Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#78826

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mam znajomą, która w naszym kręgu towarzyskim zawsze uchodziła za osobę oszczędną - zarabiała nieźle, ale była mocno zdyscyplinowana jeśli chodzi wydawanie pieniędzy. I fajnie, ja tam nawet podziwiam ludzi, którzy nie wydają kasy na bzdury i potrafią sobie pewnych rzeczy odmówić. U znajomej ta oszczędność ewoluowała w nienormalną chytrość, a potem w bezczelne sępienie, żydzenie i próby dosłownego okradania znajomych.

Ja osobiście ograniczyłam z nią kontakt, gdy próbowała wysępić ode mnie prawie nową lodówkę za darmo, tylko dlatego, że powiedziałam, że w nowym mieszkaniu mamy już lodówkę, którą zostawił nam poprzedni lokator za darmo.

Jakiś czas później ktoś tam z kręgu znajomych robił urodziny. Wiadomo, w takim wypadkach raczej zrzuca się w kilka osób na jeden, porządny prezent. X, wspomniana znajoma, twierdziła, że widziała super prezent, coś tam z elektroniki i może nawet kupić jak się zrzucimy wszyscy. Prośby o wysłanie jakichś informacji, o jaki sprzęt w ogóle chodzi, olewała, w końcu na odczepkę napisała, że chodzi o blender. No nie da się ukryć - solenizantka kilka razy wspominała, że przydałby się w kuchni, ale środków na lepszej klasy sprzęt brak. No dobra, to zrzucamy się w sumie w 5 razem z X, kasę dostała, miała pojechać i kupić. Możecie wyobrazić sobie ten wstyd, gdy na imprezie solenizantka nie dostała od nas żadnego prezentu, bo X przez dwa tygodnie nie znalazła czasu, aby podjechać do sklepu nie dla idiotów? Kazałam jej oddać kasę i powiedziałam, że sama kupię, a co mi tam. Ale nie, X nie ma przy sobie, poza tym zaraz w poniedziałek pojedzie, kupi i dostarczy solenizantce.

Mijają kolejne dni, X milczy, koleżanka obchodząca urodziny nadal nic nie dostała. W końcu chwali się, że X przywiozła prezent, wysyła zdjęcia, aby się pochwalić. Szlag mnie trafił, bo zamiast luksusowego sprzętu na jaki się składaliśmy otrzymałam zdjęcie taniego blendera z supermarketu. Piszę do X, aby oddała resztę kasy, bo ten szmelc nawet 30% sumy, na jaką się składaliśmy nie kosztował. X najpierw wmawiała, że mi się coś pomyliło, potem bezczelnie stwierdziła, że ja jej nie udowodnię, że wydała mniej niż od nas wzięła, więc mogę się bujać. O ty małpo, dla mnie już nie istniejesz. Reszta znajomych jednak naciskała i końcem końców X, aby nie spalić wszystkich mostów, oddała kasę. Sądzę, że nie wszystko, ale ok, mało ważne. Ja tej osoby do kręgu moich znajomych już nie zaliczam.

Wielu znajomych przekonywało, że X może się pomyliła, że nie powinnam być taka cięta na nią, ale nie dałam się przekonać i kiedyś nawet powiedziałam w towarzystwie, że przez tą swoją chytrość wywinie taki numer, że straci wszystkich znajomych.

No cóż...

Ostatnio koleżanki umówiły się z X na kolację w restauracji, piją, jedzą, X wyjątkowo nie szczędzi sobie, i przystawkę wzięła i kolorowe drineczki i luksusowy deser. Pod koniec wieczoru kelner przyniósł rachunek, każda policzyła po łepkach ile ma do zapłacenia, jedna z nich miała tylko banknot 100 euro przy sobie (sama miała jakieś 30 euro do zapłaty), więc zaproponowała, że zapłaci, a dziewczyny oddadzą, ile tam każda miała do zapłaty. Dwie koleżanki oddały z górką, aby było na napiwek, X wygrzebała 3 euro z kieszeni i mówi, że resztę odda później, bo nie chce jej się portfela szukać. Y, koleżanka, która zapłaciła jeszcze kilkakrotnie prosiła o zwrot pieniędzy, jeszcze przy stole, przy wyjściu, w drodze na przystanek. X marudziła tylko:

- No zaraz, chwila, coś ty taka małostkowa...

Podjechało metro. Dziewczyny wsiadają, idą zająć miejsca, a X... wyskakuje w ostatniej chwili w pociągu!

Dziewczyny dzwonią, pytają, X, no co ty, czemu uciekłaś? Odpowiedzi brak. Dopiero po kilku dniach X napisała do jednej z koleżanek:

- Wysiadłam, bo już mnie Y wk...rwiała tym marudzeniem o kasę, wiadomo, że dobrze zarabia, nie mogła sobie tych głupich 40 Euro odpuścić??

A nie mówiłam...?

ludzie

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (180)
poczekalnia

#78825

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przypomniała mi się niedawno historia z dawnego życia w mieszkaniu studenckim, które mieściło się w klatce kamienicy. Mieszkanie studenckie, jak to mieszkanie studenckie zrobione najtańszym kosztem, więc i domofon był przedpotopowy. Działał, ale zepsuta była zawieszka na słuchawkę. Dlatego od zawsze słuchawka była przylepiona taśmą do reszty sprzętu, a my sobie i znajomym otwieraliśmy bez pytania kto to. Problemów brak do czasu kiedy zauważyli to sąsiedzi.
Pewnego cudownego ranka weekendowego śpię sobie. Godzina 5 rano, może 6, s tu ktoś dzwoni domofonem. Pastwi się nad tym guzikiem to idę, otwieram i wracam w kimę, bo może współlokator wraca nawalony, ale jednak nikt do mieszkania nie wszedł. Sytuacja powtarza się po kilku tygodniach, znowu otwieram, znowu nikt do nas.
Za trzecim razem postanowiłam nie otworzyć, jednak ktoś stał i wciskał przycisk bez przerwy. Przemieniona w berserka zerwałam taśmę, wzięłam słuchawkę w garść i się pytam CZEGO?. Sąsiad na to, że on tylko chciał wejść, zapomniał kluczy, a jego dzieci śpią, więc pomyślał, że do nas zadzwoni. Nie otworzyłam, a od tego czasu taśma była tak założona żeby słuchawkę dało się ściągnąć.

sąsiedzi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (114)
poczekalnia

#78822

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Po przeczytaniu historii #78615 przypomniały mi się moje własne przeboje sprzed kilku lat w jednej z większych sieci księgarń w mieście. Kupuję dużo książek w papierowych wydaniach. Część to publikacje potrzebne w pracy, część to zakupy dla przyjemności.

I oto ona, długo wyczekiwana pozycja, jest! Z braku czasu na wizytę w księgarni o zakup proszę koleżankę. Wielkie było moje zdziwienie kiedy po otwarciu książki okazało się, że nie wszystkie strony są wydrukowane. Spoko, paragon mam, wymienię. Akurat tego dnia mogę podjechać. Idę z panią z POK do półki, przy niej sprawdzam nowy egzemplarz, dziękuję bardzo i zbieram się do wyjścia. Wszystko w porządku, prawda?

Niestety nie, pani zwróconą książkę z błędem druku postawiła na półce aby zapolować na następnego nieświadomego klienta.

księgarnia

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (120)
poczekalnia
ZuMaPi mnie natchnęła.

Dzisiaj nie będzie pojedynczej historii, raczej obserwacja, która pewnie uczyni mnie niepopularną.

Robię biżuterię (nie, nie podam namiarów do sklepu). Jest to moje jedyne zajęcie, z tego się utrzymuję. Prowadzę firmę, płacę podatki. Jednak dla niektórych to nie jest "prawdziwa" praca. Dlaczego? Bo zarabiam na swoim hobby. I robię to w domu.

Tak. Jeżeli poniedziałki nie wywołują u ciebie odruchu wymiotnego, jeśli z przyjemnością opowiadasz o nowej technice, której się nauczyłaś rozwalając sobie tylko dwa palce i łapiesz się na tym że w wolnym czasie dłubiesz rzeczy do sklepu a nie gapisz się bezmyślnie w telewizor to znak że nie pracujesz.

"Ale czemu za to bierzesz pieniądze jak to jest twoje hobby?"
Bardzo popularne. No bo jakim prawem mam brać pieniądze za ten gigantyczny opal osadzony w srebrze? I kilkanaście godzin pracy?

"Noo, nieźle sobie liczysz za te twoje rzeczy."
Tu zależy czy chce mi się dyskutować czy nie. Jeśli nie, ucinam krótkim "To jest twoje zdanie." Jeśli mam ochotę postrzępić sobie język, to wyłuszczam że tyle za materiały, tyle za robociznę (tu następuje oburzenie dlaczego liczę za robociznę skoro siedzę wtedy na swojej własnej kanapie), tyle za ZUS, podatki, opłatę za prowadzenie sklepu, rachunki i inne. Rozmówca wtedy najczęściej płynnie zmienia temat, no bo przecież nie przyzna, że nie ma racji. Raz jeden usłyszałam "Kurczę, no nie wiedziałam... Tak właściwie to powinnaś podnieść ceny!"

"No fajnie, ale ja bym tak nie mógł. Ja muszę robić coś co ma znaczenie, wiesz, coś poważnego" Tu śmiechłam i padłam. Ok, może nie pracuję nad szczepionką na AIDS ale uważam, że to co robię ma znaczenie - sprawia innym radość. Mnie to wystarczy. I niesamowicie cieszy jak dostaję zdjęcie ślubne gdzie cały zastęp druhen ma na szyjach moje wisiorki. Albo gdy dostaję wiadomość, że film w którym "grał" mój naszyjnik został całkiem nieźle przyjęty na festiwalu. A ty jak zmieniasz świat wciskając telefonicznie emerytkom ciśnieniomierze?

"No fajnie, ale ja bym tak nie mogła, ja muszę mieć stabilne zatrudnienie."
Ok, tu się częściowo zgodzę. Prawda, nigdy nie wiem ile zarobię w danym miesiącu. Ba, nie wiem kiedy sprzedam następną rzecz. Tylko wytłumacz mi, co wspólnego ze stabilnym zatrudnieniem ma praca na umowę zlecenie w kebabie?

"A ty nic nie robisz tylko leżysz i pachniesz."
Jak już uda mi się wytłumaczyć, że to jest prawdziwa praca, wpadamy w drugą skrajność. Nic nie robię a pieniądze mi spadają z nieba. A no nie spadają. Bo to, że moja praca mi sprawia radość to nie znaczy, że nie pracuję ciężko. Bo ja jestem od wszystkiego. Od wyszukiwania i zamawiania materiałów, przygotowywania projektów, wykonywania rzeczy, fotografowania, czasami(o zgrozo!) pozowania do zdjęć, obróbki zdjęć, pisania opisów, wystawiania, pakowania, wysyłania, odpowiadania na maile, promowania na mediach społecznościowych, prowadzenia księgowości i miliona innych rzeczy które "wychodzą w praniu".

Małe wyjaśnienie: ja nie hejtuję telemarketingu i kebaba. Żadna praca nie hańbi. Ale hipokryzja już tak.

rękodzieło

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (204)
poczekalnia

#78813

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Prowadzę firmę korepetytorską. Studia skończyłam już dobrych kilka lat temu, a nauczanie jest dla mnie po prostu pełnoetatową pracą. Zadziwiająco spora część ludzi myśli, że to nie jest "prawdziwa" praca tylko... no właśnie, sama nie wiem co. Praca na niby? Taka rozrywka? Sposób na zabicie czasu?

Dostałam ostatnio na facebooku wiadomość od jakiegoś człowieka (zapewne znalazł moje ogłoszenie na którejś z grup o tej tematyce), że potrzebuje pomocy z fizyki. Odpisuję, że nie ma problemu, zapraszam na zajęcia, tutaj proszę mój terminarz, itp. Ale...

"A nie możesz mi po prostu pomóc? Dzisiaj już za wszystko trzeba płacić?"

Tłumaczę że US, ZUS i inne tego typu instytucje raczej się nie zgodzą, żebym ja im też płaciła samym uśmiechem, ale do gościa chyba nie dociera:

"jak komuś spadnie telefon i go podniesiesz też chcesz żeby ci za to zapłacił?"

Nie wiem co jedno ma do drugiego, serio. Czy jak moi pracownicy przyjdą po wypłatę to mam im powiedzieć to samo?

korepetycje

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (141)
poczekalnia

#78816

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Od ponad dwóch lat pracuję w administracji w służbie zdrowia. Pracuje ze mną dziewczyna, ulubienica kierownika,z dużym poparciem od dyrektora placówki. Jako, że Najwyższego oraz kierownika owinęła sobie w okół palca, to pozwala sobie na wszystko na co ma ochotę. Najbardziej lubi kombinować z godzinami pracy. Zaznaczę, że w służbie zdrowia etat to 7h 35 minut. Tak, więc zaczynając pracę o 7:45 wychodzimy o 15:20. Mamy ruchomy czas pracy, więc możemy przyjść na 7 i wyjść wcześniej, ew. przyjść później i zostać dłużej. Mojej koleżance prawie nigdy nie zdarza się przyjść na czas. Najczęściej pojawia się w okolicy godziny 9 tłumacząc się, że odprowadzała do szkoły córkę. Luz, przychodzisz później, zostajesz dłużej i po problemie. Ale gdyby tak było, to bym tutaj dzisiaj nie pisała. Tylko w tym tygodniu (mamy czwartek) w pracy spędziła, nie więcej niż 5h dziennie. Już drugi dzień z rzędu przychodzi o 9, w okolicach godziny 10 przypomina sobie, że miała iść do urzędu w dokumentami. Z reguły takie wyjście zajmuje ok. godzinę (podróż w dwie strony + zostawienie dokumentów). Jej nie ma już 3 godzinę, bo przy okazji załatwia sobie sprawy związane z jej nadchodzącym ślubem. Na pewno po powrocie zobaczy, że do drugiego urzędu też są dokumenty, więc bardzo chętnie wyjdzie godzinkę wcześniej żeby je zanieść. Tak jest przynajmniej 3 razy w tygodniu. Nie przeszkadzałoby mi to (dziewczyna jest bardzo głośna i męcząca), gdyby nie fakt, że przez jej wszystkie spóźnienia i wcześniejsze wyjścia większość pracy spada na mnie. Jak wspomniałam na początku jest ulubienicą kierownika, więc on problemu nie widzi. Jej uwagi też nie zwrócę, bo wiem, że od razu poleciałaby na skargę do Najwyższego. Nie mam pomysłu co robić, a moja frustracja rośnie.

Dodam tylko, że nie mamy kart monitorujących czas pracy, codziennie rano podpisujemy się na listach obecności, więc tak naprawdę nie ma możliwości sprawdzenia kto ile czasu spędza w pracy.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (86)
poczekalnia

#78814

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Straciłem przyjaciela.

Dziwnie to wszystko zabrzmi. Prawdę mówiąc - muszę się po prostu wygadać. Jestem człowiekiem, który dużą rolę przywiązuje do przyjaźni - dla mnie przyjaźń oznacza coś naprawdę mocnego, bez podtekstu seksualnego. Taka miłość ale nie do końca. Żeby nie było - nie jestem homo. Ale przez całe życie poznałem tylko dwie osoby, z którymi połączyły mnie relacje "przyjaciel-brat". Niżej są zwykli przyjaciele (też może z 2 osoby), z którymi nie mam tak mocnych - niemal metafizycznych - relacji, ale wiem, że wskoczyliby za mną w ogień, a ja za nimi. Potem są dobrzy znajomi i znajomi. I tak to sobie leci. Przyjaciel-brat, to taki człowiek, z którym łączy mnie więź tak silna i wypracowana, że znamy swoje myśli. Ile razy z dwójką moich "braci" nawet nie musieliśmy mówić, lub każdy intuicyjnie wiedział, co drugi chce powiedzieć, nim to zrobił i odpowiadał na nie zadane pytanie. Męska przyjaźń jest dosyć ciekawa - bo niby faceci nie płaczą, ale mi się zdarzyło płakać. Właśnie w towarzystwie tych dwóch. A oni płakali w moim. Kiedy byliśmy na siebie mocno wkurzeni i zdarzało nam się bić, to jeden drugiego chronił przed ostrymi kątami mebli. No popchniesz gościa, bo cię wkurza. Uderzysz. Ale jeśli leci w kierunku stołu, to przytrzymasz, by sobie krzywdy nie zrobił. I nawzajem.
Z jednym znaliśmy się ponad 20 lat. Drugi dołączył dekadę później - i było ponad 10 lat. Nawzajem dopingowaliśmy się przy związkach i nawzajem wspieraliśmy, kiedy nie wychodziło.

I jak mam opisać tę sytuację, która wydarzyła się parę już miesięcy temu? Wyobraźcie sobie, że jeden z przyjaciół w końcu ląduje w solidnym związku. Żeby było śmieszniej - ja ich sobie przedstawiłem. Cieszę się, bo do tej pory mi się układało, a jemu niezbyt. Ale zauważam jedną rzecz - to ten typ, który przy kobietach zaczyna zachowywać się zupełnie inaczej. Jakby nie był do końca sobą, a wersją siebie, której oczekuje kobieta. Jednym słowem - gra. Zawsze grał i zawsze dla obcych był fałszywy. Egocentryk i trochę narcyz. Trochę udało się go z tego wyciągnąć - ale to były jego wady. Egotyzm, narcyzm, głupia duma w stylu "popatrzyłeś się brzydko, więc nie będę dzisiaj zmywał swoich naczyń" (taa, mieszkaliśmy razem jakiś czas). Nie zrozumcie mnie źle - człowiek nie składa się tylko z wad. Poza tym to był człowiek, który dla przyjaciół był lojalny całkowicie. A i nadawaliśmy na tych samych falach - zresztą opisywałem. Ale miał problem z kobietami - nie potrafił być sobą w relacjach z nimi. Zmieniał się w uberkapcia. Oczywistym było, że w sytuacji związkowej nie będziemy się spotykać często, ale po dwóch miesiącach bez wieści sytuacja stała się... kuriozalna. Znikł. Wsiąkł. Przepadł. Przeprowadził się do niej (jej mieszkanie) i dzielnie chodził do pracy, wracał z niej, jadł obiad i żył poważnym życiem. No i spoko - gdyby nie jeden fakt, że na sieci (taki mieliśmy kontakt) zaczął być coraz bardziej czepliwy. Wywlekał jakieś nasze sprawy przed wspólnymi znajomymi. Otwarcie w grupach biznesowo-znajomych sobie kpił ze mnie. Takie rzeczy. W końcu wszyscy trzej spotkaliśmy się na jednym piwie. I niby było spoko, ale w pewnym momencie dowiedziałem się, że moje życie to porażka. Że jestem przegrywem. Że on to ma super i ciężko na to pracował, by tak było, że ma mieszkanie, że ma kobietę (ja akurat byłem po zakończeniu związku), że ma pracę (a ja w tym czasie same zlecenia). Nigdy w taki sposób nie mówił. Czuł się - i dawał jasno o tym znać - lepszy.

No ale dobrze. Zdarza się. Potem znów umilkł, wiódł swoje "lepsze" życie i w końcu razem z drugim kumplem napisaliśmy do niego maila, że rozumiemy związek, ale czasami mógłby się odezwać. I że widzimy, że coś w tych naszych relacjach "nie gra".
Nie będę opowiadał wszystkiego, ale w odpowiedzi dostaliśmy masę zupełnie nielogicznego hejtu. Takie śmierdzące szambo.

Dodam jeszcze, że współpracowałem z jego dziewczyną przy pewnym projekcie - jako team - i ta gdzieś w tym samym czasie stwierdziła, że się wycofuje, bo nie widzi przyszłości projektu, ale kiedy jej "udowodnię" że projekt da radę i będzie dobrze, to ona "przemyśli" ponowne dołączenie jak już będzie dobrze.

Dodam jeszcze, że mój przyjaciel w ciągu tych paru miesięcy stracił wszystkie osoby, które uważał za takich normalnych przyjaciół. Zwyczajnie - kiedy ich zlewał ponad 3 miesiące, to się wkurzyli. A on, dzięki swojej dumie, stwierdził, że jednak skoro się wkurzyli, to ich wina i ma ich gdzieś. Poza tym, jak powiedział przy piwie - on ma zajebiste życie i pewnie mu "zazdroszczą".

Ale wróćmy do tematu - poszło ostro. Po pierwsze, nie na żywo, tylko przez maila, co jest dla mnie jakimś kuriozum. Po drugie - zaczął wytykać wszystko, całe brudy, jakie gromadzą się w ciągu lat. Aż w końcu... stwierdził, że jednak "musi odpocząć od przyjaźni". Dobrze zrozumieliście.

10 lat przyjaźni - i to takiej na poziomie ultra. Wspólne projekty, wspólne radości i wspólny płacz przy wódce, kiedy było makabrycznie źle. Ba - wspólne mieszkanie i wspólne kibicowanie sobie przy związkach. Wielkie marzenia i nawet niektóre już zrealizowane. I nagle - "musi odpocząć".
Próbowałem się jeszcze z nim spotkać na żywo, bo przez maila to jakoś tak... bez sensu. Ale się nie udało.

Miesiące mijają. Sytuacja jest jaka jest. Przeszedł mi smutek, przeszło wkurzenie. Już nie ma powrotu u mnie. Za to nie umiem zrozumieć całej sytuacji. Taka przyjaźń dla mnie mogłaby się złamać, gdybym - no nie wiem - zabił mu siostrę. Czy coś. A to? Kojarzę, co mogło się stać - trafił swój na swego. Jego dziewczyna to jest czysty on, tylko w damskiej wersji. Z tego co wiem, żyje im się dobrze. Prowadzą "dorosłe" życie. Ona starsza o 8 lat, on - w jej mieszkaniu, pracownik korpo.

Niby można posklejać w całość to, co się stało. Ale nigdy chyba nie będę w stanie tego całkowicie zrozumieć. Bo i nawet te "brudy", ta cała kłótnia - to nie było nic wielkiego. To było jak rozmowa z moją dawną byłą z borderline - sprzed lat, kiedy wpadłem w taki związek. Dokładnie to samo. Z tym, że ona potem poszła do psychiatry i z tego, co wiem, dziś już sobie radzi.

Nie wiem. Nie kapuję. Szkoda.

życie

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (105)
poczekalnia

#78806

~baranek2010 ·
| było | Do ulubionych
Znacie ten typ krótkich spodenek, przy których zastanawiacie się czy to już majtki, czy jeszcze spodenki? Ja dzisiaj poznałam właścicielkę takich-niestety od złej strony.

Szłam dworcem. Ludzi pełno. Przede mnie wchodzi ona- w wieku takim, że jeśli by się uprzeć, mogłabym być jej matką. Ma na sobie oto takie spodenki i majtki koloru "kiedyśbyłemfioletem". Typowe okresówki. Skąd to wiem? Bo majtki pięknie wystawały poza materiał spodenek.

Nie chciałabym nigdy znaleźć się w takiej sytuacji i byłabym wdzięczna, że ktoś mnie o czymś takim poinformował, więc wyszłam z założenia, że zwrócę uwagę.
Poklepałam ją po ramieniu, powiedziałam, że majtki wyszły jej spod spodenek i cały świat może je podziwiać. A tu nastąpiła obraza majestatu i krzyk "Bo tak ma być!" Mówię, że to nie jest estetyczne i robi z siebie przedmiot śmiechu (tak, już były komentarze od starszych osób). Odpowiedź "Tak ma być, a ty stara prukwo się na tym nie znasz"- odpowiednio wypowiedź ocenzurowałam ;)

I cóż, jeśli kiedyś będę miała córkę to będę dbać o to, aby spodenki sięgały jej jednak za półdupek :D

młoda moda

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (122)
poczekalnia

#78812

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Po przeczytaniu historii litlle_trouble1 przypomniała mi się sytuacja mojej siostry sprzed ładnych kilku lat. Siostra od małego miała artystyczne zapędy, a to budowanie konstrukcji z lego, figurki z modeliny, plasteliny, rysowanie, malowanie, jarała się mangą i anime, tworzyła własne komiksy, historie, opowiadania etc. Z czasem tak wyszło, że wylądowała w liceum plastycznym, a jej pokój zawsze był zawalony przyborami do malowanie, rysowania, papierami, książkami, komiksami itp. Jej prace, plakaty i zdjęcia wisiały na ścianach tylko w jej pokoju. Pod koniec szkoły stwierdziła, że nie chce iść na ASP tylko na zwykły uniwerek - złożyła papiery, dostałą się, wyprowadziła na studia. Po tygodniu może dłużej wróciła na weekend, żeby zabrać to czego zapomniała, weszła do pokoju a na ścianach nie zachował się ani jeden rysunek ani jeden plakat ani jedna praca, i pół biedy gdyby prace zostały z odrobiną szacunku odpięte ze ściany, a one zostały zerwane. Kiedy znalazła je w jakimś kartonie razem z resztą swoich rzeczy do malowania, dziewczyna wpadła w totalną histerię. Okazało się że nasza kochana mamusia stwierdziła że jak ona już nie mieszka w domu to jej prace można "ściągnąć" bo pokój wyglądał przez to jak chlew - na każdy argument odpowiadała że to jest jej dom i ona będzie decydować. W awanturę włączył się ojciec, który równo zrugał matkę od góry do dołu za to co zrobiła, dziewczynę próbował pocieszać. Później matka nie rozumiała dlaczego dziewczyna się od niej odsunęła, nie chciała z nią rozmawiać i miała do niej żal.
Kiedy siostra skończyła studia nie chciała mieszkać z rodzicami, a skoro miała się wyprowadzić to matka zaraz po ogarnięciu mieszkania, remoncie itd kazała jej zabrać wszystkie swoje rzeczy z domu - wszystkie mam na myśli nie tylko ubrania, ale też książki, papiery, przybory, maskotki, absolutnie wszystko, a jak nie to ona je wyrzuci albo odda potrzebującym, bo ona ich nie potrzebuje w domu. Kiedy przychodzą święta czy inne spotkania rodzinne, na których siostra ma obowiązek być u rodziców, to zatrzymuje się tylko na kilka godzin albo jedną noc i ucieka do siebie. Ojciec próbuje ją namówić żeby została na dłużej ale siostra nie chce.

rodzice

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (102)
poczekalnia
Nie nauczona doświadczeniem z tej histori: http://piekielni.pl/70545 dalej wołałam sąsiadkę do sprzątania.
Z bardzo prostej przyczyny. Nikogo innego nie znam, kto mógłby, chciałby przychodzić, a w syfie siedzieć nie chcę.
No i poznałam bliżej sąsiadeczkę.

Sprawa pierwsza... dość wielkiego kalibru..
Koleżanki z pracy zapowiedziały się, że przyjdą na kawę dnia następnego. To był wtorek. Więc po pracy poszłam do sąsiadki i tłumacze sytuację. Ona mówi, że wolałaby rano przyjść jak jestem w pracy bo się nie musi tak uwijać. Zgodziłam się, bo nie raz zostawiałam jej klucze, nigdy nic nie gineło (nigdy nic nie zauważyłam). Mówię ok.. a ona, czy nie dałabym jej pieniędzy już teraz bo ona na chleb nie ma.. dałam.
Gdy następnego dnia wracam po pracy odebrać klucze, ona mnie informuje, że nie posprzatała bo się bardzo źle czuła, że astma, że ona przyjdzie jutro, też jak będe w pracy. Tak się, złożyło, że i koleżanki przełożyły spotkanie, więc nic się nie stało.
Następnego dnia, gdy wracałam po odbiór kluczy, ona znów, że nie posprzatała bo się bardzo źle czuła. Ale i koleżanki znów przełożyły spotkanie.
Kolejnego dnia.. poszłyśmy na kawę do kawiarni zamiast do mnie, a po powrocie... właśnie.. Ona znów się źle czuła.. Zapalenie oskrzeli. Życzyłam jej zdrowia no i cóz zrobić.. odrobi jak wyzdrowieje. A żebym nie zarosła brudem, wezwałam posiłki -> Tatę- stałam się przez to uboższa o 100zl :D
Pani chorowała chyba z miesiąc. W tym okresie nie widywałam jej za często. I po kilku dniach z rzędu, gdy nie widziałam aby paliło się u niej światło poszłam do innej sąsiadki zapytać czy ja widziała. Wiecie, jakby coś się stało. Ale ona potwierdziła mi, że widziała sasiadke, a i ja innego dnia, wracając z pracy widziałam u niej światło. Czyli wszystko jest ok. Więc jako sasiedzi mieliśmy baczenie na sasiadke, która podczas swojej choroby, wychachmęciciła jeszcze 10zł.
Pani wyzdrowiała o długu zapomniała. A do mnie przyjechała w odwiedziny mama. I tu następuje kulminacja całej historii. Sasiadka złapała pod blokiem moja mamę:
[S] Bo wie Pani, Pani córka taka niby uczona.. szkoły ma... a nie wie że chorymi osobami to się trzeba interesować, że trzeba pomagać chorej starszej osobie. Pani córki tego nie nauczyła, nie wychowała...
Sąsiadka miała wtedy jakoś 57 lat.. jest młodsza od mojego ojca... Nie pracowała od paru ładnych lat..


Sytuacja druga... nie moja, a przekazana mi przez sama sasiadkę.
Pani mi od kilku miesięcy marudziła że nie ma telewizora. Ignorowałam ja, bo przecież nie oddam jej tego co stoi w mieszkaniu a nie używam, bo po pierwsze nie jest mój a po drugie, nie po jej zachowaniu. Więc tak marudziła marudziła.. Aż w końcu kiedyś przyszła posprzątać :
[S] No.. ale chociaż mom już co ogladac. Telewizor mi dała ta kur%%% z bloku obok. Taka kur%%%, jak byli mi go przyniesc, bo jo go bych przeciez nie uniosła, to taaaakk się kur%%% rozgladała po mieszkaniu.. Jak mom, co jej te gały nie wyszły z ryja. A potem mnie łobgodała, ze mom brudno. A jo mom czi (trzy) psy... i nie mom pomalowane, bo biedno żech jest. I co ona się lepszo czuje. Tak żech tej kur%%% wczoraj wygodała..

Tak... sąsiadkę, która podarowała jej telewizor (bo robiła remont i starego nie potrzebowała) i która jej ten telewizor przyniosła do domu i zamontowała (no nie osobiście, ale maż, syn albo ktokolwiek...) zwyzywała od kur pod blokiem przed wszystkimi sąsiadami....


I na koniec... coś co mnie aż skręca...
Mówiłam kiedyś, ze nie kradnie ?? No to trochę się to zmieniło. Kradnie.. ale nie bezpośrednio, nie pieniądze. Gina mi szmatki, ręczniki skarpetki, majtki ( wyciaga z kosza na pranie.. serio ?? opierdziane badole ?? :/), czasem tabletki przeciwbólowe ( raz kupiłam na zapas 5 opakowań apapu, trzymałam w jednej reklamówce, probowała wynieść 3 paczki), jakieś przyprawy. Czyli coś czego nie jestem w stanie za bardzo kontrolować.
Zaczęłam coś podejrzewać, gdy zobaczyłam na niej mój ręcznik (używała jak narzutki na ramiona). Potem jak razem z nia opuszczałam moje mieszkanie, widziałam przez reklamówkę ( w której miała zupę, której wiedziałam że już nie zjem, a nie chciałam wyrzucać) prześwitywał znajomy wzór majtek. Ale myślałam, że może się jeszcze przewidziałam. Aż w końcu spotkałam ja na chodniku w klapkach i moich skarpetkach...

sasiadka pomaganie

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (109)