Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
(Nie)szczęście wielkie - odziedziczyłem mieszkanie.
Sytuacja dla mnie trudna, trzeba mocno reorganizować życie, ale nic to, damy radę.
Jednak po konsultacjach z mą lubą uznaliśmy, że taniej będzie, jak wynajmiemy komuś pokój. Najlepiej znajomemu. Akurat tak się złożyło, że przyjaciele szukali czegoś dla siebie.
Dzisiaj zastanawiam się, co mnie podkusiło...
Jeszcze nawet się nie wprowadzili, a już mam dość.
Oni chcą remont. Okej, spoko, nie ma problemu. Ale mam warunek - remont ma być zrobiony w określonym czasie. Wszystko gotowe... Tylko nikt nigdy nie ma czasu. Coś rozgrzebane, coś zrobione, ale nie ma kiedy dokończyć. Bujamy się z tym już trzeci tydzień. Obiecali, że max. 10 dni i będzie gotowe. Bałagan w domu okropny.
Ale to nic. Oni chcą wymienić okno. Pytam po co, skoro całkiem niedawno było wstawiane PCV. Oni chcą i koniec. Zastrzegłem, że nie zwracam za okno i temat uznałem za zamknięty. Do czasu.
Przyjechali panowie, zakładają. Pomijam fakt, że stare PCV były bardzo dobrej jakości, a wymienili na jakieś gówno. Gdzieś mniej więcej w połowie montażu wywiązuje się dialog:
(Piekielna Ona): No, to do maja ci nie musimy płacić (uśmiech numer pięć)
(Ja): Słucham?
POna: No bo chyba połowę za okno pokryjesz, prawda?
J: Umowa była inna.
POna: No ale to Twoje mieszkanie i Twoje okno.
J: Nie, moje okno właśnie zdemontowano. W umowie wyraźnie chyba wyraźnie stoi, że za nic Wam nie zwracam, a Wy to podpisaliście.
POn: Ty chyba nie myślisz, że będziemy Ci fundować remont mieszkania.
J: Absolutnie. Ustaliliśmy zakres, w którym robimy razem. Okno jest Waszą inicjatywą.
(dla ścisłości: umówiłem się z nimi, że robimy zrzutkę na remont pokoju i łazienki, nawet spisaliśmy w tym celu odpowiednie papiery)
POna: Ale ja i tak nie będę ci płacić.
J: Proszę bardzo, złamiesz umowę i się wtedy pożegnamy.
Oburzeni wyszli z mojego pokoju. I teraz nie bardzo wiem co robić. Remont stoi, oni są obrażeni i się nie odzywają.
Obawiam się, że tak się właśnie traci... przyjaciół?

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (131)
poczekalnia

#81514

(PW) ·
| było | Do ulubionych
http://piekielni.pl/81493
Dość mocna dyskusja rozpoczęła się na ten temat, miałem skomentować, ale uznałem że może warto opisać o innym przekręcie firm ubezpieczeniowych.
Pierwsze to ubezpieczenie w szkole (podstawowa/ liceum), a dwa ubezpieczenie "AC na stłuczenia" na studiach.

W pierwszej klasie liceum na WFie udało mi się pechowo wpaść na kolegę i w wyniku naszego zderzenia ja wybiłem bark, a kolega miał złamaną rękę.
Składka ubezpieczenia opłacona no to może coś wypłacą.
Nie bo w OWU jakiego nie dostaliśmy jest jak byk "WF jest wyłączony"
Podobnie jak kilka innych miejsc, że w sumie połamać się można tylko w klasie na lekcji innej niż WF.

Studia. Jest coś takiego jak AC od zdarzeń w laboratorium np. potłukę zlewkę to muszę ją odkupić lub korzystam z ubezpieczenia.
Fakt potem jest ono droższe, ale opłaca się mieć.
W każdym razie koledze walnęło pewne ustrojstwo, a cena nowego 350zł.
To korzysta z ubezpieczenia i odmowa. Powód typowo z D... bo pewnie zrobił to umyślnie.

Ot wałki wszędzie byle kasę wyciągnąć.

ubezpieczyciele

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (78)
poczekalnia

#81512

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia zakupowa z kraju piwem i whisky płynącego...

Lubię sobie czasem złożyć jakiś model. Niekoniecznie taki tradycyjny, plastikowy, sklejany - wolę karton. Chociaż nie zawsze.

Ostatnio w Aldim w Cork znalazłam model McLarena, który składało się jak klocki lego. O, fajny, kupię sobie i złożę! Do domu wróciłam, w piecu napaliłam... Otwieram pudełko, a tu pierwszy zonk - foliowa torebka z częściami modelu - otwarta! No nic, pewnie ktoś chciał pomacać i otworzył, bywa. Potem było już tylko gorzej. Podarta i zużyta instrukcja składania, niektóre części już ze sobą złączone, dekoracyjne naklejki naklejone... Eh, no trudno, rozłożyłam i składam od nowa, części nie są zniszczone, na półce nie będzie widać.

Gorzej, że niektóre części się powtarzały! Wydaje mi się, że ktoś kupił dwa modele, dał dzieciom, a kiedy dzieci się pobawiły, zapakował i oddał, mieszając zawartość pudełek i oklejając kartoniki taśmą. Sfotografowałam powtarzające się elementy i wysłałam skargę przez wiadomość prywatną Facebooka. Niby otrzymałam jakieś przeprosiny, ale przedstawiciel sklepu stwierdził, że to na pewno wina dostawcy. Stwierdziłam. że nie sądzę. żeby to dostawca otworzył pudełko, zużył produkt i oddał oraz nie sprawdził zwrotu (co dla mnie było tutaj najważniejsze).

Niestety, na tę uwagę odpowiedzi już nie otrzymałam.

Aldi ROI

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (88)
poczekalnia

#81511

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja dla mnie piekielna ze wzgledu na obojętność moich bliskich wobec tej sytuacji.
Pracuję za granicą, ze wzgledu, że mam trochę jescze wolnych godzin szukam dodatkowej pracy. W ten sposób znalazlam z ogłoszenia kilka godzin sprzątania u starszego pana okolo 70 lat.
We wczesniejszej rozmowie moja znajoma na wstępie wyjaśniła, że szulam normalnej pracy bez ofert matrymonialnych.
Bylam uzgodnić szczegóły wszystko wydawalo sie jasne, pan potrzebuje pomocy przy sprzątaniu dwa razy w miesiacu.
Przyjechalam na umówiony termin, po okolo 2 godz sprzątania pan zawołał mnie na kawe i przerwe.
Wtedy też zaczął proponować mi inna "prace" tj masarz erotyczny za dodatkowa oplata. Od razu odpowiedzialam, że mnie to nie interesuje, natomiast pan dalej staral sie mnie przekonac, zrobilo mi sie niedobrze,wystraszylam sie, wzielam torebke i wyszlam bez pieniedzy.
Na ulicy wymiotowalam, wrocilam do domu.
Powiedzialam o tej sytuacjo moim rodzicom.

Reakcja mojego taty- najpierw złość na mnie, ze nawet pieniedzy za te twie godziny nie wzielam, potem, ze przeciez dalej tam moglam chodzić bo przecież co mi taki dziadek zrobi.

Mojej mamy- no faceci tacy są, to normalne przeciez stari dziadkowie też maja w glowie takie rzeczy. W sumie to moglas powiedziec, ze dalej mozesz tam choszic co ci taki dziadek zrobi dla niego to jak dziewczynka jesteś.

No wlasnie jak dziewczynka. O ile mój tata nie wie o tyle moja mama wie, ze jako dziecko bylam molestowana. Najwidoczniej latwo o tym zapomniala albo uwaza, ze to temat do wstydu wiec udaje, ze tego nie bylo. Pocieszajac mnie dzisiaj powiedziala,ze przecież ty nic nie wiesz takie sytuacje sie zdarzaja bo ty wczensiej tego nie doswiadczylas.
Nie oczekiwalam wieliego lametu bo mozna powiedziec, ze nic się nie stało, dla mjie jednak w tym momecie wszystkie wspomnienia wrocily, zaczęłam sie dusic i troche czasu minelo zanim moglam wsiąść za kierownice.

Wkurza mnie taka reakcja ludzi, dla mnie takie propozycje to molestowanie, w biurze od razu tak to mozna by bylo nazwac. No ale skoro jest to "dziadek" to w sumie mozna sie posmiac bo to zabawne.
Dla mnie to jest jak pedofilia szczególnie, ze ja to moglabym byc jego wnuczka.
Nie rozumiem, usprawiedliwienia takich propozycji i uwazam ze mam pelne prawo do tego, by czuc sie w tej sytuacji zla, wkurzona i nie musieć sie tlumaczyc dlaczego upiekłam.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (126)
poczekalnia

#81507

~DwaKola ·
| było | Do ulubionych
Pogoda całkiem sympatyczna, więc postanowiłem otworzyć sobie sezon moich dwóch kółek.

Kierowcy osobówek niestety zapomnieli już chyba o motocyklistach na tyle, że ich nawet nie widzą gdy Ci są wprost przed nimi.


Pierwsza sytuacja miała miejsce już około 20minut po wyruszeniu na przejażdżkę. Centrum miasta, ograniczenie do 50km/h.
Jadę zgodnie z przepisami, co chyba nie spodobało się kierowcy za mną, który postanowił mnie wyprzedzić. Szkoda tylko że z naprzeciwka jechał inny samochód, więc kierowca wyprzedzający mnie zaczął zjeżdżać "na mnie" hamując przy tym (widząc jak wyprzedza i auto z naprzeciwka, również zacząłem zwalniać), gdyby nie fakt przyśpieszenia w mojej maszynie, pewnie znalazłbym się na barierkach oddzielających jezdnię od chodnika.
Dla smaczku dodam, że kierowca niczym nie zrażony podjął kolejną próbę wyprzedzenia mnie (znowu na trzeciego, kilka metrów dalej. Tym razem bojąc się o powtórkę z rozrywki, blokowałem go.




Druga sytuacja miała miejsce już w drodze powrotnej, a dokładniej ok 3km od domu.

Rondo. Zatrzymuję się, by ustąpić pierwszeństwa pojazdom. Nie wiem czy dla kierowcy byłem niewidzialny, ale jego pojazd delikatnie mówiąc, puknął mnie. Puknięcie było na tyle "delikatne", że wylądowałem na ok 1/3 szerokości pasa ruchu, na rondzie. Szczęście, że akurat samochód przejechał, a następny zdążył wyhamować. Tłumaczenie kierowcy? Nie zauważył mnie...

A ja piszę to oczekując na założenie gipsu na złamanej nodze.

A dzień zapowiadał się tak pięknie..

Kierowcy Motocykle PolskieDrogi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (107)
poczekalnia

#81503

~jaaaaaaaa ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu zmarł mój tata. Dla wszystkich był to szok, bo niby chorował, ale to się stało nagle. Wygłupiał się ze mną a po chwili już go nie było. Wezwałyśmy z mamą pogotowie, ja go reanimowałam. Pogotowie przyjechało po ok 40 minutach, tyle trwało połączenie z numerem alarmowym, rozłączyłam się jak zadzwonili domofonem. Weszła pani i pan. Ledwo rzuciła okiem powiedziała że widzi zgon i nic już nie zrobi. Nawet go nie zbadali. Państwo się rozsiedli i zażądali dowodu taty żeby wypisać papiery. Tata nie nosił dowodu, zawsze używał prawa jazdy. Ale oni nie mogą z prawa jazdy, muszą z dowodu. Więc szukam z mamą tego dowodu, a państwo zaczynają sobie między sobą żartować i się śmiać. I to nie po cichu, tylko normalnym dosyć głośnym tonem. Mogę zrozumieć że to dla nich codzienność, ale trochę szacunku dla innych wypadałoby mieć. Dopiero jak wpadł mój brat i ich zwyzywał to się uspokoili. I powiedzieli że oskarżą go o obrazę funkcjonariusza. W końcu dostali dowód, wypisali co mieli wypisać i sobie poszli. A ja się tak zastanawiam, czy oni nie powinni chociaż zbadać taty? Leżał na plecach na podłodze, równie dobrze mógł mieć nóż wbity w plecy. I czy to jest normalne zachowanie ratowników medycznych? Ja byłam w szoku więc prawie nie zwracałam na nich uwagi, ale moja mama jest bardzo wrażliwa, więc nie chce wiedzieć co musiała czuć w tym momencie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (110)
poczekalnia
Zawsze byłam dobra z WFu. Szło mi dobrze w większości dyscyplin - od lekkoatletyki po sporty zespołowe. W siatkówce czy koszu może nigdy nie byłam asem, ale na końcu też mnie nie wybierano. Za to zdecydowanie „moimi” dziedzinami były skoki w dal i wzwyż, rzut piłką lekarską czy pchnięcie kuli. Do końca gimnazjum zdarzało mi się dostawać sporadyczne 6 za wyniki ponad normę. Przez całą edukację szkolną nie miałam problemu z uzyskaniem 5 z tego przedmiotu.
W liceum dalej miałam 5 na koniec i nie liczyłam na więcej, gdyż na 6 mogły liczyć jedynie osoby, które reprezentowały szkołę w zawodach międzyszkolnych. Uważam, że ten układ był fair. Nigdy się do tego nie pchałam, nie zależało mi aż tak na średniej.

Ad meritum:
Piekielne dla mnie było zachowanie mojego licealnego WFisty. Nigdy mu się nie przymilałam, traktowałam go neutralnie. Za to odnosiłam wrażenie, że on za mną nie przepadał. Prawdopodobnie przez moją aparycję kujonki. No i mamy zaliczenie, rzucam piłką najdalej z całej żeńskiej części klasy, powyżej norm które wtedy były na poszczególne oceny - dostaję 5. Jak w innej dziedzinie zrobiła to któraś z dziewczyn z drużyny koszykarskiej, którą on trenował – dostawała 6. Tak było zawsze.

Nie mam traumy. Nie zależało mi na ocenach z WF. Już wtedy doskonale wiedziałam, że życie nie jest sprawiedliwe, a ocena nauczyciela często zależy od jego humoru i sympatii.

Rozważałam napisanie tej historii, bo głównie o WFie opowiadają osoby, które były słabe w sporcie – uwierzcie, nie tylko Wy byliście dyskryminowani.

Finalnie do napisania tej historii, skłoniło mnie jednak to, że ten WF-ista zaczął ostatnio zajmować się polityką w moim mieście. Wspominając nasze zajęcia i jego zachowanie te 10 lat temu, wiem jedno - nie zagłosuję na niego.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (99)
poczekalnia

#81504

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ah... WF :) Wiedziałam, że nie tylko ja miałam przykre doświadczenia z nauczycielami tego przedmiotu, ale widzę, że skala jest spora...

Nigdy nie byłam dobra z WFu. Byłam drobna i raczej niska, przez co wszystkie sporty drużynowe były dla mnie raczej katorgą niz przyjemnością. Byłam tym typowym ciaptakiem wybieranym na końcu, aczkolwiek rówieśnicy się ze mnie nie naśmiewali bo widać było, że naprawdę się staram, po prostu mi nie wychodzi. Przykładowo, umiałam zrobić piękny dwutakt i trafić do kosza z wyznaczonego miejsca, ale podczas gry nic z tego już mi nie wychodziło. Umiałam podbijać piłkę od siatki ale podczas gry bałam się siły z jaką większe i silniejsze koleżanki grały i po prostu uciekałam (w dwa ognie byłam nie do pokonania właśnie przez uniki). Jak już ktoś wspomniał, praktycznie przez wszystkie lata nauki wałkowało się siatkówkę i kosza, a szkoda, bo jak się okazało, byłam dobra ze skosu wzwyż, strzelania z łuku i naprawdę dobrze pływałam. Tylko co z tego, jak tlyko kosz-siatka-kosz-siatka. I tutaj wkracza moja nauczycielka od WFu (to była 5-6 klasa podstawówki), która tak skutecznie zniechęciła mnie do zajęć WFu, że kiedy miałam poważny wypadek i lekarz dał mi wybór odnośnie całkowitego zwolnienia z WFu, nie wahałam się ani chwili. Postawiła sobie za cel, że nauczy mnie grać w siatkę, bez względu na wszystko. Niby fajnie, że się ktoś nad Tobą pochyla, ale szkoda, że w taki sposób. Jak nauczyć 10-cio letnie dziecko nie bać się lecącej piłki? Całej klasie kazała usiąść na ławeczkach, mnie postawiła na środku sali gimnastycznej i obwieściła, że osobiście będzie na mnie serwować tak długo, aż odbiję tą piłkę porządnie i bez lęku (oprócz reguł gry nie pokazała nam nic, nawet jak trzymać prawidłowo ręce). Jeśli będę się uchylać albo odbiję źle, całej klasie kazała się ze mnie głośno śmiać. Szczerze mówiąc nie wiem, czy serwowała z siła dorosłego, czy mniejszą, pamiętam tylko swoje przerażenie. Przy trzecim serwie piłka leciała prosto w moją twarz, nie chciałam się uchylać, chciałam mieć to po prostu ze sobą, więc na ślepo wyciągnęłam ręce 'w koszyczek', zamknęłam oczy i czekałam... Piłkę odbiłam, chyba przypadkiem, ale przez złe ułożenie rąk i siłę serwu, po spojrzeniu na bolącą rękę już wiedziałam, że coś jest nie tak- mały palec sterczał pod bardzo dziwnym kątem. Nauczycielka zadowolona, bo 'jak się chce to się jednak potrafi', nie puściła mnie do domu, a palec skomentowała, że zawsze taki był. Wtedy nie było jeszcze telefonów komórkowych, więc dopiero po lekcjach i przyjściu do domu mogłam opowiedzieć mamie co się stało. Na pogotowiu potwierdzili, że palec jest złamany, dodatkowo przez późną reakcję coś się tam poprzemieszczało i przez 6 tygodni chodziłam z palcem w gipsie i szynie, wyglądałam jak transformers po przejściach :) Awantura jaką moja mama zrobiła wtedy w szkole do dzisiaj jest tam pamiętana. Co ciekawe, nauczycielka dalej uczy w tej szkole, ale nigdy nie udało jej się podnieść kwalifikacji zawodowych, ciągle oblewała egzamin.

Jak już ktoś wspomniał, też nie rozumiem tego parcia na sporty, gdzie nauczyciel rzuci piłką, powie 'grajcie' i ma wszystko w pompie. Są akcje wspierające ruch, ale co z tego, jak po wyjściu ekipy telewizyjnej czy sportowców, wszystko wraca do normy. Jest tyle ciekawych dyscyplin, może akurat odkryłoby się jakiś talent? Potem tylko wszyscy narzekają, że nie ma nas kto reprezentować na olimpiadzie- no nic dziwnego, jak przykładowo na nartach 95% dzieci uczy się jeździć tylko dlatego, że rodzice w weekend zaprowadzili je na stok, a z łuku można spróbować postrzelać przy okazji jakiegoś festynu... Szkoda...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (65)
poczekalnia

#81499

~SprzataniePoRemoncie ·
| było | Do ulubionych
Nie wiem, czy to piekielność, czy nie. Może dla Was nie. Mnie jest jednak cholernie, niewyobrażalnie przykro.

Kupiliśmy z mężem niedawno mieszkanie. Z tzw „drugiej ręki” czyli do remontu. Kompletnego niemal remontu. Ponieważ zakup mieszkania wyczerpał prawie do szczętu nasze fundusze, remont miał się odbywać tzw metodą gospodarczą czyli kupujemy materiały, robimy sami. Mój mąż jest złotą rączką – umie praktycznie wszystko zrobić sam – wyrównuje ściany, szlifuje, gładzi, maluje, kładzie kafelki, panele, gresy robi instalacje hydrauliczne, elektryczne (ma uprawnienia) gazowe. Jednym słowem – zrobi. Mamy również wszystkie konieczne narzędzia i elektronarzędzia. Czyli jesteśmy w pełni samowystarczalni. Tak by się wydawało.

Remont – rzecz straszna – wie każdy, kto się na to porwał. Ale sprzątanie po remoncie..... Ten, kto zna temat – nie trzeba mu tłumaczyć. Kto nie zna – brak słów na wytłumaczenie.

Z racji, że mąż jest od roboty fachowej (ja umiem się posługiwać większością elektronarzędzi ale tylko tymi lżejszymi. Młota udarowego na przykład nie tylko samego nie podniosę a co dopiero się nim sprawnie posługiwać a szlifierka kątowa napawa mnie śmiertelnym przerażeniem, choć lubię i umiem posługiwać się wykrawarką) to ktoś musiał efekty robót sprzątać. O ile sprawnie idzie mi pełnienie roli pomocnika w rodzaju „zamocuj w wiertarce wiertło szóstkę” czy „klucz dziesiątkę poproszę” czy „płytkę przytrzymaj” o tyle efekty sprzątania zaczynały powoli przerastać moje siły.

Muszę jeszcze dodać, że oboje pracujemy na pełnym etacie każde, zarabiamy mniej więcej po równo a wszelkie prace były wykonywane w czasie po pracy i w weekendy.

Nie jestem już młoda, niestety. Efekty szlifowania ścian (tony pyłu dosłownie wszędzie – w każdym zamkniętym pomieszczeniu, każdej szufladzie i każdym pojemniku – nie da się do sprzątania użyć odkurzacza – zwykły, domowy zapycha się, trzeba byłoby użyć specjalnego, przemysłowego) zdewastowały mój kręgosłup to jeszcze do tego zapukała do mnie moja stara przyjaciółka – astma, która zareagowała żywiołowo na bezustanny kontakt z pyłem. Krótko mówiąc – dusiłam się.

Przetrzymałam jakoś sprzątanie po remoncie trzech pokoi i kuchni. Przy łazience moja astma dała mi się we znaki tak, że niemal mnie zabiła. Zdesperowana postanowiłam, że wynajmę panią do sprzątania po tym katakliźmie.

Mój mąż – gdy dowiedział się o tym – zareagował tak – „Co? Będziesz obcej babie płacić? Zapłać mi tę kwotę – ja posprzątam!”

Co mnie tak bardzo boli ? Pracowaliśmy ramię w ramię. Robiłam wszystko, co umiałam i mogłam. Przygotowywałam i sprzątałam narzędzia i „front robót”. Myłam i szorowałam.

Gdy zabrakło mi sił i zdrowia ...

Wiem i doceniam to, że to mąż robił najcięższe roboty, ale z najcięższych robót nie składa się cały świat! Czy ja powinnam żądać zapłaty za przygotowywanie kolacji, gdy obojgu nam mdlały ręce ze zmęczenia? Za zakupy, po które biegałam, ledwie otrząsnąwszy się z pyłu budowlanego? Za odrabianiem z dziećmi lekcji, gdy oboje z mężem padaliśmy ze zmęczenia na twarz, on zasypiał ale ja nie mogłam, bo jednak dzieciom ktoś pomóc musi?

Czy to moja wina, że mam mniej siły i że mam astmę? Po prostu nie dałam rady?

remont

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (168)
poczekalnia

#81500

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie długo.

Przez pewien czas pracowałam w muzeum, gdzie po raz pierwszy spotkałam się z taką cebulą i o dziwo nie tylko polską! Niemcy również się nie popisali, a czasem zachowywali się znacznie gorzej od naszych rodaków. Dziś opiszę, co ludzie potrafią zrobić, żeby zaoszczędzić kilka groszy.

Zanim zacznę, muszę zaznaczyć, że owe muzeum było własnością prywatną i zostało zrobione niskim kosztem, przez co nie było tam żadnych zabezpieczeń. Żadnych bramek, ochroniarzy, kamer. Tylko jedna pracownica, która musiała ogarnąć ten syf. Całe szczęście, że nic nigdy nie skradziono! Sprawy nie ułatwiał również fakt, że wchodząc do muzeum od razu znajdowało się w holu, w którym było przejście do ekspozycji, którą było widać przez uchylone drzwi (rozkaz szefowej, to niby ma ludzi zachęcać do kupienia biletów), a jakby tego było mało, to jeszcze kasa znajdowała się w takim miejscu, że nie było z niej widać holu. Tylko przed drzwiami stały dwie wielkie tablice z informacją o cenie biletów i strzałką prowadzącą do kasy. Oczywiście, że takie rozwiązanie same w sobie było piekielnie, ale chyba można powiedzieć, że właściciele naiwnie wierzyli w uczciwość odwiedzających.

1. A ja tylko zerknę.

Wbija do środka kilka osób, wiedząc, że to muzeum, ignorują dwie ogromne tablice, rozglądają się i biegną do drzwi prowadzących do ekspozycji! Najlepiej stańmy w środku, utrudniając wyjście innym gościom z biletami i pogapmy się. Podchodzę do takich i mówię moją ulubioną formułkę " Przepraszam, czy mają państwo bilety?" (wiem , że nie mają, ale wydaje mi się, że takie zwrócenie uwagi jest najstosowniejsze). I co słyszę? „Oni tylko zerkną!” albo moje ulubione „Kuken”, jak wołają Niemcy. Po prostu aż się we mnie gotuje, gdy znów słyszę to „Kuken! Kuken! Kuken!” i to jeszcze takim tonem, jakby wydawali rozkaz rozstrzelania. Kiedyś się zdenerwowałam i powiedziałam „kuken kostet 5 zł” to jak się oburzyli! Bo przecież oni tylko chcą popatrzeć! Przecież nie wchodzą do środka! Teraz nie, ale wiem z własnego doświadczenia, że jak nie podejdę zwrócić uwagi, to chwilę postoją pod drzwiami, rozejrzą się uważnie i czmychną do środka, a potem będą udawać głupka, że wcale nie widzieli wielkich tablic. Czasem może faktycznie nie zwrócili uwagi, ale kilka razy widziałam, jak takie osoby gapiły się na nie kilkanaście sekund, po czym z gracją je mijały i biegły ku drzwiom. Pamiętam, jak kiedyś Niemiaszek z rodzinką wbił się na salony bez zaproszenia, więc podeszłam zwrócić mu uwagę. Nie mówię najlepiej po niemiecku, znam głównie kilka potrzebnych mi zwrotów, więc powiedziałam, że muszą wpierw kupić bilety. Wtedy zaczął coś do mnie krzyczeć i zadał jakieś pytanie, którego nie zrozumiałam. Powiedziałam mu, że nie rozumiem zbyt dobrze niemieckiego, ale możemy porozmawiać po angielsku. I dopiero wtedy się zaczęło! Darł się, że aż szefowa z biura przyleciała, jedyne co zrozumiałam to, to że był zły, iż potrafiłam powiedzieć po niemiecku, że musi kupić bilety, ale innych rzeczy to już nie rozumiałam. Dopiero później szefowa mi powiedziała, że Niemiaszek był wściekły także za to, że śmiałam zwrócić mu uwagę, przez co on poczuł się złodziejem! (Zapytałam tylko, czy ma bilet). A wspomniałam, że ten bilet kosztuje AŻ 10 zł?! Taki majątek! W sumie to co ja się dziwie, że ludzie próbują uniknąć opłaty?!

2. A ja tylko coś pokaże mojej wnusi!

Zawsze jest to babcia z wnusią. Zawsze. Przychodzi taka uśmiechnięta z małą dziewczynką i zaczyna jej opowiadać o księżniczkach, cukierkach i jednorożcach (muzeum jest w zamku), prowadząc dziecko do wejścia na wystawy, oznajmiając wszem i wobec, że zaraz zobaczą śliczniutką sukienkę księżniczki. Ach, czyli babcia już tutaj była i doskonale wie, że trzeba zapłacić! Ale co z tego? Dziecko w tym wieku jeszcze wejdzie za darmo, ale ona już musi zapłacić 10 zł! Taka tragedia! Najbardziej mnie rozbawiła babeczka, która weszła do środka i w holu pełnym ludzi oznajmiła (tak że nawet ja w kasie usłyszałam, jak to mówi) „ Chodź koteczku, babcia ci pokaże coś pięknego!” Ha! Ha! Co z tego, że hol jest pełny osób, którzy kupili bilety?! Przecież ona tylko wnusi coś pokaże! Od razu przerwałam kasowanie klientów i poleciałam ją wygonić, gdyż było oczywistym, że innym gościom to się nie spodoba. Skończyło się rykiem dziewczynki, która nie mogła zobaczyć sukienki, oburzeniem babci i słowami „Choć skarbie, ta pani jest niemiła i bezduszna. Jak tak można, ja tylko dziecku chciałam coś pokazać!” Takich bab przewinęło mi się co najmniej dziesięć i raz chciałam być miła. Było pusto, więc pozwoliłam pani pokazać tę kieckę, ale w międzyczasie ktoś mnie czymś zajął. Kobitka więc obleciała całą wystawę i nawet wychodząc, raczyła mi się tym pochwalić (byłam zajęta, nie zauważyłam, że jeszcze nie wyszła). Po tym już nigdy więcej się nie zgodziłam, więc zawsze musiało to kończyć się rykiem małej księżniczki i oburzeniem starych wiedźm.

3. „Kombinacje alpejskie”

Nie pytajcie czemu tak to nazywam, ale aż muszę przyznać, że ludzie naprawdę mi zaimponowali tym, jak kombinują, by przyoszczędzić parę złotych. Moja ulubiona kombinacja to na parę.
Wchodzi sobie taka parka, rozgląda się po holu, trochę się pokręcą, nie wychodząc po za tablice, pójdą obejrzeć pamiątki. Niby nic dziwnego, ale to tylko obeznanie się w terenie! Gdy już wyłapią system, ktoś musi się poświęcić (najczęściej mężczyzna). Wytypowana osoba podchodzi do mnie, mówiąc, że chce kupić bilety. Ja zapraszam ją do kasy i zaczyna się zagadywanie! Pan pyta o to, o pamiątki, co można zobaczyć. Niby taka zwykła gadka szmatka, a żoneczka w tym czasie przechodzi do ataku na wystawy i ogląda je w tempie ekspresowym. Gdy pierwszy raz z czymś takim się spotkałam byłam w szoku. Niby ładnie ubrani państwo, uśmiechnięci, pokręcili się i nie wzbudzając moich podejrzeń, pan poszedł kupić bilety. Nawet przyjemnie mi się z nim rozmawiało! Aż nagle po pięciu minutach pan powiedział, że on to jednak żadnych biletów nie chce i wyszedł. Poszłam za nim i co widzę? Kobitka wybiega z sali i wcale nie pyta, czy kupił bilety, tylko oboje uciekają głównym drzwiami, a ja patrzę z szokiem na unoszący się za nimi kurz. Od razu było widać, że to zaplanowali! Takich par trafiło mi się przynajmniej pięć, później, naucza doświadczeniem, zaczęłam sobie i z takimi pomysłami radzić.

Kolejna kombinacja to wejście na przyjaciół.

Przychodzi sobie kilka znajomych, z czego jedno z nich zaczyna zachwalać to miejsce, że takie piękne ach i och i w ogóle. No po prostu muszą je zobaczyć! Idą więc do kasy, kupić bilety, ale zamiast sześciu biorą pięć, bo przecież ta jedna osoba już widziała i zaczeka w holu. Nigdy nie zaczeka, a jak już to tylko na moment, w którym nie będę zwracać na nią uwagi. Wbija do środka. Najlepsze, że nie oszukuje wtedy mnie (ja i tak nic z tego nie mam) ale swoich własnych znajomych, którzy za zwiedzanie zapłacili. I nie, nie dzielą się później kosztami, bo często tacy znajomi kupują sobie bilety indywidualnie.
Aczkolwiek najbardziej rozbawiła mnie Pani, która usilnie chciała oszczędzić 2 zł. Mamy także krótki film, żeby go obejrzeć, trzeba dopłacić dodatkowo 2 zł. Tragedia, prawda? Przyszły dwie przyjaciółeczki. Pytam, czy chcą także obejrzeć film, jedna się zdecydowała, ale druga mówi, że już go widziała, więc bierze samo zwiedzanie. Ok. Nie ma problemu. Puszczam film, druga pani czeka na zewnątrz. Przyszli kolejni goście, tylko zniknęłam w kasie, a już słyszę, jak ktoś otwiera drzwi od sali filmowej. W takiej sytuacji nigdy nie idę wyganiać, bo nie chcę przeszkadzać osobom, które zapłaciły, ale później staję pod drzwiami i czekam na tych januszy biznesu. Oczywiście tym razem z sali wyszły przyjaciółeczki, gdy zwróciłam im delikatnie uwagę, usłyszałam „O 2 zł będzie się Pani kłócić?” Szczerze? Mogłabym siedzieć na dupie w kasie i olewać tych wszystkich ludzi, nie przejmować się czy kupili bilety, czy też nie, ale jestem osobą uczciwą i denerwują mnie takie cwaniactwo-cebulactwo, więc postanowiłam nawet za te 2 zł to tępić, ale przyznaję, w sezonie, gdy przewija się kilkaset ludzi, zwyczajnie czasem już brak mi sił i nerwów, by kłócić się o to z ludźmi.

3. Grupy

Chyba najgorsze z możliwych plag. Takiej ilości ludzi zwyczajnie nie da się ogarnąć. Niestety muzeum znajduje się w rejonie, gdzie jest organizowanych mnóstwo wycieczek objazdowych, a co za tym idzie jakieś 60% tych grup, nie ma w programie zwiedzania. Wiadomo, wszystko z zewnątrz. Mają za to czas wolny, w którym mogą indywidualnie zwiedzać muzeum. Takie grupy przyjeżdżają z przewodnikami, którzy już dobrze znają pracownice, jak i to miejsce, więc doskonale wiedzą, jak u nas wygląda sprawa ze zwiedzaniem. Dlatego jestem im dozgonnie wdzięczna, że zawsze, zanim dadzą grupie wolne, mówią głośno i wyraźnie (nawet ja w grubych murach to słyszę!), że mogą iść pozwiedzać muzeum, ale to kosztuję tyle i tyle, a kasa jest tu i tu. Jednak jak widać ludzie mają problem ze słuchaniem (ta, raczej wolą udawać, że tak jest), gdyż zazwyczaj taka wycieczka, po dostaniu czasu wolnego, ładuje się do środka, wykazując się brakiem pamięci krótkotrwałej. Wpierw rozglądają się po holu, zerkają z niesmakiem na tablicę, aż w końcu znajduje się przywódca grupy, który uderza na drzwi, a za nim całe stadko. Podchodzę zwrócić uwagę i słyszę moje ulubione „kuken”. Tak… 50 osób niech sobie „kuka”, ustawieni w kolejce, bo przecież jak jedna osoba sobie „kuknęła”, to inni też muszą. Proszę bardzo, czemu nie! Gdy już nabyłam doświadczenia, widząc taką grupę, od razu biegłam zamknąć drzwi na wystawę, gdyż to była jedyna możliwość, by ogarnąć to, za przeproszeniem, bydło. Na wiele grup to działało bez zarzutu, ale niestety nie mam możliwości zamknięcia schodów na niższy poziom, więc kilka grup i to wypatrzyło i sruuu już są na schodach. Zwrócisz im uwagę, udają że mówię do osoby obok! Albo jak wedrą się do środka i zostaną złapani, to usłyszę, że oni nie wiedzieli nic o biletach! Nikt im nic nie powiedział! To zabawne, że ja jakoś słyszałam to przez metrowe mury! Czasem trafiało się takie chamstwo, że nawet zamknięte drzwi (nie widać co jest za nimi) sobie otwierali i wbijali do środka, bo czemu kurde nie! W końcu do chlewu przyszli.

Na koniec zostawiłam sobie największe cebulactwo, po którym byłam wściekła przez kilka dni. Przyszła grupa, która o dziwo chciała zwiedzać pałac. Dla takich grup mamy przygotowany tańszy pakiet „zwiedzanie + film” za 10 zł zamiast 12. Jednakże pilot zakomunikował mi, że oni nie mają czasu na film i co zrobimy w związku z tym. Zgodnie z prawdą powiedziałam, że tylko takie pakiety mamy, więc pan zaczął się wykłócać i jęczeć. W końcu zadzwoniłam do szefowej, zapytać, czy da się zrobić coś taniej dla grupy, która nie chce filmu. Szefowa powiedziała, żebym po prostu sprzedała im bilety ulgowe za 8zł. Pan się ucieszył, zapłacił, wyszedł do grupy i co słyszę?! „No to chodźcie państwo na film!” Jestem niezwykle spokojną osobą i nawet gdy mam już serdecznie dość ludzi staram się powstrzymać, ale teraz po prostu coś we mnie pękło. Wyleciałam na hol i pytam na jaki film on chce iść, bo przecież sekundę wcześniej prosił o tańsze bilety, bo oni czasu na film nie mają! Pilot z przewodnikiem uśmiechnęli się głupkowato i zaczęli robić ze mnie idiotkę.

- No jak to? Przecież pani się zgodziła!
- Zgodziłam się, żeby weszli państwo za tańsze bilety bez filmu.
- Przecież nikt nie mówił o tym, że filmu nie chce obejrzeć. No puści nam pani film, co pani szkodzi?
- Nie, nie puszczę państwu tego filmu. Zapłacili państwo za zwiedzanie, nie za film, więc bardzo mi przykro!
- Ale proszę się nie denerwować, o dwa złote będzie się Pani kłócić?!
- Będę! Pan jakoś chwilę temu też się o to kłócił! Chce pan film? Proszę bardzo! Nie ma problemu! [tu się uśmiechną]Dopłaci pan za grupę i może pan obejrzeć go nawet dwa razy! Po Polsku i Niemiecku!

Pilot jeszcze się ze mną kłócił, a w międzyczasie grupa weszła już na sale i niestety przewodnik puścił im film, myśląc, że to załatwi sprawę. Nie załatwiło. Wyłączyłam im korki i przyszłam powiedzieć:

- Och , jaki mi przykro. Chyba prądu zabrakło.
I o dziwo nikt mnie za to nie zwolnił. Nie żałuję.


Wyszło długo, ale chciałam trochę żali wylać, bo tyle ile nerwów mnie kosztowała tam praca to już jest moje. Wiem, że niestety wiele tych piekielności wynika z braku kamer czy innych zabezpieczeń. Jestem tego świadoma, więc nie potrzebuję rad, że powinnam powiedzieć szefowej, by kupiła chociaż coś do ogrodzenia przejść. Nieraz jej to już ktoś mówił, a od wielu lat nic się tam pod tym względem nie zmieniło. Choć z drugiej strony było kilku gości, którzy chwalili nas właśnie za to, że nie czują się tutaj jak złodzieje, gdyż nikt za nimi nie chodzi i żadna kamera ich nie obserwuje.

muzeum.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (127)