Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#69683

(PW) ·
| Do ulubionych
Bogowie, chrońcie mnie przed idiotami, bo już nie mam siły zbierać szczęki z podłogi...

Wracałam po długich i wyczerpujących badaniach do domu. Miałam jechać taksówką, ale stwierdziłam, że pogoda jest przyjemna i czuję się na tyle dobrze, by wytrzymać czterdzieści minut w autobusie.

Po kilku przystankach dosiadła się do mnie pani z kilkuletnim synkiem. Matka zajęła się rozmawianiem przez telefon, a dzieciak przyglądał mi się badawczo. Miał co oglądać, w końcu koło niego siedziała łysa, pozbawiona brwi i rzęs, śmiertelnie zmęczona dziewczyna.

Dzieci są zwyczaj niezwykle ciekawskie i bezpośrednie, więc po jakimś czasie mały zapytał, gdzie podziały się moje włosy. Nie chciałam wymyślać jakiejś bajeczki, więc powiedziałam prosto z mostu, że jestem bardzo chora i w wyniku leczenia straciłam włosy. Chłopiec dopytywał, czy inni też tak chorują, czy on może być łysy itp. Najwyraźniej pierwszy raz zobaczył kogoś, kto przechodzi chemioterapię. Spodobało mi się to, że jest taki ciekawy, że interesuje go świat dookoła, więc starałam się mu odpowiadać tak by zrozumiał cokolwiek i by jednocześnie go nie wystraszyć.

Wzruszyłam się, gdy mały powiedział, że chce mnie pogłaskać po głowie, bo jak jego babcia go głaszcze, to mu się robi miło, a on chce żeby mi też było miło. Więc pochyliłam się do niego, mały mnie głaszcze, aż tu nagle słychać ostre warknięcie jego matki:
- Nie dotykaj bo się zarazisz!

Jedyne co zdołałam odpowiedzieć:
- Ale to rak, tym nie idzie się zarazić.

Babka chwyciła synka za rękę i poszła na drugi koniec autobusu, mówiąc na odchodne:
- Jasne, już ja wiem jak wy się tym rakiem zarażacie.

Pierwszy raz w życiu poważnie rozważałam porwanie dziecka by uchronić go przed matką-idiotką.
I chyba wynajmę detektywa żeby odkryć w jaki sposób i od kogo zaraziłam się rakiem.

komunikacja_miejska piekielne_matki

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 960 (Głosów: 998)
Na początek wspomnę, że jedną z głównych zasad w Biedronce jest bezwzględna pomoc klientowi w odszukaniu produktu, którego potrzebuje. Więc jeśli nawet jesteśmy bardzo zajęci pracą to i tak musimy przerwać i mamy obowiązek zaprowadzić klienta do upragnionego produktu.

No więc mieliśmy wczoraj sporo towaru. Razem z kolegami (mamy u siebie dwóch facetów) przekładaliśmy zgrzewki wody niegazowanej na paletę. Robiliśmy to ręcznie bo mamy teraz zastawioną z obu stron alejkę z napojami, więc klienci sobie spokojnie przejdą ale paleciak ma problem ze zrobieniem nawrotu i wjechać w odpowiednie miejsce.
Podaje koledze zgrzewki bo mamy już kilka "pięterek" i ja z moim wzrostem najzwyczajniej nie sięgam. :)

Nagle ktoś stuka mnie w ramię. Odwracam się i widzę zacną duszę w postaci mojego ulubionego, dowcipnego emeryta. Czekam chwileczkę aż pierwszy powie mi dzień dobry (obraża się, gdy robimy to pierwsze bo to on jest mężczyzną i jako dżentelmen nie może pozwolić by niewiasta pierwsza go witała czy jakoś tak:) )
Ja[J], Klient[K]

[K] - Dzień dobry Słońce.
[J] - Dzień dobry. W czym mogę pomóc?
[K] - A zaprowadź mnie do cukru bo pozmienialiście i nie mogę znaleźć.
[J] - Proszę za mną.
Za moment byliśmy na miejscu.
[K] - To może jeszcze olej?
Oczywiście zaprowadziłam.
[K] - O żelki jeszcze wezmę bo wnuki przyjechały i lubią
Już byliśmy przy żelkach.
Pan przypominał sobie o coraz to nowszych produktach, a ja prowadziłam go do celu. W sumie zajęło to może jakieś 10 minut ale ja niezrażona pytam z uśmiechem klienta:
[J] - Coś jeszcze panu pokazać?
[K] - Dziękuję dziecko... - Po czym dodaje konspiracyjnym głosem - Widzę, że oni (pewnie chodziło mu o moich kolegów przy napojach) skończyli z tą wodą, bo wiesz hmm... ja właściwie wiem gdzie tu wszystko leży ale jak przeszedłem i zobaczyłem jak dźwigasz te zgrzewki, to cię stamtąd zabrałem. Fajnie wykombinowałem, co? Dwóch tęgich facetów, to niech sami sobie dźwigają, a co?

Biedronka

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2935 (Głosów: 3017)

#68039

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu musiałem zarejestrować się do dentysty. Wściekłem się przy tym nielekko i muszę przyznać że piekielności sporo było po mojej stronie. Dlaczego?

Wchodzę z samego rana na stronę swojej przychodni, wybieram numer i dzwonię do rejestracji. Godziny rejestracji, co wyraźnie zaznaczone, to 7-14. Wykonuję połączenia co 10-15 minut, zero odzewu. No cóż, trzeba się więc wybrać osobiście.
Przybywam punkt 12 do przychodni. Ludzi zero. Panie za ladą popijają kawkę śmiejąc się w najlepsze. No nic, podejmę ostatnią próbę, może telefon im padł. Biorę telefon w dłoń, wybieram numer i dzwonię. Urządzenie za ladą odzywa się natychmiast, reakcja pań zerowa. Czyli pora wkroczyć do akcji.
Podchodzę do lady, z telefonem przy uchu, aparat za ladą nadal wyje jak opętany.
[J]- Ja [PR]- Pani z Rejestracji.

[J]- Proszę odebrać telefon.
[PR]- (patrzy na mnie ze szczerym zdumieniem) CO PROSZĘ?
[J]- Nie, to ja proszę. O podniesienie słuchawki.
Pani niechętnie podnosi słuchawkę i przykłada ją do ucha.
[J]- A teraz mnie pani bardzo wyraźnie posłucha. W czasie gdy panie się opier***ały za ladą, ja dzwoniłem jak poje***y aby się zarejestrować do dentysty. Przez pań lenistwo, musiałem tłuc się przez pół miasta aby zrobić to, co powinienem móc zrobić siedząc w domu i robiąc to, co panie robią teraz, czyli opie**alając się w najlepsze. Powinienem w tej chwili udać się do dyrekcji tego przybytku i zapytać co się tu do cholery dzieje. Ale to za chwilę. Teraz zrobimy tak: Proszę mi znaleźć termin do dentysty.
[PR]- Na kiedy?
[J]- Na wczoraj.
[PR]- (cała spocona, sapiąc jak parowóz szpera w systemie) Za tydzień najbliższy termin.
[J]- To ja poproszę na jutro.
[PR]- Ale najbliższy termin...
[J]- Powiem wprost. W nosie to mam, tak jak pani, przez pół dnia miała w nosie mnie. Proszę mnie zarejestrować na jutro do dentysty.
Chwilę szpera w systemie, alleluja! Nagle znalazł się termin, dzień następny, 9 rano. Pani zbiera dane, wrzuca do systemu i po robocie.
[J]- Widzi pani? Trudno było? I pomyśleć że byłoby o wiele szybciej i przyjemniej gdyby tylko podniosła pani tę cholerną słuchawkę. To wcale nie jest takie trudne. Do widzenia.
[PR]- Do widzenia.

Wiem że ujawniłem sporą dawkę wrodzonej piekielności, ale od czego one do cholery są za tą ladą?

słuzba_zdrowia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 820 (Głosów: 908)

#76051

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam Znajomego, który ma 60 na karku od paru lat, jest emerytowanym policjantem i palaczem. Podzielił się ze mną tą historią:

Czekał na autobus. Palił sobie przepisowe 25 m od przystanku. Nagle podjechała Straż miejska. Wysiada SM1 I SM2.
SM1 - Oj proszę pana, będzie mandat.(Bierze się za wypisywanie)
Z - A za co?
SM1 - Za palenie w miejscu publicznym.
Z - Jakim?
SM1 - Na przystanku autobusowym.
Z - Nie znajduję się na przystanku.
SM1 - Znajduje się pan na terenie przystanku. (Wręcza wypisany mandat)
Z - Pańskie dane?
SM1 - Nie ma pan prawa tego wiedzieć. Przyjmuje pan mandat?
Z - Nie. Dzwonię na policję.
SM1 - (pełny odwagi) A dzwoń pan.
SM2 - Nasze słowo przeciwko pańskiemu

Zadzwonił, po ok.3 minutach pojawił się radiowóz, którego wysiadł P.
P - O co chodzi?
Z - Witam pana. Emerytowany starszy aspirant XX YY zgłasza , że tych dwóch popełniło parę wykroczeń (miny jak na pogrzebie). Bezpodstawnie wypisali mi mandat, nie zapytali(przed tym) czy chcę go przyjąć i nie wylegitymowali się.
P - Oj panowie, będzie mandat.

I tak, ta zabawa kosztowała ich parę stówek. Niech żyje Policja!

Policja vs Straż Miejska

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 373 (Głosów: 463)

#76744

~Clara ·
| Do ulubionych
Szanowni Państwo, Drodzy Klienci,
ja naprawdę jestem wyrozumiała, cierpliwa i spokojna. Do czasu.

Pracuję w salonie prasowym. Przedstawię kilka uwag zebranych przez cztery lata pracy.

Po pierwsze, czy odpowiedź na "dzień dobry" boli? Wchodzi klient, witam się, a on odwraca głowę, albo rzuca "L&M-y niebieskie".

Rzecz druga - "proszę". Sytuacja z dzisiaj:

Przychodzi młoda, wyglądająca na sympatyczną, dziewczyna.
- Viceroye niebieskie są?
- Tak, są.
- To dać.

Chcielibyście, żeby Was tak traktować?

Rzecz trzecia - wieczne wiszenie na telefonie.
Co jest tak pilnego, że nie możecie odłożyć telefonu na te pół minuty, kiedy Was obsługuję? Czy naprawdę muszę wysłuchiwać, że córka się wyspała, a synek ma katar? Że z dokumentami jest coś nie tak, że macie problemy w pracy? Szczerze? Nie interesuje mnie to. Dlatego proponuję zakończyć rozmowę i wtedy przyjść na zakupy. Będzie szybciej i przyjemniej, a ja nie będę musiała przebijać się z pytaniami przez Wasz monolog.

Może mało piekielne. Ale powtórzcie to sobie codziennie kilkadziesiąt, czasem kilkaset razy. Już nie tak przyjemnie, prawda?

Drodzy klienci, bardzo proszę, szanujmy się. Ja szanuję Was i oczekuję wzajemności. Bo w niczym nie czuję się gorsza od Was. I nie znoszę lekceważenia.

sklepy

Skomentuj (70) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 297 (Głosów: 391)

#72845

(PW) ·
| Do ulubionych
Ech, i jak tu lubić kanarów...

Jechałam z córeczką do miasta. Wsiadłyśmy do autobusu, daję jej bilet, żeby sobie skasowała (uwielbia to robić sama). Zanim usiadła, pyta się mnie: "A ty, mamusiu?". Odpowiadam krótko, że ja nie kasuję biletu. Na te słowa z pobliskich siedzeń poderwało się dwóch panów, wyciągnęli spod kurtek identyfikatory i z dziką satysfakcją poprosili o bilety do kontroli. No cóż, córeczka dała im od razu, u mnie chwilę potrwało zanim wygrzebałam miesięczny. Koniec historii? A skąd, dopiero początek! Dowiedziałam się, że:

- robię sobie żarty z funkcjonariuszy (???);

- celowo wprowadzam ich w błąd;

- utrudniam im wykonywanie obowiązków służbowych (jak?);

W związku z tym oni mają prawo zatrzymać mnie, wezwać policję i zażądać wypisania mi mandatu za ww. wykroczenia (przestępstwa?). Grzecznie zaproponowałam, żeby od razu wystawić za mną list gończy, ponieważ ja już tutaj wysiadam, z lekka mi się spieszy i nie będę z nimi czekała na policję, chociaż chętnie obejrzałabym sobie reakcję patrolu na wezwanie ich do takiej "rewelacji".

A wszystko dlatego, że nie chciało mi się po raz drugi tego dnia tłumaczyć dziecku, że biletu miesięcznego nie trzeba kasować...

komunikacja_miejska

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 400 (Głosów: 416)

#71241

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj coś we mnie pękło. I nie była to prezerwatywa ;)
Będzie długo i płaczliwie...

Jestem listonoszem w Poczcie Polskiej. Od 2005 roku. W trakcie studiów i po uczelni pracowałem w wielu branżach. Romansowałem od sprzedaży i kontakt z klientem po produkcję i "budowlankę". Jednak bycie "listkiem" pokochałem. "Zaliczyłem" w trakcie tej kariery kilka urzędów pocztowych i masę rejonów.

Ostatnio jednak ten związek robi się coraz bardziej toksyczny.

Obecnie przydzielony jestem do urzędu, który w służbie doręczeń obsługuje ok 1/3 miasta wojewódzkiego i przyległe wsie. Jest to ponad pięćdziesiąt rejonów (ok. 200 tys. adresów). Ilu listonoszy do wczoraj to obsługiwało? 29 (słownie: dwudziestu dziewięciu). Reszta jest na L4. Wychodzi około jednego listonosza na 2 rejony. Z tym, że rejony są różne: piesze, rowerowe i samochodowe (chodzi o odległości i ilość przesyłek). Największe braki są w pieszej służbie doręczeń. O ile mobilni sobie radzą, tak na pieszego listonosza wychodzi, że ma 3 rejony do obsłużenia.
Jeden rejon jest policzony, że jego obsługa zajmuje ~ 8h. Teoretycznie.

Na ekspedycji podobnie.

Ekspedycja to te panie z zaplecza co to wpisują listy, paczki, przyjmują i wysyłają korespondencję z urzędu, opróżniają skrzynki nadawcze przed UP itp. Kupa roboty. Generalnie kojarzone są z tymi paniami co to "nic nie robią tylko siedzą na zapleczu, plotkują, piją kawę i w***alają kolejne ciastko". Obecnie są dwie. A zmiany są dwie.

Siłą rzeczy listonosze pomagają. Umówiliśmy się, że ci co "umią i ogarniają te komputry" przychodzą na 6 rano aby pomóc.
Tak oto dwa lub trzy dni w tygodniu pracę zaczynam o 6.00.
Kiedy kończę? To zależy. Generalnie od domowych obiadów się odzwyczaiłem. Jem w rejonie (nie u adresatów, hot dog ze stacji paliw zjedzony w biegu, a jak mam czas to pozwolę sobie usiąść i w barze zjeść zupę). Czasem nawet na kolację nie zdążę. Znaczy zdążę. Stoi na stole przygotowana przez żonę, kiedy Ona już śpi.

Czasem nie zdążę doręczyć całej korespondencji. Zwłaszcza zimą. Wtedy bardzo szybko robi się ciemno. Wtedy wracam na urząd i resztę przesyłek zostawiam na dzień jutrzejszy. Priorytety? Hahahaha...

Niekiedy przychodzę w sobotę aby wynieść pocztę, która już leży od kilku dni. Niby za ten dzień mam mieć wolne w tygodniu. Niestety jest to niemożliwe. Powód napisany wyżej.

Kolejna sprawa to urlopy. Na ostatnim byłem całe dwa tygodnie na przełomie marca i kwietnia 2015 roku. Zdarzały się pojedyncze dni w tygodniu. Ale to na zasadzie, że jak dziś nie przyjdę, to jutro będę miał pocztę z dwóch dni do wyniesienia. Obecnie mam 24 dni zaległego urlopu.

Zawsze staram się dostarczyć korespondencję. Czasem zostawiam list na urzędzie i idę z awizem. Ale nawet wtedy dzwonię do adresata i mówię, że przesyłka była za duża.
Niekiedy też nie mam już sił, po prostu aby kolejny raz wejść na to czwarte, piąte piętro z poleconym. Tutaj chciałbym przeprosić tych adresatów, którzy byli w domu, a mimo tego ze skrzynki wyciągnęli awizo. Wybaczcie. Nie miałem już sił.

Doszły nas słuchy z Kowar czy Wrocławia (prasa o tym pisze), że nie ma listonoszy, nie ma komu doręczać, ludzie odchodzą, a nowych brak. To bzdura. W całej Polsce tak się dzieje.

9 lutego dostałem wypłatę 1473zł.

Gdzie piekielność? U mnie. W poniedziałek idę do lekarza i proszę o L4.

Żal mi tylko moich adresatów. Do tej pory dostawali korespondencję, prasę na czas. Mogli u mnie wysłać list, kupić znaczek kopertę czy gazetę.

Nie dbam o plusy i minusy. Chciałem się tym podzielić z jak największą liczbą ludzi.

Ciągle nie wiem czy dobrze robię idąc na lekarza.

Pracy nie zmienię, to jest to co kocham, ale nawet świnia się porzyga jak za dużo zje.

PS. W trakcie pisania zadzwonił kolega, 10 lat stażu. W poniedziałek daje wypowiedzenie. Zajebiście.

uslugi

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 677 (Głosów: 691)

#70299

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem instruktorem nauki jazdy.

Niektórym kursantom nauka przychodzi łatwo, inni mają mniejsze, bądź większe problemy. Dla jeszcze innych problemy zaczynają się dopiero na egzaminie.

Dziś historia egzaminów M. - jednego z moich kursantów.

Chłopak z jazdą radził sobie bardzo dobrze. Na kursie nie miał najmniejszych problemów. Na egzaminie trafił na egzaminatora X. Po wyjechaniu na miasto na jednym z pierwszych skrzyżowań, czekał przepuszczając auta z pierwszeństwem. W tym momencie egzaminator zaczął potupywać stopą. Na następnym skrzyżowaniu sytuacja się powtórzyła. Na kolejnym podobnie, plus uwaga egzaminatora - "Długo jeszcze będziemy czekać?"

M. zaczął kombinować, że może rzeczywiście jedzie zbyt zachowawczo i przy następnej okazji, kiedy na ulicy z pierwszeństwem auto było jeszcze kilkadziesiąt metrów od skrzyżowania, postanowił dynamicznie ruszyć, tak aby przejechać przed nim.

Oczywiście egzaminator z uśmiechem na ustach depnął po hamulcach i stwierdził - "No, a teraz usiłował Pan wymusić pierwszeństwo. Dziękuję. Egzamin niezaliczony."

Lekko podłamany M. zapisał się na kolejny egzamin. Traf chciał, że spośród kilkunastu wylosował tego samego egzaminatora co za pierwszym podejściem.

Sytuacja się powtórzyła - na pierwszym skrzyżowaniu, egzaminator znowu zaczął swoje potupywania. Tym razem jednak M., bogatszy o poprzednie doświadczenia, zamruczał pod nosem:
- Nie ze mną te numery Brunner - a pełnym głosem (tak żeby się wyraźnie nagrało na kamerach):
- To auto jest jeszcze daleko, ale jedzie z dość dużą prędkością, więc muszę zaczekać, żeby przypadkiem nie wymusić pierwszeństwa.

Kiedy samochód przejechał, na horyzoncie pojawiło się kolejne auto, więc M. ze stoickim spokojem powtórzył:
- To auto jest jeszcze daleko, ale jedzie z dość dużą prędkością, więc muszę zaczekać, żeby przypadkiem nie wymusić pierwszeństwa.

Kiedy samochód przejechał, tym razem z drugiej strony pojawił się kolejny, więc M. ze stoickim spokojem powtórzył:
- To auto jest jeszcze daleko, ale jedzie z dość dużą prędkością, więc muszę zaczekać, żeby przypadkiem nie wymusić pierwszeństwa (wybaczcie powtórki).

Dopiero kiedy na horyzoncie nie było absolutnie nic, z pełną gracją pojechał dalej. Ten sam scenariusz dokładnie powielił na każdym kolejnym skrzyżowaniu i tym sposobem w przepisowe 45 minut przejechał raptem kilka ulic. Egzaminator przestał tupać, zrobił się za to czerwono-buraczkowy na twarzy. M. jeździł poprawnie. Na nikim nie wymusił pierwszeństwa, dzięki głośnym komentarzom egzaminator nie mógł też oblać go za blokowanie ruchu. Niestety (lub właśnie stety) nie mógł się do niczego przyczepić i po powrocie do Ośrodka Egzaminacyjnego przez zaciśnięte zęby wydukał:

- Zdał Pan.

Ciekawe kto był bardziej piekielny?

Nauka_Jazdy

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 644 (Głosów: 672)

#75286

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kasjerką w Biedronce. Pracuję od niedawna. Praca mi się podoba, co wywołuje szok i niedowierzanie wśród moich rozmówców. I o nich dzisiaj będzie.

Gdy powiedziałam jednej koleżance, że będę tam pracować, to powiedziała, że ona mi się dziwi, że chce mi się "szmacić" w takim miejscu, zamiast poszukać pracy na poziomie. Jesteście ciekawi jaka to praca na poziomie? W korporacji, w biurze. Gdzie można rozwijać się intelektualnie. Aha. Uznałam, że chyba mało ambitna jestem, ale wyszłam z założenia, że praca ma mi dawać przede wszystkim pieniądze, za które będę mogła wyżywić rodzinę. Poza tym rodzice zawsze mnie uczyli, że wstyd to kraść, a nie pracować gdziekolwiek.

Inny kolega stwierdził, że to wstyd pracować w supermarkecie, bo tam pracownicy są dziwni. Pytam w jakim sensie. Nie potrafi wyjaśnić.

Inna koleżanka mówi, że tam ponoć kasjerki w pampersach siedzą, bo podobno nie pozwalają im wyjść na przerwę z kasy. Pytam, od kogo to słyszała. Nie potrafiła powiedzieć.

Wraz z nową pracę zweryfikowałam moich znajomych, których szybko ubyło. Nie żałuję, a pracę lubię nadal.

uslugi

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 296 (Głosów: 322)

#75311

(PW) ·
| Do ulubionych
Uroki programu 500+...

1 )Moja mama chciała zatrudnić kogoś na kasę do baru mlecznego. Ogłoszenia wywieszone, umieszczone w gazetach, w PUPie itd. Czeka, czeka i nic. Po rozmowie ze swoją znajomą, pracującą w urzędzie dowiaduje się, że oczywiście osób brak z powodu tego oto programu.

2) Telefon od jednego z dostawców, że w tym tygodniu dostawa się opóźni, ponieważ mają za mało pracowników. Czemu? Bo się pozwalniali, żeby dostać 500+ też na pierwsze dziecko. Tak, ludzie wolą dostać 1500 zł (mając trójkę dzieci) i leżeć całymi dniami do góry d**ą, niż mieć przez miesiąc 3000 - zarobić 2000 i 1000 na dwójkę dzieci.

3) Znajomy ma sad, w zeszłym roku podczas zbiorów nie mógł się opędzić od ludzi chętnych do pracy, a w tym? 1/5 osób ile było rok temu. Zadzwonił do kilku osób, które rok temu mówiły, że w tym też chciałyby przyjść. Najczęstsza odpowiedź? Nie dziękuję, ja mam 500+ to mi się nie opłaca.

4) Moja daleka rodzina to patologia. 7 dzieci, matka nie pracuje, ojciec czasami coś złapie. Po pierwszych pieniądzach z programu, przez tydzień żadne z nich nie było trzeźwe, nawet przez chwilę. Nie mam pojęcia, jakim cudem nikt jeszcze nie odebrał im dzieci.

I ostatnio smaczek, o którym zapewne wielu z was ostatnio usłyszało. Wysoko oprocentowana lokata na pieniądze z programu. Tak, tylko dla tych, którzy mają pieniądze z 500+.
Uczciwie zarabiający ludzie nie mogą założyć takiej lokaty na przyszłość dla swoich dzieci, bo mają ich za mało, albo za dużo zarabiają.

Ten kraj, a raczej ludzie nim rządzący to jedna, wielka porażka.

500+

Skomentuj (139) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 306 (Głosów: 484)