Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#77603

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Usłyszałam historię i przypomniało mi się pewne wydarzenie... Działo się to w czasach o których już nawet starożytni górale nie pamiętają...
Kolega dostał kategorię "A" i idąc na obowiązkową wtedy, dwuletnią służbę w kamaszach, poprosił (trochę tak w ramach żartu i z przymrużeniem oka)naszą "paczkę" przyjaciół, co by mu pilnowała i dbała o przyszłą matkę jego dzieci, podporę jego lat podeszłych, miłość życia... no jasne, czego się dla swoich nie robi, choćby i żartem.

Gdzieś z miesiąc później widziałam jego narzeczoną na ulicy w towarzystwie chłopaka bardzo podobnego do mojego kolegi. Jasnym było, że to nie on, ale braci miał. Pieruńsko do niego podobnych, więc wniosek sam się wysnuł, trybiki w mózgu dodały dwa do dwóch- wyszło zero, czyli nic. Za parą nie cwałowałam, bo raz- ulica ruchliwa nieco między nami, dwa- braci znałam li tylko z widzenia, pogaduszek żadnych nie zamierzałam podejmować. I właśnie wyglądali jak to zero/nic- ot spokojnie idą chodnikiem obok siebie dwie osoby, w niedalekiej przyszłości związane więzami pokrewieństwa i omawiają jakieś swoje prywatne sprawy. Może plany wyjazdu na przysięgę?

W grudniu spotkaliśmy się wszyscy z kolegą-wojakiem i jego narzeczoną na przysiędze.

W styczniu (mniej więcej miesiąc, może półtora później)jego narzeczona wychodziła za mąż stając się automatycznie ex narzeczoną naszego kumpla, bo nie miała w planach związku poligamicznego.Ex była właśnie na początku drugiego trymestru ciąży a szczęśliwym żonkosiem został, widziany przeze mnie na ulicy, domniemany brat kolegi.

Skubana, chyba tak się stęskniła za naszym kolegą, że znalazła sobie prawie sobowtóra. Nikt się nie zorientował.
Kumpel z rozpaczy wybierał się do zakonu. Kontemplacyjnego najlepiej, jak twierdził.
Przegadaliśmy mu- tego kwiatu to pół światu.
Jest teraz mężem cudownej kobiety i ojcem prawie pełnoletnich dzieci.
Ona? Ma co chciała. Degustatora napojów wyskokowych z zamiłowaniem do boksu. Sparringpartnerem jest oczywiście "szanowna" małżonka.

Tylko do dziś czasem się zastanawiamy, kiedy zaczęła kręcić na dwa fronty, skoro na przysiędze była już w trzecim miesiącu ciąży?

PS.: Ja wiem, że każdy ma prawo się zakochać, odkochać, że serce nie sługa. Czy jednak nie wypadałoby być uczciwym i rozwiązać to jakoś w cywilizowany sposób?
PS.: do wszelkiej maści "sweeet" romantyczek: to nie ja jestem tą cudowną kobietą, z którą ożenił się kumpel; proszę sobie nie tworzyć jakichś romansideł, bo to jakoś ostatnio strasznie modne na wszelkiej maści portalach, forach...

w gronie przyjaciół

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (Głosów: 127)
poczekalnia

#77602

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miał być komentarz do #77597, ale wyszedłby za długi.
Jeździć na nartach uczyłam się bardzo dawno temu, kiedy byłam małym dzieckiem. Wtedy jeszcze nie było pod każdym stokiem świetnie zaopatrzonej wypożyczalni nart, toteż sprzęt każdy miał skompletowany bardziej na zasadzie "załatwienia" niż kupienia. W moim przypadku były to cholernie niewygodne buty, których jako czteroletnie dziecko nie byłam w stanie zapiąć (co więcej, nie wiem kto je zaprojektował, ale jedynie silny, dorosły mężczyzna mógł je zapiąć - w tym przypadku akurat instruktor lub mój tata). Narty to były cienkie, proste dechy, za długie na mnie o jakieś 30 cm (taka moda), upiornie ciężkie. W pierwszym sezonie miałam zajęcia z piekielnym instruktorem, który - daję słowo! - próbował chyba zrobić wszystko abym do końca życia znienawidziła jazdę na nartach.
1. Podchodzenie pod górkę - nie było wtedy wyciągów dla dzieci, tzw. "urwiłapek" czy innych taśmociągów, były tylko wyciągi talerzykowe (i krzesełka, na dłuższych trasach oraz dwuosobowe orczyki, których akurat na tym stoku nie było). Dla małego dziecka wjazd samodzielnie takim wyciągiem był bardzo trudny, czasem wręcz niemożliwy, szczególnie przez wysokość "talerzyka" - wtedy nie było to przystosowane do małych dzieci, jakaś regulacja była, ale ograniczona. Ale dało się wjechać razem z dzieckiem, co też czynili niektórzy instruktorzy. Ale nie mój! "Żebyś doceniła (wtf?!) zjeżdżanie, najpierw musisz podejść!"- i musiałam zapierdzielać pod górkę z nartami i kijami, w imię nie mam pojęcia czego. Nie wiem ile te nieszczęsne narty ważyły, ale dla mnie wtedy były ledwo do udźwignięcia i stale się "rozjeżdżały" w rękach. I dodajmy do tego jeszcze kije. Po jednym dniu nienawidziłam jazdy na nartach, instruktora i gór.
2. Wywalanie się. Wiadomo, że jak się ktoś uczy to się wywali nie raz. Ale instruktor śmiał się ze mnie ilekroć się przewróciłam, nie próbował nawet podnosić (akurat podnoszenie opanowałam do perfekcji bardzo szybko), mówił, że inne dzieci, które uczył się tak nie wywalały. Generalnie wieczna krytyka, co sprawiło, że nauki jazdy na nartach mi się odechciało jeszcze bardziej.
3. Szybkość jazdy. Wywalałam się, więc bałam się jechać szybciej, to chyba logiczne. Nie, nie dla instruktora. Mógł mnie jakoś zachęcić do zwiększenia prędkości, prawda? Ale on wolał krzyczeć "Jedź szybciej, inne dzieci w twoim wieku to już śmigały, a ty co". Bałam się, nie chciałam jechać szybciej za nic na świecie.
4. RAZ pozwolił mi skorzystać z wyciągu, oczywiście talerzyk poderwał mnie do góry, przewróciłam się. Co zrobił instruktor? Powiedział "widzisz, jeszcze nie dorosłaś do wyciągu, więc będziesz podchodzić". Nie dał mi szansy żeby nauczyć się jeździć wyciągiem. Raz się nie udało, to znaczy, że nigdy się nie uda.
5. Przed każdymi zajęciami wpadałam w histerię i ryk. Instruktor rodzicom tłumaczył, że dziecko sobie nie radzi i dlatego tak nie chce się uczyć, ale że nauka nie jest przecież przyjemnością i prędzej czy później polubię jazdę. Jednak po 4 albo 5 zajęciach (już nie pamiętam) uparłam się, że nie pójdę i kropka. Rodzice oczywiście wkurzeni, że dzieciak wybrzydza i marudzi, ale finalnie się zgodzili i tak uwolniłam się od zajęć z tych chamem.

Dodam, że rodzice nie wiedzieli jak wyglądają zajęcia na prośbę instruktora, który był jakimś znajomym (dlatego nie bali się mnie z nim zostawić), bo dzieci przy rodzicach się stresują i generalnie nauka słabo idzie. Oczywiście podzielam tę opinię, ale mimo wszystko powinni zobaczyć jak wyglądają te zajęcia po pierwszym ataku mojej histerii, a nie wierzyć facetowi, że dziecku źle idzie więc zanosi się rykiem.

Rok później miałam już normalną instruktorkę, która pozwalała mi jeździć wyciągiem, uczyła bardzo dobrze, a ja na luzie załapałam o co chodzi w tych nartach i polubiłam jazdę. Na jej zajęciach również moi rodzice nie byli obecni, ale bawiłam się z nią doskonale, nie ryczałam, a z upadków się śmiałam i nikt nie robił z tego tragedii.

Później jeszcze jeździłam w klubie narciarskim, ale to jest temat na oddzielną historię. Obecnie jeżdżę bardzo dużo, bardzo to lubię, ale kiedy wspominam tego pierwszego instruktora to ciarki mnie przechodzą.

narty

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (Głosów: 97)
poczekalnia

#77601

(PW) ·
| było | Do ulubionych
DPD-temat rzeka.

Historii mam kilka. Opiszę jedną.

Mój tato zamówił perfumy przez internet za około 300zł. Zapłacone, potwierdzone, adres dostarczenia do domku podany. Wszystko cacy. Sklep internetowy bardzo szybko zadziałał i paczuszka w drodze.
Mija jeden dzień, drugi...paczki nie ma. Na stronie DPD info "przesyłka dostarczona". No to tata, już lekko wpieniony, bo 300zł piechota nie chodzi, za telefon i dzwoni. Oczywiście DPD zaskoczone - najpierw etap wyparcia: przecież jest NAPISANE, że dostarczone!!! (serio?), potem etap przeprosin i skruchy ale efektów i paczki brak.

Dzień czwarty - siedzę sobie grzecznie w pracy, w firmie i dostaję telefon od naszego firmowego Portiera, że mam zejść na dół bo pani Sprzątaczka(?) ma dla mnie przesyłkę. Ja wielkie oczy i WTF? no ale idę odebrać wąglika, bo co począć :D

Idę na dół i co się okazuje?
Paczka zaadresowana na mojego tatę i na adres domowy trafiła...do mnie, do pracy(sic!) Nikt się ze mną ani z tatą oczywiście w żadne sposób nie kontaktował.
Mało tego - kurier podrobił podpis a paczkę WCISNĄŁ pani sprzątaczce w ręce przed budynkiem firmy i zwiał(?!) Całe szczęście, uczciwa Pani sprzątaczka paczkę oddała bo skojarzyła nazwisko ze mną...i tylko dlatego, że często sobie gawędzimy (w firmie 250 osób).

W paczce były perfumy, które miały być NIESPODZIANKĄ dla mnie od taty na urodziny...na szczęście były całe. (CUD)
Mądry Pan kurier.
DPD unikam jak ognia.

Mały edit: kurier zapewne wygrzebał w swej pamięci adres firmy, gdyż kiedyś JA do niej coś zamawiałam. Ale wówczas był to adres dostawy podany od początku, bez kombinowania. Więc zagadką pozostaje JAK on sobie skojarzył mnie i tatę oraz adres domowy z firmą...
Ponadto był to świąteczny okres, gdzie wszyscy mieliśmy bardzo dużo pracy i innych spraw...dlatego nie złożyliśmy skargi (czego bardzo żałuję)

kurierzy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (Głosów: 75)
poczekalnia

#77598

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wybaczcie, że tak długo. Niecierpliwym odradzam lekture, bo pod wpływem emocji mam tendencję do rozwlekania.

Czasami rodzic może doprowadzić kogoś na skraj rozpaczy.
Historia mocno zaprzeszła, bo sprzed prawie dwudziestu lat. Kiedyś na wsi obowiązywały inne zasady. Miałem jakieś 12 lat pierwszy raz pojechałem samodzielnie samochodem do sąsiedniej wioski wysłany w jakiejś pilnej sprawie. Dla usprawiedliwienia mojego Dziadka nadmienię, że ani razu nie wjechałem na drogę utwardzoną, tzn. te 2-3 km pokonałem wyłącznie polnymi drogami przedzielającymi okoliczne pola. Dzisiaj wiem, że zgodnie z przepisami nawet nie złamałem prawa, ponieważ poruszałem się wyłącznie po prywatnym terenie. Ale kto sobie wtedy przepisami głowę zawracał jak jeździli bez wyjątku wszyscy i wszystkim. Nie usprawiedliwiam nikogo. Po prostu stwierdzam fakt.

„Wsysło” mnie. Co innego motorower (miałem dwa: Romet Ogar i Romet Komar 2), a co innego prawdziwy samochód. Z dumy mało nie pękłem. Tym bardziej, że (jako „miastowy”) mało miałem okazji zabłysnąć przed rówieśnikami, którzy już dawno prowadzili np. ciągniki rolnicze i nikogo to nie dziwiło. . A ja wtedy robiłem wszystko, żeby w nagrodę za wzorowe zachowanie dostać możliwość chociaż krótkiej przejażdżki samochodem.
Nawet teraz, z prawie milionem kilometrów na koncie, nadal uwielbiam prowadzić.

Minęło parę lat i chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że prawko zrobiłem za pierwszym podejściem. Tym bardziej, że jedyną dostępną opcją samochodu w LOK (Liga Ochrony Kraju do wiadomości gimbusów) był Polski Fiat 126p. Jak podjechałem na pierwszą jazdę parkując na ciasnym parkingu tyłem na oczach instruktora Mercedesem W123 (tzw. „beczka”), to się prawie chłop ze śmiechu popłakał darując sobie tłumaczenie czym różni się kierownica od dźwigni zmiany biegów.

Lata leciały, Mercedes wiernie służył. Nie bez powodu jest okrzyknięty „ostatnim prawdziwym Mercedesem”. Czym dłużej nim jeździłem, tym bardziej kochałem to auto. W końcu dojrzałem do rozmowy z Ojcem: „Słuchaj Tato. Samochód ma już ponad dwadzieścia lat dużo trzeba w nim naprawić, a koszty ponoszę właściwie tylko ja. Spiszmy więc umowę żebym miał pewność, że pieniążki pakuję we własny samochód. Oj tam, oj tam. Z własnym ojcem chcesz umowy pisać? Fuj. Własnego syna przecież bym nie oszukał.” O ja głupi. Jako, że rozmowa odbywała się przy mojej Mamie, nawet nie przyszło mi do głowy co mnie może w przyszłości spotkać. Co Ojciec sobie popił, to szantażował mnie odebraniem samochodu (za który mu zapłaciłem więcej niż cena rynkowa), ale Mama twardo stawała w mojej obronie. Średnio raz w miesiącu wypływała sprawa zmian w dowodzie rej., bo formalnie samochód nadal należał do Niego. Argument zawsze był ten sam: przecież własny Ojciec mnie nie oszuka, atak to tylko wydam pieniądze n opłaty OC bez zniżek, podatek drogowy, przerejestrowanie itp. Koronnym argumentem Ojca było to, że i tak jako jedyny w rodzinie mam prawko więc o co kaman.

Uspokojony argumentacją, w miarę możliwości zacząłem przygotowywać moje ukochane auto do tzw. „żółtych blach”.
Żeby samochód mógł być zarejestrowany jako zabytkowy musi spełniać określone warunki.
Zacząłem od kapitalnego remontu silnika. Na oryginalnych częściach. Koszt drugiego takiego egzemplarza. Potem, jak dozbierałem kasy zająłem się blacharką. Znowu blachy z Mercedesa. Że na lakiernictwie trzeba się znać, doprowadziłem mojego pupilka do stanu przedlakierniczego, czyli wszystkie potrzebne blachy wymienione, zagruntowane, pryśnięte podkładem (tudzież podwozie antykorozją) i czeka mnie tylko wizyta w lakierni. Wydatek niemały, więc jakiś czas jeździłem taką pstrokatą prawie pięciometrową puszką ciułając grosiki na opłacenie lakiernika. W międzyczasie udało mi się dorwać w Niemczech oryginalne alumy dedykowane przez AMG do właśnie tego modelu za rozsądną cenę (na dzisiaj jakieś 1500 zł).

Już oczami wyobraźni wydziałem siebie jak pięknie odmalowanym Mercem jadę w wakacje do Siory w Berlinie chwaląc się prawie w całości samodzielnie wykonaną pracą. Nie przewidziałem toku rozumowania mojego rodziciela. Pewnego dnia zadzwonił żebym go odebrał z knajpy pod zakładem pracy (norma). Jak zwykle nie odmówiłem, tylko wsadziłem dupę do auta i pojechałem po niego (i jego kolegów, jak zwykle). W drodze do domu kazał mi zjechać do komisu/szrotu samochodowego. Ok. Zjechałem. Nawet się nie zainteresowałem po co otwiera schowek w samochodzie, bo miałem to gdzieś. Chciałem tylko wrócić do domu i pozbyć się pijanego Ojca. Otworzyłem szyberdach, puściłem radio i czekam. Po ok. 15 minutach wrócił cały w skowronkach, wręczył mi 100 PLN stwierdzając, że mogę sobie wezwać taksówkę do domu, bo WŁAŚNIE SPRZEDAŁ MOJ SAMOCHÓD ZA 500ZŁ!!! Po czym wyszarpnął kluczyk ze stacyjki, oddał właścicielowi komisu i razem z kolegami poszedł z powrotem do knajpy.

Wpadłem w popłochu do kanciapy faceta, żeby jakoś sprawę odkręcić . Błagałem go, że ja mu te pięć stów w zębach przyniosę. Facet jak mnie wysłuchał to aż się ze śmiechu posmarkał. Powiedział że owszem, auto jest jak najbardziej do kupienia. Za … 8 tys zł. W tamtych czasach to było jakieś 20 moich pensji. Jak zdesperowany zagroziłem wezwaniem policji roześmiał mi się w twarz pokazując dowód rej. mojego autka, gdzie wyraźnie widniało imię i nazwisko mojego Ojca.
Na takie dictum, mimo trzydziestki na karku, po prostu siadłem na krawężniku i się popłakałem. Dzięki Tato.

P.S. A wiecie dlaczego, po tylu latach o tym piszę? Bo jak mi po operacji na onko, gdzie wycięli mi pół gardła, lewej nogi i lewej ręki w końcu lekarze odłączyli mnie od tych wszystkich drenów, cewników i kroplówek korzystając z pięknej pogody wyszedłem na dupny parking za szpitalem i co zobaczyłem? Mojego „Mesia”. Słowo. Nawet futrzane pokrowce, szyte na miarę, były te same. Własnoręcznie malowane wnętrza przednich lamp też. I tabliczka: Na sprzedaż. Popłakałem się ponownie. Po 12 latach. Poprosiłem Żonę o telefon do sprzedającego (bez języka ciężko się rozmawia) w celu uzyskania info o cenie sprzedaży. Kuffa, przed śmiercią człowiek robi się sentymentalny. Może nerkę sprzedam albo cuś. Niestety cena jaką usłyszałem powodowała przelicznik dla sprzedaży czterech nerek,a tyloma nie dysponuję. Z zemsty mogę jedynie Ojcu znicza nie zapalić

z rodziną najlepiej na zdjęciu

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (Głosów: 249)
poczekalnia

#77597

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z pamiętniczka instruktorki narciarstwa, czyli historii #77388 ciąg dalszy.

4. Nie mam instruktora, ale wymagam.

To się najczęściej zdarza z rodzicami, którzy wzięli dzieciom kilka lekcji, ale postanowili już wypchnąć pociechy na stok same. Jednak – jako że stok mały i instruktorów rozpoznać łatwo – bywa też, że awanturują się osoby, które widzimy na oczy pierwszy raz.

a) Wyciąg – maluchy, które już radzą sobie same na stoku, często nadal mają problemy z wyciągiem, który tam był dość, powiedzmy, nieprzyjemny dla początkujących, do tego po wypięciu nie dało się zjechać na dół, trzeba było się wpiąć z powrotem/podejść do góry/zejść na dół, co przerastało przedszkolaków. Rodzice po lekcji zawsze informowani, że np. „dziecko jest w stanie zjechać samodzielnie, ale samo jeszcze nie wjedzie”. Tylko co z tego, jak co chwilę takie dzieci były puszczane przez rodziców same, a potem wielki dramat, bo jak się maleństwo wyrżnęło, to żaden z instruktorów nie pogalopował na pomoc? Miał lekcję? No to co, ale DZIECKO LEŻY!

I tak, ja niby rozumiem, że dla rodzica to prośba o pomoc może dwa razy w ciągu godziny. Tylko że takich dzieci było w ciągu godziny kilkoro i naprawdę nikt nie będzie przerywał co chwilę lekcji, żeby komuś pomóc. Skargi leciały na wszystkich – od instruktorów po obsługę wyciągu (bo bezczelny pan na dole zatrzymał wyciąg, żeby dziecko zeszło na bok, ale wcale jakoś nie biegł na górę i nie pomagał… I później pielgrzymki obrażonych matek wzdłuż wyciągu, ech…).

b) Stok – pisałam w poprzedniej historii o problemach z wstawaniem. Właściwie to samo, co wyżej. Nieważne, że rodzic poinformowany, że dziecko – mimo że jeździ – jak się wywróci, to już tak zostanie. Najlepiej puścić dzieciaka, a potem oczekiwać, że wszyscy z pieśnią na ustach będą je zbierać, i robić awantury każdemu zjeżdżającemu instruktorowi, który dziecko zignorował. A potem awanturować się dalej, że zignorował również ich wrzaski i kontynuuje lekcję. No bezczelność, faktycznie. Bo misiu pysiu leży… I oczywiście obraza majestatu, kiedy kończyło się tym, że rodzice bokiem stoku maszerowali podnosić młode.

c) Wskazóweczki – to głównie dorośli. Czasem wzięli wcześniej lekcję, czasem nie. I tak sobie mimochodem podjeżdżali, jak prowadziłam lekcję… I tak zagadywali… I tak niby nic, ale może pokazałabym im coś tak szybciutko… Albo zerknęła, czy dobrze robią coś tam… A może mogłabym podpowiedzieć coś jeszcze… I czemu, do cholery, patrzę tylko na tego, z kim aktualnie mam lekcję?! Jak mogę ich ignorować?! Przecież oni takim zupełnym przypadkiem jeżdżą przy mnie od dwudziestu minut, a ja nic!!! (Btw, dwa razy zrobili tak chłopcy, których wcześniej uczyłam – i naprawdę wystarczyło powiedzieć, że teraz nie mogę, bo mam lekcję. Rozumieli, pytali, czy mogą mnie spróbować złapać na dole, jakbym miała chwilę, i żegnali się grzecznie. Dorośli – nigdy).

5. Zaopatrzenie.

Jestem instruktorem, klienci płacą, ja uczę. Tylko tyle. Co nie wchodzi w zakres usług?

a) Chusteczki – zima, dzieci z katarem. Mamy maluchów kręcą się na dole stoku, więc często w razie potrzeby zjeżdżamy, dziecko wyciera nos, tyle. Często, ale nie zawsze. Zdarza się, że mamusia na początku informuje, że dziecko ma katar. Okej, dopóki nie okaże się później, że to ja mam mieć chusteczki dla dziecka. I zdziwienie, że nie noszę zapasu (wyobrażacie sobie, ile paczek musiałabym mieć upchniętych po kieszeniach, żeby obsłużyć dzieci z całego dnia, zakładając, że maluch potrzebuje ich nieraz pięć czy więcej w ciągu godziny? Spoko, mamusie też nie).

RAZ miałam paczkę, bo sama potrzebowałam. Jedna z mamuś zauważyła i stwierdziła, że super, skoro ja jestem zaopatrzona, to się z dzieckiem podzielę. A potem oburzenie, bo przecież to tylko chusteczki, taki ze mnie samolub. Jasne, powinnam smarkać w rękaw do końca dnia i to jeszcze z wdzięcznością. A jak mamusie reagują najczęściej, kiedy nie mają chusteczek? Pada pytanie: „To co ja mam teraz zrobić?”.

A mi się tylko chce śmiać, jak pomyślę, że chcą, żeby dzieci umiały jeździć na nartach, ale żadna nie wpadnie na to, żeby dziecko nauczyć nos wycierać.

b) Rękawiczki – dzieci często nie mają narciarskich tylko zwykłe, wełniane, które po pierwszym upadku robią się całe mokre. Dziecko marudzi/płacze, a mama z nieśmiertelnym: „To co ja mam teraz zrobić?” (jedna mama zapytała o to już przed lekcją, czyli zdawała sobie sprawę, że to nie najlepszy pomysł, z tym że nie wiem, czego oczekiwała). Odpowiedź „teraz jeździć w tych, co ma” uznania nie znajduje. Za to wtedy mamusie zauważają, że ja mam takie super rękawice narciarskie. I że mogę oddać dziecku, to nie będzie płakać! I dokończy lekcję! Mhm, już pędzę.

Tak na marginesie, z rękawiczkami problem jest najczęściej (raz była dziewczynka nawet BEZ rękawic), ale zdarzają się też osoby w wąskich kurtkach do kolan, cieniutkich getrach, spodniach z dziurami, długich płaszczach itd. - i większość uważa, że ja nagle coś z tym zrobię, no bo jak to, za instruktora zapłacili, to instruować powinnam.

Szczyt? Kobieta w długiej wąskiej kurtce, która uniemożliwiała zdecydowaną większość ruchów, stwierdziła, że ja złośliwie uczę ją jeździć i hamować pługiem (miała pierwszy raz narty na nogach…), bo ona dobrze widziała w telewizji, że wcale tak się nie jeździ. Wyjaśnienia, że to, co robią zawodowcy, to jeszcze nie jej etap, zostały przyjęte, ale… To wszystko nasza wina, bo nikt jej nie poinformował, że nie będzie jeździć w taki sposób i że trzeba swobody ruchów na nartach. I że chyba zwrot pieniędzy… Musiała przy kasie doznać okropnego rozczarowania.

c) Batoniki/napoje – jeżeli wszystko idzie zgodnie z planem, nie mam żadnych przerw (najczęściej 9:00/10:00 – 18:00, ale czasami nawet i do 22:00), więc na wszelki wypadek, jakby nie udało się zejść choćby na kilka minut, do kieszeni upycham jakiś batonik i mały napój. I jeśli mam ucznia, który jest w stanie sam wjechać wyciągiem, zdarza się, że – jadąc za nim – dokonuję szybkiej konsumpcji.

Takie dziecko nawet tego nie widzi… Ale widzi mama! I mama uważa, że skoro ja byłam głodna/spragniona, to jej dziecko na pewno też! A ja na pewno mam coś dla niego, taki poczęstunek, prawda? I nieważne, że dziecko za 15 minut skończy lekcję, a ja zjadłam, bo jeżdżę od 4h, a przede mną drugie tyle. Nie ma poczęstunku dla dziecka? No jak to?! I nie muszę chyba wyjaśniać, jak maluch zareaguje na informację o potencjalnych słodyczach… Najlepsze? To nie była jednorazowa sytuacja.

d) Narty – szkoda mi było swoich „normalnych” nart, więc w połowie sezonu kupiłam sobie typowo rekracyjne, żeby serce nie pękało, jak kolejne dziecko mi po nich przeszoruje. Nowe, więc wiadomo – śliczne, lśniące, do tego w bardzo dziewczęcych kolorach, co mam w nosie, po prostu były mocno przecenione.

Ale dziewczynki nie mają tego w nosie – bo ojej, pani ma takie śliczne narty. Ale też – „maaaamo, ja też chcę takie”. I płacz. I propozycje od mam. Pierwsza – żebym wypożyczyła sobie inne narty, to „dziecko nie będzie płakać”. Druga – żebym zamieniła się z jej córeczką. Córeczka, fakt, była prawie tak wysoka jak ja (jestem raczej niska), ale miała lat osiem i chyba nie powinna już odstawiać takich cyrków? Oczywiście propozycje odrzucone ku zdumieniu mamuś, natomiast ja nie mogę wyjść ze zdziwienia, że takie propozycje w ogóle padły (bo płacz dziecka to jedno, ale dorosła osoba…?).

6. Rodzic dobra rada.

Ja rozumiem, chcą dla dziecka jak najlepiej, oddają obcej babie, nie wiadomo, co ona wymyśli, ale, cholera, skoro już się zdecydowali, to niech będą konsekwentni. JA uczę. A takiego…

a) Prędkość – uczę dzieci skręcać, negocjuję mocno (bo najchętniej po opanowaniu sztuki utrzymania się w pionie rwałyby na krechę), jedziemy, mijamy najczęściej tatusiów, którzy z aparatem ustawiają się mniej więcej w połowie stoku i… „No co ty tak wolno, rooozpędź się!!!”.

I w drugą stronę, najczęściej z rodzicami, którzy sami jeżdżą – dziecko już pewnie trzyma się na nartach, zaczynamy ćwiczenia do jazdy równoległej, staram się oswoić dziecko z większą prędkością, bo widzę, że sobie da radę, wszystko super, a tu mama/tata przejeżdżają i paniczny okrzyk, że ma natychmiast zwolnić, bo… [tu wstaw milion potencjalnych katastrof]. I dziecko, oczywiście, słucha rodzica.

b) Totalne bzdury – najczęściej przy czysto technicznych rzeczach, typu odpowiednia postawa. Truję przez godzinę „górna z przodu”? Przejedzie mamusia i rzuci: „Trzymaj równo te narty!”. Pracujemy nad tym, żeby dziecko nie dokręcało tułowia? Co z tego, skoro tatuś spyta z przekąsem, czemu dziecko takie pokrzywione jedzie?

Za każdym razem staram się tłumaczyć rodzicom, ale trafia w niewielu przypadkach. Pół biedy, jak to starsze dziecko – takie najczęściej samo recytuje po lekcji, dlaczego jechało tak, a nie inaczej i będzie dalej tak ćwiczyło mimo braku aprobaty. Za to maluchów szkoda, bo choćbym miała status nieomylnej w sprawach nart, autorytetu rodziców nie przebiję.

c) Totalne bzdury 2.0 – rzeczy, które rodzice kładą do głowy dzieciom zawczasu. Co najczęstsze? „Nie bój się, pani nie pozwoli, żebyś się przewrócił”. Noż… I pani, która zawsze od samego początku stara się żartować z upadków, żeby młode się nie przejmowało, nagle nie wie, co ma zrobić. Bo maluch, który pierwszy raz zakłada narty, przewróci się. I to nie raz. A po takim dictum zawsze jest płacz, bo przecież mama mówiła, że się nie przewróci, a tu leży, coś tam boli, ojej, a pani miała pilnować!

Drugie miejsce – wpojenie dziecku przekonania, że jeździ idealnie. Jasne, zachęcać, chwalić, wszystko jak najbardziej. Ale sporo dzieciaków wkracza na stok ze świadomością, że są najlepsi i jeżdżą przewspaniale… A potem każda uwaga spływa jak woda po kaczce. Albo powoduje bunt/płacz, bo pani się nie zna/jest wredna, wszak rodzice mówili, że dziecko jeździ najlepiej, więc co to niby ma być…

narty

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (Głosów: 177)
poczekalnia

#77595

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zastanawiam się jak to opisać, ale chyba najsensowniej bedzie 'od początku'. Pierwsze, co wydaje się być istotne dla historii to fakt, że mieszkam w średniej wielkości mieście, takim co to właściwie wystarczy dwa razy skręcić i cały czas prosto i nawet nie wiadomo, kiedy miasto się kończy.

Wielkość miasta determinuje ilość służb - to oczywiste. Po co utrzymywać w niespełna 100 tys. mieście tylu policjantów co Warszawie? Każdy normalny człowiek uzna to za bezsens i przyzna racje władzom, że powinno być ich odpowiednio mniej.

Jednak kiedy dzwonię na 112 i informuję, że przy ulicy Piekielnej (która nawiasem mówiąc dochodzi do ulicy gdzie mieści się jedyna w mieście komenda policji), która jest prostopadła do głównej ulicy miasta (niech będzie) Anielskiej. I na tej oto Piekielnej z latarni wystaje drut, który może skrzywdzić rozbiegane dziecko albo psa, albo ktoś nieuważny może sobie zrobić krzywdę w kończynę dolną. To spodziewałabym się, że mimo ograniczonych zasobów służb wszelakich przez dwa tygodnie ktoś zareaguje. Zabezpieczy to chociaż jakoś. A tak.. czekam aż ktoś sobie zrobi krzywdę. Będę mu naprawdę gorąco kibicować (już kupiłam popcorn) w walce o odszkodowanie oraz jeśli ładnie poprosi chętnie pomogę mu w sądzie. Z prostej przyczyny - było zgłoszenie, a drut jak wystawał tak wystaje.

Ps1. Nie wiem gdzie indziej mogłabym to zgłosić niż na 112. Ale oni powinni (i pani w słuchawce też tak stwierdziła) "przekazać to innym służbom".
Ps2. Wczoraj straż pożarna wieszała flagi na "dni przyjaźni". Więc to też nie do końca tak, że nie mają kogo wysłać. I tak, wiem, że niekoniecznie straż jest od tego, ale chodzi mi o to, że "na pierdoły" mają ludzi, służby, czas, środki, a na realne zagrożenie zdrowia już nie.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (Głosów: 86)
poczekalnia

#77593

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Bardziej uważam to za śmieszne niż piekielne.
Staram się oddawać krew kiedy tylko mogę i przedwczoraj właśnie tego dokonałam. Problem jest zawsze taki, że pani "piguła" praktycznie nigdy nie może wkłuć się w moją żyłę za pierwszym razem, przez co zazwyczaj dopiero po 4 próbie się udaje. Nie zawsze jest siniak, ale tym razem został. No trudno, jakoś mi to nie przeszkadza. Tylko wygląda paskudnie.
Byłam chwilę temu u koleżanki w domu po książkę. Koleżanka mieszka z mamą. Zostałam na kawie, chwilę porozmawiałyśmy i wróciłam do siebie.
Kilka minut temu dostałam SMS od koleżanki (oczywiście napisanego ironicznie): "Sorry mabmalkin ale nie możemy się już spotykać, mama widziała Twoją rękę i powiedziała że z ćpunami kategorycznie mam się nie zadawać bo jeszcze sama się wciągnę." ;)*
I nie pierwszy raz spotkałam się z taką reakcją; kiedyś latem w tramwaju jakaś matka z dzieckiem nie chciała usiąść naprzeciwko mnie po tym jak zobaczyła siniaka.
Nie jestem zwolenniczką długiego rękawa.

*Przypominam, że SMS był IRONICZNY. Nie zerwałyśmy kontaktu ani nic z tych rzeczy.

oddawanie krwi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (Głosów: 108)
poczekalnia

#77581

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tytułem wstępu, od dawna nie mieszkam w Polsce, aktualnie przebywam w Chinach. Po ukończeniu liceum postanowiłem wyruszyć w podróż po świecie która trwa aż do dzisiaj. Znam kilka języków obcych, w tym takie nieoczywiste jak arabski oraz chiński. Nawiązałem sporo interesujących znajomości i przyjaźni z ludźmi różnych kultur oraz religii. W Chinach zaprzyjaźniłem się z Libańczykiem który pośrednio jest bohaterem tej historii. Od czasu do czasu wpadam do Polski w przysłowiowe "odwiedziny". Po ostatniej wizycie zwątpiłem w ludzi.

Bakir, mój przyjaciel, był zainteresowany tym jak wygląda Polska. Tak więc zrobiłem kilka zdjęć które przesłałem mu za pomocą aplikacji WeChat (Bardzo popularna w Chinach - taki nasz Messenger), wsiadłem do autobusu, bilet jak należy skasowałem, zatopiłem się w myślach. Wtem poczułem wibracje. Przyjaciel dzwonił zapewne aby skomentować otrzymane zdjęcie, odebrałem, porozmawialiśmy, życzyłem mu szczęścia. Co ważne, rozmowę prowadziliśmy po arabsku, gdyż uważam za wyraz szacunku i kultury rozmawiać z kimś w jego języku ojczystym. Już po chwili usłyszałem "przychylne" komentarze z ust dwójki osób w podeszłym wieku wypowiadane teatralnym szeptem.

- "Nasprowadzało się tych brudasów"
- "Tacy to powinni na pieszo, a nie między ludźmi"

Gdzie problem? Ja nawet nie wyglądam na araba...

komunikacja_miejska

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (Głosów: 165)
poczekalnia

#77587

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przygody kelnerki mikado188 część piąta:

Zaliczyłam trzy miesiące pracy w McDonald’s. Generalnie nie polecam jedzenia we franczyzach, bo jakość jedzenia i warunki sanitarne są straszne, ale nie o tym dziś. Trzy przypadki, które zmroziły mi krew w żyłach.

1.Sprzątam salę, nagle patrzę – para z małym, około rocznym dzieckiem. Dzieciak jest karmiony macdonaldowym hamburgerem. Serio. Małe dziecko, które musi się podpierać na wózeczku, by ustać, w śpiochach, jest karmiony zsolonym jak k…mać, głęboko mrożonym i usmażonym w 200 stopniach kotlecikiem i napompowana bułą. Rodzicami byli ludzie trzydziestoparoletni, żadna pozbawiona mózgu gimbaza czy dziadkowie, którzy nie ogarniają już rzeczywistości.

2.Skoro o gimbazie mowa – najwięksi syfiarze, to właśnie gimnazjaliści. Nie raz musiałam sprzątać ze stołu zmywakiem resztki sosów, porozsypywane frytki, niedojedzone jedzenie. Jako, że jest to miejsce samoobsługowe, powinni sami wyrzucać to do kosza. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby wszystko zebrali na tacy i zostawili. Raz grupka gimnazjalistów zajęła pomieszczenie dla dzieci, gdzie po prostu bawili się jedzeniem (między innymi rzucali w siebie frytkami). Gdy wychodzili, skierowałam się do pokoiku, by posprzątać. Jeden z dzieciaków rzucił mi: „Miłego sprzątania hłe hłe hłe”.

3. Piekielność z obu stron. W franszyzach pewnego właściciela, w których miałam okazję pracować, obowiązywało oszczędzanie produktów. Miało to pewną elokwentną nazwę na rozpisce, w praktyce ograniczało się do tego, że produkty zamiast być co, dajmy na to, 2 godziny wymieniane (nie pamiętam standardów) leżały cały dzień w ladzie. Jeden klient zamówił sałatkę, dostał zwiędniętą sałatę. Wziął w garść parę liści, wysypał je na kasę i blat dziewczynie i zapytał: „Chciałaby to pani k… jeść?”. Po braku odpowiedzi wrócił do stolika, wziął plastikową miskę, w której podaje się sałatki i cisnął nią z odległości kilku metrów w dziewczyny stojące za kasami. Zasiadł za stolikiem i pił kawkę. Nie został wyproszony, nikt nie zareagował. Ja w międzyczasie sprzątałam salę kilka metrów dalej. Chciałam wymienić worek na śmieci, wysunęłam więc z obudowy kosz, worek się niestety zaklinował i musiałam się mocno nachylić do dna, by go ”oswobodzić”. Ten sam facet przyszedł z drugiego końca sali z tacą wypełnioną papierami i wysypał mi zawartość na głowę, po czym wepchnął tacę między worek a pojemnik. Ponownie nikt nie zareagował. Jeżeli chodzi o moich przełożonych to nawet nie zapytali czy nic mi się nie stało.

Pracowałam 3 miesiące, była to jedna z najgorszych prac, jakie miałam. Paradoksalnie nie chodzi o klientów, tylko o chamskich i wulgarnych współpracowników (ci po zawodówkach, albo z podstawowym wykształceniem byli w porządku, największą hołotą byli studenci politechniki) i przełożonych, którzy mieli wszystko w dupie.

gastronomia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (Głosów: 152)
poczekalnia
Jak napisali tu o liście. Mój kolega znalazł tak portfel na osiedlu 3 klatki dalej mieszkał właściciel.
Odniósł. W portfelu były dokumenty, karty i ze 20 zł w drobnych.
Facet odebrał zgubę i zatrzasnął drzwi. Cóż na gbura nic się nie zrobi. Następnego dnia do kolegi zapukała policja bo facet zgłosił, że brakuje 2000PLN.
Na szczęście dobrze się skończyło, bo facet był z typu co robił wałki, ale co problemów było.

ludzie

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (Głosów: 127)