Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Absurd sprzed chwili.
Straciłam stały meldunek (nieistotne z jakiej przyczyny, co i po co). Otrzymałam pismo, że mam się wymeldować ze "starego" adresu, ponieważ inaczej grozi mi kurator, areszt i nie wiadomo co jeszcze i że jestem "poszukiwana" (ojciec prawie dostał zawału). Wymeldowałam się i jednocześnie otrzymałam informację, że nie muszę nikogo informować o swoim pobycie aktualnym (to poszukiwana czy nie?) i nie muszę zmieniać dowodu na nowy (gdzie nie ma miejsca na żaden adres ani meldunkowy ani pobytu). Przed chwilą otrzymałam telefon od zatroskanego Pana z banku, że nie mogę zmienić danych adresowych (żeby listy nie przychodziły na stary - logiczne), ponieważ muszę mieć stały meldunek. Brak meldunku również oznacza niemożność załatwienia jakiejkolwiek sprawy bankowej wymagającej wglądu w mój dowód osobisty. Nawet jeśli będę się posługiwać obecnym dowodem lub zmienię na nowy, to i tak muszę nosić ze sobą zaświadczenie o meldunku.
Przy wymeldowaniu się pytałam kilka razy kilku róznych urzędników, czy jest obowiązek meldunku - "NIE, NIE MA".
Od Pana z banku otrzymałam informację o aktualizacji ustawy, że od 1 stycznia tego roku jednak jest obowiązek.
Ktoś rozumie co się tu wyczynia?
Jestem skołowana i uważam sprawy urzędowe w Polsce za PIEKIELNE!

meldunek urzędy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (103)
poczekalnia

#82200

~Xxx93 ·
| było | Do ulubionych
Jestem młodą mężatką mam półtorarocznego synka. Z mężem dogaduje się bez większych problemów, o ile problemem nie jest teściowa. Mamusia mojego męża jest kobietą bardzo nadgorliwą, uwielbia wtrącać się w nasze życie, oraz organizować wszem i wobec różnego rodzaju uroczystości, za nie swoje pieniądze.Wracając do historii. Mój mąż, a jej syn pracuje za granicą. W domu pojawia się co miesiąc. W tym samym czasie kiedy go nie ma, teściowa magicznie *znika. Tak więc kiedy mąż wraca, teściowa również. Matka mojego męża jest osobą emerytowaną, jednakże bardzo sprawną jak na swój wiek. Pomimo jej sprawności nigdy nie mogłam liczyć na jej pomoc. Parę dni temu nasz synek miał mieć imieninki. Niestety dzień szybciej bardzo źle się poczuł. Nie przeszkodziło to jednak mojej teściowej, aby przyjechać i przedstawić nas przed faktem dokonanym jakim była wiadomość o tym, że zdąrzyła już wszystkich zaprosić na zorganizowaną przez nią imprezę imieninową. Oczywiście wszystkich tych, którzy to jej odpowiadali. (Moja rodzina została pominięta) Ważne tutaj jest również to, że teściowa nie dzwoniła i nie odwiedzała wnuka od paru tygodni. Teraz proszę wyobraźcie siebie, o trzeciej nad ranem mąż musiał wracać do pracy, w domu wymiotujace dziecko, a na zajutrz organizacja imprezy bo mamusi się zachciało. Jak można się domyślić, całe jedzenie miałam zorganizować sama. (Owszem planowałam małą kawkę z ciastkiem, ale tylko dla dziadków i tylko wtedy na ile bedzie pozwalalo na to zdrowie synka.) Późnym wieczorem synek poczuł się bardzo źle, postanowiliśmy z mężem, że jedziemy do szpitala. Wkrótce i mąż musiał nas zostawić i jechać do pracy. Przedtem jednak zadzwonił, i przedstawił całą sytuację matce. Jakie było moje zdziwienie gdy na zajutrz dostałam telefon od męża, jak bardzo złą i niewdzieczną synową jestem. Teściowa zarzuciła mi, że w jej mniemaniu mam fanaberie, że dziecko na pewno nie jest tak obłożnie chore, (mąż sam był przy wymiotach), że na pewno wymyślam. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie w krótkim czasie i telefon od niej do mnie. Teściowa pytała się mnie jak czuje się nasze maleństwo, że wszystko rozumie, że bardzo się martwi, że życzy nam dużo zdrówka. Po czym dodała, wraz ze swoim jadem, że jej syn, a mój mąż w życiu nie miał tyle stresu co teraz!
Mąż pojechał i teściowa już wiecej razy też nie zadzwoniła.(nawet przez te parę dni jak leżałam z dzieckiem w szpitalu) Wróciłam ze szpitala z dzieckiem i zastanawiam się tylko jak tak można i co mogłabym z tym zrobić?

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (102)
poczekalnia

#82199

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio wpadłam na parę opowieści z wynajmu i naszły mnie wspomnienia, których nie brakuje z uwagi na to, że najemcą pokojów jestem od kilkunastu lat. Nie brakowało mniejszych i większych piekielności, ale jakoś najbardziej wryła mi się w pamięć Piekielna Agniesia.
Jakiś czas temu zdarzyło mi się, że trzeba się było wyprowadzić, albowiem pan właściciel mieszkanie nasze sprzedał (swoją drogą koleś też trochę piekielny, co może kiedyś opiszę). Znalazło się wyjątkowo szybko mieszkanko w moim zakresie cenowym i w odpowiadającej mi lokalizacji, choć koszmarnie zaniedbane. Do najbardziej piekielnych opisów z tego portalu brakowało mu chyba tylko dziury w podłodze i koegzystującego z lokatorami żywego inwentarza. Niemniej jednak, na moje oko, było to wszystko w miarę do odkopania. Gdy oglądałam mieszkanie akurat wprowadzała się nowa lokatorka. Wymieniłyśmy się naszymi oczekiwaniami tyczącymi się współżycia mieszkaniowego i wielcem się uradowała, bo dziewczyna stwierdziła, że szuka osoby spokojnej, pracującej i sprzątającej. Czyli dokładnie tego, czego i ja szukam.
Wprowadziłam się zatem niedługo po niej; dziewczyna - powiedzmy, że Agnieszka – dzielnie odgruzowała mieszkanie jeszcze zanim się tam zjawiłam (ku mojej uldze i współczuciu dla niej), mi zostały tylko w sumie żaluzje, okna i pralka do powalczenia (swoją drogą pralki nie udało się "odratować", wyglądała, jakby ostatni rok spędziła podłączona do ścieków zamiast do czystej wody przy praniu).
Agnieszka okazała się bardzo sympatyczna; jedyne dwie piekielności, jakie się od początku objawiły to po pierwsze fakt, że straszliwie wręcz obgadywała wszystkich i narzekała na wszystko – a to jej znajoma z pracy kupuje gotowe obiady dla siebie i swojego faceta, no jak tak można?? Zamiast swojemu mężczyźnie zrobić domowy obiad to jakieś gotowce kupuje? Aga nawet jej specjalnie przepisy proste znalazła, a ta dalej nic? I co to za facet, że sobie tak pozwala? A znowu ten koleś z pracy, to sobie grę kupił za 200 złotych, rozumiesz? Dorosły facet, 200 złotych na grę wydał, wiesz?! Ja nie grałam w nic od podstawówki! A ta Kaśka to by chciała umowę o pracę, wiesz? Wszyscy pracują na zleceniu, a jej się umowy o pracę zachciewa, śmieszna jest! A ten... i tak cały czas. Drugi minus to jej non stop narzekanie, na to jak w jej życiu jest cały czas pod górkę... wcześniejsi współlokatorzy – straszni syfiarze, wcześniejszy właściciel – okradł ją, jej menedżerka ją źle traktuje, w serwisie ją oszukali, policja się przyczepiła itp itd niemniej opowiadała z takim przejęciem i ogólnie była na tyle miłą i pomocną osobą, że byłam skłonna jej uwierzyć – w końcu nie wydawało mi się prawdopodobne, by tak w sumie sympatyczna (poza obgadywaniem ludzi ;)) osoba rzeczywiście była winna tych wszystkich rzeczy, które jej się przytrafiały... Pewnie dziewczyna ma pecha do ludzi, zdarza się (tak, tak, naiwna jestem, w końcu "jeśli masz problem z wszystkimi...")
Tak więc początkowo żyło się miło i spokojnie. W zasadzie jedynym problemem był nasz trzeci współlokator, pozostałość po wcześniejszej ekipie, która zaniedbała mieszkanie, bowiem w ogóle nie sprzątał po sobie. A tu jakaś plama na podłodze zostawiona, a tu znowu syf na kuchence zrobiony, a to jakaś podpaska zużyta w łazience... zaraz, zaraz. Dziewczyny współlokator nie sprowadzał, to co za podpaska? I w tym momencie zrobiłam się podejrzliwa. O ile na początku z automatu przypisałam tzw. syfienie współlokatorowi, pamiętając o tym, w jakim stanie opłakanym było mieszkanie za jego czasów, o tyle teraz zaczęłam przykładać baczniejszą uwagę do sytuacji. Oczywiście, jak się łatwo domyślić, okazało się, że to Agniesia nie sprząta po sobie (i jej chłopak, spędzający tu większość czasu), bo jednak jeśli współlokatora nie ma dwa tygodnie, to raczej na pewno nie on. Jako człowiek niekonfliktowy przymknęłam na to oczy, zwłaszcza że Aga, gdy już robiła sprzątanie generalne, sprzątała na błysk błysków.
...jak się domyślacie, do czasu. Do czasu, gdy Aga zaczęła wyjeżdżać – wyjeżdżała tak na 3, 4 dni, przyjeżdżała znowu na 3, 4 dni, ponownie wyjeżdżała i tak dalej, w ten deseń. W tym momencie przełączyła się w tryb "nie ma mnie, nie sprzątam". Jeszcze pół biedy, gdyby nie robiła wokół siebie syfu, ale wraz z przyjazdami zaczęła robić koszmarne wiadomo co, gorsze niż dotychczas. A raczej zaczęli, bo jej chłopak zawsze był na mieszkaniu, gdy i ona była. Nie sprzątali po sobie, nie sprzątali w ogóle, potrafili w dwa dni po moim sprzątaniu zrobić taki gnój, jakby mieszkanie nie widziało sprzątania od tygodnia. Śmieci zaczęli swoje trzymać osobno (na środku kuchni), co nie zmieniało faktu, że mieli problem z ich wynoszeniem (wyjeżdżamy na 3 dni? Niech sobie śmieci poleżą), a i tak dorzucali też do naszych. Chodzenie w butach po wykładzinie, którą olernie ciężko doczyścić? Nie ma problemu. Zostawianie jedzenia na wierzchu, by się zepsuło i niewyrzucanie go, nawet gdy zaczynało nowe życie? Ok. Zostawianie połowy obiadu na kuchence, obok palników rozlanej i rozsypanej? Może komuś się przyda.
Dodatkowo, mimo że pół czasu jej nie było, chomikowała koszmarne ilości jedzenia w lodówce. Sprawiedliwie wypadało mniej więcej po dwie półki na lokatora + jedna szuflada w zamrażarce. Aga zajmowała trzy, w porywach do czterech, a gdy skończyło się jej miejsce w szufladzie, potrafiła wyrzucić rzeczy z szuflady naszego współlokatora do mojej (wersja z dwojga złego lepsza) albo mu je wrzucić do pokoju na łóżko, by tam się rozmroziły (wersja gorsza), "bo te kiełbasy tam tak długo leżą, na pewno ich nie zje, a ja potrzebuję miejsce".
Tak czy siak pewnego dnia (tak jakoś po półtora miesiąca mojego sprzątania po wszystkich, bo i współlokator chyba wziął wzór z Agusi i stwierdził, że "jego przecież prawie nie ma" – rzeczywiście przychodził tylko na nocki, ale przecież korzystał normalnie z kuchni i łazienki, obiady robił o 22ej wieczór, tyle że przynajmniej nie syfił tyle, co Agniesia) skończyła się moja cierpliwość. Stety lub niestety pedantką i estetką nie jestem i potrafię się zaciąć i powiedzieć "pass, przestaję sprzątać". I przestałam. A jako że byłam jedyną osobą, która sprzątała, to i się zaczęło robić strasznie ;). Po prawie trzech tygodniach mojego protestu mieszkanie wyglądało, jakby nikt go nie sprzątał z kwartał. W końcu jednak Agę ruszył ten cały syf i ze swoim facetem go posprzątali. Ja byłam zadowolona, że wreszcie ją sumienie ruszyło... do momentu, gdy omal się nie zabiłam na workach ze śmieciami (swoimi), które mi postawili pod moim drzwiami. Bo to moje przecież. Aha. No, dobra, wyrzuciłam, no niech im. Parę godzin później spotykam Agę i co? Ano kazanie. Ja. Dostaję. JAK JA MOGŁAM DOPROWADZIĆ MIESZKANIE DO TAKIEGO STANU ! (ja?) JEJ CHŁOPAK MUSIAŁ JEJ POMAGAĆ SPRZĄTAĆ (o, wow, praktycznie mieszka, to i posprzątał, niesamowite) NIE, JEJ CHŁOPAK WCALE TU NIE MIESZKA, PRZYJEŻDŻA RAZ, DWA RAZY W TYGODNIU (ta i siedzi po cztery dni pod rząd), JEJ CHŁOPAK MUSIAŁ KIBEL MYĆ!! (o, sory, że po Twoim facecie nie umyłam kibla, może jeszcze maluszka mam mu myć?) I w ogóle milion wyrzutów skierowanych do mnie w tym takie jak, że to strasznie straszne, że ja zostawiam zużyte zapałki na kuchence (ok, przyznaję, że zostawiam, ale jej chłoptaś też zostawia i jakoś jej to nie przeszkadza) i zamykam okna (no, sory, że zamykam, gdy wychodzę z domu i gdy jest mi zimno; Agusia potrafiła otworzyć wszystkie możliwe okna w trakcie wichury i wyjść z domu - raz lekko wypaczyła przez to jedno z okien – na szczęście trzeba przyznać, że co zepsuła, to naprawiła). Tak więc dowiedziałam się, że to ja jestem ta zła. Cóż, żyłka skoczyła lekko, ale dobra. Jedno co było niepokojące, to było przekonanie, z jakim mówiła niektóre kłamstwa, typu że przecież ona tydzień temu sprzątała! (nie sprzątała dwa miesiące) albo że jej chłopak tu nie mieszka. Rozumiem, gdyby to było mówione przy kimś, ale rozmawiałyśmy w cztery oczy, a ona mówiła to z takim przekonaniem, jakby serio w to wierzyła. Trochę mnie to zmartwiło, zwłaszcza że przypomniało mi się wówczas jeszcze jedno – któregoś dnia mój facet, nasz wspólny znajomy, opowiadał mi, że Aga płacze wszem i wobec, że jej chłopak w ogóle nie ma dla niej czasu. O tyle mnie to zaskoczyło, że wiedziałam, że jej chłopak w zasadzie, poza pobytem w pracy, spędza z nią 80% czasu, praktycznie cały czas u nas nocuje i całe popołudnia tu siedzi. No cóż, to jest "nie ma czasu"? Tak więc te jej kłamstwa mówione z pełnym przekonaniem były podejrzane, jak dla mnie.
Tak czy siak Aga sięgnęła po dalej idące rozwiązania i wypisała kartkę z listą obowiązków i zasad współżycia na mieszkaniu. W sumie dobrze (choć lepiej byłoby, gdyby ją skonsultowała z kimkolwiek), w końcu wreszcie biało na czarnym będzie, co ma być robione, żeby było dobrze. I, jak się domyślacie, była jedyną osobą, która wymagań wypisanych na kartce nie przestrzegała. Kolejna żyłka mi drgnęła.
Ostatecznie żyłka mi poszła, gdy dowiedziałam się, jak to Agusia mnie obsmarowuje wszem i wobec, jaki to ze mnie syfiarz, jak to w ogóle po sobie nie sprzątam (i w ogóle nie sprzątam), a ona biedna się zarzyna wraz z jej nie mieszkającym tu przecież chłopakiem. Wypisz wymaluj moja historia na Piekielnych, tylko że to niby ja jestem tą Piekielną Agusią. Było to szczególnie niemiłe z tego względu, że mój facet to nasz wspólny znajomy, który ją zna dłużej i lubi, więc nie chcę wiedzieć, jaką wizję mnie musiała mu wyrobić. Ale teraz przynajmniej wiedziałam, że te jej opowieści o tych wszystkich złych rzeczach, które ją dotykały były zmyśleniem :). A ludzie oczywiście jej wierzyli, bo to taka sympatyczna dziewczyna, co ma pecha do ludzi w życiu, a wszystkie te swoje kłamstwa opowiada z niesamowitym przekonaniem budzącym żywe współczucie.
Jak się domyślacie w końcu wyprowadziłam się, lecz oczywiście nie bez małych fajerwerków z Agi strony. Pierwsze hocki klocki sie zrobiły, gdy się wyprowadzałam. Większość rzeczy wywieźliśmy jednego dnia, ja jeszcze wróciłam parę razy po jakieś resztki – co ważne, mając do tego pełne prawo, gdyż miałam tam mieszkać teoretycznie jeszcze przez miesiąc i miałam klucze, no i miałam tam jeszcze swoje rzeczy. Od Agusi dowiedziałam się (i znajomi dookoła też się dowiedzieli), że się "zakradam do mieszkania specjalnie wtedy, gdy nikogo nie ma". No, sory, miałam pytać, czy mogę łaskawie przyjechać do własnego pokoju po własne rzeczy i dostosowywać się do jej grafiku? Zwłaszcza gdy ona często pracuje na dwójki, a ja na jedynki?
Tak nie będziemy się bawić – ja na pewno na rękę jej iść nie będę w takiej sytuacji. Złożyło się, że z właścicielką układ miałam taki, że jak się wyprowadzę wcześniej i wcześniej kogoś znajdę na miejsce, to nie będę musiała płacić za miesiąc wypowiedzeniowy. Tak więc w moim interesie było znaleźć kogoś jak najszybciej, gdyż mieszkanie już inne miałam zaklepane i zapłacone, no i tam już mieszkałam. Gdyby z Agą było miło, to bym poszukała razem z nią nowej osoby na moje miejsce. A jako że było, jak było, a spodziewałam się też, że będzie mi robić pod górkę i specjalnie odrzucać wszystkie kandydatury, wzięłam pierwszą chętną, w miarę normalnie wyglądającą osobę, skonsultowałam z właścicielką, właścicielka pogadała z nowym lokatorem, zatwierdziła i kazała przekazać klucze, przekazałam owe, finito. Ale nie dla Agusi. Agusia palnęła mi kazanie smsowe, że jak ja śmiem sprowadzać obce osoby do mieszkania! Że ona przychodzi, a tam jakiś obcy facet chodzi po mieszkaniu! Że przecież on by mógł pokraść jej rzeczy! (sory, Agusiu, że właścicielka też Cię tak miała dość, że stwierdziła, że nie będzie Cię informować o nowym lokatorze). To nic, że facet ma do tego prawo, bo kasę zapłacił, klucze ma, właścicielka ma jego dane i w ogóle wiadomo było, że jak ja się wyprowadzę, to się ktoś inny wprowadzi (swoją drogą na większości mieszkań też nikt ze mną nowych lokatorów nie konsultował, mało to miłe, ale zwykle tak właśnie jest, niestety). Odpisałam jej mało miło, że raczej trudno, żeby jej coś ukradł, bo wszystko trzymała u siebie, w zawsze, nawet gdy była w środku, zamkniętym na klucz pokoju, nawet jakieś sprzęty kuchenne, żeby przypadkiem ktoś nie skorzystał. Ona oczywiście korzystała ze sprzętów innych; o ironio, pamiątkowy kubeczek po mojej siostrze właśnie w jej pokoju zaginął na wieki ;).
Takiej zniewagi (że jej odpyskowałam) chyba Agusia nie mogłą znieść, bo dowiedziałam się jeszcze (i moi znajomi), że jestem złodziejką, bo powynosiłam rzeczy należące do mieszkania i że ona to zgłosi właścicielce. Podejrzewam, że chodziło pewnie o moje rzeczy, które kupiłam na to mieszkanie do wspólnego korzystania (typu czajnik, zestaw mopowy czy miska), jako że ja nie zamykam tego typu rzeczy w pokoju na klucz, jeśli wszyscy mogą skorzystać. Właścicielka oczywiście potwierdziła, że nic jej z mieszkania nie zginęło.
Ostatnie info, o jakim wiem, było takie, że właścicielka zastanawiała się, czy nie wypowiedzieć umowy Agusi, bo z nią się nie da żyć.
I najbardziej piekielne w tej historii jest to, że ja szczerze podejrzewam u niej jakieś zaburzenie psychiczne. Ta jej wiara w jej własne kłamstwa, to widzenie wszędzie piekielności, jej koszmarna nerwowość i strach przed byciem okradzionym, kompletne niewidzenie swoich błędów... to wszystko było dość wyraźnie widoczne po jakimś czasie. I co na to jej rodzina? Co na to jej facet? Jak się jest z kimś blisko, trzeba delikatnie próbować komuś pomóc w zdecydowaniu się na jakąś terapię. No i piekielne też jest to, że jakby Agusia pierwsza wrzuciła swoją historyjkę, to ja byłabym tą zła tutaj ;).

współlokatorzy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (101)
poczekalnia
O danych osobowych.

Poszłam do prywatnej przychodni, w której leczyłam się u pewnego specjalisty i poprosiłam o ksero moich wyników badań, które są załączone do karty.
Pani zapytała o nazwisko i kartę przyniosła, pozwoliła mi ją przejrzeć i wybrać sobie wyniki. Na wynikach znajduje się pesel i adres zamieszkania. Nikt nie poprosił o dokument tożsamości.
Można więc pójść, powiedzieć "Jestem Anna Kowalska" i otrzymać dostęp do praktycznie wszystkich danych na temat tej osoby. Dla mnie piekielne.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 33 (85)
poczekalnia
Pracowałam sobie przez chwilę w firmie X. Niestety z powodu choroby, lekarz mój i lekarz medycyny pracy orzekli iż dalej pracować tam nie mogę. Trudno. Zdarza się.

Pierwszą piekielnością w historii jest to, że informowałam swoje szefostwo o moim stanie zdrowia. Nie wysłali mnie do swojego lekarza medycyny pracy na samym początku, a dopiero po ataku choroby.

Drugą piekielnością jest to, że kazali mi się zwolnić ponieważ miałam "nieusprawiedliwione nieobecności", którymi w rzeczywistości był czas, gdy oczekiwałam aż łaskawie znajdą mi termin u lekarza. Żeby nie było niedomówień - kategorycznie zabroniono mi pracy, bez orzeczenia ich lekarza więc siłą rzeczy nie mogłam pracować podczas oczekiwania.
Koniec końców - rozwiązanie umowy za porozumieniem stron.

Ostatnia piekielność to urząd pracy. (Stamtąd też skierowali mnie do firmy X)
Po stracie pracy poszłam więc ponownie się zarejestrować jako osoba bezrobotna. [j]a, [p]iekielna

J - Dzień dobry. Chciałabym się zarejestrować jako osoba bezrobotna.
P - Pierwszy raz?
J- Nie. Już byłam zarejestrowana.
P - To ja sprawdzę. (Chwila grzebania w komputerze) - O faktycznie. To w takim razie zaświadczenie o zameldowaniu tymczasowym.
J - No ale przecież macie mnie w systemie i ksero tego zaświadczenia też.
P - No mamy w archiwum, a archiwum to jest na 2 końcu miasta i ja nie mam pod ręką papierów. Jak pani przyniesie to zarejestrujemy.

Pożegnała się z uśmiechem numer 7. A ja od wczoraj przekopuje wszystkie teczki z dokumentami w poszukiwaniu cholernego zaświadczenia.

urząd pracy pracodawcy praca

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (68)
poczekalnia
W tym roku znowu pracowałam jako instruktorka, toteż kilka piekielności z nart, tym razem z samej wypożyczalni/szkółki. I, gdyby ktoś przypadkiem pamiętał moje historie z zeszłego sezonu, zaznaczę, że pracowałam w innym miejscu – już nie jedna jedyna ośla łączka, a duży ośrodek, wyciągi na przestrzeni kilku kilometrów, w tym kilka „naszych” (tak tylko się zabezpieczam, jakby się komuś okoliczności nie zgadzały :P).

1. Ja nie mogę stracić pieniędzy z własnej winy, ale wy – wciąż z mojej – tak!

Płatność za lekcje – do 30 minut przed rozpoczęciem nauki. Co to oznaczało w praktyce? Że płacisz z góry przy zapisach bądź (jeśli masz ochotę lub rezerwujesz termin telefonicznie) musisz pojawić się odpowiednio wcześniej. Dlaczego? Wcześniej część zapisanych osób po prostu się nie pojawiała, a przy wypełnionym po brzegi grafiku odpadało znalezienie kogoś na ich miejsce (znaczy, 10:15 – orientujesz się, że X jednak się nie zjawi, a następna lekcja na 11:00, więc siedzisz bez sensu na tyłku przez godzinę), z kolei te pół godziny to aż nadto, żeby pojawił się ktoś, kto życzy sobie instruktora na już, teraz, natychmiast.

Większość z tym problemu nie ma – najczęściej sami przy zapisach chcą płacić, żeby mieć pewność, że nikt na ich miejsce nie wskoczy. Jest jednak też druga grupa, która na informację o płatnościach zaczyna wydawać dzikie okrzyki skupiające się wokół „a co, jeśli nie będę mógł przyjść?!” – i tej grupy najwybitniejszym przedstawicielem był pewien tatuś chcący zapisać synusia, a że akurat wypadało na mnie, czułam się mocno zaangażowana. ;p

W dialogu pojawiły się wszystkie ukazane niżej elementy, aczkolwiek mogłam pomieszać ich kolejność.
Tatuś zaczął w swoim mniemaniu, sądząc po minie, przebiegle:
- A co, jeśli dziecko się rozchoruje? Wie pan, to jest DZIECKO.
- Odwoła pan lekcje do 30 minut wcześniej i przyjdzie odebrać pieniądze. Ewentualnie zostawi pan płatność na ten dzień, na te pół…
- I mamy stać pół godziny na mrozie? Przecież jeżeli się zapisujemy, to znaczy, że chcemy przyjść.
- Więc chyba płatność z góry nie jest problemem, skoro i tak państwo przyjdziecie?
- No nie, ja nie zapłacę z góry, bo to jest dziecko. Może mu się odwidzieć. Może zachorować. Ja nie będę stratny.
I tu uznałam za stosowne się wtrącić:
- Ja pana nawet rozumiem, ale proszę też zrozumieć mnie – ja też nie chcę być stratna.
- No właśnie, no właśnie! Dlaczego ja mogę, a pani nie?
- Bo jeżeli lekcja się nie odbędzie, to z pana winy, a nie mojej? Zapisałby się pan na lekcje, słysząc, że instruktor może się zjawi, a może nie?
- To by nie była niczyja wina! Dziecko może być chore, może zmienić zdanie, może…
Tu koordynator chyba miał dość.
- Chce pan, żeby konsekwencje niezdecydowania czy choroby poniosła instruktorka i ogólnie szkoła, a tak nie będzie. Zapiszemy pana, ale jeżeli pan się nie pojawi pół godziny wcześniej, najprawdopodobniej lekcja przepadnie.
Facet coś pomarudził, ale w końcu przystał na to i odmaszerował. Kilka dni później zamiast 30 minut pojawił się jakieś 3 minuty przed i zaserwował awanturę, bo jak ja mogłam zbierać się właśnie do lekcji z kimś innym. Chciał inną godzinę, ale dowiedziawszy się, że musiałby czekać cztery czy pięć, poszedł szukać innej szkółki. Potem podobno wrócił, już jakby grzeczniejszy, bo wszędzie było tak samo albo gorzej. Usłyszał, że miejsc już nie ma. Ups.

A podobna, jeśli nie zabawniejsza sytuacja, była z wypożyczaniem gogli. Ludzie często zapominali, że je wypożyczyli, wiadomo, na kasku, nie myśli się o tym tak, jak o komplecie sprzętu, więc jeśli ktoś brał tylko gogle, wypożyczalnia pobierała kaucję. A ile było fochów, że jak to tak, to jak on nie odniesie, to nie dostanie pieniędzy? Czyli co, jemu się tylko zapomni i od razu ma płacić? No skandal po prostu.

2. To moje dziecko, więc ja wiem lepiej!

Zmora wypożyczalni? Rodzice wypożyczający buty dla dziecka. Bo dziecko w kwik, że nóżka boli, a rodzic zostawia klamry niemalże poodpinane (próbowaliśmy tłumaczyć, więc to naprawdę nie tak, że kwestia dyskusyjna, ząbek w tą czy w tamtą, tylko np. o 4 za mało… po prostu rozpięty but, tyle że klamra – chwilowo – między ząbkami). Możesz tłumaczyć, że niebezpiecznie, że żaden instruktor by nie wziął dziecka na lekcję z tak zapiętym butem, ale rodzic wie lepiej. I skoro sam bierze dziecko, to nic mu nie zrobisz. Ostatecznie ma prawo wypożyczyć buty i wsadzić je dziecku nawet na uszy, jeśli ma ochotę. I okej, to nie tak, że musi coś się stać, wiadomo, z jaką prędkością takie maluchy jeżdżą, ale… No właśnie. Raz się stało.

W czwartek wpada do wypożyczalni czteroosobowa rodzinka z pięcioma kompletami nart. Oddają. Wszyscy grzecznie, tylko ojciec coś naburmuszony, wreszcie wybucha, że w poniedziałek, w dzień wypożyczenia, ich córka złamała nogę, bo się narta nie wypięła, że musiały być źle ustawione wiązania, za wysoka waga, a teraz dziecko cierpi i dramat. Pan z wypożyczalni zapewnia, że mu bardzo przykro, ale że jest właściwie pewny, że taka sytuacja nie miała miejsca. Bierze narty młodej, prosi o podanie jej wagi i sprawdza. Idealnie. Tatuś na to, że na pewno przestawiło się samo w międzyczasie albo że wiązania są zepsute. Napomykamy z kolegą nieśmiało, co by ojca pogrążonego w żalu bardziej nie rozjuszyć, że przecież nie każdy upadek powoduje wypięcie się nart. No nie, ten powinien, bo młoda złamała nogę (…) i but jej się wbił w piszczel. No to ja i C. porozumiewawcze spojrzenia – wszystko jasne. Może istnieje jakaś nanoszansa na taki wypadek przy dobrze zapiętych butach. Może. Ale za to jest to bardzo częste przy butach zapiętych za luźno – bo przy upadku wyrywa nogę z buta, która wtedy na „kant” buta może opaść i się, hm, nadziać (coś jak z łamaniem kija; jeżeli chcesz złamać go o kolano, łatwiej Ci pójdzie z dłuższym niż krótszym), inaczej niż przy bucie ciasno przylegającym do nogi.

A wiecie, co było najlepsze? Nie to, że C. wytłumaczył, a ojciec się zaparł, bo może, nie wiem, trudno rodzicowi przyznać, że z jego winy dziecko cierpi. Nie. Najlepsza była rodzina, która podczas całej tej sytuacji była obecna w wypożyczalni, a dziecku zostawiła niedopięte buty (bo skoro mu za ciasno, to znaczy, że ma wystarczająco zapięte, nieważne, że w klamrę pstrykniesz i lata). Nie omieszkali natomiast poprosić, żeby sprawdzić im jeszcze raz ustawienie wiązań.

3. Bonusik ubraniowy

Nie chciałam powtarzać żadnego z tematów, które poruszałam w zeszłym roku, ale to było takie cudowne… Wspominałam wtedy o rodzicach, którzy mieli pretensje/żądali pomocy czy reakcji, jeśli przyprowadzili dziecko nieodpowiednio ubrane i ono np. przemoczyło wełniane rękawiczki.

W tym roku jedna pani przebiła wszystko. Zrobiła trwającą ponad kwadrans awanturę, że wszyscy jesteśmy nieprofesjonalni, że najwidoczniej się za dużo spodziewała, że już na przyszłość będzie wiedzieć, że nikt jej nie pomoże, nawet jeśli powie, że dziecko pierwszy raz na nartach itd., bo taaaka pogoda (fakt, było około minus dwudziestu stopni, porywisty wiatr i śnieżyca, nic przyjemnego), a my nic, nic nie powiedzieliśmy! Kiedy udało się wydobyć z niej konkrety (bo już zaczynaliśmy podejrzewać, że ktoś przedszkolaka wziął w krótkich spodenkach na narty albo coś równie epickiego zmalował) okazało się, że „dziecko” nie ma kominiarki, a ona podejrzała na dworze, że inni mają! A dlaczego dziecko w cudzysłowie? Bo jak zapytaliśmy, ile to dziecko ma lat (bo może faktycznie tyle, że samo nie oznajmi, że mu zimno…), usłyszeliśmy: „Piętnaście!”, natomiast nasze parsknięcia skwitowane zostały dramatycznym „…ale dopiero na wiosnę!!!”.

PS Awanturka zakończyła się, jak stwierdziliśmy, że nawet jeśli pani ani „dziecko” nie jeździli nigdy na nartach, to chyba zimę i śnieg już widzieli, więc z ubiorem nie powinno być problemu, zawsze też mogli zapytać.
PPS Jak opowiadałam tę historię koledze z kasy, na hasło „piętnaście!” kolega sam dokończył: „ale dopiero na wiosnę!!!”, bo usłyszał to wcześniej jako argument, że temu „dziecku” należą się zniżki na karnet (które obowiązują do 10. roku życia).
PPPS „Dziecko” wróciło z lekcji zgrzane, szczęśliwe i podobno dziękowało instruktorowi za możliwość wyrwania się spod opieki babci. Odmówiło też stanowczo zmiany szkoły na bardziej profesjonalną.

ośrodek narciarski

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (127)
poczekalnia

#82192

~perfekcjonistka ·
| było | Do ulubionych
Historia piekielna w stopniu lekkim.
W ramach wstępu: lubię porządek na swojej poczcie elektronicznej. Jeżeli dostaje SPAM, natychmiast blokuje. Wszystkie wiadomości posegregowane i umieszczane we właściwych folderach itd.
Historia właściwa. Około dwa lata temu zarejestrowałam się w Fundacji DKMS (dla niezorientowanych to ci którzy zajmują się szukaniem dawców szpiku dla osób potrzebujących przeszczepu, jak również prowadzeniem bazy dawców). Nie mam jakiejś ckliwej historyjki, jak to znajomy/przyjaciel/siostra/wujek byli chorzy i nie można było znaleźć dawcy, czy coś takiego. Po prostu stwierdziłam, że mnie to nic nie kosztuje, a innym może pomóc. Przy okazji zachęcam do darmowej rejestracji :-) W formularzu, należało podać między innymi adres email.
I chyba już wiecie do czego zmierzam. Od tamtej pory codziennie dostaje co najmniej jeden email od Fundacji. I to z treścią zapraszającą do rejestracji właśnie. Nie chcę ich zablokować, bo nie wiadomo czy kiedyś nie dostanę emaila o możliwości zgodności szpiku.
Piekielności tu widzę dwie. Pierwsza: ja może i nie zablokuję ich adresu, ale następne 5 osób może to zrobić. A potem płacz i zgrzytanie zębów, bo nie ma kontaktu z możliwym dawcą. (Mimo, że uprasza się o pilnowanie aktualności danych kontaktowych, to jakoś wątpię, że przy zmianie numeru telefonu ktoś o tym pamięta)
Piekielność druga. Za newslettery się płaci. W dużej większości przypadków(czasem dla takich fundacji są zniżki, ale nadal ileśtam się płaci). Jeżeli ja dostaję te emaile, to większość zarejestrowanych zapewne również. Nie lepiej wypisać adresy osób już zarejestrowanych? A nie marnować środki na dotarcie do ludzi, którzy już są w bazie.
Może i mało piekielne, ale dla mnie na pewno irytujące.
Ostatnia prośba ode mnie. Jeżeli zdrowie wam pozwala, zarejestrujcie się. Zajmuje to naprawdę niewiele czasu, a macie szanse uratować komuś życie. I jakoś tak spokojniej i lżej się śpi :-)

DKMS SPAM email

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (82)
poczekalnia

#82190

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeczytałem historię o nachalnych żulach wymuszających od ludzi pieniądze http://piekielni.pl/82171 i postanowiłem założyć konto i opisać swoją.

Działo się to niedawno, bo około miesiąc temu. Główny dworzec kolejowy w jednym z większych polskich miast. Wczesne godziny poranne. W oczekiwaniu na pociąg wszedłem do jednego z dworcowych lokali gastronomicznych, gdzie podawali kanapki. Kupiłem, usiadłem i jem, kiedy nagle uderzył mnie w nos tak okrutny fetor brudu, jabola i ekskrementów, że o mało nie zwymiotowałem. Patrzę, a to do środka wparował żul. Obsługa zero reakcji. Śmierdziel po kolei podchodził do każdego stolika i "prosił" o pieniądze albo zakup kanapki. Lokal w niecałą minutę opustoszał, została jedynie obsługa i żul, który po chwili również wyszedł i skierował swoje kroki do... lokalu obok.

Równie piekielny jak odór i osoba żula jest fakt, że na dworcu jest przecież ochrona, a mimo to taki ktoś może wejść i bezkarnie napastować ludzi.

żule menele

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (86)
poczekalnia

#82186

~Gaska25 ·
| było | Do ulubionych
W pełni zgadzam się z historią ENDRIU727.

Praca na pełny etat, a po godzinach korepetycje. Zawsze wpadnie parę złotych. Historii z tym związanych mnóstwo i niestety jak to się często zdarza większość niezbyt przyjemnych.

1. Przychodzę na zajęcia. Licealista. Zadania na poziomie matury podstawowej. Nie umie rozwiązać. Tłumaczę. Przy okazji wychodzi również to, że PRAWIE MATURZYSTA nie potrafi dodawać ułamków zwykłych, nie wie jak policzyć pole koła, nie ma pojęcia co to twierdzenie Pitagorasa. Oczywiście na zajęciach jest strasznie znudzony, nawet za bardzo nie udaje, że go to interesuje. Po trzech dniach telefon (czy raczej łaskawy SMS), bo syn/córka dostał 2 ze sprawdzianu, także rezygnujemy z korepetycji.
Niestety nie jedna taka sytuacja. Ciężko jest zrozumieć, że choćby korepetytor stanął na rzęsach, bez odpowiedniej współpracy ze strony ucznia, nie jest w stanie nic zrobić, a już szczególnie nadrobić zaległości sięgających podstawówki w jedną godzinę.

2. Płacę, więc jestem panem i władcą. Dzwoni Pani, umawiamy się na konkretny termin i godzinę.
JA: mogę przyjść na 16.30 najpóźniej, bo potem mam następne zajęcia.
Pani: to umówmy się na 17.00.

3. Kolejne zajęcia z tym samym uczniem. Jadę na drugi koniec miasta. Dzwonię domofonem, Pani mówi, że jednak dzisiaj nie będzie korepetycji. Serio? Kiedy zamierzała mi Pani o tym powiedzieć, po zajęciach?

4. Pieniądze. Przyjeżdżam na zajęcia, chałpa ogromna, w środku perskie dywany, widać, że na biednych nie trafiło, ale Pani musi się targować o 5 zł. Co ciekawe, Ci troszkę mniej zamożni nigdy nie mają problemów z płaceniem.

Oczywiście mam wielu uczniów, z którymi współpraca wygląda bardzo dobrze. Niestety takich "perełek" też jest sporo, a to pokazuje jak bardzo szanujemy innych ludzi.

uslugi

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (84)
poczekalnia

#82185

~Dave85 ·
| było | Do ulubionych
Witam Czytelników.
Sytuacja będzie dotyczyć śmiecenia. Jestem osobą palącą papierosy (niestety), ale nie toleruję rzucania kiepów gdzie popadnie. Jak idę ulicą, to wolę zgasić o chodnik i trzymać w ręce niedopałek, po czym wrzucić go do najbliżeszgo kosza na śmieci niż "pstryknąć" go w bok tak, jak to czyni większość palaczy.
W swoim mieszkaniu nie palę, tylko wychodzę na balkon "puścić dymka". Zawsze gaszę go w popielniczce i potem ją opróżniam do kosza na śmieci.
Teraz przejdziemy do sedna. Mianowicie - palący sąsiedzi. Mój blok jest niski (4 piętra), lecz długi (kilkanaście klatek) więc widać doskonale balkony sąsiadów. Każdy, kto pali wyrzuca pety na trawnik pod okno. W***wia mnie to niesamowicie. Czy tak ciężko jest zachować nieco kultury i zutylizować tego peta w inny sposób? Ba, mało tego ostatnio mi przed oczami poleciała cała zawartość popielniczki. Jak zobaczę to jeszcze raz, obiecuję - dowiem się, z którego to piętra leci i wysypię idiocie zawartość swojej popielniczki pod drzwi.
Już nawet ludzie nie sprzątający po swoich psach mnie tak nie irytują. Psia kupa szybko ulegnie biodegradacji, a te pety będą tam leżeć długi czas (nie wiem, ile czasu to się rozkłada, ale pewnie długo).
Także widok z okna jest ładny - trawa, drzewka i wszędobylskie "petunie" mieniące się pomarańczowym filtrem qrwa jego mać.
Tak ciężko jest zgasić niedopałek i wyrzucić do kosza? Jak widać tak. Mam ochotę kupić im po prostu popielniczki. Ale co ja mogę, skoro teren pod oknami jest własnością miasta i za zwrócenie uwagi podejrzewam, że zostałbym raczej wyśmiany.

śląsk

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (119)