Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Zajmuję się rękodziełem, dokładniej mówiąc robię i sprzedaję biżuterię. Uprzedzając komentarze: nie, nie podam namiarów na sklep.

Technika w której pracuję jest dość nietypowa ale też nie jest niespotykana. Sama się jej uczyłam, trochę z jednej bardzo przestarzałej książki, trochę z youtube. Musiałam jednak sporo to wszystko zmodyfikować pod siebie, bo informacje w internecie nie dotyczą dokładnie tego co chciałam i w większości z nich używane są materiały dostępne w USA (mówiąc w skrócie w USA można dostać gotowe półprodukty a ja wszystko muszę robić od zera i kombinować).

Piszą do mnie co jakiś czas ludzie, których mogłabym zakwalifikować do jednej grupy o nazwie "naucz mnie".

Niektórzy chcą tylko się poradzić, bo mają problem z jedną określoną rzeczą. Takim z chęcią odpisuję i pomagam.

Inni chcą, żebym ich wyedukowała od A do Z bo oni też chcą robić biżuterię. Sorry, ale nie mam na to czasu. Odsyłam ich więc do filmików i materiałów z których sama się uczyłam i oferuję rady gdy będą mieli z czymś problem. Spotyka się to z obrazą majestatu bo jak to tak? Ja nie nauczę królowej?

Jeszcze inni ŻĄDAJĄ żebym im wszystko wytłumaczyła. Takich olewam.

Ale ostatni gość przebił wszystko:

"Witaj,
bardzo podobają mi się rzeczy które wykonujesz i też chcę się nauczyć takie robić. Wytłumacz mi dokładnie jak to robisz krok po kroku no i wyślij zdjęcia żebym dokładnie widział co i jak. I chcę też namiary do twoich dostawców, bo ceny tych kamieni w internecie są z kosmosu a ty na pewno masz taniej! Aha, no i na jutro to wszystko ma być, ok?"

sklepy_internetowe

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (105)
poczekalnia

#79694

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kandydat na ojca roku.
Byłam ostatnio w jednym z miast nadwiślańskich. Dzień wolny, święto, więc w mieście pełno ludzi. Wybrałam się na spacer nad Wisłę. Akurat w tamtym miejscu, przy samej rzece jest lasek, z jedna droga dojazdową, bez ścieżki rowerowej i chodnika. Droga ta jest dosyć oblegana, ponieważ prowadzi do ośrodka wczasowego i plaży. Szłam poboczem, a obok mnie, wesoły przejechał na rowerze tatuś, za nim pobiegł środkiem ulicy pies, a jeszcze chwilę za nimi na oko dwu-trzy latek, na rowerku bez pedałów. Wszyscy jechali wesło środkiem ulicy, tatuś tylko od czasu do czasu zerkał czy synek jedzie za nim. Samochody co chwila sie zatrzymywały, bo to pies wybiegł na druga strone ulicy, albo synek zatrzymał sie na środku.

Rodzice

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (64)
poczekalnia

#79693

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jechałam wczoraj autobusem. Na przystanku wsiadła pani, która zaraz po przekroczeniu progu się przewróciła. Druga pani, na ok po 40 r.ż, rzuciła się z pomocą, ja jako że byłam też blisko pomogłam. Pani dostała jakiegoś niedowładu w nogach bo nie dało się jej postawić na nogi. W końcu się udało. Co w tym piekielnego? Ano to, że całej sytuacji przyglądał się pan, który jak zobaczył dwie baby które siłują się z człowiekiem, stwierdził że treść w telefonie jest bardziej interesująca. Widział że nie dajemy sobie rady (ja w 8 miesiącu ciąży, ta druga pani też osiłkiem nie była), mimo to nie raczył ruszyć odwłoka żeby nam pomóc. I nie, nie był to staruszek, tylko zdrowy facet na oko dobijający do 40. Uprzedzając, wydaje mi się, że w takiej sytuacji nie trzeba prosić o pomóc, tylko to jest taki odruch, bo nie chodzi o ustąpienie miejsca czy coś.
A pani która zaniemogła nie była pijana czy coś, była po chemioterapii i wyszła z domu pierwszy raz, więc była jeszcze słaba. Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy?

autobus znieczulica

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (105)
poczekalnia

#79688

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako nastolatka i tzw. "młoda dorosła" mieszkałam w bloku. Ogólnie sąsiedztwo spokojne i do ludzi nie można się niczego zbytnio przyczepić. Drobne zgrzyty od czasu do czasu, ale nie było sytuacji, której nie dałoby się zażegnać zwykłą, cywilizowaną rozmową. Chyba jedna sąsiadka postanowiła zakończyć tę niepisaną umowę pomiędzy mieszkańcami. Pani ta, jest kobietą wyposażoną w niespotykany wcześniej w mym życiu tupet...albo w jakąś chorobę.
Przed Wami kilka jej próśb z ostatnich kilku lat. Wybrałam tylko te najbardziej bezczelne lub absurdalne, a to i tak nie wszystko. Będzie bardzo, bardzo długo. Przepraszam za to.

Poniżej krótka legenda kto jest kim:
P - Pani której nawet imienia nie znam do dziś.
D - ktoś z domowników lub najbliższych gości domowników (któreś z rodziców, babcia, ciocia, chłopak, wujek, itd.)
M - Marta, moja młodsza siostra
J - to ja :)
Y - Mój świeży małż

Sytuacja numer 1: Wracam do domu po zajęciach (jakoś ostatni dzień przed przerwą świąteczną) Marta skończyła szybciej zajęcia w szkole, więc to ona stanęła twarzą w twarz z sąsiadką.
[M] Nehelenia nie wiesz co się stało.
[J] No nie wiem, coś w szkole?
[M] Nie. Była tu ta baba, no ta z dołu, wiesz która. Prosiła bym powiedziała tacie żeby ją zawiózł w miasto.
[J] Ale coś się stało? Ma małe dziecko, może potrzebuje pilnie do lekarza?
[M] Lekarza to ona potrzebuje, ale psychiatry. Chciała do galerii jechać, a zapomniała sobie biletu miesięcznego naładować i myślała, że tata ją zawiezie na zakupy i później jej te zakupy przywiezie, no bo święta idą.
*FACEPALM*

Sytuacja numer 2:

[P] Dzień dobry, wie pani że będę miała gości?
[J] Gratuluję.
[P] No właśnie. Mój brat z żoną i trójką dzieci przyjeżdżają do nas.
[J] Wspaniale.
[P] Tak...i wie pani co? Bo ja mam za małe mieszkanie i powiedziałam bratu, że państwo ich przenocują z dziećmi kilka dni. To co? Zgodzi się pani, prawda? Uznałam, ze wypada zapytać.
[J] Kobieto...chyba ci odbiło.
[P] Ale...to znaczy nie? Ale ja już powiedziałam bratu, że mogą. Macie państwo takie duże mieszkanie i przecież pokoje są na pewno wolne.
[J] To nie hotel. Zjaw się tu z nimi, to z miejsca zadzwonię po policję.
[P] Wie pani co? Pani nie ma serca! Zapytam twoich rodziców jak wrócą! Na pewno się zgodzą!
Nie zgodzili.

Sytuacja Numer 3: Jakoś październik lub listopad.
[P] Dzień dobry. Somsiadko (dosłownie!) jest sprawa, bo ja muszę pilnie wyjść...
[J] To...do widzenia? Ja także wychodzę na uczelnię.
[P] A to nikogo nie będzie? Bo ja chciałam zapytać czy nie można by mi nagrać odcinka serialu. Bo ja u siebie nie umiem, a męża nie ma. Ja sobie później przyjdę i spokojnie obejrzę u państwa(!!!).
Zaczęłam się śmiać i zamknęłam drzwi pani przed nosem.

Sytuacja numer 4: Okres sesji zimowej. Siedzę w domu i do tejże wkuwam. Dzwonek do drzwi.
[P] Dzień dobry. Wie pani co? Bo jest taka sprawa...Ostatnio słyszałam jak rozmawiała pani z narzeczonym o sprawach prawnych*
[J] Ee...no tak.
[P] A on to prawnikiem jest?
[J] Aplikantem...a o co chodzi?
[P] Bo ja pożyczyłam 90 zł siostrze miesiąc temu. I ta kur...kurtyzana nie chce mi oddać i chciałam ją pozwać.
[J] No to Y pani nie pomoże. Do widzenia.

Sytuacja numer 5: Wietrzny dzień.
[D] Dzień dobry. Coś się stało?
[P] Nie, ja chciałam tylko zapytać o ten wiatraczek co u was w doniczce jest na balkonie. Bo mojemu dziecku się spodobał.
[D] A to proszę poczekać. Zawołam Nehelenię, będzie wiedzieć gdzie go kupiła.
(Wkraczam ja poproszona pod drzwi, sytuacja zostaje nakreślona)
[J] Wiatrak kupiłam za 4 zł w...
[D] Ale ja nie pytam gdzie kupiłaś. Tylko chcę byś mi go dała. Moje dziecko chce, podoba mu się.
[J] Mnie też. Żegnam.

Sytuacja numer 6:
[P] Bo ja bym chciała rozwiesić u was pranie na balkonie.
[D] Zgubiła pani klucz do suszarni?
[P] Nie, po prostu suszarnia jest na samym dole, w piwnicy, a mi się nie chcę iść na sam dół.

Sytuacja numer 7: Ostatnia już. Z dzisiaj, sprzed godziny 18. Siedzę w salonie u rodziców w mieszkaniu, przedpokój tuż obok salonu, więc słyszę kłótnię z korytarza. I głos taki podobny jak mojego Y.
Wychodze zobaczyć co się dzieje.
[Y] Właź do środka! Szybko! - krzyczy do mnie Y i dosłownie wskakuje do mieszkania, wpychając mnie do środka i zamyka nas na oba zamki.
[J] Co tam się do cholery stało?!
Y wysapując prosi o dwie sekundy oddechu i przystępuje do opowieści: Spotkałem ją w sklepie i zaczeła rozmowę. Nie chciałem być palantem, to uprzejmie zapytałem o jej zdrowie i dzieciaki. Taka pogaduszka. I ona lezie ze mną i rozmawia, a ja już jej tylko przytakuję. Wchodzimy do bramy ona idzie do siebie, ja się żegnam i idę na górę, a ta mnie łapie za ramie i bym poczekał, wszedł na kawkę, bo akurat jej męża nie ma i mnie próbuje do domu ciągnąć, bo widzi jak na nią patrzę. No kurtyzana...ona nienormalna jakaś jest. Zaczyna mnie nagle szarpać domagać się bym wszedł, bo ona też to czuje. Zacząłem ją opieprzać i wyrwałem się, a ona po tych schodach za mną. No i wtedy ty wyszłaś. Wiesz co? Chyba zostaniemy tu dzisiaj na noc. Do członka, stąd dzisiaj nie wyjdziemy.

Zgodziłam się i nie minęło pół godziny jak ktoś wali do drzwi pięścią. Otwieram i widzę męża rzeczonej sąsiadki, czerwony na twarzy, piana się niemal z ust toczy. No i ryknął: TYYYYYYY!!!!! Ty kur...trzymaj tego swojego jeb...pomiota z daleka od mojej żony, bo mu kur...nogi z d... powyrywam. Niech on wypier...od niej, bo go pozwę, będzie mi żonę smarkacz molestował. Ty wyłaź ty kur...jeb...stań ze mną jak mężczyzna! Do cudzych żon się dobierasz jak twoja dupa tuż obok?! Powiedz mu, ze jak ją jeszcze raz ruszy to mu tak zaj...że się nie pozbiera!
No i poszedł.
A jak wrócą moi rodzice, to chyba muszę zacząć im szukać innego mieszkania. Nie chcę by mieszkali dłużej w takim towarzystwie.

* Nie napisałam o tym, by się pochwalić studiowaniem prawa, ani nic z tych rzeczy. Po prostu rozmawialiśmy o zmianie w jakiejś ustawie. Dyskusja była dość ożywiona i jak mój Y się nakręcił to się rozgadał, a sąsiadka najwyraźniej spacerująca z psem musiała podsłuchać żargon prawniczy.

Mieszkanie w bloku

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (134)
poczekalnia

#79687

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z przychodni.

Czekam na moją kolej u lekarza w prywatnej przychodni (świadczącej też usługi NFZ) w małym miasteczku. Przyszłam pół godziny wcześniej, przede mną 5 osób, lekarz "trzyma" jednego pacjenta średnio 20-25min, więc spędziłam tam nieco ponad półtorej godziny. Pomieszczenie dosyć małe - ot recepcja, którą obsługuje jedna pani i z 15 krzeseł dla pacjentów.

Jestem dosyć cierpliwa - ot przyzwyczajona do czekania, więc słuchawki na uszy (takie zaczepiane na ucho - (nie)stety nie tłumią zupełnie dźwięku otoczenia - co bardzo w nich lubię, bo zawsze słyszę jak ktoś coś do mnie mówi, ale czasem jest to jednak wada) i czekam. Już po chwili zaczęłam marzyć o takich wielkich słuchawach ochronnych, jak do pracy w hałasie. Dlaczego?

Telefon w recepcji miał najbardziej piskliwy, denerwujący dzwonek, jaki w życiu słyszałam. Albo po prostu po słuchaniu go bez przerwy przez dobre pół godziny - uznałam, że taki jest. Przerwy pomiędzy kolejnymi telefonami trwały po kilka-kilkanaście sekund. A pani z recepcji? A coś tam powoli wypełniała, później gdzieś poszła, pogadała chwilę z koleżanką, pochodziła po gabinetach z papierami. Bez pośpiechu, sielanka. Kompletnie ignorowała dzwoniących. W końcu mniej więcej pół godziny później odebrała, odpowiedziała na pytania rozmówcy i gdzieś sobie poszła. Zabójczy dźwięk telefonu rozbrzmiewał wciąż na nowo przez kolejne długie minuty.

W sumie w trakcie mojego pobytu w poczekalni, odebrała telefon tylko 2 razy. Jako iż jest ona jednocześnie kierowniczką tej przychodni - a z komentarzy innych oczekujących wnioskuję, że nie raz, nie dwa próbowali z nią rozmawiać o tym problemie z marnym skutkiem, pora chyba wysmarować skargę gdzieś wyżej. Później się człowiek dziwi, że dodzwonić się nie można. Chociaż pewnie wyprze się babsko, że miała dużo pracy i nie mogła odebrać... Ale spróbować warto.

przychodnia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (58)
poczekalnia

#79685

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem rejestratorką w poradni. Do moich obowiązków należy m.in. telefoniczne przekładanie wizyt z powodu nieobecności lekarza. Przyzwyczaiłam się już do mojej ukochanej usługi "Granie na czekanie" i słuchania "Ona tańczy dla mnie" czy co tam akurat operator uznał za najlepsze czasoumilanie, ale telefon, który wykonałam ostatnio wprawił mnie w prawdziwe osłupienie.

W słuchawce razem z sygnałem oczekiwania na połączenie odezwał się wesołkowato-zaczepny damski głos: "A teraz sobie poczekasz, aż odbiorę! I co? Fajnie się czeka?"

Komunikat był oczywiście zapętlony, a pod ten numer było dość ciężko się dodzwonić. Także wbił mi się w pamięć.

Może ustawimy sobie taki sygnał w rejestracji?

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (63)
poczekalnia

#79684

(PW) ·
| było | Do ulubionych
To mnie dzisiaj po prostu rozwaliło...

Jadę sobie samochodem po drodze z pierwszeństwem. Na szczęście byłam na łuku, więc jechałam wolniej. Pod koniec tego łuku dojeżdża do tej drogi inna, ale pod takim kątem, że pomimo braku znaku stop, jest tylko o ustąpieniu pierwszeństwa, wszyscy tam się zatrzymują, bo po prostu nie ma możliwości, żeby wyjeżdżając zauważyć, czy coś jedzie. Pomiędzy tymi drogami rosną takie krzaki, że trzeba powoli wychylać się, żeby zobaczyć, czy można jechać.

Do rzeczy. Jadę po tym nieszczęsnym łuku, gdy nagle z tej drogi wyjeżdża samochód. Nawet nie zwolnił, zbliżając się do mojej drogi. Nie miałam już możliwości wyhamować, więc solidnie obtarłam swój bok o tamten samochód. Zjechaliśmy na bok, z tamtego auta wychodzi kobieta i od razu drze mordę, niestety inaczej nie da się tego nazwać. Z tej całej paplaniny nic nie da się zrozumieć, więc na spokojnie dzwonię na policję. Dodatkowo, na szczęście miałam kamerę, chociaż nawet bez niej po śladach na samochodach było praktycznie oczywiste co się stało.

Policjanci próbują wytłumaczyć kobiecie, że to ewidentnie jest jej wina. Ona dalej swoje. Chyba skończyły jej się argumenty. Wiecie, co powiedziała? Uwaga... "Ale ja jestem w ciąży, więc ona powinna mi była ustąpić".

Ja usilnie próbowałam powstrzymać śmiech, policjanci też. Jeszcze kilka razy dobitnie jej mówili, że to jej wina. W końcu dała za wygraną i łaskawie przyjęła mandat.

A mnie tak zastanawia. Serio?? Jestem w ciąży, więc mogę jeździć jak idiota i narażać innych?

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (101)
poczekalnia

#79682

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja z pracy. Może mało piekielna ale mnie wkurzyła.

Jakiś czas temu przeglądając papiery w pracy zauważyłem, że wkradł się dosyć pokaźny błąd w kwocie jednej faktury. Błąd na kilkadziesiąt tysięcy PLN. Normalnie pewnie bym na to nie wpadł, ale przed urlopem zajmowałem się tym zleceniem a dzień przed moim wolnym przekazałem je mojej przełożonej. Z natury jeśli chodzi o takie coś to jestem perfekcjonistą więc wystarczyło tylko sprawę doprowadzić do końca, poprawnie wystawić fakturę i czekać na pieniądze. Gdy zobaczyłem fakturę zaczęło coś mi nie grać bo kwota była dużo mniejsza niż ja ustalałem i zacząłem szperać w systemie jak to ostatecznie wyglądało. Po sprawdzeniu i podliczeniu wszystkiego okazało się, że kwota powinna być nawet wyższa niż ja ustaliłem, gdyż nastąpiły dosyć poważne zmiany. Po ponownym przeliczeniu i sprawdzeniu jeszcze raz korespondencji z tą firmą potwierdziło się moje pierwotne przypuszczenie. Piszę maila do przełożonej, że taka faktura na firmę X jest źle naliczona i że trzeba zrobić korektę. Dodatkowo załączam moje wyliczenia dlaczego mi tak wyszło. W mailu zwrotnym dostaję informację, że wszystko jest dobrze, że mam się nie przejmować i że tak to zostawić. Napisałem, że w takim razie nie biorę odpowiedzialności jak dział kontroli wykaże, że miałem rację, na co dostałem odpowiedź że ok i że ona uważa, że nie ma żadnego problemu. Całą wymianę maili zachowałem sobie w razie czego. Zapytacie zatem gdzie piekielność?

Przedwczoraj dział kontroli wysmarował do nas maila, że kwota z umową i zamówieniem się nie zgadza i że chcą wyjaśnienia dlaczego tak jest. Ze swojej strony napisałem, że w dniu tym i tym zgłosiłem sprawę przełożonej że jest tam błąd i zgodnie z zasadami naszej firmy załączyłem naszą konwersację na ten temat. Nie minęła godzina a wpada do mnie przełożona i krzyczy, że chcę ją pogrążyć i zająć jej miejsce, że ja za ten błąd odpowiadam bo nie zauważyłem go wcześniej, że mam go wyjaśnić i że mi się jeszcze odpłaci za to, że tak robię jak tylko wróci z dywanu u prezesa. Zostałem po prostu zjechany za to, że dobrze wykonuję swoją pracę i jestem dokładny.

praca

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (130)
poczekalnia

#79677

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zdarzyło mi się zachorować na X. Nie ważne co to jest X, nic bardzo groźnego, na pewno na to nie umrę.
Spotykam przypadkiem na mieście ciotkę. Siostrę mojej matki. Ta się mnie pyta jak się czuję i czy dolegliwości z powodu X są dotkliwe. Stanęłam jak wmurowana i zapytałam skąd o tym wie. Powiedziała, że od mojej matki.

Matka zdziwiła się mocno, że jeżeli jej coś mówię, to nie po to, by wiedziała cała rodzina, a szczególnie taka, którą widuję raz w roku i właściwie to dla mnie obce osoby. Uznała zastrzeżenia za śmieszne i jest obrażona, że jak pyta jak moje zdrowie, to już teraz jej odpowiadam tylko, że jest to przedmiot tajemnicy lekarskiej i zmieniam temat...

rodzina

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (86)
poczekalnia

#79676

(PW) ·
| było | Do ulubionych
"Szlachetne zdrowie nikt się nie dowie ile kosztujesz aż się zepsujesz".
Temat służby zdrowia był tu poruszany nie raz,teraz i mnie dotknęła piekielność systemu.
Historia w skrócie,z powodu wykonywanej pracy,zachorowałem,no cóż zdarza się,a więc galopem do lekarza rodzinnego bo sprawa poważna.
Moja pani doktor,cudowna kobieta,wystawia mi skierowanie do specjalisty,próbuję się dostać do niego,niestety na NFZ na konsultacje czeka się 45 dni.
Nic to idę prywatnie,pani doktor zaleca badania,i kolejną konsultację z specjalistą z innej dziedziny.
Badania na NFZ czas oczekiwania na 1 30 dni,na 2 ponad 90 dni,żeby zrobić 2 muszę wpierw zrobić 1,w sumie 120 dni.
Ok załatwiamy sprawę prywatnie w siedem dni,konsultacja u 2 specjalisty czas oczekiwania na NFZ 50 dni,no i znowu prywatnie,w raz z badaniami uwijam się w 9 dni.
Wracam do 1 specjalistki oczywiście prywatnie,badania i konsultacja zrobione,skierowanie do właściwego specjalisty,czas oczekiwania na NFZ 120 dni.
Ponownie idę prywatnie,no i w końcu jestem leczony,hura no niestety drogo wychodzi ale nic to,zdrowie najważniejsze.
Po 5 miesiącach wracam do pracy,sukces.
A teraz gdzie piekielność,ano płacę składki na NFZ od 20 lat,gdybym miał się leczyć w systemie,sama ścieżka diagnostyczna zajęła by mi ponad 9 miesięcy,i to przy dobrych wiatrach.
Czyli musiał bym iść na rentę,by się leczyć,prywatnie w 5 miesięcy wróciłem do pracy,koszt ponad 7000.
A teraz najlepsze,byłem w NFZ ubiegać się o zwrot za badania,no i lipa,NFZ nie zwraca za badania dostępne w systemie,bo mogłem poczekać itd.
Czyli płacę składki za nic,NFZ woli by ZUS wypłacał mi chorobowe a potem rentę,i leczył się z dwa lata.
Policzyłem to sobie,kosztował bym ZUS przez 2 lata prawie 200 tysięcy złotych,a ja za 7000 tysięcy no i chorobowe wypłacone przez ZUS,leczenie zamknąłem w 40 tysiącach,gdzie tu logika gdzie sens.
Ten system nie jest Piekielny,on jest chory.
Płacisz za nic,a jak zachorujesz i chcesz szybko wrócić do pracy to jeszcze musisz dopłacić.
Przepraszam że tak się rozpisałem,ale musiałem się rozładować.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (112)