- Czy aktualne i naprawdę za darmo?
- Tak.
- Super, proszę mi ja przywieść tu i tu jestem od 15.
- Ale jak pisałem lodówka jest za darmo, ale trzeba odebrać samemu.
- Pier... się ch..u.

Dałem ogłoszenie na ogródkach działkowych koło mnie i miałem telefon po 20 minutach. Przyszła parka pomogłem znieść dali 20 zł za fatygę i po problemie.

ludzie

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (Głosów: 244)

#77582

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi dziadkowie wybrali się na zakupy. Wracając szli chodnikiem obok siebie.

Nagle jakiś gówniarz na rowerze postanowił, że nie będzie jechał ulicą, że nie powie grzecznie "przepraszam, chciałbym przejechać", tylko wjedzie od tyłu pomiędzy dwójkę staruszków.

Dziadek został popchnięty na skarpę z błotem, a babcia ma siniaka na ramieniu, który jest wielkości mojej dłoni i pozostawiła go kierownica roweru.

Gratulacje dla tego dzieciaka, który poturbował parę staruszków. Na pewno może być teraz z siebie dumny!

rowerzyści

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (Głosów: 231)

#77622

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwójka piekielnych dzisiaj będzie! Ja i kobieta, która mnie obsługiwała. Poszedłem sobie do sieciówki RTV&AGD OBEJRZEĆ sprzęt, w sumie pewnego jednego potrzebuję więc tak nawet podpytałem obsługę o to i owo. Chwila nieuwagi i byłem już prowadzony do kasy ze sprzętem i pakietem usług dodatkowych w cenie za jedyne 99 zł więcej itp., itd., no kosmos. W ostatniej chwili się zorientowałem, że interesuje mnie zakup na raty, toteż zaznaczyłem i zostałem zaprowadzony do miłej jakby się wydawało kobiety.

Standardowe pytania o zarobki, stanowisko, etat, dodatkowe źródła dochodu, formułki, regułki itd. Nagle dostaję ofertę na kredyt, gdzie miało mi wyjść 36 rat po 140zł. Jakby nie patrzeć ponad 5000 zł, gdzie przedmiot kosztuje 1600 zł. Podziękowałem, na co pani jeszcze mnie zatrzymuje, że ma mnie otwartego to już złożyła drugi wniosek. Na moje kolejne pięć "nie dziękuję" z coraz większym poziomem frustracji zobaczyłem, że pani nagle znalazła przystępniejszą ofertę, ale to jeszcze nie to.

Przypomniałem sobie z jednego szkolenia - a miałem ich kilkanaście, odnośnie efektywnej sprzedaży, obsługi trudnego klienta - iż gdy sprzedawca ignoruje "nie dziękuję" to bada tzw. próg bólu klienta. Jak wygląda procedura: sprzedawca najpierw szuka oferty najlepszej dla klienta, ale od razu jej nie przedstawia. Zaczyna od tych najmniej korzystnych, z największą ratą, oprocentowaniem, ubezpieczeniem i milionem opłat za różne rzeczy. Z każdym olanym "nie dziękuję" bada ten próg bólu klienta i na ile może sobie pozwolić. Kiedy klient się już zgodzi na raty (coraz niższe, dalej nieatrakcyjne), to sytuacja jest pod kontrolą. Kiedy wybuchnie i sytuacja robi się groźna, a klient mocno demonstruje frustrację i niezadowolenie, wtedy wyciąga się ofertę jedyną korzystną - ale z zastrzeżeniem, że jest to niezaufany bank, niepotwierdzony, na własną odpowiedzialność, brak ubezpieczenia, brak autoryzacji przelewanych pieniędzy, mogą raty nie docierać. Rzecz jasna jest to bujda.

Przedstawiłem więc to sympatycznej pani, że chyba byliśmy na tym samym szkoleniu, bo znam metodę badania cierpliwości klienta i schodzenia w dół z ofertami. Na końcu po kilku moich odmowach pewnie się znajdzie jakaś atrakcyjna tylko na moją odpowiedzialność itd. - generalnie powiedziałem jej wszystko to, co w powyższym akapicie. Trochę jej wszedłem w paradę i zaszedłem za skórę, ale cóż taka praca handlowca, musi wciskać kit. Jednak na każdym szkoleniu uważa się tę metodę za niezbyt fajną, jako że można stracić bardzo dużo czasu, gdy trafi się człowiek, który rozezna o co chodzi, a druga sprawa - ta bardziej brutalna - naciąga się w ten sposób większość emerytów dodatkowo zasypując ich milionem terminów byleby zgłupieli i podpisali już wszystko co im się podstawi pod nos. Dla świętego spokoju. Plus podjazd emocjonalny: no spojrzy pan już wnuczek ucieszony, że zaraz tablet będzie miał, już pan nie zasmuca dziecka, widzi pan jaka już radość w oczach. Wszyscy operatorzy GSM bazują na tym schemacie szczególnie na słuchawkach i przy przedłużaniu umów.

Pani była w takim szoku, że nawet mi nie odpowiedziała na do widzenia. 10 minut później dzwoniła, że znalazła jednak bardzo fajną ofertę. Nie skorzystałem, nie po zastosowaniu na mnie metody poniżej pasa.

Chyba w tej sytuacji ja byłem bardziej piekielny.

uslugi

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (Głosów: 198)

#77579

~Perfee ·
| Do ulubionych
Uradowany, że w końcu udało mi się dotrzeć po pracy do domu wchodzę na klatkę i podchodzę do skrzynki pocztowej. Wyciągam listy i z powodu dużej ilości ulotek od razu przeglądam, aby nie targać śmieci do domu.

Zauważam list błędnie wrzucony do mojej skrzynki. Prawie automatycznie chciałem wrzucić go do skrzynki na zwroty, ale kątem oka zauważyłem, że to list z banku.
Pomyślałem – może gość czeka na coś ważnego, kartę, umowę... Zaniosę mu.

Idę do bloku obok, szukam właściwej klatki. Niestety skrzynki są za zamkniętymi drzwiami więc dzwonię do gościa domofonem...
– Słucham – odzywa się gość tonem, jakbym go wyciągnął z łazienki.
– Jestem sąsiadem z bloku obok – mówię – w mojej skrzynce omyłkowo znalazł się list do pana...
Gość przerywa mi i tonem pozbawionym szacunku, niczym nadzorca na plantacji bawełny zwraca się do mnie bezpośrednio
– To wrzuć do skrzynki!
Zagotowałem się ze względu na taki ton. Oczekiwałbym raczej – Dziękuję bardzo, że pan przyszedł...

Ponieważ dalej nie mogę wejść na jego klatkę, gdzie są skrzynki pocztowe, bo nie domyślił się, że należy nacisnąć przycisk kontynuuję moją wypowiedź
– Czy mógłby mnie pan (za tą służalczość się nienawidzę) wpuścić na klatkę?
– A po co? – Z wyrzutem odpowiada sąsiad.

Nie wytrzymałem.
Rzuciłem list w śnieg przed drzwiami. – Po jajco! – odpowiedziałem – Teraz zejdź na dół i poszukaj swojego listu w śniegu!

Bardzo zdenerwowany wróciłem do domu. Nie dawało mi to jednak spokoju. Moja koncepcja świata legła w gruzach. Czułem jednak wyrzuty sumienia. Pomyślałem o tym liście moknącym w zaspie...
Poszedłem jeszcze raz do klatki sąsiada. Listu już nie było.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (Głosów: 234)

#77596

(PW) ·
| Do ulubionych
Kto korzysta z biblioteki ten wie, że największym problemem w kwestii książek (poza nieoddaniem) jest ich zalanie. Powodów może być mnóstwo: kawa, herbata lub inne napoje, pozostawienie książki na deszczu, na balkonie, w łazience (jedna z totalnie zniszczonych książek wpadła komuś do wanny). Generalnie książka + wilgoć = pomarszczone strony, pofałdowana okładka. Każdy o tym wie, jeśli czytelnik zniszczy książkę, musi ją odkupić.

Ponadto każda książka z biblioteki ma naklejone kody kreskowe. Co prawda nie mamy jeszcze czytników i całego systemu (wypożyczanie nadal "kopertkowe”), więc obecnie w ogóle z kodów nie korzystamy, ale naklejki są na każdej książce, w dwóch miejscach: z tyłu, na okładce i w środku, na stronie tytułowej.

Historia właściwa: dla kilku książek zmieniono kody. Dostałyśmy naklejki do przytwierdzenia w książkach. Iwonka, z którą pracuję (10 lat stażu pracy) pomyliła naklejki, przykleiła je w innej książce. Zdarza się. Poradziłam jej napisać maila do odpowiedniej jednostki, która zajmuje się kodami, niech nam wydrukują nowe, żaden problem.

Ale kilka dni wcześniej Iwonka podpatrzyła pewną ciekawostkę. Otóż wysyłałyśmy kartki z upomnieniami za przetrzymane książki, a kilka osób z tych zaległych wypożyczeń przyszło, zanim wysłałyśmy ponaglenia. Uznałam, że znaczków szkoda, bo już naklejone, ale mój dziadek - filatelista nauczył mnie odklejać znaczki za pomocą pary wodnej. Postałam więc nad czajnikiem, znaczki uratowane :) Iwonka widziała cały proceder, nawet jej tłumaczyłam co robię.

Kilka dni później zastałam Iwonkę w kuchni, trzymającą otwartą książkę nad gotującym się czajnikiem... Na pytanie co robi, odparła, że odkleja pomyloną naklejkę...
Mimo tłumaczeń i moich jęków rozpaczy nie zrozumiała swojego błędu. Nie przejęła się tym, że pół książki przeszło gorącą parą i kartki się pomarszczyły...

Dodam tylko, że Iwonka każde najmniejsze zagniecenie i plamkę w oddawanych książkach kwalifikuje "do odkupienia". Czy odkupiła książkę, którą sama, przez własną głupotę zniszczyła?

Odpowiedź jest oczywista. Nie.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (Głosów: 220)