Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#78804

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kupiłem niedawno mieszkanie.

Lokum w dobrej lokalizacji, ale do generalnego remontu. Wiadomo jak to jest - wcześniej mieszkała tam osoba starsza, która nawet kolorowego telewizora nie chciała, później osiem lat mieszkanie stało wystawione na sprzedaż.

Jak remont to i gruz. Będąc całkowicie zielony w te klocki idę do swojej nowej wspólnoty mieszkaniowej dowiedzieć się, co i jak z tym zrobić, a właściwie - skąd wziąć specjalne pojemniki do tego celu.

Pani we wspólnocie powiedziała, że trzeba napisać u nich podanie a następnie czekać na informacje. W ciągu trzech dni powinna być odpowiedź drogą telefoniczną (zostawiłem swój numer, mieli go też na deklaracji odnośnie odpadów komunalnych).

Jako że miałem dość zapracowany okres, po ty poszedłem dowiedzieć się, co i jak. Otóż wystosowali do mnie pismo, powinno być już w skrzynce pocztowej. Jako że nie wiedzieli, czy na pewno jest skserowali mi swoją kopię.

Na piśmie była informacja, że trzeba zadzwonić do firmy zajmującej się konserwacją budynków. Po trzech godzinach prób dodzwonienia się, ktoś w końcu odebrał telefon. Otrzymałem informację, że trzeba dzwonić do Zakładu Gospodarki Komunalnej.

Zdenerwowany, wykonuję kolejny telefon. Tam, w końcu, poinformowano mnie konkretnie że muszę złożyć podanie w urzędzie miasta i worki dostanę od firmy "obsługującej rejon".

Od tego punktu wszystko poszło niezwykle sprawnie, ale serio - osoba pracująca we wspólnocie nie mogła mi udzielić takiej informacji od samego początku? Wiem, że dla niektórych załatwienie worka na gruz wydaje się banałem, ale jako osoba zabierająca się za to po raz pierwszy nie miałem o tym zielonego pojęcia.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (83)
poczekalnia

#78803

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak nie problemy z siłownią to inna sytuacja, również z dnia dzisiejszego... Już tyle o podobnych sytuacjach jak poniżej opisana było mówione, ale osobiście któryś raz się z tym zetknęłam i nadal wku*wia mnie idiotyzm ludzi.
Szłam około 14.50 na małe zakupy. Miejsce akcji- okolice Placu Grunwaldzkiego.
Na ławce, niedaleko dwóch przejść dla pieszych leży sobie starszy pan. W sumie widok codzienny (menelnia), idę. Około 15.30 wracam z siatami, pan dalej leży. Zwróciłam uwagę na fakt, że był dość elegancko ubrany, obok ławki leży siatka z zakupami. Podeszłam bliżej, twarz starszego pana cała w kropelkach potu, strasznie blada, ręce skrzyżowane na piersiach i drgawki. Nie znam się na tym ale szybko pomyślałam, że to albo jakiś zawał albo zapaść (a jednak czegoś uczyli w tych gimnazjach). Na "proszę pana czy coś panu dolega?" nie reaguje. Potrząsam nim lekko. (W tle zatrzymują się ludzie). Po kilku minutach pan otwiera oczy i wypowiedział tylko coś w stylu "serce...tabletki...zapomniałem, źle". Nie wzięłam telefonu, na zakupy nigdy nie biorę. Pobiegam do jednej z kobiet która przyglądała się sytuacji, proszę o telefon na pogotowie. Reakcja? "Oszalała pani?! Mnie pieniądzów szkoda!" Ale to bezpłatne... "Ja nie znam tego dziada!" W międzyczasie przechodzi jakaś matka z dzieckiem, które pokazuje na pana, matka zbiera dziecko na ręce i mówiła coś o zarażeniu się i o pijakach, ale nie słyszałam bo w tamtej chwili nie zwracałam na to uwagi. Dobra, szkoda czasu na kłótnie, podchodzę do przypadkowej osoby, proszę o telefon, ok, pogotowie wezwane. W międzyczasie tłum zrobił się większy; gdy próbowałam nawiązać kontakt ze starszym panem w tle leciały komentarze typu "pani go zostawi, pewnie się nachlał!" itp.
Karetka przyjechała, starszy pan miał zapaść krążeniową.

Serio, nie każda osoba leżąca na ławce to pijak i menel. A piszę to, bo rok wcześniej spotkałam się w swoim rodzinnym mieście z niemal identyczną sytuacją, z tym że tamtej kobiety nie dało się odratować.

wrocław ludzie ignorancja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (132)
poczekalnia

#78802

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z serii historii sklepowych.

Daaawno temu robiłam większe zakupy w Biedronce. Krążyłam z koszykiem pomiędzy alejkami, wrzucając kolejne produkty z listy zakupów. Jedna z interesujących mnie alejek była zawalona paletami tak, że manewrowanie z pełnym koszykiem byłoby trudno.
Zostawiłam więc koszyk tak, by nie przeszkadzał innym kupującym, weszłam do alejki po dosłownie 2 produkty.

Wracam, a tu jakaś kobieta grzebie mi w koszyku, wyrzucając niektóre produkty na zgrzewki napojów stojące nieopodal.
Dialog ( plus minus).

b- Przepraszam, ale to mój koszyk...
K- Stał sobie, to niczyj!
b- Stał, ponieważ alejka jest zastawiona paletami, a ja poszłam po 2 rzeczy.
K- A ja akurat tego potrzebuje, nie będę po sklepie chodzić, jak tu stoi gotowe!
b- Gotowe i MOJE. Proszę zostawić moje zakupy!
( Babeczka z wyglądu żadna trzęsąca się staruszka- takiej może bym i odpuściła. Ale nie, żażywna hot 50, tips na palcu, błysk sztucznej biżuterii, tlenione włosy z odrostami- teraz mówi się na to "ombre" ;)- i ton nieznoszący sprzeciwu).
K- Nieprawda, bo moje! Ochrona! Złodziejka! Ochrona!
b- Chciałabym tylko przypomnieć, że w sklepie jest monitoring, więc niech pani nie robi z siebie wariatki.
K- Ty gówniaro niewychowana ( i dalej w ten deseń)!

Pozbierałam zakupy odłożone przez babsko, wyszarpnęłam jej mój koszyk i poszłam do kasy, a podstarzał Karyna darła się jeszcze jakiś czas...

zakupy klienci kradzież

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (111)
poczekalnia

#78798

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Niedawno otworzyło się centrum handlowe niedaleko mnie. Tuż obok rynku. Od kiedy pamiętam chodnik pod rynkiem pełen był ludzi którzy porozkładali się tam ze swoimi śmiecia... produktami które próbowali sprzedać. Czasem to były truskawki czy kwiaty z działki ale zdecydowanie częściej dziwne przedmioty bez kompletu, stare książki i płyty, pojedyncze (i już otwarte) opakowania perfum, ubrania które trudno byłoby nazwać nowymi i inne ewidentnie używane rzeczy których nikt zdrowy na umyśle nie kupi.

Specjalnie mnie to nie bolało dopóki tamtędy nie chodziłam. Ani na rynek ani tym bardziej do panów wyglądających i pachnących jak bezdomni usiłujących opchnąć (chyba wyciągnięte ze śmietnika) fanty - 10letnie radio, bardzo znoszone trampki, używane zabawki i inne cuda. Teraz jednak zdarza mi się pójść tam na zakupy spożywcze czy do apteki. No i mam problem. Bo ci ludzi którzy kiedyś siedzieli pod rynkiem teraz panoszą się też pod wejściem do centrum handlowego. Tuż obok znaku z zakazem handlu. I szlag jasny mnie trafia kiedy muszę krążyć po labiryncie bo na chodniku są tylko wąskie ścieżki pomiędzy tymi "straganami".

Rano poszłam po coś na śniadanie do sklepu i stwierdziłam że mam dość. Jeszcze zanim dotarłam do domu wybrałam nr do straży miejskiej. Wcześniej widziałam że straż przyjeżdżała kilkukrotnie i wypraszała tych ludzi z chodnika pod rynkiem i centrum. Miałam nadzieję że i dziś zrobią jakiś porządek bo tam się właściwie nie da przejść.

No i się zawiodłam. Pan w słuchawce wyjaśnił mi że dostali już dziś zgłoszenie w tej sprawie i byli tam. Mogą podjąć jakieś kroki jeżeli zobaczą, że ktoś coś rzeczywiście sprzedaje. Niestety panowie ze straży nie mogą być po cywilnemu, muszą być w mundurze. Jak są w mundurze to ci państwo ze straganów nic nie sprzedają. A siedzenie na chodniku nie jest nielegalne więc mają związane ręce. Rozumiem i nie mam pretensji.

Tyle że na chodniku nadal nie da się przejść, okolica wygląda tragicznie, śmieci po "straganach" walają się co wieczór, a krzaki cuchną moczem bo gdzieś przez te kilka godzin trzeba oddać piwka które się w siebie wlało czekając na klientów chętnych kupić stare kalosze.

osiedle rynek centrum handlowe

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (102)
poczekalnia

#78792

(PW) ·
| było | Do ulubionych
A mówią że młodzież niekulturalna, że zawsze tylko wszędzie syf zostawia. Moze nie mam już naście lat, ale dziś piekielna sąsiadka nauczyła mnie że kosze stojące ot tak na ulicy nie slużą do wyrzucania śmieci. Ale do rzeczy:
Jeszcze w pracy wraz z koleżanką wpadłyśmy na pomysł aby dla ochłody wypić zwyczajnie delikatnie po radlerku ot dla smaku I na lepszy sen bo I godzina raczej późna. Jak wymyśliłyśmy tak jak tylko wybiła kukułka uwalniająca nas od obowiązków służbowych, poleciałyśmy do sklepu zakupić "złoty" trunek I na ławeczkę co przy miłej pogawędce go spożyć. I nie byłoby nic w tym strasznego gdyby człowiek nie był nauczony zeby zwyczajnie nie zostawiać syfu do okoła. Kiedy umieściłam w koszu butelke sztuk 1 I puszkę również sztuk 1 w koszu na śmieci zostałam zjechana obelgami od Pani że jak śmiem wyrzucac śmieci do kosza bo on przecież nie jest publiczny! Ubrałam uśmiech nr 5 I zapytałam w którym miejscu jest jej nazwisko na tym koszu bo ciemno I mało latarnii więc nie zauważylam. Pani spasowiała. Kiedy odchodziłam w swoją stronę podeszla do kosza I powyciagała wszystko co było w "prywatnym" śmietniku I położyła obok po czym weszła do klatki obok.
Cały czas mnie zastanawia co tym ludziom w głowach siedzi? Niedaleko jest przedszkole I codziennie jak tylko jest pogoda dokladnie koło tego kosza przechodza maluchy. Czy naprawde lepiej żeby ktoś sobie zrobił krzywde? Czy lepiej wyglada jak wszedzie jest syf? Może tylko ja nie mam poczucia estetyki?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (106)
poczekalnia

#78794

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam. Często czytuję piekielnych, ale dzisiejsza sytułacja zmusiła mnie do założenia konta i podzielenia się tym, co mnie dzisiaj spotkało. Posiadam uroczego psiaka rasy Amstaff. Moja pociecha ma 10 miesięcy i jest wulkanem energii. W sumie to chyba najłagodniejszy pies jakiego spotkałam, zero agresji. Dzisiaj upał okropny, młody się zmachał samym dojściem do samochodu, więc postanowiłam, że pojedziemy się potaplć w rzece. Słonko pięknie śwświeci, maluch pływał już ponad godzinę (nad wodą ma na sobie szelki i 15 mtrową linę na której go trzymam, żeby nie popłynął za daleko i zawsze mam go pod kontrolą) nagle widzę, że płynie do brzegu i jest czymś wyraźnie zaciekawiony. Odwracam się i widzę jakiegoś gościa w okularach, który woła mojego psa. Przytrzymałam młodego na lince, żeby pana nie zamoczyl i nagle wyłonił się biegający luzem, bez smyczy, duży bokser. Okazało się, że piesek należy do pana. Pan nachalnie pchał pieska w stone mojego i koniecznie chciał, żebym go spuściła i żeby się pobawiły. Tłumacze nachalnemu jegomościowi, że nie ma takiej możliwości. Pan chyba dalej usilnie próbował zakolegować nasze pociechy i pchał się z Bokserem na młodego. Bokser zaczął go obwąchiwać. W ułamlu sekundy warknął i ugryzł młodego w głowę. Odgoniłam go i krzycze do lewego swata żeby zabierał swojego psa bo jest agresywny. Popatrzyłam na młodego, krew się leje, rozcięty łuk brwiowy, pół centymetra od oka, krzycze na idiote, żeby zabierał psa bo za pierwszym razem nie dotarło i staram sie zatamować krwawienie chusteczką. Ślepy idiota odszedł z psem, nie zapinając go na smycz i po dwóch minutach pies podbiega do nas znowu. Nie wytrzymałam. Myślałam, że zabije debila i utopię go w rzece, potem ucieknę do Meksyku, doczepie wąsy i będę się ukrywała pod wielkim sombrero, ale dzieki temu będzie o jednego idiote mniej na świecie. Jeśli to czytasz to moj psiak dziękuje za 5 szwów nad okiem. Czy ktoś z was był w podobnej sytułacji? Kompletnie nie wiedziałam jak mam się zachować.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (84)
poczekalnia
Miał być komentarz do historii http://piekielni.pl/78788, ale wyjdzie trochę za długo, więc postanowiłam dodać osobną historię.

Swego czasu, zaraz po przerwaniu studiów, podjęłam pracę w jednym z Towarzystw Ubezpieczeniowych na infolinii, żeby mieć czas znaleźć lepszą pracę, a w między czasie było za co zakupy zrobić.
Ubezpieczyciel, jeden z większych, kiedyś był firmą państwową.

Faktycznie ludzie nie czytają OWU, było wiele sytuacji, gdzie mogłam się o tym przekonać. Nie wiedzą, tak jak w poprzedniej historii, co obejmuje ich ubezpieczenie, a czego nie, a przyznanie pomocy, lub odszkodowania w dużej mierze zależy od tego, jak to zgłosimy.

Jedna z sytuacji, którą najbardziej zapamiętałam (nie ja prowadziłam rozmowę, ale akurat byłam na szkoleniu, czyli tzw. odsłuchach, by nauczyć się prowadzić rozmowę).

[K]lient, [I]nfolinia:

[K]: Auto mi stanęło.
[I]: Dzień dobry, z tej strony X Y, czy mogę prosić pana dane w celu weryfikacji? (Tutaj standardowe pytanie o pesel, ponieważ po tych danych szukaliśmy klienta w bazie, a potem sprawdzenie, jakie ubezpieczenie drogowe ma wykupione klient).
[I]: Proszę powiedzieć, jak do tego doszło.
[K]: No miałem stłuczkę, ale wszystko było w porządku, więc pojechałem dalej, ale po drodze mi auto stanęło.
[I]: Przykro mi, ale w takim wypadku nie jesteśmy w stanie Panu pomóc, posiada pan pakiet podstawowy, który obejmuje pomoc w wypadku kolizji lub wypadku.
[K]: No przecież mówię, że miałem kolizję i auto stoi.
[I]: Niestety kolizja była wcześniej i był pan w stanie odjechać, a ubezpieczenie obejmuje pomoc tylko tuż po kolizji.

Tutaj Klient zaczął się kłócić, jednak tak jest w przypadku pakietu podstawowego.
Nikt się nie sprzeczał, że usterka samochodu mogła nastąpić w przypadku kolizji, jednak mogła być ona zupełnie niezależna.

Praca w ubezpieczeniach przede wszystkim uczy, jak zgłaszać szkodę, by warunki ubezpieczenia ją obejmowały.

Tak samo, jak ludzie często kupują ubezpieczenia od wypadków np. na 5 tysięcy, nie patrząc na tabele odszkodowań, a potem są zdziwieni, że za złamanie ręki dostali np. 200 zł i wyzywają ubezpieczycieli od oszustów.

Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie kupują ubezpieczenia, by je mieć, czuć, że są bezpieczni i w razie wypadku ktoś pokryje szkodę, a potem mają pretensje, że czegoś nie ma w ubezpieczeniu, które wybrali.

Częste awantury zdarzały się też z powodu ochrony zniżek. Zawsze na infolinii informowaliśmy, że ubezpieczenie obejmuje tylko pierwszą kolizję/wypadek w ciągu roku, a na następny ludzie byli zdziwieni, że przy czterech kolizjach ich zniżki zmalały.
Tak samo nie potrafili zrozumieć, że owo ubezpieczenie działa na konkretny samochód, a nie na wszystkie, które mają.

Mogę też opowiedzieć więcej historii, nie tylko o Klientach, ale także o samej ubezpieczalni, jeśli się spodoba.

ubezpieczenia

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (83)
poczekalnia
Znalazłem sobie nowe hobby! Przyjemne spędzanie wolnego czasu, jak i zaawansowane poznawanie języka angielskiego!

Po wielu dniach marudzenia, jak to mało koncertów organizują tu, na Wyspach, postanowiłem za namową znajomych wyskoczyć na bingo. Gra ta, a raczej forma hazardu kojarzyła mi się jednoznacznie ze starszymi kobietkami w moherowych nakryciach głowy, a i właśnie o takiej jednej przedstawicielce Angielskiego gatunku homo-moherus będzie ta historia.

W bingo jak się gra - każdy wie. Jest sobie kartka, z której skreślasz uprzednio wyczytane liczby przez orędownika. Gra się na różnych zasadach, za różne kwoty. Ludzie przesympatyczni, atmosfera istnej sielanki trwała, aż na miejscu obok nie usadowiła się ONA.

ONA była sędziwą kobietą, szlachetnie zestarzałą (gdybym miał żonę, sam bym chciał, by była tak dobrze zakonserwowana po 70)weteranką Mecca Bingo w Doncaster. Miała przy sobie naręcze kuponów, na które musiała wydać przy kasie małą fortunę. Nie oszukuję Was, drodzy czytelnicy, przy moich 85 jej sterta była naprawdę imponująca.

Gra się zaczęła, wszyscy sobie skreślają, jak i konwersują między sobą w najlepsze, jednak nie ONA. Każdą jedną cyferkę komentowała w swoim języku wszelakimi odmianami angielskiego odpowiednika "urwał nać", jak i pochodzenie dziewczyny ogłaszającej wyniki losowania. Gdy ktoś ośmielił się posiąść rzeczone bingo przed nią, nie szczędziła fraz typu "ciekawe na jaki procent się umówił z obsługą po pracy", "ile razy doopy dała, by mieć te numery ustawione", "oho, ten pe**ł to dopiero musiał sobie na to zapracować".

Moje dyskretne spojrzenie na kelnerkę, jak i trochę bardziej wymowne w stronę owej damy przyniosło odpowiedź z ust jednej z kelnerek:

- Nic nie zrobisz, gada od rzeczy, ale w tygodniu emeryturę u nas zostawia...

Ale z bingo, jak i darmowej nauki angielskiej gwary nie rezygnuję :D

Bingo zagranica

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (81)
poczekalnia
Dojrzałam do wrzucenia bomby w pole dmuchawców tudzież walnięcia piorunem w szczypiorek :)

Zatem: dziś będzie o UBEZPIECZENIACH.

Kontrowersyjny temat-rzeka.

Od razu zaznaczam: zajmuję się kwestią ubezpieczeń sprzętów AGD/RTV/IT i szeroko pojętej elektroniki, zatem swoją historię ograniczę do tych kwestii. Zajmowałam się również gwarancjami samochodowymi, zatem ten temat jest mi też znany. Nie wiem nic o ubezpieczeniach komunikacyjnych, mieszkaniowych, życiowych, zdrowotnych, bankowych, kredytowych zatem na ich temat wypowiadać się nie będę.

Do rzeczy zatem:

Z jednej strony Piekielni Ubezpieczyciele – złodzieje, bandyci, łachudry, łachmyci, kryminaliści, zbrodniarze, degeneraci, zboczeńcy, masoni, onaniści i cykliści (osobiście usłyszałam 90% tych określeń personalnie).

Z drugiej Piekielni Ubezpieczeni – leniwi, bezmyślni, roszczeniowi, bezrefleksyjni, często bardzo chamscy i równie często – zwykli naciągacze.

I każda strona ma swoje racje.

Chciałabym Wam rzucić trochę światła na skomplikowane meandry procesu zawarcia umowy ubezpieczenia i skorzystania z tej umowy – w razie potrzeby.

Poniżej przedstawiam piekielności, które mogą (ale nie muszą! – w tym cel mojej historii) stać się Waszym potencjalnym udziałem.

Zasada pierwsza -naczelna i podstawowa, która powinna być wyssana z mlekiem matki – przeczytaj Ogólne Warunki Ubezpieczenia. Nie wierz sprzedawcy na słowo. PRZECZYTAJ. To Twoje pieniądze i Ty musisz wiedzieć, za co płacisz i co Ci za Twoje pieniądze przysługuje. Przeczytaj zatem. Potem przeczytaj znów i zrozum.

Jeśli masz tak głęboką awersję do słowa pisanego, że wstrząsa Cię na sam widok – przeczytaj chociaż dwie sekcje – „Definicje” oraz „Listę wyłączeń odpowiedzialności”. W pierwszej najczęściej znajdziesz informację, że „definicje używanych pojęć mogą różnić od typowego, powszechnego ich znaczenia”. Należy zatem dokładnie ją przestudiować, bo z niej właśnie dowiesz się, co przysługuje Ci w ramach zawartej umowy oraz jak Ubezpieczyciel zinterpretuje opisane przez Ciebie zdarzenie. Analogicznie z listy wyłączeń dowiesz się, w jakim przypadku odszkodowanie nie będzie Ci przysługiwać.

Piekielne sytuacje i jak się od nich ustrzec:

1. „Bo ja tu mam taką polisę od wszystkiego” – oznacza to, że masz w ręku święty Graal, miecz Króla Artura lub inny, legendarny artefakt. Ubezpieczenie „od wszystkiego” NIE istnieje. Nawet umowy, oferujące bardzo szeroki zakres odpowiedzialności Ubezpieczyciela (np. przedłużona gwarancja + nieszczęśliwy wypadek + uszkodzenie mechaniczne – te dwa ostatnie zakresy wcale nie są tożsame!) mają listę wyłączeń.

2. „Bo sprzedawca mi powiedział, że jak mi upadnie to zapłacicie”. Bardzo możliwe, że tak właśnie powiedział. Nie neguję tego. Tylko Ty – przeczytawszy listę definicji – wiesz, że nie jest to prawda. Niestety, jest to praktyka powszechna. W naszym języku nazywa się to „misselling” – celowe wprowadzania klienta w błąd co do charakteru i właściwości danego produktu, aby nakłonić do jego kupna. Przeczytaj definicję zdarzenia ubezpieczeniowego.

3. „Naprawa? Jaka naprawa? Sprzedawca powiedział, że od razu dacie nowy!” – nie, nie damy. Priorytetem zawsze będzie naprawa. Ubezpieczyciel ma obowiązek przywrócić sprzęt do stanu funkcjonalności. Tę informację masz zawartą w OWU.

4. „Bo mi tu sprzedawca wcisnął jakąś polisę ja nawet nie wiedziałem” – to może się zdarzyć, gdy kupujesz sprzęt na raty. Piętrzą się przez Tobą papiery, z drukarki wychodzi ich coraz więcej i więcej, jesteś zmęczony/głodny/chcesz do łazienki, chcesz już wyjść a tu sprzedawca wskazuje palcem – tu, tu i tu podpisać. Podpisujesz, przeglądasz w domu i widzisz – umowę kredytową, ubezpieczenie kredytu i jeszcze jakieś ubezpieczenie sprzętu, którego wcale nie chciałeś. Spokojnie. Masz 30 dni na rezygnację z niego (7 – jeśli brałeś na firmę). Ubezpieczyciel zwróci Ci składkę. Tylko zadzwoń. Pamiętaj o terminie!

5. „Bo sprzedawca powiedział, że jak nie wezmę tego ubezpieczenia to nie dostanę kredytu” – bzdura do kwadratu. Ubezpieczenie kredytu nie ma absolutnie nic wspólnego z ubezpieczeniem sprzętu. Żadne z nich nie jest obowiązkowe. Ubezpieczenie kredytu może ewentualnie pozwolić na obniżenie oprocentowania lub prowizji kredytu, ale nie warunkuje samego faktu jego przyznania. Ubezpieczenie sprzętu nic ma zupełnie nic do tego. Masz 30 (7) dni na rezygnację. Wyjątek stanowią wyraźne promocje – np. drugi sprzęt za pół ceny, pod warunkiem, ze ubezpieczysz oba. Wtedy musisz ubezpieczyć, aby skorzystać z promocji.

6. „Sprzedawca powiedział, że ja nie muszę nic czytać, on mi wszystko powie” – tu niech Ci się zapali czerwona lampka. Z dużym prawdopodobieństwem możesz założyć, że sprzedawca próbuje Ci sprzedać coś, co nie będzie Ci nigdy potrzebne. Zastanów się - Ile razy dziecko wyrwało Ci drzwiczki pralki? Ile razy stawiając garnek w lodówce upuściłeś go na szklaną półkę i stłukłeś ją? Ile razy stłuczony talerzyk zablokował pompę odpływową zmywarki? Pomyśl i zdecyduj świadomie.

7. „Co?? To ja mam to czytać???? Pani chyba żartuje!” – Nie żartuję. Naprawdę i całkiem serio powinieneś przeczytać warunki, na jakich zawarłeś polisę. Ponieważ z tych warunków wynika wprost to, co i w jakiej sytuacji Ci się należy a co nie. To Twoje pieniądze.

Generalnie: produkty ubezpieczeniowe są dobre i pomocne. Ale tylko te wybierane świadomie. Jeśli wiesz co Ci się należy a co nie – nie będziesz miał nigdy powodu do narzekania na Piekielnych Ubezpieczycieli.

Jeśli wydam Wam się pomocna i spodoba się Wam to, co piszę – mam tego mnóstwo w zanadrzu.

Ubezpieczenia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (102)
poczekalnia

#78785

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Polska służba zdrowa - temat rzeka. Ostrzegam może być długo.

Słowem wstępu - leczę się psychiatrycznie. Na moment rozgrywania się historii byłam 3 dni po wyjściu z oddziału zamkniętego. Leki brałam 3 tygodnie. Strasznie napuchłam do tego stopnia,że ledwo chodziłam.Rodzice SIŁĄ wypchali mnie do lekarza (ja sama chciałam przeczekać)

Podejście 1 LEKARZ RODZINNY
Lekarka po "poznaniu" historii choroby stwierdziła,że ona nie widzi problemu,jest ciepło więc to pewnie od tego."Zgłosi się na IP"

Podejście 2 IZBA PRZYJĘĆ
"Bez skierowania nie przyjmiemy ; myślą,że z każdą bzdurą mogą mi głowę zawracać" (dosłowne słowa lekarza)

Podejście 3 NOCNA OPIEKA ZDROWOTNA
Lekarka po spojrzeniu na nogi w momencie dała skierowanie na Izbę Przyjęć.

Podejście 4 IZBA PRZYJĘĆ
Lekarz nie spojrzał na nogi,zrobił EKG - odesłał do szpitala w którym leżałam na zamkniętym celem zmiany leczenia. Czy muszę dodać,że piętro wyżej była psychiatria?

Podejście 5 ODDZIAŁ PSYCHIATRYCZNY
Na oddziale (mój błąd,że nie podeszłam na IP) rozmawiałam z lekarką. Stwierdziła,że absolutnie nie jest to wina moich leków psychiatrycznych. I nie da mi karty konsultacyjnej "bo rozumie Pani zajmie mi trochę jej pisanie,szkoda Pani czasu". Odesłanie na IP do innego szpitala.

Podejście 6 IZBA PRZYJĘĆ - inne miasto.
Zrobione EKG,nogi zbadane - tryb pilny przyjęcia na oddział.

Myślicie,że na tym historia się kończy? Dostałam zalecenie zmiany leków.Psychiatra nie chcę się w trybie ambulatoryjnym tego podjąć.Miesiąc temu umówiłam się na miejsce na psychiatrii. Dzisiaj miałam mieć termin przyjęcia. Nie przyjęli mnie - brak miejsc. Mam dzwonić za tydzień umawiać się na kolejny termin.

Gdzie jest piekielność?

Nogi znowu zaczynają puchnąć...

słuzba_zdrowia izba_przyjęć lekarza

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (87)