Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#79598

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o moich rodzicach, którzy cierpią na pewien dziwny rodzaj ślepoty - nie widzą dat na produktach spożywczych. I przeterminowanego jedzenia w lodówce. A wczoraj przeszli samych siebie.

Na wstępie: wielki hipermarket mamy 5-10min piechotą od domu, drugi supermarket 15. Ja mogę tam chodzić i 2 razy dziennie po zakupy. Ale nie, moi rodzice robią zakupy sami, tyle że po dwie tony na raz. Na tydzień. Albo miesiąc. Rok czasami. Ot, przykładowo 13 kilo płatków kukurydzianych.

Jak można się spodziewać, masa tych rzeczy się psuje. Serki wiejskie, sery, ryby, jogurty - różne produkty. Już nawet nie pamiętam kiedy ostatnio cały chleb się zjadł. Wkurza mnie to niemiłosiernie. Czemu? Wyobraź sobie, drogi czytelniku, że jesteś głodny, otwierasz lodówkę i co nie weźmiesz, to niezdatne do spożycia. A skoro stało, to nikt nie kupował, bo przecież jest.

Dzisiaj rano idę do kuchni na płatki z mlekiem. W lodówce świeży zapas mleka - 8 butelek, kupione wczoraj wieczorem. Dobrze, już się kończyło. Biorę pierwszą - data 27/08. Dwa tygodnie. To może któraś ma krótszą datę? A i owszem. 6 butelek. DO DZISIAJ.

Nie kończąca się historia...

rodzina dom

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (101)
poczekalnia

#79597

~bm89 ·
| było | Do ulubionych
Krótka historia o tym, w jak patologicznej sytuacji znalazł się mój dawny kumpel i jak nie widzi w tym nic złego.

Ma facet kobietę. Mieszkają razem. On pracuje, ona nie.

Kolega - P.
Jego kobieta - D.


1. P nie pali od kilku lat, rzucił. D pali. Zwykły dzień, P coś tam robi i nagle słychać wrzask:
- P!!! Idź mi po fajki!!!
P momentalnie rzuca to, czym się zajmował i dosłownie wybiega po te fajki. Wraca, przynosi, oddaje i nie słyszy nawet "dziękuję".

2. Sytuacja nagminna, ale podam jeden przykład. Jedziemy gdzieś autem, zatrzymujemy się przy sklepie, kolega idzie, a laska mówi żeby jej wziął chipsy - laysy cebulowe. Kolega wraca:
- Nie było.
- To mogłeś wziąć solone!!! - I foch.
Jakiś czas później analogiczna sytuacja. Sklep i weź chipsy.
- Nie było cebulowych, wziąłem solone.
- To mogłeś nie brać wcale!!!

3. D nie pracuje, więc siedzi w domu. Nie oznacza to jednak, że zajmuje się domem. Gdy P wraca z pracy, to musi posprzątać, wyrzucić śmieci, zrobić zakupy i ugotować obiad, a przy tym słyszy komentarze pełne oburzenia, że jest syf w mieszkaniu, śmieci niewyrzucone, zakupy niezrobione i nie ma obiadu.

4. D uważa się za najmądrzejszą i najlepszą pod każdym względem. Często wdaje się w pyskówki z ludźmi, których krytykuje na każdym kroku, najczęściej absolutnie bezpodstawnie. P nigdy nie przyszło do głowy, by na osobności porozmawiać z partnerką i nauczyć ją tego, czego rodzice najwyraźniej zapomnieli, czyli szeroko pojętej kultury i dobrego wychowania w kontaktach międzyludzkich. Efektem są sytuacje typu:
D kogoś krytykuje i obraża, przy użyciu wysoce niecenzuralnych słów.
Ktoś nie wytrzymuje i jej odpowiada.
P naskakuje na tego kogoś, że jakim prawem się w ten sposób odzywa do jego kobiety.
P i D tracą kolejnego znajomego, który uznaje, że z patologią nie będzie się zadawał.

Nie mam odpowiedniego podsumowania dla tej historii.

znajomi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (95)
poczekalnia

#79594

~mordka ·
| było | Do ulubionych
Jako dziewiętnastoletniemu dziewczęciu zachciało mi się iść na studia. Żeby tam jakiekolwiek studia! Do Londynu! Jedna z największych uczelni artystycznych, na listach absolwentów znani projektanci, inny świat. Nowi ludzie, koleżanki, koledzy (z czego większość gra dla przeciwnej drużyny...). Jeden z nich jest bohaterem tej opowieści - C. C jest hetero, zupełnie nie w moim typie, ale lubimy się. Tu mnie zaprosi na kawę, tu na lunch i oczywiście wie, że z kimś się spotykam, zupełnie nie jestem nim zainteresowana. Z początku super. Ale C chyba nasza znajomość przestaje wystarczać. Zaczyna bombardować mnie smsami - najpierw swoje zdjęcia w bieliźnie, na które nie zwracam zbytnio uwagi, a raczej odpowiadam śmiechem, potem, o zgrozo, zdjęcia swojego przyrodzenia. Zaczynam C unikać. Zdjęcia zamieniają się w wiadomości, które zaczynają mnie przerażać: 'wiem gdzie mieszkasz' (nikt nie pomyślał, żeby kolegom z roku nie mówić, w którym akademiku mieszka...), 'uważaj wieczorem, jak będziesz wracać do domu', aż w końcu 'dzisiaj będę się pie*rzył, czy tego chcesz czy nie'. Jestem przerażona. Na uczelni działa punkt pomocy studentom, z braku innych pomysłów udaję się właśnie tam. Doradczyni aż się za głowę złapała, tego samego dnia spotkanie z panią dziekan. Dziekan każe iść na policję - posłusznie idę. Policjantka spisuje zeznania, numer telefonu C, daje mi wybór; pozwolić im zająć się sprawą, albo, jeżeli tego sobie życzę, C może być aresztowany tego samego dnia. Litościwie pozwalam służbom się tym zająć, więc pani każe czekać na kontakt. Jej kontakt z C najwyraźniej się odbywa, po któregoś dnia łapią mnie na uczelni koleżanki z grupy C. Co ja sobie wyobrażam! Ja mu karierę zniszczę! Czy ja zdaję sobie sprawę, co ja robię? Mam natychmiast to wszystko odwołać! Uciekam zapłakana, biegnę do pani dziekan, że wszyscy wiedzą, że na mnie naskakują. Razem dzwonimy do policjantki prowadzącej sprawę - C był bardzo zaskoczony, że zgłosiłam sprawę, on myślał, że mi się to podobało! Ale oczywiście obiecał poprawę, ma się trzymać ode mnie z daleka. Zatem sprawa zamknięta, to co ja uważałam za molestowanie zostaje zarejestrowane jako 'niechciany kontakt'. Dziekan ze smutkiem stwierdza, że skoro policja umorzyła sprawę, to nie ma podstaw, by wyrzuć C z uczelni.
Do końca trzyletnich studiów to ja byłam czarną owcą, która biednemu chłopakowi narobiła problemów z policją i u dziekana; chwilami nie było się do kogo odezwać. Jedna z dziewcząt(!!!) skwitowała to słowami, że 'dziewczyn na uczelni jest dużo, i niby on tak na mnie się uwziął? Jak kusiłam p*zdą, to mam za swoje.'
Czemu teraz o tym piszę? W tym roku skończyłam studia, a tuż przed ceremonią rozdania dyplomów C napisał do mnie na Instagramie (wszędzie indziej dawno go zablokowałam), że może spotkalibyśmy się na jakieś piwo, bo przecież jesteśmy dorośli i to dziecinada dalej ten kwas między nami ciągnąć.

studia molestowanie

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (89)
poczekalnia

#79592

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielna spółdzielnia.
Mam mieszkanie, bywałam w nim sporadycznie, ostatnio mieszkam na stałe. Spółdzielnia ponad 1,5 roku temu robiła przyłącza do wody miejskiej, z racji tego że nie było mnie w mieszkaniu wtedy, a spółdzielnia nie raczyła zadzwonić (numer kontaktowy mają, jak szczury się zalęgły w piwnicy 3 miesiące wcześniej to bardzo szybko dzwonili) przyłącze nie zostało zrobione. Ok, nie zrobili wtedy zrobią kiedy indziej. Wzywamy ekipę, wchodzą robią dziurę w ścianie i upss! nie ma rury. Trzeba kuć ścianę piętro niżej, Państwo pójdą się dogadać. Takiego wała, sąsiad zrobił remont łazienki i kategorycznie nie. Spoko, tak sobie żyję od 1,5 roku, woda ze stuletniego junkersa który o dziwo do dzisiejszego dnia był wg kominiarza i panów z gazowni w pełni sprawny. Co jakiś czas wpada Pan jak zadzwonię co z moim przyłączem, pochodzi, marudzi, ma zadzwonić i nie dzwoni. Miesiąc temu odłączyli gaz, wymiana instalacji, miesiąc bez gazu czyli dla mnie miesiąc bez ciepłej wody, trudno, łatwo nie jest ale się w garnku zagrzeje, jakoś przeżyję. Do dzisiaj miałam jeszcze do nich cierpliwość, serio. Na zleceniu nie ma junkersa, oni gazu nie przyłączą, a tak w ogóle to to jest nieszczelne i cytując Pana "to pie*dolie". Także nie mam wody, nie mam gazu. No ręce opadają.

spółdzielnia mieszkaniowa

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (65)
poczekalnia

#79590

~szpuleczka30 ·
| było | Do ulubionych
Może ktoś mi wytłumaczy, bo ja nie rozumiem....
Nie rozumiem ogromnego zachwytu nad karmieniem piersią, nie rozumiem wypisywania o tym na wszystkich możliwych forach, nie rozumiem tej licytacji i wypisywania, która mamusia dłużej karmi i ile trwa "wspaniała droga mleczna", nie rozumiem okraszania tych wywodów zdjęciami...
Karmienie dziecka piersią jest dla mnie rzeczą normalną, naturalną i oczywistą. Każda mama (która oczywiście może) jak świat światem karmi swoje maleństwo - nie ma nic w tym dziwnego ani nienormalnego czy obrzydliwego. W ostatnim czasie jednak nie mogę się opędzić (a usilnie się staram) od artykułów i wpisów kobiet na ten temat. Czy coś się w materii karmienia nagle zmieniło? Nie sądzę.. więc o co nagle ten hałas?
Dlaczego kobiety nie chronią swojej intymności tylko pokazują cycki w necie? bo matka jest MATKĄ i może karmić dziecko gdzie chce, kiedy chce i jak długo chce i cały świat musi o tym wiedzieć? (moim ostatnim hitem jest "selfiaczek" jednej mamuśki jak jej dziecko na oko 3 letnie jednoczesnie ma w ustach pierś i słomkę przez którą pije soczek... druga zaś się chwaliła, że jej droga mleczna z trójką dzieci trwa nieprzerwanie od 11lat....).
I żeby nie było, nie mam nic przeciwko i rozumiem, że maleńkie dziecko musi zjeść. Nie przeszkadza mi, że kobieta karmi pod warunkiem, że nie obnaża się przy tym niepotrzebnie i nie robi niepotrzebnego przedstawienia - bo prawdę powiedziawszy niektóre matki robią z tego niezłą szopkę. Ale jednocześnie uważam, że publiczne karmienie dziecka, które nie jest już maleńkie i może jeść inne rzeczy, jest przegięciem i tego już nie rozumiem.
Podsumowując miłość, bliskość i karmienie piersią - tak, ale w granicach rozsądku i bez internetowego cyrku...

cyckoterror

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (92)
poczekalnia

#79599

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja teściowa jest osobą bardzo religijną i należy do pewniej grupy raczej do wspólnoty kościelnej.
Przynależność do tej wspólnoty to spotkania 2 razy w tygodniu, wyjazdy, wspólna modlitwa ale też rozmowy o problemach, świadectwa wiary itp.
To wszytko było by piękne, gdyby nie fakt, że teściowa często i ze szczegółami opowiada o tym co inni ludzie mówią w swoim gronie, w zaufaniu i o baaardzo intymnych sprawach.
Czasem próbuje jej przerwać bo nie chce słuchać że Jadzia 50 lat temu zdradzała męża a Gienia za komuny usuwała ciąże, ale się nie da. Musi opowiadać ze szczegółami także kiedy wczoraj odwoziłam ją na spotkanie bez problemu mogłam sobie połączyć osobę z historią. I patrzyłam na biednego Adama (nie starego jeszcze) i wiedziałam, że już nie działa jak facet działać powinien.
Może te opowieści to dowód zaufania jakie ma teściowa do mnie, bo w sumie się lubimy ale denerwuje mnie ta hipokryzja. Nie mogę jej wytłumaczyć, że to prywatne sprawy, że skoro ktoś zwierza się w grupie osób zaufanych to nie po to żeby wszystkie synowie i koleżanki spoza grupy to wiedziały.

PS. O sobie teściowa nie opowiada a byłoby o czym.

Teściowa

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (89)
poczekalnia

#79593

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Parafrazując pewną krążącą po internecie sentencję:
Gdybym nie chodziła na basen nie wiedziałabym, że na świecie jest tylu idiotów.

Sezon w pełni więc dziś kilka smaczków z wrocławskiego Aqua Parku.

1. Tory do pływania.
Wielkim pływakiem nie jestem ale żabką kilka basenów dla zdrowia i dobrego samopoczucia przepłynąć lubię.
We wrocławskim Aqua Parku są specjalnie wydzielone bodaj 4 tory na powietrzu. Świetna sprawa dla mnie laika pływania bo raz, że basen płytszy i krótszy a dwa, wiadomo latem na powietrzu przyjemniej się pływa.
Niestety nagromadzenie piekielnych w tym miejscu jest koszmarne.
-mamusie uczące ok roczne dzieci pływania na środku toru, albo po prostu przynoszące niemowlęta na tor,żeby mogły się popluskać,
-nastolatki opalające się przy jeden ze ścian toru przez co właściwie cały tor zablokowany,
-pary obściskujące się na środku toru,
-Haliny nie uznające ruchu wahadłowego tylko płynące środkiem i np zawracające w połowie
-dzieciaki wskakujące do basenu właśnie na tory oczywiście nie patrząc czy ktoś akurat płynie czy nie
-tatuś z Brajankiem urządzający sobie zawody w chlapaniu na środku toru.
Co zabawne przy każdej grzecznie zwróconej uwadze słyszałam, że to ja robię problem i nie potrafię się zachować.

2. Fala.
We wrocławskim Aqua Parku jest specjalny basen w którym co 30 minut włączany jest symulator fal morskich. Jest to naprawdę niezła zabawa ale trzeba też przestrzegać pewnych zasad bo łatwo sobie zrobić krzywdę.
Z tym drugim oczywiście spora część narodu ma duże problemy.
-rodzice biorą sowje dzieciaki na większą głębokość przez co Brajanek z Jessiką są co chwila podtapiani przez falę i widać, że mają spore problemy z utrzymaniem się na powierzchni w ramach ratowania się chlapią, machają rękami, kopią ludzi, momentami podtapiając ich. Oj tam oj tam taka super zabawa! Ratownik gwiżdże? To na pewno na kogoś innego!
-pływanie przy ścianie jest zabronione i nie trzeba być Einsteinem, żeby domyślić się dlaczego. Jedna większa fala + twoja głowa na ścianie stylizowanej na skałę i w najlepszym wypadku lądujesz w karetce.
Co robią ludzie? Oczywiście biegną do ściany bo tam największy prąd. Ratownik gwiżdże? Odejdę na 2 sekundy i wrócę na pewno mnie nie zauważy.

3. Leniwa rzeka. Kolejna świetna atrakcja. Płytki basen (ok 70 cm wody) z prądem, który niesie człowieka po specjalnym torze. Niestety idealne miejsce potwierdzające, że za głupim dzieckiem stoi jeszcze głupszy rodzic.

Zderzenia w tym basenie zdarzają się dosłownie co 3 sekundy. -zatrzymywanie się przy ścianie przy największym prądzie i to w dodatku na zakręcie gdzie osoba płynąca nie ma jak cię zobaczyć to standard. Rodzice upatrzyli sobie to miejsce jako przystanek w oczekiwaniu na dzieci. Wyobraźcie sobie teraz tą fantastyczną "kraksę" kiedy ok 10 osób wpada jedna na drugą ponieważ mamusia czeka sobie tam na córeczkę.
-wędrówki pod prąd bo Jessika zgubiła się gdzieś mamusi i trzeba jej poszukać,
-tatuś urządzający sobie zawody chlapania i wyścigi z synkiem przez co wpadał, potrącał i podtapiał właściwie każdą osobę, którą mijał
-dzisiaj jedna dziewczynka chyba w ferworze dzikiej "zabawy" rzuciła się na mnie całym ciałem (nie wiem chyba mnie z kimś pomyliła) podtapiając mnie prawie zdarła ze mnie strój kąpielowy... mamusia obok myślicie, że zareagowała? Tak owszem słowami "Haha a ja tu jestem". Ani przepraszam ani pocałuj mnie w d...
Dzieciaki w tym miejscu zachowują się dosłownie jak zwierzęta wypuszczone na wolność a rodzice stoją z boku i im przyklaskują.
-mój absolutny "hit" dwóch na moje oko 15 latków wskakiwało (!) z dość sporej jednak wysokości do tego baseniku. To, że nie doszło wtedy do tragedii uważam za prawdziwy cud.

I na koniec. Czy może mi ktoś wytłumaczyć po co kobietom pełny makijaż i wielka złota biżuteria na basenie?
Że nie wspomnę już o okularach przeciwsłonecznych noszonych w budynku...

Edit: Zapomniałam o dzieciach kąpiących się na golasa. Zawsze jak widzę takie brzdące to szlag mnie trafia i mam ochotę podejść i zapytać rodzica czy wie kto to pedofil i czy bardzo chce sprawiać takiej osobie "radość" golizną swojego dziecka. I jeszcze nastolatki w strojach tak skąpych, że moja super seksowna bielizna tylko na wyjątkowe okazje przy tym to przedwojenne pantalony. A potem krzyk i protesty, że uprzedmiotowienie kobiet i seksizm. No cóż.

basen aqua park wroclaw

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (100)
poczekalnia

#79591

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dla mnie mega piekielne jest .... słuchanie koleżanek z pracy.

Dorosły, odpowiedzialny rodzic na forum ogólnym wśród kolegów i koleżanek z pracy informuje nas ze szczegółami, na czym polegają problemy z miesiączką nastoletniej córki. Inna koleżanka intensywnie informuje, że mężowi nie za bardzo w łóżku wychodzi.

No błagam, piekielni jesteście Wy, paplaki. Nie obchodzi mnie Wasze życie, a tym bardziej życie Waszych bliskich. Ja się czuję idiotycznie spotykając później Was z Waszymi ukochanymi przypadkiem w mieście. Patrzę na Twojego męża i choć widzę go pierwszy raz w życiu na oczy, wiem o nim więcej niż on sam.

Ludzie. Kopnijcie się w głowy, problemy zdrowotne i nie tylko, Waszych bliskich nie interesują nikogo poza Wami. Wątpię, czy Wasi bliscy życzą sobie tak intymnych rozmów na ich temat. Uszanujcie Ich prywatność, a nie paplajcie bez sensu do współpracowników - obcych Wam ludzi.

Współpracownicy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (101)
poczekalnia
Nie zawsze mieliśmy z Rudym nasze mieszkanko. W zamierzchłych czasach, kiedy Rudy był jeszcze tylko moim chłopakiem, zamieszkiwałam w wynajmowanym pokoju. Duży dom, właściciele pod tym samym dachem, dwa pokoje wynajęte studentkom, dla nas osobna łazienka z interaktywną wanną, rachunki wliczone. Ona urzędniczka, on właściciel firmy budowlanej, trzy dorosłe córki już się wyprowadziły, wiec nie ma komu mieszkać. Żyć nie umierać. Więc gdzie piekielności?

Ja, w pokoju na strychu, strych nad całym domem, rozmiarowo super. W drzwiach brak zamka, ni od zewnątrz, ni od wewnątrz. Można było drzwi jedynie przymknąć, ale zostaw otwarte okno i drzwi latają w te i z powrotem.Jak mocniej zawiało, to drzwi potrafiły odsunąć krzesło - wyobraźcie sobie być wtedy w łóżku z chłopakiem. Głośne to i niewygodne, zwłaszcza, że w domu jest pies (o którym szczegółowo będzie później). Będąc w domu, zastawiałam drzwi od środka krzesłem, ale jak mnie nie było, to gorzej. Na zamek czekałam dwa lata, przy czym za każdym razem jak miało mnie nie być przez weekend, przypominałam ze można by ten zamek wmontować. 'Spoko Princess, zrobię przez ten weekend'. Jasne.

Osobna łazienka, do czasu kiedy poszła jakaś rura i z prysznica przestała lecieć woda. Mamy korzystać z łazienki właścicieli (dopóki nie zostanie naprawione, czytaj minimum pół roku). Landlordy łazienkę mają w sypialni - a spać chodzą o 9tej. Proszę się kąpać przed. Szkoda, ze mam taką pracę, ze czasem wracam po północy, a potem na 9ta rano do pracy, gdzie rano kąpie się właścicielka, właściciel i druga lokatorka. Super.

Pokój był tani, nie przeczę. Ale nagle: czy mogłabym dorzucać się £5 miesięcznie do papieru toaletowego, worków na śmieci, etc. Pewnie, nie ma problemu, dodatkowo landlordka robi te zakupy, ja mam tylko dokładać się finansowo. Niedługo później, nie starcza jej, czy mogłybyśmy dokładać jeszcze po £5. Czyli dycha na glowe, cztery osoby w domu = £40 miesięcznie?? Worki na śmieci kosztują £1, papier toaletowy może £5 za dużą paczkę. Odmawiam, mówię, że nie uwierzę, że tyle nam schodzi. Oferuję, że ewentualnie, gdyby coś było potrzebne, niech da mi znać i kupię (chciałam zobaczyć na ile rzeczywiście starcza, a i specjalnie do tej pory nie przywiązywałam uwagi do cen takich artykułów). Temat się urywa. Potem pada pytanie: czy chcemy panią sprzątającą, żeby sprzątała nam łazienkę, korytarz, schody, kuchnie etc, czy wolimy się dogadać, razem z landlordką ustalić grafik kto i kiedy. Pada na panią sprzątającą, dokładamy się po £15 miesiecznie. Dużo, ale jak ma przychodzić co tydzień to niech bedzie, w końcu biorą zazwyczaj £10-£15 za godzinę. Pani przestaje przychodzić po dwóch tygodniach (czego nie zauważam, bo miała bywać w moich godzinach pracy), współlokatorka się wygaduje. To gdzie kasa idzie? No bo landlorka wszystko sprząta, to w sumie tak jak byśmy miały panią sprzątającą, nie? Tylko moich schodów na strych i naszej łazienki już nie sprząta, bo ona z tego nie korzysta, więc powinnyśmy same. Jak kroić, to miliony?

Odkurzanie co sobota przed dziewiątą rano - bo landlordka potem będzie miała inne rzeczy do roboty. Tylko w sobotę człowiek chciałby się wyspać po całym tygodniu pracy. Ale przynajmniej w niedzielę jest spokój, chyba że landlordy się kłócą, wtedy słychać w całym domu. A kłócą się często.

Nie wolno używać suszarki do ubrań, bo za drogo wychodzi - nawet w zimie rozwieszałam pranie w pokoju i podkręcałam kaloryfer na maxa. "Princess, co ty robisz, ze tyle za prąd wychodzi?" Tak źle, i tak niedobrze.

I pewnego pięknego dnia: Wiesz Princess, bo jak ty mieszkasz na strychu to za dużo wychodzi za prad, bo tam okna są nieszczelne. Pomyślałam, że przeprowadzisz sie piętro niżej (pokój dwa razy mniejszy, o zejściu z czynszu nie było mowy), nawet jedną szafę ci opróżnię. Wow - pomijam, ze na strychu też walało sie pełno jej rzeczy, gdy mnie nie było wchodziła bez pytania, to po to, to po tamto.

Pies, wcześniej już wspomniany. Młody amstaf, dwulatek zamieszkujący konserwatorium i ogródek (ogródek 3x4 metry, wylany betonem). Do domu nie ma wstępu, bo potem śmierdzi psem, a poza tym wszystko niszczy. Jakoś nikt nie pomyślał, że może niszczy, bo ma za dużo energii, a na spacery nie chodzi. Staram się zabierać go na spacer w miarę możliwości, bo zwierza mi szkoda, ale w końcu nie ja go brałam. Po każdym spacerze słyszę, że rozpieszczam psa i niedługo on jej na głowę wejdzie. Psisko karmione najtańszą suchą karmą z worka i domowymi odpadkami, nawet żarcia z puszki nie dostaje. Kilka razy robi włam do domu, podczas nieobecności właścicieli. I jakimś cudem zawsze ciągnie go do mojego pokoju. Za pierwszym razem przeżuwa parę sandałów, za drugim czekoladowe jajo wielkanocne (nawet go nie ruszyło), a za trzecim kilka tamponów ze śmietnika i, uwaga, pluszowego misia, którego dostałam, gdy kilkanaście lat wcześniej urodził się mój brat. Za miśkiem ryczę najbardziej, landlordka co prawda użycza mi igły i nitki, co by Stefana pozszywać, ale oprócz ’sorry’ nie usłyszałam nic. Wiadomo, sentymentu się nie odkupi, ale chyba wypadałoby zaproponować.

No i smaczki:
Landlord wielki chłop, po domu chodzi w samych bokserkach - widok, który przyprawia o wzdryg. Wydaje mi się, że przyjmując obcych ludzi do domu, człowiek powinien zdawać sobie sprawę, że nie na wszystko będzie mógł sobie pozwolić.
Zostawiam w łazience, na półce obok kubeczka, pastę do zębów. Pasta schodzi w ciągu tygodnia, oczywiste jest, że nie tylko ja jej używam. Myślę, może się nie zrozumiałyśmy i pasta jest komunalna, zwłaszcza, że zaraz na półeczce pojawia się nowa. Więc używam. W ciągu paru dni sms od landlordki - ‘Princess, możesz nie używać mojej pasty do zębów?’


Nie są to może wielkie piekielności, jedynie zarys sytuacji (było tego duuuużo więcej) ale wierzcie mi, nadmiar potrafił człowieka doprowadzić do białej gorączki.

mieszkanie

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (94)
poczekalnia

#79581

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z pamiętnika pielęgniarki w laboratorium.

Telefonuje młoda (sądząc po głosie) [K]obieta. Rozmowa może się różnić jakimś słowem, choć sens zachowany.

K - Dzień dobry, czy w poniedziałek przed świętem państwo pracują?
Ja - Tak, ale krócej, tylko do 12.
K - Aha... A czy jeśli zrobię badania rano, to będę mogła przyjść po wyniki jak zwykle o 15?
J - Nie, w poniedziałek pracujemy tylko do 12, o 15 będzie już zamknięte, ale może pani zobaczyć je w internecie.
K - Nie nie, ja przyjdę rano i po 15 wrócę po wydruk.
J - (zaczynam mówić drukowanymi) Nie proszę pani. W poniedziałek laboratorium jest czynne tylko do godziny 12. Potem zamykamy budynek i wychodzimy, nikogo tu nie będzie. (Tłumaczę, bo może kobieta myśli, że tylko nie pobieramy, ale labo jako takie czynne i chce, żeby ktoś wstał od maszyny i tylko wydał jej kwitek).
K - Ale proszę pani! Ja byłam u was w zeszłym tygodniu i odbierałam wyniki po południu! I teraz chciałabym tak samo!
J - Ponieważ pracowaliśmy w pełnym wymiarze godzin. A w poniedziałek wyjątkowo zamykamy wcześniej, o 12, więc nie może pani przyjść o 15, bo nikogo tu nie będzie!
K - Ja nie rozumiem, ale zostawmy to (tu nastąpiły dalsze pytania, na szczęście mniej problematyczne.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (93)