Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#77652

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam w bloku budowanym w latach gdy prezydentem był ten, co chciał byśmy pomogli. Kąty rzecz jasna są w ścianach abstrakcją, wytwory pt. instalacja elektryczna i instalacja wodno-kanalizacyjna powinny trafić do zbioru dzieł sztuki. Właścicielem mieszkania w dalszym ciągu jest mój ojczulek, choć mieszkam ja. Robił w nim regularne remonty, które polegały na pochlapaniu sufitu, wbiciu gwoździa, zbiciu płytek i położeniu takich samych tylko gorzej, zrobienie półki z dwóch desek i przybiciu jej na gwóźdź do ściany. Mieszkanie w chwili obecnej nie wygląda jak typowy PRL, ale jak dzieło Janusza wykończeń. Nadawałoby się na fanpage z tymi fajnymi inaczej mieszkaniami do wynajęcia.

Dobra, trzeba je doprowadzić do stanu użyteczności i współczesności, co by się nie wstydzić ludzi tu zaprosić. Kasa jest, pomysł jest, majstrów mam do pomocy - robimy. Piekielny okazuje się nie kto inny jak ojczulek. Blokuje mi wszelkie poczynania.

Kuchnia: Okno między kuchnią a wc było zawsze, po co usuwać? Bo chcę szafki nowe u stolarza zamówić i powiesić. A po co nowe jak te dobre? 40 lat szafki. Po co płytki zbijać, nowe przecież. 20 lat płytki mają. W kuchni muszą być płytki, nie może być malowanych ścian. Wszyscy mają teraz tylko jedną ścianę w płytkach, tam gdzie się coś chlapie. Po co robić kryształową grotę? Po co parapet usuwać? Ładny przecież. Wiecie jaki, stary marmurowy wystający na 30cm, obłożony w całości glazurą... Nic kompletnie nie pasuje. Bo tak było zawsze to po co zmieniać.

WC: No jak wannę wywalić? Nie wolno, blok pod wannę projektowany (?). Po co płytki zbijać, toż ładne nowe (15 lat na ścianach i bliżej 25 na podłodze, dodatkowo grzyb na fugach). Rur nie wolno przerabiać i zakrywać, po to na wierzchu są żeby łatwy dostęp był, jak zabudować? Gdzie? Nie wolno. Jak gniazdko w łazience, nie może być gniazdek w łazience przecież - jako elektryk się nieźle uśmiałem. Jak komin wentylacyjny usunąć? Nie wolno, blok projektowany tak że musi tu być bo się zapadnie jak nie będzie. Komin od piecyka gazowego zdemontowanego 25 lat temu - nieużywany.

Przedpokój: No jak sufit z płyt, gdzie obniżać, toż to będzie brzydko jak niżej będzie. Czego tu skuwać tynki, czego przerabiać jak gniazdka są dobre, ostatnio nowe wymienione. Same gniazdka naścienne wymienione 8 lat temu, instalacja dalej aluminiowa i wszystko na jednym bezpieczniku tzw. korku. Gdzie pawlacz, jakie schowki, nie dość że sufit niżej to szafek pełno nad łbem powieszasz i będzie się ocierać głową o nie.

Pokoje: a na co te panele, toż klepka ładna cyklinowana jest niedawno. 15 lat temu. Ściany malowane niedawno też, czego to zmieniać. Jak meblościankę wywalić, toż gdzie ty pochowasz wszystko, dobre meble po co to ruszać.

Dobry chłop, ale zatrzymany w czasach, gdy robotę robiło się na słowo honoru, estetyka oraz funkcjonalność były pojęciami obcymi totalnie, a mieszkania były robione na jedno kopyto. Normy, przepisy, dobry smak? A na co to komu? Ciężko chyba się pogodzić, że pewne zachowania i rozwiązania już dawno nie są wykorzystywane, no i że młody chce robić po swojemu.

A czemu napisałem że blokuje? Jako właściciel mieszkania poszedł do administracji i na piśmie dał informacje, że nie zezwala na jakiekolwiek zmiany w mieszkaniu gdyby mi się zachciało przyjść i poinformować że chcę odciąć pion wody czy zasilanie z klatki zdjąć na czas przepięcia się do nowej instalacji. Bo ja chcę zrobić zmiany niedozwolone. Czasem nawet rodzina potrafi być piekielna.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (Głosów: 159)
poczekalnia

#77650

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielność, to chyba zbyt delikatne słowo, na określenie tego, co wczoraj się działo pod biedronką...

Pojechałem rowerem na małe zakupy. Takie, które jestem w stanie wcisnąć do plecaka. Daleko nie mam, bo może kilometr.

Podjeżdżam pod market, zapinam rower blokadą do stojaka dla rowerów i wio między regały.

Stojąc jako drugi w kolejce do kasy, zauważyłem, że ktoś siłuje się z moim rowerem. Myślę sobie, ki diabeł, co on odwala? Próbował go przestawić, ale blokada mu to trochę uniemożliwiała. [G]ość był wybitnie uparty, śmiałem się w duchu, że jeszcze trochę, co cały stojak wyrwie.

Wychodzę ze sklepu, a gość dalej walczy z moim bolidem. Podchodzę i pytam:
Ja: Mogę wiedzieć, co pan tutaj za szopkę odwala?
G: To twój rower pajacu?!
Ja: Po pierwsze, nie pajacu. Po drugie, nie przypominam sobie, żebyśmy byli na "Ty". Po trzecie, tak, to mój rower. Ale nie widzę, żeby komukolwiek, oprócz pana przeszkadzał, bo stoi w odpowiednim miejscu.
G: Fujaro, zabieraj ku*wa tego trupa, bo nie mam gdzie samochodu postawić.
Myślę sobie, tutaj leży problem. Janusz przyjechał na zakupy i nie uśmiecha mu się iść z parkingu 15 metrów więcej niż jego kurzy móżdżek to przewidział. Więc postanowił zaparkować przed SAMYMI DRZWIAMI.
-Gościu, nie rozśmieszaj mnie. Masz pół parkingu wolnego i nie masz gdzie stanąć? Może jeszcze od razu do sklepu wjedziesz, żeby do kasy było bliżej?

W tym momencie gościowi chyba jakiś drucik pod czachą strzelił, bo zaczął się robić agresywny.
-Wypier*alaj ch*ju z tym rowerem, bo na prawdę nie ręczę za siebie!!
Widząc co się dzieje, postanowiłem zrejterować. Odpiąłem rower i odjechałem w swoją stronę. Przez ramię widziałem za to, że gość zmienił obiekt zainteresowania i zaczął się wykłócać z ochroniarzem. Który chyba widząc na monitoringu co się dzieje, postanowił się tym faktem zainteresować. Szkoda, że trochę po fakcie, ale nie winię, bo wiem ile roboty mają w samym sklepie.

Tak sobie teraz myślę. Może dobrze, że gość nie przyjechał skuterem. Bo pewnie by nim od razu do sklepu wjechał...

Janusz parkowania

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (Głosów: 161)
poczekalnia

#77645

~Pomaranczka23 ·
| było | Do ulubionych
Komentarze pod historią #77605 przypomniały mi losy mojej psinki Sonii.

Psinka nierasowa (chociaż niektórzy twierdzą, że mogła mieć coś wspólnego z chinem japońskim), przygarnięta właśnie od ludzi, których to dziecko miało "bardzo ciężką alergię na futro".

Ta, jasne.

Ludzie Ci to moi sąsiedzi z klatki obok. Suczka pojawiła się u nich na chwilę przed ciążą. Była kochana, urocza, no po prostu ich psiunia. Tylko, że nikt na nadejście dziecka nie przygotowywał się pod kątem psa.

Dziecko się urodziło. Sąsiadka zaczęła puszczać Sonię luzem- tj. otwierała jej drzwi i niech się dzieje wola nieba. Jedno szczęście, że była wykastrowana, to szczeniaków ze swych wojaży nie przyniosła.
I tak minęło pół roku, potem rok. Dziecko zaczęło pełzać, sąsiedzi mieli już psa całkiem gdzieś. Kończyło się na tak abstrakcyjnych scenach, że para szła z wózkiem, a pies za nimi, a nawet się nie obrócili, czy przetrwał on przejście przez ruchliwą ulicę. Jednak zaniedbań w karmieniu, czy udostępnianiu domu do spania, nie było, a więc według SM nie można było nic zrobić.

W końcu na FB sąsiadki pojawiło się ogłoszenie o treści, mniej a więcej (po tylu latach nie pamiętam kropka w kropkę):
"Oddam dwuletnią suczkę z powodu alergii dziecka. Nie możemy jej zatrzymać dłużej, bo dziecko dostaje ataków. Jeśli dom nie znajdzie się w ciągu tygodnia, suczka trafi do schroniska lub zostanie uśpiona".

U nas nastąpiła szybka debata z rodzicielami- bierzemy suczkę, bo to jednak uroczy pies. Jak się okazało, nie była ona nauczona żadnych podstawowych zachowań dla psa- siusiała na podłogę, nie potrafiła ogarnąć smyczy. Długo nam zajęła resocjalizacja i nauczenie, że jak na dwór, to tylko z nami.

Obecnie dziecko ma 6 lat. Od 3 msc. ma też kolejnego psa. Rasowego tym razem. Myślicie- może rasa bez sierści, a z włosem? Gdzie tam. Piesek to owczarek niemiecki. I już mogę się założyć, że póki jest małą kulką, to alergii nie będzie, a gdy zacznie sprawiać kłopoty- magicznie ona powróci.

zwierzęta

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (Głosów: 165)
poczekalnia

#77644

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam wszystkich, do tej pory tylko czytałam, ale postanowiłam się podzielić też swoimi historiami z pracy na kasie w markecie z owadem.
Pracuję tu już ponad 2 lata, każdy dzień to nowe wyzwanie, a kiedy myślę, że wszystko już widziałam to zawsze znajdzie się coś nowego.
1.Rzucanie towaru gdzie popadnie to norma, ale ludzie mrożonki, lody czy mięso chyba można odnieść do lodówki, tłumaczenia nic nie dają, klient wie swoje.
2.Karta Moja Biedronka- hit. Okazuje się, że zwalnia ona z kultury osobistej. Podkładanie karty prosto pod nos, bo jeszcze przypadkiem kasjer nie zauważy, zamiast "Dzień dobry" słyszę codziennie "Mam kartę"- korci mnie, by odpowiedź "Ja też" i olać delikwenta.
3.Zamykanie kasy na przerwę/koniec zmiany/trzeba zrobić coś na sklepie, powtarzać trzeba kilkakrotnie, nie pomaga też to, że kasa jest zamknięta zieloną tasiemką- klient udaje, że nie widzi/nie słyszy i kwituje to słowami "no jak już się wypakowałem to chyba pani skasuje", albo "oj, bo ja mam tylko jedną rzecz i odliczone", po czym 5 minut liczy drobne w portfelu.
4.Obleśni mężczyźni 60+, teksty typu "oj chyba pani chora, mogę panią wypieścić" to chleb powszedni,to samo z podchodzeniem i dotykaniem na sklepie, nie pozwalam na to- od razu odsuwam się i proszę o nie obejmowanie, nie dotykanie, ewentualnie grożę ochroną jak to nie pomaga. Zastanawiam się dlaczego traktuje się nas tak przedmiotowo? To sklep, a nie dom publiczny.
Mam w zanadrzu wiele historii związanych z pracą z klientem, jak jesteście ciekawi to chętnie się nimi podzielę. :)

sklepy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (Głosów: 153)
poczekalnia

#77647

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miał być komentarz do historii o targowaniu się (http://piekielni.pl/77641) ale...

Parę lat temu miałem w banku otwartą linię debetową. Mogłem wydać więcej niż mam na koncie płacąc za to tylko superdrogie odsetki oraz jeszcze droższe prowizje. Co roku prowizja za możliwość skorzystania z debetu zabierała mi kilkaset zł.

W końcu debet udało się spłacić. Postanowiłem zlikwidować linię żeby nie kusiło mnie abym wydawał pieniądze, których nie mam na rzeczy, których nie potrzebuję. Wysłałem wniosek likwidacyjny.

Po kilku dniach dzwoni miła Pani i namawia:

[Pani] A może zechce pan utrzymać linię debetową? Zawsze to bezpieczniej (i tu tysiąc powodów dlaczego warto).
[Ja] Nie, dziękuję. Nie potrzebuję i za dużo mnie kosztuje
[P] Ale (tu znów tysiąc powodów)
[J] Może i tak ale jednak nie chcę. Za dużo płacę prowizji
[P] To ja sprawdzę czy będziemy mieć dla Pana specjalną ofertę, proszę chwilę poczekać.

... tu Pani włączyła muzyczkę i myślę, że poszła piłować paznokcie. Pewnie myślała, że ja myślę, że faktycznie coś załatwia ...

[P] Dziękuję za oczekiwanie. Mamy dla Pana specjalną ofertę. Obniżymy Panu prowizję (owe kilkaset zł) o połowę.
[J] To faktycznie ciekawe, ale nadal nie potrzebuję tej linii debetowej. Płacenie nawet połowy kwoty za coś, czego nie potrzebuję nadal mi się nie uśmiecha.
[P] Proszę poczekać zatem, sprawdzę czy coś jeszcze da się robić

... muzyczka ... pani piłuje kolejne paznokcie ...

[P] Dziękuję za oczekiwanie. W drodze specjalnej oferty tylko dla Pana możemy w najbliższym roku zrezygnować z pobierania prowizji całkowicie.

Ach. Wspaniałomyślny bank z miliona klientów wybrał mnie aby przedstawić swoją ofertę a Pani pewnie dwa razy chodziła do dyrektora, który przejęty moim dobrem okazał serce i łaskawie podarował mi kilkaset zł. Jaki piękny świat! Różowe jednorożce chodzą po ulicach!

Nie! Pani miała gotowy skrypt i od początku wiedziała ile może opuścić. Im bardziej mnie traciła tym bardziej odpuszczała.

Kiedy pada deszcz bank pożyczy Ci parasol ale będzie zabierał po jednym bucie jako odsetki póki nie oddasz parasola. A Ty kliencie lataj boso w kałużach.

Kiedy zaświeci słońce bank będzie Ci wciskał parasol, nawet bez prowizji bo a nuż spadnie deszcz i będziesz go potrzebował, wtedy będzie można znów puścić Cię w skarpetkach.

Linię debetową zlikwidowałem.

Bank

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (Głosów: 137)
poczekalnia

#77643

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Trochę lat już po tym świecie chodzę i dużo wspomnień mam . Myślałem, szczególnie po lekturze historii piekielnych, że mało co jeszcze może mnie zaskoczyć. Niedoczekanie moje.

Wracam sobie ja wczoraj z punktu ksero jakieś 2km od mojego zamieszkania. W półprzeźroczystej reklamówce targam jakiś kilogram papierów w czarnej tekturowej teczce i płytę CD.
Pogoda była nieszczególna (zimny wiatr), więc oprócz kołnierza i czapki z daszkiem zastosowałem jeszcze kaptur żeby blizny pooperacyjnej nie przeziębić.
I to mnie chyba zgubiło.

Mijając osiedlową „Biedrę” poczułem szarpnięcie i w ręce zostały mi tylko uszy reklamówki. Jak się odwróciłem to zobaczyłem tylko nastolatka znikającego między blokami z jakże cennym łupem.
Gratuluję ci „Książę Złodziei” łupu, bo właśnie ukradłeś mi całą dokumentację onkologiczną wraz z kopiami oraz jedyną płytę z zapisem tomografii komputerowej jaką dysponowałem. Mercedesa za to nie kupisz. Może czarna tekturowa teczka zasugerowała, że w reklamówce niosę laptopa?

Tylko wytłumacz mi, Księciuniu Przestępczości” jak przez sobotę i niedzielę mam skompletować dokumenty z pięciu różnych szpitali, tomografię robioną ponad 100 km od domu i zawieźć to wszystko na konsylium lekarskie na 9.30 w poniedziałek następne 100 km.
Na to konsylium czekałem trzy miesiące. Zespół lekarzy ma zdecydować o sposobie dalszego leczenia (lub wysłaniu mnie do piachu). Po to potrzebne mi było ksero dokumentacji z innych placówek.

Jeśli jakimś cudem to przeczytasz, to podrzuć te papiery chociaż do sklepu, bo całą sobotę chodziłem po osiedlu przeszukując śmietniki i moich dokumentów nie znalazłem. A bez nich mój wyjazd na konsylium lekarskie jest bezcelowy.

osiedlowa młodzież

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (Głosów: 226)
poczekalnia

#77641

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tak refleksyjnie będzie dzisiaj.

Ludzie to jednak mają nasrane we łbie. Czy jak ktoś idzie kupić wannę, to mówi, że mu się należy rabacik, bo on zawsze tu kupuje i w 199... kupił 5 płytek i półkę? Albo w spożywczaku mówi, że weźmie 10 bułek, ale wówczas jedna gratis? Albo negocjuje cenę chianti w monopolowym? No zakładam, że jednak nie, po prostu kupuje to, na co go stać. To dlaczego, jak ktoś kupuje wakacje, to jeszcze dobrze nie zacznie rozmowy o tym, gdzie, co i za ile, to już pytanie o "rabacik", zniżeczkę, upuścik itd.

Czy to jakiś sport nowy albo inna frajda, żebrać o zniżkę?! Przecież to nie jest przejaw przedsiębiorczości, a u osoby wysłuchującej takich jojczeń wywołuje to wyłącznie:
-zażenowanie
- maksymalne zażenowanie
-niesmak
-obrzydzenie
-politowanie
-nerwicę
- dowolną kombinację powyższych.

Dzisiejszy przykład - człowiek, który ma rezerwację dla 4 osób, w tym jedno dziecko 2-letnie gratis, liczy jeszcze na rabat.
Kolejny - może rabacik na początek miłej współpracy? (pierwszy wyjazd)
Kolejny - bo ja jestem stałym klientem (drugi wyjazd albo historia zapytań i katalogów od lat 10, żadnego wyjazdu).

Weźcie ludzie nie róbcie z siebie dziadów-cebulaków.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (Głosów: 191)
poczekalnia
Pracuję sobie w kawiarni.
Na tle innych wyróżnia ją to, że wszystkie nasze produkty są bio, eko, certyfikowane no i w ogóle 100% zdrowia. Co za tym idzie, klienci zwykle są specyficzni, wymagający, ale nie mogę narzekać, bo większość z nich jest grzeczna i miła.
Nie o tym jednak do końca :)
Przychodzi dziś dziewczę młode, wymuskana, wymalowana, jak z obrazka, widać że "eko świrka" (bez obrazy, ja tak pieszczotliwie nazywam co niektóre przypadki), bo zasypuje mnie masą pytań na temat jakości produktów i ich składu itp, tłumacząc przy tym zawzięcie jaką ona ma wielką wiedzę na temat zdrowego żywienia i trybu życia. Po męczących 10 min postanowiła zamówić świeży sok z pomarańczy. Kamień z serca, koniec mej udręki, tak przynajmniej mi się zdawało.
Kiedy zabrałam się za przygotowywanie owoców dziewczę zabiło mnie pytaniem czy "aby na pewno te owoce nie zawierają glutenu i szkodliwego cukru".
Umarłam... tłumaczyłam kolejne 5 min, że nie, nie mają.
Do końca chyba nie była przekonana i podejrzliwie na mnie zerkała, ale sok wypiła.
Piekielności tłumaczyć chyba nie muszę.
Pozerstwo samo w sobie jest piekielne...

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (Głosów: 200)
poczekalnia

#77635

~niewychowana ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja miała miejsce kilka lat temu, ale nie zaglądałam wtedy jeszcze na Piekielnych, więc opisuję ją teraz.

Wsiadłam sobie do autobusu. Było kilka wolnych miejsc, więc poszłam w stronę jednego z nich. Nagle ktoś pociągnął mnie mocno za ramię do tyłu tak, że prawie upadłam. Jak zapewne się domyślacie, była to jedna z tych staruszek, które takie są słabe i schorowane, ale jak trzeba zająć miejsce w autobusie to wygrałyby pojedynek z dorosłym bykiem. Koniec piekielności? A gdzie tam! Staruszka uznała, że jedno wolne miejsce to za mało, żeby pomieścić jej osobę, rozsiadła się na dwóch (nie była aż taka gruba). Żebym przypadkiem jednak nie usiadła. Nic nie powiedziałam i nic nie zrobiłam. Byłam zbyt zajęta zbieraniem szczęki z podłogi.

komunikacja miejska

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 15 (Głosów: 107)
poczekalnia

#77628

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O tym, że nasza służba zdrowia kuleje wie każdy, dlatego kiedy jestem zmuszony do skorzystania z jej usług dostaję palpitacji serca. Przez kilka ostatnich dni miałem problem z uchem, coś się w nim zatkało, żadne krople dostępne w aptekach nie pomagały, domowe sposoby też nie, więc chcąc nie chcąc musiałem pójść do laryngologa. Sprawdziłem w internecie czy muszę mieć skierowanie aby skorzystać z pomocy laryngologa, okazuje się że teoretycznie jest lista lekarzy specjalistów do których mogę się zgłosić bez papierka od lekarza rodzinnego (w tym np do onkologa), ale laryngolog już nie. Zakładałem że mój problem jest dość banalny - w uchu zrobił się czop z woskowiny i wystarczy przepłukać (lekarz rodzinny tego nie może zrobić) więc uzbrojony w podwójną dawkę anielskiej cierpliwości zarejestrowałem się w przychodni. Miałem szczęście, bo tego samego dnia przyjmował i mój lekarz rodzinny i był także laryngolog. Urwałem się trochę wcześniej z pracy, przyjechałem na miejsce i zająłem kolejkę, przede mną około 5-6 osób więc założyłem, że na dobry początek będę czekał jakieś 1,5h - tak też się stało. Kiedy lekarz dowiedział się z czym przyszedłem i jak długo mam już problem z uchem na skierowaniu napisał - PILNE i po sprawie. Zszedłem do rejestracji, potwierdziłem laryngologa, zająłem kolejkę i czekam aż znajdzie się następny pacjent, który byłby po mnie, żeby spokojnie móc udać się do apteki. Okazało się że przyszedł jakiś starszy Pan, dowiedział się że jest po mnie, więc stwierdziłem że mogę wyskoczyć na chwilę do apteki. Lekarz miał przyjmować za jakieś 30min więc sądziłem, że to żaden problem. Lekarz spóźnił się ponad 40min (a miał tendencję do tego, że potrafił wyjść z gabinetu punktualnie nie zwracając uwagi na to że się spóźnił - więc atmosfera gęstniała z minuty na minutę). Kiedy wreszcie lekarz się objawił i kolejka ruszyła, to zaczęła się Piekielność o to kto był po kim i kto kogo widział, kogo nie było przez 5min i powinien iść na koniec kolejki, etc. Mając już doświadczenie, że z babciami 60+/70+ ciężko się walczy (bez różnicy kiedy dana "Wiekowa Dama" przyszła) to atmosfera gęstniała, do tego stopnia że jedna Piekielna Dama zaczęła wyzywać wszystkich, którzy twierdzili że są przed nią, od chamów, świń w chlewni i innych jeszcze epitetów. Ja rozumiem, że co tygodniowa pielgrzymka do lekarza tego czy owego to jej największa atrakcja, ale ludzie przy niej był kilkuletni wnuk, który wysłuchiwał jak jego babcia używa języka, którego ciężko nazwać kulturalnym. W czasie czekania cały czas wysłuchiwałem burczenia Piekielnej Damy, szczególnie że przy okazji na przychodni spotkała jakąś swoją sąsiadkę i tyrada się zaczęła od nowa. Kiedy mogłem już wejść do gabinetu z przerażenie dowiedziałem się, że lekarz nie ma mojej karty i musiałem po nią iść do rejestracji, która znajduje się zaraz obok gabinetu. Naprawdę wyszedłem z duszą na ramieniu, mając nadzieję że Piekielna jak się dowie, że nie ma mojej karty to znowu mnie nie zaatakuje. Prędko załatwiłem sprawę i wróciłem do gabinetu. Cała wizyta zajęła ok. 10min i po wszystkim mam nadzieję, że przez dłuższy czas nie będę musiał korzystać z publicznej służby zdrowia.
Od małego wiedziałem, że jak starsza osoba czeka do lekarza to nawet gorączka nie wzruszy jej serca i nie pozwoli nikomu wejść przed nią, bo młody to na pewno symuluje a on/ona jest przecież umierający/ca. Sytuacja się nie zmieniła.

służba_zdrowia lekarz pacjenci

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (Głosów: 74)