Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#82410

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wkurzona jestem. Bardzo.
Dzwoni telefon, numer komórkowy, odbieram.

Pan się przedstawia, po polsku: "Dzień dobry, Michał Piekielny z tej strony, jestem agentem ubezpieczeniowym, dzwonię by zaoferować pani ubezpieczenie. .."
- A skąd ma pan mój numer?
- Dostałem od jednego z moich byłych klientów.
- A od kogo dokładnie?
- No wie pani, ja teraz nie wiem, musiałbym sprawdzić kilkaset teczek z danymi...
- Bo wie pan, ja się chętnie dowiem kogo pozwać o naruszenie moich dóbr osobistych...
Bip... Bip... Bip...

No i wkurza mnie coś takiego. Idzie taki jeden głąb z drugim do agenta ubezpieczeniowego, a agent w ramach dodatkowej prowizji prosi o udostępnienie kontaktów w telefonie. No i taki jeden głąb z drugim nie widzi w tym nic złego...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (173)
poczekalnia

#82409

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z cyklu o pobytach w szpitalu psychiatrycznym.

Jako, że byłam w tym przybytku doli i niedoli, to opowiem wam kilka historii w nim mających miejsca.

Jeszcze taki mały wstęp, w szpitalach psychiatrycznych w pasy przypinają pacjentów "pielęgniarze" i "pielęgniarki". I o przymusie bezpośrednim decydować mogą w/w ludzie oraz lekarz.

1. Gdy próbujesz zrobić coś sobie z powodu napadu chorobowego, to automatycznie zapinają cię w pasy do łóżka. Zapominając o tym, że zbyt mocno przypięta kończyna może się nie dotlenić i robi się sina i zimna, z czasem blada. Na nic się zdają prośby o rozluźnienie uścisku. Dopiero jak ktoś jest jeszcze w miarę ogarnięty, to rozluźni więzy- przeważnie inni pacjenci. Lub dobry personel szpitala (tych jest mniej).

2. Gdy na obchodzie próbujesz pokazać zdjęcia zrobione zaraz po odpięciu z pasów, gdzie widnieją czerwone pręgi na przegubach i goleniach oraz próbujesz wyjaśniać dlaczego nic nie zostało zrobione z niedotlenionymi kończynami z punktu 1, to tylko wciskają kit o "ustawie o ochronie zdrowia psychicznego", a gdzie ustawa o "przymusie bezpośrednim"?

3. Ustawa o przymusie bezpośrednim mówi, że pacjent po czterech godzin unieruchomienia powinien zostać uwolniony z pasów oraz zbadany, a także umożliwić mu załatwienie potrzeb fizjologicznych. A akurat w tym szpitalu człowiek po czterech godzinach stosowania w/w przymusu nie może po prostu nawet z "pielęgniarzem" czy "pielęgniarką" lub studentem pielęgniarstwa iść oddać mocz czy stolec. Dalej siedzi unieruchomiony do 8 godzin, gdzie dopiero przychodzi lekarz i łaskawie osądza uwolnienie. Nie wspominając o problemach medycznych jakich można się nabawić ze zbyt długo przetrzymanego moczu.

4. Gdy chcesz zmienić lekarza prowadzącego lub wypisać ze szpitala na własne żądanie, to przychodzi przemiła pani doktor i wypowiada pełne podziwu słowa "Mogę panią tak załatwić, że zpremedykuje (no uspokoi zniesie lęk itp.) panią i będzie pani przez trzy dni leżeć w pasach i robić pod siebie, to odechce się pani takich odpałów."- normalnie jak powiedziałam to innej pani doktor, to tylko usłyszałam "to młoda pani doktor i ona się dopiero uczy". Was ist das?

5. Unieruchamianie w pasy, ale najpierw zrobimy jej (mnie) na złość. Nie miałam nic przy sobie, tablet w szafie, nic nie mogli mi zabrać (zabierają jak ktoś w momencie unieruchomienia ma telefon czy tablet przy sobie lub coś innego). Byłam głupia. Piękny gruby pielęgniarz powiedział "No to gdzie masz tablet, zabierzemy ci za karę". I tak przeszukiwał moje rzeczy w kierunku znalezienia tabletu. Powiedziałam pani doktor, niby poruszy tą kwestie na odprawie...

6. Strasznie bolała mnie głowa, chciałam coś na ból, chociażby zwykły paracetamol, ależ nie, przecież wyłudzam leki... Ale zastrzyki z clonazepamu, diazepamu czy innego pamu czy lamu dawali za małe przewinienia i bez nich, bo się człowiek wykłócał o swoją racje.

7. Tu może wina cateringu, a nie szpitala, ale zupy przychodziły gorące, ale drugie dania zimne, jedzenie było jakby dla świń szykowane, na szynce mielonce był kładziony DŻEM. Kawałek ogórka to ten niby bukiet warzyw czy pół rzodkiewki...

8. Prysznic razem z muszlą klozetową, kto chciał wziąć prysznic, to musiał znaleźć sobie kompana by mu pilnował w czasie kąpieli, drugi prysznic (były dwa) na szczęście był oddzielny.

9. Jeżeli osoba, która jest już unieruchomiona pasami poprosi drugą, która jest wolna o telefon do jej rodziców, to zostaje ostrzeżona iż też pójdzie w pasy...

To na razie tyle... Niestety musiałam ten koszmar przeżywać kilka razy, ale przecież co tam wariaci mają do gadania, nikt takim nie uwierzy.

szpital_psychiatryczny

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (169)
poczekalnia
Pracuję od 2 lat w McDonaldzie w Niemczech (mała miejscowość około 500 km od granicy). Dosyć często odwiedzają nas klienci z Polski, zawsze można z kimś porozmawiać, pośmiać się itp. Do wczoraj. Odbierając zamówienie na drivie słyszę, że mężczyzna ma polski akcent, potem widzę, że auto na polskich tablicach, w dodatku z moich rodzinnych stron, więc postanowiłam zagadać, ot zwyczajnie chciałam być miła. Gdy do mnie podjechał zapytałam skąd jest, bo mamy auta na tych samych tablicach.

Na moje nieszczęście w środku siedziała żona tego pana i się zaczęło: "Co cię to interesuje ty szmato, dziwko je**na, k**rwo pier***ona" i milion innych epitetów. Stanęłam jak wryta, nawet nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo facet machnął ręką i odjechał.

Dzisiaj już o tym zapomniałam, aż do momentu pojawienia się w pracy. Podszedł do mnie szef i mówi, że dzwoniła kobieta i powiedziała ze wczoraj na drivie o tej i o tej godzinie była taka blondynka, która rozdaje żonatym facetom numer telefonu i że ona sobie nie życzy, żeby taka osoba tam pracowała.

Także tego...

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (198)
poczekalnia

#82404

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie tyle piekielne, co raczej śmieszne. ;)
Jak wspomniałam, wynajmuję mieszkanie we Wrocławiu razem z piątką lokatorów. Mam mały, podręczny zestaw do pielęgnacji paznokci, coś w tym stylu: https://www.komputronik.pl/product/249916/beurer-mp-41.html?gclid=CjwKCAjwgYPZBRBoEiwA2XeupSjvobtCyu5umUk-NyPilL76P46hvX2wvclLtfazFKEXA921NpDk8RoC2Q8QAvD_BwE

Wczoraj dość późną porą postanowiłam skorzystać z zestawu.
Dziś rano wstaję, idę do kuchni. Siedzi kuzyn z dziewczyną i jej koleżanką, patrzą się na mnie jakoś dziwnie. Ani porannego "cześć", ani nic. Szybki rachunek sumienia - nie przypominam sobie, bym zrobiła cokolwiek, co mogłoby ich urazić. Pytam więc o co chodzi.

Dziewczyna kuzyna znacząco chrząka i oświadcza dramatycznym szeptem:
"Wiesz, mabmalkin... my rozumiemy, że twój mężczyzna tu nie mieszka. Ale wiesz... trochę nam niezręcznie, jak słyszymy gdy TO uruchamiasz...".

Potrzebowałam kilkunastu sekund, by zrozumieć. No tak, maszynka do paznokci wydaje specyficzny odgłos ;).
Aczkolwiek, oświadczanie czegoś takiego przy jej koleżance (obcej mi osobie) sprawiło, że poczułam się niezręcznie. A i sama nigdy nie zwróciłam im uwagi, gdy słyszałam CO robią ;).

mieszkanie studenckie

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (158)
poczekalnia

#82400

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam po długiej nieobecności. :)
Teraz wam przybliżę dlaczego długo się tutaj nie udzielałem. Będzie długo i chaotycznie.
Jako że wstęp musi być:

Jak już wspominałem, prowadzę działalność gospodarczą, produkuję i sprzedaję sprzęt zabezpieczający przed poślizgiem, zarysowaniem czy obiciem.
Z rodziną najlepiej na zdjęciu.

W mojej firmie zatrudniałem swojego Ojca. Był bohaterem kilku historii tutaj, jednak także jego ukrywałem tutaj i przemycałem jako Przedstawiciela Handlowego. Do rzeczy.
WAŻNE: Firmę prowadziłem u rodziców w domu i w budynkach gospodarczych.

Po narodzinach syna ograniczyłem swoje wyjazdy na trasy maksymalnie 2 dniowych, czasem 3 dniowych. Cześć moich tras przejął ojciec. Mu to odpowiadało, więcej zarabiał. Jednak po pewnym czasie (około pół roku) zaczęło mi brakować pieniędzy z KP, faktur czy paragonów. W tym samym czasie wyszło że mój kochany tatuś ma kochankę. Kochankę nie byle jaką, nazwijmy ją "znajomą rodziny". Nasze stosunki trochę się zmieniły. Zacząłem ojca liczyć, pokazywać mu wyliczenia. Wtedy następowała obraza majestatu i brak wyjazdu.

Kumulacja nastąpiła w maju kilka lat temu. Było już oficjalnie wiadomo że rodziciel ma kochankę, wiadomo było kto to jest, wiadome było że małżeństwa rodziców się nie da uratować. Ojciec już nawet się wyprowadził. Tata przyjechał z trasy, rzucił papiery (faktury, KP), oznajmił że w następnym tygodniu go nie ma, wsiadł w auto i pojechał. Po sprawdzeniu papierów, przeliczeniu wyszło że nie dał około 3 tysięcy z trasy. Zadzwoniłem do niego i zapytałem gdzie są pieniądze z trasy. Odpowiedz brzmiała tak:
[O]jciec - Jestem na urlopie, proszę mi nie przeszkadzać. Cześć!
[J]a - Gdzie są pieniądze z KP i Faktur trzeba opłacić towar i inne zobowiązania a ty pieniądze zabierasz?
[O] - Ja sprzedałem?! Ja zarobiłem! Czyli są moje!
[J] - Hola Hola co sprzedałeś, sprzedałeś mój towar, jeździłem moim autem i na moim paliwie. Pieniądze są firmowe.
[O] - Nie mam czasu na dyskusje. Cześć!
Przez tydzień nie podnosił słuchawki.

Po tygodniu przyjechał jakby nigdy nic i pakuje się trasę i prosi o zaliczkę na trasę.
[O] - Zaliczkę daj na trasę.
[J] - Najpierw się rozliczmy z poprzedniej trasy.
[O] - Ja jestem rozliczony.
[J] - Nie jesteś, rzuciłeś papierami gdzie są pieniądze z trasy.
[O] - To moja premia.
[J] - Co? Jaka premia?
Dalej się już pożarliśmy, ojciec się obraził, ja także. Ojciec wziął następny tydzień urlopu.

Po tygodniu wrócił przeprosił, mówi że więcej to się nie powtórzy, obiecał poprawę i pojechał w trasę. Ojciec wrócił z trasy, dał dokumenty do rozliczenia, pieniądze i oznajmił że idzie na dwa tygodnie urlopu. Tutaj zaoponowałem i powiedziałem ze zostało mu już tylko 4 dni. Jest to trochę nie poważne, brać miesiąc wolnego w najlepszym okresie w handlu. W takim razie on bierze urlop bezpłatny. Po przeliczeniu pieniędzy z trasy zostawił sobie połowę. Znowu telefon, znowu brak kontaktu. Wkurzyłem się, napisałem mu wypowiedzenie.

Firma ma na siebie i innych zarabiać, a nie tylko on ma zarabiać. Po przyjeździe do firmy wręczyłem mu wypowiedzenie. Tatuś się wku*wił zaczął wszystkim wygrażać i oznajmił że on tego nie podpisze "bo dzięki niemu tylko ta firma istnieje". Na odwrocie wypowiedzenia napisałem że nie przyjął wypowiedzenia, jednak było wręczane w obecności światków i jest wiążące i podpisy tychże świadków.

Po tygodniu przyjechał, zaczął przepraszać, że chce pracować tyle serca tutaj zostawił. Szczerze (tak myślałem) sobie porozmawialiśmy w 4 (ja, ojciec, mama i brat) doszliśmy do konsensusu. Powiedziałem do ojca że ma 3 miesiące na odbudowę zaufania, jeżeli będzie pracował tak jak kiedyś za dobrych czasów to go zostawię. Spokój trwał do lipca. Ojciec oznajmił że idzie na urlop. Pytam go jaki urlop, nie masz już urlopu. Wtedy ojciec z uśmiechem oznajmił żebym mu to pokazał w papierach. Idę do biura a tam brak wszystkich akt osobowych pracowników i urlopowych.

Wkur*łem się nie na żarty. Wiedziałem że to już koniec naszej współpracy za dużo tego się wydarzyło. Dodatkowo ojciec nie chciał oddać dokumentów, ani pieniędzy z trasy. Zadzwoniłem na Policję.

Po przyjeździe Policji i wysłuchaniu obu stron, ojciec oddał dokumenty z trasy, pieniędzy nie oddał, nie oddał dokumentów osobowych.
Policja stwierdziła że może przebywać na terenie firmy i domu, bo teren na którym mieści się dom i firma należy do niego, dodatkowo jest zameldowany. Może przebywać mimo że nie mieszka. Policja także stwierdziła że jest to konflikt rodzinny i powinniśmy miedzy sami się dogadać, spisali notatkę i pojechali.

Zgłosiłem kradzież akt osobowych. Po miesiącu umorzenie śledztwa z powodu "konfliktu rodzinnego".

Ojciec już nie pracował, jednak oficjalnie dalej był zatrudniony i pobierał pensje.

Musiałem zacząć jeździć na trasach ojca i swoich. Teraz w domu spędzałem tylko weekendy.

Po tygodniu bądź dwóch ojciec wrócił do domu i oznajmił że "Dom jest mój i mogę sobie tutaj mieszkać" W związku z tym zaczęły dziać się nie przyjemne rzeczy i zdarzenia. W czasie pracy wyłączał prąd (główny włącznik był w domu) i zamykał dom. Musiałem przeorganizować prace produkcji i biura. Zaczynaliśmy prace o 16, a kończyliśmy o 22. Dlaczego tak zapytacie? Otóż wtedy w domu była moja mama która ten prąd włączała. Zmieniłem zamki w magazynie bo zaczęły ginąć rzeczy. Po 3 dniach drzwi były wyłamane i znowu zniknęły rzeczy.

Była Policja, stwierdziła że zamek jest wyłamany w drzwiach, drzwi wyważone, jednak "Pana Ojciec ma prawo wyłamać drzwi skoro są tam jego rzeczy" Jego rzeczami była kosiarka która tam stała od zawsze. A na pytanie ze zniknął towar, opakowania zrobili rewizje jego pokoju i auta nie znaleźli rzeczy i powiedzieli że nie ma i nic nie mogą zrobić.

W sierpniu odbyliśmy ostateczną rozmowę. Ojciec zażądał 60% udziałów w firmie bo on tylko praktycznie generuje zyski, on będzie rządził nikt mu ma w paradę nie wchodzić. Dom także ma być jego, a my mamy kolokwialnie spierd*lać. Oferta nie do przyjęcia.

W połowie sierpnia wyszła awantura miedzy mamą, a ojcem. Spłodziciel (ciekawe czy jest takie słowo) uderzył mamę i wyzwał ją. Ojca obezwładnił brat. Przyjechała policja i zabrała go na dołek na 24. Przed odjazdem powiedział że mam czas do jutra do wyniesienia się z jego budynków. Zabrałem praktycznie wszystko. Od 17 do 24 wywoziłem rzeczy. Nie wywiozłem tylko maszyn bo jednak znaleźć wolny wózek widłowy o 17 graniczy z cudem. Na drugi dzień udało mi się wózek załatwić około 12. O 13 byliśmy na miejscu jednak ojciec już był i kazał nam spierd*lać. Mama nie miała jak pomoc. Policja tez nic nie zdziałała.

Byłem zmuszony kupić nowe maszyny. Mimo około 6 prób odbioru maszyn do dzisiaj nie udało mi się ich odzyskać.

Teraz wątki późniejsze. Mimo że z ojcem od września nie mam nic wspólnego, dalej mnie nęka. 6 grudnia przychodzi od mnie PIP. Po przejrzeniu dokumentów i stwierdzeniu braku jakiś nieprawidłowości dostaje notatkę 23 grudnia. 27 Grudnia mam telefon z Policji w związku z niewysłaniem świadectwa pracy.

Co jakiś czas dostaje nowe listy od rodziciela z żądaniami.

Sprawa ze świadectwem pracy ciągnęła się rok. Był nawet potrzebny grafolog, który badał pismo moje, mamy i brata. Po roku została umorzona. Teraz wiecie na co idą nasze podatki.

Rodzicie rozwiedli się w styczniu, po uprawomocnieniu się wyroku ojciec zakłada firmę zajmującą się tym samym. Ojciec produkując na moich maszynach, pakując towar w moje opakowania sprzedaje je po punktach. Po zgłoszeniu na Policji. Dostaje zakaz sprzedaży, jednak nic sobie z tego nie robi i sprzedaje dalej. Sprawa trafia do sądu.

Przesłuchiwani przed sądem byliśmy w odstępie tygodnia. Ojciec był pierwszy. Przedstawił siebie jako ofiarę i sponsora mojej działalności co nie było prawdą. Sąd nie daje wiary moim wyjaśnieniom i umarza sprawę, mimo tego że mówię że mogę powołać świadków i przedstawiam umowy pożyczek od rodziny. Także sąd nie daje wiary temu że ojciec przed podjęciem pracy u mnie przez rok był bezrobotny (mimo przedstawionych dowodów). Sprawa zostaje umorzona jako niska szkodliwość czynu.

Około kwietnia brat unieruchamia moje maszyny stojące u ojca (jestem persona non grata na dworze ojca nie mam wstępu nawet na ulicę przed domem). Ojciec wydzwania i wygraża się. Dostaje kolejne pisma wraz z fakturą za magazynowanie maszyn. Mimo że chciałem je odebrać.

Sprawa ciągnie się już 2 lata i końca nie widać.

Ojciec nie tylko mi utrudnia życie, brata okradł na 2-3 tysiące. A mama go praktycznie utrzymuje bo nie płaci kredytu za dom, ani żadnych mediów (gaz, prąd) mimo że mieszka. Jak mama przestanie płacić odetną to także jej. Pod licznik nie wchodzi w grę bo ojciec nikogo nie wpuszcza.

Taka długaśna historia co u mnie się działo i dzieje.

Pozdrawiam!

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (236)
poczekalnia

#82399

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Niedawno wyremontowana ulica. Wzdłuż jezdni po obu stronach nowe, asfaltowe ścieżki rowerowe oraz szerokie chodniki, jednym słowem full wypas, jazda rowerem tą trasą to przyjemność. Co zobaczyłam dzisiaj? Rowerzystę, który nie jechał drogą dla rowerów ale... jezdnią. Dodatkowo wybrał buspas...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (78)
poczekalnia

#82393

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Krótka historia z dzisiaj.

Moja droga do pracy kończy się skrętem w prawo z jednej niewielkiej uliczki w drugą (obie na tyle duże, żeby zmieścić dwa samochody). Na tymże zakręcie stoi kamienica zasłaniając sporą część widoku, prędkości jednak nie są powalające w tym miejscu. Nie dla samochodów w każdym razie.

Jak co dzień skręcam w prawo i widzę przed sobą dziewczę, na oko szesnastoletnie, na rowerze - jedzie sobie radośnie środkiem lewego pasa. Prosto na moją maskę. Gdybym wyjechała chociaż chwilę później zza zakrętu dziewczę skończyłoby mi na masce.
I wiecie co? Zero refleksji w tych pustych, niebieskich oczach. Wyminęła mnie, jak gdyby nigdy nic i pojechała dalej. Tak jakby mnie w ogóle nie zauważyła...

Karty rowerowe, powróćcie...

ulica pedalarze

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (73)
poczekalnia

#82390

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnie dwa dni były deszczowe. Zapewne pokrzyżowało to z lekka plany rolnikom, szczególnie tym, którzy zbierali w tym roku siano. Teraz większość pras do siana i słomy to są prasy rolujące, które wiążą w walcowate belki o średnicy 1,2-1,5m. Ale u mnie nadal dość popularne są prasy wiążące w małe kostki, które ręcznie ładuje się na przyczepy. Praca ogólnie jest ciężka, typowo siłowa, ale bardzo przyjemna.

Piekielność zaczyna się dopiero w momencie, gdy widząc wóz siana przypomniał mi się wyjazd, typowo zarobkowy, do Niemiec, na tzw. "Grzejniki". Pojechałem tam jako spawacz, ale przyznaję, że tylko na niektórych weekendach wiało nudą.

Z całej plejady dziwnych akcji, teraz poruszę tylko temat prac "Innych". Bo jak tu inaczej połączyć spawanie i sianokosy. Przy każdej umowie o pracę jest wyszczególniony zakres obowiązków. W moim przypadku jest to szykowanie materiału do spawania, łączenie części, spawanie, czyszczenie spoin i weryfikacja wzrokowa, inne prace w zakresie wykonywanego zlecenia, utrzymanie porządku i dbanie o sprzęt. O ile do początku listy nie mam zastrzeżeń, tak dalej robią się schody.

Jako inne prace na zleceniu można podciągnąć składanie grzejników, malowanie, cięcie materiału, czy prace typu gięcie poprzeczek, wybijanie otworów w blaszkach, czy zaginanie spinek. Trzy ostatnie były na tyle nudne, że uchodziły tam za torturę...

Utrzymanie porządku czasem tam oznaczało koszenie trawy na firmie, pielenie rabat, czy nawet utylizacja połamanych palet i innego drewna w sporym rębaku. Wszystko to robiłem, nawet fajnie było, a raz nawet rzuciłem w kolegę połówką euro-palety... To były czasy ;D

Tylko jeszcze jak podciągnąć pod zakres obowiązków wyprowadzanie psa szefowej, prace leśne, sprzątanie w garażach na wsi, czy wspomniane wcześniej sianokosy. Przypominam, że było nas tam łącznie 11 osób, z czego było 2 malarzy, a reszta spawacze. Z wyżej wymienionych brałem udział w sianokosach i żniwach (słomę też woziliśmy).

Tam sianokosy były później, bo w coś koło połowy lipca. Tego dnia, po południu (robiliśmy do 6pm) przyszedł do nas majster i mówi nam, że musimy pojechać na pole po siano. Pierwsza myśl "Kpisz czy o drogę pytasz", ale co nam szkodzi, będzie śmisznie i w sumie było. Wzięliśmy busa z firmy, widełki i sio na łąkę... Tam już czekali kolega w ciągniku z przyczepą, szef w Unimogu (Mercedes) i siano w tych małych kostkach. Na tyle nie dowierzałem w to co się dzieje, że rzucałem jedynie wyklinając kolegę, bo wziął "Zbożówę". Zbożówką nazywam przyczepę przystosowaną do przewozu zbóż, dla niekumatych, wierzch burt w tamtej był na ok 2,5 m od ziemi... Załadowaliśmy, rozładowaliśmy i przy okazji poznaliśmy osobiście konie, dla których to robiliśmy. A z robotą wyrobiliśmy się idealnie w czasie normalnej pracy. Nie było tego dużo, a my mamy teraz nieśmiertelną ciekawostkę, w którą niewielu nam wierzy...

Jednak najlepszego dowiedzieliśmy się na kwaterze. Tam jest tak co roku, a ci co nie chcieli robić byli wręcz zmuszani do zjazdu. To był wyjazd na zasadzie wynajmu pracowników, więc zawsze Niemiec dostawał nowych ludzi jak potrzebował, a nie wiedzieć czemu polskie kierownictwo aż tak właziło im w rzyć...

A mnie, próbującego węszyć i szukającego sprawiedliwości, pierw spróbowali zajechać, a potem zesłali mnie z zapaskudzoną opinią...

zagranica praca

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (62)
poczekalnia
Moja mama miała znajomą, znajoma syna starszego ode mnie o dwa lata, nazwijmy go Paweł. Często do nas przychodzili, one rozmawiały, pijąc kawę, my się bawiliśmy klockami, żołnierzykami, kiedyś się nawet poświęcił i bawił się ze mną lalkami barbie. Ogółem lubiliśmy swoje towarzystwo, był moim przyjacielem. W sumie jest nadal, ale dla jego mamy w pewnym momencie to było za mało.
Rok temu, gdy ja miałam szesnaście a on osiemnaście lat postanowiła nas zeswatać, twierdząc że ja taka ładna, mądra będę idealną partia dla jej synka. Z początku nie zwracałam na to uwagi, ot, myślałam, że jej przejdzie. Zaczęłam mieć tego dosyć, gdy zaczęła mnie męczyć polecaniem mi co lepszych salonów sukni ślubnych, sal weselnych, cukierni. Bo w końcu co z tego, że nieletnia jestem? Ślub trzeba jak najszybciej szykować.
Tydzień temu wreszcie dała sobie spokój, ba, przestałam być jej ulubienicą: przyłapała mnie na całowaniu się z kimś. Dowiedziałam się, że:
1. Jestem dzi*ką
2. Zdradzam jej synka
3. Powinni mnie zabić, skoro mnie nie wyskrobano póki był czas
4. Ona się zawiodła i powie to Pawłowi, a on z pewnością zerwie ze mną wszelkie kontakty.
- Kochanie, to ta znajoma twojej mamy, o której opowiadałaś?- spytała towarzysząca mi osoba. Wyobraźcie sobie minę mojej niedoszłej, samozwańczej teściowej, gdy zamiast głosu młodego chłopca usłyszała łagodny, kobiecy głos. Tak, Ami ma dziewczynę :)
Oczywiście znajoma mamy poinformowała Pawła, że jego niedoszła małżonka zdradza go i to do tego z inną dziewczyną. Jego reakcja?
- Życzę dużo szczęścia Ami, mam nadzieję, że będzie wam się układać w związku.
W rezultacie moja mama straciła koleżankę. Ja z Pawłem nadal się widuję, jutro robimy makietę miasta z zapałek, obiecał mi też, że przedstawi mi swoją dziewczynę, którą sam poznał, o której serce sam się starał i z którą chce być bez żadnego przymusu.
I nawet mu nie szkoda, że jest skłócony z mamą, według której oboje odrzuciliśmy szansę na cudowny związek.
Edit:
@CatGirl zdziwiło to, że jestem w rodzinie zastępczej, a piszę o mamie. Po prostu wychowujących mnie ludzi nazywam mamą i tatą. Ot, cała tajemnica.

uciekająca_panna_młoda

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (142)
poczekalnia
Dysortografie, dyskalkulie, dysgrafie, dyslekcje!

Skąd to się wzięło?

Otóż możecie sobie myśleć co chcecie. Ja twardo stoję na stanowisku, że z LENISTWA!

Od najmłodszych lat byłam bardzo słaba z matematyki. Dziś zapewne byłabym osobą z „dyskalkulią” albo jakimś innym „dysem” który nie pozwala mi opanować matematyki. Ale nie 30 lat temu. Moją „dyskalkulię” opanował tata, który siedział ze mną nad matmą całymi godzinami, gdy trzeba było – waląc zeszytem po łbie (nie do pomyślenia dziś, prawda?) i jakoś te pociągi jadące z puntu A do puntu B i te straszne cotangensy, nie mówiąc już o cosinusach do tegoż bitego łba mi wbił. Orłem nigdy nie byłam. Ale bez problemu zdawałam z klasy do klasy, rozumiejąc przerabiany materiał. A o to wszak chodzi.

A co robi dziś szkoła?

Wspaniała szkoła, integracyjna. Złego słowa nie powiem – rozwój emocjonalny dzieci z Aspergerem, niedostosowanie społecznym, zespołem Downa – na najwyższym poziomie. Ale te „dysy”...

Gdy przeczytałam sms od mojego synka (wówczas kl. 3 SP) „Mama jestem w ałtokaże” zatrzęsło mną i wmiotło pod dywan! Ja, purystka językowa, wychowuję wtórnego analfabetę? Tak być nie może!. Zorganizowałam latorośli dyktanda, codziennie. Takie w rodzaju „siedzi Jerzy na wieży i wcale nie wierzy, że w tej wieży jest sto jeży i pięćdziesiąt jeżozwierzy” itp. Bez sensu ale śmieszne.

I co?

I napotkałam straszliwy wręcz opór materii!. On nie będzie pisał, bo on i tak się nie nauczy bo on ma DYSLEKCJĘ!!! Że co???? Że co ma?? A bo tak powiedziała pani od polskiego! No ja cie ...

Na spotkaniu z panią wychowawczynią i panią od polskiego dowiedziałam się tego samego. Mój syn ma dyslekcję, w związku z czym jego ortografia ( a raczej jej brak) jest oceniany łagodniej o czym syn został poinformowany. Ostrymi słowami wyraziłam mój brak wiary w jakiekolwiek „dysy” oznajmiając, że za moich szkolnych lat „dyslekcja” była leczona czytaniem książek, czytaniem książek, czytaniem książek a w ostateczności pasem w d... i ja w żadne „dysy” nie wierzę!

Pani polonistka się obraziła i oznajmiła, że oto kieruje mojego syna na oficjalne badanie psychologiczne w kierunku dyslekcji (szkoda, że wcześniej sama wydała diagnozę i jeszcze wtajemniczyła w nią syna, który wszak teraz nie musi się starać o nic, bo przecież ma dyslekcję!)

Oznajmiłam latorośli, że albo pisze dyktanda albo tę jego „dyslekcję” wybije mu z głowy całkowity brak komputera, telefonu, tableta i wszelkiej możliwej elektroniki. To go skruszyło, bo choć próbował się bronić, że „pani od polskiego mówiła” to ja byłam nieugięta.

Dziś - po upływie dwóch lat - po „dyslekcji” nie ma śladu. Syn robi błędy ortograficzne w trudniejszych słowach, przeciętnie na poziomie swojego wieku. Do badań w kierunku dyslekcji nigdy nie doszło, bo zgasła taka potrzeba.

Wiem, rodzice muszą dbać o rozwój swojego dziecka. Ale nauczyciele – jako fachowcy – muszą im w tym pomagać. Czemu pani polonistka sama wydała diagnozę i jeszcze poinformowała o niej ucznia a nie poinformowała jego rodziców? Uczeń poczuł się zwolniony od obowiązku nauki a rodzice pozostawiali w błogim przeświadczeniu, że dziecko rozwija się prawidłowo.

Salve „ałtokaże”!

Skomentuj (104) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (228)