Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#80427

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Napiszę conieco o słomianym zapale oraz wypaczonym postrzeganiu pasji do restauracji starych samochodów. Mówiąc "stare" mam na myśli wehikuły mniej–więcej trzydziestoletnie. Nie jestem na tym polu weteranem. Póki co do stanu fabrycznego pod moim okiem wróciły tylko trzy pojazdy z czego tylko jeden naprawdę rzadko spotykany. Mogę jednak coś w tym temacie powiedzieć.

Skłoniły mnie do tego różne sytuacje około–tematyczne z przeszłości oraz niedawna rozmowa z osobą która również pasjonuje się motoryzacją.
Chłopak ledwie odebrał prawo jazdy, na karku ledwie dziewiętnaście lat. Wór ze słomianym zapałem pełny, cierpliwości niewiele, wiedzy czysto teoretycznej ledwie–ledwie – praktycznej brak. Portfel jak na studenta przystało – prawie pusty. Tak przygotowany, przyszedł zapytać mnie o rady i pomoc przy wyborze "bazy" z której można zacząć.

Rozpoczął od rzeczy zupełnie oderwanych od rzeczywistości w tym taka perełka: "Lubię BMW i chciałbym mieć coś oryginalnego. Niewiem, taka Alpina B10 z 1990 może...".
Gwoli wyjaśnienia: takich samochodów wyprodukowano kapkę ponad pięćset egzemplarzy – ponad dwadzieścia lat temu! Ostudziłem jego zapał proponując "zwykły" model tego auta. Jak na moje oko opcja bardzo dobra pod każdym względem wobec istniejących warunków.

Niestety zwykłe BMW w percepcji chłopaka to szmelc a po przedstawieniu kosztów pi–razy–drzwi – nadal o wiele za dużo. Spodziewał się, że za trzy tysiące kupi dwudziestoletni samochód bez dziur w podłodze i ze zdrowym silnikiem. Wytłumaczyłem mu na czym polega proces odbudowy auta, że nie jest to przejechanie Plakiem po plastikach, wymiana pokrowców i powieszeniu Wunderbauma na lusterku.
Pokazałem zdjęcia z takiego procesu, dokładniej opisałem prace przy nadwoziu, mechanice i elektryce. To wszystko idzie w setki jak nie tysiące godzin pracy, aby osiągnąć efekt "jakby dopiero z fabryki wyjechał". Ponadto w przypadku starego i rzadkiego auta, niektóre części stanowią problem: szukanie po zagranicznych serwisach aukcyjnych, jeżdżenia bóg wie dokąd po najmniejsze elementy nigdzie indziej niedostępne, zamawianie innych z drugiego końca europy. To wszystko wymaga czasu i pewnych środków a brak jednego lub drugiego wstrzymuje prace.

Nie było mu w smak. Zdruzgotałem jego nagiętą do własnego widzimisię rzeczyswistość w której widział tylko efekt końcowy, osiągnięty w najwyżej dwa miesiące bez wysiłku. Urażona duma (wszak chyba uzmysłowił sobie, że zadanie by go przerosło) chłopaka nakazała wbić mi szpilę i uczepić się tego, że mam Fiata – czym mnie z resztą rozbawił. A powiedział mi mniej–więcej tak tak: "To wszystko to się w sumie i tak nie opłaca. Ty tyle czasu nad tym spędziłeś a teraz i tak jest wart tyle co jakiś szrot". No cóż, to czy moje auto jest warte tyle co złom mógłbym się spierać.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (85)
poczekalnia

#80426

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czym może grozić próba zrobienia przez gminę porządku w mapkach geodezyjnych? Wojną wśród sąsiadów...

Wychowywałem się na wsi, moi rodzice do tej pory tam mieszkają. I odkąd pamiętam, gmina nigdy nie myślała nad tym, żeby zrobić porządek w mapkach. A, że jest bajzel, wiedzieli w zasadzie wszyscy. W końcu nadszedł ten moment i zaczęły się cyrki.

Przyjechali geodeci. Znaleźli bodajże 2 stare słupki graniczne, które wzięli jako punkty odniesienia. Pomierzyli i wyszło, że to co jest na mapkach, a to co jest w rzeczywistości, różni się miejscami o jakieś 3 metry. Niestety, niektórzy postanowili wykorzystać sytuację, chyba nie do końca zdając sobie sprawę z ogromu problemu. A szczególnie jeden osobnik, wiecznie wojujący z innymi sąsiadami, a ci zza płotu, to już w ogóle mają z typem ciężkie życie.

Ale nie przedłużając, gość dowiedział się, że granica jego podwórka wychodzi około 2,5 metra dalej, niż jest w rzeczywistości, czyli w praktyce, u sąsiada na środku wjazdu. I się zaczęło wojowanie. Że ma się natychmiast sunąć, bo zajmuje jego działkę. Tylko nie wziął pod uwagę jednej rzeczy. Szerokość jego podwórka się zgadzała z mapkami, jedynym mankamentem było to, że granice były poprzesuwane. Więc chcąc zyskać 2,5 metra z jednej strony, musi oddać tyle samo z drugiej.

I w tym momencie pojawił się drugi sąsiad upierdliwego jegomościa. Chyba chciał się odegrać za lata użerania, więc zażądał usunięcia płotu i postawienia go wg mapek. A skąd wiem, że zrobił to celowo? Bo granica wychodzi dokładnie przez środek salonu wspomnianego awanturnika. Więc na ścisłość, musiałby wyburzyć kawałek domu. Albo go jakimś cudownym sposobem przesunąć.

Póki co, dom stoi jak stał, sąsiedzi się nie pozabijali, więc ogłosili tymczasowe zawieszenie broni albo rozważają propozycję gminy. Czyli rozrysowanie nowych mapek w oparciu o aktualne granice działek i wykorzystanie prawa o zasiedzeniu

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (117)
poczekalnia

#80425

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Remont domu, kto przeżył to wie ile czasu i nerwów pochłania.

Był już 3 tydzień bujania się z malarzami, cykliniarzami itp. Pogoda pod psem, zmęczeni z żoną musieliśmy jechać do "Leroja Merlina" kupić listwy przypodłogowe.

Złotówa wpakowana w wózek i jedziemy. Przy dziale elektrycznym przypomniało mi się żeby kupić żarówki, żona ucieszona czmychnęła obok do działu lamp.

Po 5 minutach byłem gotowy, wołam żonę, idziemy do wózka i.. nie ma wózka. Jakiś Janusz poczuł grubą kasę i zakosił nasz wózek razem z złotówką w środku.

Ręce nam opadły. Nie mieliśmy już sił ani chęci by w taką pogodę, wracać się na parking po drugi wózek.

Z tym co mieliśmy w rękach poszliśmy do kasy.

Leroy Merlin wózek złotówka Janusz biznesu

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (82)
poczekalnia

#80421

~Larosse ·
| było | Do ulubionych
O tym, jak ustawa ma się do rzeczywistości. Jestem w ciąży, w 17tc zdiagnozowano u mnie dyskopatię i rwę kulszową (neurolog w szpitalu podczas mojego pobytu tam). Na rehabilitację nie załapię się, za długie kolejki. Prywatnie nie ma za co. Więc jakoś się oszczędzam i biorę paracetamol albo apap. Kto zna ból kręgosłupa to wie, że takie leki to sobie można.... I zdążył się kolejny pobyt w szpitalu,teraz już z kroplówkami i lekami na podtrzymanie ciąży. Zalecany jeszcze oszczędniejszy tryb życia i leki do domu zapisane. Od ginekologa przed głównym atakiem bólu i pobycie w szpitalu dostałam skierowanie do neurologa w celu konsultacji ,na skierowaniu napisane, że jestem w ciąży. Wchodzę do pierwszej poradni neurologicznej i słyszę od pani z recepcji- kolejka na koniec stycznia mogę pisać. A ustawa?
- jaka ustawa,my tutaj mamy kolejke w komputerze.
Cytuję: "Prawo do korzystania ze świadczeń opieki zdrowotnej i usług aptecznych poza kolejnością" art.47c.
-iść do lekarza on zadecyduje.
Lekarz powiedział nie tłumacząc się kolejką w komputerze.
Kolejny neurolog to samo.
Dzwonie do rzecznika praw pacjenta ; napisać oficjalne pismo jak odmówią to będą mieli konsekwencje prawne.
No to pisać jednak? Prywatnie nie zamierzam iść.

Nfz neurolog ustawa ciąża

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (87)
poczekalnia

#80423

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pojawiła się niedawno historia o nieoczekiwanym skutku, jaki przyniosło użyczenie drukarki komuś, żeby wydrukował sobie CV.
Przypomniało mi całkiem podobne zdarzenie.
Było to na samym finiszu mojego życia studenckiego. Miałam już wtedy na koncie całkiem sporo fuch. Głównie inwentaryzacji, ale też trochę projektów graficznych (bo w końcu Corel to też program wektorowy, więc taki uproszczony Auto Cad z kolorkami- połowa grafików padła teraz na zawał). Z tych projektów graficznych to min. robiłam broszurę dla pewnego koła naukowego materiałoznawców i całe opracowanie graficzne ich prezentacji na konferencji.
Oczywiście ile razy coś robiłam tyle razy gadałam o tym ze znajomymi na piwie.

No i przychodzi do mnie "przyjaciółka" i prosi o użyczenie drukarki, żeby wydrukować CV. No to drukuj.
Poszłam sobie zalać zupkę chińską (zjeść obiad)- jak wróciłam okazało się, że wydrukowała pół ryzy papieru. Już miałam wyartykułować, że chyba powinna się dorzucić do ryzy, gdy spojrzałam na nieszczęsne CV.
Nazwa koła naukowego była napisana samymi dużymi literami, więc od razu rzuciła się w oczy.
8 na 10 robót z podpunktu "doświadczenie" to były moje roboty.
Zamurowało mnie.
Na moje pytające spojrzenie usłyszałam "w CV się zawsze kłamie".
No i wzięła te 200 (sic!) CV i poszła je rozsyłać. Za pół ryzy zwróciła, za tusz nie "bo pożyczam ci aparat cyfrowy, a akumulator można ładować tylko określoną ilość razy, więc mi go zużywasz".
Z dzisiejszego punktu widzenia wiem, że powinnam wtedy zweryfikować tą znajomość, ale wtedy sobie pomyślałam, że nie można tak przekreślać kogoś, z kim znasz się 10 lat. Że ma fazę i jej minie.
Nie minęła, przeszła w eskalację.
W każdym razie- od tego czasu po skończonej robocie biorę referencje na których jest nr. tel. do zleceniodawcy. Żeby nie było.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (95)
poczekalnia

#80418

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kiedy stoję w kolejce i widzę kobietę ciężarną albo z małym dzieckiem zawsze propnuję, że przepuszczę ją w kolejce. Niektóre korzystają, inne uśmiechają się i mówią, że nie ma potrzeby. Zawsze było miło. Do wczoraj.

Musiałam pilnie wysłać list, koniecznie wczoraj. Nie mogłam tego zrobić wcześniej, bo czekałam na jeszcze jedną istotną informację niezbędną do uzupełnienia pisma. I dostałam ją wczoraj około 17.00. Najbliższa poczta czynna do 18.00, więc szybko się zbieram i lecę. Wczoraj miałam bardzo zły dzień: nie dość, że od rana byłam chora( jakaś wirusówa), nic nie szło po mojej myśli i dodatkowo byłam bardzo zdenerwowana. Nie miałam nikogo kogo mogłam wysłać na pocztę, dlatego mimo fatalnego samopoczucia stałam w kolejce. Początkowo nie było źle, ale im dłużej stałam, tym bardziej słabo się czułam.

Kiedy w kolejce przede mną były jakieś dwie osoby na poczcie pojawiła się ONA. Kobieta w wieku 25-30 lat. Weszła dziarskim krokiem, rozejrzała się i stanęła w ogonku kolejki. Przypatrzyłam jej się, bo wydawało mi sie, że może być w ciąży, ale nie byłam pewna. Równie dobrze mogła być nieco bardziej grubsza w okolicy brzucha- niektóre osoby tak mają. Kobieta jeszcze raz przedefiladowała szybkim krokiem przez całą kolejkę, co znów dało mi do myślenia. Mogłam zapytać czy jest w ciąży i chce przepuszczenia w kolejce, ale po pierwsze nie byłam pewna co do jej ciąży i nie chciałam się wygłupić, a po drugie ledwo stałam i modliłam się by jak najszybciej wrócić do domu( w kolejce stałam już około 30 minut), a ona nie wyglądała ani na źle czującą się, ani na zmęczoną. Poza tym mogła zapytać, czy ktoś ją przepuści, bo jest w ciąży, przecież język ma i może z niego korzystać.

W pewnym momencie wszystko się wyjaśniło. Kobietka wrzasnła, że wszyscy jesteśmy bezczelni, że kobiecie w ciąży należy się pierwszeństwo w każdej sytuacji. Po czym wyszła, trzaskając drzwiami.

Może i byłam piekielna, bo nie przepuściłam kobiety w ciąży. Ale po pierwsze sama ledwo stałam( co zauważyła nawet osoba za mną w kolejce pytając się czy wszystko w porządku, bo czuję się fatalnie) i nie byłam pewna stanu tej kobiety. Ale czy ona nie mogła po prostu uprzejmie zwrócić się do kolejki by ją przepuścili? Może przesadzam, ale czasami mam wrażenie, że osoby uprzywilejowane wymagają by inni od razu reagowali zanim osoba zdąży się pojawić i byli Duchami Świętymi, wiedzącymi wszystko na pierwszy rzut oka.

Do wszystkich, którzy mogą zarzucić, że przepuszczenie jednej osoby na poczcie to minuta i może by nic mi się nie stało. Mężczyzna na początku przepuścił staruszkę, bo ona tylko list chce odebrać, a nie może stać. Okazało się, że odbiera list, paczkę i dwie faktury, przy czym faktury były córki i nie była pewna na jaką firmę są wystawionę więc dzwoniła do córki, co zajęło kilka minut. Dlatego wolałam nie ryzykować, tym bardziej, że ciężarna wyglądała całkiem dobrze i nie wydawała się potrzebować akurat tego przepuszczenia. Gdyby poprosiła lub wyglądała na potrzebującą pierwszeństwa mimo wszystko przepuściłabym.

poczta kolejka ciężarne

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (85)
poczekalnia

#80416

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z dziś, nie wiem czy szczególnie piekielna, ale niewiele brakowało żebym była świadkiem wypadku drogowego.

Zarys sytuacji: tory tramwajowe niecałe 100 m przed przystankiem; koło torów końcówka chodnika, dalej ścieżka dla pieszych prowadząca przez bramkę, obok większa brama dla aut zamknięta na kłódkę. Ze względu na bramę przez tory można przejechać (taki wybetonowany kawałek, nie wiem jak to się nazywa). W wyżej wymienionym miejscu ja schodzę z chodnika na ścieżkę, by przejść przez bramkę.

Będąc jeszcze na chodniku widzę auto, które zawraca przed bramą... i wjeżdża prosto pod jadący właśnie tramwaj, który naprawdę cudem zdołał wyhamować tuż przed nim (praktycznie przód tramwaju dotykał bocznych drzwi samochodu).
Kierowca wycofał gwałtownie dopiero w momencie kiedy tramwaj już się zatrzymał, wjechał prawie we mnie, zdążyłam na szczęście odskoczyć, ale straciłam równowagę i upadłam (tylko na tyłek).

Kierowca nawet mnie nie zauważył bo właśnie zbierał porządny opieprz od motorniczego, który wysiadł specjalnie z tramwaju :P

Zamiast apelu o rozsądek powiem tylko że życie naprawdę jest piękne (jeśli umie się je docenić), dlatego warto czasami rozejrzeć się na boki ;)

komunikacja_miejska

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (66)
poczekalnia

#80415

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wybrałam się do Biedronki po pieluchy dla mojej pociechy. Miała być promocja – 3 paczki w cenie 2 – co pozwoliłoby zaoszczędzić 30 złotych, dla mnie to sporo. Przed wyjściem z domu sprawdziłam dokładnie w gazetce, czy promocja na pewno obowiązuje tego dnia w „moim” sklepie, żeby nie iść nadaremno.
W samej Biedrze zastałam straszny bałagan, co mnie nawet nie zdziwiło, bo wiadomo, godziny popołudniowe, personel nieliczny, ludzi sporo. Rzeczone pampersy znalazłam w zupełnie innym miejscu, niż być powinny i wyglądało na to, że wzięłam ostatnie 3 paczki w całym markecie.
Będąc już przy kasie, zauważyłam na wyświetlaczu, że mój rachunek wynosi dużo więcej, niż się spodziewałam. Zgłosiłam to kasjerowi, pytając, czy zostanie naliczony rabat na pieluchy. Kasjer zapewnił, że tak, a jeżeli będzie jakiś problem, to on zawoła kierowniczkę i wszystko wyjaśnimy. Niestety po sfinalizowaniu transakcji okazało się, że mam do zapłacenia około 100 złotych zamiast prognozowanych przeze mnie 70. Kasjer poradził, żebym zapłaciła, a kierowniczka zwróci mi różnicę. Do tego momentu wszystko wydawało mi się w porządku. Niestety, minutę później przyszła wspomniana [K]kierowniczka.

K: Co się stało?
[J]a: Dzień dobry. Zgodnie z ulotką te pieluchy powinny być w promocji, a tymczasem… (i tu opisałam mój problem).
K: No chyba sobie pani żartuje! Mnie nie interesuje, co jest na stronie internetowej, ja nie mam czasu na takie bzdury. Mnie interesuje, co jest w moim sklepie. Widziała pani przy tych pieluchach karteczkę z promocją?
J: Przepraszam, ale pieluchy były ostatnie i leżały w dziale ze środkami czystości, gdzie miałabym szukać tej karteczki?
K: No to już jest pani problem, ja nie odpowiadam za to, co jest w ulotce.
J (wciąż grzecznie): Rozumiem. W takim razie chciałabym zwrócić zakup. Zgłaszałam kasjerowi przed zapłaceniem, że kwota się nie zgadza, polecił zapłacić i potem wyjaśnić sprawę, co też czynię.
K: Nie ma takiej możliwości!
J: Dlaczego? Przecież jeszcze nie odeszłam od kasy!
K: Bo ja wiem, po co to pani zrobiła. Pani chciała wyłudzić naklejki na świeżaki.

W tym momencie opadła mi szczęka… Nie zbieram ich, moje dziecko jest jeszcze na szczęście za małe na to szaleństwo – naklejki co prawda biorę, ale potem oddaję je znajomym, których pociechy marzą o Truskawce Tosi czy jak jej tam.

J: Naklejki oddam razem z pieluchami, to nie o nie chodzi.
K: Artykuły dziecięce nie podlegają zwrotowi, przecież to jest niehigieniczne.
J: Jak najbardziej rozumiem tę zasadę, ale podkreślam, że jeszcze nie odeszłam od kasy. Co pani zdaniem zdążyłam zrobić tym pieluchom, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek na sali sprzedaży przed zakupem?
K: Ja nie mam obowiązku przyjmowania zwrotów. Żadnych, a tym bardziej dziecięcych.
J: Wiem, że takie są przepisy. Tyle że jako klientka czuję się dwa razy z rzędu wprowadzona w błąd: raz przez ofertę na oficjalnej stronie sklepu, a dwa przez kasjera, który polecił mi sfinalizować transakcję pomimo moich wątpliwości i zapewniał, że pieniądze zostaną zwrócone.
K: No dobrze, niech pani będzie. Ale niech sobie pani zapamięta, że to ostatni raz.
(Tak jakbym kiedykolwiek cokolwiek oddawała w tym sklepie…)

Ok, teoretycznie sprawa zakończona po mojemu, pieniądze zwrócone. Jestem z natury uczciwa, więc chcę też oddać te nieszczęsne naklejki. I tu następuje chyba największa piekielność.
K: Pff! Niech je sobie pani weźmie. I co, warto było?

Teraz się zastanawiam, czy:
a) to ze mną jest coś nie tak, że chciałam skorzystać z oficjalnej oferty sklepu? (Informacja o promocji widniała nie tylko w ulotce, ale też w osobnym regulaminie, więc raczej nie był to błąd w druku)
b) kierowniczka miała zły dzień albo po prostu z natury jest despotyczna i złośliwa?
c) naprawdę ludziom do tego stopnia odwala przez świeżaki, że personel Biedronek każdego klienta uważa za wyłudzacza lub złodzieja?

Biedronka

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (140)
poczekalnia

#80414

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie wiem czy piekielność, ale głupota i nieodpowiedzialność czasem przerażają.

Opis sytuacji - mieszkam w osiedlu domków jednorodzinnych. Mam (jak pewnie już wiecie z poprzednich historii) psicę. Nie za wielką, ot border collie tricolor zmieszany z jakimś chartem. Tak 20 kg wagi. Psica ani troszkę nie agresywna, inne psy wprost uwielbia. Ja też się o nią nie boję, w końcu w schronisku wychowana. O schronisku będzie post scriptum.

Dwie sąsiadki najbliżej mnie mają yorki.
Pewnego dnia psa sąsiadki znalazłem u mnie rano w ogródku, jak radośnie bawił się z Maszą. OK, nie na problemu, odprowadziłem do sąsiadki, przestawiłem przez płot, przy okazji zwróciłem uwagę, że płot dziurawy, więc zamiast przylecieć do mnie, to pies mógłby wyskoczyć na ulicę (dwupasmówka o sporym natężeniu ruchu), więc warto coś z tym zrobić. Jeszcze tego samego dnia pojawiło się jakieś prowizoryczne zabezpieczenie, po tygodniu nowa siatka.
No i to rozumiem. Teraz jak chce do mnie przeleźć to pod płotem musi, ale za to na ulicę nie wyskoczy. Mi to nie przeszkadza czasem go odtransportować, Masza ma kolegę w ogrodzie, w porządku.

Ale jakby było tak ślicznie, to by nie było mnie tu z tą historią. Sąsiadka numer 2 ma dwa yorki. Też fajne zwierzaki, nie takie wredne szczekaczki, z Maszą się fajnie bawią. To znaczy najczęściej wykładają się kółkami do góry a moja psica je nosem memła :)
Tylko ta sąsiadka ma ogrodzenie z prętów, między którymi york miniaturka mieści się bez problemu.
I o ile jeden trzyma się w miarę ogrodzenia, to drugiego już dwa razy odprowadzałem do domu.
Przypominam - ulica to ruchliwa dwupasmówka.
Naprawdę potrzebny jest futrzany naleśnik z mięsnym nadzieniem, żeby sąsiadka wydała głupie 100 złotych na siatkę, albo drut do zabezpieczenia?
Już trzy razy zwracałem uwagę - tak, wiedzą, zrobią...
To do jasnej choinki po co brali te psy, skoro nie chce im się poświęcić dwóch godzin, żeby zapewnić im bezpieczeństwo?

Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że ten maluch co tu przylatuje będzie dalej kierował się w tą stronę i na drogę nie wyskoczy...

Obiecane PS - o schronisku:
Psica - oczywiście prezent gwiazdkowy.
Oddany do schroniska w końcu stycznia. Bo sika w domu, bo gryzie buty itd. - a co ma robić trzymiesięczny szczeniak wrzucony w obce środowisko?

W schronisku zaszczepiona i wysterylizowana. Z tym drugim też się zgadzam, tylko panu weterynarzowi ręka drgnęła przy sterylizacji i zajechał o jelito. Ale wszystko zagojone, OK.

Pod koniec marca TA SAMA rodzina co Maszę oddała znów ją wzięła.
Tak, oddali psa ludziom, którzy psa mieć nie powinni.
Po dwóch tygodniach wróciła do schroniska.

Jakieś trzy miesiące później namówiliśmy moją rodzicielkę na psa, bo nie mogła stanąć na nogi, po tym jak poprzedni zakończył żywot. Obiecaliśmy, że jakby co, to my się zajmiemy, nie będzie problemu. Mieszkamy w jednym domu, tylko na innych piętrach.

Rodzicielka pojechała po psa - i wróciła z psicą. No, po prostu miłość od pierwszego wejrzenia.

A wiecie co jest najciekawsze?
Tak sprytnego i posłusznego psa, to chyba nigdy nie widziałem, mimo, że wychowałem dwa pracujące przy dogoterapii labciuchy.
Masza jest szczęśliwa jak może spełnić jakieś polecenie - i tylko patrzy: "No zobacz, jaki ja jestem grzeczny piesek!"

No wystarczy, bo zrobiło się ckliwo, sam się rozczuliłem zresztą. Pytania i odpowiedzi w komentarzach.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (94)
poczekalnia

#80402

~bbb ·
| było | Do ulubionych
Zdrowie się popsuło.

Wydałem 150 zł na wizytę u lekarza, 200 na badanie i 300 na leki. Jak skończę brać leki, to czeka mnie kolejna wizyta u lekarza i kolejne badanie, tym razem za "tylko" 150 zł.

Co miesiąc odciągają mi niemałą sumę w wypłaty za to, bym za wizyty u lekarza i badania nie musiał dodatkowo płacić. Faktycznie, mam taką możliwość. Muszę tylko poczekać - pół roku na lekarza i kolejne pół na badanie.

Żyć nie umierać, tylko hajs trzeba mieć.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (101)