Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#78019

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sama już nie wiem czy to co mnie spotkało w pracy było piekielne, czy po prostu śmieszne, bo sytuacji aż tak absurdalnej daaaawno nie doświadczyłam :D. Otóż jak to w kawiarniach mamy ciastka, ciasta i inne dyrdymały które sami zwykle robimy. Lubię się bawić w cukiernika i całkiem nieźle mi to wychodzi więc postanowiłam moim eksperymentalnym ciastem podzielić się z kawiarnią. Przyjęło się, szybko schodzi, klienci chwalą więc regularnie można je u nas dostać. Jakież było moje zdziwienie, gdy dziś klientka próbowała wyłudzić ode mnie przepis. O ile na początku była to prośba, próba ułaskawienia, no bo przecież ona nikomu nie powie, tak po kolejnych odmowach, nieusatysfakcjonowana znajomością składu, który jej podałam zaczęła się coraz bardziej burzyć i wściekać... W pewnym momencie moja cierpliwość się wyczerpała i dosadnie powiedziałam Wielebnej że nie ma opcji i niech już sobie idzie jeśli jej jedynym powodem stania tutaj jest wydzieranie się nade mną. Odszczekała standardową regułkę że jestem niewychowana, jej noga więcej tu nie postanie i jak ja traktuję klientów, przecież co mi szkodzi dać ten przepis...
Także no, szczękę przez chwilę zbierałam z podłogi bo babeczka walczyła niczym lwica o kawałek mięsa, pojedynek przegrała, szkoda że i tak wróci po to ciasto, dowiedziałam się jeszcze że nie tylko mnie o nie męczyła...
Równie dobrze mogła wyskoczyć do mnie z argumentem "No przecież co Ci szkodzi strzelić sobie w kolano...", na to samo by wyszło.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (Głosów: 126)
poczekalnia

#78017

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zaraz pojawia się głosy o roszczeniowych matkach. A chodzi o zwykłą uprzejmość.
Sytuacja z piątku. Sklep z artykułami dla dzieci we Wroclawiu. Wychodzę z dzieckiem w wózku głębokim ze sklepu. W tym momencie do sklepu wchodzi kobieta w zielonym płaszczu. Patrzy na mnie i wozek i szybciutko zamyka drzwi za sobą i idzie przeglądać ubranka. 10 minit później apteka obok. Wychodzę z apteki. Wchodzi ta sama kobieta w zielonym płaszczu. Znowu patrzy na mnie i na wózek i szybciutko zamyka drzwi i ustawia się w kolejce. Wydawaloby się ze drzwi nie są ciężkie ale jak musicie jednocześnie trzymać drzwi noga lub sobą i wciągać wozek do środka lub na zewnątrz to nagle się okazuje ze są ciężkie i niewygodne bo oczywiście chcą się zamknąć same.
Dzisiaj agencja pocztowa. Wychodzi kobieta widzi mnie i wozek tuż pod drzwiami do agencji. Patrzy na mnie i ma wozek po czym szybko zamyka drzwi i odchodzi. Hitem był pan który uznał kiedyś ze ja z wozkiem przytrzymuję dla niego drzwi bo się przed wozek wepchal.
Nie oczekuję cudów ale skoro ktoś dał radę otworzyć te drzwi to jak mi je 10 sekund dłużej potrzyma to nic mu nie będzie. Staram się nie chodzić po sklepach z dzieckiem ale czasami po prostu trzeba.
Odrobina życzliwości się wszystkim przyda.

sklepy

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (Głosów: 138)
poczekalnia

#78014

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odnośnie historii Morningstar o numerze http://piekielni.pl/77929 opowiem o swojej historii z ostatniego weekendu.

Wracamy z Lubą z weekendu u moich rodziców. Spokojnie sobie ciągniemy do przodu jedną z krajówek, która w tym akurat miejscu jest jednopasmowa. Długa prosta więc i dobre miejsce do wyprzedzania. Jedziemy sobie: jedno autko (chyba VW ale nie jestem pewien), ja i za mną jeszcze kilka samochodów. Pojawił się za nami też on: Pan i Władca szos w srebrnym Vivaro. Stwierdził, że nasza "stówka" na liczniku to dla niego za mało i postanowił nas wszystkich wyprzedzić. No i tak brał nas wszystkich za jednym wyprzedzaniem aż zamigała mu wysepka na drodze przed pasem do skrętu w lewo. Nie mógł jej brać po pasie do jazdy z drugiej strony bo jechały auta więc postanowił wcisnąć się przede mnie. Przyhamowałem dosyć mocno, żeby mu nie wjechać w "tyłek". Gościu jednak niczym nie zrażony zaraz jak lewoskręt się skończył postanowił dalej wyprzedzać jak szalony. Tylko co mu to dało na koniec? A no niewiele bo do miasta wojewódzkiego (które też było naszym celem) dojechałem tuż po nim (widziałem jak wysiada ze swojego auta przy jednym z domów na przedmieściach).

kierowcy dk5

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (Głosów: 82)
poczekalnia

#78011

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie będę oszukiwał i powiem, że zachęcony główną(#77960) postanowiłem podzielić się z wami jeszcze kilkoma "eskejpowymi" historyjkami. Tym razem będzie o złośliwości niektórych klientów.

To, że ktoś się zrobi niezły bałagan w pokoju, to właściwie norma i nie mam prawa mieć tego komuś za złe. Ot, pewne rzeczy się poprzestawia, poprzekłada rekwizyt albo porozkłada w różnych miejsca klucze czy kłódki. Zwykle nie ma problemu, a nawet jak któryś klucz się zgubi, to można go po pewnym czasie znaleźć albo zrobi to inna grupa(może to mało profesjonalne, ale informuję o tym, że jakby znaleźli coś to prosiłbym o info). Zwykle uporządkowanie nawet ostro poprzestawianego pokoju, no chyba że coś się zepsuje, nie trwa dłużej niż piętnaście minut. Problem się zaczyna kiedy ktoś w sposób zorganizowany mi moją pracę utrudnia...

1. Grupa nie wyszła z pokoju, a zaraz po tym jak ich otwarłem bardzo szybko zwinęła się z lokalu. Dla mnie świetnie, więcej czasu na uporządkowanie przed następna grupą, a nawet możliwość zjedzenia czegoś! O ja naiwny... Kiedy wszedłem do pomieszczenia, rzuciło mi się w oczy, że wszystkie kłódki z hasłami cyferkowymi są pozamykane na szafkach/skrzynkach, co niby mogłoby mi utrudnić, ale kiedy pracuje się ponad 4 miesiące, wszystkie kody zna się na pamięć. Tak, dobrze myślicie: zmienili kody do każdej z tych kłódek. Sparaliżowało mnie totalnie, następna grupa za 30 minut a ja mam do otworzenia 7 kłódek! W dodatku dotarło do mnie, że w tych szafkach i skrzynka pozamykali też klucze... Normalnie powinienem zadzwonić do nich, pośmiać się i poprosić(sic!) o podanie kodów. Duma mi nie pozwoliła i wziąłem się za otwieranie na wyczucie tych kłódek, które nie były atestowane. Wszystkie trzy miały kod w stylu -6-6-6- tylko zmieniała się ilość szóstek. Drogą dedukcji zastosowałem je na tych atestowanych, gdzie jednym sposobem otwarcia bez kodu byłaby szlifierka kontowa. Też zaskoczyły! Kiedy ochłonąłem i wprowadziłem grupę, skrupulatnie spisałem sobie imiona i nazwiska członków tej grupy i wpisałem na czarną listę(dotąd były na niej głównie ekipy alkoholowe). Szef niestety nie pozwolił na SMSa do tych satanistów, gdzie triumfalnie obwieściłbym wygraną...

2. Innym razem miałem (nie)przyjemność spotaknia się z grupą o zacięciu artystycznym, w stylu Banksy'ego. W tym wypadku puszki ze spreyem zamieniono na markery, a płótnem był escape room. Akurat w tym pokoju było dużo zdjęć i portretów... I każda postać dostała pięknego i zamaszystego wąsa. Boss pociągnął ich do jakichś tam kosztów, a mi pozostało zmyć co się dało... A i tak kilka panienek na jednym z obrazów ma hitlerowskie wąsiki. Sztuka nowoczesna, nie?

escape_room

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (Głosów: 112)
poczekalnia

#78007

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tak ze wspomnień. Od kilku lat korzystam z usługi zakupów dostarczanych do domu z Tesco. Byłam całkiem zadowolona. Jestem nieszczęsną posiadaczką lokalu mieszkalnego na 4 pietrze bez windy a że siły już nie te, zamawiam i dwóch silnych panów taszczy mi ciężary do przedpokoju. Napiwek - zawsze, mam szacunek dla cudzej pracy, zwłaszcza dla wysiłku nie mnie dostępnego. Ale nie o tym. Tesco się reklamuje, że mrożonki przewozi zawsze w chodni, dzięki czemu docierają do klienta w stanie zamrożonym, nawet w upały. Sprawdziłam i faktycznie - zawsze mrożone towary były dostarczane do mnie w stanie idealnie zamrożonym.
Wiedziona zatem zaufaniem, zamówiłam okazały tort lodowy na urodziny wspólne - synek 30.07 i mąż 31.07 - tort miał być ukoronowaniem imprezy. I przyjechał. O czasie. Tyle tylko, ze nadawał się wyłącznie do WYLANIA do zlewu, bo nawet nie do wyrzucenia (wyrzuca się na ogół ciała stałe, nie płynne)

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (Głosów: 123)
poczekalnia

#78004

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak już wspominałam w tej historii: http://piekielni.pl/67576 lubię sobie dla rozluźnienia poczytać pudelka. Zdarza się, że oprócz typowych ploteczek o celebrytach serwis ten publikuje różne inne nowiny ze świata. Dwa dni temu czytelnicy mogli przeczytać o włoskiej pielęgniarce, która przez pół roku udawała, że szczepi niemowlęta, dokumentację medyczną fałszowała a szczepionki wylewała z fiolek.

Ten artykuł skłonił mnie do zastanowienia się czym ten przypadek różni się od tzw. klauzuli sumienia, którą tak chętnie zasłaniają się różnej maści ginekolodzy i aptekarze. W końcu wyżej wspomniana pani też kierowała się jakimiś pobudkami – może miała własną „klauzulę sumienia”, a może była jedną z tych zwichrowanych kobiecin, które w szczepieniach upatrują wszelkich alergii, anemii, autyzmu i burzy piaskowej w północnej Libii.

I wiecie do jakiego doszłam wniosku? Że, cholera, nie chcę, żeby zajmujący się mną lekarz lub aptekarz miał klauzulę sumienia, poglądy lub zwichrowania. Nie chcę żeby odmówił lub fałszował zabiegi medyczne bo ma jakieś poglądy albo klauzula sumienia mu nie pozwala. Mógł się zastanowić nad swoim sumieniem przed rozpoczęciem studiów medycznych. A jak poglądy mu nie pozwalają na ratowanie czyjegoś zdrowia lub życia, to niech spieprza sprzedawać brokuły na straganie. Tam na pewno się przyda. Bo dobry lekarz to, według mnie, osoba z chłodnym i obiektywnym podejściem do pacjenta i jego przypadłości.

Co do głównej bohaterki tej opowieści – ciekawe, czy przez te pół roku swej „działalności misyjnej” zastanowiła się na jakie choroby i problemy skazuje niemowlęta i ich rodziców. Mam nadzieję, że dostanie wysoka karę.

pudelek

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (Głosów: 219)
poczekalnia

#77996

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako studentka pracowałam w jednym z większych supermarketów w Polsce, gdzie kupisz wszystko - od mydła po meble ogrodowe. Dziś ten market istnieje pod innym szyldem. Dziś postanowiłam się podzielić z wami moimi piekielnymi klientami.

1.
Niedziela - ulubiony dzień na zakupy rodzin z dziećmi. Ogółem głośno, chaos, piski, płacz - wszystko męczy, głowa pęka. I zjawia się Ona - pani lat ok. 50. Kasuję jej produkty, podaję kwotę. Pani jedną ręką wspiera się pod bok, tupie (dosłownie) nogą i pyta:
P: No i?
Takiego pytania jeszcze nie miałam, pozostało mi wydukać jakieś Yyyy?
P: Kto za to teraz zapłaci? He?

Otóż pani rozpętała mi awanturę, że na pewno policzyłam jej za dużo, a ona za taką kwotę zakupów nie zrobiła. I ona nie zapłaci. Na taśmie leżą kosmetyki, po kilkanaście złotych sztuka i mnóstwo innych rzeczy. Mówię jej, że na pewno się nie pomyliłam. Ona żąda, aby pokazać paragon. Nie mogę gdyż paragon drukuje się po zatwierdzeniu płatności. Chce paragon, ale nie zapłaci i tak w kółko. Klienci już zniecierpliwieni, kolejka tworzy się coraz dłuższa. Tłumaczę, że jak zapłaci, wydrukuję jej paragon, a jeżeli się pomyliłam w informacji zwrócą jej pieniądze. Po wielu fochach kolejka rusza dalej, ale Ona nie odchodzi. Bierze paragon, wyciąga okulary i z kwadrans lustruje każdą pozycję, mrużąc oczy i patrząc przy tym na mnie. Zajmuje miejsce klientom, nikt nie może wygodnie spakować swoich zakupów. W końcu odchodzi. Po upływie pół godziny.

2.
Matka, ojciec i synek. Ubrani w firmowe ciuchy, wiadomo hajs się w tej famili zgadza. Zakupy typowo do firmy/biura: kilkanaście kaw, śmietanek, cukrów, herbaty, spinacze, papier, segregatory itd. Pan każde kasować wszystko pojedynczo, dla mnie uciążliwe, dłużej to trwa, ale ruch niewielki, klient nasz pan.

Skanuję, a pan zatrzymuje mnie po chwili, do ręki daje piłkę Nike, kasować i lecieć dalej. Za moment to samo - stop, daje do ręki spodenki Adidasa, po kilkunastu produktach koszulkę sportową. Wszystko dla syna. Pan zapłacił, pyta o wystawienie faktury. Mówię, że w informacji. Bierze paragon do ręki, długi jak litania i rechocze pełnym zadowolenia głosem zwracając się do żony:
-Patrz Marycha, jaki paragon, ta ślepa księgowa znów się nie dopatrzy fantów dla młodego.

Syn ubrany na koszt firmy, taaa daaaam!

3.
Klient płaci za zakupy 200 zł. Szczerzy się przy tym jakby wygrał na loterii. Pyta:
K:Dużo co?
Ja:No spore zakupy.
K:Pewnie się nie trafiają pani tacy klienci, co płacą tak dużo, no nie? Wypina dumnie przy tym pierś, jakby oczekiwał orderu za wydanie takiej kwoty.
Żal mi było komentować, że co piąta osoba wydaje tu na samą spożywkę około 500 zł...

4.
Tatuś z synem na zakupach. Wybrali młodemu zestaw klocków Lego.
Tatuś: To teraz zapłać pani za zakupy.
Mały unosi coś nad głowę i zanim zdążyłam zareagować z impetem na taśmie rozbija świnkę skarbonkę. Syf naokoło, monety wszędzie. Ja przeliczam 200 zł w monetach 5 zł. Ojciec z synem wychodzą szczęśliwi ze sklepu. Ja w szoku sprzątam taśmę i stanowisko pracy, żeby inni się nie pokaleczyli o odłamki skarbonki.

5.
Zasada: jeżeli nie robisz zakupów w sklepie należy wyjść przez bramki, którymi się wchodzi do sklepu, koło stanowiska ochrony. Taka zasada. Kasjerzy mają prawo nie przepuścić i żądać wyjścia ze sklepu koło ochrony.
Sobota wieczór, ulubiona pora okolicznej patologii. Tatuaże, brak zębów, palców, brudni. Wchodzą, wychodzą bez zakupów przez moją kasę. Czmychnęli tak szybko, że nie zdążyłam nic powiedzieć. Po kolejnej godzinie to samo. Za trzecim razem wyszli przez inną kasę. Gdzie piekielność? Otóż panowie ściśle obejmowali rękami swoje kurtki u dołu. Pewnie, żeby nie wypadły im towary, które wynosili ze sklepu. Za każdym razem polowali na kasjerkę która jest nowa/młoda/taka która przestraszy się ich wyglądu. Nigdy nie wychodzili przez kasy starych pracowników.

6.
Tym razem bardziej smutno i przygnębiająco. Tą klientkę będę mieć w pamięci całe życie. Poranek należał zakupowo do osób starszych. Podchodzi do mnie siwa babinka, płaszcz chyba pamięta jeszcze wojnę, miejscami połatany, ale schludny. Ledwo chodzi, wspiera się na takim chodaku na kółkach z koszykiem. Uśmiechnięta i sympatyczna wykłada swoje zakupy. Sprawiało jej to trudność i trochę to trwało. Był to najtańszy chleb za 1 zł, kawałek chudego twarogu i najtańsze masło jakie można dostać. Wyjmuje pieniądze nie z portfela, czy portmonetki, ale ze zwykłego woreczka foliowego i wysypuje drżącymi rękami, abym mogła je przeliczyć. Pyta czy jej starczy, bo jeśli nie ona wróci po to za kilka dni. Były tam same grosze, gdzieś błysnęło 10 gr, moneta 20 groszowa to był już rarytas. Babinka czeka w napięciu czy wystarczy. W kieszeni znajduje jeszcze kilka groszy. Dokłada. Starczyło.

Kilka dni później sytuacja się powtarza. Ta sama babinka kieruje powolne kroki do mojej kasy. Zakupy te same. Uśmiecha się. Chleb 1 zł, twaróg no name i masło, najmniejsze jakie można dostać. Liczę znów te miedziaki. Tym razem niestety brakuje. Informuję ją o tym, a w jej oczach pojawiają się łzy. Załamanym głosem mówi, że może zrezygnować z czegoś. Mi się serce kroi.

Już mam ściśnięte gardło, szybko rzucam, że jednak się pomyliłam w liczeniu i zrobię to jeszcze raz. Miedź zgarniam do kasy, babinka odchodzi z zakupami. Ja na przerwie dorzucam z własnej kieszeni przemycone 20 groszy... A łez nie potrafiłam opanować jeszcze przez dobrą godzinę. Dla mnie to było nic, dla tej kobiety pewnie jedyny posiłek przez kilka dni.

W jakim miejscu my żyjemy, żeby starsi ludzie, którzy budowali ten kraj nie mieli pieniędzy na chleb??!!!

sklepy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (Głosów: 227)
poczekalnia

#77995

~Jednorazowo ·
| było | Do ulubionych
W sumie ,nigdy nie planowałem dodać tutaj historii ,ale widziałem ,że pojawiło się kilka o typowych Januszach byznesu, to dodam swoje trzy grosze dotyczące sprzedaży samochodu.

Na wstępie dodam jeszcze , ze pochodzę z bogatego domu ( nie chwaląc sie oczywiście ,gdyż jest to istotne dla potrzeb historii ) niedawno skończyłem studia, i od 4 lat prowadzę firmę ,która bardzo dobrze prosperuje dzięki pomocy finansowej od rodziców ,oraz ich kontaktów na początku ( firma nie ma nic wspólnego z działalnością zawodowa rodziców ) więc w zasadzie zasponsorowali mi start i pomogli z pierwszymi klientami.mieszkam z narzeczoną ,jej sytuacja materialna jest dość poodbna do mojej i dzięki niej nie jestem jednym z bananowych dzieci ,nie mających szacunku ani do pieniędzy ani do ludzi .

Historia właściwa
Na 18 urodziny z pieniędzy ,które dostałem od gości i rodziców zakupiłem samochód ,nic nadzwyczajnego, 12 letni hatchbag jednej z lepszych niemieckich marek ( ani passerati ani 1.9 tdi )ze wszystkimi papierami i oryginalnym przebiegiem. Pare miesię temu stwierdziłem , że czas na zmiany i kupiłem auto z salonu, tej samej marki ale wyższej klasy ( ponad 400k i oczywiście w leasing :) ). Staruszek poszedł na internet. Cena była odpowiednia co do ogólnego stanu i przebiegu ,czyli ciut ponad przeciętna.

Pominę rozwijanie wątków wiadomości typu xxxx i jestem za 2 godziny, albo jesteśmy bardzo biedni i chcielibyśmy taki samochód lub jak również sie trafiło bo nam sie należy bo pan sie bogacisz na takich jak my ( oczywiście moja wina ,że nie chciało im się uczyć albo zaplanować choć minimalnie przyszłości, porobili dzieci za młodu lub liczyli że Bill Gates odda im pieniądze )

Jedna rozmowa która przeszła granice absurdu jak na moje standardy
J(ja)- dzień dobry słucham
M(Mirek ) - bry! Ja w sprawie auta
Kawałek rozmowy dotyczący samochodu nie istotny do przytoczenia
M- dobra to powiedz pan na co zmieniasz
J- przepraszam ale wydaje mi się, że nie jest to istotne
M- ależ oczywiście bo skąd ja mam wiedzieć ze nie kupisz pan takiego samego ( w tym momęcie zgłupiałem i do dziś nie wiem o co chodzi
J - Ferrari
M - jesteś ch** oszustem i rzucił słuchawka
W sumie miał racje z tym oszustem :p

Zadzwnił jeden Pan( tutaj jeszcze z pełną kulturą i szacunkiem) rozmowa miła konkretna wszystko ustalone jutro przyjedzie zobaczyć.

Godzina 14 przybywa pod mój dom ,wita się ( wygląd jak no cóż Janusz wąs, kamizelka , lekko tluste włosy)rozmowa normalna ,wchodzimy do garażu gdzie stało moje nowe i stare auto ,oraz samochód narzeczonej bardzo podobnej klasy do mojego ,ale 3 letni . Pan w tym momęcie zmienił sięw typowego Janusza, buraka i cwaniaka z czerwoną twarzą i nawykiem cmokania .Przestał go interesować samochód na sprzedaż ,a pozostałe auta ,do których próbował sie władować ale były pozamykane, więc skończyło się na popalcowanych szybach i odbiciu twarzy . Następnie grad pytań o prace, skąd pieniądze, ile za auta, ile za dom , nie był zbyt zadowolony brakiem odpowiedzi to nadszedł czas ,żeby zbić cenę staruszka. Ochocho i to nie byle jak tylko o 90% bo pewnie bity albo coś sie zaraz zepsuje, bo nam i tak to pewnie różnicy to nie zrobi ( moze i nie ,ale nie widzę powodu dlaczego mam komuś prezentować 100% sprawne auto. ) Gdy jego taktyka nie przynosiła efektów ,dowiedziałem się że moja jej ku#wą ,że dupą na to wszystko zarobiła i porzucał jeszcze plagi egipskie. Narzeczona powstrzymała mnie przed rękoczynami i skończyło sie na tym, ze Janusz uciekał do auta będąc zraszanym wężem ogrodowym. Pózniej na forum znalazłem prawdopodobnie jego post z linkiem z mojego ogłoszenia ,że nie warto bo to bubel i smierć na kółkach.

2 tygodnie pózniej zadzwonił młody chłopak czy może przyjechać obejrzeć. Z pełna kulturą pooglądał stwierdził że weźmie tylko chce z mechanikiem je obejrzeć. Za 3 dni przyjechał , trochę zbił z ceny i kupił.

I tutaj może mało dostrzegany morał , ludzie wolą kupić za tą samą cenę auto z niewiadomą historia od handlarza niż od kogoś kto faktycznie o nie dbał ,ale nie chciał zniżyć ceny o niewiadomo ile .

Z góry przepraszam za wszelkie błędy językowe.
O ile nie zostanę zniszczony w komentarzach za "chwalenie się "itp dodam jeszcze historie jak bawią się bananowe dzieci oraz jak przestałem byc jednym z nich.

Auta

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (Głosów: 173)
poczekalnia

#77990

~kasafiskalna ·
| było | Do ulubionych
Przez 8 miesięcy pracy na stacji paliw można wiele nauczyć się o ludzkim zachowaniu.

1)Ludziom nigdy nie jest dość dobrze/wygodnie.

Na stacji mamy standardy obsługi wyższe niż w przeciętnym osiedlowym sklepie, a nawet w wielu większych marketach. Kiedy tylko pojawia się klient, stajemy na baczność w gotowości, jeżeli znajdujemy się gdzie indziej, niemalże biegniemy do kasy żeby jegomościa obsłużyć. W tym samym czasie zajmujemy się przyjmowaniem płatności i robieniem np. zapiekanki innemu jegomościowi kiedy jest kolejka. Wszystko jest szybko jak tylko się da.

Ale jednak.

Podjeżdża terenowa "be-ema" z jednym z tych samodzielnie ułożonych numerów rejestracyjnych. Stali bywalce. Pani umalowana grubiej niż grubo, i umięśniony Pan, rozmiarowo adekwatny do swojej terenówki. Zawsze kupują dużo, a że jest drogo to i płacą dużo, i jakby specjalnie szukają najdroższych produktów.

Tego dnia Pani kupuje sama, rozglądając się po sklepie przynajmniej 10 minut, sącząc jeszcze nieopłaconą puszkę energetyka. Kolejki nie ma.

Chwilę później zostaję sam na sklepie, więc tylko jedna kasa jest otwarta. Ludzie rzucają się stadem, wszystkie dystrybutory zajęte, ja robię co mogę, ale jak to z ludźmi, czasem szybko się nie da. Ten chce jeść, Ta chce fakturę na dane inne niż w bazie, 3 razy tłumacząc jak pisze się "Logistics". Światowa kobieta.

Po chwili (jakieś 3 minuty) kolejka zwęża się do 2 osób. Z przodu jakiś pan nieistotny w tej historii, a za nim Pani która z jakiegoś powodu nie mogła ustawić się w kolejce wcześniej. Akurat wychodzi z zaplecza kierownik, i proponuje Pani że ją obsłuży na drugiej kasie, ot taka mała uprzejmość.

A Pani oburzona:
"Pół godziny (!) stoję, to postoję jeszcze"
Ze mną o dziwo obeszła się łagodnie, ostrzegając o otwartej puszce, żeby się nie oblać :)
Na odchodne rzuciła że ostatni raz tutaj przychodzi.

Sklep można już zamknąć.


2)Klient nie zawsze ma rację, ale zawsze wie lepiej. Zwłaszcza kiedy nic nie wie.

Może to przez niezręczność chwili w której trzeba poprosić o pomoc, ale w większości przypadków kiedy klient czegoś nie wie, to oburzony pyta "czemu nie działa".

Tu warto pokrótce wyjaśnić złożoność poprawnej techniki obsługi myjni samochodowej.
1.Kupujesz bilet z kodem.
2.Wpisujesz kod
3.Wjeżdżasz samochodem
4.Wciskasz "start"

Wszystko to jest objaśnione szczegółowo w pięciu akapitach na plakacie w formacie A2 umiejscowionym w widocznym miejscu. Dwa razy.

Sytuacja:
Pan kupił bilet na myjnię.

Poszedł na myjnię, i po chwili wrócił stanowczym krokiem, najwyraźniej poruszony myślą technologiczną stojącą za tym ustrojstwem. Na samym wejściu, donośnym głosem nasyconym oburzeniem i z wielkim bólem spytał "czemu myjnia nie działa". Z moją fachową pomocą odnaleźliśmy powód usterki.

..Pan zamiast "start", wcisnął OK.

Całe szczęście że mam prawie-technika informatyka.


3)Do tej samej myśli co wyżej. Oni po prostu wiedzą lepiej.

Sytuacja zdarza się jakieś kilkadziesiąt razy dziennie.

Mamy dwa terminale do płatności kartą. Terminal po stronie klienta obsługuje płatność "zbliżeniową", a wypustka na kartę jest przeznaczona dla kart flotowych.

Drugi terminal stoi po stronie kasjera, ale wciąż w widocznym miejscu. Do tego terminala wkłada się kartę płatniczą gdy tzw. PayPass nie jest opcją. Czyli żeby płacić "na PIN" trzeba mi podać kartę.

I naprawdę nie wiem czemu tak jest.

Sytuacja:

1.Klient wkłada kartę ze swojej strony, i bynajmniej nie jest to karta flotowa.

2.Tłumaczę najlepiej i najkrócej jak można że ten terminal działa *tylko* na zbliżeniowe, i że mogę włożyć z tej strony (terminal widać ale i tak pokazuję palcem).

3.Tu jest kilka możliwości (kolejność wg częstotliwości występowania):

-"Nie nie, to nie jest zbliżeniowa" (często wciskając mi się wpół i tak krótkiego zdania) i czekając na cud z kartą wciśniętą w terminal z napisem "ZBLIŻ KARTĘ" na wyświetlaczu.

-Klient faktycznie ogarnia sytuację i podaje mi kartę.

-Klient nie słyszy/udaje że nie słyszy i czeka na cud, po dłuższej chwili patrząc się na mnie pytająco.

-Klient nie rozumie po Polsku. Ale wiem jak pisze się "Logistics", więc jakoś dajemy radę.

-Zdarzyło się raz. Duży gość, głośny, łysy, gwałtowny. Wciska kartę. Tłumaczę mu jak mogę, a ten patrząc na napis "ZBLIŻ KARTĘ"
stwierdza że już przeszło.

Nie przeszło.

stacja

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (Głosów: 87)
poczekalnia

#77999

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielne przejście dla pieszych.
Naprzeciwko mojego bloku znajduje się fajny plac zabaw, składający się z placyku dla małych dzieci, boiska do piłki nożnej/koszykówki, mini-skateparku oraz miasteczka drogowego. Blok od placyku oddziela jezdnia, ostatnio remontowana. I właśnie podczas tego remontu postanowiono wytyczyć przejście dla pieszych, prowadzące wprost na placyk. Idea chwalebna, bo ulica dość ruchliwa (łączy dwie główne, równoległe ulice X i Y, ruch zatem na niej spory). Przejście wygląda następująco: nie ma pasów ani żadnego innego oznakowania na jezdni, od strony ulicy X widnieje znak "przejście dla pieszych" - nieco osłonięty bujnymi gałęziami drzewa, przy którym go postawiono, no ale jest, od strony ulicy Y natomiast nie ma nic. Kierowcy jadący z kierunku Y do X nie mają pojęcia, że w tym miejscu znajduje się przejście dla pieszych. Nie raz widziałam zdezorientowane dzieciaki lub matki z wózkami, bezskutecznie próbujące przejść na drugą stronę. Kierowcy, jadący od strony X widzą znak, zatem hamują, kierowcy jadący w przeciwnym kierunku czasem tak (bo widzą, ze ten z naprzeciwka hamuje) a czasem nie, bo w sumie z jakiej racji mają przepuszczać pieszych w miejscu (według nich) nieoznakowanym. Kwestią czasu jest tylko, że jakiemuś dziecku stanie się krzywda. Spółdzielnia umywa ręce, bo to "miasto robi" w urzędzie dzielnicy nikt nic nie wie...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (Głosów: 63)