Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#78844

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostrzeżenie dla wszystkich, którzy myślą nad podjęciem pracy w Czechach - poważnie się zastanówcie, zanim nawiążecie "współpracę" z pomarańczową agencją rekrutacyjną C**** Jobs. Mój konkretny przypadek dotyczy oddziału obsługującego okolice Ostravy (fabryki świateł i klimatyzacji samochodowych), ale z tego, co się dowiedziałam, ta agencja ogólnie lubi odwalać niepoważne akcje godne rozwydrzonego ośmiolatka, a nie dorosłych ludzi.

W wielkim skrócie: mitomania, niekompetencja, problemy z komunikacją, chamstwo i fochy przy próbach egzekwowania warunków, które rzekomo miały być zapewnione. Poniżej lista "obiecanki vs rzeczywistość". Jest długa jak samo nieszczęście, a to doświadczenia ledwie z miesiąca - niech to da do myślenia.

1. Obiecanki: polskojęzyczna załoga w biurze + koordynator, polecony bank dosłownie napchany polską załogą, "cała ekipa hali i wszyscy w mieście świetnie mówią po polsku".
Rzeczywistość: łapią ludzi na jedyną polskojęzyczną osobę z całej tej hałastry, a potem sobie radź. "polski" = łamany czeski z kilkoma polskimi słowami. Brak koordynatora, załoga na hali trochę rozumie, ale to nie pomaga, bo Polacy nie rozumieją ich (zwłaszcza w kwestiach technicznych takich jak np. funkcjonowanie kart wejściowych, szczegółowe zasady działania hali itp.). Z nikim na mieście nie da się porozumieć, spotykana wrogość wobec Polaków nie mówiących po czesku. Po angielsku mówią jedynie lekarze na SOR i jeden facet w banku. Obsługa biura MIĘDZYNARODOWEJ agencji nie mówi w żadnym języku poza czeskim, z angielskiego zna tylko "fuck" (co nie przeszkadza im we wrzeszczeniu na ludzi, że przecież znają angielski). Nikomu nie chce się np. zapisać na kartce terminu badań lekarskich czy wysłać SMSa, żeby można było chociaż termin i godzinę zrozumieć. Przy próbach zmuszenia głupich cip z biura do jakiegokolwiek wysiłku z ich strony, należy liczyć się z karczemną awanturą (po czesku), że "przyjeżdżając do pracy w Czechach trzeba mówić po czesku!" - nie było takiego wymogu przy rekrutacji, a nikt w miesiąc nie nauczy się śmigać w nowym języku, zwłaszcza przy jednoczesnym zapieprzu w fabryce.

2. Większość ludzi dojeżdża do pracy z Polski, ale niektórzy nie mają takiej możliwości i zostają zakwaterowani przez firmę w Motoreście. Obiecanki: lodówka, pralka, czajnik, dostęp do kuchni. Praca 3km od Motorestu, więc można dylać z buta.
Rzeczywistość: cztery tygodnie bez pralki, przy codziennej pracy w temperaturach rzędu 30 stopni (!!!) - pranie rzeczy w rękach w umywalce i suszenie na krzesłach na balkonie. Brak czajnika. Brak lodówki - przemiło żyje się na samych sucharach, serku topionym, kabanosach i wodzie. Brak dostępu do kuchni, konieczność dużych nakładów finansowych związanych z kupowaniem jedynie produktów "ciepłoodpornych" oraz z żywieniem się weekendami na mieście. Brak możliwości podłączenia sobie w pokoju np. grilla elektrycznego. Wielokrotne dopominania się dały jeden efekt - zmierzła kobieta z baru/recepcji, która generalnie nie lubi Polaków, zrobiła się jeszcze bardziej opryskliwa. Praca okazała się być 7km od hotelu, a ze względu na ciężkie warunki na hali człowiek nie ma siły dreptać tyle dwa razy dziennie z buta. Efekt: majątek na autobusy.

3. Obiecanki: świetne warunki na hali, "tunele powietrzne" i przewiewy, medycy zakładowi na każdej zmianie. Firma funduje obiad do 24 koron na stołówce zakładowej, jeśli weźmie się coś droższego, to reszta jest ściągana z wypłaty. Jeśli ktoś nie chce szamać żarcia z bemarów, może sobie za własne pieniądze kupić gotowce z automatu. Szafek JESZCZE nie ma, ale juuuuuż jadą, no dosłownie zaraz będą na rampie rozładowczej (na halę jest zakaz wchodzenia z plecakami).
Rzeczywistość: potworne temperatury rzędu +30, dodatkowo słońce skwarzy przez dach i grzeją maszyny. Ubranie robocze to rękawice, koszulka, grube i sztywne spodnie robocze i para narzędzi tortur, czyli buty bezpieczeństwa - skóra z nosorożca, brak JAKICHKOLWIEK wywietrzników, każdy but waży dobre 0,5kg, języki są twarde jak metal i tak wyprofilowane, że rozcinają stopę, a całość nie ma żadnej, absolutnie żadnej amortyzacji (stoi się po prostu na plastikowej podeszwie obciągniętej kawałeczkiem materiału). Po ośmiu godzinach stania nogi są spuchnięte do dwukrotności normalnego rozmiaru, obite do granic wytrzymałości kości pięt bolą tak, że chce się wyć i ma się zaczątki grzybicy z przepocenia stóp. Ja dodatkowo dostałam buty dwa rozmiary za duże i palce nawet mi nie wchodziły pod płytkę bezpieczeństwa, więc gdyby coś mi spadło na szkity, to palce i tak w drzazgi. Ale nosić trzeba, bo BHP.
Wentylacja, "tunele powietrzne", przewiewy - ktokolwiek widział, ktokolwiek wie? Chyba istnieją jedynie w wyobraźni sfochanych panienek z agencji, tak samo jak pralka, lodówka i tłumy ludzi mówiących po polsku. Powietrze na hali można kroić i wynosić blokami.
Medyka widziałam RAZ. Kiedy na hali jedna z nowych pracownic zemdlała (zdarzają się omdlenia z duchoty i gorąca), pierwszej pomocy udzielali jej szeregowi pracownicy. Karetka odwiozła ją pod kroplówką na SOR.
Obiady za 24 korony - równie mityczne, co wentylacja na hali. Najtańszy bemarowiec kosztuje 70 koron. Pracownicy będący bezpośrednio pod firmą (nie z agencji) mają dwukrotnie wyższe dopłaty do obiadów. Jedzenie z automatu - za tacuszkę jakiegoś niezidentyfikowanego paskudztwa trzeba zapłacić sto koron (!!!), czyli równowartość jednodaniowego obiadu w knajpie. Stołówka działa wyłącznie do 14:30, czyli zjeść zdoła pierwsza zmiana, druga musi przyjść wcześniej, żeby się załapać na resztkę jedzenia, a nocka niech buli na tacki z automatu.
Szafek jak nie było, tak nie ma, ani tych w szatniach, ani "skrzynek" na hali na jedzenie, kubki itp.

4. Obiecanki: nie ma problemu z chorowaniem, po prostu zgłosić się wcześniej i chorować w spokoju.
Rzeczywistość: grypa żołądkowo-jelitowa zbiera żniwo na hali. Przechodzi się ją naprawdę ciężko, ja wymiotowałam non-stop przez trzy dni, aż zaczęłam zwracać żółć z krwią. Skończyło się na pogotowiu. Firma nagle potrafi się skontaktować z pracownikiem, ciągłe wydzwanianie, SMSy, naloty na kwaterę w hotelu (!), jak śmiem być chora. Teksty typu "pewnie po prostu nie chce się iść do roboty".

5. Ogólne podejście biura - sfochane panienki są święcie oburzone, że ktoś raczy im przeszkadzać w przeglądaniu fejsika i słuchaniu głośno muzyki (w biurze, w godzinach pracy). Przy jakichkolwiek próbach wyegzekwowania tego, co się należy, robią coś takiego: noga na nogę, splecione dłonie, wydęte usteczka, nos zadarty tak, że prawie potylicę widać oraz tonacja głosu i miny typu "jesteś gównem na moim bucie, potraktuję cię jak śmiecia, żebyś poczuł, że jesteś tylko biednym cebulaczkiem, a ja jestem TAK BARDZO PONAD TOBĄ". Wrzeszczenie na ludzi, że nie rozumieją wywodów po czesku. Podejście do pracy - gubią papiery, często w ogóle zapominają dać część dokumentów, mówią, że będą powiadamiać o czymś SMSem/dzwoniąc, a telefon milczy jak zaklęty (po czym pracownik dostaje zjeby, czemu się nie stawił). Ustawiają spotkania w biurze tak, że trzeba się albo zwolnić z pracy i dylać przez całe miasto, albo po nocce czekać ładnych kilka godzin. Biuro potrafi wyłączyć zdalnie karty dostępu w środku zmiany, nie powiadomić o tym w ogóle pracownika ani fabryki (!!!) i jeszcze się wymądrzać, że przecież nie powinno pracownika w takim razie być na hali (karty dostępu robią takie cyrki, że wpuszczą na halę, ale już stołówka i wyjścia nie działają). Po ponownej aktywacji karty nie działa ona na stołówce, więc pracownik mieszkający w Motoreście traci jedyny ciepły posiłek dnia.
Na początku w ogóle brak jakiegokolwiek przeszkolenia z używania kart (to ważne, bo stołówka ma bardzo nietypowy system używania tego diabelstwa), po prostu plastik do ręki i won na halę.


Dodatkowo wygląda na to, że agencja usuwa niewygodne opinie z internetu, ponieważ kiedy my szukaliśmy, były same peany na cześć. Obecnie przeszukałam kilka stron i ludzie bardzo się skarżą, są m.in. przewały z wypłatami (kwoty mniejsze niż ustalone, próby wciśnięcia "wstecznych" umów z mniejszymi stawkami). Wielu ludzi rezygnuje. Ja miałam to szczęście, że harując w fabryce w międzyczasie szukałam pracy biurowej, która wykorzystywałaby moje atuty językowe, więc harówa pod butem C**** Jobs nie była moim "być albo nie być". Nie każdy jednak ma taką możliwość, dlatego przestrzegam jeszcze raz: zastanówcie się trzykrotnie, zanim przestąpicie próg tego pomarańczowego burdelu.

Przepraszam za długość i lekką chaotyczność, mam jednak nadzieję, że ta historia uchroni kogoś przed wdepnięciem w bagno. Ciężka praca ciężką pracą (wiadomo, idąc do fabryki trzeba być na to przygotowanym), ale chamstwo, krętactwo i kłamstwa w żywe oczy to zupełnie inna sprawa - nie dajmy się tak traktować.


P.S. Nie dajcie się nabrać na bajeczki "płacimy Polakom więcej, niż Czechom, aż 18 000 koron na miesiąc!". Przeglądając oferty, nie znalazłam jeszcze ani jednej pracy na produkcji za mniej niż 18 000, ba, są nawet oferty po 20 000. Za głupią pracę w Lidlu wyciąga się na start 19 000. Agencja po prostu wykorzystuje ludzi, którzy nie znają rynku pracy w Czechach i z tego powodu myślą, że złapali boga za nogi.

agencja rekrutacyjna praca Czechy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (66)
poczekalnia

#78842

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak opisywałam w którejś z poprzednich historii, moje auto uległo uszkodzeniu wskutek solidnej stłuczki nie z mojej winy. Wbrew temu czego się spodziewałam, jednak opłaca się je naprawić, więc stoi sobie w ASO, a ja jeżdżę autem zastępczym.

Uzyskanie takiego samochodu nie obyło się jednak bez problemów. Najpierw próbowałam zrobić to przez ubezpieczyciela sprawcy, ponieważ jego towarzystwo ubezpieczeniowe oferuje odpowiednią infolinię dla "ofiar" swojego klienta.

Zadzwoniłam tam, potwierdziłam zgłoszenie szkody itd. i zaoferowali mi zgodnie ze swoimi zasadami "samochód zastępczy co najmniej odpowiadający klasie samochodu uszkodzonego". Mój uszkodzony samochód to BMW 5 kombi. Według ich tabelki jest to "limuzyna premium" więc zaoferowali mi Audi A6 albo jakiegoś Lexusa. Oba pojazdy w wersji sedan. Powiedziałam, że to nie musi być taka ekskluzywna marka, ale musi być koniecznie kombi, bo kupiłam kombi gdyż potrzebuję kombi, szczególnie w kontekście wyjazdu na długi weekend ze znajomymi w 5 osób z bagażami.

Człowieczek na infolinii stwierdził że on ma możliwość przydzielenia samochodu wyłącznie takiej klasy jak mój i nie może innej klasy. Argument, że ja chcę auto niższej klasy, ale kombi do niego nie trafił.
Może mi dać Audi A6 które kosztuje pewnie minimum 250 zł za dobę, ale nie może mi dać żadnej Octavii kombi która jest pewnie stówkę tańsza. Bo takie mają zasady.

No trudno. Samochód wzięłam z wypożyczalni, która wzięła na siebie odzyskanie pieniędzy od ubezpieczyciela. Pewnie ubezpieczyciel będzie na tym finansowo stratny, ale to już nie mój problem, jeżeli mają tak bezsensowne regulaminy.

A ja jeżdżę sobie prawie nowym Talismanem kombi i jest bardzo fajny. Wypożyczalnia na tyle fajna, że jak naprawa mojego auta będzie się przedłużać, to będę mogła zmienić sobie Talismana na co innego na następny tydzień, ot tak, dla urozmaicenia. Może np. Mondeo. ;)

Edit: Dodam jeszcze, że auto zastępcze bezpośrednio od ubezpieczyciela sprawcy odpadło, bo ubezpieczyciel chciał żebym podpisała, że auto zastępcze będę prowadzić ja i tylko ja. A moje prywatne auto, które to zastępcze ma zastępować prowadzę nie tylko ja, ale wszyscy którym ja pozwolę. I jak jadę w trasę ze znajomymi to oczywiste jest że nie będę prowadzić 800 km sama, tylko część zrobi zmiennik. U ubezpieczyciela nie do przyjęcia, w małej wypożyczalni w moim mieście - bez problemu.

ubezpieczenia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (60)
poczekalnia

#78833

~bm89 ·
| było | Do ulubionych
O geniuszach biznesu i marketingu.

Ponad 10 lat temu była w moim mieście fajna siłownia. Trzy sale, dużo miejsca, przestronna i dobrze wyposażona. Karnet kosztował jakieś 40 zł za miesiąc, wchodzisz kiedy chcesz i siedzisz ile chcesz. Wszystko fajnie i tak, jak być powinno.

Pewnego dnia siłownię zamknęli z powodu remontu, a po jakimś czasie otworzyli jako... ZUMBA FITNESS CENTER! Wynieśli sprzęt z jednej z sal, by zrobić miejsce dla ćwiczących zumbę, przemalowali ściany i podnieśli ceny karnetów z 40 zł do prawie 100 zł i obłożyli jakimiś śmiesznymi limitami, o ile pamiętam 12 wejść w miesiącu.

Siłownia, a nie, przepraszam - ZUMBA FITNESS CENTER - właściwie z dnia na dzień opustoszało, a przyszłym roku już nie istniało.

A taka fajna siłownia była...

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (102)
poczekalnia
Po sytuacji, którą zaraz opiszę, nadal zbieram szczękę z podłogi.
Wyszłam ostatnio z psem na wieczory spacer. Idę, idę. Na drodze bawią się dzieci,na które nie zwracam szczególnej uwagi i idę przed siebie. W pewnym momencie słyszę śmiechy - odwracam się,dwoje chłopców stoi za mną i szczerzą się. Odwzajemniłam uśmiech i kiedy chciałam kontynuować spacer,usłyszałam:
Dz1(dziecko 1) - Boisz się burzy?
Dz2( dziecko 2) - Bo dziś w nocy będę Cię grzmocił.
Po wypowiedzeniu tych słów dzieciak numer dwa aż z radości podskoczył,jakby był niesamowicie dumny z tego co powiedział. Ja w przypływie szoku,pod samym nosem wyszeptałam tylko "patologia". Odwróciłam się na pięcie i za plecami słyszałam jeszcze całą burze przekleństw, na tak zaawansowanym poziomie,że nie jeden Pan Żul mógłby pozazdrościć. Nie opłaca się nawet ich tu cytować, byłyby same gwiazdki zamiast wyrazów :)
Co w tym piekielnego? Dzieci nie mogły mieć więcej niż 8/10 lat. Mówiąc jeszcze sepleniły, a jedno z nich siedziało na rowerku z bocznymi kółkami. Gdzie są rodzice tych dzieci? Skąd takie gnojki znają takie słownictwo? Najgorsze jest to, że kiedy szyły jak szewc, wyglądało na to, że dobrze rozumieją znaczenie słów które wypowiadają i były z tego dumne.
Jestem osobą która raczej reaguje intensywniej, jednak przysięgam ,nigdy nie zatkało mnie tak bardzo jak wtedy. Nawet nie wiedziałam co odpowiedzieć.
Kurtyna dla przyszłości narodu.

Dzieciaki

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (74)
poczekalnia
Trochę piekielne, troche...chyba smutne. Myślałam, że takie rzeczy to tylko na YouTube albo FB, ale jednak niekoniecznie.
Od roku, tematem numer 1 na Wyspach jest BREXIT. Nie mam brytyjskiego obywatelstwa więc nie głosowałam ale lubię sobie o Brexicie pogadać z ludźmi z otoczenia. Staram się nie oceniać ani tych, którzy głosowali na tak, ani tych, którzy głosowali na nie. Uważam, że każdy ma swoje powody, opinie, poglądy itd...przez które podjął taką a nie inną decyzję. A ja lubię tych powodów słuchać.
Dwa dni temu w pracy, byłam na zmianie z około 50-letnią Szkotką. Gadamy sobie, plotkujemy aż zeszło na Brexit.
[Szkotka] - Ja głosowałam za Brexitem
[Ja] - Poważnie? A dlaczego?
[SZ] - Bo będzie lepiej
[J] - Myślisz o służbie zdrowia? Edukacji?
[SZ} - Nie!! Chcę z powrotem mocny odkurzacz
[J] - Że co chcesz???
[SZ] - Bo kiedyś były mocne odkurzacze! Takie nawet na 2600 watt! A potem Unia kazała zmniejszyć i teraz w sklepach można kupić tylko g*wno na 1200 watt!!One nie działają dobrze!
[J] - Głosowałaś za Brexitem z powodu odkurzacza?
[SZ] - KukuNaMuniu, ja mam w domu cztery koty. Wiesz jak trudno odkurzyć sierść z dywanów takim kiepskim odkurzaczem? Chcę mieć w domu czysto, potrzebuję mocnego odkurzacza!

Moja znajoma zdecydowała, żeby w jej kraju zaszły ogromne zmiany na wielu (jak nie wszystkich) płaszczyznach, jak edukacja, służba zdrowia, cała gospodarka, praca, przemysł itd....przez odkurzacz...

Szkocja

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (131)
poczekalnia
Ostrzegam, że będzie przydługo.

Dostałam pewnego dnia stażystkę - wzięli mnie z zaskoczenia, bowiem zazwyczaj stażystów wybieram ja, tym razem odpowiedzialna była jedna z dyrektorek. Dziewczę miało przyjechać aż Francji, w aplikacji angielski miała wpisany jako płynny, więc myślę - spoko.
Zjawiła się u mnie o 9.40 w poniedziałek rano (gdzie początek pracy stażystów to 9.30 - o czym poinformowana została w tak zwanym ‘welcome packu’). Lat 18, kudły jak u Pocahontas, makijaż taki, że aż się przeżegnałam (a podobno maluję się dość mocno). Stwierdziłam - wyrośnie, narazie aspiruje na instagramową Kardashiankę. Także Kardashianiątko zasiadło, przedstawiło się (roboczo: Beatka), dostało komputer, spis swoich obowiązków i listę klientów do przeczytania. Wszystko pięknie - lubię stażystów, chociażby z tego prostego powodu, że w czasie ich obecności głupawe żądania mojej szefowej typu ‘leć kup mi nowy krem do twarzy, ale na już, bo za 10 minut wychodzę do domu’ mogę zlecić właśnie im i zająć się klientami. Smutne, ale prawdziwe życie stażysty.

Sytuacja pierwsza:
Beatka dodaje mnie do kontaktów na LinkedIn (dla wyjaśnienia, taka służbowa Twarzoksiążka). Oczywiście zdążyła sobie wpisać już pracę u nas na stanowisku (uwaga) Asystent PR. Troszkę się we mnie zagotowało - ja na taki tytuł pracowałam swego czasu ponad pół roku, właśnie jako stażystka. Jako typ pieniacza, zaproszenie odrzuciłam.

Sytuacja druga:
Co rano okoliczny kiosk dostarcza nam górę codziennych gazet, których przegląd należy do obowiązków Beatki. Beatka dzielnie je odpakowuje i odkłada na półkę. Gdy zwracam jej uwagę, najpierw prosi, by powtórzyć, bo nie zrozumiała (płynny angielski…), po czym wzrusza ramionami i stwierdza, że ona i tak nigdy tam nie może znaleźć nic ciekawego. Obstawiam przy swoim i proszę, by co rano przeglądała i szukała wzmianek o naszych klientach (które mogło zdarzyć nam się przeoczyć, lub okazji na kontakt z dziennikarzem w sprawie owego klienta). Od tego czasu zajmuje jej to co rano około dwóch godzin (gdzie mnie zawsze zajmowało jakieś pół godziny, a przy porannej kawie czytałam jeszcze koleżance z pokoju to ciekawsze wyrywki z kolumny z poradami).

Sytuacja trzecia:
Wpada do nas Zuza, jedna z dyrektorek. Wręcza Beatce butelkę likieru (producent jest naszym klientem) i prosi, by zaniosła do wydawnictwa, ładnie zapakowane, dla konkretnego dziennikarza. Sprawdzam z Beatką adres na Google, (zresztą naklejka z adresem na ozdobnej torebce), mówię jej nawet gdzie ma wysiąść z metra. Załapała, wychodzi o jedenastej. Wraca tuż po drugiej z torebką wciąż w łapie. “No bo Princess, ja wysiadłam z metra i patrzę na mapie, że jeszcze musiałabym iść (no coś ty!), więc wzięłam Ubera, ale on mnie pod zły adres zawiózł, nie wiedziałam gdzie mam dalej iść, więc wróciłam” Aha.
Wielce zdumiona, że będzie musiała jechać jeszcze raz.

Sytuacja czwarta:
Beatka mi wpisane w welcome packu, że na lunch ‘wychodny’ ma do 45 minute w godzinach od dwunastej do drugiej, chyba, że nie pozwalają na to obowiązki, wtedy może iść wcześniej lub później. Beatka wychodzi bez słowa na minimum półtorej godziny. Kiedy zwracam jej uwagę twierdzi, że ‘ona traci poczucie czasu’.

Sytuacja piąta:
Wysyłam Beatce maila z prośbą, o wykonanie czegoś. Beatka nawet nie patrzy na ekran, przesuwa instagram. Godzinę później pytam, czy już skończyła, jeśli nie to ewentualnie ile jeszcze jej zejdzie. “Ale co skończyłam, potrzebujesz czegoś ode mnie?” Generalnie większość dnia w biurze Beatka spędza na ‘ogarnianiu social media’ a wyznaczone zadania wykonuje na odwal się.

Sytuacja szósta:
Beatka jest u nas już dwa miesiące, w tym czasie zdążyła już wziąć osiem dni wolnego. Powody: Zgubione klucze do mieszkania, katar, okres. Spóźnienia minimum 10 minut co rano, do tego przedłużanie lunchu. Powody spóźnień: zapomniała karty do metra i musiała wrócić, zapomniała wieczorem umyć włosy, zaspała. Idę do Zuzy, nakreślam całokształt, pytam czy mogę Beatkę zwolnić. Kasa na nią idzie co prawda nieduża, ale dziewczę niewiele robi, więc szkoda, żeby zajmowała miejsce. Dostaję okejkę, Beatki w tym czasie nie ma w biurze, właśnie z powodu okresu. Wysyłam maila - odpowiedź? “Ja muszę ten staż dokończyć, ja potrzebuję do szkoły!”

Materiały dodatkowe:
Beatka po angielsku rozumie co trzecie słowo, samo tłumaczenie jej wyznaczonego zadania zajmuje mi tyle czasu, że wolę zrobić to sama. Ciężko jej powierzyć nawet proste wyjście po kawę, bo zamiast słodzika wsypie cukier.
Zuza zwraca się do nas per 'kochanie'. Spoko, kilka osób też podłapało i tak się pieszczotliwie przyjęło. Gorzej, że podłapała też Beatka i gdy pierwszy raz nazwała Zuzę 'kochaniem' przyznaję, zamarłam. Bynajmniej Beatka nie jest jeszcze na etapie 'kochania' kogokolwiek w pracy. Cierpliwie czekamy, aż powie tak do szefowej.
Toteż grzeje krzesło w moim pokoiku, zajmując miejsce komuś, kto chciałby się czegoś ode mnie nauczyć.

Wreszcie, epilog:
Beatka w końcu odrywa się od instagrama i spogląda na mnie z nad ekranu.
Princess, to kiedy zabierzesz mnie na spotkanie z klientem?

Głupie to, nieogarnięte, czy po prostu cwane i się nie przepracowuje?

stażyści

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (121)
poczekalnia

#78829

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O misselingu.
W latach 200x miałem pilną potrzebę kupna laptopa. Wybór padł na Benq Joybook R31E i powiem, że sprzęt ten jest w pełni sprawny do dziś. W każdym razie sprzęt 2400PLN musiałem brać na raty w Lukasie. I wtedy były to moje pierwsze raty także małe doświadczenie i paniusia powiedziała by dostać raty muszę złożyć wniosek o kartę kredytową. Ok podpisałem.
Raty spłacane, a karta nie używana nawet nie wyjęta z koperty.
I tak na dwa miesiące przed końcem spłacania kolejny wydatek GPS. I znowu na 6 rat tym razem. I tym razem znowu wniosek o kartę, ale mówię, że już mam i nawet z koperty nie wyjąłem.
Słowa jakie usłyszałem " A to nie potrzeba"
A potem dowiedziałem się juz kilka lat później, czemu tak mówiły. Otóż prowizja od karty plus procent od zysku z niej, ale kary od karty nieużywanej. I nigdy przyznanie rat nie było zależne od wniosku o kartę.

banki

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 20 (58)
poczekalnia
Szefowa wysłała mnie po nowego laptopa dla "dochodzącej" dyrektorki - pani na stałe mieszka na Teneryfie, u nas pojawia się raz na kilka miesięcy na dwa tygodnie. Stary laptop skonał.
Zarezerwowałam sprzęt online (do zapłaty przy odbiorze) i zaopatrzona w firmową kartę podreptałam do PC World (na wyspach wielka sieciówka z elektroniką). Podchodzę do pana konsultanta, okazuję potwierdzenie rezerwacji, pan przynosi, idziemy do kasy. Cud, miód i orzeszki.
K - konsultant
J - Ja

K: To będzie £349 plus £79 za uruchomienie, zainstalowanie systemu i przygotowanie laptopa do pracy.

Myślę sobie, chwila moment. Nikt mnie przy rezerwacji o czymś takim nie uprzedzał.

J: Nie ma takiej potrzeby, mamy w firmie informatyka, poradzimy sobie.
K: E, samemu to się nie da, to trzeba w sklepie.
J: Jest do tego potrzebny jakiś numer konsultanta ze sklepu? Bo przy rezerwacji online nie zostałam uprzedzona o dodatkowych kosztach przy zakupie i chcę po prostu zapłacić za laptop i wracać do firmy, sami postawimy go na nogi.
K: Samemu się nie da, trzeba w sklepie, ja nic pani na to nie poradzę, że system rezerwacji online nie informuje o dodatkowych kosztach.
J: Wie pan co, to ja kupię gdzie indziej...

Pan konsultant bardzo niepocieszony. Poszłam do innego sklepu tej samej sieci, w drodze ponownie zrobiłam rezerwację sprzętu. Tym razem sprzedawca przyniósł mi laptopa, przyjął płatność, wydrukował fakturę i pożyczył miłego dnia. Czyli da się - potem mąż uświadomił mi, że sprzedawcy dostają prowizję od wciśniętym klientom dodatków. Więc na pierwszy ogień idą blondynki poniżej metra sześćdziesiąt, bo taka to pewnie nawet nie wie jak owego laptopa uruchomić.

sprzedawcy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (114)
poczekalnia

#78826

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mam znajomą, która w naszym kręgu towarzyskim zawsze uchodziła za osobę oszczędną - zarabiała nieźle, ale była mocno zdyscyplinowana jeśli chodzi wydawanie pieniędzy. I fajnie, ja tam nawet podziwiam ludzi, którzy nie wydają kasy na bzdury i potrafią sobie pewnych rzeczy odmówić. U znajomej ta oszczędność ewoluowała w nienormalną chytrość, a potem w bezczelne sępienie, żydzenie i próby dosłownego okradania znajomych.

Ja osobiście ograniczyłam z nią kontakt, gdy próbowała wysępić ode mnie prawie nową lodówkę za darmo, tylko dlatego, że powiedziałam, że w nowym mieszkaniu mamy już lodówkę, którą zostawił nam poprzedni lokator za darmo.

Jakiś czas później ktoś tam z kręgu znajomych robił urodziny. Wiadomo, w takim wypadkach raczej zrzuca się w kilka osób na jeden, porządny prezent. X, wspomniana znajoma, twierdziła, że widziała super prezent, coś tam z elektroniki i może nawet kupić jak się zrzucimy wszyscy. Prośby o wysłanie jakichś informacji, o jaki sprzęt w ogóle chodzi, olewała, w końcu na odczepkę napisała, że chodzi o blender. No nie da się ukryć - solenizantka kilka razy wspominała, że przydałby się w kuchni, ale środków na lepszej klasy sprzęt brak. No dobra, to zrzucamy się w sumie w 5 razem z X, kasę dostała, miała pojechać i kupić. Możecie wyobrazić sobie ten wstyd, gdy na imprezie solenizantka nie dostała od nas żadnego prezentu, bo X przez dwa tygodnie nie znalazła czasu, aby podjechać do sklepu nie dla idiotów? Kazałam jej oddać kasę i powiedziałam, że sama kupię, a co mi tam. Ale nie, X nie ma przy sobie, poza tym zaraz w poniedziałek pojedzie, kupi i dostarczy solenizantce.

Mijają kolejne dni, X milczy, koleżanka obchodząca urodziny nadal nic nie dostała. W końcu chwali się, że X przywiozła prezent, wysyła zdjęcia, aby się pochwalić. Szlag mnie trafił, bo zamiast luksusowego sprzętu na jaki się składaliśmy otrzymałam zdjęcie taniego blendera z supermarketu. Piszę do X, aby oddała resztę kasy, bo ten szmelc nawet 30% sumy, na jaką się składaliśmy nie kosztował. X najpierw wmawiała, że mi się coś pomyliło, potem bezczelnie stwierdziła, że ja jej nie udowodnię, że wydała mniej niż od nas wzięła, więc mogę się bujać. O ty małpo, dla mnie już nie istniejesz. Reszta znajomych jednak naciskała i końcem końców X, aby nie spalić wszystkich mostów, oddała kasę. Sądzę, że nie wszystko, ale ok, mało ważne. Ja tej osoby do kręgu moich znajomych już nie zaliczam.

Wielu znajomych przekonywało, że X może się pomyliła, że nie powinnam być taka cięta na nią, ale nie dałam się przekonać i kiedyś nawet powiedziałam w towarzystwie, że przez tą swoją chytrość wywinie taki numer, że straci wszystkich znajomych.

No cóż...

Ostatnio koleżanki umówiły się z X na kolację w restauracji, piją, jedzą, X wyjątkowo nie szczędzi sobie, i przystawkę wzięła i kolorowe drineczki i luksusowy deser. Pod koniec wieczoru kelner przyniósł rachunek, każda policzyła po łepkach ile ma do zapłacenia, jedna z nich miała tylko banknot 100 euro przy sobie (sama miała jakieś 30 euro do zapłaty), więc zaproponowała, że zapłaci, a dziewczyny oddadzą, ile tam każda miała do zapłaty. Dwie koleżanki oddały z górką, aby było na napiwek, X wygrzebała 3 euro z kieszeni i mówi, że resztę odda później, bo nie chce jej się portfela szukać. Y, koleżanka, która zapłaciła jeszcze kilkakrotnie prosiła o zwrot pieniędzy, jeszcze przy stole, przy wyjściu, w drodze na przystanek. X marudziła tylko:

- No zaraz, chwila, coś ty taka małostkowa...

Podjechało metro. Dziewczyny wsiadają, idą zająć miejsca, a X... wyskakuje w ostatniej chwili w pociągu!

Dziewczyny dzwonią, pytają, X, no co ty, czemu uciekłaś? Odpowiedzi brak. Dopiero po kilku dniach X napisała do jednej z koleżanek:

- Wysiadłam, bo już mnie Y wk...rwiała tym marudzeniem o kasę, wiadomo, że dobrze zarabia, nie mogła sobie tych głupich 40 Euro odpuścić??

A nie mówiłam...?

ludzie

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (176)
poczekalnia

#78825

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przypomniała mi się niedawno historia z dawnego życia w mieszkaniu studenckim, które mieściło się w klatce kamienicy. Mieszkanie studenckie, jak to mieszkanie studenckie zrobione najtańszym kosztem, więc i domofon był przedpotopowy. Działał, ale zepsuta była zawieszka na słuchawkę. Dlatego od zawsze słuchawka była przylepiona taśmą do reszty sprzętu, a my sobie i znajomym otwieraliśmy bez pytania kto to. Problemów brak do czasu kiedy zauważyli to sąsiedzi.
Pewnego cudownego ranka weekendowego śpię sobie. Godzina 5 rano, może 6, s tu ktoś dzwoni domofonem. Pastwi się nad tym guzikiem to idę, otwieram i wracam w kimę, bo może współlokator wraca nawalony, ale jednak nikt do mieszkania nie wszedł. Sytuacja powtarza się po kilku tygodniach, znowu otwieram, znowu nikt do nas.
Za trzecim razem postanowiłam nie otworzyć, jednak ktoś stał i wciskał przycisk bez przerwy. Przemieniona w berserka zerwałam taśmę, wzięłam słuchawkę w garść i się pytam CZEGO?. Sąsiad na to, że on tylko chciał wejść, zapomniał kluczy, a jego dzieci śpią, więc pomyślał, że do nas zadzwoni. Nie otworzyłam, a od tego czasu taśma była tak założona żeby słuchawkę dało się ściągnąć.

sąsiedzi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (113)