Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#80334

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej szkole była sobie uczennica, która zapragnęła zrobić sobie kolczyk w nosie. Szkoła ta miała jednak sztywne zasady i statut groził, że za jakikolwiek zrobienie kolczyka poza uszami, farbowanie włosów itp. grozi obniżenie oceny z zachowania o jeden stopień. Dziewczyna jednak pogodziła się z taką karą, zaakceptowała ową karę, nawet matka dziewczyny, za której zgodą, młoda zrobiła sobie wymarzony kolczyk w nosie.

Gdy tylko pojawiła się z tym kolczykiem, wywołała burzę, szkoła natychmiast wezwała matkę, której powiedziano, że za złamanie regulaminu, córka zostanie wydalona ze szkoły. Ale zaraz, hola hola! Miało być obniżone zachowanie! Ponoć pani matka była nieugięta, szkoła oczywiście, tak jak było w zapisie, natychmiast dziewczynie zachowanie o stopień obniżyła. O sprawie zapomniano, do czasu...

Wyobraźcie sobie, że szkoła natychmiast zmieniła zapis (który zanim przeszedł trochę potrwało) na wydalenie ze szkoły w w/w przypadku i znów wezwała panią matkę, której powiedziano, że jeśli córka nie usunie kolczyka, zostanie wyrzucona... Dziewczynę zawieszono i tu po dłuższej batalii, matka w końcu wygrała, ponieważ prawo nie może działać wstecz, a córka już została przecież raz ukarana. Nie karze się dwa razy, za to samo. I tak oto w tej "niesowicie prestiżowej szkole" pośród wielu grzecznych i ułożonych uczniów, chodziła też jedna uczennica z kolczykiem w nosie psująca dobre imię szkoły.

Nie, nie jestem tą dziewczyną, historię usłyszałem od znajomej tej dziewczyny, która chodziła razem z nią do klasy. Tu się na szczęście udało, ale załatwienie sprawy zajęło tygodnie. Tylko po co tak ludziom życie uprzykrzać?

szkoła

Skomentuj (88) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (226)

#80307

~Kunkwat ·
| Do ulubionych
Długo zastanawiałem się nad tym, czy to umieścić. Po prostu się boję. To wina lokalnej polityki. Jednak moja obecna wychowawczyni i pewna pani psycholog uświadomiły mi, że nic mi nie mogą zrobić za to co napiszę.
Przechodzę do sedna.

Trzecia klasa gimnazjum. Spotkanie ze starostą (było już po egzaminach). Pan starosta opowiada i zachwala wniebogłosy lokalne szkoły ponadgimnazjalne. Powszechnie jest wiadome, że mają one słaby nabór, bo uczniowie wolą dojeżdżać do o wiele większego miasta niedaleko nas. Spowodowane jest to m.in. tym, że nauczyciele są strasznie upolitycznieni i ci, którzy nie sprzyjają lokalnej władzy mogą nawet utracić etaty (było głośno o jednej takiej pani, która została nauczycielką świetlicową, mimo że wcześniej uczyła normalnie młodzież).

Niedługo po tym spotkaniu zobaczyłem artykuł na lokalnym blogu, który twierdzi, że liceum w naszym mieście to "reanimowanie trupa". Skomentowałem to mówiąc, że starosta mówił m.in. o nim właśnie, w naszej szkole. Następnego dnia się zaczęło...

Nie pamiętam jak to było dokładnie, bo minęło półtora roku od tamtych wydarzeń.
Wychowawca dowiedział się, że to ja napisałem ten komentarz (mój błąd, podpisałem się swoim imieniem) od nauczycielki, radnej miejskiej, która jest ze sprzyjającej staroście partii. Kazał mi usunąć ten komentarz, a moi rodzice zostali wezwani i poinformowani o moim "haniebnym" i "gówniarskim" czynie, oraz o tym, że szkaluję szkołę i obrażam starostę. Komentarz usunąłem. Można rzec, że koniec, sprawa załatwiona.

Jednak niedługo potem pewien pan pod miejscem usuniętego komentarza zapytał co się stało, że został usunięty. Odpisałem zgodnie z prawdą (wtedy zmieniłem nick). Kolejnego dnia, znowu wychowawca mnie oskarża, znowu grozi policją, przez co doprowadził mnie do płaczu. Rodzice znowu wezwani, rozmawiałem ze szkolnym psychologiem i panią pedagog, którzy mówili mi, że tak nie wolno postępować. Moi rodzice byli oburzeni, wzięli moją stronę. Jedna pani bibliotekarka też mnie broniła, bo twierdziła, że nikogo nie obraziłem i wyraziłem poglądy, do których mam prawo.
Sprawa ostatecznie zakończyła się tak, że obniżono mi ocenę z zachowania.

Zrozumiałem, że w lokalnych placówkach edukacyjnych jestem
"persona non grata", więc dojeżdżam do liceum w bliskim mieście wojewódzkim. Tak jak znaczna większość osób w wieku licealnym.

polityka

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (202)

#80344

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod historią http://piekielni.pl/80324 wywiązała się dyskusja na temat zarobków- mnie osobiście iryuje, że w ofertach pracy potencjalny pracodawca nie pisze choćby widełek zarobkowych na danym stanowisku.
Generuje to sytuacje np.

Mieszkam w Gdańsku, oferta pracy w Gdyni, na 7:30. Wstaję o niemożebnej porze, by być trochę wcześniej, gdyż Gdyni nie znam. Na miejscu okazuje się, że po pierwsze stanowisko, na które aplikowałam jest już zajęte, a do zaproponowania mają mi inne- z pensją 6zł/h. Nie wiem, czy brutto, czy netto, bo po tej jakże szczodrej propozycji wyszłam. 6 zł kosztuje bilet SKM Gdańsk-Gdynia.

Na studiach dorabiałam przez Agencję Pracy Tymczasowej- ot rejestrowaliśmy się tam, jak nadarzała się np. inwentaryzacja/wykładka towaru/lepienie ciastek itp, koordynator dzwonił i pytał o chęć pracy. Zadzwoniła kiedyś pani mówiąc o "atrakcyjnych zarobkach", mieszkałam wtedy na Przymorzu, miejsce pracy Gdynia Witomino. Ok, jedziemy ze współlokatorką. Na miejscu okazuje się, że " atrakcyjne wynagrodzenie" to 4,20/h. Brutto. Zostałyśmy tylko dlatego, że była zima, ok 22 i ciężko się już było stamtąd wydostać.
Zainteresowanym polecam sprawdzenie czasu podróży w jedną stronę choćby za pomocą jakdojade.pl .

Co do koordynatorów, to ze wspomnianą współlokatorką dostałyśmy kolejne skierowanie na inwentaryzację, tym razem ul Rogalińska ( podobnie odsyłam do jakdojade, pamiętam, że podróż oscylowała w granicy 1,5-2h), na miejscu okazuje się, że miałyśmy się stawić przecież za 4 godziny i "jak to, my nic nie wiemy?". Ot, koordynator sobie nie zadzwonił/nie wysłał sms, że zaszła zmiana. Do domu wracać się nie opłacało, stawka 8zł była przyzwoita jak na tamte czasy, ale na dworze siąpiło, w sklepie nie pozwolono nam zostać, bo nie miałby nas kto pilnować...
Skończyłyśmy w jakiejś mordowni przy piwie za 3,5 ( spokojnie, jedno piwo w 4 godziny wywietrzało), siedząc te niemal 4 godziny z kuflami opróżnionymi w 90%.

I teraz zastanawia mnie, co kieruje pracodawcami, którzy nie podają takich informacji? Albo w trakcie rozmowy rekrutacyjnej, która okazuje się wieloetapowa, na pierwszym jej etapie nie mogłam dopytać się o wysokość zarobków, bo to " tajne" narazie... Po co tracić sobie wzajemnie czas?

rekrutacja zarobki pośrednicy_pracy

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (174)

#80337

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z serii „to tylko dziecko”.
Jak to czasem bywa latem na plaży: ludzie pływają, wychodzą z wody przemoczeni, czasem zrobi się zimno. Owinęłam się od pasa w dół ręcznikiem i poszłam kupić sobie coś do jedzenia w barze nad jeziorem. Stoję w kolejce, czekam, aż tu nagle ktoś łapie mnie za tyłek. Gotowa strzelić komuś liścia, odwracam się, a tam dzieciak. Taki na oko pierwsza, może druga klasa podstawówki.

I szczerzy się do mnie bezczelnie. Zignorowałam i wróciłam do gapienia się przed siebie. Przecież nie będę bić dziecka. A nie bardzo wiedziałam, jak zareagować.
Ale zignorowanie to był błąd.
Tym razem mnie klepnął.

Mówię mu, żeby przestał i mnie nie dotykał, bo sobie tego nie życzę. Dzieciak się śmieje. Mamusia z tatusiem pogrążeni w rozmowie.

Za chwilę złapał mnie znowu. Tym razem za oba pośladki na raz.
Zwracam uwagę rodzicom, pada nieśmiertelne: „to tylko dziecko/bawi się” i jeszcze leci, oczywiście od ojca: „podobasz mu się, to łapie, co narzekasz, hehe, wie co dobre”. Dzieciak zadowolony z siebie. Rodzice tak samo, ich zdaniem sprawa załatwiona. Padły jeszcze jakieś ciche komentarze, już między nimi, że jestem głupia i nienormalna. Nie chciałam się kłócić, więc przewróciłam tylko oczami, ale jednak w środku zdążyłam się już zagotować.

Kolejny raz dzieciak próbuje złapać mnie za tyłek, ale, już przygotowana, łapię go za rękę, a potem dość mocno odpycham. Nie wydaje mi się, żebym wsadziła w ten ruch za dużo siły, ot, dzieciak cofnął się dwa kroki i w zasadzie potknął o własne nogi, usiadł na drewnianej podłodze na tyłku, a potem płacz.
W matkę wstąpił szatan, że jej dziecko biję, że nienormalna i zboczona (?) jestem, bo Mateuszek mnie tylko niewinnie zaczepiał, bo chciał się pobawić, jak ja mogę!
I generalnie matka sadzi się do mnie z łapami.

Na szczęście ludzie z kolejki przysłuchiwali się sytuacji i zareagowali. Właściciel baru wyprowadził rodziców gdzieś na bok, co się z nimi stało później – nie wiem.

Tak dorastają dzieci, które myślą, że są bezkarne i mogą wszystko. Bo mamusia i tatuś zawsze będą uważali, że są święci.

plaża

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (229)

#80346

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego jesiennego dnia wydarzył się wypadek. Jadący z naprzeciwka wyprzedzał rowerzystów. Nie było by tu nic piekielnego, gdyby nie fakt, że jeden z dwóch rowerzystów radośnie wyjechał na środek drogi podczas tego manewru.

Widząc jadących z przeciwka rowerzystów, przewidywałem różne opcje – a jednośladom na drogach po prostu nie ufam – to zacząłem raptownie zwalniać, aby dać wyprzedzającemu więcej miejsca na wyprzedzanie i na bezkolizyjne wyminięcie. Przytuliłem się jeszcze bardziej do prawej strony. Wyprzedzający wyprzedza. Rowerzysta wyskoczył mu przed maskę, wyprzedzający go "trafił" i odbił na mój pas – we mnie. Nastąpiło potężne uderzenie, poduszka wystrzeliła a mi na chwilę urwała się świadomość. Odzyskałem ją kilkadziesiąt sekund później.

Zabawne jest to o czym człowiek wtedy myśli – pierwsze co przyszło mi na myśl to: "K*wa, spóźnię się do roboty" i po chwili gdy dotarło do mnie, że auto dalej nie pojedzie o własnych siłach: "Stary mnie zamorduje za samochód" (stary – szef firmy, tak na niego mówimy). Po chwili (która mogła trwać minutę albo pięć – ciężko oszacować w takim stanie) próbowałem się wydostać z auta – nie dało rady drzwiami od strony kierowcy, więc przeczołgałem się do drzwi pasażera. Wyciągnąłem ze schowka dokumenty i papierochy a z podłogi za siedzeniem pasażera jakoś udało mi się wydobyć kurtkę. "Wypadłem" z auta i dopiero wtedy poczułem, że noga boli jak jasna cholera.

Próba wstania z ziemi zakończyła się niepowodzeniem, więc tak siedziałem. Odpaliłem fajkę, zadzwoniłem pod numer alarmowy i przedstawiłem miłej pani sytuację, odpowiedziałem na pytania oraz zaznaczyłem, że sam nie mogę wstać bo chyba mam złamaną nogę. "No ale jakoś pan z tego samochodu wyszedł, nie?" – tłumaczę, że się wyczołgałem a teraz nie mogę wstać. Pani dalej w zaparte: "To pan pójdzie sprawdzić w jakim stanie są inni uczestnicy wypadku i udzieli pierwszej pomocy" – tłumaczę kobiecie po raz kolejny, że nie wiem, nie mogę "pójść" i sprawdzić, ponieważ nie jestem w stanie wstać. "No ale z samochodu pan wyszedł...". Wtedy w uszach mi zamajaczył sygnał dźwiękowy a po chwili na horyzoncie pojawiły się policyjne koguty. Gdy dwa radiowozy były już na miejscu – ja nadal tej kobiecie tłumaczyłem, że nie jestem w stanie wstać a inni uczestnicy mogą być ciężko ranni albo nawet martwi. Wyłuszczyłem jej fakt, że potrzebne są karetki i straż pożarna. W końcu oddałem telefon policjantowi który mnie znalazł. "Pan nigdzie nie idzie" – bezwiednie rzucił policjant i się oddalił. Trzeba przyznać, humor czarny jak dusza satanisty.

Zanim pojawiła się policja, co robili inni kierowcy jadący drogą? Ano wszyscy jak jeden mąż radośnie omijali dwa wraki i połamany rower na środku – poboczem, przez płytki rów, polem a potem znów przez rów i dalej w długą.
A co zrobił drugi rowerzysta? Ano spie*lił. Nie omieszkałem zapytać policjanta skąd oni się tak szybko wzięli – gość z drugiego samochodu zadzwonił bezpośrednio na lokalną komendę.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (177)

#80338

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło się, że miałam bardzo zajęty dzień, ale wypadało zrobić pranie. No to hop, pralka nastawiona, a ja szybko na zakupy, bo lodówka świeci pustkami.

Wracam, zadowolona słyszę, że pralka już wiruje (bo pranie akurat krótkie), jest szansa, że ze wszystkim się tego dnia wyrobię. Wtem! Na klatce dopada mnie sąsiadka:
S: Jak tak można! Kto to widział, żeby pranie nastawiać, jak się gdzieś wychodzi! Pralki trzeba pilnować! Trzeba patrzeć! A jakby kogoś zalało?! Ci młodzi to teraz nic nie myślą!

Nie wiem, może jakaś głupia jestem, ale teraz trochę nowsze pralki chyba już nie wylewają jak kiedyś, poza tym nie było mnie w mieszkaniu raptem 30 minut.
...i chyba mam ciekawsze rzeczy do roboty niż gapienie się, jak pranie w pralce się kręci, bo a nuż wyleje.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (178)

#80310

~Rasta ·
| Do ulubionych
Pracuję na stacji benzynowej, przy jednym z wyjazdów do Polski. Historii o klientach mam na pęczki, ale to wydarzyło się dzisiaj w nocy skłoniło mnie do opisania tego tutaj.

Grubo po północy, jestem sama na zmianie. Ot, uroki "braku pracy". Wchodzi na sklep grupa osób, wszyscy w kapturach, jeden w kominiarce. Schowałam się szybko na magazynie i zadzwoniłam po naszego ochroniarza. (Pan lat 70! sic!). Wychylilam się zza wikla aby sprawdzić co się dzieje. I nagle widzę dziewczynę w masce, chłopaka w kominiarce! Napad!

Biegiem puściłam się do tylnego wyjścia wzywać policję. Wtem słyszę, że mam wrócić na sklep.... Ni chu, chu myślę. Jednak słyszę głos ochroniarza... Poszłam, trzęsąc się jak osika.

I wiecie co?

Grupka wypitych 20-latków, tubylców, postanowiła zrobić sobie kawał. Zażartować.

Zastanawiam się co dalej z tym zrobić. Bo to, że tego tak nie zostawię to pewne.

Jakieś pomysły?
Świat schodzi na psy.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (156)

#80328

(PW) ·
| Do ulubionych
Obecnie mieszkam w rodzinnym domu z siostrzenicą i rodzicami(jej dziadkowie). Wcześniej, do czasu zdania matury siostrzenica mieszkała z bratem (znaczy moim siostrzeńcem) u ich ojca i jego baby, ponad dwieście kilometrów dalej – w innym mieście. Z dziećmi siostry miałem dobry kontakt z racji dość niewielkiej różnicy wieku, potem już tylko z siostrzenicą. Podróżowałem tam z reguły raz na tydzień, w weekendy.

W tamtym domu Natalia była jak powietrze, a siostrzeniec Marcin zaś był ulubieńcem. Z czasem takie rozróżnienie rodzeństwa się nasilało. Co z tego wynika wyjaśniać nie trzeba: Marcin zawsze był niemal święty, cokolwiek by nie zrobił. Natalia była najgorszą wiedźmą (i wiele różnych mniej lub bardziej wulgarnych epitetów). Ojciec jej piekielności nie czynił (jedynie traktował ją jak ducha), ale brat z kobietą ojca już tak. Dawali jej do pieca równo przez cały czas. Na rok przed jej osiemnastką zapowiedziała podczas którejś kłótni, że gdy tylko skończy szkołę to się stamtąd wyniesie: "choćbym miała i pod mostem mieszkać".

Wtedy też nasiliło się czynienie dziewczynie wszelkich przykrości. Wiadomości o tym co się tam wyczynia dostawałem od niej regularnie. A to "macocha" coś jej "skonfiskowała", brat okradł z pieniędzy. No i dziewczyna była w takich sytuacjach bezsilna – ojca to nie interesowało bo "sama jest sobie winna".

Wielokrotnie sam urządzałem niemal karczemne awantury, kilka razy zadziałali moi rodzice, gdy sprawy obierały niebezpieczny obrót – skutkowało na tydzień czy dwa i był względny spokój. Jako przykład takich niebezpiecznych sytuacji – gdy Marcin wracał pijany i dochodziło do rękoczynów. Natalii nic poważne zrobić nie zdołał, ale całe takie noce siedziała praktycznie zabarykadowana w pokoju. A co na to ojciec? "Wybryki młodego, nie ma się czym przejmować". Tak to się ciągnęło niemal przez rok a brata się po prostu bała.

Apogeum nastąpiło na około tydzień przed jej maturą. Sobota, byłem wtedy autem. Natalia otworzyła drzwi, a w korytarzu Marcin – czerwony, wkurzony i ewidentnie pijany szesnastolatek (prawdopodobnie też po amfetaminie). Ryknął coś w stylu "Gdzie pieniądze k*wo!" – nie zdążyłem zareagować (bo byłem za nią), strzelił ją pięścią w twarz. On ją, ja jego – gówniarz przysiadł a macocha wyłoniła się z czeluści domu i do mnie z rękami. Babsztyla złapałem i "posadziłem" na ziemi. Całość okraszona masą niecenzuralnych wyrażeń z obu stron. Natalii kazałem iść do samochodu i sam też się wycofałem.

Warga dziewczyny rozcięta poważnie – pojechaliśmy do szpitala, trzy godziny czekania, lekarz połatał. Tego dnia nie wróciliśmy do "domu" – podzwoniłem po znajomych i zakwaterowaliśmy się na tydzień u kolegi kolegi. Potem już tylko była krótka wizyta po rzeczy Natalii. Ojciec zaskoczony – "no córuś, ale co ty?". Macocha milczy blada jak ściana, a "braciszek" jeszcze jej groził.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (173)

#80326

(PW) ·
| Do ulubionych
Matki na basenie – ciąg dalszy. Poprzednie: #79944.

6. Najbardziej przerażające – matki, które mają gdzieś własne dzieci.

a) Dzieci biegające samopas.

Do 7. roku życia dziecko musi być pod stałą opieką. Jak interpretują to rodzice, o ile oczywiście wcześniej o takim „wymyśle” słyszeli?

- Rękawki/inne gadżety – no przecież nic się nie dzieje, nie utopi się, nikt nigdy nie słyszał o tym, żeby dziecko z kółka wypadło, a to że kilkulatek, rycząc wniebogłosy, kręci się od dłuższego czasu po rzece, bo nie ma siły z niej wypłynąć? Ee tam, bzdura. Przecież mama chyba może wyskoczyć na zjeżdżalnię, nie?

- Inni ludzie – o co mi w ogóle chodzi, jak zostawiła młodą w brodziku, to byli tam jacyś dorośli, skąd ona miała wiedzieć, że sobie pójdą zajęci własnymi dziećmi?!

- Dzieci niewiele starsze – ja naprawdę nie legitymuję nikogo, ale umówmy się, dziesięciolatek sam miewa często głupie pomysły, i o ile pewnie może zająć się rodzeństwem w domu, o tyle nie stanowi żadnej gwarancji bezpieczeństwa dla malucha, kiedy sam ledwo utrzymuje się na wodzie, bieganie po mokrej podłodze uważa za świetny pomysł, a słupki startowe przy basenie pływackim przypominają mu plac zabaw.

- Siła spojrzenia – jak wywnioskowałam z wielu wypowiedzi, kilkulatek przygnieciony miażdżącą siłą spojrzenia będzie zachowywał się jak aniołek, jeśli się go zostawi w którymś z brodzików/rekreacyjnych i będzie się go obserwować np. z jacuzzi. Ta sama siła pozwoli również wyciągnąć go błyskawicznie z wody, jeśli zakrztusiłby się czy zaczął topić.

- Ratownicy – dopiero wtedy, kiedy coś się stanie. Czyli jak już Brajanek spadnie ze schodów, Dżesika wyrżnie się na mokrej podłodze, a Andżela nie wyhamuje przed basenem i zacznie się topić, matki znajdują się w ciągu kilku sekund, z awanturą, że jak my niby pilnujemy dzieci?! Ups. No nie pilnujemy wcale, no. Oczywiście gwizdnę, jak widzę, że młode biega po drugiej stronie basenu, ale sama za nim nie lecę – gdybyśmy mieli opiekować się dziećmi, nie starczyłoby czasu na nic innego. Ale zawsze to nasza wina, że maleństwu coś się stało, bo przecież mama widziała, że są ratownicy! I w ogóle od czego my tu niby jesteśmy?! (To pytanie kochamy. Wszyscy odpowiadamy, że od poskładania do kupy jej dziecka już po tym, jak zrobi sobie krzywdę przez brak opieki z jej strony).

A jak byście widzieli ratowników, którzy z różnych miejsc basenu ściągają małe dzieci i sadzają obok swojego stanowiska, to nie myślcie, że to kara. To bicie rekordów w grze „Który ratownik posadzi najwięcej bezpańskich dzieci w jednym czasie”. (Nie wygrywam. Jeszcze).

b) Drzemka.

Standardem są matki, które próbują władować nam dziecko na drzemkę do pomieszczenia ratowników, bo przecież tam stoi łóżko (kozetka, na której sadzamy wszystkich „rannych”...) i zawsze ktoś siedzi, i niby gdzie mają iść, jak maluszek zmęczony i marudny. Odprawiamy. Ale jedna wpadła na oryginalny pomysł.

Grzeczna, sympatyczna, pyta spokojnie, czy gdzieś ewentualnie mogłaby położyć dziecko (niemowlę), bo z rodziną przyszli na cały dzień i szkoda im wszystkim wychodzić. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to szatnia dla rodzin, jeżeli pusta – tam jest coś w rodzaju kojca. Proponuję, żeby wzięła ręcznik i rozłożyła tam, bo rzadko kto z tej szatni korzysta. Okej, super, dziękuje – poszła. Chwilę później podchodzi do mnie mocno zaaferowana pani nr 2. Zaaferowanie brało się stąd, że kiedy poszła się przebrać, w szatni znalazła śpiące dziecko bez opieki. Zanim jednak gnana wściekłością ruszyłam na poszukiwanie matki, usłyszałam krzyki. I płacz. Znaczy, matka sama się znalazła, przybiegła z dzieckiem na ręku zrobić awanturę mi i tamtej pani. Dlaczego? Bo przecież powinnam poinformować kasjerki, że skoro tam śpi dziecko, to szatnia jest nieczynna, a tak to ludzie sobie wleźli, ona to widziała, pobiegła, a tam maleństwo płacze! Obudzili je, dranie!

A mi naprawdę nie przyszło do głowy, że to dziecko zamierza tam zostawić – nie wiem, czy celowo tak układała wypowiedzi, czy ja naiwnie wierzyłam w jej inteligencję, ale wychodziło mi z jej pytań, że ona z tym dzieckiem posiedzi, żeby reszta rodziny mogła się spokojnie bawić.

c) Karyny w saunie.

Okej, wiem, sądzenie po pozorach i te sprawy, a głupoty robią różne matki, ale przysięgam, nie widziałam nigdy kobiety innego typu, która porwałaby się na taki wyczyn – wyłącznie zjarane na solarium panienki z twarzą nieskalaną myśleniem, za to okraszoną kilogramową tapetą (przypominam, mówimy o basenie).

Żeby było jasne – saun nie sprawdzamy (chyba że ktoś włączy alarm czy musimy zająć się czymś konkretnym). Pilnujemy wyłącznie, by chętni zabierali ze sobą ręcznik i nic więcej. Druga rzecz – regulamin wisi, mówi o tym, że do sauny od 12. roku życia, ale znowu – to bardziej informacja i zabezpieczenie dla nas, bo jest tam multum innych przeciwwskazań i nikt nie będzie robił wywiadu, a poza tym na tym obszarze są też leżaki, stoliki itp. i ludzie często chodzą tam po prostu odpocząć chwilę od zgiełku basenu.
Parę razy zdarzyło się natomiast, że szliśmy coś sprawdzić, a w saunie… Karyna z niemowlęciem. I to niemowlęciem, oczywiście, w tych takich pieluszkach do pływania – jeżeli były pełne, cóż… Zapach wyobraźcie sobie sami. Reakcje Karyn na upomnienie i nakaz opuszczenia sauny?

- Bo to jest zdrowe! A w Polsce to ciemnogród, się nie znajo! - No zdrowe, ale nie dla takiego malucha.

- A co ona ma niby zrobić, jak nie ma z kim dziecka zostawić?! - No nie wiem, może sobie darować?

- Wszyscy jesteśmy bezczelni, przecież kupiła bilet dziecku, to ono może! - Nie wiem, co to ma do rzeczy, ale dzieci w takim wieku wchodzą za darmo.

- Przegrzanie? Jakie przegrzanie! Jej Brajanek uwielbia, jak mu cieplutko! - Brajanek wyglądał, jakby miał dość ciepła do końca życia…

- On nie robi w pieluszkę, co pani, to zapach potu! - Jak ja się pocę w ten sposób, to muszę później wytrzeć tyłek i spuścić wodę w ubikacji.


d) Stroje.

Chyba taki standard – maluchy w tych pieluchach do kąpieli, zabezpieczających basen przed niespodziankami, a starsze w strojach kąpielowych. Ale to standard nie dla wszystkich.

- Notorycznie pojawiają się matki z całkiem nagimi dziećmi w wieku od niemowlęcego do dwóch lat. Chyba są zaprawione w bojach internetowych, bo na zwrócenie uwagi zaczynają wykłady o tym, że żaden pedofil zdjęcia tu dziecku nie zrobi albo że to dziecięca nagość, więc nie powinna nam przeszkadzać, że to nic seksualnego, że… Mniej więcej w tym momencie udaje nam się wtrącić, że właściwie to zupełnie nie interesuje nas ani seksualność dziecka, ani pedofilia, bo fakt, jej sprawa, jak się dzieckiem zajmuje, ale chodzi nam o utrzymanie czystości wody w basenie (wymiana w najmniejszym z rekreacyjnych – ok. 5000 zł + straty spowodowane zamknięciem basenu, przeboje z sanepidem i inne cuda, co też szybko matkom wyjaśniamy), bo wiadomo, że maluchowi może się „coś przydarzyć”. I tutaj następuje jeden z dwóch typów reakcji. Albo od razu awantura, bo jak to nas nie interesuje pedofilia, ona myślała, że my tak z troski o dziecko, a my o pieniądzach itd., albo matka zaczyna się zaklinać, że jej dziecko już nie korzysta z pieluszek, już się nie moczy, a kupy to nie robi nieomal wcale (i nie ma znaczenia, czy mówi o półtorarocznym dziecku czy o kilkumiesięcznym), a awantura następuje dopiero wtedy, kiedy okaże się, że niesamowite umiejętności jej dziecka nie oszołomiły nas na tyle, by nie kazać jej opuścić basenu.

- Może nie piekielne, ale dla mnie dziwne. Rozumiem, że małe dziewczynki też biegają często w samych kąpielówkach, jednak w końcu nadchodzi czas, by ubrać małą w kostium. A może nie często, ale – powiedzmy – raz na dwa tygodnie, pojawiają się dziewczynki wieku lat 6 czy 7 w samych majtkach (niby mogę źle oszacować, ale wiek części z nich często mam podany, kiedy mama chce wymarudzić zgodę dla dziecka na skorzystanie z atrakcji przeznaczonych dla starszych). Może ja jestem przewrażliwiona, ale to dzieci w wieku szkolnym, a u nas już pierwsze klasy biegają na basen w ramach WF-u i nie wyobrażam sobie, żeby którakolwiek z uczennic przyszła w samych majtkach. No ale cóż, tu uwagi nie zwracamy, chociaż zdarza się, że zrobią to inni, życzliwi oczywiście, klienci.

Ach. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi. Baseny to wylęgarnia zła.

aquapark

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (152)

#80315

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowałam się historią o nieoddzwaniających pracodawcach http://piekielni.pl/80308. Kilka (przydługich) słów na temat dzwonienia, umawiania się i kultury obsługi klienta.

Ostatnio poszukujemy domu do wynajęcia. Przeglądam oferty w internecie, gdy coś mnie zainteresuje dzwonię, by dopytać o szczegóły i ewentualnie umówić się na oglądanie. Dostaję białej gorączki na stwierdzenie "Ktoś się odezwie/oddzwonimy do pani", bo słyszę to regularnie, a w praktyce oddzwoniono do mnie jeden jedyny raz. Ale po kolei:

1. Agencja-widmo
Dwa interesujące ogłoszenia od tego samego agenta. Dzwonię, wybieram odpowiednia opcję, czekam... Nikt nie odbiera. Próbuję ponownie za jakiś czas, to samo. Zostawiam wiadomość na sekretarce. Następnego dnia popołudniu dzwonię znów, bez skutku. Przy trzecim telefonie wybieram inną opcję, odzywa się jakaś miła pani, ale niestety nie może mi pomoc, bo ona się nie zajmuje wynajmem. Może mnie przekierować do tamtego działu. Nikt nie odbiera? W takim razie ona im przekaże wiadomość, a oni oddzwonią. Czekam do dziś.

2. "Ja tu tylko sprzątam"
Poza typowymi parametrami danego lokum najbardziej interesuje nas fakt, czy właściciel zgadza się na trzymanie zwierząt. Ta informacja nie zawsze jest zawarta w ogłoszeniu, często brakuje też innych szczegółów. No wiec dzwonię, by się dopytać. Niestety bardzo często osoba odbierająca telefon nie jest w stanie odpowiedzieć na moje pytania. Musi skonsultować się z kolegą, którego akurat nie ma/skontaktować się z właścicielem/wywróżyć z fusów. Oczywiście ktoś oddzwoni. Tia...

3. Punktualność
Nie czepiam się drobnych spóźnień, zdarza się. Korki, wypadki losowe itp. Na szczęście żyjemy w XXI wieku i każdy posiada telefon komórkowy, więc w każdej chwili można się skontaktować i zawiadomić, że troszkę się spóźnimy, prawda? A figa! Szczyt osiągnęła pani, która dzwoniła prawie godzinę po umówionym czasie i pytała czy jeszcze czekamy. Bo jej się coś przeciągnęło ale już jest wolna i mogłaby przyjechać :)
Innym razem pan agent spóźnił się prawie pól godziny, przyjechał gdy już mieliśmy wracać do domu. Nie padło nawet "przepraszam". Widocznie za kulturę mu nie płacą.
Na kolejne oględziny to my się spóźniliśmy. Kilka minut, bo wyjechaliśmy odpowiednio wcześniej, ale godziny szczytu plus nieznana okolica zrobiły swoje. Pan już czeka przed wejściem, na moje powitanie kiwnął głową. Przepraszam za spóźnienie, maż już idzie, tylko wypnie fotelik z auta. Pan się chyba obraził, bo dziwnie milczał i musieliśmy ciągnąć go za język dosłownie o wszystko. Nie byliśmy do końca zdecydowani, bo metraż trochę mały, więc pan sam z siebie zaproponował, że wyśle nam formularz na e-mail. Oczywiście nie wysłał.

Z "Oddzwonimy" spotkałam się tez w wielu innych sytuacjach, i zachodzę w głowę, po co? Jeśli ktoś nie ma zamiaru się ze mną kontaktować, jest wiele innych sposobów by zakończyć rozmowę, nie robiąc z siebie dupka.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (129)