Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#78809

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Bardzo krótko o Służbie Zdrowia. Bardziej z humorem niż piekielnie.

Gdańsk Szpital Zakaźny. Budynek ma kilka wejść i kilka wind - niektóre jeżdżą na różne piętra (pewnie by zminimalizować ryzyko rozprzestrzeniania się chorób).
Z oddziału dziecięcego mieszczącego się na 5 piętrze musiałem iść opłacić jeden rachunek na Izbie Przyjęć na paterze obok głównego wejścia.
Do tej pory do szpitala wchodziłem wejściem od parkingu i miałem tam tylko jedną windę, którą bez problemu dostałem się na 5 piętro - najzwyczajniej w świecie: wchodzę do windy, wciskam "5" i jadę.
Niestety na Izbę Przyjęć szybciej prowadziła droga windą na końcu krótkiego korytarza. OK, to wchodzę wciskam "0" i jadę w dół. Opłaciłem co chciałem i wracam do windy ...i tu pierwsze zdziwienie, windy są cztery i nie pamiętam którą zjechałem w dół, a opisów brak.
Pytam więc przechodzącej obok pani w białym kitlu, którą windą dojadę na oddział dziecięcy na piątym piętrze.
Pani mi odpowiada : "Musi pan wejść do widny nr. "3" wcisnąć przycisk nr "4" oznaczony obok jako "9", wtedy dojedzie pan na piąte piętro".
Podziękowałem i z niedowierzaniem dojechałem na miejsce :)

I jak tu ogarnąć Służbę Zdrowia jak oni nawet w piętrach szpitala mają burdel.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (99)
poczekalnia

#78808

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem wybitnym antytalentem jeśli chodzi o prowadzenie wszelakich pojazdów mechanicznych. Teraz wiedzą o tym wszyscy, kiedyś jednak było inaczej. Ojciec katował się tygodniami próbując nauczyć mnie jeździć, wuja załamywał ręce a kuzyni wręcz składali się ze śmiechu. W końcu wybiła ta godzina i stuknęła mi osiemnastka na karku. Młody i głupi byłem, ale pod naporem argumentów wystosowanych przez rodzinkę wykupiłem sobie kursy za ciężko zarobione "osiemnastkowe piniądze". Nic tam... Starałem się! Walczyłem! NEVER GIVE UP KUŹWA! Jednak przyszedł ten moment, w którym musiałem trzeźwo spojrzeć na sytuację i dać sobie spokój. Ja po prostu nie nadaję się do prowadzenia samochodu. Co prawda trochę krwi napsułem biednemu panu Mirkowi i ojciec nie dopuszcza mnie nawet do kosiarki, ale przynajmniej nikt mi nie smęci nad uchem na temat prawa jazdy. Nikt poza kochaną ciocią...

W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że ciocia to osoba bardzo ambitna. Niestety swoje niezwykle wygórowane oczekiwania zamiast ku sobie, kieruje na Bogu ducha winną rodzinę. Każdemu wypomina jakąś niedoskonałość i potrafi być w tym wytrwała. Uwierzcie mi.

Jakiś rok temu miało miejsce spotkanie rodzinne. Ciocia sobie troszkę popiła i rozpoczęła polowanie na kozła ofiarnego. Oczywiście padło na mnie. Każdy poruszany temat w końcu, za jej sprawą, schodził na moją haniebną skazę. W pewnym momencie jej irytacja spowodowana moim defektem osiągnęła ekstremum i nastąpiła erupcja.

"Satsu ja ci nawet zapłacę za kursy i egzamin, ale idź na to piep**one prawko!"

Cała rodzinka zgodnie odradzała cioci tą intratną inwestycję, ale rzeczywiście dwa dni później na moim koncie ukazał się przelew. Nie chcąc niepotrzebnie uszczuplać jej funduszy, całą kwotę odesłałem... I znowu odesłałem... I jeszcze raz... I jeszcze. I w końcu złożyłem broń. Zapisałem się na kurs. W tym miejscu bardzo serdecznie chciałbym przeprosić pana Pawła. Ten Citroen pojawił się znikąd...

Jak łatwo się domyślić do egzaminu nawet nie podchodziłem, cioci odesłałem pozostałą kwotę, która była na niego przeznaczona i zapomniałem o sprawie. Ciocia jednak nie zapomniała i jakieś pół roku później pojawiła się w moim rodzinnym domu z prawnikiem by odzyskać pieniądze.

Oddałem. Niech się udławi... Ale wszyscy jak jeden mąż stwierdzili, że na grilla już jej nie zaprosimy :)

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (127)
poczekalnia

#78805

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Chciałem założyć zlecenie stałe w banku powiązanym z jedną z sieci telefonicznych. Zlecenie miało być realizowane do banku, który obsługuje serwery mojego banku, a który notabene był jeszcze do niedawna jego właścicielem (oczywiście działał wtedy pod inną nazwą). Zlecenie stałe założone, ja szczęśliwy, że nie muszę już co miesiąc pamiętać o wpłacie.

Jakiś tydzień po terminie spłaty dostaję smsa z banku docelowego, że termin spłaty minął i nie ma wpłaty plus jeszcze doszły oczywiście do tego odsetki.
Sprawdzam konto przez internet - faktycznie przelew nie poszedł, a cały czas widnieje w zleceniach stałych. Dzwonię więc na infolinię swojego banku i streszczam konsultantowi o co chodzi.

[K]Ale my nie obsługujemy zleceń stałych do tego banku...
[J]Jak to Państwo nie obsługujecie? Przecież ten bank jest na tych samych serwerach co Państwa bank.
[K]No tak, ale system nie pozwala na obsługę takich zleceń
[J]To dlaczego nie wyświetla się żadna informacja przy próbie założenia takiego zlecenia?
[K]Ale jest informacja w regulaminie, że do tego banku zleceń stałych nie obsługujemy

Wygląda na to, że wydawałoby się podstawowa funkcja w bankowości internetowej nie jest jednak do końca taka podstawowa... Przynajmniej w niektórych bankach. Nie przyszłoby mi do głowy, że jakiś bank blokuje możliwość wysłania przelewu do jakiegokolwiek innego banku - a czym jest zlecenie stałe, jak nie zwykłym przelewem z powtarzalnym terminem płatności?

Ale jak to się u nas mówi - gdyby człowiek był prorokiem, to by nie był żebrokiem.

bank

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (75)
poczekalnia

#78804

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kupiłem niedawno mieszkanie.

Lokum w dobrej lokalizacji, ale do generalnego remontu. Wiadomo jak to jest - wcześniej mieszkała tam osoba starsza, która nawet kolorowego telewizora nie chciała, później osiem lat mieszkanie stało wystawione na sprzedaż.

Jak remont to i gruz. Będąc całkowicie zielony w te klocki idę do swojej nowej wspólnoty mieszkaniowej dowiedzieć się, co i jak z tym zrobić, a właściwie - skąd wziąć specjalne pojemniki do tego celu.

Pani we wspólnocie powiedziała, że trzeba napisać u nich podanie a następnie czekać na informacje. W ciągu trzech dni powinna być odpowiedź drogą telefoniczną (zostawiłem swój numer, mieli go też na deklaracji odnośnie odpadów komunalnych).

Jako że miałem dość zapracowany okres, po ty poszedłem dowiedzieć się, co i jak. Otóż wystosowali do mnie pismo, powinno być już w skrzynce pocztowej. Jako że nie wiedzieli, czy na pewno jest skserowali mi swoją kopię.

Na piśmie była informacja, że trzeba zadzwonić do firmy zajmującej się konserwacją budynków. Po trzech godzinach prób dodzwonienia się, ktoś w końcu odebrał telefon. Otrzymałem informację, że trzeba dzwonić do Zakładu Gospodarki Komunalnej.

Zdenerwowany, wykonuję kolejny telefon. Tam, w końcu, poinformowano mnie konkretnie że muszę złożyć podanie w urzędzie miasta i worki dostanę od firmy "obsługującej rejon".

Od tego punktu wszystko poszło niezwykle sprawnie, ale serio - osoba pracująca we wspólnocie nie mogła mi udzielić takiej informacji od samego początku? Wiem, że dla niektórych załatwienie worka na gruz wydaje się banałem, ale jako osoba zabierająca się za to po raz pierwszy nie miałem o tym zielonego pojęcia.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (82)
poczekalnia

#78803

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak nie problemy z siłownią to inna sytuacja, również z dnia dzisiejszego... Już tyle o podobnych sytuacjach jak poniżej opisana było mówione, ale osobiście któryś raz się z tym zetknęłam i nadal wku*wia mnie idiotyzm ludzi.
Szłam około 14.50 na małe zakupy. Miejsce akcji- okolice Placu Grunwaldzkiego.
Na ławce, niedaleko dwóch przejść dla pieszych leży sobie starszy pan. W sumie widok codzienny (menelnia), idę. Około 15.30 wracam z siatami, pan dalej leży. Zwróciłam uwagę na fakt, że był dość elegancko ubrany, obok ławki leży siatka z zakupami. Podeszłam bliżej, twarz starszego pana cała w kropelkach potu, strasznie blada, ręce skrzyżowane na piersiach i drgawki. Nie znam się na tym ale szybko pomyślałam, że to albo jakiś zawał albo zapaść (a jednak czegoś uczyli w tych gimnazjach). Na "proszę pana czy coś panu dolega?" nie reaguje. Potrząsam nim lekko. (W tle zatrzymują się ludzie). Po kilku minutach pan otwiera oczy i wypowiedział tylko coś w stylu "serce...tabletki...zapomniałem, źle". Nie wzięłam telefonu, na zakupy nigdy nie biorę. Pobiegam do jednej z kobiet która przyglądała się sytuacji, proszę o telefon na pogotowie. Reakcja? "Oszalała pani?! Mnie pieniądzów szkoda!" Ale to bezpłatne... "Ja nie znam tego dziada!" W międzyczasie przechodzi jakaś matka z dzieckiem, które pokazuje na pana, matka zbiera dziecko na ręce i mówiła coś o zarażeniu się i o pijakach, ale nie słyszałam bo w tamtej chwili nie zwracałam na to uwagi. Dobra, szkoda czasu na kłótnie, podchodzę do przypadkowej osoby, proszę o telefon, ok, pogotowie wezwane. W międzyczasie tłum zrobił się większy; gdy próbowałam nawiązać kontakt ze starszym panem w tle leciały komentarze typu "pani go zostawi, pewnie się nachlał!" itp.
Karetka przyjechała, starszy pan miał zapaść krążeniową.

Serio, nie każda osoba leżąca na ławce to pijak i menel. A piszę to, bo rok wcześniej spotkałam się w swoim rodzinnym mieście z niemal identyczną sytuacją, z tym że tamtej kobiety nie dało się odratować.

wrocław ludzie ignorancja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (129)
poczekalnia

#78802

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z serii historii sklepowych.

Daaawno temu robiłam większe zakupy w Biedronce. Krążyłam z koszykiem pomiędzy alejkami, wrzucając kolejne produkty z listy zakupów. Jedna z interesujących mnie alejek była zawalona paletami tak, że manewrowanie z pełnym koszykiem byłoby trudno.
Zostawiłam więc koszyk tak, by nie przeszkadzał innym kupującym, weszłam do alejki po dosłownie 2 produkty.

Wracam, a tu jakaś kobieta grzebie mi w koszyku, wyrzucając niektóre produkty na zgrzewki napojów stojące nieopodal.
Dialog ( plus minus).

b- Przepraszam, ale to mój koszyk...
K- Stał sobie, to niczyj!
b- Stał, ponieważ alejka jest zastawiona paletami, a ja poszłam po 2 rzeczy.
K- A ja akurat tego potrzebuje, nie będę po sklepie chodzić, jak tu stoi gotowe!
b- Gotowe i MOJE. Proszę zostawić moje zakupy!
( Babeczka z wyglądu żadna trzęsąca się staruszka- takiej może bym i odpuściła. Ale nie, żażywna hot 50, tips na palcu, błysk sztucznej biżuterii, tlenione włosy z odrostami- teraz mówi się na to "ombre" ;)- i ton nieznoszący sprzeciwu).
K- Nieprawda, bo moje! Ochrona! Złodziejka! Ochrona!
b- Chciałabym tylko przypomnieć, że w sklepie jest monitoring, więc niech pani nie robi z siebie wariatki.
K- Ty gówniaro niewychowana ( i dalej w ten deseń)!

Pozbierałam zakupy odłożone przez babsko, wyszarpnęłam jej mój koszyk i poszłam do kasy, a podstarzał Karyna darła się jeszcze jakiś czas...

zakupy klienci kradzież

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (109)
poczekalnia

#78799

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Na ubezpieczenia dodatkowe. Kupowałem tableta w pewnym sieciowym sklepie z elektroniką. Nie był tani, ale dość wielki ekran i mocny sprzęt. W każdym razie zaproponowano mi ubezpieczenie sprzętu. Ok czemu nie 10zł miesięcznie nie problem. No i paniusia mówi ochrona ekranu jak pęknie to od razu nowy sprzęt. Ok poproszę OWU z wyłączeniami.
Dostaje i tam jeśli chodzi o ekran " Wszelkie uszkodzenia mechaniczne zawarte w pkt X &X regulaminu" No to proszę o ten regulamin. A paniusia, iż jest dostępny do wglądu w centrali w Krakowie. Cóż zrezygnowałem z ubezpieczenia ekranu, ale poszperałem i dotarłem do tego regulaminu.
Opiszę wyłączenia: upadek, uderzenie, zarysowanie, nakłucie, zginanie, złamanie, naruszenie spójności poprzez wprowadzanie ciała obcego (What???). Innymi słowy tylko jeśli siła wyższa spowoduje pęknięcie to ubezpieczenie działa.

ubezpieczenia.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (94)
poczekalnia

#78798

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Niedawno otworzyło się centrum handlowe niedaleko mnie. Tuż obok rynku. Od kiedy pamiętam chodnik pod rynkiem pełen był ludzi którzy porozkładali się tam ze swoimi śmiecia... produktami które próbowali sprzedać. Czasem to były truskawki czy kwiaty z działki ale zdecydowanie częściej dziwne przedmioty bez kompletu, stare książki i płyty, pojedyncze (i już otwarte) opakowania perfum, ubrania które trudno byłoby nazwać nowymi i inne ewidentnie używane rzeczy których nikt zdrowy na umyśle nie kupi.

Specjalnie mnie to nie bolało dopóki tamtędy nie chodziłam. Ani na rynek ani tym bardziej do panów wyglądających i pachnących jak bezdomni usiłujących opchnąć (chyba wyciągnięte ze śmietnika) fanty - 10letnie radio, bardzo znoszone trampki, używane zabawki i inne cuda. Teraz jednak zdarza mi się pójść tam na zakupy spożywcze czy do apteki. No i mam problem. Bo ci ludzi którzy kiedyś siedzieli pod rynkiem teraz panoszą się też pod wejściem do centrum handlowego. Tuż obok znaku z zakazem handlu. I szlag jasny mnie trafia kiedy muszę krążyć po labiryncie bo na chodniku są tylko wąskie ścieżki pomiędzy tymi "straganami".

Rano poszłam po coś na śniadanie do sklepu i stwierdziłam że mam dość. Jeszcze zanim dotarłam do domu wybrałam nr do straży miejskiej. Wcześniej widziałam że straż przyjeżdżała kilkukrotnie i wypraszała tych ludzi z chodnika pod rynkiem i centrum. Miałam nadzieję że i dziś zrobią jakiś porządek bo tam się właściwie nie da przejść.

No i się zawiodłam. Pan w słuchawce wyjaśnił mi że dostali już dziś zgłoszenie w tej sprawie i byli tam. Mogą podjąć jakieś kroki jeżeli zobaczą, że ktoś coś rzeczywiście sprzedaje. Niestety panowie ze straży nie mogą być po cywilnemu, muszą być w mundurze. Jak są w mundurze to ci państwo ze straganów nic nie sprzedają. A siedzenie na chodniku nie jest nielegalne więc mają związane ręce. Rozumiem i nie mam pretensji.

Tyle że na chodniku nadal nie da się przejść, okolica wygląda tragicznie, śmieci po "straganach" walają się co wieczór, a krzaki cuchną moczem bo gdzieś przez te kilka godzin trzeba oddać piwka które się w siebie wlało czekając na klientów chętnych kupić stare kalosze.

osiedle rynek centrum handlowe

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (97)
poczekalnia

#78792

(PW) ·
| było | Do ulubionych
A mówią że młodzież niekulturalna, że zawsze tylko wszędzie syf zostawia. Moze nie mam już naście lat, ale dziś piekielna sąsiadka nauczyła mnie że kosze stojące ot tak na ulicy nie slużą do wyrzucania śmieci. Ale do rzeczy:
Jeszcze w pracy wraz z koleżanką wpadłyśmy na pomysł aby dla ochłody wypić zwyczajnie delikatnie po radlerku ot dla smaku I na lepszy sen bo I godzina raczej późna. Jak wymyśliłyśmy tak jak tylko wybiła kukułka uwalniająca nas od obowiązków służbowych, poleciałyśmy do sklepu zakupić "złoty" trunek I na ławeczkę co przy miłej pogawędce go spożyć. I nie byłoby nic w tym strasznego gdyby człowiek nie był nauczony zeby zwyczajnie nie zostawiać syfu do okoła. Kiedy umieściłam w koszu butelke sztuk 1 I puszkę również sztuk 1 w koszu na śmieci zostałam zjechana obelgami od Pani że jak śmiem wyrzucac śmieci do kosza bo on przecież nie jest publiczny! Ubrałam uśmiech nr 5 I zapytałam w którym miejscu jest jej nazwisko na tym koszu bo ciemno I mało latarnii więc nie zauważylam. Pani spasowiała. Kiedy odchodziłam w swoją stronę podeszla do kosza I powyciagała wszystko co było w "prywatnym" śmietniku I położyła obok po czym weszła do klatki obok.
Cały czas mnie zastanawia co tym ludziom w głowach siedzi? Niedaleko jest przedszkole I codziennie jak tylko jest pogoda dokladnie koło tego kosza przechodza maluchy. Czy naprawde lepiej żeby ktoś sobie zrobił krzywde? Czy lepiej wyglada jak wszedzie jest syf? Może tylko ja nie mam poczucia estetyki?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (104)
poczekalnia

#78794

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam. Często czytuję piekielnych, ale dzisiejsza sytułacja zmusiła mnie do założenia konta i podzielenia się tym, co mnie dzisiaj spotkało. Posiadam uroczego psiaka rasy Amstaff. Moja pociecha ma 10 miesięcy i jest wulkanem energii. W sumie to chyba najłagodniejszy pies jakiego spotkałam, zero agresji. Dzisiaj upał okropny, młody się zmachał samym dojściem do samochodu, więc postanowiłam, że pojedziemy się potaplć w rzece. Słonko pięknie śwświeci, maluch pływał już ponad godzinę (nad wodą ma na sobie szelki i 15 mtrową linę na której go trzymam, żeby nie popłynął za daleko i zawsze mam go pod kontrolą) nagle widzę, że płynie do brzegu i jest czymś wyraźnie zaciekawiony. Odwracam się i widzę jakiegoś gościa w okularach, który woła mojego psa. Przytrzymałam młodego na lince, żeby pana nie zamoczyl i nagle wyłonił się biegający luzem, bez smyczy, duży bokser. Okazało się, że piesek należy do pana. Pan nachalnie pchał pieska w stone mojego i koniecznie chciał, żebym go spuściła i żeby się pobawiły. Tłumacze nachalnemu jegomościowi, że nie ma takiej możliwości. Pan chyba dalej usilnie próbował zakolegować nasze pociechy i pchał się z Bokserem na młodego. Bokser zaczął go obwąchiwać. W ułamlu sekundy warknął i ugryzł młodego w głowę. Odgoniłam go i krzycze do lewego swata żeby zabierał swojego psa bo jest agresywny. Popatrzyłam na młodego, krew się leje, rozcięty łuk brwiowy, pół centymetra od oka, krzycze na idiote, żeby zabierał psa bo za pierwszym razem nie dotarło i staram sie zatamować krwawienie chusteczką. Ślepy idiota odszedł z psem, nie zapinając go na smycz i po dwóch minutach pies podbiega do nas znowu. Nie wytrzymałam. Myślałam, że zabije debila i utopię go w rzece, potem ucieknę do Meksyku, doczepie wąsy i będę się ukrywała pod wielkim sombrero, ale dzieki temu będzie o jednego idiote mniej na świecie. Jeśli to czytasz to moj psiak dziękuje za 5 szwów nad okiem. Czy ktoś z was był w podobnej sytułacji? Kompletnie nie wiedziałam jak mam się zachować.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (82)