Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#78339

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Swego czasu pracowałem jako przewodnik na wystawie, zasadniczo oprowadzałem grupy zorganizowane, bo do biletu który był stosunkowo drogi pan/pani przewodnik był dodatkowo płatny więc pojedyncze osoby wolały wziąć przewodnik "mobilny" ze słuchawkami. Praca przewodnika może nie wydaje się na pierwszy rzut oka piekielna, ale było kilka rzeczy które były mocno uciążliwe.

Przypadek 1
Jedzie wycieczka szkolna, która poza zwiedzaniem miasta postanawia się wybrać do nas na wystawę. Ja rozumiem, że w mieście są korki, a grupę 30, 40 czy więcej dzieciaków w różnym przedziale wiekowym czasem trudno upilnować, ale jak już rezerwujesz wejście z przewodnikiem na konkretną godzinę to uprzedź, że grupa się spóźni. Dziewczyny pracujące na recepcji, które przyjmowały rezerwacje uprzedzały żeby poinformować ich o opóźnieniach, bo w innym przypadku przewodnik po 30min ma kolejną grupę. Jednak zdarzyło się wiele razy takie sytuacje, że grupa wchodzi spóźniona kilkadziesiąt minut i się awanturuje, że nie mają przewodnika - no niestety w godzinach rannych i okolicach południa mieliśmy bardzo dużo grup, a przewodników była ograniczona ilość.

Przypadek 2
Przewodnik powinien mieć maks 25-30 osób które oprowadza po wystawie. Wystawa była duża, sale całkiem pojemne, ale liczy się też komfort przewodnika, wiadomo że nie będzie zdzierał gardła dla tłumu - ty bardziej że jedno oprowadzenie potrafiło trwać nawet 1,5-2h. Nigdy nie umiałem zrozumieć, dlaczego opiekunowie (nauczyciele czy to rodzice) uważają, że jak jest przewodnik to oni już mogą sobie odpuścić i poplotkować ? Ja jestem jeden, grupa liczy kilkadziesiąt osób, jak mam nad nią zapanować - to nie jest moje zadanie. A dzieciaki potrafiły zachowywać się często w skandaliczny sposób, od nieustannego gadania między sobą, przez przepychanie się i bieganie po wystawie, po chamskie przeszkadzanie przewodnikom. Opiekunowie potrafili się zachowywać jakby to nie była ich grupa, a raz trafił mi się taki nauczyciel, który miał do mnie pretensje, że nie pozwalam dzieciom obrzucać eksponatów kamyczkami, które stanowiły dekorację (wcześniej główny "gagatek" prawie poleciał ze ścianą, bo stwierdził że to fajne wbić się z rozpędu na mapę, która wisiała na ścianie) Oczywiście grupa była bardzo mocno spóźniona, awanturująca się i ogólnie mocno kłopotliwa.

Przypadek 3
W weekendy mieliśmy zasadę, że przewodnik przychodzi na dyżur w momencie kiedy jest duży ruch. Jeśli ktoś chciał mógł go "wynająć" do oprowadzania. Z góry uprzedzaliśmy zwiedzających, że poza osobami które wynajęły przewodnika, osoby przebywające już na wystawie lubią się dołączyć na tzw sępa - idzie za grupą po całej wystawie i przysłuchuje się temu co przewodnik mówi. Większość ludzi nie miała z tym problemu, ale zdarzały się grupy, które potrafiły prawie doprowadzić do rękoczynów.

Przypadek 4
Mieliśmy w audioguide'ach kilka najpopularniejszych języków do wyboru (polski, angielski, francuski, hiszpański). Któregoś pięknego dnia przyszła do nas grupa albo z Francji albo ze szkoły w której była duża wymiana uczniów, w każdym razie dzieciaki w wieku mocno podstawówkowym. Zdarzyło mi się w czasie studiów wyjechać to tu to tam i bywać w kilku muzeach/galeriach, ale tego co te dzieciaki wyprawiały nie dało się opisać. Weszli w 3 grupach - razem około 70/80 osób, dzieciaki dostały przybory do rysowania i rozpierzchły się po całej wystawie. Ja miałem w tym czasie swoją grupę, ale nie dało się prowadzić normalnego oprowadzania, bo dzieciaki leżały pokotem wszędzie (na ławkach, krzesłach, podłodze, za kotarami, no wszędzie), nikt ich nie pilnował, krzyk, wrzask i płacz bo któreś dostało z kolana w głowę kiedy siedziało za ciemną kotarą w okolicach sali kinowej. Zwrócenie uwagi opiekunom nic nie dało, bo dzieciaki po usłyszeniu reprymendy robiły dokładnie to samo, z nimi były matki, które absolutnie nie przejmowały się tym co ich pociechy robią. Nie wiem czy to tylko ja jestem nienormalny czy coś tutaj jest nie halo.

Przypadek 5
Grupy przypadkowe, mieli iść oglądać inne miejsce no ale z tego czy innego powodu trafili do nas. Najczęściej zdarzały się dzieciaki albo z gimnazjum albo z liceum. Takiego chamstwa i braku kultury nie widziałem dawno. Grupa nawet nie udawała że powinna zachować spokój i to jest wystawa a nie centrum handlowe więc nie gadamy. Na każde zwrócenie uwagi słyszałem tylko pyskówki i wywracanie oczami. Telefon i robienie sobie selfi z fleszem to był standard (przed wejście zaznaczone żeby nie używać lampy błyskowej). Najlepsze było jednak kiedy powiedzieli że dają mi 5 min na oblecenie całej wystawy, bo po tym czasie oni idą do McDonalda czy innego fast fooda. Ręce opadają.

Po zakończeniu wystawy musiałem zrobić sobie ładnych kilka dni przerwy i wyjechać z dala od ludzi.

przewodnik wystawa kultura dzieciaki

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (Głosów: 90)
poczekalnia

#78335

~Tgrs ·
| było | Do ulubionych
Małe piekielności i duże wymagania.

Podczas studiów (wczesna pedagogika) postanowiłam troszkę sobie dorobić dając korepetycje z języka angielskiego. Z uwagi na kierunek studiów mogłam uczyć dzieci małe, moja oferta obejmowała jednak wszystkie klasy a także przygotowanie do matury.

Zamieściłam na popularnym portalu ogłoszenie zaznaczając, że nie zrobiłam żadnego certyfikatu, dlatego też ceny moich lekcji są niższe niż innych.

Rozdzwonił się telefon. [M]mamy dzieci, [J]ja

-[M] Dzień dobry, czy rozmawiam z Tgrs? Dzwonię w sprawie ogłoszenia
-[J] Słucham Panią
-[M] Potrzebuję korepetycji z języka dla dziecka w wieku wczesnoszkolnym, Pani stawka mi odpowiada, brak certyfikatów też nie przeszkadza. Do Pani obowiązków będzie należało (za raz...) ugotowanie obiadu małemu, sprzątanie i czasem mycie okien (!)
-[J] (zatkało mnie na chwilę) Pani szuka korepetytora czy pomocy domowej?
-[M] Ale angielski jest prosty on się sam uczy, a ja pracuję (bo ja to nie) a Pani z nim zostanie na 8, góra 10 godzin (!)
-[J] Proszę Pani, oferuję korepetycje a nie ogólną opiekę nad dzieckiem i domem!
-[M] Chyba Pani sobie nie zdaje sprawy (kobieta podnosi głos) jaki mój Michałek jest grzeczny i miły!Powinna się Pani cieszyć, że będzie mogła z moim Michałkiem posiedzieć!
-[J] Niestety, nie jestem zainteresowana.
-[M] Słuchaj, no! (szybko przeszłyśmy na Ty) Ja muszę znaleźć kogoś kto mi się bachorem zajmie i nie dyskutuj!
-[J] Do widzenia!

Kobieta darła się jeszcze gdy odkładałam słuchawkę...
Kolejna sytuacja:

-[M] Dzień dobry ja w sprawie ogłoszenia. Pomocy do nauki dla dziecka, bo maturę zdaje.
-[J] Oczywiście, zrobimy testy próbne i zabierzemy się do pracy.
-[M] Ale ksero certyfikatów to mi proszę przynieść.
-[J] Pisałam w ogłoszeniu, że nie mam certyfikatów, uczyłam za to kilku abiturientów, wszyscy dobrze zdali przedmiot
-[M] Moje dziecko już było u takich! Oni wszyscy go olewali, ja muszę dla niego najlepszego znaleźć!
-[J] Może jednak spotkam się z synem, pierwsza lekcja gratis, zobaczymy jak się dogadamy?*
-[M] On już na takie próby za stary jest!
-[J] A ile syn ma lat?
-[M] No jak to ile? 25.

Piekielnych telefonów było wiele... A z samymi korepetycjami znalazło by się kilka historii...
Niektórzy ludzie myślą, że uczenie ich dzieci samo w sobie powinno być wynagrodzeniem.

*Rozumiem, że korepetytor musi dogadywać się z uczniem, jeśli się nie polubią oboje się męczą.

uslugi

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (Głosów: 106)
poczekalnia

#78333

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dotychczas byłem tylko czytelnikiem Piekielnych ale sytuacja sprzed kilku dni skłoniła mnie do dołączenia do grona pisarzy.

Do drzwi mojego mieszkania zadzwonił pan legitymujący się identyfikatorem jednej z międzynarodowych organizacji humanitarnych, której nazwy nie podam, aby nie psuć jej dobrego imienia. Uchyliłem nieufnie drzwi. Wywiązała się między nami taka oto konwersacja:

- Spokojnie, nie zbieram pieniędzy.
- Słuchama Pana...
- Jestem z [tu pada nazwa], na pewno Pan o nas słyszał. Nie wiem czy Pan wie, że codziennie umiera 1600 dzieci, i my właśnie prowadzimy akcję budowania studni aby ludzie mieli dostęp do wody pitnej. Można się przyłączyć do tej akcji deklarując regularne przelewanie symbolicznej kwoty...
- To ja sobie wejdę na Waszą stronę internetową, na pewno jest tam numer konta, i przeleję kwotę, którą będę mógł.
- Ale to chodzi o to, żeby nas wspierać regulanie...
- To ja założę zlecenie stałe.
- Bo to co ja tu mam to właśnie jest zlecenie stałe, bo to najlepiej przez nas załatwić.
- Ale ja najpierw chciałbym sobie poczytać, dowiedzieć się czegoś więcej o tej akcji...
- To ja Panu dokładnie wszystko opowiem i wyjaśnię, i zaraz podpiszemy deklarację...
- Proszę wybaczyć, ale nie podejmuję takich decyzji na gorąco. Nie podpiszę niczego dopóki nie poczytam i na spokojnie nie przemyślę. Jak się namyślę, to znajdę na Waszej stronie numer konta i założę zlecenie stałe.
- To w takim razie proszę poczekać kilka miesięcy aż będziemy znowy chodzić, bo to najlepiej przez nas załatwić.

To jak to w końcu jest - przez te kilka miesięcy umrze kilkaset tysięcy dzieci ale lepiej poczekać z wpłatą aby pan zgarnął prowizję? A może cała ta akcja to ściema? Tak czy owak, odnoszę wrażenie że dobro dzieci w całym tym interesie jest gdzieś na szarym końcu.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (Głosów: 129)
poczekalnia
W odpowiedzi na historię #78256.

Pracuję w takim call center. Opowiem jak to wygląda z drugiej strony.

Dostajemy bazy - w bazach numery i dane klientów (potencjalnych). Skąd się tam wzięły ? Tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. Bazy są rozbudowywane, ale co jakiś czas kontakty się powtarzają. Czasami zdarzają się sytuacje jak ta w historii, gdzie okazuje się, że od dawna numer nieaktualny - ok, zmieniam numer w swojej bazie, ale dostępu do głównego systemu nie mam, a zgłaszać do osób które mają nie ma sensu, bo i tak usłyszę "nie mam czasu na takie rzeczy". Więc następnym razem przy przydzielaniu baz znowu ktoś dostanie błędny kontakt. Piekielne jest to, że konsultanci tracą czas dzwoniąc do nieaktywnych/błędnych numerów, osoby do których dzwonimy nerwy, a firma klientów (bo czasami po którejś pomyłce ludzie nie chcą już podawać numeru do właściciela, a zwyczajnie się rozłączają - czemu zupełnie się nie dziwię).

A wystarczyłoby od czasu do czasu aktualizować bazy...

P.S. Osoby, które mają dostęp do baz większość swojego bardzo cennego czasu pracy spędzają w pomieszczeniu socjalnym na pogawędkach o reszcie pracowników, ale to już materiał na inną historię (albo kilka).

call_center

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (Głosów: 98)
poczekalnia
Jestem listonoszem Poczty Polskiej.
Idę na "rozbiórkę", czyli fragment rejonu, który jest nie obsadzony. Pracuję tam kiedy skończę swój rejon. Nie mam za to płacone, ani nawet poklepania po plecach "że dobra robota".
Generalnie bywam tam w godzinach późnych popołudniowych.
I nawet nie dzwonię, zostawiam tylko awiza. Wrzucam polecone do skrzynek dla tych co się zgodzili.
Nie mam czasu.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (Głosów: 131)
poczekalnia
Pojechałem dziś na mszę komunijną, dziecko z rodziny żony. Ulica zapchana samochodami po obu stronach, więc odpuściłem sobie parkowanie przy samym kościele.
Pojechałem dalej, mniej więcej 200 metrów, wjeżdżam w zatoczkę parkingową, na ostatnie wolne miejsce. Słyszymy z żoną klakson. Za chwilę do moich drzwi podbiega facet i... Nie można nazwać tego krzykiem, ale niech będzie:
-Wypier... stąd, ja to miejsce wcześniej widziałem.
Parking ogólnodostępny, gość jechał za mną, nawet nie bezpośrednio, więc na spokojnie staram się z nim porozmawiać, ale gdzie tam.
Usłyszałem jeszcze trochę epitetów, że dojadą mnie chłopaki z miasta, że bym zabierał swój gówniany szrot z "jego"miejsca.
Część epitetów nagrała się na kamerce samochodowej. Ja jeszcze zrobiłem zdjęcie jego wypasionej furze Porsche Cayenne z uwzględnieniem tablic, co niemiłosiernie rozwścieczyło pana i stwierdził, że teraz zobaczę, bo dzwoni po chłopaków.
Pewnie by jeszcze podyskutował, ale blokował przejazd to go obtrąbili co skwitował środkowym palcem.
Pajaca widziałem na mszy jak brał od córki chleb, książeczkę i różaniec. Samochód cały, chłopaki z miasta jadą...

parking

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (Głosów: 179)
poczekalnia

#78328

(PW) ·
| było | Do ulubionych
"Wolne media" w Polsce - podobno na TVN24, który to portal uważa się za ostoję wolności słowa w naszym kraju - każdy może wszystko komentować (o ile oczywiście mieści się w granicach prawa i nikomu nie ubliża - choć niektóre komentarze, które zostały zaaprobowane przez moderatorów, nieraz temu ostatniemu przeczą). Nie można jednak komentować niekompetencji i braku wiedzy "redaktorów" - autorów publikowanych na tym portalu bzdur.

Przykład nr 1.
Artykuł dotyczący Motu Cłowego w Szczecinie, którego konstrukcja została przygotowana bodajże w Gdyni. Do miejsca docelowego popłynął barką. Autor artykułu napisał, że "most ma wyporność xxx (nie pamiętam liczby) ton". Dla tych, którzy nie wiedzą: wyporność dotyczy wyłącznie jednostek pływających (za Wikipedią: podstawowy parametr określający wielkość okrętów, rzadziej innych jednostek pływających. Wyporność jest miarą siły wyporu, określa masę wody wypartej przez zanurzoną część okrętu zgodnie z prawem Archimedesa).
Napisałem komentarz z pytaniem, jakim cudem - według autora - most, niebędący jednostką pływającą, może mieć wyporność.
Komentarz wymoderowany.

Przykład nr 2.
Artykuł o tym, że facet szedł po plaży i znalazł wyrzucony na brzeg karabin maszynowy - Maxim wz. 1910, czyli wprowadzony w 1910 roku. Według TVN24 został on wyprodukowany pod koniec XIX wieku, czyli kilkanaście lat przed swoją premierą.
Napisałem komentarz z pytaniem do autora, jakim cudem karabin mógł być wyprodukowany tyle lat przed tym, jak został opracowany.
Komentarz wymoderowany.

tvn24

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (Głosów: 156)
poczekalnia

#78327

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w restauracji. Lokal współpracuje z pewnym serwisem dostawczym, działa to na tej zasadzie: nasza oferta znajduje się na ich stronie, poprzez którą zamawiawia.klient, mam ichni tablet i aplikację, przez którą widzimy zamówienia, które możemy zaakceptować lub odrzucić. Jeśli zaakceptujemy zamówienie, przyjeżdża ichni kurier i wiezie zamówienie do klienta. Godziny, w których można składać zamówienia ustawione są automatycznie, można ewentualnie manualnie restaurację otworzyć lub zamknąć dla klientów online. Co ważne, jeżeli ustalonej godzinie otwarcia restauracji online aplikacja u nas jest wyłączona, dostajemy automatyczny telefon z informacją, że jesteśmy offline i prośbą o uruchomienie aplikacji.

Kilka dni temu włączam tablecik jak zwykle i zonk - nie mogę się zalogować. Telefon do naszego partnera(przedstawiciela serwisu) brak odpowiedzi. Telefon do centrali, tam każą dzwonić do partnera. Wydzwaniam pół dnia, ciągle brak odpowiedzi, ale cóż, powoli zbierają się goście w lokalu, nie mam czasu dalej wisieć na słuchawce, trudno, odpuszczam. Następnego dnia zabawa od nowa, z tym, że co dziwne nie dostaliśmy telefonu z automatyczną informacją, że jesteśmy offline, ale nie zwróciłam na to uwagi dopóki w momencie największego zapieprzu w lokalu nie wpadł jakiś facet o wyglądzie menela i drze się:
- Kurier, serwis X, zamówienie XYZ!
- Proszę pana, od wczoraj jesteśmy offline, nie dostaliśmy żadnych zamówień
- Ale ja mam zamówienie, proszę mi wydać
Tłumaczę jaka jest sytuacja, nie mogę wydać zamówienia, które na oczy nie widziałam i nie mamy przygotowanego. Facet w przerwach między darciem na mnie mordy dzwoni do centrali. Za chwilę centrala do nas z mordą, czemu nie wydajemy zamówień. Ja znów tłumaczę sytuację, przy okazji kolejny raz proszę o pomoc w logowaniu. Tym razem pani z centrali bardziej skłonna do pomocy podaje mi hasło. Pytam, co to za hasło z tyłka, bo nie nasze. Okazuje się, że serwis automatycznie zmienił nam hasło, bo zawsze automatycznie zmienia po roku. A gdzie informacja dla nas na ten temat? Wysłali na adres mailowy. Jaki? Którzy sami nam założyli, bo po roku każdy partner założyć adres mailowy na ich serwerze. Dlaczego nas o tym nie poinformowali? Poinformowali. Wysyłając nam maila na nowy, świeżo założony adres mailowy, o którym istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Jakby tej całej paranoi było mało, pytam jak to możliwe, że zostały złożone zamówienia, skoro nie byliśmy zalogowani do aplikacji. A bo oni automatycznie wciągają nas znowu online, jeśli jesteśmy dłużej niż 24h offline, wychodząc z założenia, że mamy otwarte, tylko mamy problemy ze sprzętem. Aha, czyli zakładają, że mamy problemy ze sprzętem. Szkoda, tylko, że jak zakładają, że mamy problem ze sprzętem, to nie dość, że nikt nie raczy sam zadzwonić i zapytać, o co kaman, to jeszcze zbywają nas, gdy sami dzwonimy, aby rozwiązać problem.

Końcem końców udało mi się zalogować, dostałam potwierdzenie zamówienia i je wydałam. Pan kurier zapytał się mnie na koniec, czy ja jestem nienormalna, że czekam z wydaniem zamówienia na pojawienie się u nas jego potwierdzenia. Z pewnością każdy inny lokal wydaje zamówienie za prawie 100 euro wierząc jakiemuś lujowi na słowo.

gastronomia

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (Głosów: 176)
poczekalnia

#78326

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia litlle_trouble1 ( #78321) przypomniała mi jedno "sąsiedzkie" zdarzenie z przed kilku lat.

Będąc jeszcze na studiach, wraz z dziewczyną wynajęliśmy kawalerkę na Brzeźnie (Gdańsk), całkiem niedaleko od plaży, lokalizacja rzekłbym mocno wypoczynkowa.
Mieszkanko w bloku, 4-piętra. My właśnie na ostatnim piętrze. Na tym samym piętrze mieściło się jeszcze może z 6-7 mieszkań, blok podłużny, więc był dosyć długi korytarz.

Mieszkało się tam różnie, były problemy z mrówkami, były problemy z dzieciakami sąsiadów (które nader wszystko lubiły na tym korytarzu grywać w piłkę), no ale nic, dało radę znieść.
Była też wścibska staruszka (ale miała napady uprzejmości w postaci np. odebrania za nas przesyłki od kuriera itp).
Był też sobie nikomu bliżej nie znany sąsiad z naprzeciwka korytarza (no i nieco w lewo :D),
który najwidoczniej gdzieś się przeniósł, w każdym razie jego mieszkanie poszło na wynajem. I z tym mieszkankiem właśnie najciekawsze historie.
Tak się złożyło, że zamieszkane formalnie przez 2-3 studentów - nocami stawało się centrum imprez. Osobiście dla nas nie było to mocno uciążliwe - ot kilka razy w miesiącu solidna libacja, śpiewy, krzyki itp. No ale najwidoczniej sąsiedzi mieszkający "przez ścianę" z nimi nie mieli już tak lekko, toteż mniemam, że to właśnie oni wzywali kilkukrotnie policję i starali się uprzykrzać życie tym studenciakom.

Po paru miesiącach, najwidoczniej skargi dotarły do właściciela tego mieszkania, bo na korytarzu dało się usłyszeć awanturę, następnie w krótkich, żołnierskich słowach rozkazano im się wynieść w ciągu paru dni.

No i tu zdarzenie właściwe. Kilka dni później wpadła do nas w gości moja mama, miała zostać tylko 2 dni, więc wspólnie w trójkę gadaliśmy do późna, przyszła gdzieś już północ. Mama mówi, że czuje dym, że coś się chyba pali. Szybki rzut oka do kuchni, czy niczego nie zostawiliśmy na kuchence, niby wszystko w porządku. Zignorowałem sprawę, mówiąc, że pewnie z podwórka coś, bo okna były otwarte.

No ale zapach spalenizny się nasila, więc chcąc sprawdzić co się dzieje wyjrzałem na korytarz. I nagle szok, na tym korytarzu ekipa studentów wyniosła z mieszkania co się tylko dało (kołdry, jakieś koce, szmaty, kawałek szafki) ustawili to w stertę i podpalili.

No to akcja szybka, do dziewczyny mówię, żeby zadzwoniła po straż, ja wodę w garnek i próbuję gasić, ale nie wiele się to pomogło. No to walę w drzwi do sąsiadów obok, krzyczę, że pożar.
( Co ciekawe i chyba największe dla mnie zaskoczenie - nikt z sąsiadów nie wyszedł/ nie otworzył drzwi. Dopiero po paru ładnych minutach gdy przyjechała straż i słychać było syreny, to ludzie zaczęli wyłazić)

Nie wiem jakim sk....synem trzeba być by odwalić taki numer. Myślę, że gdyby nie wizyta mojej mamy, poszlibyśmy spać nieco wcześniej, kto wie czy byśmy nie zaczadzieli.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (Głosów: 189)
poczekalnia

#78318

~james ·
| było | Do ulubionych
Kilka lat temu jadąc z kolegą na koncert do miasta oddalonego od mojej mieściny 400 km miałem dość poważnie wyglądający wypadek drogowy. Kierowałem ja. Nagle kierowca z naprzeciwka zjechał na mój pas i doszło zderzenia. Jak się później okazało - przysnął. Pech straszliwy. Moje auto dość spore, długie, strefa zgniotu znaczna... śpiocha-małe miejskie autko. W efekcie i ja i tamten leżymy autami w rowie. Udało mi się jakość wyczołgać z kabiny - kumplowi zresztą też. Na jezdni mnóstwo porozbijanych części obu aut. Reszta ludzi mimo to jeżdzi po tych śmieciach i mija nas jakby nigdy nic - totalna znieczulica. Mi z czoła leci krew. Kumpel ma jakieś bóle w kończynach. Podchodzę całkiem oszołomiony do osi jezdni i zatrzymuje pierwszy lepszy samochód. W nim jakiś facet (F) i żonką i taka oto rozmowa:
(Ja): Przepraszam, czy mógłbym prosić pana o wykonanie telefonu, bo mój został w aucie - wskazując na wrak
Facet patrzy na żonkę potem na mnie, potem na szczątki auta i...
(F)Yyy ...Wie pan co - ale ja mam mało na koncie...
Po czym zasunął szyby i ruszył przed siebie

KURTYNA

komunikacja_miejska

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (Głosów: 202)