Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#77631

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z czasu, gdy mieszkałam jeszcze w rodzinnym domu, czyli październik, dwa lata wstecz. Jeśli będziecie chcieli, mogę podać w komentarzach link do lokalnej strony internetowej, w której sytuacja była pokrótce opisana. Ja jednak opiszę to ze swojej perspektywy, ponieważ wraz z mamą i sąsiadami jesteśmy stroną oskarżającą, a artykuł jest dość lakoniczny.
Mieszkałam w kamienicy. Generalnie mieścina mała, wszyscy wszystkich znają. Sąsiadów mieliśmy różnych, zdarzali się pijaczki, jak i normalni, przyjaźni ludzie. Jednak była pewna "parka", Żulietta i Żul. Jakoś po 30-tce. Mieszkali piętro wyżej. Znani byli z tego, że zapraszali do siebie wszelkich cesarzy i księżne melin, urządzali huczne imprezy, jednak po interwencjach sąsiadów i zagrożeniu eksmisją, zaczęli chodzić do innych melinek. Byłoby świetnie, ale... od marca mieli psa. Ogromnego psa, nie wiem dokładnie jaka to rasa bo się na tym nie znam, ale my potocznie mówiliśmy, że to "wilczur". Raczej młody, jakieś 2 lata, nie więcej. Po kilku tygodniach spędzonych u Ż i Ż, był coraz bardziej wychudzony. Kiedyś ktoś z sąsiadów zwrócił Żuletcie uwagę, że może zamiast na wódeczkę czy spirytusik to warto by było psa nakarmić. Zignorowała i poszła z nim na spacer. Każdy z mieszkańców bloku dobrowolnie "podrzucał" pod drzwi a to resztki obiadu, a to puszki z jedzeniem itp. (Tak, wiem, trzeba było to wcześniej zgłosić, ale później stan psa uległ znacznej poprawie; jakoś na przełomie maja i czerwca, Żul znalazł podobno pracę i ogólnie rzekomo się ogarnęli, toteż postanowiliśmy się już nie wtrącać). Było dobrze. Do października.
W październiku Żul widocznie porzucił "karierę" na rzecz kontynuowania pijackiego hobby.

01.10.15r.
Wychodzą z domu około południa.

02.10.15r.
Słychać szczekanie i skamlenie psa. Zostawili go samego. No cóż, czekamy, pytamy okolicznych pijaczków czy ich nie widzieli. Mojej mamie nawet udało się zdobyć numer do Żulietty. Nie odbiera. Wieczór, pies skamle.

03.10.15r.
Pies jeszcze szczeka, ale jakby słabiej.
I teraz wchodzi piekielność służb mundurowych.
Około południa dzwonimy po Straż Miejską, opisujemy sytuację. Odpowiedź? "Niech państwo poczekają jeszcze dzisiaj, jeśli nikt nie wróci, proszę zgłosić jutro." Ok... chociaż jak słyszało się tego psa, to serce bolało.

04.10.15r.
Nikt nie przyszedł. Jeden z sąsiadów próbuje dostać się do środka, jednak wyważenie drzwi nie wchodziło w grę. Poza tym...dzwonimy ponownie na Straż Miejską.
-Nie, nikt się nie pojawił.
-Jest pani pewna? To... PROSZĘ ZADZWONIĆ NA STRAŻ POŻARNĄ.
Nosz kur...
-Proszę pani my teraz interwencję mamy.
-To po interwencji się nie da? Albo straż z miasta obok?
-Nie wiemy ile to potrwa proszę pani, proszę dzwonić na policję!
Dzwonimy na policję.
"My się takimi rzeczami nie zajmujemy, niech pani dzwoni na stra...Ale zaraz, jak? Żul? A, no mamy go na izbie wytrzeźwień. Podwieziemy go jutro pod dom!"

05.10.15r.
Nie podwieźli. Pies już skamle od czasu do czasu. Dzwonimy ponownie na SM i mówimy, że jeśli się nie pojawią w przeciągu godziny, to będziemy sami wyważać drzwi. Obiecali, że o 17.00 ktoś przyjedzie.
Nie przyjechali, więc powiedziałyśmy z mamą dość. Kolesiostwo czasem pomaga, a mianowicie- piątego właśnie mój wujek, piastujący w policji dość wysokie stanowisko, wracał z urlopu (wcześniej dzwoniłyśmy, ale nie odbierał). Na szczęście odebrał. Gdy tylko dowiedział się o całej sytuacji, wściekły jak osa, jeszcze z lotniska zadzwonił do swojego przełożonego. Bingo.

06.10.15r.
Poranek. Godzina jakoś 8.00. Pod nasz blok podjeżdżają dwa wozy strażackie i jeden radiowóz. Strażacy próbują dostać się przez okno, a ja z mamą i dwoma policjantami idziemy na piętro, by otworzyć drzwi (strażacy otwierali je od wewnątrz). Ja z mamą byłyśmy pierwszymi osobami, które zobaczyły TO. A ten widok zapamiętam do końca życia, podobnie jak ten smród.
Wyobraźcie sobie: piec kaflowy w przedpokoju. Do pieca na krótkiej lince przywiązany pies. W takiej pozycji, że nie mógł ani się położyć, ani wstać, ani usiąść. Pies jeszcze żył, na nasz widok nawet usiłował poruszyć ogonem. "Półsiedział" we własnych fekaliach, których było dosłownie MORZE.
Dalej nie będę tego opisywać.

Sprawa została zgłoszona do sądu, Ż i Ż grozi do dwóch lat pozbawienia wolności.

I teraz piekielności (pomijając sam fakt doprowadzenia zwierzęcia do takiego stanu).

1.Straż Miejska, Policja, Straż Pożarna. Oczywiście nie mieli sobie nic do zarzucenia, ich zdaniem interwencja przebiegła nienagannie. I skargi nie pomogły. W artykule napisali, że "mieszkańcy zaalarmowali służby 6 października". Nic nie wspomnieli o wcześniejszych dniach.

2.Weterynarz. Psa przekazano do weterynarza, który wykrył u niego jakąś poważną chorobę podskórną i inne świństwa. Przez kilka dni odwiedzałyśmy go z mamą i na pytanie kiedy zostanie oddany do schroniska, wet odpowiedział... "Ale do jakiego schroniska? Wie pani ile to KOSZTUJE? Doprowadzimy go do porządku a jak właściciel przyjdzie i będzie chciał go z powrotem to mu go oddamy." No nie. Zgłosiliśmy sprawę do Burmistrza, który to dopiero orzekł o CZASOWYM zabraniu psa właścicielowi i umieszczeniu w schronisku.
Nie znam przepisów dotyczących takich sytuacji, musiałabym poszperać, ale zrozumiałam tyle, że jeśli właściciel zgłosi się po takie zwierzę (a wtedy był jeszcze przed rozprawą w sądzie), to weterynarz musi mu go oddać. Jeśli ktoś z Was wie coś więcej na ten temat to z chęcią posłucham, nie jestem przecież nieomylna.

dolny śląsk

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (Głosów: 195)
poczekalnia

#77630

(PW) ·
| było | Do ulubionych
centrum handlowe godziny wieczorne.
Kończę prace i biegnę szybko zrobić jakieś zakupy na kolacje i śniadanie. Kupuję jakieś drobiazgi i na samym końcu idę na dział z pieczywem. W tym właśnie momencie pani obsługująca to stoisko przywozi świeże bułeczki. Radość, po całym dniu w pracy zjem świeżą, chrupiącą bułkę na kolacje. Niestety nie było mi to dane. Panowie robotnicy mający ręce w kolorze naszej ziemi postanowili wybierać bułki bez rękawiczek, czarnymi brudnymi rękoma macając chyba każdą bułkę po kolei. W tym momencie czar świeżego pieczywa padł. Pozostał mi chleb krojony z rana i zniesmaczenie tą sytuacją

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (Głosów: 126)
poczekalnia
Czy prawo jady w dzisiejszych czasach można znaleźć w Kinder Niespodziance? Albo wygrać na jakiejś loterii ?
Zaparkowałam rano pod Tesco. Parking duży ale dość ciasno z racji porannego ruchu w sklepie. Po 10 minutach wychodzę i widzę swoje autko elegancko zastawione przez Passata w kombi. Zablokował mnie, dwa inne samochody i dodatkowo jeden z pasów ruchu. Zrobił się zator.
No więc czekam na sprawcę zamieszania bo moja Ibiza jeszcze sztuki lewitacji nie opanowała, szczęśliwie wyszłam z domu wcześniej i nie spóźnię się do pracy. Po 20 minutach sklep opuszcza wąsaty Janusz a za nim drepcze jego Grażynka i radośnie kierują się do swojego krążownika. I pytam Jaśnie Pana czy jego zasady ruchu nie obowiązują? A jeśli nie zasady ruchu to może chociaż zdrowy rozsądek ? Popatrzył na mnie z litością, splunął siarczyście i odjechał w siną dal zostawiając za sobą chmurę dymu i mnie w zupełnym osłupieniu. Szkoda tylko że 20 metrów dalej wjechał pod zakaz. Prosto na radiowóz :) Karma ekspres ;)

januszekierownicy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (Głosów: 173)
poczekalnia

#77627

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeczytałem historię #77617 (gdzie narzekano, że nauczyciel angielskiego nie prowadzi należycie zajęć, tudzież bawi się z uczniami itp.

Ja znam podobną sytuację, ale z drugiej strony (a nawet z obu stron, o czym na końcu).

Zawiązanie akcji:
Dziewczyna niedawno po studiach, pełna zapału. Przedmiot ciekawy ("ścisły"), stara się, przygotowuje pomoce, pokazuje itp.
I tylko... większość klasy wlepiona w smartfony, reszta śpi (sic!!! śpi), słuchają ze 2-3 osoby...
Kilka uwag do e-dzienniczków, zgłoszenie wychowawczyni....

Akt I
Skargi rodziców, że stresuje uczniów (czyt. wybudza), próbuje ukraść telefony (zabrać i oddać po lekcji), że wymaga nie wiadomo czego itd., że nie uczy (bo spora część lekcji przypada na budzenie itp.).
Rodzice nie widzą problemu w zachowaniu swoich "pociech"...
Raczej upatrują przyczyn typu: "żal jej d... ściska, bo nie stać ją na taki telefon..."

Akt II
Opieprz od dyrekcji, że ma robić tak, żeby nie było skarg, że dyrektorka ma inne zajęcia niż słuchanie rodziców czy, nie daj Boże, pytanie z kuratorium. Przypomnienie, że mamy niż demograficzny, a ona dopiero kontraktowy itd. (czyt. zwolnią).

Efekt:
Kobieta pojętna. Już w drugim półroczu przestaje się przygotowywać, zadaje pracę domową, ale nie sprawdza i rozwiązują razem na następnej lekcji.
Nie interweniuje, o ile ktoś nie puszcza muzyki czy filmu z głośnika. Słuchawki są ok.
Nie przeszkadza odsypiać pozostałym.
Milkną skargi, klasa zadowolona, wg uczniów nauczycielka jest spox, dyrekcja "widzi poprawę"...
Cierpi tylko jej duma i "etos", ale w obliczu utraty pracy to niski koszt ...

I teraz jeszcze "druga strona":
Przypadkowo poznałem jedną z uczennic.
- czemu śpi na lekcjach..bo ma do późna korki... (a potem jeszcze przecież trzeba pogadać ze znajomymi na fb)
- czemu ma tyle korków.. bo nic nie uczą w szkole
- czemu nie może nauczyć się w szkole ... bo śpi na lekcjach ...(a zresztą większość tak robi, poza tym to wstyd uważać na lekcji)..

Kurtyna. Oklaski...

szkoła

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (Głosów: 216)
poczekalnia
Pamiętacie historię o cienkich romansidłach traktujących o miłosnych przygodach głupiutkich babeczek i o autorce, która przy okazji jest wojującą feministką, narzekającą na antyfeministyczną literaturę?

Jest ciąg dalszy.

Wspominałam, że jej książki są nie tylko durne jak matura z historii tańca, ale i najeżone błędami językowymi?

Nie brak tam zdań typu 'jadąc do szkoły padał deszcz'. Moją ulubioną postacią jest inteligentny kominek. Bohaterka bowiem "paliła listy w kominku, nim zdążył je przeczytać".

Niedawno autorka zaczęła na fejsbuczku wojować o dbałość o ojczysty język i narzekać, że straszliwe błędy popełniane przez rodaków przyprawiają ją o apopleksję.


Jeśli zacznie jeszcze narzekać na twory o kompletnie bezsensownej fabule, to będzie bingo.

Taka jedna

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (Głosów: 167)
poczekalnia

#77624

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Za dobra byłam.
Zbyt naiwna.
Mianowicie poszłam do Biedry na zakupy, zatrzymał mnie pan z prośbą o kupienie chleba, może smalcu do niego. Pan wyglądał na zadbanego, pachniał mydłem (zamiast alkoholem), był ubrany w znoszony, ale czysty garnitur...
No żal mi się człowieka zrobiło. Do moich zakupów dołożyłam dla niego chleb, serek topiony, pasztet, kilka pomidorów itp.
Zapłaciłam, dałam mu " jego" reklamówkę. Dziękował ze łzami w oczach.
Ja zaś poszłam do Relaya czy innego Inposta przejrzeć prasę.
Jakież było moje zdziwienie, gdy wychodząc usłyszałam jak pan wykłóca się z kasjerem, by zamienił mu " to barachło" na dwie amareny...

Niby dycha tylko wydana, ale jednak przykro...
Owoce mojej dobrej woli skończyły jako zagrycha do taniego wina, bo panu jednak nie udało się jedzenia na to wino wymienić.

żebracy pomoc naiwność

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (Głosów: 124)
poczekalnia

#77617

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam

Musze sie z wami podzielic tym czego sie ostatnio dowiedzialam. Od jakiegos czasu przychodzi do mnie dziewczynka z 3 klasy podstawówki na korepetycje z angielskiego. Jak wiadomo, na pierwszych zajeciach musialam okreslic na czym stoje bo dziecko podobno ma angielski od 3 lat. No to dawaj zwierzatka, kolory itp. Mala znala moze dwie trzy rzeczy. Zaczęłam uczyc od podstaw. Na kazdych zajeciach dopytywalam co istatnio robili w szkole na angielskim i czy ma jakas prace domowa. Zawsze okazywalo sie ze pan albo gdzies wyjechal, albo chory, albo nie chcialo mu sie prowadzic lekcji i kazal im sie pobawic-tu cytuje dziewczynke, facet podobno dosłownie powiedział ze mu sie nie chce. Postanowilam porozmawiac z rodzicami młodej,bo moze mloda mnie w cos wkreca zeby nie robic pracy domowej. Od jej mamy dowiedzialam sie ze praktycznie cala klasa chodzi na korepetycje bo nic nie umieja. Rece mi opadly. Doradzilam ze moze lepiej porozmawiać z wychowawca na ten temat bo na tym polega praca nauczyciela zeby uczyc a nie siedziec na tylku i oczekiwac ze dzieci sie same naucza. Mloda robila bardzo duze postepy. Wystarczylo z nia usiasc i na spokojnie wytlumaczyc.
Czemu teraz o tym pisze? Ostatnio sama z siebie opowiedziala mi ze ostatnio na angielskim grali w kalambury. Iskierka nadziei sie zaswiecila, moze facet wzial sie do roboty? Otóż nie. Na zajeciach byly kalambury ale w jezyku polskim... Coz. Pozostaje mi młodą uczyc na wlasna rękę

szkola nauczyciel korepetycje

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (Głosów: 166)
poczekalnia

#77616

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie długo.
Historia miała miejsce kilka lat temu gdy jeszcze byłem studentem. Po drugim roku studiów wyprowadziłem się z jednego mieszkania i poszukiwałem miejsca w pokoju do wynajęcia. Żeby było taniej szukałem po prostu miejsca w pokoju dwu lub trzy osobowym, gdyż nie mam problemów żeby mieszkać z kimś innym, jestem ” do rany przyłóż”. Jednak właściciele chcieli wynajmować tylko całe pokoje, więc wrzuciłem w internet ogłoszenie, że poszukuję współlokatora do pokoju. Współlokator znalazł się bardzo szybko więc wynajęliśmy pokój.

Wynajęła nam go Piekielna (powinniśmy się domyślić przy podpisywaniu umowy, jednak początek roku był lada dzień więc za dużo nie grymasiliśmy i mieszkanie naprzeciwko uczelni), która wynajmowała to mieszkanie od kogoś innego i podnajmowała dwa pokoje. W mieszkaniu oprócz 3 pokoi zamykanych na klucze, kuchni, łazienki i WC był korytarz który się poszerzał i tworzył taki jakby pokój ogólno dostępny w którym stał jakiś fotel i w którym Piekielna trzymała dwa rowery. Za pokój płaciliśmy ustaloną sumę plus opłaty rozłożone na cztery (nasza dwójka, Piekielna i chłopak który podnajmował ostatni pokój) plus kaucja równa miesięcznej opłacie. W mieszkaniu podobno nie było Internetu, ale Piekielna powiedziała, że niedługo będzie. Było też kilka zasad które zobowiązaliśmy się przestrzegać:
- żadnych imprez, jako że nie jestem typem imprezowicza nie przeszkadzało mi
- żadnego picia alkoholu
- goście tylko po wcześniejszym (kilkudniowym) powiadomieniu Piekielnej, nawet na herbatę w trakcie okienka między zajęciami
-jeśli policja zapuka do drzwi to automatyczny wypad z mieszkania

Po dwóch tygodniach zaczęliśmy upominać się o Internet, co Piekielna skwitowała stwierdzeniem, że niedługo będzie. Wyjechałem na weekend, a mój współlokator z pokoju pisał mi smsy, że Piekielna zabrała mu klucze i kazała się wyprowadzić (bo zużywa za dużo wody, podobno wziął jedną kąpiel w wannie zamiast prysznica) czego nie chciał zrobić bo miał zapłacone za miesiąc z góry. Jednak po groźbach Piekielnej, że przyjdą jej koledzy i jego rzeczy wywalą przez okno, a go wyprowadzą siłą, odpuścił, wyprowadził się, ale kaucji mu nie oddała. Przez następny tydzień było wszystko dobrze poza ciągłym brakiem Internetu. Po ok. tygodniu od wyprowadzki współlokatora gdy poszedłem wziąć prysznic okazało się, że nie ma ciepłej wody, trudno bywa. Następnego dnia przed wejściem pod prysznic sprawdziłem czy jest ciepła woda. Nie było. Zastanowiło mnie to więc poszukałem zaworu, który był w WC. Odkręciłem i wziąłem prysznic. Trzeciego dnia znowu to samo, idę więc do WC, a tam zonk. Nie ma kurka do odkręcania ciepłej wody. W tej sytuacji stwierdziłem, że nie ma sensu tam dalej mieszkać.

Znalazłem miejsce w akademiku i się wyprowadziłem. Piekielnej o zwrot kaucji nie pytałem bo założyłem, że i tak nie odda, a chciałem żeby oddała też mojemu współlokatorowi. Więc postanowiłem, że ja też będę Piekielny i jej tak łatwo nie odpuszczę. Poprosiłem kolegę z roku o pomoc w wyprowadzce. Zabrał moje rzeczy samochodem, a ja w ramach zastawu do czasu oddania kaucji wziąłem rower Piekielnej który stał w korytarzu. Zaczęły się telefony od piekielnej, że mam oddać klucze do mieszkania i rower. Żeby nikt nie mówił, że przyznałem się do kradzieży twierdziłem cały czas, że go nie mam, i jak odda kaucję to poszukam roweru na mieście i może się znajdzie. Zaczęli też wydzwaniać do mnie jej koledzy grożąc, że połamią mi kości itp. Nadszedł piątek przed długim weekendem ze Świętem zmarłych i wyjeżdżałem do domu, gdy Piekielna doszła do wniosku, że przystaje na moje warunki. A że spieszyłem się na autobus bo jechałem ze znajomymi na wyjazd weekendowy, odłożyłem wymianę na po weekendzie (i całe szczęście bo w ten weekend poznałem moją narzeczoną).

Ustaliliśmy spotkanie na przystanku naprzeciwko akademików. Piekielna przyszła, pokazała że ma pieniądze więc zadzwoniłem do kolegi, żeby przyprowadził rower. Piekielna sprawdziła czy wszystko ok, zapaliła lampkę kilka razy, i w tym momencie kątem oka zauważyłem jakiś ruch. Podniosłem głowę i zobaczyłem biegnących w naszą stronę kilku (potem okazało się że było ich 6) łysych typów o posturach zbliżonych do szafy. Kolega dostał przyspieszenia niczym struś pędziwiatr, ale nic mu to nie dało. Podbiegając zaczęli krzyczeć: „Stać ku**a, policja”. W tamtym momencie modliłem się żeby to faktycznie była policja, a nie koledzy Piekielnej, bo każdy może sobie krzyczeć, że jest z policji zwłaszcza, że żadnej odznaki nie pokazali. Rzucili mnie na ziemię, twarz wgnietli w chodnik, skuli, podjechał samochód i wrzucili mnie do środka. Byłem lekko oszołomiony i cały czas zastanawiałem się dokąd mnie wiozą, poczułem ulgę dopiero gdy wjechaliśmy na parking pełen radiowozów. Panowie wzięli mnie pod ręce i zaczęli prowadzić do budynku. Szli szybko a z racji tego że jestem wysoki ciężko mi było przebierać nogami skurczony, więc dostałem jeszcze strzał w twarz za stawianie oporu. Spadły mi okulary, poleciała krew z nosa to Panowie trochę złagodnieli. Usadzili mnie na krześle i nastąpiła zabawa w dobrego i złego policjanta (metoda skuteczna jak się okazało).

Pierwszy (ten zły) powiedział, że mam się przyznać, że zgłoszą wszystko do rektora i mnie wywalą ze szkoły, pytał mnie komu sprzedajemy rowery, gdzie je trzymamy, a ja naoglądałem się amerykańskich filmów i milczałem. Dziwne były te niektóre pytania. Potem okazało się że w tym mieście jest jakaś szajka złodziei rowerów, a Piekielna poinformowała policję, że to możemy być my. Dlatego przyjechali po nas kryminalni w składzie sześcioosobowym i obchodzili się z nami mało łagodnie, a poza tym przez nas ominął ich mecz ligi mistrzów, więc trochę rozumiem ich złość. Zły policjant wyszedł i ten dobry zaczął na spokojnie się pytać czemu zabrałem ten rower. Więc opisałem swoją wersję wydarzeń która była zupełnie inna niż pani piekielna opowiedziała policji. Policjant doradził aby wszystko dokładnie opisać na przesłuchaniu, i z przykrością stwierdził, że musi mnie zawieźć do aresztu bo tego dnia nie było już osoby zajmującej się przesłuchaniami. Ale obiecał, że do celi nie dostane żadnego dużego murzyna :). Następnego dnia odbyło się przesłuchanie. Policja rozmówiła się z piekielną, i doszło do ugody, że ona oddaje nam kaucję a my już żadnych pretensji do niej nie będziemy mieć. Policja poradziła, żeby następnym razem nie brać roweru tylko zgłosić się od razu do nich. Ja jednak nie żałuję, noc w areszcie była ciekawym doświadczeniem, a cała procedura rejestrowania mnie jako podejrzanego i przesłuchanie gdy już wiedzieli, że nie jestem żadnym gangsterem było mega zabawne więc pozdrawiam Panów policjantów, z którymi miałem do czynienia.
A cała akcja najgorzej skończyła się dla Piekielnej, bo oprócz oddania nam kaucji musiała opuścić mieszkanie, bo właścicielka dowiedziała się, że sprawa otarła się o policję.

wynajem mieszkania

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (Głosów: 119)
poczekalnia
Dodam jeszcze o pieluszkowym zapaleniu mózgu.
Kierownik zawsze podczas rekrutacji pyta czy kobieta jest w ciąży lub czy w najbliższym czasie takową planuje.
Nie ma to związku z zatrudnieniem, ale z bezpieczeństwem podczas pracy. Wyobraźcie sobie ciężarna szarpiąca się z pasażerem lub wbiegająca do pojazdów. Mówi o tym głośno, że ta praca ma ryzyko i że firma w razie czego ją informowała o zagrożeniach.
No i trafiła się dziewczyna w już widocznej ciąży i kierownik z ww przyczyn jej nie zatrudnił, ale zaproponował jak już dziecko się urodzi i wszystko się ustabilizuje to zaprasza.
Efekt skarga na kierownika za dyskryminacje kobiet w ciąży.

komunikacja_miejska

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (Głosów: 143)
poczekalnia
Z dniem 2 kwietnia w Łodzi ma mieć miejsce komunikacyjna rewolucja, a jednym z jej elementów jest brak możliwości kupienia biletu u prowadzącego. Było to stworzone kilka lat temu podczas wprowadzania biletomatów, ale wiadomo kierowca jest od prowadzenia, a nie sprzedaży. W każdym razie biletomaty są na karty PIN i zbliżeniowo oraz blik. Możliwość kupna biletu 4 opcje przez telefon w tym opcja kupna sms premium. Mamy biletomaty stacjonarne obsługujące karty, blik, monety, banknoty. I co?
Oczywiste narzekanie bo jak to.
Kilka lat temu tłumaczeniem braku biletu było:
Bo mam tylko kartę, telefon, 100zł i nie mam gdzie kupić.
Obecnie Mam tylko 200zł bo telefonu i konta w banku nie posiadam a biletomat tylko na karty.
A prowadzący z 200zł nie ma wydać ( bilet za 1,30)
Zawsze znajdzie się powód braku biletu.

komunikacja_miejska

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (Głosów: 101)