Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#78253

(PW) ·
| Do ulubionych
Generalnie nie obchodzi mnie czy ktoś jest wege, nie toleruje laktozy, glutenu, woli jeść kamienie czy runo leśne. Dopóki z tego powodu nie traktuje innych jak ludzi "nieoświeconych", "morderców" i podchodzi do swojej diety z fanatyzmem, próbując wszystkich dookoła przekonać do swoich racji. (Tak samo jak osoby jedzące mięso na siłę próbują wmusić je w osobę nie jedzącą go, bo i tak się zdarza).


Ja na przykład uwielbiam mięso. Był grill u kolegi z pracy narzeczonego, zaprosił w większości ludzi właśnie z pracy. Wśród nich była Monika. Ogólnie miła dziewczyna, akurat siedziała obok mnie, rozmawiałyśmy normalnie, przyniosła jakieś owoce pokrojone w plastry i coś co przypominało kształtem kotlety, ale nie znam się na tym. Przyszedł Gospodarz, mówi że można już kłaść jedzenie na kracie. Monika poprosiła by on to zrobił.

Nadszedł czas zdejmowania z grilla. Gospodarz, z czystej uprzejmości przyniósł Monice kilka pieczonych owoców i powiedział, że jak chce to reszta jest nad ogniem. Zjadła, rozmawiamy dalej. Potem sama wstała po jedzenie i się zaczęło.

Wrzask, ryk, że jak to, że jej jedzenie spoczywa na tej samej karcie co kiełbasy i steki, dla których zginęły biedne zwierzęta, że wszyscy jesteśmy po*ebani bo mamy ich krew na rękach, na koniec wybuchnęła płaczem, bo zjadła tych kilka owoców które już były na tej kracie. Powiedziała, że nie chce "bratać się z mordercami" i że nienawidzi nas wszystkich. I wyszła.

Nie wiem, nie znam się, ale moim zdaniem z lekka przesadziła. Wystarczyło poprosić by kumpel odpalił osobnego grilla.

Wege grill znajomi

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (Głosów: 212)

#78242

(PW) ·
| Do ulubionych
O wynajmujących słów kilka.

Nadszedł czas, że musiałam wziąć los w swoje ręce i jako dorosły człowiek znaleźć sobie pokój w którym zamieszkam.

Sytuacja I.
Wśród ogłoszeń znalazłam coś co mnie zainteresowało, nieduże mieszkanie, dwa pokoje, jedna współlokatorka,
Dzwonię, umawiam się, jadę.
Na miejscu wszystko odpowiada moim wymaganiom, lokatorka przypadła mi do gustu ja jej wyraźnie też. No to co? Umawiamy się na podpisanie umowy, powiedzmy dzień w którym oglądałam pokój to był czwartek, na poniedziałek ustaliłyśmy że podpisujemy umowę, bo właściciel musi ją przygotować.

W sobotę wysyłam smsa by się upewnić, że się nie rozmyślili.
Tak, tak, wszystko aktualne.
Niedziela wieczór, kiedy już sobie wszystko ustawiłam by zdążyć na podpisanie, dostaję smsa.
"Dobry wieczór, niestety nie wynajmę pani, bo kuzyn chce nająć, a ja wolę rodzinie wynajmować."

Sytuacja II.
Kolejny upatrzony pokój, którym byłam zachwycona od początku, pojechałam, zobaczyłam, wszystko na tak, Właścicielka się żali, że niedawno ktoś rezerwował i ona trzymała ten pokój ale chętna się rozmyśliła, a ona jest w plecy. Moim współlokatorem miał byś jakiś chłopak, którego i tak prawie cały czas nie było, bo siedział u dziewczyny, na co ja myślę to spoko, będzie spokój.
No to co? Mówię, że jestem na tak, że kiedy mogę przynieść zaliczkę ,a kiedy podpisanie umowy?
No z zaliczką jak najszybciej najlepiej jutro, a umowa po weekendzie, bo Państwo wyjeżdża.
Stwierdzam, że zaliczkę mogę przywieźć nawet za godzinę, bo czemu nie? Pokój ładny, a pchnięta doświadczeniem wiedziałam, że coś może się zmienić.
Pani się zgodziła i mówi, że super, że wtedy rezerwuje mi pokój.
Nie zdążyłam dojechać do domu po zaliczkę, jak Pani zadzwoniła, że jednak nieaktualne, bo dziewczyna mojego niedoszłego lokatora chce się wprowadzić i on dopiero teraz o tym powiedział.
Po kilku dniach pokój wrócił do bazy ogłoszeń.

Ale to podobno najemcy są zawsze źli i niedobrzy.

uslugi

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (Głosów: 174)

#78224

(PW) ·
| Do ulubionych
Od dłuższego czasu mam problem z sąsiadami. Najgorsze jest to, że łapie się na tym, myślę, że to może ze mną jest coś nie tak ale od początku.

Od dwóch lat mieszkam na totalnym zadupiu. Sklep wiejski i plotki są jedynymi atrakcjami dla tutejszej społeczności.

Mieszkam w 'bloku' (czyt. stary pałac, w którym znajduje się biuro, sąsiadka lat ok. 70 i sąsiad kilka lat starszy od niej).

Pani sąsiadka ma córkę, która notorycznie pali na klatce schodowej, próbuje to zwalczyć tym bardziej, że mam dwuletniego synka.
Dzisiaj wychodząc z mieszkania zobaczyłam dym i poczułam smród. Otworzyłam okno. Pani sąsiadka wyskoczyła i nawiązała się taka rozmowa.
S - sąsiadka
J - ja

S: Pani (nazwisko) proszę mi tu okna nie otwierać, bo ja tu mieszkam 40 lat i zawsze okno było zamknięte.
J: To proszę nie palić papierosów na klatce schodowej.
S: Pani jest za smarkata aby ustalać tutaj nowe reguły, ja jestem starsza i powinna mieć Pani do mnie szacunek.
J: Szacunek należy się każdemu niezależnie od wieku.
S: Ja już nie będę z Panią rozmawiać, bo Pani nie sprząta klatki schodowej.
J: Przestałam sprzątać po tym jak notorycznie zwracałam uwagę na palenie i Pani córka moje prośby zignorowała.
S: Jak Pani nie będzie sprzątać klatki schodowej, to porozmawiam z Pani mężem (!?) bo on jest dla Pani za dobry i powinien Panią zostawić.
J: W takim razie do widzenia.

Nie wiem skąd taka teoria, ale wiadomo na wsi ludzie wszystko wiedzą.. ;)

A ja nadal nie wiem jak pozbyć się dymu z papierosów na klatce schodowej. :/

klatka_schodowa

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (Głosów: 174)

#78277

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed 10 minut.

Drogą rowerową jedzie sobie na pięknym miejskim rowerze puszysta dziewczyna. Nagle wyprzedza ją "mistrz kierownicy" odziany w dżinsy, białe adidaski i bluzę, na rowerze po młodszym bracie z komunii, z krzykiem "pedałuj gruba, pedałuj!" i w tym momencie, zaaferowany dogryzaniem biednej dziewczynie, jebudu! Wjechał w przystanek! Dziewczyna przejęta zsiada z roweru, podchodzi z pytaniem, czy nic mu się nie stało, na co włącza się starszy pan, który na przystanku stał:

"Ani mi się waż mu pomagać, chamowi! Sam się wypie*dolił, sam się teraz ogarnie".

Aż miło! :-)

rower cham przystanek

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 450 (Głosów: 462)
À propos ubrań z kontenerów Caritasu czy innych organizacji.

Odwiedzałam kiedyś pewna rodzinę wielodzietna, ojciec wiecznie bezrobotny, 14 dzieci, matka już nie żyła (zmarła podczas ostatniego porodu). Z racji bardzo zlej sytuacji finansowej, rodzina dostawała zapomogi od ludzi w postaci jedzenia, pieniędzy, mebli i ubrań. Sytuacja rodziny się poprawiła, dobrzy ludzie zrobili im nawet remont domu by każde dziecko miało swoje łóżko i by w końcu mieli toaletę w domu, a nie na dworze.

Niby wszystko pięknie, ale byłam świadkiem sytuacji bardzo piekielnych:

1. Rodzina dostawała zapomogi w postaci węgla by ogrzać dom, mimo to palili w piecu ubrania, które dostawali. Czemu? Bo dostawali ich za dużo (1 para spodni dla dziecka to wystarczająco), resztę palili. Spytałam czemu nie dadzą tych ubrań sąsiadom (również biednym, ale nie aż tak by się ktoś nimi zainteresował). Ich odpowiedz zwaliła mnie z nóg: "to moje rzeczy i mam prawo zrobić z nimi co chce, ludzie dają to mi, nie im, niech się sami ustawia"...

2. Niektórzy ludzie przywozili im zakupy spożywcze, na święta pełno słodyczy dla dzieci. Część jedzenia była zbędna, wiec trafiała do śmieci. Kiedyś odwiedził ich bezdomny (jakaś ich rodzina) z prośbą o jakieś jedzenie, bo on wie, że oni mają. Reakcja ojca i starszych dzieci? Wywalenie bezdomnego przed dom z wyzwiskami, bo to jedzenie jest ich i koniec.

3. Pewna osoba oddala im swój komputer, sprawny, by dzieci miały, na czym się uczyć. Przez pierwsze dwa tygodnie dzieci ciągle się kłóciły kto ma go używać, reakcja ojca? Rozwalił komputer młotkiem, zwyczajnie rozwalił na części pierwsze, bo w domu ma być spokój.

Tyle by było z dobroci serca obcych ludzi dla rodziny, która nie umiała tego uszanować. Obecnie pewnie szanowny tatuś klnie pod nosem, że wtedy nie było 500+, załapał się tylko na jedno dziecko.

pomoc caritas

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (Głosów: 212)

#78264

(PW) ·
| Do ulubionych
Na czasie opowiadań o wynajmujących i właścicielach.

Historia, w której byłem dość aktywnym uczestnikiem, mimo, że nie dotyczy mojego mieszkania. Znajomy - Piotrek, jest dwa lata młodszy, jeszcze student. Ogólnie ma kawałek do domu, więc na normalne weekendy nie wraca. Co innego święta, czy majowy weekend.

Sytuacja miała miejsce po Wielkanocy. Mieli wolny wtorek i środę, z racji jakichś tam godzin na uczelni. Dziekańskich bodajże. Wtorkowe popołudnie, umówiliśmy się, że go zawiozę razem z bagażami, bo i tak miałem po drodze. Dotarliśmy spokojnie, otwiera drzwi od mieszkania. Pusto, współlokatorów w osobie dwóch kolegów z kierunku, brak. Pewnie przyjadą lada chwila. Wchodzi do pokoju i doznaje szoku. Wszystkie jego rzeczy leżą rzucone na jeden stosik na łóżko. Kolegi z pokoju i tego zza ściany również.

Pierwsze moje skojarzenie? Pewnie właściciel był podejrzliwy i zrobił przeszukanie. Do czego i tak prawa nie miał. Ale Piotrek od razu mnie uświadomił co się zmieniło. Zmieniły się meble. Z takich najtańszych z Ikei, na takie, które śmiem twierdzić, pamiętają nawet rewolucję październikową.

Szybki telefon do właściciela. Przyjechał za może pół godziny. I pytanie Piotrka, "Co tu się k*rwa od*ebało z meblami?" Tłumaczenie gościa sprawiło, że sam zacząłem zbierać szczękę z podłogi. Właściciel urządzał na szybko mieszkanie dla córki i jej koleżanek, a że nie miał kasy, by wyłożyć na nowe meble, to postanowił wstawić te od chłopaków. W zamian, dając im jakieś stare z mieszkania jego matki, które i tak stało puste. Logiczne, nie? Szkoda tylko, że w umowie nie ma zdania o tym, że właściciel może wg własnego widzimisię zmieniać wyposażenie mieszkania, a w szczególności meble...

Piotrek został, bo wyjścia nie miał. Ale zadzwonił do współlokatorów, by im powiedzieć, jaką "atrakcję" zastał. Z tego, co mi później opowiadał, to z rodzicami swoimi i tamtych chłopaków, cisną po właścicielu, żeby przywrócił mieszkanie do poprzedniego stanu.

Uprzedzając pytania. W tym momencie będzie mu raczej ciężko znaleźć zastępcze lokum, więc postanowił przeboleć i do końca semestru tam mieszkać. Ale za to rozesłał wici wśród znajomych, na grupach i forach, żeby ludzie tego konkretnego właściciela omijali szerokim łukiem.

mieszkanie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (Głosów: 192)

#78263

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam sobie wasze stare historie i znów mi się coś przypomniało, śmieszne w sumie.

Pracowałam swego czasu w dziale likwidacji szkód jednego z towarzystw ubezpieczeniowych. Starszy pan zgłosił awarię pralki, przyjmuję, rejestruję, informuję, że standardowo do 48 godzin skontaktuje się z nim telefonicznie technik z serwisu i będzie umawiał się na wizytę. Po około 4 czy 5 dniach znów dzwoni ten sam pan, już zdenerwowany.

Nikt się z nim nie kontaktował, co to ma być! Pralka zepsuta, ile czasu on ma czekać?! Zdumiona, bo serwisy mieliśmy raczej solidne, przeprosiłam go uprzejmie, obiecałam wyjaśnić sytuację i oddzwonić.

Patrzę w system a tam informacje od serwisu: dzień taki i taki, kontakt telefoniczny, godzina taka i taka, klient nie odbiera. W sumie ze 3 takie wpisy. Oddzwaniam do klienta i informuję go, że według mojej wiedzy próby kontaktu były trzy, może mamy nieprawidłowy numer, czytam numer, pan potwierdza. Mówię, że serwis kontaktował się pod ten numer, ale nikt nie odbierał.

Na to pan, wyraźnie wzburzony: "Bo ja nie odbieram połączeń z nieznanych mi numerów"!

call_center

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (Głosów: 204)

#78244

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia usłyszana od znajomej, dodana za jej zgodą.

Piękny majowy dzień, Wrocław. Znajoma, tłumaczka przewodników wycieczek na język migowy. Razem ze znajomym mieli oprowadzać wycieczkę, w której połowa osób było głuchoniemych, bo on nie radzi sobie z migowym. Chłopak wyraźnie zirytowany, wszystko przez wycieczki osób w wieku 70+ z Niemiec, które niezwykle bardzo przeszkadzały jego wcześniejszym grupom.

Wyszli na miasto, oprowadzają i tłumaczą jak zawsze. I nagle grupa Niemców. Rozbili grupę znajomych, przepychają się, głośno gadają, ogólnie przeszkadzają. Znajomy wpieniony, ale jakoś to znosi.

Przychodzi koniec wycieczki, grupa znajomych i Niemców spotykają się na rynku.

Przewodniczka Niemców (również Niemka, nie mówi po polsku), pyta się czy im się podobało, jakiś gruby staruch po niemiecku odpowiada:
- Tak, tak, Breslau jest pięknym miastem - a do znajomych szepcze - Ale te polskie świnie irytujące.

Przy okazji idąc gdzieś podeptał stopy kilku osób z drugiej grupy, w tym znajomej i znajomego. Chłopak już wyraźnie zdenerwowany podchodzi do niego i czystym niemieckim mówi:
- Wrocław, ku**a Wrocław nie Breslau! A jak "polskie świnie" cię irytują, to zabieraj ten SS-mański tyłek do Niemiec!

Po czym spokojnie odszedł. Chłopak zawieszony w pracy na miesiąc, ale szczęśliwy.

Turyści

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (Głosów: 292)

#78247

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu kilku historii o niepełnosprawnych przypomniały mi się czasy mojego gimnazjum, a chodziłam do integracyjnego, które w założeniu do takich osób powinno być dostosowane. Ale nie było, opiszę wam kilka piekielności z tym związanych.

Winda, z założenia specjalnie dla osób mających trudność z poruszaniem lub poruszających się na wózku, z jakiegoś powodu panie woźne, które operowały kluczem do tejże windy, nie miały problemu z przewiezieniem członków szkolnej "elity", ale już z osobami niepełnosprawnymi taki problem miały.

Tekst przyjdź na koniec przerwy był normą, a na koniec przerwy pani z kluczem znikała w kantorku. Oczywiście osoba, która MUSI jechać windą, czekała łaskawie aż pani woźna przyjdzie i jeszcze będzie miała pretensje, że nie pojawiła się wcześniej. Co z tego, że wcześniej nie chciała danej osoby przewieźć.

Niepełnosprawni przez woźną spóźniali się na lekcję. Nauczyciele na szczęście nie wyciągali konsekwencji, ale nie raz takie osoby miały 5-10 minut lekcji straconej. Skargi na woźne nic nie dawały.

"Normalni" uczniowie podczas przerw gnębili osoby niepełnosprawne, zabieranie i grzebanie w torbie/plecaku, lekkie ale jednak bicie takich osób, nawet po twarzach, szarpanie za ubrania, zdejmowanie bluzy, spodni, zabieranie butów z nóg itp. Wszystko na oczach nauczycieli pełniących dyżury na przerwach.

Nauczyciele nie potrafili reagować na zachowania osób niepełnosprawnych i jak wyżej widać osób "normalnych" też.

W klasie miałam takiego kolegę, dajmy mu na imię Piotruś, miał on orzeczenie o ADHD czy czymś takim. Z Piotrusiem można było normalnie pogadać, wyglądał też normalnie, a że był wysoki to nikt go nie gnębi, za to on gnębił wszystkich których się odważył.

Najbardziej upodobał sobie nauczycieli, może to i dobrze, pozwalano mu na klepanie nauczycielek po tyłkach, chodzenie swobodnie po klasie w trakcie lekcji, wchodzenie i wychodzenie z klasy również. Ponadto Piotruś bardzo lubił mówić do nauczycieli używając przekleństw, bardzo obraźliwych, nie ponosił żadnych konsekwencji co go tylko utwierdziło z swej bezkarności i doprowadziło do coraz gorszych zachowań.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (Głosów: 109)

#78316

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia mojego brata (B), opisana za jego zgodą. Może było to z jego strony piekielne, może nie, oceńcie sami.

Kilka lat temu, dla wygody, B zamontował bramę automatyczną. Nie trzeba co chwila wchodzić i wychodzić z samochodu, zwłaszcza, że w ciągu dnia on i jego żona często gdzieś jeżdżą. Jednak ostatnio zaczęło brakować im pilotów do bramy. B z żoną mają dwójkę dzieci, bliźniaki, które ostatnio zrobiły prawo jazdy, a że B mógł sobie na to pozwolić, to na 18 urodziny dzieciaki dostały po samochodzie.

Piloty do bramy dwa, a kierowców czterech, więc (w piątek) telefon do firmy, która bramę montowała. Mówią, że przyjadą w poniedziałek, bo wcześniej nie mają kiedy. Wiadomo, weekend, więc jakoś te kilka dni dadzą radę.

W poniedziałek nikt nie przyjeżdża. Telefon - przyjadą w środę. B nie drąży, tylko się zgadza. Taki typ człowieka, niestety miękkie serce i miękka d*pa. W środę to samo, ale mówią, że będą w poniedziałek. Brak pilotów, trochę irytujący, więc B pojechał do znajomego elektryka (wcześniej nie wpadł, żeby zrobić to od razu), kupili 2 piloty i tego samego dnia wszystko było gotowe.

We wtorek(!) przyjechali. B mówi, że już nie trzeba, bo załatwił sobie piloty. Awantura, że jak tak można, że się umawiali. O tym, że przyjechali tydzień później, niż mieli przyjechać i o tym, że przyjechali dzień później niż ostatecznie się umawiali, nie wspomnieli.

Sami to oceńcie...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (Głosów: 212)