Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Siedzę w samochodzie i czekam na pasażerów. Na pobliskiej ławeczce toczy się rozmowa. W pewnym momencie zainteresowała mnie jej treść.

"Mój ojciec był strażakiem. On gasił pożary a ja podpalałem. Gdybym nie podpalał, to ojciec nie miałby roboty, bo mu marne pieniądze płacili."

Brak słów.

Strażacy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (Głosów: 92)
poczekalnia
W pewne wakacje pracowałam w sklepie całodobowym. Atmosfera miła, kierowniczka na luzie, klienci niezbyt piekielni, ale był On. Ok 50 letni Tadeusz. I to o Nim będzie ta historia.
Był to nietypowy przedstawiciel menela. Czemu nietypowy? Ano dlatego iż posiadał On żółte papiery. I to nie dlatego że ludzie tak mówili na osiedlu a faktycznie był to chory psychicznie alkoholik, którego olał system, szpital psychiatryczny wyrzucił, a rodzina odebrała mu mieszkanie i pozbyła się.

Czasami z Tadeuszem było zabawnie. Jak miał dobry humor i leków nie popijał zbyt dużą ilością alkoholu to przychodził do nas z badylami zerwanymi gdzieś przy drodze. Wyznawał nam wszystkim miłość i wręczał owe badyle. Biada była tej która to wyrzuci! Obrażał się i parę dni nie odzywał się do tej nieczułej która tak postąpiła. Czasami też wjeżdżała mu jakaś jazda że jest agentem CBŚ i "robił zdjęcia" baterią od telefonu. Wiedział też że nie sprzedajemy mu alkoholu ze względów które będą poniżej i w te lepsze dni nie robił o to problemów, szedł do konkurencji a wypić zakupione "małe piwko" przychodził do nas przed sklep (wódki nigdy nie pił przed sklepem, z mocniejszymi trunkami znikał gdzieś). Wygonić się go nie dało ale gdy burdy nie robił i za bardzo nie śmierdział to nawet klientom nie przeszkadzał, był już dla nich chyba częścią wystroju osiedla.

Przejdźmy do tej gorszej strony Tadeusza.
Gdy zdarzyło mu się wypić więcej i nie zasnąć gdzieś w krzakach zaczynał się Armagedon. Przychodził do nas i domagał się sprzedania mu alkoholu. Gdy nie spełniałyśmy jego "próśb" to potrafił stanąć przed kasą, krzyczeć że z nas k*rwy, sz*aty, dz*wki i wiele wiele innych jednocześnie robiąc w spodnie obie czynności które normalnie robił w krzakach, a człowiek posiadający dom załatwia w toalecie. Nieraz zdarzyło mi się po jego wyjściu zwymiotować przez ten smród gdy musiałyśmy to sprzątać. Na te okazje trzymałyśmy pod kasą odświeżacz powietrza, bo samo umycie podłogi i wywietrzenie nic nie dawało. Kiedyś tak go wzięło że zaczął wyciągać z kast puste butelki po piwach i rzucać w dwie koleżanki które zabrały mu piwo i po dłuższej kłótni kazały wyjść ze sklepu. Zdarzyło mu się też ściągnąć skarpety (tak, miał tylko tą jedną parę, ubrań nie posiadał, w sumie jedyne co miał to to co w kieszeniach lub na sobie, jak zgubił po pijaku buta to miesiąc chodził w jednym) i wietrzyć je na oknie obok naszego wejścia. Po ostrym ochrzanie zabrał co jego i 2 dni się nie pokazywał. Na jednej z nocek przyszedł do sklepu, bez słowa podszedł do zamrażarki na lody (w której były też chłodzone flaszki dla stałych klientów) i zaczął ją przesuwać na sam środek sklepu. Po pytaniu chyba moim co On robi, bez słowa wyszedł. Nawet nie spojrzał na mnie czy na koleżankę z którą byłam na zmianie. Tydzień później biegał z siekierą po osiedlu i zniszczył jakiś pomnik, a chwilę przed moim zakończeniem współpracy z owym sklepem pobił własny rekord. Około południa rozebrał się do naga, stanął na środku skrzyżowania z sygnalizacją świetlną (było obok sklepu, więc wszyscy wszystko doskonale widzieli) i kierował ruchem ulicznym. Matki z dziećmi zakrywały im oczy, ludzie na niego wrzeszczeli lub się śmiali, a On nic sobie z tego nie robił. Oczywiście takich niebezpiecznych akcji było wiele wiele więcej, ale musiałabym zrobić z tego chyba z 10 historii a nie wszystko już pamiętam.

Spytacie czemu nic nie zrobiłyśmy?
Ano zrobiłyśmy. Przy każdej jego akcji zagrażającej bezpieczeństwu jego bądź nas dzwoniłyśmy na policję. Za każdym razem przyjmowali, ale nikt nie przyjeżdżał mimo sposobów typu "proszę podać mi swój numer służbowy bym wiedziała kto przyjął zgłoszenie" czy składanie skarg. Nic nie pomagało. W końcu jedna z dziewczyn przyniosła numer na pobliską straż miejską. Ci już bardziej się bali skargi więc patrol wysyłali. Od jednych dowiedziałyśmy się dlaczego policja miała nasze bezpieczeństwo w głębokim poważaniu. Tadeusz był na tyle znany przez pobliskie komendy że nikt nie chciał do Niego jeździć. Wiązało się to z wypisaniem papierków i zawiezieniem go do szpitala psychiatrycznego, z którego za każdym razem wyrzucany był po 2 tygodniach z zapasem leków i przekazaniem mu jak ma je brać.

I teraz pytanie, kto tu jest najbardziej piekielny? Szpital psychiatryczny zasłaniający się tym że bezdomny więc nie mogą nic zrobić, rodzina która nie zareagowała jak powinna (gdyby go ubezwłasnowolnili skoro nie chcieli się nim opiekować i wysłali na przymusowe leczenie psychiatryczne to Tadeusz nie zagrażał by innym, a jeżeli byłoby to sądownie zrobione to nic by nie płacili za jego pobyt) czy policja która zamiast nam pomóc to stwierdzała że im się nie chce? Oceńcie sami, ale ja uważam że każda ze stron jest temu winna. Widziałam go jakiś rok temu na dworcu głównym. Wyglądał ja zwykle i się zataczał. Jego sytuacja najwyraźniej wciąż jest bez zmian.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (Głosów: 107)
poczekalnia
Mam odpowiedź do mojej wyceny polisy AC. Otóż 9500 to kwota sprzed stłuczki, ale koszta 900zł na które składa się tylni zderzak i delikatne wyklepanie kawałka tyłu z lakierowaniem podwyższają moją wartość do 14800zł. ( samochody w lepszej opcji i nowsze)
Kurcze chyba poproszę kogoś w tej samej firmie ubezpieczonego o przyładowanie w przód i zapytam ich o dodatkowe opcje w AC. Może wskoczy mi na 20000zł to mam kartę przetargową podczas sprzedaży.

ubezpieczenia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (Głosów: 98)
poczekalnia

#78307

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może ta historia nie wyda wam się piekielna jednak dla mnie jest.

Jestem w 2 klasie liceum i mam serdecznie dość nauczycielki z matematyki. Z resztą nie tylko ja, cała klasa jej wręcz nienawidzi.
Co takiego robi matematyczka i jednocześnie nasza wychowawczyni?

Na każdej lekcji powtarza nam jacy jesteśmy beznadziejni, głupi, i że nic nie osiągniemy. Innym klasom opowiada, że jesteśmy tak głupi, że nie umiemy rozwiązać najprostszych zadań. Ostatnio powiedziała, że nie czy my jesteśmy na jakimkolwiek poziomie. Żeby to jeszcze była prawda... W tamtym roku mieliśmy najlepszą średnią w szkole. W 2 klasie dochodzą rozszerzenia i nie jest już tak łatwo, ale najgorsi nie jesteśmy.

Nic nam nie tłumaczy. Każe czytać zadanie i pyta się jakie kto ma pomysły jak je zrobić. Nie wiesz? 0/2 (w szkole mamy system punktowy). Na sprawdzianach i kartkówkach są zadania z kosmosu. Zupełnie inne niż te w książce i w zbiorze. Sporo osób w klasie ma problem z matmą, jednak nie ma osoby, która by się nie starała. Prawie wszyscy chodzą na korepetycje, ale i tak według niej jesteśmy fatalni. Gdy mamy zastępstwo z innymi nauczycielami oni są w szoku, że my coś umiemy. Na lekcje przychodzą przekonani, że nie umiemy dodawać, a tu się okazuje, że jest inaczej.

W grudniu tamtego roku jedna dziewczyna z klasy miała "wypadek". W czasie lekcji przestało bić jej serce, spędziła ok. 3 miesiące w szpitalu. Co zrobiła wychowawczyni? Powstawiała jej 0 za każdy sprawdzian jaki był podczas jej nieobecności i nie pozwoliła rozłożyć ich na kilka terminów. Kazała jej pisać wszystko na raz albo wcale. Piekielne jest to, że bardzo dobrze wiedziała jaki jest stan Biednej, gdy pisała ręce się jej trzęsły, miała problem z mówieniem i zapamiętywaniem. Inni nauczyciele nie mieli problemu z daniem jej dodatkowego czasu. Niestety dziewczyna skończyła z poprawką z matematyki.

Nawet większość rodziców się jej boi, na zebraniach nie pozwala się im odzywać. Oczywiście też komentuje to jacy jesteśmy fatalni i ciągle dodaje, że w 3 klasie wszyscy na pewno się nie zobaczymy.

Myśleliśmy o tym żeby ją zmienić, ale zdajemy sobie sprawę z tego, że może się to nie udać, a wtedy nic już nam nie pomoże. Z tego co wiem musielibyśmy napisać do dyrektora prośbę o jej zmianę, potem rada musiałaby się zgodzić, a to wszystko trwa. Na dodatek dyrektor to jej przyjaciel.

szkoła nauczyciel

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 36 (Głosów: 114)
poczekalnia

#78305

~Uzytkownik007 ·
| było | Do ulubionych
A propos lodów i zamrażarki.

Miejsce akcji: supermarket. Bohaterowie: mama, tata i ich sześciolatek (na oko). Ja gdzieś obok.

Dzieciak patrzy łakomym wzrokiem w lodówkę: mamo, mogę loda?
-Nie.
-Mamoooooooo!
-Powiedziałam coś! Nie! - matka pozostaje nieugięta.

Oczy sześciolatka kierują się na ojca.

Ojciec na to zbolałym głosem: jak mama mówi, że loda nie będzie, to uwierz mi, wie co mówi.

Gdyby wzrok pani mamy umiał zabijać, to pan już nigdy w życiu nie zaznałby żadnej lodowej rozkoszy.

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (Głosów: 215)
poczekalnia

#78306

~Szarny ·
| było | Do ulubionych
Historia z serii moich ulubionych, czyli Piekielny vs Piekielna.

Za scenografię niech posłuży parking przed galerią handlową. Parking zupełnie typowy, z szerszymi głównymi uliczkami i wąskimi poprzecznymi. Aby dojechać gdzie chciałem, trzeba było z uliczki głównej skręcić w jedną z poprzecznych - dowolną.

Nie było to jednak takie proste. Ludzie są leniwi, więc jak chcą z takiej wąskiej poprzecznej skręcić w prawo, stają sobie na środku - wiadomo przecież, mniej się wtedy kręci kierownicą. Efekt jest taki że w taką uliczkę nie da się wtedy wjechać, bo brakuje miejsca.

Mijam więc pierwszego delikwenta który blokuje mi zjazd z głównej, drugiego i przy trzecim aucie z donośnym kliknięciem włączył mi się Tryb Piekielnego. Skręciłem, choć miejsca nie było; wiadomo było że ktoś będzie musiał ustąpić. Naiwnie myślałem że ustąpi drugi kierowca, bo wystarczyło że odbiłby nieco na prawo i byśmy się z powodzeniem zmieścili.

Wtedy jednak historyjka nie trafiła by tutaj.

W aucie stojącym po środku siedziała Piekielna. I tu mała dygresja, bo nie pierwszy raz spotykam się z taką sytuacją. Wyobraźcie sobie dwóch ludzi siedzących w dwóch zamkniętych samochodach. Gadających do siebie. Nie pogadają, nie? A przynajmniej - nie zrozumieją się nawzajem, nieważne jak głośno będą się wydzierać. No i siedzi babka i pulta się na tyle że przysiągłbym że ją jednak słyszę. Miałem nadzieję że skoro się tak intensywnie pulta to może się i wypulta sama z siebie, ale dupa, nic z tego.

Krótka kalkulacja aktualnej sytuacji: stoję w sumie już w całości w uliczce poprzecznej, nikomu, poza pultantką, nie przeszkadzam, do tego mam sporo czasu - czekają mnie grube zakupy i w sumie bez różnicy czy zajmie mi to 2 godziny czy 2 godziny 5 minut. Babka natomiast z parkingu wyjeżdżała, stąd też jej się spieszyło. Zaciągam hamulec, światła gasną automatycznie, wyciągam telefon - nazbierało się przez cały dzień kilka zaległości to obdzwonię ludzi i załatwię więc co trzeba... nie, jednak nie - babka zdecydowała że wyjdzie mi nawrzucać.

Kulturalnie nawet szybę opuściłem i z baterią gotowych kontr, argumentów i kontrargumentów gotowy byłem prowadzić zażartą dyskusję. Chętnie bym ją tu przytoczył, ale niestety dyskusja była prowadzona bez mojego udziału, bo jako osoba kulturalna, daję drugiej stronie dokończyć zdanie.

To było długie zdanie. Wyobraźcie sobie długie zdanie wypowiedziane w formie monologu z lekką naleciałością chronicznego słowotoku, to będzie coś jak to. Trzeba jej jednak przyznać że przynajmniej nie miała potrzeby wtykać zapożyczeń z łaciny podwórkowej w miejsca gdzie zwykle wstawia się przecinki - inna sprawa, że przecinki akurat były jej obce.

Dalej w sumie nic ciekawego już nie było, monolog wraz z właścicielką wrócił do auta, bez przerwania go odbiła lekko w swoje prawo, zgrabnie mnie ominęła i wyjechała.

A ja dzięki temu mam do teraz banana na ustach, szczególnie na myśl o jej facecie, który zapewne najchętniej wetknąłby jej banana w usta w charakterze korka.

sklepy parking auto

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (Głosów: 88)
poczekalnia
W moim rodzinnym mieście jest jedna, jedyna linia autobusowa (nazwijmy ją M), którą można dostać się do Wrocławia. Poza tym całe mnóstwo innych, które jeżdżą po okolicznych miastach i wioskach.
Obecnie główna ulica, którą busy i autobusy jeździły na przystanek przy ul.X jest w trakcie wylewania nowego asfaltu, więc trzeba jechać objazdem by dostać się na X. Poza tym są jeszcze dwa przystanki- ul.Y i Z, ta ostatnia na drugim końcu miasta, już przy "wylocie".
Tak się złożyło, że wczoraj musiałam wrócić do miasta rodzinnego i dziś o 5 rano pobudka, coby zdążyć na autobus do Wrocławia o 6.10. Nic z tego. Autobus M nie przyjechał, nigdzie żadnej informacji, próbuję dodzwonić się na infolinię (teoretycznie dostępna od 6.00)- jeden, drugi numer i nikt nie odpowiada. Na stronie internetowej też nic. No dobra, idę szybko na ulicę Y. Bingo! Jest informacja! Zachowuję oryginalną pisownię:"Drodzy pasażerowie! Uprzejmie informujemy, że w związku z remontami ul. X i Y, nasz autobus zatrzymuje się na ul.Z tylko w godzinach 8.00, 13.00, 18.00. Za utrudnienia przepraszamy!" Gdzie piekielność? Nadal nie mam pewności, czy to informacja od linii M. Nie było nigdzie podpisu,a kartka wisiała obok rozkładu jazdy PKS,M i pięciu innych. Z ulicy Z. Również jedzie kilka innych linii.
Podejście do klienta "godne podziwu"; poza tym ta linia słynie z aroganckich, niemiłych pracowników, miesięcznie dostają mnóstwo skarg, przewożą duuuużo więcej osób niż powinni... Ale mają to w d, bo dobrze wiedzą że są w tej miejscowości jedyną linią, którą można dostać się do Wrocka i ludzie i tak będą wracać.

komunikacja publiczna autobusy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (Głosów: 96)
poczekalnia
Obecnie uczęszczam na studia artystyczne. Kierunek ten jest jednak na uczelni bardziej technicznej, a oprócz mojego kierunku jest jeszcze jeden, który łączy sztukę z technologią. Mój wydział ma oddzielny budynek, położony na wielkiej działce uczelni. W drugim, głównym budynku głównie zajęcia mają studia informatyczne. Jako, że kierunek artystyczny to często się pojawiają wystawy z zajęć, czy to semestralne. I taką jedną wystawę mieliśmy w poprzednim semestrze. Wystawa składała się z powieszonych płacht wzoru, a na tych płachtach dodatkowo przyczepione były zdjęcia. Każdy mógł skanować je i otwierać dodatkową zawartość alternatywnej rzeczywistości dodaną do programu przez nas. Wystawa znajdowała się w budynku, w którym mieści się mój wydział, po miesiącu, gdy została zdjęta, wszystko było takie, jak w momencie wieszania.

W poprzednim tygodniu profesor poprosiła mnie i koleżankę, abyśmy powiesiły wystawę w głównym budynku. Miała ona wisieć na noc muzeów (która będzie w nocy z 20 na 21 maja). Powiesiłyśmy wystawę w piątek, zadowolone, bo wyszło jeszcze lepiej niż poprzednio, ze względu na więcej miejsca oraz nowe pomysły. W poniedziałek dostałyśmy maila od pani profesor, w którym przesyłała całą korespondencję mailową z panią odpowiedzialną za noc muzeów. Pani ta pisała do pani profesor, że wystawa nie wygląda dobrze, jest porwana i prawdopodobnie to ja z koleżanką ją popsułyśmy. Pani profesor od razu stanęła w naszej obronie i kazała sprawdzić monitoring. Okazało się, że wystawę porwał w niedzielę student studiów zaocznych. Jak wyglądała wystawa po już i tak naprawach? Pogniecione płachty, porwane zdjęcia, krzywy wzór. Z tego co widziałam zniknęło tez jedno, czy dwa zdjęcia. Mamy w tym momencie dwa dni na wydrukowanie połowy rzeczy na wystawę i jej powieszenie.

W zupełności nie rozumiem ludzi, którzy to zniszczyli. Jeszcze jakby to było poza uczelnią, to jakoś bym się bardzo nie dziwiła, ale wśród, jak ma się uważać, poważnych ludzi? Obecnie pani profesor nadzorująca wystawę poprosiła o wszczęcie postępowania w sprawie osoby, która to wszystko zniszczyła. Prawdopodobnie z własnej kieszeni będzie musiała zapłacić za dodruki, ale aż szkoda, że żadnej innej nauczki nie dostanie.

wandalizm studia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (Głosów: 116)
poczekalnia

#78293

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wkrótce nawet w lodówce znajdę osobę z urojeniami, która chce mi zepsuć dzień.
Zdarzyło mi się raz w centrum handlowym, że wypiłam za dużo i musiałam skorzystać z toalety.
Wchodzę do dopiero co zwolnionej kabiny, śmierdzi niemiłosiernie (ale jest czysta) to cóż zrobić, zatykam nos i robię to, po co przyszłam.
Wychodzę, kieruję się do umywalek, a babcia, która stała w kolejce za mną jak nie ryknie! Jak nie zacznie szarpać mnie za koszulkę, wrzeszcząc, że mam po sobie posprzątać, że obsrałam cały kibel, że jak jestem bezdomna to mam iść do schroniska, że śmierdzi.
W końcu udało mi się ją jakoś odczepić przy pomocy jakiejś pani obok. Wszyscy na mnie patrzą, palę się ze wstydu i zastanawiam się: PO CO?
Rozumiem, gdyby faktycznie po mojej wizycie były porozwalane nieczystości, bo bycie świnią trzeba piętnować, ale po co robić aferę z tego, że ktoś skorzystał z toalety do celu, w jakim jest ona przeznaczona? Gdyby był tam jakiś mój znajomy, nie pozbyłabym się łatki osoby srającej gdzie popadnie przez dłuuuugi czas.

sklepy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (Głosów: 113)
poczekalnia
Od dziecka marzyłam o tym by zostać strażakiem. Już kilka lat należę do OSP (jeżdżę na zawody, udzielam się, chodzę na wewnętrzne szkolenia, obstawy różnych imprez itp.). Mam również mundur galowy więc uczestniczę we wszystkich ważnych uroczystościach, nie tylko strażackich ale również kościelnych (np. w Boże Ciało chłopaki niosą baldachim, a 2 dziewczyny i chłopak idą ze sztandarem).

W końcu nadarzyła się okazja aby pójść na szkolenie i testy po których będę mogła jeździć na akcje. Dla spełnienia tego marzenia, nawet zrezygnowałam z dodatkowej pracy, a w tej głównej szefostwo poszło mi na rękę i tak ustawiło zmiany, aby nie kolidowały one z kursami.

Tyle tytułem wstępu (dość przydługiego - przepraszam), aby pokazać, że na prawdę jestem zaangażowana w to co robię.

Historia właściwa. Będzie kilka podpunktów, żeby łatwiej było czytać.

1. Razem ze mną na kursy chodzi jeszcze jedna dziewczyna (powiedzmy Ewelina). Ewelina jest dziewczęciem bardzo wygadanym, rzekła bym że jest wyszczekana. Nie wie kiedy zamknąć buzię i już kilka razy wpakowała się (a nawet nas) przez to w kłopoty. Dlaczego nas? Bo patrzą na mnie przez jej pryzmat (dobrze to napisałam??). I często zamiast oberwać się tylko jej, dostaje się również mnie. Na dodatek jest krewną naszego gminnego komendanta.

2. Mamy jednego pana prowadzącego kursy, który uważa że nie istnieje "coś takiego" jak kobieta strażak. Na każdym kroku podkreśla że nie damy sobie rady, że jesteśmy za słabe (czasem podchodzi to pod mobbing). Halo proszę pana!! Chodzimy na te same kursy co faceci, nie mamy taryfy ulgowej. Dodatkowo nęka Ewelinę za "nepotyzm" - jego słowa.

3. Ten sam pan, stwierdził, że podczas wypadku może być sytuacja podczas której poszkodowany zdecyduje że nie chce by ratowała go kobieta strażak. Wymyślił, że zrobimy scenki sytuacyjne. Podzielił nas na 3 grupy (w jednej byłam ja z chłopakami, w drugiej Ewelina + faceci, trzecia grupa była męska). Podczas "akcji" gdy go ratowałam wyzywał mnie, szarpał się itp. Zapytałam Ewelinę jak ona sobie z tym poradziła. Powiedziała, że gdy ją opluł i ugryzł to po prostu odpuściła i się popłakała (sama sytuacji nie widziałam, każda grupa wchodziła do sali osobno, jednak męska część ekipy potwierdziła zachowanie prowadzącego).

Być może te sytuacje nie są dla Was piekielne, jednak jeśli ktoś jest słaby psychiczny do odpuści. Zrezygnuje z marzeń. Już pomijam że nie chodzi tu do końca o marzenia, tylko o zachowanie faceta, które jest niedopuszczalne.

P.S. Ewelina w poniedziałek idzie złożyć na niego skargę. Skargę i rezygnację z kursów.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (Głosów: 137)