Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#76745

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja koleżanka pracuje w bibliotece osiedlowej dla dzieci i młodzieży.

Zapewne wiecie, że można oddawać niechciane książki do bibliotek. Ostatnio znajoma przyniosła na obiad całą pakę piekielności związanych z takimi "przedświątecznymi efektami sprzątania", jak je nazwała.

Pewna pani przyniosła całą siatę książek. Wszystkie w mocno średnim stanie, kilkudziesięcioletnie, woniejące stęchlizną, zapewne wcześniej trzymane w piwnicy czy na strychu. Biblioteka odmówiła przyjęcia podarunku - nie chodziło nawet o to, że takich "Dzieci z Bullerbyn" czy "Winnetou" mają po kilka(naście) egzemplarzy z nowszych wydań, ale o to, że zatęchłe książki często równają się pleśni - która może przenieść się na inne zbiory.

Pani zrobiła awanturę. Najpierw argumentowała, że jechała do biblioteki dwa przystanki i teraz nie będzie wracać. Potem, że biblioteka jest utrzymywana z jej podatków i ma obowiązek przyjąć jej książki. Ostatecznie apelowała, że książek się nie wyrzuca. Gdy mimo to bibliotekarki się nie ugięły - wyszła. Okazało się potem, że zostawiła siatę makulatury za drzwiami.

Sporo było historii o obrazie majestatu po odmowie przyjęcia książek najzwyczajniej w świecie zniszczonych - porwanych, zalanych, pamiętających wczesnego Gierka i rozpadających się w rękach. Po otrzymaniu informacji, że przyjęte książki niekoniecznie trafią na półki (część dubli wędruje do innych bibliotek, czasami do instytucji opiekuńczych, niektóre na kiermasz "taniej książki" dla czytelników, z którego dochód przeznaczany jest na nowości wydawnicze) ludzie potrafili nie tylko zabierać książki z powrotem, ale też wyzywać od złodziei i żebraków, dorabiających cudzym kosztem. Jedna pani nawet zlikwidowała z tego powodu córce kartę biblioteczną.

Cóż, na szczęście nie jest to normą :)

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (Głosów: 162)

#76780

(PW) ·
| Do ulubionych
O mało nie padłam ofiarą wyłudzenia.

Ale po kolei: wielu wykonawców skarżyło mi się, że mojej firmy nie ma w internecie i gdy np. mają zapytania do dokumentacji, to nie mogą nigdzie znaleźć mojego nr tel. To pouzupełniałam się po różnych serwisach. I wtedy się zaczęło.
W ciągu miesiąca dostałam:

- wezwanie do zapłacenia podatku za pracę w Wielkiej Brytanii (nigdy tam nie pracowałam)
- rachunek za prąd na firmę (a prąd mam na osobę fizyczną)
- mandat za niezarejestrowanie bazy danych (moja skrzynka mailowa automatycznie zapisuje maila każdej osoby do której pisze i to ta baza danych niby miała być zarejestrowana).

Ale to wszystko nic, bo nie było poważne i wystarczyło to ignorować.
O mało nie dałam się naciągnąć w bardziej idiotyczny sposób.

15.12.2016 zadzwonił do mnie telemarketer i zaprosił mnie na 7 dni testowego korzystania z platformy wiedzy o prawie polskim. Jako, że byłam świeżo po dyskusji w urzędzie, czy teren chowalny cmentarza można uznać za biologicznie czynny (można), a Prawo Budowlane jest częściej interpretowane niż Biblia i w każdym urzędzie inaczej pomyślałam sobie "czemu nie".
I to był błąd.

Facet telefonicznie przeprowadził mnie przez rejestrację na serwisie, trzy razy zapewnił, że tydzień za darmo, a potem po prostu albo się zdecyduję albo nie i miało być ok.
Tylko, że nie mogłam przeglądać treści je...ego serwisu, bo nie miałam nr klienta i hasła, a ich pomoc techniczna nie odpowiadała. Pomyślałam sobie, ze nowy serwis, mają problemy techniczne i właściwie to tyle.

No nic. Tydzień się skończył. Święta przyszły, sylwester minął.

05.01.2017 w czwartek o 15.00 siedzę sobie i siorbię kawę, gdy nagle przychodzi mi sms: "faktura taka, a taka na konto takie, a takie jest płatna do 9.01.17. wartość faktury 1500 zł".
O mało nie oplułam monitora.

Próbuję zadzwonić na numer, z którego przyszedł sms. Kilka razy. Za każdym razem odrzucają po drugim sygnale. No to odpisałam sms: nie mam dostępu do faktury. Proszę o kontakt, bo nie mogę zanieść faktury do księgowej w celu rozliczenia".
I zadzwonili 30 sekund później.

No i okazało się, że przeprowadzając skuteczną rejestrację na tym serwisie, podpisałam z nimi umowę, a oni żadnego okresu próbnego nie mają.

Aha.
Babsztyl jeszcze w swojej bezczelności śmiał twierdzić, ze wysłano mi fakturę i umowę na maila 15.12, a skoro nie odstąpiłam od umowy w ciągu przepisowych 2 tyg., to umowa jest wiążąca. Potem w swojej bezczelności wysłali mi DUPLIKATY z datą 15.12. A skoro zobaczyłam je na oczy 05.01, to byłam już pod dwutygodniowym terminie. I poinformowali mnie, że jak nie zapłacę, podadzą mnie do e-sądu i naślą na mnie komornika.

Trzy ataki szału później zrobiłam to co każda rozsądna osoba by zrobiła: poszłam na piwo i poskarżyłam się wszystkim znajomym jaki świat jest okrutny.
Dowiedziałam się, że ten rodzaj przekrętu nazywa się na Pobieraczek, bo był kiedyś taki serwis, który ten model przekrętu stosował. Że mam stawić jakikolwiek opór i się odpieprzą.

Toteż następnego dnia: uzbrojona w wydrukowaną korespondencję (1 mail z umową i fakturą z 05.01) i daty rozmów, oraz wydrukowany KRS naciągaczy (firma zarejestrowana pod koniec października zeszłego roku na ulicy na Ł. w Krakowie, na polu z kontenerami wg. google), ruszyłam do prawnika. Uznałam, że opór z pieczątką prawnika będzie wyglądać poważniej niż opór napisany własnoręcznie.

Prawnik wysłuchał mnie i mówi: wszystko zależy od tego co było w rozmowie. Zażądamy przekazania nam nagrań, ale oni mogą ich nie wysłać i od razu wystąpić do e-sądu, który na podstawie samej faktury wyda wyrok. Pani musi tego pilnować i od razu się odwołać. Wtedy to, że my wysłaliśmy pismo o nagrania, a oni nie odpowiedzieli, będzie działało na pani korzyść. Ale muszę Panią ostrzec, ze to różnie może być.

A było tak, że jak naciągacze dostali pismo od prawdziwego prawnika, to od razu anulowali mi tą fakturę. A tych nagrań nie wysłali.
Siedzę więc u prawnika i mówię mu: zgłośmy próbę wyłudzenia na policję. Niech ich ścigają.
A on mi na to: ale Pani nie jest poszkodowana.
Ale czy próba wyłudzenia nie rożni się tym od wyłudzenia, ze jest nieudana?

Owszem, ale mamy domniemanie niewinności i musielibyśmy udowodnić, że pracownik z premedytacja wprowadził Panią w błąd a oni nigdy nie zamierzali świadczyć Pani usług. Oni powiedzą, że pracownik był młody i dostał naganę, a reklamacja została przyjęta. Uznając Pani reklamację i anulując tą fakturę zabrali Pani argument i mogą się w dochodzeniu bronić... brakiem profesjonalizmu.
A to, że regulamin na początku przewidywał okres próbny, a jak patrzyłam na niego 05.01, to nie to nie jest oszustwo?
Jest, ale policja w ramach działań operacyjnych musiałaby udowodnić, że regulamin został zmieniony.
Z punktu widzenia prawa, dopóki nie udowodni się, że jest inaczej - to doszło do nieporozumienia.

Tak więc: skoro nie mam wyroku sądu, nie mogę podać danych firmy ani ich serwisu.
Po prostu jak ktoś będzie do was dzwonił z ofertą darmowego testowania serwisu poświęconemu prawu, to od razu pieprznijcie słuchawką. Oszczędzicie sobie nerwów.

PS. Niemniej jednak powiedzieć komuś, kto dzwoni do ciebie z mordą o niezapłaconą płatność "proszę kontaktować się z moim prawnikiem" - to zadziwiające uczucie.

naciągacze

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (Głosów: 206)

#76743

~Piotrekzbagien ·
| Do ulubionych
Historia o kupowaniu biletu komunikacji miejskiej w Szczecinie.

Krótko mówiąc, jeśli nie miało się czasu na zakupienie go dużo wcześniej, albo w ostatniej chwili, okazało się, że trzeba w autobus lub tramwaj wsiąść, jest to droga przez mękę. Musiałem przemieścić się na drugi koniec miasta. Myślę, kupię bilet po drodze na przystanek, bo z automatami w autobusach jest różnie. Aha, akurat.

Poszedłem do sklepiku przy przystanku - kartą za bilety płacić nie można. Mocno już się spiesząc, poszedłem przystanek dalej, gdzie stoi automat z biletami, ale... padał deszcz, mokry ekran dotykowy nie zadziałał, myślę sobie, ok kupię w autobusie, wsiadałem do autobusu, a tam automat tylko na monety (miałem tylko banknot), wysiadłem na następnym przystanku (jechałem daleko, nie chciałem płacić kary), wziąłem pieniądze z bankomatu, rozmieniłem, przyjechał następny autobus, automat na gotówkę, hura, ale... nie wydaje reszty. Kierowca biletu nie sprzeda, bo "przecież jest automat". W efekcie biletu nie kupiłem, bo nie będę przepłacał. Spóźniony dojechałem na miejsce szczęśliwie nie napotykając kontrolerów.

Jeździłem komunikacja miejską w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, nigdzie nie było problemu z kupnem biletu, w Szczecinie jest zawsze. Paradoksalnie prościej było kupić bilet w czasach gdy automatów i innych "udogodnień" nie było.

Gdzie piekielność? Władze miasta lamentują, że sprzedaż biletów spada, ale nie robią nic, by usprawnić system dystrybucji.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (Głosów: 178)

#76744

~Clara ·
| Do ulubionych
Szanowni Państwo, Drodzy Klienci,
ja naprawdę jestem wyrozumiała, cierpliwa i spokojna. Do czasu.

Pracuję w salonie prasowym. Przedstawię kilka uwag zebranych przez cztery lata pracy.

Po pierwsze, czy odpowiedź na "dzień dobry" boli? Wchodzi klient, witam się, a on odwraca głowę, albo rzuca "L&M-y niebieskie".

Rzecz druga - "proszę". Sytuacja z dzisiaj:

Przychodzi młoda, wyglądająca na sympatyczną, dziewczyna.
- Viceroye niebieskie są?
- Tak, są.
- To dać.

Chcielibyście, żeby Was tak traktować?

Rzecz trzecia - wieczne wiszenie na telefonie.
Co jest tak pilnego, że nie możecie odłożyć telefonu na te pół minuty, kiedy Was obsługuję? Czy naprawdę muszę wysłuchiwać, że córka się wyspała, a synek ma katar? Że z dokumentami jest coś nie tak, że macie problemy w pracy? Szczerze? Nie interesuje mnie to. Dlatego proponuję zakończyć rozmowę i wtedy przyjść na zakupy. Będzie szybciej i przyjemniej, a ja nie będę musiała przebijać się z pytaniami przez Wasz monolog.

Może mało piekielne. Ale powtórzcie to sobie codziennie kilkadziesiąt, czasem kilkaset razy. Już nie tak przyjemnie, prawda?

Drodzy klienci, bardzo proszę, szanujmy się. Ja szanuję Was i oczekuję wzajemności. Bo w niczym nie czuję się gorsza od Was. I nie znoszę lekceważenia.

sklepy

Skomentuj (70) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (Głosów: 340)

#76741

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem mam problem tak trywialny, że wręcz kanoniczny.

W styczniu przeprowadziłam się do bloku, wszystko byłoby ok, gdyby nie... sąsiad, z którym łączy mnie ściana.

Dzień w dzień w południe gra muzyka, jakieś przeróbki, remixy, klubowe rytmy. Do tego facet ćwiczy i rzuca sztangą, nie wiem, czymś ciężkim, tupie i podskakuje i rzuca co jakiś czas soczystą "ku##ą".
Co kilka dni zdarza mu się włączyć muzykę ok. 2 w nocy, na 10-15 minut. Budzę się mimo, że sypialnia jest dwa pomieszczenia dalej.

I niechby sobie ta muzyka grała, ale puszczana jest tak głośno, sprzęt musi być ustawiony tuż przy wspólnej ścianie, że stojąc klatkę niżej czuję się jak w dyskotece, a już moje mieszkanie działa jak rezonans chyba. Autentycznie widzę drgającą szybę w szafce przy tej ścianie, a hałas jest przeokropny.

Ignorowałam tydzień.
Poszłam w drugim tygodniu grzecznie zapukać raz i drugi, zostałam olana, nikt mi nie otworzył. Za każdym razem był w domu, a muzyka była już wyłączona, więc musiał słyszeć.
Kolejny tydzień, zostawiłam kartkę w skrzynce, że uprasza się, żeby przyciszył muzykę. Zero.
Popytałam sąsiadkę z dołu, podobno facet robi tak odkąd mieszkanie kupił, cirka rok temu i żadne donosy do administracji, wzywanie straży miejskiej nie dało NIC.

Wkurzyłam się, następnym razem rozkręciłam wieżę i włączyłam na 2 minuty losowy utwór deathmetalowy, głośno się zrobiło, jego muzyka przycichła na chwilę i... dokładnie, znów się rozkręciła.

Sąsiedzi wzywali i SM i policję - gad co jakiś czas przycisza, nikomu nie otwiera, ma wszystko głęboko.
Administrator też, ja wynajmuję, więc nawet ze mną nie gadają.

Nie chcę się wyprowadzać, ale jeden pokój mam całkiem wyłączony z użytku, bo nie da się tam wytrzymać wtedy, gdy wariat szaleje.
Większość sąsiadów to emeryci + jedna dziewczyna z dzieckiem, no i ja, chuchro metr sześćdziesiąt.

Macie jakieś pomysły na buca?

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (Głosów: 168)

#76738

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia świeża, dzisiejsza o naszej kochanej Poczcie Polskiej.

Słowem wstępu. Mój syn ma pasję - zbiera minerały, kamienie szlachetne itp.
Czasem kupujemy mu coś za pośrednictwem Alledrogo ;)

Młody upatrzył sobie tym razem rubin do kolekcji. No ok, znalazłem za około 100 zł całkiem duży o szlifie jaki chciał.
Wysyłka opłacona, dostawa listem poleconym priorytetowym. Osobiście unikam jak ognia Poczty Polskiej po różnych przygodach, no ale innej opcji wysyłki nie było.

Dzisiaj zerkam do skrzynki, a tam ów list polecony. Nie awizo a list, z odklejoną jedną eRką, która zapewne trafiła na formularz o odebraniu przesyłki. Dodam tylko, że nigdy na poczcie nie wyraziłem zgody by list polecony wrzuca mi do skrzynki.
Skrzynka na listy jest na 1 piętrze, a ja mieszkam na trzecim, ostatnim piętrze kamienicy.

Tak się zastanawiam, jaki podpis widnieje w dokumentach listonosza odnośnie odebranej przesyłki, bo ani mój ani mojej żony.

A teraz wyobraźmy sobie że jestem Chu... i zabieram sobie ten podpisany odebrany list z rubinem za stówę w środku i ściemniam, że żaden polecony do mnie nie nadszedł. Czuję, że ktoś miałby "mały" problem!

Poczta Polska

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (Głosów: 184)

#76739

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem w ciąży. Mam ubezpieczenie z pracy w sieciówce medycznej, dlatego też badania potrzebne w tym okresie robię właśnie tam.

Po uzyskaniu pozytywnego wyniku testu, poszłam do ginekologa - położnika po dalsze instrukcje, w wyniku tej wizyty zostałam skierowana m.in. na USG.

Poszłam na nie z mężem. Obydwoje szczęśliwi, lekko zestresowani mamy zobaczyć nasze pierwsze przyszłe dziecko. Siadamy, mówimy o co chodzi. Lekarz sprawdza w systemie skierowanie, pyta o date ostatniej miesiączki itp.

Nagle wybucha, że za wcześnie, że tak wcześnie się USG nie robi, że to niby nie jest inwazyjne badanie, ale nigdy nic nie wiadomo, że sami musimy stwierdzić czy chcemy tego USG.

Trochę nas zatkało. Pierwsze dziecko, żadnych własnych doświadczeń i mamy stwierdzić, czy chcemy badanie, które wg pana potencjalnie może narazić nasze dziecko.

Powiedzieliśmy w końcu, że owszem, chcemy, bo zostaliśmy na nie skierowani, sami sobie tego nie wymyśliliśmy, a babeczka, która je wystawiała prowadziła wcześniej ciąże w naszej rodzinie, całkiem niedawno, dzieciaki 10/10, mama zdrowa, także ufamy lekarce, a nie przypadkowemu lekarzowi.

Położyłam się na kozetce. Badanie przez podwozie, a tu nagle ktoś wchodzi do gabinetu. Dół miałam zasłonięty kotarą, ale cholera bez przesady, nigdy mi się nie zdarzyło, żeby u ginekologa nie kazali, albo sami nie zamykali drzwi. Tu przed badaniem nie zwróciłam uwagi, że nawet nie było klucza w drzwiach, bo tak pewnie bym go z automatu przekręciła.

Po tej wizycie opisałam odpowiednio sytuację na znanym lekarzu oraz w ankiecie, którą dostaję po każdej wizycie w tym centrum. Teraz gdy dzwonię umówić się na kolejne badania zaznaczam, że byle nie do tego lekarza i po reakcji pań z recepcji stwierdzam, że nie powinnam się dziwić, że do niego był najszybszy termin wtedy.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (Głosów: 174)

#76766

(PW) ·
| Do ulubionych
Tytułem wstępu: jestem korepetytorem, takim na pełen etat.

Czasem w internecie można trafić na poradniki typu "Jak znaleźć dobrego korepetytora". Dołożę do tego również swoją cegiełkę: zorientuj się najpierw, z jakiego przedmiotu szukasz korepetycji i czy osoba, z którą się kontaktujesz, w ogóle się na tym zna. Serio.

Ukończyłam fizykę na jednej z większych politechnik w Polsce, czyli uczę przede wszystkim fizyki właśnie. Dodatkowo również niektórych działów matematyki i chemii - tych, na które miałam okazję sama trafić na studiach lub w zakresie szkoły średniej. Żeby uniknąć niejasności, w każdym ogłoszeniu w sieci oraz na swojej stronie umieszczam zakres materiału, działy itp., których uczę. Co to oznacza? Ano oznacza to, że nie można zapisać się do mnie na zajęcia z:

- geometrii wykreślnej (dla osób nietechnicznych: to coś jakby rysunek techniczny) - "A bo widzę, że pani uczy matematyki, a geometria to dział matematyki, nie?",
- analiz ekonomicznych, finansowych, jakichś portfeli itp. - "Bo to same obliczenia są, a widzę, że pani uczy matematyki.",
- angielskiego,
- florystyki (!).
Nie napiszę za ciebie również rozprawki z "Dziadów" Mickiewicza.

Praca z ludźmi, ech.

korepetycje

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (Głosów: 206)

#76731

(PW) ·
| Do ulubionych
W ostatnią niedzielę odbył się 25. finał zbiórki zorganizowanej przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, a ja dołożyłam do tego swoją cegiełkę, będąc wolontariuszem z puszką, więc chcę teraz przedstawić parę historii. To ich bohaterowie będą tutaj Piekielnymi.

1. W pierwszym przypadku Piekielnymi będą... wolontariusze. Odebrałam w sztabie swoją puszkę, wychodzę, zajmuję jakieś strategiczne miejsce i w tym momencie zauważam innego [W]olontariusza. [J]a uśmiecham się, skinęłam mu głową i sobie krążę. Po jakimś czasie szanowny chłopak podchodzi do mnie i mówi:

W: Ja tu stoję.
J: Widzę, jest na tyle miejsca, że się pomieścimy.
W: Ale ja tu stałem pierwszy.
J: Więc trochę już zebrałeś, pomogę ci.
W: To jest moje miejsce, ja tu stałem pierwszy!

Chłopak zrobił się czerwony, więc dałam za wygraną i po prostu sobie poszłam. Ale no halo, dlaczego niektórzy traktują to jako rywalizację? Czy nie chodzi o to, żeby zebrać jak najwięcej na wspólny cel?

2. Druga sytuacja - było koło 12:15 - 12:30, więc stanęłam koło kościoła, przecież dużo osób z niego wychodzi. To był błąd. Nie stałam na terenie kościoła, tylko tuż obok (wiem, że niektórym księżom WOŚP niezbyt pasuje), ale i tak się zaczęło. Co chwila słyszę jakąś [P]iekielną Babunię, która wyskakuje z okrzykami:

P: Czemu wy zbieracie na tego oszusta?!
J: Żeby pomóc dzieciom i osobom starszym.
P: Przecież to wszystko na Woodstock idzie i na jego własne potrzeby!!!

P: Już młodzież przekabacił, o rany boskie, będę się za ciebie modlić, dziecko! (Nie jestem pełnoletnia)
J: Dziękuję.
P: Nie bądź bezczelna, pewnie ty tam ćpasz razem z nimi.

I tym podobne.

3. Podchodzi do mnie pewien facet z dzieckiem i prosi o serduszko. Gwoli wyjaśnień, wolontariusze mają ze sobą plik tych czerwonych serduszek naklejek, które dajemy, kiedy ktoś coś wpłaci. No i ja odpowiadam z uśmiechem, że żeby dostać serduszko musi wspomóc Orkiestrę. Facet spogląda spode łba i mówi, że on nie będzie płacił, mam mu dać naklejkę dla dziecka.
Byłam zmęczona, stałam już parę godzin i miałam kilka sytuacji z takimi ludźmi za sobą, więc powiedziałam facetowi, żeby dał 10 groszy i dam mu naklejkę.
Gościu sobie poszedł psiocząc pod nosem, a ludzie, którzy mnie mijali spoglądali jak na jakiegoś zwyrodnialca, bo co to za wolontariusz, co naklejek nie chce dawać.
Czy naprawdę tak trudno wygrzebać z portfela parę groszy?

4. Od godziny 13:00 stałam w centrum handlowym i o ok. 18:00 na chwilę przysiadłam, bo nie czułam stóp już. Puszkę położyłam obok siebie, na widoku, tak żeby ją widzieć, żeby nikt nie buchnął. I mija mnie jakaś [P]ani.

P: To się stoi, a nie siedzi, przecież nikt ci pieniędzy nie da.
J: Już zbyt zmęczona jestem, żeby stać.
P: (wzdycha) Leniwe to dzisiaj strasznie.

5. Ludzie traktujący nas jak żywą informację. Podchodzi do mnie jakaś kobieta i pyta o której jest Światełko do nieba, jaki jest mój numer sztabu, kto nim koordynuje, ile do tej pory zebraliśmy, ile mam w puszce, ilu jest wolontariuszy.

Na parę pytań odpowiedziałam, ale skąd ja mam to wszystko wiedzieć? Kiedy mówię babce, że nie wiem stwierdziła, że to skandal.

Podsumowując: wolontariusze nie dostają NIC za takie stanie, robią to dla siebie, ale mimo wszystko należy im się trochę szacunku - rozumiem, że możesz nie lubić WOŚPu, Owsiaka czy kogokolwiek, ale co mnie to obchodzi? Nie wrzucaj nic do puszki i nikt nie będzie robił problemów.

centrum_handlowe kosciol

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (Głosów: 320)

#76735

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kontrolerem biletów.

Podczas kontroli w autobusie trafiłem na 35-letniego pajaca. Bo to jak się zachowywał w trakcie kontroli, nie da się nazwać inaczej jak pajacowaniem.
Powiedział, że nie ma ani biletu ani dokumentów. Początkowo próbował wziąć mnie na litość. Pokrętnie tłumaczył się, że właśnie wraca ze szpitala, że szef pieniędzy nie wypłacił, że go okradli. Ogólnie próbował zgrywać najnieszczęśliwszego człowieka na świecie.
Później zaproponował, że może dać mi 20zł, bo więcej nie ma. Gdy się nie zgodziłem, zaproponował 50zł. Nie przejął się tym, że wszyscy pasażerowie dookoła obserwowali całą sytuację.

Z trudem udało mi się przekonać pasażera aby wysiadł ze mną i moim współpracownikiem na najbliższym przystanku.
Na przystanku na siłę próbował wepchnąć mi 50zł do kieszeni.
Wyjąłem telefon i zadzwoniłem po Policję.
Pajac w tym momencie zaczął bluzgać obrażając mnie i mojego kolegę.

Patrol przyjechał dopiero po 30 minutach. Przez ten czas naprawdę ciężko było z pajacem wytrzymać. Cały czas kombinował w jaki sposób mógłby uniknąć płacenia "mandatu". Zadawał mnóstwo bzdurnych i bezsensownych pytań. Zaproponował, że poda swoje dane i sobie pójdzie, a my sobie je potwierdzimy na policji. Dzwonił też do kolegów z prośbą aby do niego przyjechali określając nas jako "te ch.. kanary".

Policjant nawet nie wychodząc z radiowozu powiedział przez okno:
-Nie nie możemy zrobić. System padł.

Momentalnie podniosło mi się ciśnienie które już było podwyższone przez pajaca. Bo wychodziło na to, że pajacowi się upiecze.

Lecz kolega, z którym pracowałem był bardziej przytomny.
- No dobra. Skoro system nie działa, to w takim razie przekazujemy wam pasażera w celu ustalenia jego danych. Potem wystąpimy o nie z oficjalnym pismem.

Te słowa w magiczny sposób zadziałały zarówno na policjantów jak i na ich "system", który momentalnie odzyskał sprawność.
Niestety panowie policjanci zamiast pojechać sobie na przerwę, musieli pajaca zabrać na komisariat.

Padnięty "system" wykazał, że pajac był poszukiwany.
Nie stawił się do aresztu, gdzie miał odsiedzieć 14 dni.
Za nieopłacone "mandaty" za przejazd bez biletu.

komunikacja_miejska

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (Głosów: 260)