Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Jestem listonoszem Poczty Polskiej.
Idę na "rozbiórkę", czyli fragment rejonu, który jest nie obsadzony. Pracuję tam kiedy skończę swój rejon. Nie mam za to płacone, ani nawet poklepania po plecach "że dobra robota".
Generalnie bywam tam w godzinach późnych popołudniowych.
I nawet nie dzwonię, zostawiam tylko awiza. Wrzucam polecone do skrzynek dla tych co się zgodzili.
Nie mam czasu.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (Głosów: 132)
poczekalnia
Pojechałem dziś na mszę komunijną, dziecko z rodziny żony. Ulica zapchana samochodami po obu stronach, więc odpuściłem sobie parkowanie przy samym kościele.
Pojechałem dalej, mniej więcej 200 metrów, wjeżdżam w zatoczkę parkingową, na ostatnie wolne miejsce. Słyszymy z żoną klakson. Za chwilę do moich drzwi podbiega facet i... Nie można nazwać tego krzykiem, ale niech będzie:
-Wypier... stąd, ja to miejsce wcześniej widziałem.
Parking ogólnodostępny, gość jechał za mną, nawet nie bezpośrednio, więc na spokojnie staram się z nim porozmawiać, ale gdzie tam.
Usłyszałem jeszcze trochę epitetów, że dojadą mnie chłopaki z miasta, że bym zabierał swój gówniany szrot z "jego"miejsca.
Część epitetów nagrała się na kamerce samochodowej. Ja jeszcze zrobiłem zdjęcie jego wypasionej furze Porsche Cayenne z uwzględnieniem tablic, co niemiłosiernie rozwścieczyło pana i stwierdził, że teraz zobaczę, bo dzwoni po chłopaków.
Pewnie by jeszcze podyskutował, ale blokował przejazd to go obtrąbili co skwitował środkowym palcem.
Pajaca widziałem na mszy jak brał od córki chleb, książeczkę i różaniec. Samochód cały, chłopaki z miasta jadą...

parking

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (Głosów: 179)
poczekalnia

#78328

(PW) ·
| było | Do ulubionych
"Wolne media" w Polsce - podobno na TVN24, który to portal uważa się za ostoję wolności słowa w naszym kraju - każdy może wszystko komentować (o ile oczywiście mieści się w granicach prawa i nikomu nie ubliża - choć niektóre komentarze, które zostały zaaprobowane przez moderatorów, nieraz temu ostatniemu przeczą). Nie można jednak komentować niekompetencji i braku wiedzy "redaktorów" - autorów publikowanych na tym portalu bzdur.

Przykład nr 1.
Artykuł dotyczący Motu Cłowego w Szczecinie, którego konstrukcja została przygotowana bodajże w Gdyni. Do miejsca docelowego popłynął barką. Autor artykułu napisał, że "most ma wyporność xxx (nie pamiętam liczby) ton". Dla tych, którzy nie wiedzą: wyporność dotyczy wyłącznie jednostek pływających (za Wikipedią: podstawowy parametr określający wielkość okrętów, rzadziej innych jednostek pływających. Wyporność jest miarą siły wyporu, określa masę wody wypartej przez zanurzoną część okrętu zgodnie z prawem Archimedesa).
Napisałem komentarz z pytaniem, jakim cudem - według autora - most, niebędący jednostką pływającą, może mieć wyporność.
Komentarz wymoderowany.

Przykład nr 2.
Artykuł o tym, że facet szedł po plaży i znalazł wyrzucony na brzeg karabin maszynowy - Maxim wz. 1910, czyli wprowadzony w 1910 roku. Według TVN24 został on wyprodukowany pod koniec XIX wieku, czyli kilkanaście lat przed swoją premierą.
Napisałem komentarz z pytaniem do autora, jakim cudem karabin mógł być wyprodukowany tyle lat przed tym, jak został opracowany.
Komentarz wymoderowany.

tvn24

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (Głosów: 157)
poczekalnia

#78318

~james ·
| było | Do ulubionych
Kilka lat temu jadąc z kolegą na koncert do miasta oddalonego od mojej mieściny 400 km miałem dość poważnie wyglądający wypadek drogowy. Kierowałem ja. Nagle kierowca z naprzeciwka zjechał na mój pas i doszło zderzenia. Jak się później okazało - przysnął. Pech straszliwy. Moje auto dość spore, długie, strefa zgniotu znaczna... śpiocha-małe miejskie autko. W efekcie i ja i tamten leżymy autami w rowie. Udało mi się jakość wyczołgać z kabiny - kumplowi zresztą też. Na jezdni mnóstwo porozbijanych części obu aut. Reszta ludzi mimo to jeżdzi po tych śmieciach i mija nas jakby nigdy nic - totalna znieczulica. Mi z czoła leci krew. Kumpel ma jakieś bóle w kończynach. Podchodzę całkiem oszołomiony do osi jezdni i zatrzymuje pierwszy lepszy samochód. W nim jakiś facet (F) i żonką i taka oto rozmowa:
(Ja): Przepraszam, czy mógłbym prosić pana o wykonanie telefonu, bo mój został w aucie - wskazując na wrak
Facet patrzy na żonkę potem na mnie, potem na szczątki auta i...
(F)Yyy ...Wie pan co - ale ja mam mało na koncie...
Po czym zasunął szyby i ruszył przed siebie

KURTYNA

komunikacja_miejska

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (Głosów: 202)
poczekalnia

#78324

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia ta dzieje się bardzo dawno temu, kiedy to było dane mi uczęszczać do technikum. Nie była to najlepsza szkoła średnia w rejonie, ale była dobra.

Kiedy zaczął się trzeci rok, dołączono do nas inną placówkę oświaty o charakterze technicznym - jedną z najgorszych w rejonie, popularnie nazywanych "hilwą".

Jej uczniowie dokonali jednego z czterech wyborów:
1. Zaaklimatyzowali się.
2. Trzymali się w swoich grupach, ignorując nas.
3. Trzymali się w swoich grupach, plując na nas jadem.
4. Zostali wywaleni i pluli na nas jadem.

Grupa trzecia była najgorsza. Była to grupa wypierdków, z którymi musieliśmy dzielić tlen w salach, bo mieli przedmioty zbliżone do naszych. Jakimś trafem zawsze zdążyli wyjść przed nami z ostatnich zajęć, siadali na murku niedaleko szkoły i szykanowali "O jacy lalusiowie, uczą się na zajęciach" itp. Nasze odpowiedzi na te zaczepki były proste.

Po trzeciej wizycie u dyrektora i apelu, że mamy przestać bić osoby niepełnosprawne (tyle lat minęło, a ja dalej nie wiem, co im było, poza gładkim mózgiem), zaczęła się nowa era szykanowania, bo hilwijscy (kreatywna nazwa, wiem) stali się nietykalni. Starsze i bardziej "twórcze" roczniki dawały sobie z tym radę po swojemu, ale pierwsza klasa pękła psychicznie do tego stopnia, że połowa opuściła szkołę.

Nie pomagały skargi i apele rodziców do kuratorium, nie pomagały opinie nauczycieli, nie pomagały nasze dowody na to, że te osoby nie nadają się do nauki tutaj i to tylko pogrąży szkołę. W wyniku tego w przeciągu kilku lat przeciętne technikum stało się hilwą.

Dlaczego o tym wspominam? Bo dostałem wiadomość, że zostanie ono zlikwidowane i połączone z pobliskim liceum.
Historia dicitur caeca.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (Głosów: 101)
poczekalnia
Byłam ostatnio na wielce naukowej konferencji. Nie spodziewałam się cudów, bo zainteresowanie konferencją było tak małe, że koniec końców zaczęto spraszać zwykłych śmiertelników z ulicy (tzn z Facebooka) i tak oto ja, biochemik, znalazłam się na konferencji koła naukowego studiów porównawczych cywilizacji.

Co było piekielne?

Jak już pisałam, nie spodziewałam się cudów ani nawet średniego poziomu; zresztą ogólnie jestem znana z pesymizmu. Jednak to, co zastałam, zdziwiło nawet mnie.

- Odczyt ma trwać 20 minut? OK, czytam z kartki przez 3 minuty, tojużwszystkoczysąjakieśpytaniadziękujęzauwagędowedzenia i szast, uciekam. Zrozumiałabym, że może jedna prelegentka akurat miała termin operacji wyrostka wyznaczony na ten sam dzień i musiała zgłosić się do szpitala, ale żeby tak prawie wszyscy?
- Odczyt ma być o artefaktach i motywach czegoś tam w sztuce starożytnej? Mam rzutnik do swojej dyspozycji? Fajnie, zrobię prezentację w power poincie z samym tekstem. A po co obrazki?
- Odczyt ma być po angielsku? No dobra, przecież i tak nikt nie zrozumie, będę gadać jak pani na lotnisku z pysiami wypchanymi pierogami w "Misiu" i powiem byle co. Nie może się nie udać.

I najlepsze:
- ściągnę żywcem artykuł z Internetów. Bardzo fajny swoją drogą artykuł o tatuażu więziennym. Zamiast jednak przedstawić treść tego niedługiego o artykułu, przez 20 minut będę pierniczyć o tym, co to jest tatuaż oraz o tym, że tatuaże dzielą się na ładne i brzydkie, oraz czasami niektóre są inne od innych. Zanim zdążę przejść do właściwej, ciekawej części, pan z obsługi trzy razy chrząknie i kaszlnie, by dać mi znać, że czas minął. No trudno, sory publiczności, nie dowiecie się niczego, czego nie wiedzieliście wcześniej (no chyba, że sobie znajdziecie sami ten artykuł, który splagiatowałam).



No nic. To było rzeczywiście pouczające doświadczenie.

uczelnia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (Głosów: 122)
poczekalnia
Historie o sąsiadach, lokatorach itd. popełniane są na Piekielnych często ale uważam, że moja sprzed kilku lat i tak jest unikalna. :) Może nie do końca piekielna, ale na pewno długa i dziwna.
Nie przedłużając...

Tło:
Przyjaciółka (P) dostała w spadku mieszkanie po babci, duże, przestronne, w atrakcyjnej lokalizacji - blisko centrum, ale pośród drzewek. Bajecznie. Po wprowadzeniu się, potrzebnych było kilka zmian i mały remont. Jako malarz zostałam zaprzęgnięta do odświeżenia mieszkania i dopieszczenia "designu ukochanego gniazdka", jak to określiła P. Cztrery miesiące i tysiąc filiżanek kawy później domknęłyśmy roboty. Byłyśmy (i nadal jesteśmy) z finalnego efektu bardzo dumne i niejedna kawa czy butelczyna została w "naszym" gniazdku wypita, więc byłam kojarzona przez sąsiadów.
P pomimo, że wniosła do swojego gniazdka dość sporo rzeczy i tak miała dalej wolny pokój, który na początku chciała podnajmować, ale ostatecznie przeważyła jej niechęć do obcych. Taka już nieufna jest :)

Historia właściwa:

Zdażyło się tak, że potrzebowałam zorganizować sobie przestrzeń do wykonania dużej makiety budynku. W moim mieszkanku o wymiarach 50mkw na sześć osób byłoby to niewykonalne, więc zrobiłam duże maślane oczy do P, czy nie mogę zagospodarować mniejszego pokoiku na tydzień.
- No problemo, sister - powiedziała na to P, ale w środku tygodnia musiałaby opuścić gniazdko na dwa dni, bo musi jechać do siostry więc zostałabym sama.
- No problemo, zajmę się gniazdkiem - uśmięchnęłam się i transakcja została przypięczętowana kawą. Wniosłam swoje klamoty i robiłam a w dzięn wyjazdu odprowadziłam P na dworzec, pomachałam i jeszcze byłam nieświadoma, że zacznie się jazda...

3 godziny później siedzę w gniazdku i robię typowe kobiece nic, tj. piekę kurczaka na obiad, przeglądam facebook'a, słucahm muzyki na słuchawkach kręcąc piruety w kapciach i zerkam kątem oka czy klej na makiecie schnie jak należy.
W pewnym momencie wydaje mi się, że słyszę pukanie do drzwi. Otwieram i widzę sąsiadkę (S) z piętra niżej. Ogółem słabo ją znamy z P, typ osiedlowego monitoringu, który odpowiada na dzień dobry jak ma ochotę. Nie pamiętam dokładnie całości rozmowy, więc tu wersja skrócona do oddających jej sens najważniejszych kwestii:

S - Mogę widzeć się z właścicielką mieszkania?
J - Dzień dobry, przykro mi, ale jej nie ma.
S - Jak to? To co tu robisz? (Ekhem, ja rozumiem, że jestem pół wieku młodsza co najmniej, ale się nie znamy)
J - Mieszkam. Przekazać coś?
S - O, wprowadziaś się. To pewnie wiesz, że musisz być cicho, bo tu dużo starszych ludzi mieszka (No wieeeem, i co? Tutaj S rozpoczęła dość długi monolog o poszanowaniu starszych) Dlaczego jej nie ma? ( O rany barany... Chyba starszej pani brakuje rozrywki na co dzień)
J - Pojechała do rodziny. Proszę przyjść, kiedy wróci pojutrze. - staram się wymigać od wiszącego w powietrzu kolejnego gradu pytań, bo rozumiałabym gdyby babunia chciała po prostu pogawędzić, ale nie lubię wścibstwa. Może moim błędem było to, że starałam się być miła... Nie wiem
S -Stało się coś w jej rodzinie? - przepytuje dalej S robiąc krok w stronę wejścia.
J - Nie wiem, proszę Pani. Przepraszam bardzo, ale jestem zajęta pracą. - zamykam drzwi, ale S chwyta się futryny.
S - Jaką pracą? (Nosz kur... Testuję tostery w wannie. Co cię to obchodzi, kobieto?!) I w ogóle jestem zarządcą budynku, muszę wejść sprawdzić, czy tu wszystko w porządku. (WHAT?)
J (tracę cierpliwość) -Szanowna Pani, nie ma właścicielki, więc Pani nie wpuszczę, chyba, że ma Pani nakaz! - Babina dębięje
S - Nakaz?
J - Owszem, w innym wypadku jest to najście. Proszę przyjść z nakazem z pieczątką policji i osobnym pismem ze spółdzielni mieszkaniowej, to Panią wpuszczę. Dowidzenia.
Zanim S zdążyła się otrząsnąć z szoku zatrzasnęłam drzwi (jej szczęście, że palce zabrała) i zignorowałam natarczywe pukanie a potem walenia w drzwi. Poszła. Piekielna spotkała piekielną, powiecie - może i racja :)

Koniec?
A gdzie tam. S się dopiero rozkręcała :D

Pod wieczór znowu walenie do drzwi. Krzywie się, myśląc, że S robi drugie podejście z wszystkimi "potrzebnymi" jej papierami,a tu niespodzianka. Policja. Zgłoszenie o głośnej imprezie - niszczenie mienia, muzyka, że się ściany trzęsą... No cóż, słuchałam głośno muzyki, ale na słuchawkach, a głucha nie jestem... Jeszcze. Stwierdzam, że to raczej nie u mnie, ale profilaktycznie Panów wpuszczam. Pochodzili, pocmokali nad makietą, skomentawali muzykę dobywającą się z moich słuchawek i po grzecznym odmówieniu napicia się kawy opuścili gniazdko.

Spokój?
Chciałabym.
Tym razem walenie do drzwi, kiedy biorę prysznic. Ignoruję. Walene nasila się, zaraz któś wyrwie drzwi z zawiasów. Klnąć pod nosem owijam się ręcznikiem i dobiegam do drzwi. Znowu policja...
Otwieram. Panowie delikatnie mówiąc dębieją, a ja pytam się co ich sprowadza o tej porze. Mieli wezwanie, że ktoś właśnie okrada mieszkanie pod nieobecność właścicieli... Jasna cholera, no nie wyglądam raczej na złodzieja, chyba, że dostałam się do środka przez odpływ w wannie. Zarzuciłam na siebie szlafrok, panowie obeszli mieszkanie tak jak poprzedni, a po stwierdzeniu, że nikt się tu nie włamał zostałam dżentelmeńsko przeproszona i panowie sobie poszli czerwieniąć się z lekka. Kładłam się spać z myślą, że powinnam była zabrać dłuższy ręcznik...

Już starczy tego wariactwa, co nie?
No nie.
Poranek. Ptaszki śpiewają a w akompaniamencie ktoś znowu tłucze się do drzwi. Mamrocząc pod nosem, że to jakieś piekielne żarty wlokę się zobaczyć, kto znowu znęca się nad tym nieszczęsnym kawałkiem drewna.
W połowie drogi drzwi nagle stają otworem i ukazuje się w nich sywetka zwalistego chłopa. Obudziłam się natychmiast i wydałam z siebie nabardziej babski pisk na jaki stać moje gardło. Sywetka zrobiła dwa szybkie kroki w moją stronę, po czym nagle się zatrzymała i zdziwionym głosem nazwała mnie po imieniu. Po dłuższej chwili wypełnionej konsternacją poznałam tatę P. Po wypiciu nieśmiertelnej kawy dowiedziałam się od niego, że jego stara znajoma zadzwoniła rano z krzykiem, że w mieszkaniu jego córki są jacyś obcy ludzie i wynoszą ich rzeczy. Po delikatnym podpytaniu, okazało się, że to S. Swoją drogą, nie dziwię się, że chłop przyleciał w takim wzburzeniu. Ojciec P wiedział, że jego córki nie ma, oraz, że pilnuję mieszkania. Postury jestem mikrej, a gniazdko miało rozgrabiać dwóch postawnych facetów. O wnioski nietrudno. Po chwili zjawiła się też policja, jeden z Panów był u mnie wczoraj wieczorem i rzut oka w moją stronę pozwolił mu stwierdzić, że przyjechał się kawy napić. W końcu towarzystwo się rozeszło.

Prawie koniec, znaczy epilog.
Siedzę przy swojej makiecie i dłubię, kiedy nagle słyszę klucz przekręcany w drzwiach i do gniazdka wchodzi P, a na jej twarzy błąka się dziwny uśmiech. Przy kawie opowiedział mi, jak to rano jej mama zadzwoniła z informacją, że ktoś włamał się do jej mieszkania. Sytuację wytłumaczył ojciec, również przez telefon w momencie, kiedy P wybierała odpowiedni łom do rozwalenia delikwentom głowy. Usłyszała moją część histrii, pośmiałyśmy się i miałyśmy już odłożyć sprawę ad acta, kiedy rozlega się walenie do drzwi. Czwarty raz w ciągu doby... Na sam dźwięk się od razu wkurzyłam, więc P poszła otworzyć. Zgadnijcie, kto to był?

P - Dzień do...
S (tak, brawo) - WIEDZIAŁAM! Wiedziałam od początku!
P - Słucham?
S - Masz tu nielegalnych imigrantów! (O kur...a, no tego się nie spodziewałam. Ja wiem, że mam ciemną cerę, ale bez przesady :D) Normalni ludzie, kiedy mogą wynająć to wynajmują porządnym ludziom, a nie jakiejś wariatce, która wymyśla bzdury i lata naga po klatce! (Cwaniara podpytała policję przez telefon i podglądała zza winkla za każdym razem, kiedy coś się działo) Wszystko widziałam. Wywalą was stąd! Tu nie będzie przemytu, ani żadnych szemranych interesów!
Bla, bla, bla. S ciągnie monolog i ignoruje coraz weselszą minę P, która radośnie wkracza do kuchni. S za nią i wrzeszczy dalej. Stuacja kuriozalna, albo dla miłośnikó Monthy Python'a. Ogółem zrobiło się małe zamieszanie, sąsiedzi zwabieni krzykami wychodzą zobaczyć, co się dzieje. Kilku nawet zagląda i macha mi na powitanie, bądź co bądź nie pierwszy raz mnie widzą. S to wcale nie zniechęca tylko coraz bardziej się nakręca, że wszyscy jesteśmy w spisku i ona pójdzie z tym do gazet( W sumie ta historia nadaje się nawet do dlaczego ja :D, życie pisze wyjątkowe ciekawe scenariusze) i ona nie pozwoli szerzyć się przestępstwu... A P grzebie w szafce wyraźnie czegoś szukając. Na moje pytanie, czy wezwać policję stwierdziła, że jak usłyszą adres to się rozłączą :D
Zbiegowisko powiększa się o syna S, który najpierw próbował ją uspokoić a potem z zażenowaną miną tylko stał obok i patrzył na mnie przepraszającym wzrokiem. Tymczasem P wyciągnęła w końcu z szafy jakiś papierek i odczekawszy, az S weźmie oddech machnęła jej tymże przed nosem

P - Tu ma Pani umowę najmu, którą zawarłam pięć dni temu z moją NAJLEPSZĄ PRZYJACIÓŁKĄ - i wtedy mnie olśniło. Przy pieczętującej naszą umowę kawie znalało się trochę rumu. Po kieliszku zażartowałam, że może spiszemy umowę, bo jeszcze policję naślą (Wykrakałam wtedy - jestem tego pewna), a P z wrodzonym sobie poczuciem humoru wyjęła kartkę i długopis, i umowę sporządziła. Stało w niej czarno na białym, że na siedem dni jest mi udostępniany pókój wraz z noclegiem, a w zamian mam pomagać w obowiązkach domowych, dokładnie po sobie posprzątać, parzyć kawę a zużyte media mam opłacić w postaci pół litra, malibu i własnoręcznie upieczonej szarlotki :) Podpisane i nawet miało pieczątkę P.

S przeczytała całość i popatrzyła na mnie, na P, na "umowę", znów na mnie, na P, obejrzała się na syna, znowu na nas, na umowę i w końcu obdarzyła P długim, ciekawskim spojrzeniem
S - Zatrudniłaś sobie służącą? - zapytała i wskazała na mnie. Nie zdierżyłyśmy. P zgięła się w pół i ryknęła śmiechem,a ja oplułam resztką kawy zlew i podłogę. Nie mogłyśmy się powstrzymać po prostu - dawka absurdu nas przerosła. S na szczęście, dla niej samej, bo byłyśmy gotowe zabić ją śmiechem, odłożyła umowę na stół i mamrocząc coś o wariatach i ladacznicach niskiej półki sobie poszła. Więcej nie wróciła. Jej syn jeszcze chwilę został tłumacząc, że mama nie jest do końca normalna i zdarzają jej się takie dziwne zachowania. Przeprosił bardzo i sam się ulotnił. Też nie wrócił.

I podsumowując, czy Wam, drodzy Piekielni to się wydaje realne, bo ja po przeczytaniu tego sama do końca nie wierzę. I zastanawiam się, czy to my byłyśmy pekielne bardziej, niż starsza Pani, której coś się poprzestawiało? (Z czasem dowiedziałyśmy się, że jakiś numer prędzej czy później odwalała każdemu na klatce, a syn nie do końca ją ogarniał).

sąsiedzi

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (Głosów: 225)
poczekalnia

#78320

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiejsza kumulacja pecha, głupoty, braku wyobraźni i w sumie nie wiem czego jeszcze.

Wylotówka z miasta, dwa pasy. Dojeżdżam do świateł. I nagle na zebrę, na czerwonym świetle, wbiega mi jakaś paniusia. Gdzieś jej się widocznie bardzo spieszyło, że nie zauważyła jadących samochodów. Dałem buta po hamulcach, bo inaczej zostałaby wycięta jak młode drzewko. Ja wyhamowałem, ale kretyn, który dobre pół kilometra jechał mi centralnie za dupą, już nie zdążył.

Wezwaliśmy policję, bo gość kompletnie nie widział swojej winy, a ja nie miałem zamiaru tracić całego dnia, żeby się z nim wykłócać.

Bilans strat? U mnie pęknięty zderzak. U niego? Zderzak do wymiany, ale również rozwalona chłodnica. Jakim cudem? Bo mam z tyłu hak holowniczy, który od ponad miesiąca zapominam odpiąć. Poza tym, musi sobie jeszcze w koszta wliczyć remont swojego i mojego samochodu, bo nie miał wykupionego AC oraz 5 stów mandatu. Oświadczenie spisaliśmy przy policjantach. Mamy się rozliczyć na podstawie faktur z warsztatu.

Na koniec słyszałem tylko, jak mruczał pod nosem, że jak dorwie tą babę, która mi prawie pod samochód wpadła, to jej nogi z dupy powyrywa...

światła kretynka na pasach

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (Głosów: 124)
poczekalnia
Krótko i na temat. Nie wiem czy Wy również się z tym spotykacie i czy Was to drażni, ale... Dlaczego ***** minimum 5 osób dziennie w mojej kawiarni po skorzystaniu z łazienki to nie gasi za sobą światła i zostawia otwarte drzwi na oścież ? Te drzwi przeszkadzają generalnie w poruszaniu się i klientom i pracownikom, bo kawiarenka mała, a prąd nie działa na powietrze. Dodatkowo z tych 5 osób przynajmniej 2 nie spuszczają za sobą wody :/. Co jest nie tak z tym społeczeństwem ? :/

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (Głosów: 127)
poczekalnia

#78310

~pociagowa22 ·
| było | Do ulubionych
"Awantura o okno" to nowy przebój pewnej linii kolejowej. Serdecznie go nie polecam, ale z chęcią go opiszę.

Dziś, Pociąg IC Poznań-Kraków.

Siadam na swoje miejsce przy oknie. Naprzeciwko mnie niepozorna, dawno już dorosła, kobieta, dajmy na to Wiktoria, która za chwilę stanie się źródłem problemu. Poza nami kobieta koło 60, mężczyzna lat ok.30,student oraz studentka.

W przedziale sauna. Ale to taka, że te fińskie mogłyby się od niego uczyć, jak poprawnie rozgrzewać do czerwoności. Na szczęście uchylone okno-jak się okazało-nie na długo.

Wiktoria, gdy tylko pociąg ruszył zamyka okno. Liczyłam na to, że chociaż te korytarzowe coś zdziała, ale nie. Przed Środą Wielkopolską wstaję i okno otwieram przy aprobacie innych pasażerów. Zamykamy drzwi od przedziału, żeby przeciągu aż takiego nie było.

Nie było dane mu być otwarte nawet 10 minut, bo po wtoczeniu się na stacje, Wiktoria je zamknęła. My tylko na nią.
-Przepraszam, ale tu jest duszno. Niech Pani otworzy znowu.- zaczął student.
-Nie, bo mi zimno.
Mój mózg doznał erroru. W przedziale lekko 30 stopni, ja w bokserce i spódnicy do połowy uda, roztapiam się niczym lód, a kobieta ubrana w długie spodnie i rękawek do połowy ramienia, twierdzi, że jej zimno.
Student podjął dyskusję, ale Wiktoria ciągle argumentowała, że jej zimno, że jej leci, że ona sobie nie życzy. Ja, mając już w sobie setkę, okno otworzyłam. Zasłoniłam firankami, coby zminimalizować ten "straszny" wiatr.

Okno zostało zamknięte po dosłownie usadzeniu mego tyłka na siedzeniu i założeniu słuchawek- czyli jakiś 2 minutach. Wkurzona ściągam słuchawki:
-Kto jest za otwarciem okna? -pytam. Wszyscy oprócz Wiktorii. Okno więc otwieram.
-Ja się nie zgadzam!
-Demokracja. -odparłam. Kobieta wręcz się zagotowała (a mimo to nadal twierdziła, że jej zimno). Kobieta l.60 zaoferowała, że się zamieni miejscem i Wiktoria znajdzie się przy korytarzu, a ona pod oknem. Odpowiedź? Nie.

Po jakiś 30 minutach próbowała okno zamknąć ponownie. Tym razem to odezwała się studentka i upomniała, że Wiktoria siadła na swoje miejsce. Nie trwało to długo, bo zaraz rzuciła:
-To ja idę do konduktora!
Daleko iść nie musiała, bo właśnie sprawdzano bilety. Zażądała zmiany miejsca, bo my okno otwieramy. Konduktor spojrzał na nią jak na głupka i tylko odpowiedział, że w każdym przedziale w którym był, okno jest otwarte.
Facet aż nie umiał powstrzymać uśmiechu. Wrednie, bo wrednie, ale popieram.
Wiktoria z fochem usiadła na środkowym miejscu wolnym, na swoim postawiła całe swoje manele i przez resztę naszej podróży nie odezwała się ani słowem, a gdy wychodziłam z walizką nawet nóg nie chciała przesunąć. A w dowodzie na pewno rocznik jeszcze komunistyczny...

pociąg

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (Głosów: 167)