Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#74449

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z czasów, gdy pracowałem w ASO pewnej francuskiej marki.

Otóż przyjechał klient, znany mi już z wcześniejszych napraw, kilka aut mieli, więc dość regularnie przyjeżdżali.
Samochód innej marki niż obsługujemy, ale czego się nie robi dla dobrego klienta.

Zlecenie wystawione, zakres napraw (rozrząd + amortyzatory przednie, łożyska kół przednich, jakieś elementy zawieszenia z przodu, tarcze i klocki), termin i koszty ustalone (ok. 6000 zł).

Po naprawie samochodu telefon, odbiór, jak zwykle FV przelewowa i... klient zniknął... Wcześniej kilkanaście grubych napraw wykonane, zawsze przelew w terminie, a teraz nic, zero telefonów, zero kontaktu...
Standardowa procedura, kancelaria, komornik itp., wiadomo ile to trwa.

I tak minęły sobie 3 miesiące od tego zdarzenia, gdy wspomniane auto wjeżdża na plac. Jak się okazało, pracownik tejże firmy przyjechał na przegląd klimy, chyba zapominając o długu.
Szybko auto wylądowało na podnośniku, ja poprosiłem pracownika, żeby zadzwonił do swojego szefa, bo mojego telefonu oczywiście nie odbierał.
Wyjaśniłem, że samochód oddamy, jak przywiezie gotówkę za poprzednią naprawę.
Gość oznajmił, że za pół godziny jest z policją i mamy oddać samochód. Zaprosiłem pana.

Dla niewtajemniczonych, zgodnie z prawem musimy oddać samochód właścicielowi, nawet jeśli nie zapłacił za usługę, a swojego możemy dochodzić potem w sądzie.

Ale... na zleceniu w momencie przyjęcia samochodu jest informacja "Do momentu całkowitej zapłaty zamontowane części stanowią własność warsztatu".

I tak też kazałem zrobić mechanikom, zdjąć to co zmienialiśmy.
A samochód wystawiliśmy na plac na wózku (bez kół, części zawieszenia, hamulców, amorków i bez rozrządu).
Oczywiście gość przyjechał wraz z policją i awantura, co my zrobiliśmy z jego samochodem.

Pokazałem zlecenie mundurowym, podpisane przez klienta, powiedzieli, że mam rację i nic im do tego, po prostu zdemontowaliśmy naszą własność.

Wściekłość gościa sięgnęła zenitu, gdy poinformowałem go, że ponowny montaż części jest na jego koszt.

Zapowietrzył się i zapłacił, prawie 9000 zł.

Uprzedzając komentarze, których i tak nie mam czasu czytać: jego firma nie była w dołku, nie miała problemów, jak się okazało, że samochód jest mocno potrzebny (miał na sobie dość specjalistyczną zabudowę), to wyjął dosłownie z kieszenie plik banknotów i zapłacił.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 404 (410)

#75437

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem aplikantką adwokacką.

W dniu dzisiejszym próbowałam dodzwonić się do Sądu w sąsiedniej miejscowości (z kancelarii mamy tam około 15-20 km), żeby dowiedzieć się, czy strona przeciwna złożyła apelację w sprawie. I akurat w tej sprawie nie możemy czekać na ewentualne pismo z sądu, w którym prześlą nam informację o przyjęciu apelacji i jej odpis.

Gdzie piekielność? W dodzwonieniu się ;)

Do sekretariatu odpowiedniego wydziału nie da się dodzwonić - jest automatyczne przekierowanie na Biuro Obsługi Interesanta (BOI). A na BOI... No cóż, nauczona doświadczeniem wykręcam numer, podkręcam głośność telefonu na maksa, odkładam słuchawkę na biurko i zajmując się swoimi innymi sprawami, nasłuchuję:
"Witamy w Sądzie Rejonowym (...). Prosimy oczekiwać na połączenie z konsultantem. Obecnie jesteś w kolejce:..."
Na dzień dobry byłam w kolejce siódma. Słuchawka leży przy laptopie, piszę jakieś pismo i nasłuchuję "umilającej" czas muzyczki przerywanej co chwila informacją o tym, która jestem w kolejce.

Po około 5 minutach byłam czwarta. Po kolejnych 15 awansowałam już na drugie miejsce. I chwilę potem byłam już pierwsza. Zadowolona z siebie już nie mogę się doczekać, aż ktoś po drugiej stronie odbierze słuchawkę (bądź co bądź zatrudnione tam panie to złote kobiety).
Po kolejnych dziesięciu minutach usłyszałam jedynie komunikat: "Przepraszamy. Czas oczekiwania jest zbyt długi. Prosimy zadzwonić później". I sygnał rozłączonej rozmowy.

Łączny czas oczekiwania na rozmowę, której nie było - ponad 30 minut.
A ja zakładam kurtkę i wybieram się do sądu samochodem, bo coś czuję, że dzwonienie tam nie ma sensu.

sądy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 267 (271)

#76123

~MechanikZPrzypadku ·
| Do ulubionych
Jestem mechanikiem.

Wraz z kolegami z czasów szkolnych, mamy hobby, kupujemy samochody i je naprawiamy.

Mamy jedną zasadę. Nie kupujemy samochodów powypadkowych, reszta nas nie interesuje.

Nasze naprawy nie kończą się jednak na wymianie kilku widocznych elementów. Rozbieramy samochód do gołej budy, następnie kolega blacharz zajmuje się blachą, później trafia on do obróbki lakierniczej (pozbywamy się starego lakieru i nakładamy nowy). Po tych zabiegach weryfikujemy które części mogą zostać, a które trzeba wymienić.

Kiedy samochód jest już skończony, robimy przegląd i sprzedajemy.

Nie wliczamy kosztów robocizny, bo robimy to z pasji, jednak jak wiadomo, stratni być nie chcemy, więc podliczamy koszt części i ogólną wartość pojazdu, sumujemy i za taką kwotę sprzedajemy. Kilka smaczków właśnie ze sprzedaży pojazdu.

(J) Ja
(K) Klient

K: Czemu tak drogo? W internecie widziałem tańsze.

J: Z pewnością, jednak jak Pan widzi, blacha jest idealna, samochód świeżo lakierowany, mechanicznie w 100% sprawny, co mogę Panu zagwarantować na piśmie. Dodatkowo samochód jest świeżo po przeglądzie, a na życzenie, możemy podjechać do dowolnej stacji diagnostycznej.

K: Ale w internecie są tańsze!

J: W takim razie czemu Pan nie pojechał na oględziny do tych tańszych?

K: Bo są w gorszym stanie.

Samochód był droższy o jakieś 3 tysiące...

--------------

Sprzedawaliśmy Renault Trafic. Cena 25000zł.

Przyjechał klient z kolegą "mechanikiem" (M)

Chodzi, sprawdza, podłoga, progi, grubość lakieru.

K: To ile za niego?

J: Dwadzieścia pięć tysięcy.

K: Co o tym myślisz? (zwracając się do kolegi)

M: Za drogo. Powypadkowe, malowany błotnik, zderzak i maska. Sprzęgło do wymiany, rozrząd, do tego wymień jeszcze filtry i oleje.

J: Samochód był lakierowany cały, co było dokładnie opisane na stronie, jednak grubość lakieru jest fabryczna, więc nie wiem skąd wniosek, że tylko błotnik i maska, dlatego proszę pokazać mi, że te wartości są inne. Samochód jest bezwypadkowy, co mogę w łatwy sposób udowodnić (posiadamy zdjęcia z każdego etapu rozbierania pojazdu).

Mechanik znawca się zapowietrzył, jednak zaraz dodał.

M: Ale sprzęgło jest do wymiany!

J: Drogi Panie. Sprzęgło, dwumasa, wysprzęglik, no ogólnie cały zestaw jest nowy, na co mam faktury. A jeżeli chodzi o filtry i oleje, to oczywistym jest, że nie są stare, a zostały wymienione po złożeniu całego pojazdu.

K: To ja się jeszcze zastanowię.

Tego samego dnia przyjechał klient, który z pocałowaniem ręki dał pełną kwotę, bez jakiejkolwiek próby targowania się.

2 dni później zadzwonił Pan od kolegi mechanika, że on kupi, ale za 22 tysiące. Cóż, zdziwił się, że samochód poszedł tamtego dnia w pełnej kwocie.

Samochody Mechanika Sprzedaż

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 398 (404)

#71728

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewne duże miasto, pewien blok, pewna klatka schodowa z pewnym mieszkańcem.

Dawnym mieszkańcem był Pan Żul. Całych okoliczności dobrze nie znam, wiem tylko że pewnego dnia został eksmitowany ze swojego mieszkania. Ale! Ale Pan Żul głupi nie był, miał zapasowe klucze od klatki schodowej. I na owej klatce schodowej nocami sobie mieszkał.

Rozbił obóz na półpiętrze. Jako iż pojawiał się nocami, ciężko było go "złapać" ale wiadomo było że wieczorami zaczepiał kobiety, bełkotał sobie wesoło, spał wśród gazet i innych szmat. Ba! Nawet i jeziorko miał - pod grzejnikiem. Z moczu.

Zostały podjęte odpowiednie postępowania, upierdliwego mieszkańca dość szybko udało się pozbyć na dobre. Zamki zostały wymienione. Jednak podczas owej "wyprowadzki" obiecał iż się pomści.

Pomścił się jakiś czas później. Tajemniczym sposobem wdarł się na klatkę, wysmarował parter i półpiętro fekaliami a gazety które mu w tym pomogły, powpychał do losowych skrzynek na listy. Przyciski w windzie również nabrały nowego koloru.

Minęły dobre 3 miesiące a pachnie tak, jakby wszystko działo się tydzień temu.

Klatka schodowa

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 398 (404)

#73297

(PW) ·
| Do ulubionych
Porządkowałem dzisiaj szpargały i znalazłem cudeńko sprzed lat, w postaci teczki z dokumentami na linii Straż Gminna - Bestatter - Straż Gminna - Sąd.

Otóż jechałem sobie pożyczoną ciężarówką, wioząc nagrobki od hurtownika - trzyosiowa scania z platformą i HDS, załadowana około dwudziestoma tonami granitu. Słoneczko, zaciesz, fajny dzień.

Jakiś czas później otrzymałem od SG fotkę i mandat za przekroczenie prędkości.

Nic oryginalnego, prawda?

Niekoniecznie. Otóż okazało się, iż w terenie niezabudowanym, gdzie dozwolona 90, prułem 151. Mały kłopot - jak to w DMC +3,5t, ogranicznik na 89 kmh.

Toteż grzecznie odpisałem, że błąd, pomyłka, czekam na odwołanie mandatu.

Mowy nie ma. Zdjęcie jest? Jest! Znaczy jechałem 151 i basta. A dlaczego? A dlatego że z górki, a to że samochód ma automatyczny retarder, to ich g... obchodzi i to w ogóle ściema jakaś pirata drogowego.

Skończyło się w sądzie, który oczywiście uznał moją rację, co nie zmienia faktu, że
A: napisać się musiałem, niczym mały pisarczyk z Florencji,
B: do sądu jeździć, czas tracić i się jojczyć.

Straż Gminna

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 397 (403)

#70940

(PW) ·
| Do ulubionych
Okres przedświąteczny, siedzę u klienta w ramach umowy serwisowej 4h na miejscu w siedzibie. Dalej kilka umówionych wizyt... czas się dłuży, wtem dzwoni telefon. To szef, dzwonili ze sklepu X, czytnik kodów na kasie nie działa, święta idą, ruchu mnóstwo, olaboga ratujcie, bo jedna kasa działa.
Sklep X ma 2 kasy, jedna nie działa, więc kolejki przez całą salę sprzedaży... dzwonię więc:

-Dzień, co się dzieje z czytnikiem?
-Olaboga, koniec świata, kolejki są, no nie działa, nic nie pika.
-Czy wszystkie kable są podłączone?
-Ja nie wiem, koleżanka mówi, ze nie działa, ja się na tym nie znam.
-W tej chwili nie mogę przyjechać, dlatego prosiłbym, żeby sprawdziła pani czy wszystkie kable są podłączone.
-To ja za chwilę oddzwonię.

5 minut później.

-Wszystko podłączone ale dalej nie pika, niech pan przyjedzie, bo kolejki są i ludzie się denerwują.
-Mogę być najwcześniej za 2h.

2h później.

Wchodzę do sklepu, podchodzę do kasy, największy zasilacz odłączony, zamiast niego podłączona ładowarka do komórki.
Podłączam zasilacz, sprawdzam czytnik, wszystko ok.
W duchu wkurzony, bo dojazd tam nie po drodze i godzinka w plecy, wypisuje protokół z wizyty i słyszę:

-Ale za co, przecież pan nic nie zrobił?!

serwis sklep

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 661 (671)

#78948

~natalien ·
| Do ulubionych
Parę lat temu, na studiach, dorabiałam jako opiekunka do dziecka.

Pewnego dnia moja chlebodawczyni zadzwoniła do mnie, czy nie zajęłabym się jej sześcioletnim synem w dodatkowy dzień, bo przychodzi do niej szefowa i mają nad czymś razem popracować, a dzieciakiem nie miałby się kto zająć.

Zapytałam ją (nauczona wcześniejszymi doświadczeniami), czy nie miałaby nic przeciwko temu, żebym zabrała małego do muzeum - i tak musiałam tam iść w związku z pracą zaliczeniową. Pani była zachwycona, powiedziała, że oczywiście, że nie ma nic przeciw, bardzo się cieszy, niech się dziecko rozwija.

Poszliśmy więc do muzeum, ja znajdowałam przyjemność w pokazywaniu i tłumaczeniu małemu ekspozycji (żadne tam skomplikowane dzieła, wystawa dotyczyła początków naszego miasta) i przy okazji zebrałam materiały do swojej pracy.

Mały był bardzo zadowolony i kiedy tylko znaleźliśmy się w domu, natychmiast zachwycony pobiegł opowiedzieć o naszej wyprawie mamie.

Zamiast szefowej zastałam w domu jej siostrę, której moja pracodawczyni w pocie czoła robiła manicure. Nie moja to sprawa, ja miałam za to płacone ekstra, więc pani mogła ten czas nawet przespać, uznałam, że nic mi do tego.

Problemy zaczęły się, kiedy dziecko rozentuzjazmowane zaczęło opowiadać o tym, co zobaczyło na wystawie. Ciotka chłopca z pogardą zaczęła wywracać oczami i teatralnie wzdychać. Kiedy poszłam z małym do przedpokoju zdjąć buty, usłyszałam, jak siostra mówi do mojej szefowej: "Ale zj***na ta opiekunka".

Puściłam tę uwagę mimo uszu.

Następnego dnia z rana miałam już telefon od pani matki, że niestety, ale ona jest zmuszona zerwać ze mną umowę. Byłam bardzo zdziwiona i oczywiście natychmiast zapytałam dlaczego. Okazało się, że dziecko od wczoraj ją męczy, że znowu chce iść zobaczyć wystawę, a ona nie ma czasu z nim po muzeach latać, że ona myślała, że wejdziemy tylko na chwilę, a potem go zabiorę na basen albo do kina, bo wystawy to za trudne rzeczy dla sześciolatka.

Gwoździem programu było to, że pani z rozbrajającą szczerością powiedziała, że jej siostra zasugerowała zmianę niani i zaproponowała, że opiekunka jej dzieci weźmie dodatkowo opiekę nad chłopcem.

Tak oto pracę straciłam. Mam tylko nadzieję, że nowa niania nie zabiła w dziecku ciekawości świata.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 264 (268)

#72150

(PW) ·
| Do ulubionych
"Robienie po znajomości".

Jak już wspomniałem w poprzedniej historii - jestem młodym programistą tworzącym strony internetowe i nieskomplikowane prace graficzne. Uczę się, przez co wiadomo - jak zarobię coś więcej to rodziców nieco finansowo odciążę, albo do rachunków się dołożę - a rodzice dumni, że syn w tak młodym wieku zarabia pieniądze. Ale nie w tym rzecz.

Znajomy mojego brata otwierał firmę zajmującą się instalacjami hydraulicznymi - potrzebował strony internetowej.

Nic trudnego, pogadałem z nim (widziałem się z nim drugi raz w życiu) i przy nim wyceniłem projekt - wyszło niewiele, bo ledwo pięćset złotych polskich (zestaw grafik + strona internetowa z zamawianiem i wyceną usługi online).

Nie było by w tym nic dziwnego, że takie coś kosztowałoby w normalnej agencji interaktywnej około 800-900zł. Sam nawet nie wiem dlaczego policzyłem tak mało, no ale mniejsza o to. Dobiliśmy interesu i za 500zł miałem startować już od zaraz. Oczywiście wiadomo - zabezpieczyłem się chociaż trochę i wziąłem na wstępie 100zł zaliczki. (zwykle biorę 50, jednak coś mnie tchnęło, że ten człowiek mnie wyr.. oszuka.)

I zacząłem. Klient był na bieżąco informowany o wszelkich pracach, miał możliwość zgłaszania poprawek czy zmian w każdym momencie.

Po tygodniu zaczęły się telefony.
- Kolego, słuchaj.. Wiesz, znamy się (DRUGI RAZ W ŻYCIU CZŁOWIEKA WIDZIAŁEM). Zejdziesz z ceny do... hmm... 300zł?

Powiem tak... Ładnie po schodach zszedł, ale nie zgodziłem się. Spotkałem się z odpowiedzią:
- Ok, luz - nie ma problemu. Pracuj dalej.

Poinformowałem "kolegę" o skończonej pracy - poprawek naniesione tysiące, bo co chwilę albo treść inna, albo logo się nie podoba. A tutaj uwaga... Kolejna negocjacja ceny! Ale to jaka!

- Dobra, strona wspaniała - sam bym lepszej nie zrobił! Ale wiesz... Może podarowałbyś mi to? Wiesz... sprzęt mnie kosztuje, samochód... (sprzęt kupił używany na allegro lub miał po dziadku/ojcu/koledze, a sam woził się jednym z najnowszych pojazdów terenowych marki zaczynającej się na H a kończącej na I).

O darowiźnie nie było mowy. Za dużo czasu na to przeznaczyłem, by oddać to za darmo. Odpowiedziałem, że nie pracuję za darmo. Kontakt zerwany.

A projekt? Na marne nie poszedł - po kilku przeróbkach zainteresowała się nim inna firma i zyskałem nawet więcej, niż miałem zamiar. Uważajcie na pracę "po znajomości"!

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 396 (402)

#78526

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasem piekielność jest planowana i wszyscy potencjalnie zainteresowani są przed nią przestrzegani, ale mimo to niektórzy pchają się żeby za wszelką cenę jej doświadczyć...

Moi rodzice prowadzą pensjonat. Na jeden z weekendów 40 z 50 miejsc noclegowych zarezerwowała jedna z firm, żeby zorganizować wyjazd integracyjny. Wiadomo jak takie wyjazdy integracyjne przebiegają, więc rodzice zdecydowali, że najbezpieczniej będzie, jak odpuszczą sobie wynajęcie tych 10 pozostałych miejsc, dając firmie obiekt na wyłączność. Jest to klient stały i na tyle dobry, że warto mu pozwolić na imprezowanie bez wyrzutów sumienia, że budzą pozostałych 10 gości.

Dwa dni przed tym weekendem ktoś zadzwonił i bardzo, bardzo chciał zarezerwować pobyt dla rodziny. Mama powiedziała, że w zasadzie ma wolne pokoje, ale jest impreza firmowa, w związku z czym ona oficjalnie ciszę nocną zniosła i będzie głośno do bardzo późna. Firma nie zastrzegła wyłączności, więc ona może im ten pokój, ale zdecydowanie odradza, bo tak jak mówiła, rodzina się nie wyśpi, cisza nocna nie bedzie obowiązywać, a ona nie przyjmuje żadnych pretensji, bo w ten weekend w ośrodku zasady są takie, ze można balować do białego rana.

Uparli się i przyjechali. Oczywiście nie zmrużyli oka, bo pracownicy firmy siedzieli na stołówce do 4 rano, grali na gitarze i śpiewali biesiadne piosenki. Zakrapiając to dużą ilością alkoholu. Czyli dokładnie tak jak się mama spodziewała.
Rodzinka miała o to pretensje, że pijackie burdy (nie było żadnych burd, normalna impreza) i że ona nie zapłaci. Mama powiedziała, że właśnie dokładnie przed tym ostrzegała, że takie warunki były zapowiedziane i mogą ewentualnie dostać gratis śniadanie, ale albo płacą albo policja. Zapłacili i wyjechali skwaszeni.

Od tej pory rodzice wychodzą z założenia, że jak duża grupa rezerwuje większość obiektu na jakąś imprezę, szkolenie itp. to już wolą zrezygnować z zarobku i nie wynajmować kilku pozostałych wolnych pokojów.

Niestety klienci nie rozumieją słów "własna odpowiedzialność" w sfromułowaniu "może pan wynająć na własną odpowiedzialność".

PS: Żeby nie było, mieliśmy też sytuację przeciwną. W inny weekend też był prawie cały pensjonat wynajęty na integrację, o 23.30 zapukali ludzie, którzy bardzo prosili o jakiś pokój, bo jadą do Chorwacji, ale im się samochód zepsuł. Rano mówili, że słyszeli że była mocna impreza, ale rozumieją że byli przecież ostrzegani, że takie są na ten moment w obiekcie warunki i byli i tak ogromnie wdzięczni, że się im udało w środku nocy jakiś nocleg znaleźć.

pensjonat

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (264)

#73613

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak codziennie rano wyszłam z psem. Niedaleko mojego domu jest spora niezabudowana przestrzeń, gdzie pies może pobuszować w wysokiej trawie, złapać jakiegoś kleszcza (dobra, żartuję, pies nasmarowany czymś niejadalnym dla kleszczy) i załatwić swoje psie sprawy. Aby dojść do tego Edenu, należy przejść spory kawałek ulicą zabudowaną domami jednorodzinnymi. I pies, jak to pies, postanowił zrzucić ładunek sąsiadowi pod furtką.

Na taką okoliczność byłam przygotowana, wyjęłam więc dyskretnie woreczek i nachyliłam się, aby sprzątnąć. Gdy się wyprostowałam zobaczyłam sąsiada pospiesznym krokiem zdążającego w kierunku furtki, a z uszu prawie dym mu szedł.

- Proszę to zostawić, to nie pani.
Rozejrzałam się niepewnie - kolekcjoner, czy co, ale dojrzałam w okolicach furtki skrzynkę z narzędziami, może akurat furtka była naprawiana i tak zostały.
- Ale... - nie zdążyłam nic więcej powiedzieć.
- Nie można na chwilę niczego zostawić, wszystko ukradną, proszę to natychmiast oddać - tu wyciągnął rękę czekając na przekazanie łupu.
- Nie wzięłam niczego, co należy do pana.
- Tak, bo jak leży na ulicy, to już niczyje. Wstyd, dorosła kobieta i zabiera - miło, że nie powiedział "stara baba".

I stoi tak z wyciągniętą ręką, więc co będę mu żałować. Jeszcze ciepłe. Włożyłam mu do dłoni i lekko rozgniotłam. Nie pobrudził się, bo woreczek chronił. Na chwilę zaniemówił i zanim odzyskał głos, oddaliłam się. A głos odzyskał, słyszałam, ale nie wsłuchiwałam się w szczegóły.
Chyba nie powie mi już "dzień dobry". Zresztą nigdy nie mówił.

sąsiedzi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 515 (523)