Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#80973

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mam 30 lat, prawie 20 lat temu zmarła babcia zostawiając siostrze mieszkanie. Żeby nie było problemu z zachowkiem (spadkobierca ustawowy był jeden, nasz ojciec), ojciec uczynił na jej rzecz darowiznę. O czym dowiedziałam się tydzień temu, odczytując testament zmarłego ojca, mama i siostra nigdy nic nie powiedziały, a ojciec to taki typ, co trzy słowa na tydzień mówi i mu styknie.
Rodzice rozwiedli się niedługo po śmierci babci, ja mieszkałam z mamą w mieszkaniu wydzielonym z dawnego dużego w kamienicy - spory pokój (mamy) i mój (z 5 metrów, zapewne dawna służbówka przy kuchni), a siostra - w dwóch pokojach po babci. Jako że obie studiowałyśmy, rodzice nas utrzymywali, przy czym siostra była zawsze wzorem, taka pracowita, zmieniła mieszkanie na większe, a ty nic nie masz. Kiedy pytałam, dlaczego ona dostała mieszkanie, a ja nic, odpowiedź była jedna - babcia tak zdecydowała, więc nic nie masz. Wyprowadziłam się, poznałam fajnego faceta, dorobiliśmy się mieszkania, ale zawsze słyszałam od mamy, że a to okolica obciachowa, a po co mi autko, skoro siostra ma, i to lepsze.
Piekielna wisienka na torcie: jak się wyprowadzałam (biorąc ubrania, książki i drobiazgi), mama zabrała mi stary komputer, który kupiłam za samodzielnie zarobione pieniądze, bo jej znajoma potrzebuje i nie ma, a ja kupię sobie nowy.
Kupiłam, ale na litość boską, wypominać biednemu, że jest biedniejszy od zamożnego?

#rodzina

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (71)
poczekalnia

#80972

~Wyswatana ·
| było | Do ulubionych
Sporo tu ostatnio historii o piekielnych pedagogach szkolnych, więc dodam i swoją. Działo się to w pewnej szkole średniej, do której dopiero co zaczęłam uczęszczać. Niestety tak się złożyło, że pod koniec wakacji zakończyłam swój pierwszy poważny związek i nie radziłam sobie z tą sytuacją. Byłam bardzo cichą, nieasertywną osobą, która w pewnym momencie przestała jeść, spać i skupiać się na nauce. Wtedy pierwszy raz w życiu zdecydowałam się wejść do gabinetu i porozmawiać z pedagogiem. Zapukałam i uchyliłam drzwi. W gabinecie siedział otyły pryszczaty chłopak (nazwijmy go M.) i jadł z Panią pedagog ciasto. Przeprosiłam i chciałam się wycofać, ale zostałam zaproszona do środka. Dosyć niechętnie, ale zaczęłam opowiadać o sobie i swoim problemie, a chłopak, cały czas się przysłuchując, w pewnym momencie stwierdził, że "on też jest wolny więc możemy być razem" na co Pani pedagog ochoczo przyklasnęła i zaczęła mnie przekonywać do tego jaki M. jest uroczy i jaki ma śliczny uśmiech i żebym dała mu szansę. Speszyłam się, podziękowałam za rozmowę i wyszłam. Niestety, już następnego dnia M. mnie znalazł i nie odstępywał na krok. No przecież ustaliliśmy wczoraj, że od teraz jestem jego dziewczyną. Niestety M. miał spory problem z zachowaniem się i bez zahamowań łapał mnie za pośladki, czy piersi na środku korytarza podczas przerwy i non stop kazał się (tak, kazał) do siebie przytulać i całować. Nie rozumiałam czemu wszyscy nauczyciele są tym zachwyceni, a kiedy probowalam się poskarżyć na jego obleśną natarczywość, byłam zbywana i zapewniana, że M. już taki po prostu jest, że on nigdy wcześniej nie miał dziewczyny i musi się "nacieszyć". Zostałam po prostu bezczelnie wyswatana ze szkolnym zakałą i pilnowana przez pedagog, żebym nie protestowała. Nie muszę mówić, jak okropnie się czułam i jaką opinię szybko sobie wyrobiłam, jako "dziewczyna grubasa". M. był klasowym odrzutkiem, ale pupilkiem nauczycielek. Dlaczego? Otóż jego mama prowadziła bardzo przydatną firmę i wszystkie nauczycielki ochoczo korzystały z jej usług po sporych kosztach i znajomości.

Duże miasto

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (55)
poczekalnia

#80970

~Xelka ·
| było | Do ulubionych
Na fali historii o OLX i nie tylko.
Mam dwójkę dzieci, wiec od czasu do czasu wystawiam jakieś rzeczy po nich na olx lub grupy facebookowe. Spora czesc również oddaje. Co zauwazylam, jeszcze 3 lata temu nie było takich przebojów z kupującymi, teraz mam wrazenie, ze wszędzie prym wiodą madki. Jak podkreśliłam sporo rzeczy oddałam, min. meble czy wózek. Pod moim postem rozpętało sie piekło- nie było mnie 30 minut na grupie, a tu babki już sie kłócą która była pierwsza. Stanęło na tym, ze meble odbierze samotna matka z wioski obok, umówilysmy do na odbiór, zaznaczyłam, ze komoda z szafka są solidne i ciężkie, wiec musi wziąć pomocników, bo ja w ciąży wiec nie pomogę. Na drugi dzień przyjeżdża pani- na oko końcówka ciąży, wchodzi i patrzy... Pytam, gdzie pomocnik? Ona nie miała kogo wziąć... Rece mi opadły, mówię jej, ze w takim razie nie ma opcji zniesienia, bo mojego meza nie ma w domu i co robimy? " Może pani pomoże"?. Moja ciąża nie była widoczna, ale, ze u niej powstał pomysł dźwigania z takim brzuchem... Zal mi sie jej zrobiło, wiec zadzwoniłam po sasiada, zaraz znalazł sie drugi i zapakowali pani meble do samochodu.

Chusta. Chustowalam dziecko 3 mce, nie miałam jej super ekstra za 400 zł, ale zwykła z Allegro za stówę. Dla mnie spisała sie super. Chciałam wystawić symbolicznie za 10 zł. Wstawiłam link do Allegro. Dostałam mnóstwo wiadomości typu; " czemu tak tanio?", " pewnie oszustwo", " a dlaczego ma taki splot, a nie inny?" Nie zliczę wiadomości na fb " aktualne, biorę"- i cisza... Nikt nie wziął do dziś.

To samo z ciuszkami, kombinezonem, wanienka- w końcu zebrałam całość rzeczy i wystawiłam " za uśmiech" z prośba, o info na temat potrzebującej matki. Kilka wiadomości od " potrzebujących" madek ze zdjęciami na profilu z zagranicznych wojaży mnie dobiło. Za chwile kolejna wiadomości, ze jak wanienka ma stelaż, to ona bierze wszystko, ale w sumie to czy mogłabym wysłać?
Nagminne jest pytanie o wysyłkę, przy zaznaczonym odbiorze osobistym.

Komplet do łóżeczka. Oszalałam i dla swojego maluszka kupiłam pościel na zamowienie, kokon i inne bajery do jego lozkowego królestwa. Wydałam na to Ok 400 zł. Wszystko wypralam, poprasowalam i wystawiłam w super stanie za 150 zł. Sam kokon kosztował mnie 100 zł, wiec jak odezwała sie pani, ze ona kokon weźmie za 15 to mnie rozśmieszyła. Próbowała mi wmówić, ze nikt tego ode mnie drożej nie kupi, a na pewno nie komplet, bo można nowy kupić taniej. Wysłałam jej link do zamówienia niej sobie popatrzy na ceny.
Straciłam chęć na wystawianie czegokolwiek i odpuszczę póki co.

Olx fb

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (57)
poczekalnia

#80969

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ja i mój facet mamy po kilkadziesiąt rzeczy wystawionych na sprzedaż na OLX. Kilka naszych handlowych przygód:

1. Mój facet ma mobilną pracę, więc czasami nie ma problemu,by komuś coś podrzucił. Okej, podjechał na parking, schodzi gość, ogląda przedmiot, zachwyca się itd. Mówi, że bierze, tylko zapomniał portfela z mieszkania. Skoczy na górę i zaraz wróci. Nie wrócił. Zapomniał też, jak odbiera się telefon.

2. Zboczeńcy od stóp. Wystawiam na sprzedaż buty. Część z nich prezentuję na stopie, bo gdybym była kupującą, chciałabym wiedzieć jak leżą. Zalewają mnie pytania o ty, czy sprzedaję "używane (nieprane!) skarpetki, rajstopki i pończoszki oraz czy "buciki mają zapach".

Hitem był pan, który postanowił pobawić się w ankietera. Często jestem ankietowana, bo gdzieś kiedyś wyraziłam na to zgodę i lubię to. I wiem, jak powinna przebiegać ankieta. W tle zawsze są szumy innych rozmów. Pan przedstawił się jako przedstawiciel firmy produkującej lakiery do paznokci. I pyta: jakie kolory lubię, jak często maluje paznokcie u stóp. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak (za cicho w tle, brak standardowej formułki na początku), ale chciałam dać chłopu odrobinę radości, to odpowiadałam, wymiękłam przy pytaniu o to, czy lubię obcinać paznokcie na kwadratowo czy na okrągło.

3. Panowie, którzy proponują mi pracę "asystentki członka zarządu", bo oni po zdjęciu widzą, że przecież na pewno jestem gotowa i chętna do ambitnej pracy i nie boję się wyzwań.

4. Są "hore curki", a mi się trafiła "bidna rzona". Dzwoni kobitka i mówi: przed chwilą wystawiła pani buty. Czy one naprawdę są za 20 złotych? (nie jest to niedowierzanie, że tak tanio, tylko, że tak drogo). Ja: Naprawdę. Ona: bo widzi pani, moja żona by je chciała. Ale ona nie ma pieniędzy. Ja: jak nie ma pieniędzy, to nie kupi. Ona: aha, nie kupi? Ja: no nie kupi. Ona: no to dziękuję.
Przynajmniej pełna kultura.

5. Ani be, ani me, od razu przystępuje ktoś do rzeczy: ogłoszenie aktualne? Wszystkie ogłoszenia mam aktualne, o które chodzi? Aaaa, no, takie spodnie. Spodni mam siedem par wystawionych. ...urwa. Koniec połączenia.

OLX

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (70)
poczekalnia

#80968

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miałam do oddania 3 worki ciuchów i butów (wyprane, poskładane, posegregowane) wystawiam na olx za darmo. Kilka osób zapytało skąd odbiór (mimo, że napisałam już w treści ogłoszenia, ale chyba słowa "za darmo" przesłaniają cały opis ogłoszenia i nikt nie czyta do końca), po mojej odpowiedzi z propozycjami 4 miejsc( każde w różnych dzielnicach,co by było wygodniej odebrać i swobodniej) już nic nie odpisały,nawet przysłowiowego "pocałuj mnie w d...".
Kolejna grupa osób to "czy możliwa wysyłka". Przyznam szczerze,że nie wiedziałam ile to kosztuje(co więcej- sądziłam,że w pytaniu "czy możliwa wysyłka "jest także ukryty komunikat "ile kosztuje wysyłka?")i powiedziałam, żeby dana osoba sprawdziła (podałam wymiary)lub zaznaczę opcje opłaty za wysyłkę przez odbiorcę. O mój Boże, ale było oburzenie! Jakie koszta wysyłki? Ze ja chce pieniądze brać? Przecież oddaje za darmo! Poszłam na pocztę dowiedzieć się ile to możne kosztować, by doświadczona już wiadomościami" klientów-byznesmenów" z olx uniknąć takich sytuacji i po prostu wpisać "Możliwa wysyłka. Kwota w wiadomości prywatnej"( na olx po włączeniu opcji"oddam się za darmo "po czym wpisaniu kwoty np 50 zł ogłoszenie zostaje usuwane z racji tego,ze oddając za darmo nie można wpisywać konkretnych kwot). Pani podała mi kwotę,zapamiętałam ją. Liczyłam na to, że w KOŃCU uniknę głupich wiadomości dot.braku zasadności obarczania opłatą odbiorcy. Minęło 30 minut i zaczęły pojawiać się wiadomości,że osoba chętnie weźmie rzeczy,ale... w ogłoszeniu mam chyba pomyłkę, bo po pierwsze jak można chcieć w ogóle zapłaty skoro się wystawia za darmo,a skoro chce kwotę podać w wiadomości prywatnej to z pewnością mam same szmaty w worach,chce kupców naciągnąć(mimo,ze zdjęcia każdej "szmaty"było udokumentowane na stronie z ogłoszeniem"). Dodatkowo po mojej wiadomości ile kosztuje wysyłka padały określenia,że jestem kur*ą biznesu, podłym i zatrutym jadem organizmem, nieczułym człowiekiem, który jak zazna kiedyś biedy to będzie wiedział co oznacza kradzież (?).
Inna grupa ludzi to taka, która zastanawia się 30 razy czy możne się skusić, bo mieszkam za daleko i jak ciuchy okażą się za małe (podawałam rozmiary i dl.wkladnek w ogłoszeniu),to jej droga będzie na marne,a musi wziąć taksówkę,bo nie ma auta, a autobusem nie będzie jeździć z worami (autobus odjeżdża z centrum pod mój dom co pół godziny-mówiłam jej o tym. Wystarczyło wziąć kogoś do pomocy albo 2 walizki na kółkach. Ciuchy nie były ciężkie, tylko po prostu zajmowały sporo miejsca). Ciuchów nie wzięła,bo "taksówka chciała w 2 strony 50 zł,a kto jej za to zwróci, hehe".
Kolejna grupa to ANALODZY-PSYCHOLODZY: "A może mi Pani podrzucić?( ew dodatek: skoro oddaje Pani takie buty nike i adidas to ma Pani z pewnością auto,a że odbiór z takiego ZADUPIA to już w ogóle pewnie Pani ma"). Spytałam z grzeczności gdzie miałabym podrzucić (chciałam się tego już pozbyć,wiec mimo głupich przytyczków byłam skłonna po drodze komuś podrzucić),ale wszystkie z MIASTOWYCH okazały się mieszkać 40km ode mnie( oczywiście nie w stronę centrum),także nie uśmiechało mi się jechać za darmo prawie 100km (plus wyjazd ode mnie z osiedla na a8 to jakieś 30min po południu, więc zmarnowałabym jakieś 2 godziny). Część na tę- jak na mój gust słuszną argumentację odpuszczało,ale cząstka kulawych antylop nie popuszczała i spytała czy jak zapłacą za dowóz to czy się zgodzę. Szybka kalkulacja w głowie... pomyślałam,że ok-podjadę w weekend na "zadupie"jednej czy drugiej-pies się wybiega,ja odpocznę, poza tym nie będę musiała tego pakować jakoś szczelnie i estetycznie jak do wysyłki. Zgodziłam się. Wyliczyłam uczciwie,ze 100km to jakieś 30zl. Ta kwota była zaporowa dla rozmówczyń, próbowały argumentować brak tej zawrotnej sumy: biedą,ciążą,chorobą,chyba tylko o huraganie nie przeczytałam.
Zaczęłam tracić nadzieje,ale odezwała się jedna Pani z osiedla,że ona chętnie weźmie,ale czy możne przymierzyć,bo jeśli ciuchy będą złe,to nie chce ich magazynować. Zgodziłam się,bo co mi zależy. Przyszła dama w butach na szpilach,twarz cala w tapecie(nie oceniam jej, każdy robi co chce),ale...upier.....-bo inaczej się nie da tego nazwać-skrzętnie podczas mierzenia: koszulkę,sweter,nawet szlafrok. Jak to zauważyłam poprosiłam, by obejrzała,ale nie mierzyła,bo ja to prałam już i nie chce tego robić 2 raz. Obraziła się, coś pod nosem popsioczyła i rozejrzała się po pokoju, pytała o każdą rzecz czy też jest do oddania,bo ona nie ma,a skoro ja oddaje takie"super ciuchy,to mam kasę": telewizor, orbitrek, książki,a nawet sukienka(suszyła się kolo kaloryfera na wieszaku). Chyba z wrażenia nic nie odpowiedziałam prócz tego,by zdjęła buty,bo niszczy mi panele od szpilek. Wstąpił w nią szatan, rzuciła ciuchy na podłogę i stwierdziła,że "fatalne szmaty i OBSŁUGA",co więcej jako,ze była z tego samego osiedla co ja, to na lokalnej grupie sprzedażowej obsmarowała mnie, że "nie warto u mnie(zaznaczyła imię i nazwisko) KUPOWAĆ,bo mam brudne szmaty,które ciskam ludziom na siłę. Na szczęście po mojej interwencji u moderatora wpis zniknął,a Pani razem z nim (z grupy).
Kolejna grupa to osoby, którym się nie dogodzi,co do godziny:moja propozycja od 5 do 6 rano oraz od 18 do 22 to fatalne pory,bo NORMALNI ludzie już/jeszcze śpią. Ludzie są zdziwieni,ze ja także pracuje i nie pasują mi godziny 9, 11, 13 i 15.
W ramach desperacji zgodziłam się na opcje wzięcia ciuchów na uczelnie w sobotę lub/i niedzielę . Podałam jednej z Pań przedział czasowy kiedy mam wolne, jest to niestety jedynie 15 min co 2.5 godziny. Pani zła na mnie,bo skoro ona tam już jedzie,to pójdzie do Biedronki i nie wie ile jej to zajmie i czy się wyrobi miedzy 13:15 a 13:30. Na moje pytanie (sądziłam,ze jadąc na zakupy oraz decydując się na 3 worki ciuchów przyjedzie autem) czy nie może najpierw odebrać,a następnie pójść na zakupy odpisała mi,ze nie będzie z ciuchami łaziła między regałami.
Odpuściłam.
Hitem była kobieta,która zgodziła się przyjechać na uczelni o konkretnej godzinie. No i była..zadowolona,uśmiechnięta,wesoła. Ja tez się ucieszyłam,ze w końcu po 2.5 tygodnia pozbędę się tego balastu. Otworzyłam bagażnik, pokazuje co mniej więcej mam. Pani szczęśliwa. Z racji tego,że było po 14 a pod uczelnia mam malutki parking zapełniony od 9 jasne było dla mnie,że Pani zaparkowała co najmniej kilometr stamtąd. Zapytałam czy jej podrzucić gdzieś ciuchy, bo pada deszcz i nie będzie dodatkowo dźwigać. Pani się uśmiechnęła i z zadowoleniem powiedziała" dziękuje,tak,pewnie,powiem Pani szczerze,że na to liczyłam,mieszkam na SOŁTYSOWICKIEJ". Zrobiłam oczy jak 5zl i mowie,ze źle mnie zrozumiała. Miałam na myśli,ze podrzucę ją do jej auta albo tramwaju... Pani zrobiła się purpurowa. Jej twarz z łagodnej przeobraziła się w potwora. Zaczęła mnie pod uczelnia obrażać,stwierdziła,ze studenci to wrzody i poprzewracało nam się w głowach i dupach. Chcąc uniknąć do końca tej kompromitacji(jakby nie patrzeć bardziej dla mnie,bo Pani nikt tam nie znał) zaproponowałam,że zawiozę jej to po zajęciach (kolo 20),ale za 100zl,bo to rekompensata za jej zachowanie. Pani kopnęła tylko w kamień i poszła.
Ciuchy postawiłam we wnęce kolo bramy (niedaleko śmietnika, ale nie na jego obszarze) z naklejoną kartką"ubrania rozmiar 36-40","buty 36-38 DO WZIĘCIA ". Swoje ogłoszenie na olx zmieniłam "w związku z falą roszczeniowych osób wystawiam pod brama x przy ulicy y worek z ubraniami i kto pierwszy ten lepszy. Nie odpowiadam za to kto i kiedy to weźmie, bo ja nie będę czekała w domu na osoby, które nie przychodzą albo mnie obrażają". Pech chciał, że wyjechałam na 2 dni w inną część Wrocławia (miasto, w którym mieszkam), jakoś namiętnie nie sprawdzałam podczas tych 2 dni swojego olx.
Po 3 dniach weszłam na to ogłoszenie i liczba wiadomości,które dostałam powaliły mnie (ponad 20),a ich treść sprawiła,że chciałam cofnąć czas do dnia, gdy wpadłam na głupi pomysł wystawienia czegokolwiek za darmo.
M.in (pisownia oryginalna,mniej więcej):
-"byłam 3h po dodaniu ogłoszenia, mogłaś napisać ze tego już tam nie ma"
-"po co piszesz,ze coś jest jak nie ma?"
-"morzliwa wysyłka"
-"możliwe spotkanie w legnicy?"(60km ode mnie)
-"za ile pójdzie?"
-"poka zdjęcia dokładne butów rozm.38"
-"stoi jeszcze"
-"jehalem nadaremno"

olx

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (101)
poczekalnia

#80967

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie wiem w jaki sposób szkoleni są wolontariusze DKMS, ale powinni być szkoleni lepiej.

Wczoraj zadzwoniła do mnie szwagierka, działaczka tej i kilku innych fundacji. Trochę się zdziwiłam, bo raczej nie dzwonimy do siebie bez okazji. No ale rozmawiam o pogodzie, nadchodzących świętach i innych nieistotnych sprawach. Aż postanowiła przejść do konkretów.
Sz: Słuchaj, a może oddała byś krew? Teraz jest taka fajna akcja.
Ja: Przykro mi ale, nie mogę.
Sz: No mogła byś się wreszcie odwdzięczyć za te dwie jednostki trzy lata temu! ( Swoją drogą świetna pamięć.)
Ja: Nie mogę. Mam zdiagnozowaną chorobę autoimmunologiczną, która mnie dożywotnio wyklucza z dawstwa.
Sz: No przecież nie musisz się przyznawać w RCK!

Wryło mnie. No tak, bo te zasady są po to, żeby były, a nie po to, żeby komuś nie zaszkodzić. Mam nadzieję, że to odosobniony przypadek.

krwiodawstwo wolontariusze

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (110)
poczekalnia

#80966

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Cyfrowy Polsat mnie dobił. Absurd, o jakim Bareja nawet nie pomyślał.

Telewizję mam od nich ponad 10 lat, internet nieco ponad dwa. W lipcu br. wysłałem wypowiedzenie obydwu umów. Oczywiście telefony z działu utrzymania klienta i w końcu doszliśmy do porozumienia i przedłużyłem obie umowy. Ważne: wcześniej płaciłem 75 tv i 35 internet. Konsultant zaproponował 75 tv i 25 internet przy jednoczesnym jego dwukrotnym zwiększeniu z 20 na 40 Gb. Ok. oferta dobra więc się zgodziłem. Pierwszy rachunek - wszystko ok. Drugi rachunek - internet 50 zł. No to reklamacja. W odpowiedzi dowiedziałem się, że w związku z tym, iż moje zobowiązanie wobec CP zmniejszyło się (wcześniej 75+35=110, a teraz 75+25=100) wycofane zostają wszelkie rabaty. No tak, zupełnie świadomie zawarłem taką umowę, która z góry skazywała mnie na większe opłaty. Kolejna reklamacja z wnioskiem o odsłuchanie rozmowy z konsultantem. Efekt - zmniejszenie opłat za internet do 30 zł. Przysłano korekty rachunków. Nie popuszczam i kolejna reklamacja. Dlaczego 30 jak miało być 25. W końcu dzwoni konsultantka z CP i proponuje dwa rozwiązania, albo 30/m-c, albo rozwiązujemy umowę. Mam ich dość więc rozwiązujemy umowę. A teraz hit: Dwa dni później telefon z CP dział utrzymania klienta i pytanie: Dlaczego zrezygnowałem z ich usług? I aż mnie dziwi, że Z. Solorz jest coraz bogatszy.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (72)
poczekalnia

#80959

~wspolkokatorkazla ·
| było | Do ulubionych
Wynajmuję pokój w 4-pokojowym mieszkaniu. Jest na stancji osób 5. W tym, nazwijmy ją, Księżniczka Asia, na którą piszemy skargi do właściciela, ale że ma ona największy pokój i płaci za niego 850 zł, to właściciel ignoruje nasze żale. I to o księżniczce Asi będzie historia.

1) Księżniczka Asia, a pomieszczenie wspólne.

Mamy dużą kuchnię, której połowa była nieużywana, bo pusta. Stwierdziliśmy więc, że zobaczymy na olx darmowe oferty na jakieś sofy, których ktoś chce się pozbyć. Tym sposobem zrobiliśmy zakątek salonowy. Koszty transportu rzeczy oraz jakieś małe coś dla oddającego (zazwyczaj czekolada/bombonierka) dzieliliśmy na 4, bo księżniczka Asia nie chciała korzystać z saloniku.

Nie chciała, a przesiadywała w nim ze znajomymi średnio dwa razy w tygodniu, bo miała okienko (a na jej uczelnie od nas było 10 min. piechotą). Potem zostawiała syf - jakieś okruszki po ciasteczkach i tostach czy nawet plamy po lakierze do paznokci. Zwracaliśmy jej uwagę, że nie chciała się dołożyć do zorganizowania tego miejsca, a teraz nawet jest jej ciężko posprzątać. Co odparła? Że to też jej mieszkanie i ona ma prawo siedzieć, gdzie chce. No to odparliśmy, że to są nasze sofy i nie może ich używać.

Następnego dnia przypadkiem wylała na nie kawę, która pozostawiła piękną plamę na beżowej sofie. Wystawiliśmy jej rachunek za czyszczenie i dodaliśmy do listy długów, o czym poniżej.

2) Księżniczka Asia, a wieczne nieoddanie.

Zazwyczaj chemię do czyszczenia mieszkania i papier toaletowy/ręczniki papierowe zamawialiśmy wspólnie z dostawą do domu, żeby kupić hurtem i mieć z głowy. Potem koszty dzieliliśmy na 5. Niestety KA nie poczuwała się do uregulowania swojej części. I tak jej dług rósł, bo korzystała z rzeczy, a ani razu nie kupiła swoich. W końcu poprosiliśmy właściciela, aby udostępnił nam numer do jej mamy (przy umowie jako strony mieliśmy siebie oraz rodziców wraz z danymi), bo dług był już w okolicy 300 zł + rachunek za czyszczenie. Poinformowaliśmy ją o postępowaniu córki, bo z córką nie dało się dogadać. Pani przeprosiła i obiecała zwrócić dług. Widocznie dzwoniła potem do Asi, bo ta wyszła do nas z pretensjami, że "o wszystkim jej matka nie musi wiedzieć”.

3) Księżniczka Asia, a plebejskie obowiązki.

Krótko - bez wskazania palcem tego, co jest brudne w łazience/kuchni/przedpokoju/nakazaniu wyniesienia śmieci (sprzątanie i śmieci na zmiany), Asia odkurzała tylko podłogi. Co z tego, że blat w kuchni był już brudny, a w łazience odpływ był pełen włosów. Ona bez nadzoru tego się nie tknęła. Ktoś musiał jej matkować, bo inaczej 20-letnia pannica nie umiała posprzątać nic. Jednak nie sprawiało jej problemu tworzenie gór śmieci, zostawianie kołtunów ze szczotki do włosów na podłodze w łazience czy puszczanie na cały dom muzyki wątpliwej jakości, przy której gotowała makaron z sosem z torebki, który potem (tj. sos), był rozniesiony po całej kuchence.

4) Księżniczka Asia, a awaria.

I sytuacja z minionego weekendu. Stało się tak, że pękł kran w kuchni. Umywalka w łazience nie zmieści czegoś więcej niż mały talerz. Wniosek? Zbieramy naczynia i chcemy czy nie, przez te 2 dni myjemy je w wannie, bo w poniedziałek miał przyjść robotnik wymienić nam kran. Umówiliśmy się, że przez to kąpiel bierzemy po godzinie 19 (bo do tego czasu zbieraliśmy naczynia, a potem myliśmy - konieczne, bo jeden ze współlokatorów pracuje na weekend i wraca do domu dopiero po 16:30 i też chce coś zjeść w domu - a więc brudzi kolejne naczynia, których na szczęście jest mega dużo). Jednak Asia miała problem wobec tego układu, bo ona chce brać prysznic jak wstanie, czyli po 13 i nie będzie czekała do wieczora. Pomyślicie, że może miała jakieś ważne powody? Skąd. Po prostu księżniczka tak chce, to tak musi być.

I cóż, podjęliśmy kroki, które zmusiły Asię do zainwestowania we własny papier toaletowy, własne środki czystości (wszystko zamknięte w szafie na klucz), a także pilnowaliśmy jej sprzątania. Zamiast traktować ją jak dorosłą, trzeba traktować ją jak dziecko. I to strasznie męczy. Dlatego z pozostałymi lokatorami po zakończeniu umowy wynosimy się z pokoi.

wspollokatorka

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (82)
poczekalnia

#80960

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dołożę swoją historię o odchudzaniu i reakcjach ludzi.

Udało mi się w ciągu roku zgubić 20 nadprogramowych kilogramów. Zgodnie z planem zostało jeszcze jakieś 5 kg do wagi idealnej, no ale widać już efekty i jest w miarę ok poza tzw. boczkami, które można zatuszować odpowiednim ubraniem.

Piekielną okazała się moja przyjaciółka, którą znam od czasów szkolnych, czyli jakieś 20 lat. Dodam jeszcze, że zawsze byłam szczupła, a 20 kg przytyłam dwa lata temu, bo zażerałam problemy. Przyjaciółka też ma tyle do zrzucenia.

Wiele razy zaczynałyśmy razem dietę, ale po tygodniu nam się odechciewało. Poza tym ona wierzy w magiczne tabletki, które same odchudzają pomimo obżerania się. Ja w cuda nie wierzę, więc w końcu się zawzięłam i są rezultaty.

Rodzina i znajomi chwalą i komplementują, natomiast od przyjaciółki wiecznie słyszę, że my grubasy musimy się trzymać razem, że już zawsze będziemy tłuste, że te fałdy nigdy nie znikną.

Zazwyczaj zostawiałam te uwagi bez komentarza ale w końcu stwierdziłam, że z rozmiaru 44 zeszłam na 36/38. W odpowiedzi usłyszałam, że nie widać. Teraz namawia mnie usilnie, żebym zaczęła jeść jak człowiek (dużo słodyczy i tłustych potraw), a ona poleci mi super koktajl i dopiero będą efekty. Jednak zostanę przy swojej metodzie.

Przykro tylko, że od w sumie bliskiej osoby zero wsparcia i dobrego słowa.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (78)
poczekalnia

#80961

~bornintheusa ·
| było | Do ulubionych
Historii o faworyzowaniu jednego z dzieci było już tu sporo. Ponieważ zbliżają się Święta, postanowiłem opisać swoją.

Mam rok młodszą siostrę, nazwijmy ją Asią, która to właśnie jest faworytką rodziców. Historii o tym mam sporo i jeśli zechcecie to opiszę, teraz jednak opowiem wybrane, w tym tę, która przelała czarę goryczy.

Będąc na studiach dziennych, dorabiałem sobie czasami nocami i weekendami, żeby mieć parę groszy na swoje potrzeby. Zbliżała się zima, a ja potrzebowałem nowych butów zimowych. Znalazłem fajną promocję na porządne buty, jednak brakowało mi ok. 100 złotych, aby je kupić. Poszedłem do ojca i zapytałem, czy mi dołoży.

"A wiesz, krucho teraz z kasą. W poprzednim miesiącu musieliśmy opłacić OC, w tym trzeba kupić zimowe opony, a jeszcze w międzyczasie ten popsuty zawór…".

Rozumiałem to doskonale, dlatego dalej już nic nie wspominałem, tylko kupiłem tańsze buty, bo akurat nie było jak tej stówy dorobić. Nie minął tydzień (konkretnie 6 dni), siedzimy z mamą w kuchni, Aśka wraca z "miasta" z tatą i od progu chwali się mamie nową torebką - nie policzę już, którą z kolei w jej szafie. Mówi, że tata jej kupił, przy czym wiesza mu się na szyję, a tatuś uśmiechnięty od ucha do ucha i dumny.

Matula mówi, że musiała być droga ta torebka, a Aśka: "Nie, promocja była, 90 złotych”. Obdarzyłem ojca takim spojrzeniem, że uśmiech momentalnie mu zgasł, po czym ewakuował się z kuchni. Jakiś czas później postanowił chyba obrać strategię "przecież nic się nie stało", przyszedł do mojego pokoju.

- Co tak leżysz? To i to jest do zrobienia, wstawaj, pomożesz.
- Niech córeczka ci pomoże. Za taki ładny prezent na pewno chętnie to zrobi
- A co ty, zazdrosny jesteś niczym jakiś gówniarz?!
- Nie. Po prostu cieszę się, że przez niespełna tydzień tak poprawiła się nasza sytuacja materialna.

Ojciec coś pomamrotał i poszedł.

Kolejna sprawa to właśnie studia.

Chciałem iść na studia do wojewódzkiego miasta na polibudę na dość znaczący kierunek. Uważam, że poradziłbym tam sobie. Rodzice mi powiedzieli, że jednak nie mają jednak kasy na studia poza domem. No trudno, jakoś to przełknąłem. Wybrałem najbardziej odpowiadający mi kierunek na uczelni w naszej mieścinie i studiowałem na miejscu, mieszkając w domu.

Rok później, kiedy Aśka szła na studia, wybrała pedagogikę w tym samym mieście wojewódzkim, w którym ja chciałem studiować i oczywiście pieniążki się znalazły. Nie, nie mieliśmy wtedy żadnych większych dochodów, wszystko było jak rok wcześniej, no może z wyjątkiem moich dodatkowych kilku groszy, które miałem na wyjście na piwo z kolegami z roku, czy też zaproszenie koleżanki do kina. No i oczywiście kiedy Asia zjeżdżała na weekend, to niemal jakby papież przyjeżdżał. Mama gotowała to, co Asiunia lubi, a potem pakowała jej jeszcze "słoiczki". Ogólnie traktowali ją, jakby przyjechała raz na rok z drugiego krańca świata, ja natomiast robiłem za służbę, parobka. Jak raz miałem ochotę na spaghetti, kupiłem produkty i poprosiłem mamę o przygotowanie, to usłyszałem, żebym zrobił je sobie sam.

Jak Asia w weekend chciała spotkać się ze znajomymi, to jak ja nie chciałem albo nie mogłem, to tatuś robił jej za taksówkę. Jak ja go raz poprosiłem, żeby mnie odebrał ze spotkania klasowego, to usłyszałem, żebym sobie jakiegoś kolegę poprosił.

Skończyłem studia, znalazłem pracę w naszym mieście, bo oczywiście jak tylko wspomniałem o wyjeździe za granicę, albo chociaż do wojewódzkiego miasta, to zaraz był lament, że rodzice już swoje lata i swoje choroby mają, że potrzebna im pomoc itd. No wiadomo. Więc nie porzuciłem ich, tylko zostałem. Aśka po studiach nie mogła znaleźć pracy, a oczywiście w grę wchodziła tylko praca w mieście wojewódzkim, bo "tam już ma znajomych itp., a tu u nas nic nie znajdzie, a jak już, to jakaś beznadziejną robotę…”. Mama jej powiedziała, żeby się nie przejmowała, i że na czas poszukiwań pracy rodzice nadal będą ją wspierać finansowo. Aśce było w to graj, bo teraz już obowiązków żadnych, a żyła sobie spokojnie, co miesiąc dostając pieniążki. W związku z tym oczywiste było, że pracy tej szukała niezbyt wyrywnie.

W pewnym momencie jednak nastąpiła seria niefortunnych zdarzeń, która mocno naruszyła domowy budżet, więc mama ze smutkiem poinformowała Asię, że niestety, ale od przyszłego miesiąca nie będzie ich stać na utrzymanie drugiego domu. Aśkę wizja powrotu do małego miasta, pod dach rodziców i pod ich kontrolę (chociaż była ona mocno "wyrywkowa") tak skutecznie wystraszyła, że szybko znalazła pracę jako ekspedientka w jednej z sieciówek z ciuchami. Wiązało się to z tym, że pracowała też w weekendy, więc do domu mogła rzadziej przyjeżdżać. Oczywiście przez to w oczach rodziców Asia została cierpiętnicą i jednocześnie bohaterką, bo "Asia taka zaradna, sama się utrzymuje!" (no tak średnio, ale to temat na inną historię), a więc jej przyjazdy stały się jeszcze większym świętem.

Czara goryczy przelała się w Wigilię ubiegłego roku. Musiałem niestety niespodziewanie wyjechać służbowo na kilka godzin. W drodze powrotnej zadzwoniłem do mamy, powiedziałem, na którą mniej więcej będę, i czy może okazało się, że czegoś brakuje, to jak znajdę otwarty sklep po drodze, to dokupię.

„Nie, wszystko jest, przyjeżdżaj, bo czekamy". Wpadłem do domu głodny jak wilk (mam taki zwyczaj, że w Wigilię jem dopiero na wieczerzy, po przełamaniu się opłatkiem) i krzyczę:

- Już jestem! Raz-dwa się przebiorę i możemy zaczy… - tu urwałem głos, gdyż moim oczom ukazała się moja rodzina, zajadająca wigilijne przysmaki (z wyjątkiem dziadka, o czym będzie za chwilę).
- Noo, już, ogarnij się i chodź, podziel się opłatkiem ze wszystkimi i siadaj.

Chociaż nie jestem jakoś przesadnie rodzinny czy też uczuciowy, to w tym momencie ścisnęło mnie w gardle.

- Zaczęliście beze mnie?
- Aaa, no bo Asia już taka głodna była...
- No tak, Asia, oczywiście… - powiedziałem tylko i poszedłem do swojego pokoju.

Jak byłem głodny jak wilk, tak momentalnie całkowicie odechciało mi się jeść. Wszystkiego mi się zresztą odechciało.

Po chwili przyszedł nieśmiało właśnie dziadek, z opłatkiem w ręku i mówi, że chciałby się ze mną podzielić, bo on nie jadł jeszcze, bo czekał na mnie, a jest głodny. Coś tam próbował żartować, ale widząc, że nic z tego, odpuścił sobie. Podzieliliśmy się opłatkiem, złożyliśmy sobie życzenia, no i dziadek próbował mnie namówić, żebym z nim poszedł do stołu. Powiedziałem, że teraz nie mam ochoty siedzących tam osób oglądać, i że chyba rozumie sam, dlaczego.

Poszedł, a po chwili wrócił z talerzem pierogów i dwoma widelcami. Słyszałem ojca, krzyczącego z salonu, żeby "zostawić go w spokoju, zgłodnieje, przejdą mu te fochy, to sam przyjdzie".

Usiedliśmy u mnie w pokoju i zjedliśmy te pierogi, przy okazji rozmawiając. Tamtej nocy prawie nie spałem, byłem tak roztrzęsiony. Przypominałem sobie te wszystkie niesprawiedliwości i koniec końców podjąłem decyzję, że to koniec. Skoro najbliżsi mnie tak traktują, to nie ma sensu, żebym ja przekładał ich dobro nad własne. Podjąłem decyzję o wyprowadzce.

W 1. dzień Świąt zadzwoniłem z życzeniami do jednego z kolegów i przy okazji zapytałem, czy nadal ma chęć się usamodzielnić, jak to mówił jakiś czas wcześniej. Odpowiedział, że tak i zapytał, czemu go o to pytam. Powiedziałem, że właśnie też podjąłem decyzję o wyprowadzce i że później mu opowiem, dlaczego. Ucieszył się, bo akurat tak się składało, że znalazł przed Świętami ciekawą ofertę wynajmu dwupokojowego mieszkania, ale dla niego samego jest zbyt drogie i szukał właśnie kogoś do drugiego pokoju. Od razu po Świętach zadzwoniliśmy, obejrzeliśmy i podpisaliśmy umowę od nowego roku.

Kiedy mama zobaczyła, że pakuję swoje rzeczy, wielce zdziwiona zapytała, co robię. Oświadczyłem, że się wyprowadzam. Poleciała do ojca, przyszli potem oboje i zaczęli mi robić wyrzuty, że jak to, że zostawiam ich samych, że oni potrzebują pomocy, że co ja sobie wyobrażam.

Odpowiedziałem, że skoro tak, to niech ich ukochana córeczka wróci i im pomaga. Ojciec zaczął się ze mną kłócić, lecz ja miałem już tak bardzo wywalone, że wygarnąłem im wszystko - tę torebkę, studia i wiele, wiele innych rzeczy, puentując to wszystko sytuacją z Wigilii. Nie mieli żadnych argumentów. Obrażeni odeszli ze spuszczonymi głowami.

A teraz niczym w "Trudnych sprawach", obraz sytuacji rok później. Mieszkam z kumplem i mieszka nam się zajebiście. Świetnie się dogadujemy, obaj lubimy porządek - wiadomo, nie jest tak, że mieszkanie zawsze lśni, ale znajomi, którzy do nas wpadają, jak również właściciele mieszkania, są pozytywnie zaskoczeni, że dwóch facetów ma taki porządek. Żyjemy sobie po swojemu, po pracy robimy to, na co mamy ochotę. Można powiedzieć, że trochę odbijam sobie te studia, które spędziłem w domu rodziców, a nie w akademiku czy na stancji. :)

A rodzice? Ojciec na początku był urażony i kiedy zaglądając do nich proponowałem, że w czymś mu pomogę, odburkiwał tylko, że sam sobie poradzi. Z czasem jednak zrobił się mniej honorowy i widzę, że głupio mu się przyznać, ale docenia teraz, ile im pomagałem i ile stracili. Mama natomiast od początku tej sytuacji chce pokazać, jaka to ona jednak dobra jest i jak zaglądam, to jestem też traktowany jak gość z daleka, a nawet na odchodne dostaję "słoiczki", żebym miał coś na obiad na następny dzień.

A Asia? Asia oczywiście ma wyrąbane i nawet przez myśl jej nie przeszło, żeby wrócić do domu rodzinnego i pomagać rodzicom, ale cóż, jak sobie wychowali, tak mają.

rodzinka

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (123)