Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#82434

~pozornick ·
| było | Do ulubionych
Czytając historię http://piekielni.pl/82413 przypomniała mi się moja. Ogólnie to ujmując wykonuję pracę która od czasu do czasu powoduje kontakt z Policją - działam w branży zabezpieczeń mienia i osób. Kilka ładnych lat temu u jednego z moich klientów doszło do włamania. W sumie nic nie skradziono, ale złodzieje zniszczyli nieznacznie alarm. Jako , że Policja w tym mieście działa prężnie, więc szybko wytypowali potencjalnego sprawcę i go odwiedzili. Okazało się, że ma fanty z kilku pewnie kradzieży - fanty specyficzne , bo były to urządzenia alarmowe i kamery z monitoringu, które pewnie zdemontował podczas swoich akcji. Policja więc zgłasza się do mojego klienta , aby ten określił, co z tych fantów należy do niego. Jako że nie do końca się orientował, za moja zgodą przekazał kontakt do mnie. Policja umówiła się ze mną, podjechałem, obejrzałem, stwierdziłem ,że przedmioty te nie są od mojego klienta, ale pomogłem określić rodzaj i typ przedstawionych mi urządzeń. W sumie na niewiele się przydałem , ale poczucie obywatelskiej odpowiedzialności...No właśnie. Po jakimś czasie (chyba po roku)otrzymuję wezwanie do sądu na rozprawę w sprawie jakiegoś gościa, którego nawet z nazwiska nie znałem i na oczy nie widziałem. Poukładałem sobie w głowie fakty i jakoś skojarzyłem to właśnie z tą mało znaczącą pomocą Policji. Przychodzę do sądu, rozprawa latem oczywiście na jakąś idiotyczną godzinę w środku dnia, więc z pracy nici , dzień rozbity jak wołowina na zrazy. Czekam na wezwanie , a tu ZONK - wzywa mnie sekretarka sędziny i informuje , że właśnie zapoznała się z aktami sprawy i uznała , ze moja obecność tu jest niepotrzebna. Zażądałem,żeby sędzina osobiście mi to powiedziała i zaoferowała rekompensatę za spartolony dzień . Jedyne co usłyszałem to zdawkowe przepraszam , "ale ja dopiero teraz przyjrzałam się tej sprawie". Trzasnąłem drzwiami. Naprawdę.
Jeżeli tak wygląda wnikliwość w rozpatrywaniu spraw - na kolanie, 10 minut przed rozprawą , to nie ma co się dziwić że do więzień trafiają niewinni, a bandyci śmieją się w twarz. No i może faktycznie PIS-iory maja racje, żeby coś tymi sądami zrobić.
P.s. Jak znajdę chwilę czasu to opiszę jeszcze jedną historię z sądem w roli głównej - sprawa jest jeszcze w toku, ale bezmiar głupoty wymiaru sprawiedliwości poraża...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (71)
poczekalnia

#82433

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Odnośnie http://piekielni.pl/82397 .
Sama miałam taki przypadek, kiedy jeszcze pracowałam w kawiarni- za kontuar, prosto pod nogi, wraczkowało mi pozostawione samopas małe dziecko, akurat jak niosłam jego rodzicom ok 1,5 litrowy dzbanek z wrzątkiem. Perspektywą spowodowania głębokich oparzeń na ciele dziecka, ich czy moim zupełnie się nie przejęli.

Ale nie o tym miała być moja historia.
Otóż jakiś czas temu poszłam z przyjaciółką do lumpexu. Kasia w swoją stronę, ja w swoją, wybieramy, co nam akurat potrzebne. Po sklepie biega puszczona samopas mała dziewczynka, taka ok 3 latka. Nie krzyczy, ale biega po całym sklepie. Było ciepło, drzwi były otwarte, dziecko co jakiś czas wybiegało. Za nim rzucały się nagle na zmianę młoda i starsza kobieta ( domniemywam, że mama i babcia).
Wprowadzały dziecko do sklepu i zostawiały samo, zajmując się swoimi sprawami. Za którymś razem, kiedy biegnąca kobieta potrąciła mnie w pogoni za dzieckiem zasugerowałam, by podzieliły się pilnowaniem małej- najpierw jedna trzyma ją za rączkę, druga wybiera ubrania, potem zamiana. Zostałam zjechana, że czemu się wtrącam,a w ogóle to sama mogłabym przypilnować im dziecka (???) oraz od czegoś w sklepie jest obsługa (nabijająca ceny przy ścianie przeciwległej do tej z drzwiami, jakieś 30 metrów od drzwi).

Aha. Czyli rozumiem, że niektóre madki myślą, że mogą scedować opiekę nad dzieckiem na personel miejsca publicznego, do którego się udają? Ani w kawiarni, ani w sklepach, w których pracowałam, nie miałam w karcie obowiązków zajmowania się dziećmi klientów...

madka dziecko zaniedbanie zachowanie_w_sklepie

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (86)
poczekalnia

#82430

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Trzymajcie mnie bo mnie krew zaleje.
Kontynuacja historii:
http://piekielni.pl/80180


Zakupiłem dwa psy od znajomego znajomego. Dwa mieszańce, wielkości typowego jamnika, za to istne maszynki do rozwiązywania mojego problemu.

Kochane czworonogi, które są łase do ludzi, o ile Ci nie pachną kotami. Podziwiam hodowcę, że udało mu się je tak wytresować.


Do rzeczy:
Psy kupiłem w grudniu tamtego roku, gdy miarka się przebrała i straciłem połowę swojej populacji gołębi. Psy kupione, nauczone zapachu właściciela, pokazałem im teren, powiesiłem tabliczki, że agresywne psy.

Od grudnia zakopałem około siedemdziesiąt kotów. Jak mówiłem, istne maszynki do łapania kotów. Do dzisiaj była istna sielanka, moje ptaki przestały być zestresowane, ja zacząłem normalnie sypiać, populacja powoli się odbudowuje.

Normalnie RAJ gdyby nie panie z TOZ.

Przyjechały dzisiaj rano w liczbie trzech, w asyście policji i sąsiada (tego od kotów!) jakoby, że znęcam się nad zwierzętami oraz nad sąsiadem bo upatrzyłem sobie jego zwierzęta domowe jako główny cel.

Sąsiad robi swoje wywody, że moje psy wszystkich atakują, że luzem po wiosce biegają, że mordują jego koty i niedługo wszystkim ludziom gardła rozszarpią, że cała wioska się boi wyjść na dwór czy na pole. Normalnie cała wioska zastraszona jakby koniec świata.

Babki z TOZ-u krzyczą, że morderca, że mi psy zabiorę bo nie umiem ich tresować, bo jestem nieodpowiedzialny bo powinienem je wychować w harmonii z kotami, że TRESUJE SZCZURY które nic nie robią tylko śmiecą i srają gdzie popadnie.

Panowie policjanci próbują ich uspokoić, chcą się dogadać, dowiedzieć o co chodzi bo w sumie przyjechali tu na wezwanie, że właśnie teraz skopałem kota.

Pokazałem im podwórko, budy, miski, miejsce z wodą, miejsce z karmą, same psy dałem policjantom pogłaskać, przezornie nie pozwalając pozostałej czwórce podejść. Wyjaśniłem też, że moje psy są niezwykle terytorialne i bronią swojego podwórka atakując inne zwierzęta oraz że wielokrotnie prosiłem sąsiada by ogarnął swoje koty albo poprzez zaprzestanie dzikiego rozmnażania ich albo kupienia im karmy.
Oczywiście wtedy szanowna trójca z TOZ-u zareagowała, że sąsiad nienagannie zajmuje się kotami i każdy z jego kotów ma u niego miejsce do odpoczynku, wodę i owszem czasami jest problem z karmą ale przy takiej ilości kotów to nic dziwnego i oni mu tą karmę podrzucą.

A to, że koty atakują ptaki to normalna rzecz i powinienem albo się z tym pogodzić i przestać hodować gołębie albo przenieść gołębnik dalej.


Przynajmniej wiem czemu nie reagują na skargi moje i innych mieszkańców wsi. Sąsiedzi nawet poprosili o kontakt do znajomego znajomego po psy.


PS. Dwa tygodnie temu jeden z kotów wszedł do pokoju jej sześcioletniego synka który bawił się chomikiem. Zaatakował dzieciaka, chomika rozsmarował na podłodze po czym uciekł.

koty

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (138)
poczekalnia

#82428

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W dobie licznych inwestycji drogowych. Czy zdarzyło Wam się stracić dorobek życia w wyniku realizowanego przedsięwzięcia? Kilka metrów od Waszych okien wybudowano hałaśliwą, dwupasową drogę? Albo teraz, jeszcze na etapie prac projektowych, dowiedzieliście się, że planowana trasa mocno ingeruje w Waszą nieruchomość? A może żyjecie na wsi lub na peryferiach miasta i boicie się, że w przyszłości staniecie się bezsilnymi ofiarami działań piekielnego projektanta?

Braliście udział w spotkaniach informacyjnych (czy też tzw. „konsultacjach społecznych”)? To właśnie moje dotychczasowe doświadczenia z takich spotkań skłoniły mnie to napisania tej historii. Pomyślałem sobie, że warto o tej spirali piekielności opowiedzieć. Stawiając się trochę w roli adwokata.
Słowem wstępu, krótka definicja zaczerpnięta z google: „Konsultacje społeczne to forma dialogu, którą prowadzi urząd z mieszkańcami, po to, by zasięgnąć ich opinii na temat różnych istotnych kwestii”.
Czasami w projekcie przewiduje się kilka wariantów trasy i zazwyczaj wszystkie one są przedstawiane społeczności. Jedne budzą kontrowersje, inne jeszcze więcej kontrowersji, ale generalnie chyba nie ma wariantu, który zadowoliłby wszystkich zainteresowanych.
A teraz przejdę do sedna.

1. „Ale po co ja tu jestem?”
Autentycznie takie pytanie padło. Projekt przedstawiany społeczności zazwyczaj nie jest produktem końcowym. Projektant nie zna (i nie ma prawa znać) przyzwyczajeń komunikacyjnych mieszkańców, nie wie często w jakim stopniu faktycznie ingeruje w tkankę miejską czy wiejską. Takie spotkania mają mu pomóc dostosować rozwiązania do potrzeb społeczności (oczywiście o ile pozwolą na to wytyczne środowiskowe, ekonomiczne, czy techniczne). Demonstrowane rozwiązania należy traktować jako propozycję, która wciąż będzie udoskonalana, dopieszczana, poprawiana.

2. Dlaczego wyburzacie mój dom?! Przecież wystarczy przesunąć drogę 20m na północ, tam jest szczere pole!
Jednym z głównych kryteriów trasowania nowego przebiegu drogi jest minimalizacja kolizji z budynkami. Jednak nie zawsze jest to możliwe. Przy „rysowaniu drogi” projektant musi kierować się literą rozporządzeń technicznych i dlatego np. nie może zastosować mniejszego łuku niż w projekcie (względy bezpieczeństwa ruchu). Przesunięcie w tym konkretnym miejscu drogi 20m na północ może powodować, że 100, 200 lub 500m dalej będzie trzeba wyburzyć 3 inne domy. Podła sprawiedliwość dyktowana jest tutaj przez bezwzględną matematykę, bo chociaż bezsprzecznie jest to tragedia, to wciąż jest to tragedia jednej rodziny a nie trzech.

3. Przecież to nieaktualna mapa!
No cóż, żeby zaktualizować mapę organizowane są wizje terenowe i właśnie spotkania informacyjne. Od ludzi najszybciej dowiemy się o zmianach. Niekiedy nawet internetowe zasoby geodezyjnie nie uwzględniają najświeższych modyfikacji. Nie ma możliwości, by w trakcie prac projektowych (które często trwają kilka, kilkanaście miesięcy) pozyskiwać na nowo i wciąż aktualizować mapy. A prawda o mapie jest taka, że aktualna jest ona tylko w momencie stworzenia.

4. Dlaczego ta droga nie idzie gdzieś-tam-za-górami-za-lasami?
Czyli dlaczego w moim ogródku, a nie ogródku sąsiada.
Po pierwsze: nieważne gdzie, niemal zawsze ktoś zostanie pokrzywdzony.
Po drugie: nasunęła mi się taka metafora.
Wyobraźcie sobie, że idziecie do biura podróży i prosicie o przygotowanie trzech ofert wycieczki w rozsądnych cenach na północ Stanów Zjednoczonych. Dostajecie jedną ofertę do Wisconsin, jedną do Dakoty Północna i jedną (najdroższą) do… Meksyku. Ale przecież Meksyk nie leży na północy Stanów Zjednoczonych, no i propozycja wykracza poza przeznaczony budżet.
Albo inne porównanie: wynajmujecie pośrednika, bo szukacie 2-pokojowego mieszkania na parterze, a kończy się… tak jak w innych historiach opisanych na tym portalu. ;)
Projektant nie może popuścić wodzy fantazji i w ramach radosnej twórczości powieść szlak komunikacyjny gdzie wzrok (lub ręka) poniesie. Projektant wykonuje usługę i to inwestor decyduje o zakresie inwestycji.
Jeżeli mowa przykładowo o obwodnicach: często najwięcej protestów wzbudza wariant , który przebiega najbliżej miasta (najbliżej wcale nie znaczy blisko :). Z jednej strony wydaje się to całkiem uzasadnione, ale z drugiej… czy ktokolwiek (ze wzburzonych) przed zakupem działki interesował się tzw. miejscowym planem zagospodarowania?

5. Przecinacie mi pole! Z czego będę żyć?!
Albo: Przenosicie ogródki działkowe! Od 20 lat uprawiam tam szczypiorek!
I znowu: jednemu przetniemy pole, innemu zabierzemy ROD, ale jeszcze innemu oszczędzimy dom. To kwestia priorytetów. Zdaję sobie sprawę, że ciężko w takiej sytuacji cieszyć się cudzym szczęściem, ale nikt nie robi tego po złośliwości. Taka ingerencja jest koniecznością wynikającą z innych uwarunkowań i kwestią przyjętych priorytetów (Czy słusznych? Dla jednych pewnie tak, dla innych nie.)

6. Ale ja nic nie wiedziałem o tym spotkaniu! Dowiedziałem się od sąsiada! Nikt mi listu nie przysłał!
Jak wspomniałem – zwłaszcza na pierwszych spotkaniach prezentowane są rozwiązania wstępne. Nie wiadomo do końca jak przebiegać będzie droga/drogi. Przy małych projektach inwestycja może ingerować w kilkanaście działek. Przy dużych – w kilkadziesiąt/kilkaset. Przy wielowariantowych – jeszcze więcej. A przy obwodnicach zainteresowani mogą być wszyscy mieszkańcy miasta i okolicznych wsi. Wyobrażacie sobie ile makulatury musiałby wyprodukować urząd miasta? I ile to pracy?
Prawo administracyjne od 1963 roku mówi, że jeżeli liczba stron przekracza 20 osób to korzysta się z innych form informowania. Najczęściej są to plakaty na słupach czy gablotach (np. w urzędzie miasta), komunikaty w miejscowych gazetach i informacje na stronach internetowych.

Na tym chyba zakończę. Niektóre elementy opisałem skrótowo, inne maksymalnie uprościłem, ale tylko dlatego, by niepotrzebnie nie rozciągać historii. Wydaje mi się, że uchwyciłem to co najważniejsze, czyli:
1) Warto uczestniczyć w spotkaniach, uzupełniać ankiety, pisać opinie. Projektanci je czytają, sprawdzają, w miarę możliwości wprowadzają.
2) Projektanci nie celują drogą specjalnie w Twój dom, nie zabierają Ci celowo ziemi. Próbują tak ukształtować trasę, by w jak najmniejszym stopniu ingerować w istniejące zabudowania. Muszą przy tym przestrzegać ścisłych wytycznych i spełnić wymagania inwestora.
3) Projektanci nie lobbują wariantów, nie utajniają informacji o spotkaniach, nie forsują rozwiązań za plecami społeczności, bo… nie mają w tym interesu, proste. Jeszcze się nie zdarzyło, by ktoś powiedział: „zburzcie Kowalskiego to dopłacę”. ;)
4) Projektanci (zazwyczaj) starają się wykonywać swoją pracę sumiennie i rzetelnie. Oszczędźcie im proszę okrzyków nienawiści i przekleństw („gówniane inżynieryje!”), drwiącej dezaprobaty („mój syn w podstawówce narysowałby to lepiej!”), czy rozkazów („e, kierowniku, leć dodrukować ulotki”).

Zdaję sobie sprawę, że wśród projektantów znajdą się czarne owce, a wśród projektów śmieciowe bazgroły, ale chcę wierzyć, że w zdecydowanej większości będziecie otrzymywać wartościowy produkt. Nie liczę, że osoba, która straci dorobek życia przyjdzie i powie „dobra robota, świetny projekt”, ale – za zaangażowanie i wypruwanie sobie flaków - chciałbym otrzymać odrobinę więcej zrozumienia i poszanowania pracy.

Ps. Jestem z Wami od dawna, ale to moja pierwsza historia. :)
Edycja:
w komentarzach często pada pytanie o rzeczywistą piekielność, więc wyjaśniam:
Piekielni mogą być projektanci, bo robią, co robią.
Piekielni mogą być ludzie, bo uzasadnione frustracje kierują w niewłaściwą stronę, co krzywdzące jest dla innych uczestników procesu.
Piekielne mogą być procedury, bo ludzie nie wiedzą (czemu się zresztą nie dziwę) jak wyglądają i do czego służą spotkania informacyjne.
Piekielny może być inwestor z wielu powodów.
Piekielne może być prawo, skoro pozwala na niedoinformowywanie społeczeństwa (jak wynika z komentarzy).
Piekielne mogą być urzędy, bo nie aktualizują miejscowych planów zagospodarowania.

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (75)
poczekalnia

#82421

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wczorajszy wyjazd do akcji, a dokładniej dojazd do remizy. Nie wiem czy piekielni byliśmy my, czy policjanci.

Kwadrans po północy syrena wyje. Wstaję i jadę do remizy. W mojej miejscowości jest droga o ograniczeniu do 20 km/h , ale w takim wypadku w ogóle się tym nie przejmujemy i jedziemy do remizy znacznie szybciej.

Wczoraj jednak napatoczył się jednak patrol drogówki. Po dojechaniu do remizy każdy szybko zamyka auto i goni się przebrać, nie przejmując się policjantami(nie jest to pierwsza taka sytuacja), ale tym razem były to młode chłopaki i usilnie starali się ustalić które auto czyje.

W końcu chyba dyżurny kazał im dać sobie na wstrzymanie, bo zabrali się i pojechali dalej.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (92)
poczekalnia

#82419

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Rejestracja telefoniczna w poradni dziecięcej od 8 godziny (informacja w poradni, na stronie internetowej), osobista natomiast od 7:30. Dzwoni telefon, jako że przed ósmą, to nie obieramy. Gdy wybiła 8:00 to podnoszę słuchawkę i pierwsze co słyszę "Odebrały (i tu pada niecenzuralne słowo na K)!" i pretensje, że dzwoni od pół godziny i nikt nie odbiera, a skąd miał numer? Ze strony internetowej poradni, gdzie informacja, że telefoniczna rejestracja od godziny 8.

rodzice_pacjentów

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (109)
poczekalnia

#82417

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W tym momencie wydaje mi, że mam jakąś obsesję, a może oczekuję higieny w miejscu pracy, aż nadto… Ale od początku…

Od dawna dbam o włosy, aż nazbyt przesadnie. Zawsze świeże, pachnące, bez grama łupieżu, bo działam zachowawczo. Ale o co chodzi?

4 dni temu wybrałam się do fryzjera w mej mieście, w której aktualnie przebywam. Niby nic, ale musiałam zrezygnować z mojego zaufanego salonu, ponieważ wszystkie panie, jakoś się złożyło, że poszły na macierzyński i pozostała tylko jedna fryzjerka. Okej, spróbujmy czegoś innego.

Generalnie salon okej, wysokie oceny w google, profesjonalna pani fryzjerka, usługa wykonana tak, jak powinna, cena trochę za wysoka, jak na obecne warunki, ale da się przeżyć. Ale, ale… Wtedy nie byłoby tej historii.

Otóż moją uwagę przykuło po myciu zawijanie włosów w ręcznik. Nie standardowo w jednorazowy, ale te grube ręczniki, wielokrotnego użytku. Natomiast wtedy pomyślałam, że w porządku, może dobrze je krochmalą, lub inne rzeczy z nimi robią, co by były nieskazitelnie czyste.
O ja naiwna…

Po 2 dniach skóra głowy zaczęła schodzić płatami, więc nic, wybieram się do salonu, aby wyjaśnić i zasięgnąć porady, co się dzieje. Czy już włosy wypadają, i amen, kaplica, czy dermatolog wystarczy.
To, co usłyszałam od fryzjerki, ścięło z nóg. A były to dokładnie zdania:
- PANIKUJE PANI. OT, ZWYKŁY ŁUPIEŻ PANI „GDZIEŚ” ZŁAPAŁA. NO MOŻE TROCHĘ MOCNIEJSZY. PIĘĆ MYĆ NIZORALEM I PRZEJDZIE.
- Przepraszam, ale to może te ręczniki, może coś z nimi nie tak?
- HAHA, PROSZĘ PANI. JAK PANI IDZIE DO KOSMETYCZKI, I APLIKUJĄ PANI TEN SAM KREM CO WSZYSTKIM, A PO DWÓCH DNIACH WYSKAKUJE PANI PRYSZCZ, TO TEŻ TAK PRZYCHODZI SIĘ PANI AWANTUROWAĆ??

Zabrakło mi komentarza.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (102)
poczekalnia

#82415

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Szpital publiczny w średnim mieście (miasto 16.000 mieszkańców, powiat 100.000 mieszkańców).
interesantka [i] rozmawia z recepcjonistką [r]
-[i] dzień dobry, potrzebuję zapisać się do okulisty
-[r] w tym roku już nie prowadzimy zapisów (jest środek czerwca)
-[i] a na następny rok ?
-[r] jeszcze nie prowadzimy zapisów
-[i] to poproszę prywatnie
-[r] dobrze, poproszę 140zł i już wyciągam kartę, trzeba będzie chwilę w kolejce poczekać.

co myślicie o kaucji 50zł za zapisanie się do lekarza?

Szpital; okulista; NFZ; podatki

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (90)
poczekalnia

#82399

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Niedawno wyremontowana ulica. Wzdłuż jezdni po obu stronach nowe, asfaltowe ścieżki rowerowe oraz szerokie chodniki, jednym słowem full wypas, jazda rowerem tą trasą to przyjemność. Co zobaczyłam dzisiaj? Rowerzystę, który nie jechał drogą dla rowerów ale... jezdnią. Dodatkowo wybrał buspas...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (78)
poczekalnia

#82390

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnie dwa dni były deszczowe. Zapewne pokrzyżowało to z lekka plany rolnikom, szczególnie tym, którzy zbierali w tym roku siano. Teraz większość pras do siana i słomy to są prasy rolujące, które wiążą w walcowate belki o średnicy 1,2-1,5m. Ale u mnie nadal dość popularne są prasy wiążące w małe kostki, które ręcznie ładuje się na przyczepy. Praca ogólnie jest ciężka, typowo siłowa, ale bardzo przyjemna.

Piekielność zaczyna się dopiero w momencie, gdy widząc wóz siana przypomniał mi się wyjazd, typowo zarobkowy, do Niemiec, na tzw. "Grzejniki". Pojechałem tam jako spawacz, ale przyznaję, że tylko na niektórych weekendach wiało nudą.

Z całej plejady dziwnych akcji, teraz poruszę tylko temat prac "Innych". Bo jak tu inaczej połączyć spawanie i sianokosy. Przy każdej umowie o pracę jest wyszczególniony zakres obowiązków. W moim przypadku jest to szykowanie materiału do spawania, łączenie części, spawanie, czyszczenie spoin i weryfikacja wzrokowa, inne prace w zakresie wykonywanego zlecenia, utrzymanie porządku i dbanie o sprzęt. O ile do początku listy nie mam zastrzeżeń, tak dalej robią się schody.

Jako inne prace na zleceniu można podciągnąć składanie grzejników, malowanie, cięcie materiału, czy prace typu gięcie poprzeczek, wybijanie otworów w blaszkach, czy zaginanie spinek. Trzy ostatnie były na tyle nudne, że uchodziły tam za torturę...

Utrzymanie porządku czasem tam oznaczało koszenie trawy na firmie, pielenie rabat, czy nawet utylizacja połamanych palet i innego drewna w sporym rębaku. Wszystko to robiłem, nawet fajnie było, a raz nawet rzuciłem w kolegę połówką euro-palety... To były czasy ;D

Tylko jeszcze jak podciągnąć pod zakres obowiązków wyprowadzanie psa szefowej, prace leśne, sprzątanie w garażach na wsi, czy wspomniane wcześniej sianokosy. Przypominam, że było nas tam łącznie 11 osób, z czego było 2 malarzy, a reszta spawacze. Z wyżej wymienionych brałem udział w sianokosach i żniwach (słomę też woziliśmy).

Tam sianokosy były później, bo w coś koło połowy lipca. Tego dnia, po południu (robiliśmy do 6pm) przyszedł do nas majster i mówi nam, że musimy pojechać na pole po siano. Pierwsza myśl "Kpisz czy o drogę pytasz", ale co nam szkodzi, będzie śmisznie i w sumie było. Wzięliśmy busa z firmy, widełki i sio na łąkę... Tam już czekali kolega w ciągniku z przyczepą, szef w Unimogu (Mercedes) i siano w tych małych kostkach. Na tyle nie dowierzałem w to co się dzieje, że rzucałem jedynie wyklinając kolegę, bo wziął "Zbożówę". Zbożówką nazywam przyczepę przystosowaną do przewozu zbóż, dla niekumatych, wierzch burt w tamtej był na ok 2,5 m od ziemi... Załadowaliśmy, rozładowaliśmy i przy okazji poznaliśmy osobiście konie, dla których to robiliśmy. A z robotą wyrobiliśmy się idealnie w czasie normalnej pracy. Nie było tego dużo, a my mamy teraz nieśmiertelną ciekawostkę, w którą niewielu nam wierzy...

Jednak najlepszego dowiedzieliśmy się na kwaterze. Tam jest tak co roku, a ci co nie chcieli robić byli wręcz zmuszani do zjazdu. To był wyjazd na zasadzie wynajmu pracowników, więc zawsze Niemiec dostawał nowych ludzi jak potrzebował, a nie wiedzieć czemu polskie kierownictwo aż tak właziło im w rzyć...

A mnie, próbującego węszyć i szukającego sprawiedliwości, pierw spróbowali zajechać, a potem zesłali mnie z zapaskudzoną opinią...

zagranica praca

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (62)