Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#80048

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem przewodnikiem muzealnym. Placówka jest dość specyficzna, stanowi ją nieczynny zakład przemysłowy. Ekspozycja to oryginalne wyposażenie, nie ma nowoczesnych "wodotrysków" pokroju multimedialnych gadżetów czy innych kącików dla dzieci.

Pewnego dnia sprzedawałem bilety i zbierałem grupę do wejścia. W pewnym momencie podszedł do mnie około czterdziestoletni mężczyzna.

- Dzień dobry. Czy tam w ogóle warto iść? Jest tam coś ciekawego?
- Kwestia gustu, proszę pana. Moim zdaniem miejsce warto poznać, aczkolwiek nie każdego interesuje akurat taka tematyka - odparłem. "Naganiaczem" ludzi nie jestem, staram się poważnie traktować klienta.
- A jest tam coś interesującego dla sześciolatka? Przyjechałem z żoną, jest z nami jeszcze Kacperek, nie ma kto z nim zostać.
- Nie mam nic przeciwko wzięciu ze sobą dziecka. Ale uczciwie uprzedzam, że dzieci najczęściej zaczynają się nudzić i hałasować. Miejsce jest szare i ciemne, łatwo się ubrudzić. W ciągu godziny zwiedzania trasy większość czasu poświęcona jest na słuchanie opowieści przewodnika.
- A bilety ile kosztują?
- 10 złotych dla jednej osoby.
- Hmm... To w sumie dziecka nie zainteresuje raczej. Proszę tylko dwa bilety w takim razie.
- Czyli zostawią państwo dziecko same sobie? - Poczułem się zaskoczony.
- Nie, Kacperek idzie z nami. Ale on się nie będzie interesował, więc jemu biletu kupować nie trzeba.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (232)

#78203

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś opowieść o mechanikach samochodowych z tendencją do hmm... jak to nazwać?

Pokrótce: ujeżdżam wiekowy już bardzo francuski wynalazek ze stajni Peugeota. Rzadko spotykany, ale sobie chwalę. Tylne zawieszenie zaczęło coraz natarczywiej domagać się atencji, zatem zakupiłem niezbędne elementy - zawsze tak robię, jako że dostanie wszystkiego od ręki do tego auta raczej nie należy do zadań trywialnych -, pojechałem do polecanego przez znajomych warsztatu i po wysłuchaniu standardowej formułki typu "panie, a kto panu to tak spier...lił?", nakazałem wyraźnie dokonać wymiany zużytych części na zakupione przeze mnie. Zajęcie dość proste i niewymagające specjalnego wysiłku. Byle mieć podnośnik.

W ramach dodatkowego wyjaśnienia - mieszkam w tym mieście stosunkowo krótko i nie zdążyłem jeszcze znaleźć zaufanego fachowca dla siebie, toteż musiałem opierać się na opinii znajomych.

Po kilku dniach przybywam po swojego francuskiego gruchota, w trakcie krótkiej rozmowy słyszę kwotę przekraczającą tak z pięciokrotnie szacowany przeze mnie koszt usługi. Na pytanie, czemu tak drogo słyszę w odpowiedzi:

"A bo wie pan, te francuskie samochody to znane są z dziwnych patentów, myśmy musieli całe zawieszenie zdjąć, a jak żeśmy to zrobili, to się okazało, że cała belka skrętna jest do roboty, wie pan takie łożyska igiełkowe, we wszystkich francuzach to jest. Nowe są bardzo drogie, ale myśmy zrobili pełną regenerację za pół ceny, a robocizna wliczona, dajemy gwarancję na rok, będzie pan zadowolony".

W tym momencie podniosło mi się ciśnienie, kazałem podnieść auto na podnośnik i pokazać sobie dokładnie cóż takiego panowie specjaliści zregenerowali i powymieniali. Skracając dalszą część opowieści wyszło na to, że opuściłem warsztat nie płacąc w ogóle za cokolwiek. Oczywiście bez wątpienia mnie tam już nie zobaczą ponownie.

Dlaczego? Z bardzo prostej przyczyny. Mój samochód NIE MA belki skrętnej.

warsztat mechanik samochód

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 357 (359)

#77274

(PW) ·
| Do ulubionych
To chyba nowy typ osób z kupujących na OLX - znajomi.

Wystawiałam na tej stronie drukarkę. Kilka osób pisze, ale potem nagle przestaje, wiadomo, często tak jest.

Ale w końcu się prawie udało. Czemu prawie?
Miałam z kupującym już wszystko dogadane. Płacił przelewem, ja drukarkę wysyłam i wszystko ok. No ale jednak nie. Podczas dawania nr konta do przelewu, podałam adres (po prostu myślałam, że trzeba, bo gdy ja byłam kupującym, to zawsze dostawałam też adres). No i się okazało, że kupującym jest moja znajoma z liceum (znała mój adres, dodatkowo w danych do przelewu było nazwisko).

I się zaczęło. Od razu wiadomość, czy z racji, że jesteśmy przyjaciółkami z liceum (nigdy nie byłyśmy przyjaciółkami, a ona zdawała się mnie nie lubić przez całą szkołę), to sprzedam jej drukarkę taniej o 100zł? (Drukarka kosztowała 200, i tak już cena była obniżona, bo nie mogłam jej sprzedać). Po kilku moich odmowach postanowiła załatwić sprawę osobiście. Przyjechała pod adres, który wysłałam w wiadomości, ale tu zonk, bo kilka lat temu przeprowadziłam się i nie zmieniłam adresu w banku. Otworzyli jej rodzice, zdziwieni o co chodzi.

W końcu zmieniła taktykę i... przelała mi 100 zł. Napisała, że jeśli nie wyślę jej drukarki, pójdzie na policję (taa... przyjaciółka z liceum...). Nie przewidziała funkcji "przelew zwrotny" na stornie banku.

I chyba w końcu dała sobie spokój, bo nie było u mnie ani policji, ani kolejnej wiadomości od niej, jednak czekam, co tam znowu wymyśli...

znajomi z olx

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 313 (315)

#78286

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój tata jest właścicielem kilku sklepów spożywczych samoobsługowych. W jednym z nich przebywa na co dzień. Sklep znajduje się na osiedlu, gdzie większość mieszkańców to emeryci, toteż stanowią oni też gros klienteli sklepu. Tata ma monitoring w sklepie i w wolnych chwilach, gdy nie zajmuje się papierami, ogląda nagrania live z monitoringu i patrzy, co się dzieje w sklepie. Dzięki temu jest w stanie wychwycić wiele prób kradzieży i na nie zareagować, bo niestety sklep jest za mały by opłacało mu się wynająć ochroniarza, a bramek przy wyjściu również nie ma.

Ze względu na typ klienteli raczej nie dziwi fakt, że większość złodziei to emeryci, natomiast tatę przeraża fakt, jak przebiegli są w swoich działach, a co najważniejsze, jak reagują, kiedy się ich przyłapie.

Dla przykładu: klientka na stanowisku mięsnym bierze dwa kurczaki, do tego jakąś kiełbasę i wędlinę. W drodze do kasy, pomiędzy alejkami, wkłada do koszyka, który trzyma na przedramieniu, jednego kurczaka, a całą resztę pakuje do torby, którą ma na tym samym przedramieniu. Potem przy kasie, wykłada na taśmę jedynie tego jednego kurczaka. Z tego powodu ojciec wprowadził zaznaczanie na pakunkach z mięsem, ile sztuk pakunków powinno zostać skasowane przy kasie głównej, co jednak nie odstrasza kolejnych amatorów kradzieży. Przy kasie rżną głupa i albo udają, że ekspedientka na mięsnym się pomyliła i źle im zaznaczyła, a po naleganiach kasjerki w końcu wyciągają pozostałe rzeczy, mrucząc pod nosem, że o kilka złotych jest awantura. Tata mówi też, że towarem, który najczęściej emeryci kradną jest masło - jest małe i łatwo je schować.

Co najgorsze, są osoby, które angażują w to młodsze pokolenie - zachęcają swoje wnuczki, by schowali do kieszonki, czy torebki batonika albo to właśnie nieszczęsne masło i potem udają, że dzieci same sobie wzięły - podczas, gdy na nagraniu z monitoringu jednoznacznie widać, jak przedsiębiorcza babcia, czy dziadek pakują takiemu dzieciakowi do wózka fanty.

Tata jak tylko zauważy, że taka osoba próbuje wyjść ze sklepu bez płacenia za schowane rzeczy, wychodzi na halę, zaprasza taką osobę do swojego biura i pokazuje nagranie. Niektórzy przyłapani zaczynają płakać, prosić, by tata nie wzywał policji, oddają skradzione fanty i wychodzą, uprzedzeni przez tatę, by więcej nie przychodzili do tego sklepu. Są tacy jednak, którzy reagują agresywnie, a co najgorsze roszczeniowo w stosunku do mojego ojca i atakują: "a co panu ubędzie, jak wezmę sobie to masło? przecież to tylko jedno!", albo "o, za 5 zł będzie biednego starego człowieka ścigać!". Najgorszy typ to "mnie się należy". Wychodzą z założenia, że mój ojciec jako człowiek bogaty (bo ma sklep) może wspomóc ich - biednych. Często też wyzywają mojego ojca od niewdzięcznych gówniarzy (tata ma prawie 60 lat...), bo oni to za PRL to to czy tamto, a on im nie może podarować kilku groszy.

Mój tata ma takie podejście, że jeśli przyjdzie do niego ktoś potrzebujący (personel sklepu jest miejscowy, więc tata mniej więcej wie kto jest kim z bardziej stałych klientów), to nie widzi powodu, by nie dać kilku podstawowych produktów za darmo - pod warunkiem, że taka osoba uczciwie poprosi i nie będzie nadużywać jego dobroci. Natomiast ludzie, którzy uważają, że mają prawo oskubywać go z jego ciężko zarobionych pieniędzy, bo oni nie mają - sorry, mój tata nie jest pomocą społeczną ani Robin Hoodem, jeżeli ma kogoś wspomóc swoimi pieniędzmi to zrobi to tylko i wyłącznie jeśli sam będzie tego chciał.

P.S. Oczywiście, żeby uniknąć niedopowiedzeń dodam, że z tymi bezczelnymi tata się nie patyczkuje i od razu wzywa policję. Natomiast jeśli ktoś ze łzami w oczach go błaga, żeby policji nie wzywał, a przedmiotem kradzieży jest dajmy na to produkt za mniej niż 10 zł, to tata już woli taką osobę puścić.

sklepy

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (262)

#78188

~recepcjonistaxax ·
| Do ulubionych
W trakcie studiów zatrudniłem się z jednym z hoteli jako recepcjonista. Z racji, że każdy w szafce ogólnej miał swój kubek, to też przyniosłem go swój, który był podpisany moim imieniem (wiadomo, można takie kupić co mają już na stałe wymalowane imiona - ja takich od czasów szkolnych miałem kilka). Zawsze po swojej zmianie myłem go i chowałem do ogólnej szafki. Do czasu, aż zniknął po moim tygodniowym pobycie na L4. Skoro nie miałem, to raz skorzystałem za pozwoleniem z kubka kolegi, po czym dokładnie go umyłem, a następnym razem przyniosłem znów nowy z podpisem.

Za jakiś czas jednak znów mój kubek zniknął, lecz zniknął też kubek kolegi. Zaczęliśmy się zastanawiać o co chodzi, więc popytaliśmy w naszej kuchni, czy czasami ktoś kubków nie przynosi do mycia. Okazało się, że jedna z koleżanek co jakiś czas daje wszystkie kubki, ale zawsze wszystkie wracały do nas na recepcję, chyba że się zbiły, ale to zawsze było nam mówione. Przynieśliśmy nowe kubki i stwierdziliśmy, że będziemy zamykać je, każdy w swojej prywatnej szafce.

Jak wiadomo, czasami w roztrzepaniu się o kubku zapomni, szczególnie kiedy człowiek się spieszy. I tak raz zapomniałem schować swój kubek do zamykanej szafki i zostawiłem go na stole na zapleczu. Na następnej zmianie już go nie miałem, ale nadzieja była, bo koleżanka mówiła, że zaniosła go do mycia. Gdy popytałem w kuchni okazało się, że był i chyba przez pomyłkę ktoś go wyniósł na ich zaplecze, gdzie przechowują naczynia. Poszedłem z pomocą kuchenną i go znalazłem: leżał na wierzchu siatki jednej z kelnerek. Gdy ją zapytałem dlaczego go schowała, to powiedziała: bo on taki ładny, jak tamte dwa poprzednie, i że chciała swojemu dziecku dać.

Kubek zabrałem i od tamtego dnia zacząłem używać tylko naczyń hotelowych, gdyż nie znoszę złodziejstwa.

hotel współpracownicy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 253 (255)

#72501

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj rozpoczęły się egzaminy gimnazjalne. I jak zwykle musiał się zdarzyć jakiś cyrk... Nie z dziećmi, dzieciaki mamy rozumne, ogarnięte, dobrze przeszkolone i ogólnie fajne, ale ich rodzice to już zupełnie inna historia.

Otóż dziecko mające dysfunkcje może skorzystać z różnego rodzaju dostosowań egzaminu gimnazjalnego w zależności od potrzeb. Może np. pisać egzamin dłużej, w oddzielnej sali albo na komputerze, może też mieć inny arkusz egzaminacyjny. Żeby dziecko mogło takie dostosowanie otrzymać, musi dostać opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej o posiadanej dysfunkcji.

Taką opinię rodzice składają w szkole do któregoś października w roku szkolnym, w którym ma się odbyć egzamin, więc dla obecnych zdających ten termin minął w październiku 2015 r. Rodzice poinformowani zostali o tym na pierwszym zebraniu klasowym we wrześniu (co potwierdzili podpisem na liście), dodatkowo dostali też informację przez dziennik elektroniczny. Wydawałoby się, że sprawa jasna? No niekoniecznie.

Prowadziłam dziś egzamin dla największej grupy zdających, czyli dzieci bez dostosowań. Godzina 8.40, zdający wchodzą na salę egzaminacyjną. Sporo zamieszania, bo grupa duża, a tu kody, listy, legitymacje, wizytówki, PESELe... W pewnym momencie do drzwi podchodzi [M]amuśka jednej z uczennic i przynosi ZAŚWIADCZENIE O DYSLEKSJI. W dzień egzaminu! I upiera się, że miała je dostarczyć właśnie dziś i właśnie do sali egzaminacyjnej, bo TAK JEJ POWIEDZIANO! Z wielką łaską pozwoliła się odesłać sprzed drzwi sali do dyrektora, już myślałam, że nie dam rady rozpocząć egzaminu we właściwym czasie...

Sala egzaminacyjna jest na 4 piętrze. Gabinet dyrektora na parterze. Dodatkowo klatka schodowa jest od korytarzy oddzielona solidnymi drzwiami przeciwpożarowymi. A [M] dała radę tak wrzeszczeć, że w sali egzaminacyjnej było ją całkiem nieźle słychać. Podobno zapierała się, że nikt jej nie poinformował o żadnych terminach składania zaświadczeń. Dyrektor pokazał jej własny podpis na liście i adnotację w dzienniku elektronicznym, trochę straciła na impecie, ale wrzeszczała nadal, groziła kuratorium, ministerstwem, premierem i prezydentem, w końcu dyrektor zagroził jej policją i wreszcie sobie poszła.

Szkoda tylko córki, która jest fajną, mądrą dziewczyną i nieustannie musi wstydzić się za matkę i jej głupie numery. Napisała egzamin normalnie, obie części sporo przed czasem, przejrzałam jej arkusze i nie widziałam żadnych błędów, więc chyba raczej tej dysleksji nie ma. Za to ma Mamuśkę...

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 495 (499)

#70366

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko o tym jak walnąłem dnia dzisiejszego w barierkę przy przystanku.

Zapewne każdy z nas kojarzy petardy Achtung, są to chyba najmocniejsze petardy dostępne na rynku.
To teraz wyobraźcie sobie busa z plandeką wypełnionego 1 toną ładunku.

Co ważne sam przystanek wraz z oddzielającą barierką był jakieś 100 metrów ode mnie na zakręcie (przystanek tramwajowy był oddzielony barierką od jezdni, tory biegły po prawej stronie). Tuż przed samym zakrętem banda gówniarzy rzuciła mi achtunga na maskę, petarda utknęła między szybą, a maską, w miejscu gdzie były wycieraczki.

Efekt łatwy do przewidzenia, szyba cała popękana od wybuchu, a mnie oślepiło, mimo ostrego hamowania i tak uderzyłem w barierkę, nikogo na szczęście nie zraniłem.

Policja złapała tych małolatów, mieli po 14 lat.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 974 (982)

#76387

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim życiu przyszedł przełomowy moment - otwieram własny gabinet! Kredyty zaciągnięte, lokal wynajęty, sprzęt już do mnie jedzie, więc przede mną najtrudniejsze zadanie - kompletowanie załogi.

Jedną z najważniejszych osób w gabinecie jest asystentka stomatologiczna. To nie jest tak, jak wielu się wydaje, kobieta od "przynieś, podaj, pozamiataj". Ogarnia wiele papierów, sterylizację, konserwację, dezynfekcję, narzędzia, materiały oraz zabiegi profilaktyczne. Jest niesamowitą pomocą w gabinecie, dlatego zasługuje na identyczny szacunek jak lekarze. Profesjonalna asystentka kończy studium lub kursy, które kończą się egzaminami, dlatego nie może nią zostać ot tak, każdy z ulicy.

To tyle tytułem wstępu.
Pamiętacie historię z wredną ciotką, która nie chciała płacić za moje wypełnienia? Właśnie mamy ciąg dalszy.

Oczywiście przez długi czas była obraza majestatu i opowiadanie każdemu, kto się nawinął, jaką jestem bezczelną gówniarą i jak chciałam ją naciągnąć. Mniej więcej pod koniec listopada po rodzinie rozeszła się wieść o tym, że otwieram gabinet. Jedną z pierwszych osób, która się do mnie zgłosiła, była ciotunia, która wręcz zażądała, żebym zatrudniła chociaż jedną z jej bezrobotnych córeczek, to MOŻE jakoś zapomni o tym przykrym incydencie z przeszłości. Wytłumaczyłam jej, że do pracy w gabinecie szukam jedynie lekarzy i asystentek, które muszą mieć odpowiednie wykształcenie, co spotkało się z oburzeniem, że jak to? Jej córeczki wszystkie są takie wykształcone, a zresztą "do zamiatania to chyba nie trzeba mieć papierów, he, he, he?". Powiedziałam tylko, że jeśli chcą, to rozmowy kwalifikacyjne będę przeprowadzać tego i tego dnia, niech przyjdą.

Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się, że którakolwiek przyjdzie, ale jednak stawiła się najmłodsza z nich. Oprócz niej byłam umówiona jeszcze z czterema paniami, oczywiście każda miała w CV albo jakieś doświadczenie, albo przynajmniej ukończoną szkołę czy kursy. Kiedy doszło do mojej kuzynki, wywiązała się taka rozmowa:

[K]uzynka: To co, darujemy sobie rozmowę? He, he, he, he.
[J]a: Muszę być uczciwa wobec pozostałych pań, dlatego zadam ci te same pytania. Ile czasu będziesz sterylizowała narzędzia w 121 stopniach?
[K]: Eee... Z 10 minut?
[J]: Do jakiego kosza wyrzucisz moje zużyte rękawiczki?
[K]: A to ty sama ich nie możesz wyrzucić?
[J]: Jakie kleszcze podasz mi do usunięcia górnego pierwszego trzonowca?

Pytania, które zadałam kuzynce to podstawa podstaw. Dla innych pań były one prostsze niż tabliczka mnożenia, jednak kuzynka bez wykształcenia w tym kierunku nie miała o takich rzeczach pojęcia. Na do widzenia usłyszałam:

[K]: Mama miała rację, odkąd zostałaś tą pseudo dentystką jesteś jeszcze głupsza niż kiedyś!


Szykują się ciekawe święta :)

stomatologia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 480 (484)

#79682

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z pracy. Może mało piekielna, ale mnie wkurzyła.

Jakiś czas temu przeglądając papiery w pracy zauważyłem, że wkradł się dosyć pokaźny błąd w kwocie jednej faktury. Błąd na kilkadziesiąt tysięcy PLN. Normalnie pewnie bym na to nie wpadł, ale przed urlopem zajmowałem się tym zleceniem, a dzień przed moim wolnym przekazałem je mojej przełożonej. Z natury jeśli chodzi o takie coś to jestem perfekcjonistą więc wystarczyło tylko sprawę doprowadzić do końca, poprawnie wystawić fakturę i czekać na pieniądze.

Gdy zobaczyłem fakturę, zaczęło coś mi nie grać, bo kwota była dużo mniejsza niż ja ustalałem i zacząłem szperać w systemie jak to ostatecznie wyglądało. Po sprawdzeniu i podliczeniu wszystkiego okazało się, że kwota powinna być nawet wyższa niż ja ustaliłem, gdyż nastąpiły dosyć poważne zmiany. Po ponownym przeliczeniu i sprawdzeniu jeszcze raz korespondencji z tą firmą potwierdziło się moje pierwotne przypuszczenie. Piszę maila do przełożonej, że taka faktura na firmę X jest źle naliczona i że trzeba zrobić korektę. Dodatkowo załączam moje wyliczenia dlaczego mi tak wyszło.

W mailu zwrotnym dostaję informację, że wszystko jest dobrze, że mam się nie przejmować i że tak to zostawić. Napisałem, że w takim razie nie biorę odpowiedzialności jak dział kontroli wykaże, że miałem rację, na co dostałem odpowiedź że ok i że ona uważa, że nie ma żadnego problemu. Całą wymianę maili zachowałem sobie w razie czego. Zapytacie zatem gdzie piekielność?

Przedwczoraj dział kontroli wysmarował do nas maila, że kwota z umową i zamówieniem się nie zgadza i że chcą wyjaśnienia dlaczego tak jest. Ze swojej strony napisałem, że w dniu tym i tym zgłosiłem sprawę przełożonej, że jest tam błąd i zgodnie z zasadami naszej firmy załączyłem naszą konwersację na ten temat. Nie minęła godzina, a wpada do mnie przełożona i krzyczy, że chcę ją pogrążyć i zająć jej miejsce, że ja za ten błąd odpowiadam bo nie zauważyłem go wcześniej, że mam go wyjaśnić i że mi się jeszcze odpłaci za to, że tak robię jak tylko wróci z dywanu u prezesa.

Zostałem po prostu zjechany za to, że dobrze wykonuję swoją pracę i jestem dokładny.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (232)
Robię duże zakupy w centrum handlowym. Najpierw łaziłem po sklepach, potem zwykłe tygodniowe w supermarkecie. Zostawiłem torby w aucie, ale nic to, wrzucam luzem do koszyka wszystko co kupiłem i wracam do samochodu, otwieram bagażnik i przekładam przedmiot po przedmiocie, układając w odpowiedni sposób w torbach żeby dojechały w całości.

Samochód z tych krótszych, więc cały razem z wózkiem mieszczę się na swoim miejscu parkingowym, zupełnie nie zakłócam przejazdu alejką.

Dojeżdża kobieta i stoi - rozglądam się wokół, żadnego wolnego miejsca, pierwsze jakieś 20 aut dalej od supermarketu. Ta stoi. Cóż, jak lubi, to niech stoi, przepakowuję się dalej.

Dojeżdża samochód, staje za nią, stoi chwilkę i trąbi. Ona wrzuca kierunkowskaz - widać chce wjechać tam, gdzie ja stoję. Gestem pokazuję, że jeszcze nie odjeżdżam, ona dalej stoi. Widać lubi, niech stoi.

Koleś za nią, zaczyna trąbić, za nim kolejne samochody, robi się mały korek. Babka żywiołowo gestykuluje do lusterka.

Skończyłem się przepakowywać, zamykam samochód i idę odprowadzić wózek. Kobieta w tym momencie wyskakuje z samochodu i zaczyna na mnie drzeć ryja, że chyba coś jest ze mną nie w porządku, bo idę odprowadzić wózek, a przecież widzę, że ona czeka. Pokazuję gestem gdzie są wolne miejsca i idę dalej w kierunku wiaty na wózki. Kobieta się na chwilę zapowietrza, a potem odchodzi do swojego auta, rzucając mi przez plecy, że jestem żałosny, bo dla głupiego funta z wózka zmuszam ją do blokowania całej alejki...

No chyba jednak to nie ja jestem żałosny.

supermarket parking

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 454 (458)