Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#80445

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ten wpis będzie o sytuacji bardziej zabawnej niż piekielnej, chociaż rodzinka którą spotkałem miała bardzo ognisty temperament.

Pewnego pięknego, słonecznego dnia zaparkowałem pod marketem typu "żabka" – na miejsu parkingowym w cieniu i w bezpiecznej odległości od wszelkich niebezpieczeństw. Z siostrzenicą poszliśmy po niewielkie zakupy, które wpakowałem do plecaka. Ona gdzieś poszła, załatwić jakieś sprawunki, a ja wróciłem do auta. Umknęło mi wcześniej, że nieopodal stoi popielniczka, toteż w tej chwili, stało i paliło tam dwóch Januszy w towarzystwie syna i córki jednego z nich. Janusze ubrani jak na panów po czterdziestce przystało, małolat też raczej normalnie, córka jedynie wyróżniała się zielonymi włosami.

Dołączyłem do popielniczkowego zgromadzenia i sam zapaliłem, mimowolnie wsłuchując się w żywą konwersjację jaką prowadzili. Janusze próbowali dojść czym jest moje auto. Więc nie wtrącałem się, słuchałem: – To jakaś samoróbka! – To jakieś Uno przerobione! – G*wno tam wiesz! To pewnie Zastawa porobiona! – To nie Zastawa! – Zastawa! Dwadzieścia lat w Tychach przepracowałem! Ja wiem co mówię! Znam właściciela!

Panowie się tak przekomarzali i bluzgali na siebie, w międzyczasie punktując niewiedzę oponenta. Jeden drugiego co rusz przebijał motoryzacyjną inwencją, drugi zaklinał się, że zna właściciela i "wie kto to robił". Przez cały czas ich kłótni, syn próbował się wtrącić: – Tato! Tato, no tato no... ale tato! – był dokumentnie ignorowany lub uciszany ("Zamknij się szczylu!"). Córka klęła, mamrotała coś pod nosem, chyba próbując usprawiedliwiać "ojców". Odpalała jednego papierosa od drugiego, rzucając niby to do nich, niby w powietrze: "Ale bardach robicie".

Sytuacja mnie rozbawiła, słuchałbym dalej tego kabaretu gdyby nie siostrzenica zmierzająca ku mnie w oddali. Spróbowałem jakoś interweniować, oświecić obu panów. Odchrząknąłem i przeprosiłem za wtrącenie się do "rozmowy". – Panowie, to jest Fiat. – po króciótkiej pauzie miałem zamiar kontynuować, jednak zostałem zbluzgany pod tytułem: "nie wiesz to się nie wtrącaj k*tasie, ja znam właściciela!".

Nie miałem zamiaru kopać się z koniem, więc poczekałem na siostrzenicę, nie wtrącając się więcej. Gdy otwierałem samochód, zamilkli. Wtedy chłopak w końcu doszedł do głosu, bo wiedział co to za auto. Cały czas próbował tym dwóm cymbałom powiedzieć...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (95)
poczekalnia

#80443

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mąż miał piątek wolny, a że młodemu kończył się zapas słoiczków domowej roboty to czas był się kopnąć na pobliski ryneczek w celu zakupu odpowiednich składników. I tak mąż, córa (prawie 2 latka), syn (9mcy) I ja ruszyliśmy na ryneczek. Dla młodej atrakcja, młodego nie ma gdzie ożenić, a mąż pomaga ogarnąć towarzystwo jak ja kupuję. Ogólnie warzywa i owoce poszły sprawnie, został zakup mięsa i wędlin na śniadanie- w ramach ryneczku są też takie tradycyjne sklepiki, w sensie, że wchodzi się do środka. Kolejka zacna, więc mąż z młodą za rączkę poszli się przejść, a ja z wózkiem z młodym stanęłam przy drzwiach, no co się będę pchać, wejdę jak się zluźni.
Nagle do drzwi podchodzi pan koło 45 lat. Więc informuję grzecznie, że ja też w kolejce. Nie, on nie kupuje, on się tylko chce zapytać. Ok. Wszedł, stanął koło kobiety mniej więcej w jego wieku, pomyślałam, ot mąż z żoną na zakupach, dołączył do partnerki. Chwilę potem sama weszłam do środka, bo miejsce się zrobiło. Obsługiwały naraz dwie panie. Wspomniana kobieta właśnie płaciła, druga że sprzedawczyń również skończyła transakcję i rzuca 'proszę?' ja właśnie otwieram buzię, żeby złożyć zamówienie,a tu nagle Pan 'ja tylko się zapytać' zaczyna zakupy. Już miałam oprotestować, ale w tym momencie pierwsza ekspedientka zaczęła mnie obsługiwać. Żeby było weselej, zakupy skończyłam szybciej od piekielnego I na odchodnym rzuciłam tylko 'coś długo się Pan pyta'. Oczywiście reakcji zero.
I tak tylko dojść nie mogłam, co mu się w głowie roiło. Facet zdrowy, rzekłabym w kwiecie wieku, chamsko kłamie po to tylko, żeby się wepchnąć przed kobietę z berbeciem w wózku? Nie żebym jakoś oczekiwała specjalnego traktowania, że z maluchem czy coś, ale jakoś nie jestem przyzwyczajona walczyć o miejsce w kolejce, które zajmuje... Smutne to...

Sklep

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (81)
poczekalnia

#80441

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielne w tej historii jest Towarzystwo Ubezpieczeń.
Krótki wstęp: Auto miałam ubezpieczone z pełnym pakietem AC, suma ubezpieczenia była na kwotę 100 000 brutto, sama zaś kwota AC niemała: 3500 PLN (w zaokrągleniu).
Zgłosiłam szkodę w sierpniu. Do tej pory historia nie ma rozwiązania.

Podczas zgłaszania szkody i sporządzania "raportu" uzyskałam informację, iż naprawa z pokryciem szkody przez TU musi być tylko i wyłącznie na częściach oryginalnych. Ok. Pasuje. I tu jest pierwszy zgrzyt: przyszło pismo z informacją o kosztach naprawy uwzględniając części zamienne zamiast oryginalnych (czyli zaprzeczają sami sobie), tak jak jest w wyposażeniu auta.

Kolejne pismo: z informacją, iż procedura jest w toku ze względu na brak pełnych informacji, stąd też trzeba poczekać na informację o kwocie przyznanej za szkodę. Pan ze mną się kontaktował w celu sfotografowania miejsca zdarzenia i uzupełnienia opisu zdarzenia na pełniejszy.

Ostatnie pismo zaś nie mówi o kwocie, która jest przyznana za szkodę (tak jak mówiło o tym pismo nr 2), tylko iż odmawiają uznania szkody i wypłacenia czegokolwiek! W uzasadnieniu napisali, iż "uszkodzenia nie korespondują z miejscem zdarzenia". Opis i zdjęcia jednak świadczą o tym, gdzie ewidentnie zaszło zdarzenie (ślady lakieru są widoczne).

Próbowałam kontaktować się telefonicznie z TU- bezskutecznie, ponieważ sprawę prowadzi Pani A., a Pani A. nie ma już w pracy. Na moją prośbę o podanie innej osoby, kompetentnej w tym zakresie dowiedziałam się, że mogę rozmawiać tylko z Panią A. Chyba, że Pani A. jest na urlopie to wtedy z kimś innym. Poprosiłam zatem o tego kogoś innego. Nie, bo Pani A. nie jest na urlopie, ale w pracy też nie, więc nie mogę rozmawiać z nikim innym. Z przełożonym też nie. Z kolei na pismach figurują dwie osoby prowadzące sprawę. Jednak rozmawiać mogę tylko z Panią A.

Sytuacja robi się kuriozalna. Napisałam maila z opisem sytuacji. Czekam na dalszy bieg wydarzeń. Napiszę też oficjalne odwołanie. Nie wiem co jeszcze mogę zrobić w tej sytuacji. Czy może ktoś tutaj mógłby doradzić? Czy ktoś był w podobnej sytuacji?

Wniosek nasuwa się jeden: nie opłaca się wykupować AC, ponieważ jeśli dla TU jest to nie po drodze (szkoda została wyceniona na sporą kwotę ze względu na oryginalne części)to nie muszą z niczego się wywiązywać. Skoro zawarliśmy umowę ubezpieczenia i ją opłaciłam to oczekuję, że TU wywiąże się ze swojej części, a nie będzie przedłużać sprawę, unikać kontaktu i bezzasadnie odmawiać uznania szkody.

PS. Pan, który dokonywał oceny zdarzenia i szkody jest szczerze zdziwiony odmową. Jego zdaniem sprawa jest ewidentnie na moją korzyść o czym świadczy dosłownie wszystko co zostało przedstawione TU.

towarzystwo ubezpieczeń

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (66)
poczekalnia

#80440

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o czasach studenckich.

Ważne tu jest, że moja mama zmarła gdy miałam dwa lata i do 25 roku życia z tej przyczyny pobierałam rentę rodzinną.

Studentką byłam bardzo pilną, jeździłam na konferencje ogólnopolskie, gdzie wygłaszałam referaty, brałam udział w różnych projektach i badaniach. Do tego bardzo dobre wyniki w nauce, co pozwoliło mi starać się o stypendium naukowe.

Miałam też "przyjaciółkę" , która na stypendium naukowe się nie załapała. Sama średnia ocen nie wystarczyła, żadnych osiągnięć nie miała.

Podczas zliczania punktów za osiągnięcia Panie z dziekanatu policzyły jedną konferencji ogólnopolskich jako zwykłą, miejscową, która jest dużo słabiej punktowana, co skutkowało niższym stypendium. Oczywiście wybrałam się to wyjaśnić, dzięki czemu uzyskałam maksymalną kwotę stypendium.

Jak skomentowała to moja "przyjaciółka"
P: No wiesz? Ty masz rentę i jeszcze ci mało? Zostawiłabyś coś dla innych, a ty tylko żeby się nachapać i innym nie dać!!!

Odpowiedziałam jej tylko, że wolałabym jednak mieć mamę, która by mnie wsparła i pomogła w trudnych chwilach niż te nędzne 350 zł (renta do podziału z siostrą).

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (112)
poczekalnia

#80438

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z zawodu jestem programistą, pracowałem w domu jako freelancer przez bardzo długi czas i ostatnio stwierdziłem że w końcu pora spróbować czegoś nowego. W ramach samorozwoju nauczyłem się przydatnych do mojej pracy umiejętności - z którymi chciałem powiązać pracę na etacie by się w tym obyć oraz poznać jakichś nowych ludzi. Jednak nie chciałem pracy na cały etat by móc dalej prowadzić własne projekty poza etatem, więc znalazłem firmę która akceptowała moje elastyczne godziny pracy - wymagania to X godzin na tydzień, jeśli chce to mogę więcej. Wszystko fajnie, umowa podpisana, szczegóły pracy dogadane. W pierwszy dzień przyszedł do mnie PM i poprosił bym wypełnił moją dyspozycyjność na następny miesiąc ( ile godzin będę w dany dzień tygodnia ). Zapytałem czy zna moje warunki zatrudnienia - powiedział że tak, wszystko wie, ale to tak tylko dla 'góry' . No to wypełniłem tak by się mniej więcej z moim planem tygodnia zgadzało no i z tym jak faktycznie będę w firmie.

Przez pierwszy miesiąc dałem sobie więcej czasu dla pracy na etacie by poznać ludzi i się jakoś zintegrować (normę tygodniową wyrabiałem przez dwa dni), przez pierwsze dwa tygodnie nic mi nie wypadło więc wszystko szło równo z harmonogramem, ale w ostatni się zaczęła jazda.

Poniedziałek i wtorek według harmonogramu - norma juz wyrobiona. We wtorek po pracy wdrażałem pewną rzecz w swoim projekcie prywatnym więc siedziałem nad tym do 3 w nocy i w środę postanowiłem odespać - a co za tym idzie nie poszedłem do pracy etatowej wedlug harmonogramu. W czwartek postanowiłem sobie zrobić chill day więc również nie poszedłem - pokodziłem sobie ze spokojem, wypiłem piwko, obejrzałem sezon serialu. W piątek po przyjściu do pracy odrazu przychodzi PM z pretensjami czemu mnie nie było, przecież byłem zapisany w harmonogramie, co to ma być etc. Powiedziałem że przecież normę wyrobiłem a sam wie jakie mam warunki umowy. On wie on wie ale z 'góry' mu głowę suszą ( o ironio ) i że mam przychodzić harmonogramowo bo inaczej będą konsekwencje - w tym momencie już był przegrany, otóż jestem jedną z tych osób które nic nie muszą, ja wiem co mam robić i jeśli chcą coś więcej to ja to co najwyżej MOGĘ zrobić. Oczywiście odpowiedziałem że to nie mój problem tylko jego i jeśli 'górze' się coś nie podoba to niech sami ze mną porozmawiają.

Minęły dwa dni i przyszedł Krzysiu ze Szczecina by porozmawiać. Nie będę opisywał całej rozmowy, skończyło się na tym, że podziekowałem w dość piekielnej atmosferze za współpracę, a jakiś czas później wygrałem sprawę o kwotę Y którą mi potrącono z wypłaty pt. 'Kara umowna' :)

Doświadczeniem zdobytym w tej firmie z chęcią się nie podzielę w CV.

A morał tej bajki jest krótki i większości znany, jeśli znasz swoją umowę - nie będziesz wy****any.

Stolica cebulandi

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (97)
poczekalnia

#80436

~MrMu ·
| było | Do ulubionych
Na fali historii kolejkowych, przypomniały mi się 2 sytuacje w których brałem udział, i być może byłem trochę piekielny, ale uważam, że miałem ku temu powody.
Historia 1.
Wydział komunikacji, kolejka kilkuosobowa do pokoju nr 4. Stoję już przed drzwiami, teraz moja kolej, kiedy przychodzi kobieta, ok. 30-tki, dobrze ubrana, zadbana. Pyta czy wszyscy do "czwórki". Podchodzi do mnie "Pan teraz wchodzi, tak? A mogę wejść przed Panem? Ja tylko na 5 sekund, jeden świstek zostawić." No cóż, trzeba być człowiekiem, zgodziłem się, w końcu 5 sekund mnie nie zbawi. Pani weszła, minęło te wspomniane 5 sekund, 10 sekund, minuta, dwie... "Osz Ty flądro!" pomyślałem. Za chwilę przychodzi inna Pani, również widać, że na poziomie, żadna patologia, czy "Grażyna". I ten sam temat "Wszyscy do czwórki? Pan teraz wchodzi? A nie przepuściłby mnie Pan bo ja tylko..." tu urwała widząc jak przecząco kręcę głową.
- No wie Pan, ale Pan jest...
- No jaki?
- Nieuczynny...
- Proszę Pani byłem uczynny (tu sprawdziłem godzinę na telefonie) jakieś 4 minuty temu. Wtedy przepuściłem panią "ja tylko na 5 sekund" (tu naśladowałem jej głos i gestykulację), która nadal tam siedzi.
- Ale ja na prawdę tylko na chwilkę o coś spytać...
- Niestety, tamta pani też mi 2 razy powtarzała, że ona tylko na 5 sekund. Teraz na jej nieuczciwości straci i pani, bo może i pani nie kłamie, ale ja niestety nie mam czasu, żeby się o tym przekonywać, ponieważ wyrwałem się na chwilę z pracy.
Kobieta zapytała faceta za mną, czy w takim razie on jej nie przepuści, lecz i on odmówił to samo kolejne osoby za nim. Kobieta na głos narzekała, że ludzie teraz tacy nieuczynni, lecz ktoś z kolejki zgasił ją chłodnym "Jak wyjdzie stamtąd taka brunetka w czerwonej sukience, to jej Pani poopowiada o tym, i przy okazji podziękuje". Kobieta już ucichła.
kiedy nasza "spryciula" wychodziła z pokoju, powiedziałem do niej ze złością w głosie "Ja tylko na 5 sekund?!", lecz nawet nie podniosła wzroku i szybko się stamtąd ulotniła starając się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego z ludźmi z kolejki.
Historia 2. Kolejka w przychodni do ortopedy. Pacjenci zapisani co 5 minut. jest ok. 20 minutowe opóźnienie (jak na naszą służbę zdrowia na prawdę skromny wyczyn ;) ). Jest godzina 17:00, weszła kobieta, która zapisana była na 16:40. Czekam na korytarzu z mamą, która była zapisana na 16:50, czyli przed nami jeszcze jedna pacjentka. Nagle wpada na korytarz kobieta, pyta kto jest na 17:05. Zgłosił się jakiś pan, i przy okazji poinformował, że jest ok 20 minut opóźnienia i dopiero weszła osoba z 16:50. Ledwo skończył mówić, wyszła ta osoba, i weszła z 16:55, czyli teraz kolej mojej mamy. Nowo przybyła kobieta wygłasza na głos, że ją nic nie obchodzi, ona wchodzi o 17:10, tak jak ma zapisane ( tu rzuca wymowne spojrzenie mojej mamie) po czym opowiada przypadkowej kobiecie, że ma męża po udarze, musiała zawołać pielęgniarkę, a pielęgniarka bierze 40 złotych za godzinę, po czym, znowu powtórzyła wszem i wobec, że ją nic nie obchodzi, i że teraz ona wchodzi, po czym podeszła do drzwi. tego dnia akurat jakoś podminowany byłem, więc dłuższej zaczepki nie potrzebowałem. Stanąłem między nią a drzwiami i mówię:
- No to najpierw będzie Pani musiała się ze mną uporać, a biorąc pod uwagę nasze gabaryty, nie ma Pani zbytnio szans.
Nie pamiętam jak dokładnie potoczyła się w tej chwili rozmowa, wiem tylko, że dowiedziała się, że to moja mama siedzi z kulą obok. i wyskoczyła do niej z tekstem "To tak pani syna wychowała?!" Na co odparłem
- Tak proszę Pani, tak mnie mama nauczyła, że chamstwo należy tępić! Bo wpadła tu Pani jak do obory, i drze się, że nic Panią nie obchodzi, i Pani teraz wchodzi. Otóż nie, nie wchodzi Pani! Teraz wchodzi moja mama, a jak pozostałe osoby Panią przepuszczą, to w najlepszym wypadku wejdzie Pani po nas. Takie sprawy jednak załatwia się inaczej- należy kulturalnie spytać "Czy przepuszczą mnie państwo, bo zostawiłam chorego męża, pielęgniarka dużo kosztuje." Wtedy najprawdopodobniej byśmy Panią przepuścili, ale jak Pani wpada jak do chlewu i myśli, że chamstwem załatwi sprawę, to się Pani grubo myli!"
Akurat wychodził poprzedni pacjent, a razem z nim lekarz, który usłyszał zamieszanie, i postanowił sprawdzić co się dzieje. Po opisaniu sprawy powiedział Pani "teraz ja wchodzę i nic mnie nie obchodzi", która z resztą i z nim próbowała się wykłócać, że ma grzecznie siedzieć i czekać na swoją kolej, ponieważ ze względu na jej zachowanie, to teraz nawet jak ludzie ją przepuszczą, to on jej wcześniej nie przyjmie. Pomogłem mamie wejść do gabinetu i zostałem wewnątrz, przy drzwiach, słysząc jak kobieta głosi o "niewychowanych gówniarzach", lecz po chwili jakiś facet powiedział krotko co o niej sądzi, ktoś jeszcze go poparł, i kobieta umilkła. Jak wychodziliśmy to siedziała purpurowa na twarzy i patrzyła na mnie z nienawiścią.

przychodnia urząd

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (101)
poczekalnia

#80434

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Opiszę coś trudnego co męczy mnie od wielu lat.
W połowie drugiej klasy szkoły podstawowej przeniosłam się z miasta na wieś. Okolica pełna wojskowych, szkoła finansowana przez wojsko gdzie wszyscy siebie znają i nie uznają nowych.
Na początku było cudownie, nowi znajomi, trochę wulgarni ale to mogłam znieść. Wszystko się zmieniło jak po raz pierwszy rozpłakałam się gdy nauczycielka na mnie nakrzyczała. Zaczęły się docinki, nazywanie idiotką i bobasem.
W następnym roku dostaliśmy nowego nauczyciela wf. Stary wojskowy, wiecznie pijany z miłością do siatkówki. Przez mój lęk przed piłką nie byłam w stanie jej odbijać, zawsze uciekałam. Za każdym razem jak to się stało wzywał mnie od debili i niedorozwojów co podłapała nie tylko moja klasa lecz i reszta szkoły. Przy bieganiu czułam ogromny ból w kolanach co było przez niego zbywane, znowu nazywał mnie niedorozwojem. Okazało się, że mam jałową martwicę stawów.
Na tym się nie skończyło. Zaczęło się namawianie do samobójstwa. Dzieciaki krzyczały, że jestem niepotrzebna i powinnam się zabić, a najlepiej by było jakbym nigdy nie istniała.
Przez 5 lat szkoły nauczyciele nigdy nie zareagowali. Nie mówiłam o tym rodzicom. Dowiedzieli się gdy wróciłam do domu pobita i zobaczyli moje ramiona, które rozdrapywałam do krwi gdy płakałam w nocy. Dyrektorka powiedziała by nie zgłaszać tego na policję bo i tak nikt nie zezna.
Teraz mam 19 lat, depresję, stany lękowe, naruszony przez bicie kręgosłup i ciemne blizny po paznokciach. Nigdy tego co się działo nie zgłosiłam na policję. Idąc przez osiedle widzę moich oprawców, którzy nadal mnie wyzywają.
Opisałam to wszystko bo trudno jest trzymać to wszystko w sobie.
Nie ma puenty

Szkoła

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 10 (78)
poczekalnia

#80429

~DakotaDaKota ·
| było | Do ulubionych
Umarła mi babcia.

Moja koleżanka jest Świadkiem Jehowy. Nie lubimy się za bardzo.

Oto jakim pięknym tekstem mnie uraczyła :

- Wiesz, że Twoja babcia się smaży w piekle, bo nie wyznawała
Jehowy?

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (81)
poczekalnia

#80437

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dostałam upomnienie w pracy na piśmie. Przyczyna upomnienia - odmowa pracy w sobotę ze względu na szkołę zaoczną co 2 weekend.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (66)
poczekalnia

#80435

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja koleżanka (kilka lat starsza) pracuje w policji. W tym roku jej syn, Kuba, pierwszy raz poszedł do zerówki.
Szybko zapoznał się z innymi dziećmi, jednak jego przyjaciółmi byli Kacper i Marek- rodzeństwo. Młody wczoraj, po powrocie ze szkoły zalał się łzami i ogólnie koleżanka nie mogła go uspokoić. Powód histerii? Kacper i Marek już nie mogą się z nim bawić. Dlaczego? Bo jego mama jest policjantką i rodzice im zabronili. Sami mu to powiedzieli.
Wiem, że są różne opinie na temat tej formacji, sama odbywałam staż i wiem, że policjanci są przeróżni. Ale podejścia rodziców z historii nie jestem w stanie ogarnąć.

Rodzice dzieci praca

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (104)