Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#81937

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Garść opowieści ze starej pracy, chyba pora to opisać.

Pracowałem wtedy w Czechach, w zakładzie produkującym części do samochodów grupy VAG, na maszynie zwanej prasą hydrauliczną. Tłoczyliśmy z płaskich blach części, płacili nam od ilości wyrobionych części (akord) i od zarobku -11% na rzecz agentury. Przesłanie jasne- pracujesz ok, zarobisz więcej, pracujesz źle, mniej. Był też jasny system kar i nagród.

I wszystko grało do momentu w której firmy nie przejął "młody" [M]. Otóż co się zaczęło dziać?

1. Zamawianie gorszego jakościowo materiału
Tłumaczyć tego chyba nie trzeba- dobry materiał, a więc lepsze jakościowo części, dobrze się je wyrabiało itp. Ale szef żeby przyoszczędzić zaczął zamawiać coś co blachę przypominało chyba tylko kolorem. Części nagle zaczęły pękać, pojawiały się zadziory, wgłębienia tam gdzie nie powinno ich być, deformacje i takie tam. O ile zadziory można było zeszlifować, o tyle nikt normalny nie wysyła części z pęknięciem, w którym mieszczą się dwa palce. Zgłaszaliśmy non stop, żeby zamawiać lepszy materiał, bo bywało, że pół dziennego wyrobku szło na złom.

Co zrobił szef? zaczął zamawiać lepszy materiał. Dopiero po tym jak otrzymał gigantyczną karę od klienta za niedotrzymanie terminu dostawy, bo za dużo części musielismy wywalić.

2. Maszyny

Cóż, prasa jaka jest, każda widzi- sporej wielkości stalowy potwór z wielkim tłokiem zgniatający blachę na matrycy. Mieliśmy mniejsze (mniej więcej rozmiaru człowieka) i większe (mniej więcej rozmiarów małej ciężarówki). Stare jak świat i mniej więcej nowe. Maszyny mają to do siebie, że się psują- normalne.

Ale jakim cudem, dopóki Stary rządził firmą to usterek było jakby mniej, a jak [M] przejął, to nie było tygodnia, żeby któraś się nie zepsuła? Gorsze części, naprawy na szybko "bo produkcja musi iść" i efekty były. Rekordzistka zepsuła się 7 razy w jednym miesiącu.

I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt że uszkodzenie prasy mogło się wiązać dla nas nawet z utratą rąk, jeżeli znalazłyby się akurat w obszarze roboczym, a coś poszłoby nie tak jak trzeba. Zgłoszenia? Ok, będziecie mieli nową prasę.

No i super! Przyjechała! 40-letnia maszyna która zepsuła się w drugim tygodniu.

3. Normy

Nagminne podnoszenie norm przez [M] do poziomu w którym chyba tylko robot zdołałby je wykonać. Inni dali radę? Dali. Ale że ci "inni" często byli wspomagani przez jeszcze co najmniej jedną osobę która podawała nową blachę i układała gotowe części, to nieważne. Przecież to w ogóle nie ma wpływu na szybkość produkcji.

4. Kary

Nagle zaczęło się sypać dużo więcej kar za zepsute części (jeżeli część była uszkodzona z twojej winy, a nie maszyny czy wady materiału, mogłeś dostać za nią karę). Kiedy doszło do tego, że nawet 7 razy w miesiącu potrącali nam z pensji, przestaliśmy podpisywać potrącenia bez dowodów w postaci części. Wtedy zmalała liczba kar, za to wzrosły normy.

5. Wybrańcy

Ludzie, którzy robili co chcieli i mieli wszystko w poważaniu. W każdej firmie jest taki,tylko szkoda że jeżeli ty spróbujesz się postawić jak on- kara. Zawsze mieli lepiej płatną pracę, wygodniejszą, lżejszą itp. Więcej dodawać nie muszę.

6. Wypowiedzenie

Kiedy z dwójką kumpli stwierdziliśmy, że tu się nic nie poprawi i trzeba wiać, złożyliśmy wypowiedzenia. Efekt? [M] kazał agenturze nas zwolnić ze skutkiem natychmiastowym, miał takie prawo i to zrobił, wskórać nic się nie dało.



Z perspektywy czasu patrząc cieszymy się że tak się stało, bo znaleźliśmy lepiej płatną, lżejszą pracę na jasnych warunkach z sympatycznymi ludźmi. I powiedzcie mi tylko, jak musi się powodzić tamtej starej firmie, skoro ludzie, którzy tam pracowali, byli tam świetnie ustawieni i mieli wysokie zarobki, są teraz przez nas widywani w firmie, do której przeszliśmy?

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (87)
poczekalnia

#81936

~Ziemba ·
| było | Do ulubionych
Wspominka o moich perypetiach z przedmiotem j. angielski na studiach.

Na pierwszym roku studiów, prowadzący w/w przedmiot (Pan P) poprosił, aby każdy ze studentów określił czy jest początkujący czy zaawansowany. Z całej grupy, tylko ja i koleżanka nie byliśmy początkujący. Zajęcia wyglądały tak, że my we dwójkę rozwiązywaliśmy jakieś bzdety niby dla zaawansowanych, a reszta uczyła się przedstawiać i pytać o drogę. Po jakimś czasie znudziło mnie to i przestałem uczęszczać na te zajęcia, z wyjątkiem zaliczeń itp. Z owych zaliczeń miałem czwórki i piątki.

W dniu wystawiania ocen z I semestru, Pan P, poinformował mnie, że z powodu nieobecności, muszę uczęszczać na dodatkowe zajęcia w przerwie zimowej, które skończą się zaliczeniem z oceną. W Przeciwnym wypadku, z przedmiotu dwója (dla nie kumatych: dwója = niezaliczenie). Pytam czy jest to konieczne, ponieważ zadowolę się trójką, chociaż z ocen wychodziło mi ponad cztery. Dyskusji jednak nie było, więc z pokorą przyjąłem karę za nieobecności.

Na powyższe zajęcia, oprócz mnie, uczęszczały również osoby, które z przedmiotem sobie nie radziły i z ocen wychodziło im dwa. Między innymi student z mojej grupy (Gostek), który miał dwóję ze wszystkich zaliczeń, z poprawek tych zaliczeń oraz z zaliczenia przedmiotu w dniu wystawiania ocen.

Na w/w dodatkowych zajęciach (1,5h przez pięć dni) rozwiązywaliśmy zadania typu: uzupełnij w zdaniu brakujące wyrazy. Ostatniego dnia zajęć, ze sprawdzianu zaliczającego otrzymałem ocenę cztery. Gostek tradycyjnie, otrzymał dwa. Pan P, Gostkowi wystawił na semestr czwórkę, ponieważ: "Ma pan problemy z przedmiotem, ale z racji, że uczęszczał pan na wszystkie zajęcia, mogę panu podciągnąć ocenę". Mi natomiast Pan P oznajmił, że mam naciągane trzy. Ręce opadły. Spytałem się, dlaczego robił mi problemy z trójką, skoro Gostkowi wystawił cztery za obecność, pomimo, że poprawnie nawet zdania nie potrafi sklecić. Według Pana P, swoim stwierdzeniem zachowałem się "nie po koleżeńsku".

Ostatecznie w pozostałe semestry, uczęszczałem na przedmiot tylko na zaliczenia, ale problemów już mi Pan P nie robił, a ocenę do dyplomu, wystawił mi cztery.

Ja wiem, że powinienem był uczęszczać na zajęcia, dlatego za nieobecności kara mi się należała pomimo mojej wiedzy, ale zaliczenie przedmiotu za obecność, komuś kto podstawy podstaw nie ogarnia? Z wyższą oceną? Nie wiem kto tu jest piekielny.

studia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (81)
poczekalnia

#81931

~Charr ·
| było | Do ulubionych
7 kwietnia poszliśmy z żoną i piesełem na spacer. Taki normalny, 5 kilometrów, bo pieseł lubi takie spacery. Przy okazji mieliśmy za zadanie kupić małemu boczku na grilla.

Jeżdżę na wózku inwalidzkim, co będzie ważne w dalszej części historii. Odwiedziłem Lidla po drodze - masakra, pandemonium. Ludzi tłumy. Boczku, jak pani powiedziała, nie mają od 10 rano, bo promocję mieli i się ludzie rzucili.

Poszliśmy dalej do Biedry. Ochroniarz powiedział, że to samo - zrobili promocję boczku na grill i ludzie rano po 10 paczek wynosili. Na szczęście były jeszcze 2 paczki boczku wędzonego, jakoś na grilla się nada.

Wziąłem 1 paczkę i będziemy kombinować. Co się z tymi ludźmi dzieje? Wystarczy magiczne zdanie promocja i wybierają wszystko jak leci? Ale co z lodówkami, że takie puste? Aha, no tak. Wolna niedziela. Kolejki do kas sporawe.

Pani kasjerka powiedziała mi, żebym pojechał do kasy obok z pierwszeństwem. Mówię, że dziękuję, postoję, bo już widziałem wzrok dwóch szalonych madek w kolejce obok i słyszałem ich komentarze, że wszyscy sprawiedliwie stoją.
Kasjerka zadzwoniła po ochroniarza, ten mnie wziął do kasy obok i szybko uciszył dwie mocno plujące się panie w kolejce. Powiedział im "Nie chcecie stać w kolejce? Jazda po wózki inwalidzkie, nogi wam połamię gratis. Nie będziecie musiały stać".

Przycichły w trymiga.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (128)
poczekalnia

#81927

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio była na piekielnych historia o tym, jak producent markowych wyrobów w sposób ukryty przymusza klienta do korzystania z jego (oczywiście droższych) materiałów. Opinie w komentarzach były jak zwykle podzielone. Nie chcę być sędzią w tej sprawie.
Opiszę tylko kilka przypadków podobnego postępowania producentów. Ocenę pozostawiam czytelnikom.
Drukarka domowa.
Kilka lat temu kupiłem domową drukarkę atramentową. Nie była to budżetowa, w cenie nowych wkładów z tuszem, lecz 3-4 razy droższa od najtańszych. W tych czasach powszechne było napełnianie oryginalnych kartridży. W przypadku tej drukarki napełniony kartridż nie działał – wyświetlał się komunikat o braku tuszu, mimo że pojemnik był świeżo napełniony. Internauci szybko znaleźli przyczynę i opisali to na forach. Kartridż miał specjalny chip i drukarka pamiętała, że ten konkretny pojemnik był używany i miał stan tuszu „zero”.
Tłumaczenie producenta troską o klienta można włożyć między bajki, a wyjaśnienie było mniej więcej takie:
„W trosce o bezawaryjne działanie naszego sprzętu zablokowana jest możliwość używania kartridża po zużyciu tuszu poniżej poziomu minimum. Używanie takiego kartridża grozi uszkodzeniem głowicy drukującej”
Może bym uwierzył, ale głowice drukująca była w kartridżu, więc najwyżej mogłem uszkodzić kartridż, który wg wyjaśnień producenta nie nadawał się do użytku.

PS. Rozwiązanie było następujące: Trzeba było mieć w użyciu kilka kartridży (3 lub 4) które należało wkładać rotacyjnie, gdyż drukarka pamiętała tylko kilka poprzednich kartridży. Dwa z nich mogły być prawie puste – wystarczyło wydrukować kilka stron i drukarka odhaczała użycie nowego pojemnika.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (70)
poczekalnia
Pracuję w obsłudze klienta na tzw. "saksach" i tym razem będzie o europejskim ustawodawstwie chroniących dane osobowe.

Prawo o ochronie danych osobowych w każdym kraju Unii Europejskiej jest tak samo denerwujące dla każdego klienta, niezależnie czy w Polsce, czy w Hiszpanii. Faktycznie, utrudniają one działanie przestępcom, ale też utrudniają życie gdy chcesz zamówić majty przez internet używając karty bankowej żony. Jeśli nie wiesz o co chodzi - sprawdź w guglach "Ogólne rozporządzenie o ochronie danych", znane również jako RODO lub GDPR.

Ustawa ta wchodzi w życie w okolicach maja i większość firm już się do niej dostosowała. Przewidywane kary za złamanie jej to nawet do 4% rocznego obrotu firmy lub 20 milionów euro (!!!). Nie mówimy tu tylko o wrażliwych danych, jak numery kart kredytowych. Chodzi tu też o zamówienia przez internet, cechy osobowe (narodowość, wiara, orientacja seksualna), czy nawet głupie "pani mąż powiedział, że podoba mu się ta bluza".

Codzennie mam z tuzin klientów, którzy się na mnie drą i żądają rozmowy conajmniej z prezesem (a najlepiej ze wszystkimi rodami królewskimi świata naraz), bo zgodnie z prawem muszę odmówić im obsługi. Ja naprawdę nie robię tego ze złośliwości - jeśli twoje dane na rachunku nie są takie same jak w zamówieniu, to te zamówienie dla ciebie nie istnieje. Nieważne, że wyszłaś za mąż i zmieniłaś nazwisko, ale w banku zapomniałaś. Nieważne, że zamówienie zostało zakupione na córkę która to obecnie jest na misji na Marsa albo dla głuchoniemej cioci. Jeśli nie przejdziesz procedur bezpieczeństwa a ja wciąż cię obsłużę jako klienta łamiąc tę nieszczęsną unijną ustawę, wylatuję z pracy natychmiastowo. Dla korporacji to może być cios jak cholera, i to jeszcze przez głupie przeoczenie jednego łosia na słuchawce.

Ja serio rozumiem, że to denerwuje. Sam też się denerwuję, że muszę wyszukiwać numery zamówienia, PINy, tajne hasła na infolinię i niemal pier***ąć salto żeby się dowiedzieć, dlaczego moja paczka z uszczelkami z Chin warta 3 złote się spóźnia. Nie krzyczcie jednak na obsługę klienta, bo nie oni ten cyrk wymyślili. Weźcie raczej pod lupę prawodawców, którzy chcąc dobrze utrudnili ci życie, aby zmniejszyć szansę wzięcia "chwilówki" na twoje dane przez oszusta.

Ciekawe tylko, czy w praktyce ta ustawa więcej pomoże, niż namęci.

obsluga klienta

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (57)
poczekalnia

#81922

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Rekrutacja... temat rzeka, ale od tej strony jeszcze nie było.

Jestem dziś na rozmowie o pracę. Jako rekrutujący. Z drugiej strony Skype kandydat.

Rozmawiamy, człek inteligentny. Znajomość branży na bardzo dobrym poziomie. Technologie, umiejętności, języki... naprawdę nieźle. Rozmawiamy na luzie. Wszystko super, sielanka niemal.

Na koniec zawsze daję szansę na pytania do mnie. Pada nieśmiertelne "a czy ma Pan do nas jakieś pytania?". I tu mnie zaskoczył:

- Jaki u was w firmie jest system kar za spieprzenie czegoś?

Moja szczęka rąbnęła z hukiem w podłogę. Na szczęście zdążyłem wyciszyć Skype więc nie usłyszał.

Jak się okazało, pytał na podstawie doświadczenia z poprzedniej pracy. Tam za pomyłki dostawał kary finansowe.

Mamy XXI wiek. Zatrudniamy inteligentnych i wykształconych ludzi a potem traktujemy ich jak niewolników. Grozimy karami za to, że są ludźmi i czasem popełniają błędy!

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (112)
poczekalnia

#81918

~agatatq ·
| było | Do ulubionych
Chciałam podzielić się świeżą piekielnością. Mąż pracował w 2017 r. w Biedronce. Po przeprowadzce do nowego lokum wypełnił formularz pracodawcy odnośnie do zmiany danych, podając nowy adres jako zamieszkanie i do korespondencji. Potem pożegnał firmę. Na nowy adres dostał zarówno PIT 11 za 2016 r., jak i świadectwo pracy. Nie sądziliśmy, że w kolejnym roku te proste czynności okażą się znacznie bardziej skomplikowane.

Do 10 marca czekaliśmy na PIT za 2017 r. Nic. Zaniepokojeni wysłaliśmy zapytanie przez formularz kontaktowy dla pracowników i byłych pracowników. Następnego dnia odpowiedź przekierowała nas pod inny adres mailowy - ponowiliśmy opis sprawy. I cisza.

Udało nam się zdobyć 2 telefony do działu zajmującego się PITami, jednak odzywały się automaty i po chwili połączenie przerywało się. Dotarliśmy do 3 telefonu, pod którym automat powiadomił, że biuro pracuje 8.00-16.00, czyli w godzinach naszej pracy, kiedy nie możemy za długo wisieć na telefonach. Oboje kilkanaście razy próbowaliśmy się dodzwonić, jednak nie udawało się.

29 marca na nowy adres dostaliśmy 2 listy z Biedry i już ucieszyłam się, że to koniec – a tu ZONK! Były to 2 identyczne zaświadczenia o okresach zatrudnienia wystawione na prośbę pracownika, czyli Męża, który pracownikiem od prawie roku już nie był i nigdy o takie dokumenty nie wnioskował.

Zaparłam się i korzystając z przedświątecznego urlopu 30 marca wisiałam 2 godziny na słuchawce, aż dodzwoniłam się do żywego człowieka, który wyjaśnił mi, że wysłano PIT na stary adres i otrzymano zwrot, bo "adresat wyprowadził się". Na pytanie co dalej zrobili okazało się, że... nic. Nikomu nie przyszło do głowy sprawdzić, czy nie ma nowego adresu i wysłać ponownie, bo przecież nikomu PIT nie jest potrzebny. Za to zdublowane zaświadczenia, których nikt nie chciał wysłano automatycznie po kontakcie na obydwa adresy mailowe dla pracowników i byłych pracowników. Pani obiecała, że wyślą PIT po Wielkanocy na nowy adres i na moje żądanie, na podstawie ustawy o ochronie danych osobowych, zmieniła dane adresowe w systemie.

Jednak największe kuriozum to wyjaśnienie dlaczego wysłano PIT na adres, którego nie mieli prawa już mieć w bazie. Podobno w zależności od modułu jaki wykorzystuje dany dział, pracownicy mają dostęp, albo do bazy adresów zamieszkania, albo do bazy adresów korespondencyjnych. Najwyraźniej ktoś w centrali na podstawie wypełnionego druku zmiany danych wprowadził zmianę tylko w jednej bazie, tej do której miał dostęp. Nie przyszło mu do tępej główki, aby przekazać to komuś, kto ma dostęp do drugiej z baz, by i tam uaktualniono dane. Tylko niech mi ktoś wytłumaczy jakim cudem poprzedni PIT i świadectwo pracy wysłano na bieżący adres? I jak pani z telefonu mogła jednak znaleźć dane z obu baz i nanieść stosowne poprawki? I ile jest prawdy w uzyskanych wyjaśnieniach?

W każdym razie wciąż czekamy na obiecany PIT. Jutro wysyłam list polecony za potwierdzeniem odbioru do Centrali z żądaniem przesłania PITu i usunięciem nieaktualnych danych adresowych pod groźbą przekazania sprawy właściwym instancjom zarówno od ochrony danych osobowych, jak i podatków.

Jeśli ktoś ma jeszcze jakieś pomysły na działania, które mogłyby pomóc zdobyć ten piekielny PIT to będę wdzięczna. Planuję jeszcze w razie czego wycieczkę do Skarbówki, a w najgorszym razie pozostanie mi policzenie niejako w odwrotną stronę z pensji netto na koncie kwot brutto i składek, bo lepiej złożyć błędny PIT 37 niż żaden, jednak wolałabym tego uniknąć.

PIT sklepy pracodawca pracownicy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (70)
poczekalnia
W moim życiu wydarzyło się dużo naprawdę złych rzeczy, żeby jednak póki co nie narażać się niedowiarkom, nawiążę do "alkoholowej" historii, która pojawiła się tu ostatnio - czyli do czegoś, z czym każdy raczej się spotkał.

Jestem abstynentką, od zawsze. "Zachęcili" mnie do tego głównie rodzice alkoholicy. Odstręcza mnie też zapach alkoholu (w taki sposób jak np. kogoś innego zapach sera pleśniowego)i jego szkodliwość (nie chcę pogarszać stanu mojego i tak słabego zdrowia). Mimo tego uważam, że każdy je i pije to, co lubi i nie mam z tym żadnego problemu. Warto wspomnieć też, że większość najbliższych moim sercu osób stanowią osoby pijące.

Od razu zaznaczam - tekst nie opisuje zachowań osób kulturalnych, miłych, podchodzących do tematu z rozwagą, nie powinny się one czuć obrażane moimi wypocinami.

CZĘŚĆ I - ZACHOWANIE WOBEC INNYCH

Zawsze staram się szanować upodobania innych ludzi, tak więc organizując imprezę staram się przygotowywać jedzenie tak, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony - dania bez mięsa, glutenu, ryby, oliwek czy co tam się komu jeszcze nie podoba lub mu szkodzi. W gronie najbliższych nikt nikogo do niczego nie zmusza i nie przekonuje, każdy ma swoją dietę, palacze palą w odosobnieniu, kto chce, ten pije. Natomiast w bardziej zróżnicowanym gronie...

1. Ludzie, którzy od lat wiedzą o mojej abstynencji i konieczności spożywania przeze mnie dużej ilości leków, mimo wszystko nalewają mi alkohol do jedynego szkła, które znajduje się przy moim nakryciu. Na moje protesty zwykle odpowiadają: "Ale to tylko TROCHĘ.".
2. Nagminne dolewanie alkoholu do soku na weselach, mimo uprzedniego zaznaczenia, że nie piję. Zdziwienie: "Za parę młodą nie wypijesz?" - nawet bez pytania o powód. Ciąża, choroba, prowadzenie samochodu, po prostu niechęć? Nieważne. Dość naiwne jest też założenie, że nie wyczuję alkoholu w soku.
3. Ciągłe traktowanie mnie jak kosmity, obawianie się, że przy mnie nie można się napić, mimo że nikomu tego nie zabraniam. Wystarczy samo "Dziękuję, nie piję." i się zaczyna...
4. Osoby, które mnie znają i podarowują mi z jakiejś okazji (święta, urodziny) alkohol, nie traktując moich upodobań poważnie. To tak jakby podarować komuś książkę autora, którego nie lubi.
5. Coś, co skłoniło mnie do tych przemyśleń... Pewna dość bliska osoba na wieść o tym, że swoje wymarzone wesele planuję raczej jako bezalkoholowe, oznajmiła, że była już kiedyś na takim i szybko trzeba było się z niego zwinąć, i "nadrobić zaległości" w domu. Nie miało to na celu zranienia mnie, ale zabolało. Zawsze myślałam, że to święto młodej pary...
6. Upalny dzień, zatłoczony autobus, klimatyzacji oczywiści brak (ponoć włącza się z opóźnieniem w listopadzie). Wyjątkowy osobnik postanawia otworzyć sobie mocno "wonne" piwo, najpewniej już kolejne tego dnia, gdyż poprzednie próbuje się z niego wydostać, przynajmniej na razie, w formie lotnej. Do końca trasy 5 minut, ale pragnienie jest tak uciążliwe.
7. Mówienie mi, jak wiele straciłam, bo PAMIĘTAM, co się działo (że... co?).

CZĘŚĆ II - TEORIE ZDROWOTNE

1. Wykonywanie jakichś własnych wysoce NAUKOWYCH obliczeń, które mają na celu wyliczenie dokładnej godziny i minuty, w której magicznie nastąpi trzeźwość ("Jeden drink teraz i za godzinę mogę jechać"), przy czym nie są to wyliczenia racjonalne ani bezpieczne.
2. Moi rodzice: "Nie pijesz i dlatego jesteś chora! Jakbyś piła, a nie wydziwiała to by było wszystko w porządku!". Choruję od urodzenia... na choroby genetyczne.
3. Z tym akurat spotkałam się całe szczęście tylko raz: "Kieliszek wina/jedno piwo/[cokolwiek lubisz] działa zdrowotnie na rozwijający się płód.". Tak, to zdecydowanie go rozluźni i odstresuje po ciężkim dniu.

CZĘŚĆ III - SZKODZENIE SOBIE I INNYM

1. Brak poszanowanie dla ograniczeń własnego organizmu, picie bez umiaru i robienie bardzo głupich rzeczy. Przykłady z mojego życia:
- dziewczyna pijana do tego stopnia, że na studniówce prawie "wychodzi" przez balkon, muszę ją od tego odciągać,
- zabawy w piromana wewnątrz budynku,
- spożywanie groźnych alergenów,
- zasypianie z głową w toalecie/jedzeniu/czymkolwiek, co może zablokować oddychanie itp. itd..
2. Na obozach/koloniach - nagminne proszenie przez osoby MOCNO niepełnoletnie (<14) o kupienie alkoholu. Odpowiedzią na odmowę jest "foch".
3. Picie na umór na weselach i zostawianie dzieci bez opieki wśród tłumu tak naprawdę obcych dla nich ludzi.
4. Ludzie sami przyznający, że nie potrafią się bawić bez alkoholu i jest to ich jedyna rozrywka na wszelkiego rodzaju imprezach.
5. Organizacja balu - zamiast w lokal, muzykę i jedzenie, inwestowanie w ogromną ilość alkoholu. Skutek: niedobre jedzenie, ale chociaż w małych porcjach, nieciekawa muzyka "na jedno kopyto", paskudny lokal, większość znudzona, pijana i smutna z braku innych możliwości.

CZĘŚĆ IV - ŚMIECENIE

1. Wakacje: ludzie z piwem w basenie/jeziorze/jacuzzi/jakiejkolwiek wodzie - wylewają pół kubka do wody, a pusty kubek (plastikowy) rzucają gdzie popadnie, ewentualnie dają dzieciom, a one... oczywiście też rzucają go gdzie popadnie.
2. Na chodniku można znaleźć głównie niedopałki papierosów i butelki po alkoholach. Czemu inne śmieci można wyrzucać do kosza, a tych nie?

Takie przemyślenia mnie naszły ostatnio i gdy tak o tym myślę... robi mi się jakoś smutno.

alkohol egoizm

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (101)
poczekalnia

#81915

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w saloniku prasowym. W przeciągu tygodnia trafiły się nam dwie awantury (raz trafiło na zły humor szefowej, więc akcja konkretna :D). Poszło o Newsweeka.

Za pierwszym razem oberwało nam się za to, że Newsweek stoi na eksponowanym miejscu i czemu sprzedajemy tę gadzinówkę.

Za drugim razem za to, że stoi na zbyt mało eksponowanym miejscu, a na przodzie "W sieci" itp.

Może postawimy tam krzyżówki? ;)

sklepy prasa

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (86)