Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#76387

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim życiu przyszedł przełomowy moment - otwieram własny gabinet! Kredyty zaciągnięte, lokal wynajęty, sprzęt już do mnie jedzie, więc przede mną najtrudniejsze zadanie - kompletowanie załogi.

Jedną z najważniejszych osób w gabinecie jest asystentka stomatologiczna. To nie jest tak, jak wielu się wydaje, kobieta od "przynieś, podaj, pozamiataj". Ogarnia wiele papierów, sterylizację, konserwację, dezynfekcję, narzędzia, materiały oraz zabiegi profilaktyczne. Jest niesamowitą pomocą w gabinecie, dlatego zasługuje na identyczny szacunek jak lekarze. Profesjonalna asystentka kończy studium lub kursy, które kończą się egzaminami, dlatego nie może nią zostać ot tak, każdy z ulicy.

To tyle tytułem wstępu.
Pamiętacie historię z wredną ciotką, która nie chciała płacić za moje wypełnienia? Właśnie mamy ciąg dalszy.

Oczywiście przez długi czas była obraza majestatu i opowiadanie każdemu, kto się nawinął, jaką jestem bezczelną gówniarą i jak chciałam ją naciągnąć. Mniej więcej pod koniec listopada po rodzinie rozeszła się wieść o tym, że otwieram gabinet. Jedną z pierwszych osób, która się do mnie zgłosiła, była ciotunia, która wręcz zażądała, żebym zatrudniła chociaż jedną z jej bezrobotnych córeczek, to MOŻE jakoś zapomni o tym przykrym incydencie z przeszłości. Wytłumaczyłam jej, że do pracy w gabinecie szukam jedynie lekarzy i asystentek, które muszą mieć odpowiednie wykształcenie, co spotkało się z oburzeniem, że jak to? Jej córeczki wszystkie są takie wykształcone, a zresztą "do zamiatania to chyba nie trzeba mieć papierów, he, he, he?". Powiedziałam tylko, że jeśli chcą, to rozmowy kwalifikacyjne będę przeprowadzać tego i tego dnia, niech przyjdą.

Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się, że którakolwiek przyjdzie, ale jednak stawiła się najmłodsza z nich. Oprócz niej byłam umówiona jeszcze z czterema paniami, oczywiście każda miała w CV albo jakieś doświadczenie, albo przynajmniej ukończoną szkołę czy kursy. Kiedy doszło do mojej kuzynki, wywiązała się taka rozmowa:

[K]uzynka: To co, darujemy sobie rozmowę? He, he, he, he.
[J]a: Muszę być uczciwa wobec pozostałych pań, dlatego zadam ci te same pytania. Ile czasu będziesz sterylizowała narzędzia w 121 stopniach?
[K]: Eee... Z 10 minut?
[J]: Do jakiego kosza wyrzucisz moje zużyte rękawiczki?
[K]: A to ty sama ich nie możesz wyrzucić?
[J]: Jakie kleszcze podasz mi do usunięcia górnego pierwszego trzonowca?

Pytania, które zadałam kuzynce to podstawa podstaw. Dla innych pań były one prostsze niż tabliczka mnożenia, jednak kuzynka bez wykształcenia w tym kierunku nie miała o takich rzeczach pojęcia. Na do widzenia usłyszałam:

[K]: Mama miała rację, odkąd zostałaś tą pseudo dentystką jesteś jeszcze głupsza niż kiedyś!


Szykują się ciekawe święta :)

stomatologia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 425 (Głosów: 427)

#76400

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak uprzykrzyć komuś życie do kwadratu. Studiuję, mieszkam sama w malusieńkiej kawalerce na poddaszu w dość starym bloku. Sąsiadów raczej nie widuję, poza jednym wyjątkowym przypadkiem. Panią Jadzią, emerytką. Pani Jadzia mieszka dokładnie pod moim mieszkankiem. I ma wyjątkowo piekielny charakter. Skąd to wiem? O tym cała ta historia.

Pominę już praktycznie codzienne (i to nie po ciszy nocnej, tylko o jakiejkolwiek godzinie) pukanie, a raczej łupanie w moje drzwi bo:
a) Za głośno chodzę.
b) Za głośno gadam.
c) Na pewno chleję/biorę narkotyki.
Jednak ostatnio sąsiadeczka przeszła samą siebie.

Niedzielny wieczór, godzina 23. Pukanie do drzwi. Wstaję od komputera, podchodzę do judasza i zerkam. Policja. I gdzieś z tyłu Pani Jadzia. Zaskoczona otwieram drzwi. Dowiaduję się, że jest u mnie głośna impreza, a obowiązuje już cisza nocna. Odpowiadam zdziwiona, że przecież nic takiego się nie dzieje. Policjanci, generalnie chyba trochę poirytowani, chcą się rozejrzeć i upewnić. No ok. Wpuszczam ich.

I w tym momencie podbiega do drzwi Jadzia, chcąc również wparować mi do domu. Zastępuję jej drogę. Policjanci, którzy dopiero co przekroczyli próg odwracają się do Jadzi i mnie zdziwieni. Mówię do babska, że ona nie ma prawa do mieszkania mi wchodzić, na co ta, po nabraniu oddechu, drze się, że ona POLICJANTOM POKAŻE, GDZIE JA CHOWAM TEN NIELEGALNY ALKOHOL I NARKOTYKI! Panowie mundurowi spojrzeli się to na mnie, to na nią i zapytali o co chodzi. Jadzia wciąż w drzwiach zaczęła wywód, że to oczywiste, iż robię alkohol i narkotyki w mieszkaniu, bo przecież STUDIUJĘ CHEMIĘ, a tam "same takie dilery!".

Panowie kazali Paniusi natychmiast przestać pakować mi się do mieszkania, grożąc mandatem. Dokonali szybkich oględzin na jedyny pokój i łazienkę znajdujące się w moim lokum, i stwierdzili, że imprezy faktycznie nie ma. Podziękowali, wyszli...

...I wlepili Jadzi mandat, tylko, że za niesłuszne wezwanie. Happy end? No jeszcze nie.

Poniedziałek. Wychodzę na zajęcia. W połowie drogi do windy zza rogu wyskakuje Jadzia. Z kwitkiem w łapie. Czego chce? Ano, żebym jako WSPÓŁWINNA pokryła połowę kosztu mandatu. Szczęka mi opadła, serio. Stwierdziłam krótko, że to jej mandat, nie mój, i w towarzystwie wiązanki pań lekkich obyczajów ulotniłam się do windy.

Na razie dzień w dzień kilka razy dobija mi się do drzwi. Nie otwieram. Jutro wracam do domu na święta. I liczę, że w tę gwiazdkę stanie się cud, który te babsko zmieni. Albo to chyba ja zacznę wzywać policję.

Mieszkanie policja

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 378 (Głosów: 380)

#77137

(PW) ·
| Do ulubionych
Bezmyślność rodziców - temat rzeka.

Wyjazdy na kolonie i obozy nieodłącznie wiążą się z uzupełnieniem karty dziecka. W karcie tej jest miejsce na opisanie stanu zdrowia dziecka, najważniejsze - czy na coś choruje, czy ma alergię (na co) i jakie leki przyjmuje.

Karta, kartą - rodzice często nie wpisują nic z roztargnienia lub nie sądzili, że to ważne. Równie często, bo wtedy dziecko by nie zostało przyjęte.

Z doświadczenia zawsze zanim "przejmę" dzieciaki od rodziców, Trzykrotnie pytam - czy wszystko jest w kartach, czy o czymś nie zapomnieli, czy dzieci mają przy sobie jakieś leki.

Tak się złożyło, że w ubiegłe wakacje byłam wychowawcą "polskich" dzieci mieszkających w Niemczech. Nie odbierałam dzieci od rodziców, a przyjechałam prosto na miejsce obozu.

Grupy przydzielone, zapoznaję się z moimi dzieciaczkami grupa 6-8 lat. Po przeglądnięciu kart - wiem wszystko:
- Ania, Kasia, Kacper przynieście wasze leki, Grześ twoje mama dała kierownikowi transportu, już je mam u siebie.

Standardowa formułka:
- Czy ktoś z was ma jeszcze ze sobą jakieś leki, tabletki np. przeciwbólowe?
- Nie.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Nikt, nic?
- Nie proszę pani.

Oczywiście na drugi dzień, gdy byłam w pokoju chłopców, zobaczyłam przy łóżku jednego z nich syrop:
- Mama dała, jakby mnie brzuszek bolał.
- No ale czemu nie oddałeś jak się pytałam o leki?
- Zapomniałem.

Dnia 2, 3 powtórka z rozrywki "Czy macie jeszcze przy sobie jakieś leki, tabletki, syropki czy cokolwiek innego?".
Jednogłośnie zaprzeczenie. Ok, sprawę uznaję za zamkniętą.

Dnia 4 Franiu zgubił portfel. No to szukamy razem z Franiem portfela w jego rzeczach. Nagle spośród rzeczy, wypada papierowa torebka/koperta, trochę była już rozdarta, więc mogłam zauważyć zawartość, która przypominała opakowanie od lekarstwa.
- Franiu co to jest? - Franio wzrusza ramionami - Nie wiem.
Ok, to patrzę do środka, jak byk leki. Nazwa mi nic nie mówi, więc otwieram aby wyciągnąć ulotkę, a z ulotką wypada strzykawka jak się okazało z adrenaliną.

Rozrywam całkiem papierową torebkę, w środku drugie opakowanie leku i list. A w liście kochana mamusia pisze, że to adrenalina dla Frania, bo Franiu jest uczulony na wszystkie orzechy, sezam i jajka. Reakcja alergiczna jest na tyle ostra, że bez adrenaliny ani rusz.

Myślę sobie, niemożliwe abym coś takiego przegapiła w karcie. Idę do kierownika, chcę kartę dzieciaka, mówię mu co właśnie znalazłam. I pytam czy może przy autobusie mama Frania cokolwiek wspomniała, ano nie. W karcie również przy podpunkcie alergie: "brak".

No do cholery, co za głupia matka daje 6! latkowi adrenalinę i nie informuje wychowawców, że dziecko jest uczulone na coś, co praktycznie wszędzie można zjeść. Po prostu za cud uważam te 4 dni. Na szczęście dzieciak nie pamiętał aby o tym wspomnieć, ale chociaż pamiętał czego nie jeść.

Telefon do matki - co jak, dlaczego. W skrócie:
- A bo wie pani, zapomniałam, jakoś tak wyszło.
- Chce pani uśmiercić dziecko, proszę to zrobić osobiście, a nie wrabiać osoby trzecie.

Ochłonęłam, wracam do Frania:
- Franiu, jesteś uczulony tak?
- No tak.
- I mamusia dała Ci leki.
- No tak, jak coś zjem i zacznę się dusić to trzeba mi zrobić zastrzyk.
- A jak się pytałam o leki, to czemu nic nie powiedziałeś?
- Bo to nie syropek ani tabletki.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (Głosów: 326)

#70366

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko o tym jak walnąłem dnia dzisiejszego w barierkę przy przystanku.

Zapewne każdy z nas kojarzy petardy Achtung, są to chyba najmocniejsze petardy dostępne na rynku.
To teraz wyobraźcie sobie busa z plandeką wypełnionego 1 toną ładunku.

Co ważne sam przystanek wraz z oddzielającą barierką był jakieś 100 metrów ode mnie na zakręcie (przystanek tramwajowy był oddzielony barierką od jezdni, tory biegły po prawej stronie). Tuż przed samym zakrętem banda gówniarzy rzuciła mi achtunga na maskę, petarda utknęła między szybą, a maską, w miejscu gdzie były wycieraczki.

Efekt łatwy do przewidzenia, szyba cała popękana od wybuchu, a mnie oślepiło, mimo ostrego hamowania i tak uderzyłem w barierkę, nikogo na szczęście nie zraniłem.

Policja złapała tych małolatów, mieli po 14 lat.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 936 (Głosów: 944)

#72501

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj rozpoczęły się egzaminy gimnazjalne. I jak zwykle musiał się zdarzyć jakiś cyrk... Nie z dziećmi, dzieciaki mamy rozumne, ogarnięte, dobrze przeszkolone i ogólnie fajne, ale ich rodzice to już zupełnie inna historia.

Otóż dziecko mające dysfunkcje może skorzystać z różnego rodzaju dostosowań egzaminu gimnazjalnego w zależności od potrzeb. Może np. pisać egzamin dłużej, w oddzielnej sali albo na komputerze, może też mieć inny arkusz egzaminacyjny. Żeby dziecko mogło takie dostosowanie otrzymać, musi dostać opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej o posiadanej dysfunkcji.

Taką opinię rodzice składają w szkole do któregoś października w roku szkolnym, w którym ma się odbyć egzamin, więc dla obecnych zdających ten termin minął w październiku 2015 r. Rodzice poinformowani zostali o tym na pierwszym zebraniu klasowym we wrześniu (co potwierdzili podpisem na liście), dodatkowo dostali też informację przez dziennik elektroniczny. Wydawałoby się, że sprawa jasna? No niekoniecznie.

Prowadziłam dziś egzamin dla największej grupy zdających, czyli dzieci bez dostosowań. Godzina 8.40, zdający wchodzą na salę egzaminacyjną. Sporo zamieszania, bo grupa duża, a tu kody, listy, legitymacje, wizytówki, PESELe... W pewnym momencie do drzwi podchodzi [M]amuśka jednej z uczennic i przynosi ZAŚWIADCZENIE O DYSLEKSJI. W dzień egzaminu! I upiera się, że miała je dostarczyć właśnie dziś i właśnie do sali egzaminacyjnej, bo TAK JEJ POWIEDZIANO! Z wielką łaską pozwoliła się odesłać sprzed drzwi sali do dyrektora, już myślałam, że nie dam rady rozpocząć egzaminu we właściwym czasie...

Sala egzaminacyjna jest na 4 piętrze. Gabinet dyrektora na parterze. Dodatkowo klatka schodowa jest od korytarzy oddzielona solidnymi drzwiami przeciwpożarowymi. A [M] dała radę tak wrzeszczeć, że w sali egzaminacyjnej było ją całkiem nieźle słychać. Podobno zapierała się, że nikt jej nie poinformował o żadnych terminach składania zaświadczeń. Dyrektor pokazał jej własny podpis na liście i adnotację w dzienniku elektronicznym, trochę straciła na impecie, ale wrzeszczała nadal, groziła kuratorium, ministerstwem, premierem i prezydentem, w końcu dyrektor zagroził jej policją i wreszcie sobie poszła.

Szkoda tylko córki, która jest fajną, mądrą dziewczyną i nieustannie musi wstydzić się za matkę i jej głupie numery. Napisała egzamin normalnie, obie części sporo przed czasem, przejrzałam jej arkusze i nie widziałam żadnych błędów, więc chyba raczej tej dysleksji nie ma. Za to ma Mamuśkę...

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 456 (Głosów: 460)

#73924

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod koniec kwietnia moja kuzynka skończyła liceum i razem ze znajomymi postanowili uczcić to tzw. plenerowym "piwem". Nie udali się jednak w ustronne miejsce, ani do żadnego pubu, a kręcili się z alkoholem po rynku, gdzie jak wiadomo pić się nie powinno.

W pewnym momencie rozchichotaną grupkę przyuważył policjant na służbie - prywatnie mój sąsiad i kolega ojca wspomnianej kuzynki. Podszedł do nich, pogroził palcem i powiedział, żeby poszli do pubu, albo do domu, bo w miejscach publicznych pić nie wolno i mogą dostać srogi mandat. Puścił ich tylko ze względu na to, że znał moją kuzynkę.

Gawiedź zaśmiała się, udawała, że salutuje i oddaliła się parę kroków, a policjant wsiadł do radiowozu i razem z kolegą zaczęli krążyć po okolicznych uliczkach. Nie minęło parę minut, a ponownie dostrzegli grupkę młodzieży, która nie dość, że pije praktycznie na środku jezdni to jeszcze zachowuje się głośno i rzuca puszki i butelki na chodnik. Tego już policjanci nie mogli zignorować, więc przystąpili do wykonywania czynności i wlepili całej grupie mandaty.

Parę dni później mój ojciec spotkał sąsiada i ten pożalił mu się, że rodzice mojej kuzynki nie chcą z nim rozmawiać, a ona sama jak go widzi to mamrocze pod nosem wyzwiska typu JP100%, j*bać psy itp. Zarówno ona, jak i jej rodzice, a także znajomi uważają, że policjant zachował się jak służbista, bo nie mógł odpuścić szczeniakom jednego piwa.

Wiem, że kuzynka nie przyznała się, że urządzili na rynku regularną libację, a także pominęła to, że policjant z dobrego serca początkowo tylko zwrócił im uwagę.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 451 (Głosów: 455)

#76375

(PW) ·
| Do ulubionych
Ach, kurierzy...

Jednym z moich obowiązków w pracy jest odbieranie paczek. Firma spora, pracowników dużo to i ilość paczek przekraczająca przeciętną. Siłą rzeczy, kurierzy pamiętają moje nazwisko.

I oto się cała sprawa rozbija.
Ostatnio koleżanka czekała na bardzo ważną (i również bardzo drogą) paczkę. Kiedy na stronie paczka dostała status "dostarczona", a ja uparcie - i zgodnie z prawdą - twierdziłam, że jej nie mam - koleżanka zadzwoniła bezpośrednio do kuriera.
Okazało się, że "Przecież pani Marchewka odebrała".

Koleżanka, oczywiście, wierzy mi, że nie wzięłam paczki dla siebie. Ale ktoś paczkę odebrał, a kurier podaje moje nazwisko jako odbiorcę.
Sytuacja patowa.

Poprosiłam koleżankę, by zażądała powrotu kuriera i pokazania mojego podpisu, potwierdzającego odbiór paczki.
Magicznie paczka znalazła się piętro wyżej, rzucona niedbale w pokoju zupełnie innej firmy.
Tylko pytanie, co by się stało, gdyby jednak się nie znalazła?

Nie mogę się doczekać, aż pan kurier trafi w moje ręce.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (Głosów: 205)

#70695

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeśli czytaliście moje poprzednie historie wiecie pewnie, że pracuję w sądzie. Okazjonalnie, z uwagi na posiadaną wiedzę udzielę jakieś nieformalnej porady prawnej. Oczywiście zawsze nieodpłatnie i tylko wśród rodziny i bliższych znajomych. Ot taka zwykła przysługa, bez sporządzania żadnych pism, czy bawienia się w adwokata albo radcę prawnego.

Zdarzenia, o których piszę miały miejsce prawie 4 lata temu. Siedziałam w ciepłym mieszkaniu z kubkiem herbaty i pisałam jakieś uzasadnienie, kiedy zadzwonił mój małżonek. Zawsze bardzo chętnie zrobię sobie przerwę w pracy, zwłaszcza, że mąż wtedy dostał nową pracę i spędzał w niej bardzo dużo czasu, a pokonwersować z nim bardzo lubiłam. No więc rozmawiamy o dupie Maryny, śmiejemy się, dowcipkujemy, jak to świeżo upieczone, stęsknione za sobą małżeństwo. No i tak od słowa do słowa, mąż opowiada mi, że ma kolegę w pracy, który się rozwodzi, ale w zasadzie to nie wie co do czego i potrzebowałby porady. Dalsza rozmowa z moim małżonkiem wyglądała mniej więcej tak:

(nieco to skróciłam, żeby nie zanudzać Was prawniczym bełkotem)

Ja: O, to smutne, a już miał rozprawę, kto złożył pozew?
Mój Mąż: To trzeba z tym do sądu iść? Myślałem, że jak na amerykańskich filmach wysyła się jakieś papiery, żona to podpisuje i heja.
Ja: No nie, w Polsce trzeba złożyć pozew, uzasadnić, wpłacić opłatę sądową, a potem sędzia razem z ławnikami prowadzą rozprawę. Czasami się to potrafi ciągnąć, zwłaszcza przy orzekaniu o winie.
Mój Mąż: To, aż tak skomplikowane. To ja koledze to przekażę w wolnej chwili.
Ja: Aha, to się nie rozwodzi, a dopiero planuje złożyć pozew.
Mój Mąż: No tak. A duża ta opłata.
Ja: 600 zł, ale może wnieść o zwolnienie od kosztów.
Mój Mąż: Strasznie dużo, a jeszcze pewnie żona go o alimenty pozwie.
Ja: No na dzieci na pewno.
Mój Mąż: Oni dzieci nie mają, mają tylko ślub cywilny, tak jak my. Mi chodzi o te alimenty na żonę. Jak to jest?

Tu mu w skrócie opisałam, zasady orzekania rozwodu z winy którejś ze stron.

Mój Mąż: Aha, aha (notuje zawzięcie) A jeżeli on ją zostawi, bo ma inną kobietę, a ona się o tym dowie przed rozwodem to żona dostanie alimenty?
Ja: No kochanie, fajnego masz kolegę. Generalnie by się jej należały, jeżeli byłby uznany za winnego rozkładu pożycia, ale jeśli nie mają dzieci i ona zarabia więcej od niego, to raczej nikt się nie chce w takie rzeczy bawić. (w pracy mojego męża nowi zarabiali minimalne wynagrodzenie na śmieciówkach).
Mój Mąż: A czemu?
Ja: Bo, moim zdaniem udowadnianie komuś winy, czy romansu przed obcymi ludźmi, rozwalanie na kawałki tak intymnych spraw jest bardzo upokarzającym i bolesnym doświadczeniem i raczej mało kobiet uzyskuje taki wyrok z uznaniem winy męża dla samej zasady. To za dużo przykrych emocji.
Mój Mąż: Więc jest szansa, że jego żona nie będzie tego przeciągać, bo zarabiając więcej po prostu jej się to nie opłaca i alimentów nie dostanie?
Ja: Kochanie, nie znam jego żony i nie znam sytuacji. Wiem, że chcesz pomóc koledze, ale mógłby się wobec żony zachować lojalnie, zwłaszcza jeśli przygruchał sobie inną babę. Nie wiem jak jego żona się zachowa.
Mój Mąż: No dobra, nie moralizuj tak Pani Prawnik :). Pogadam z gościem i przekażę twoje uwagi. Muszę kończyć, kocham cię.
Ja: No, to do zobaczenia w domu.

A teraz konsekwencje powyższej rozmowy:
Dokładnie 3 tygodnie później mój mąż złożył przeciwko mnie pozew rozwodowy. Totalnie się tego nie spodziewałam, byliśmy 10 miesięcy po ślubie. Skubany zastosował się do wszystkich moich rad. I nie, nie zrezygnowałam z udowodnienia mu winy. Głupek przyszedł na rozprawę rozwodową ze swoją dziewczyną, dla towarzystwa.

darmowa porada prawna

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1412 (Głosów: 1426)

#73526

(PW) ·
| Do ulubionych
Siedziałam w poczekalni kliniki okulistycznej i chcąc nie chcąc słyszałam głośną rozmowę pomiędzy pacjentką, a panią z rejestracji.

[pacjentka podeszła do rejestracji i coś pomruczała]
- Ale pani miała termin operacji wyznaczony na miesiąc temu!
- No tak, ale potem przez jakiś czas trzeba na siebie uważać, pomyślałam, że to bez sensu tak przed wakacjami, na działkę nie mogłabym jeździć.
- Ale dlaczego pani nie zadzwoniła, nie poinformowała nas, nie poprosiła o zmianę terminu?
- A bo pomyślałam, że to się da przesunąć.
- Teraz już nic nie możemy zrobić. Dzwoniliśmy nawet do pani, żeby zapytać, dlaczego pani się nie pojawiła, to operacja na NFZ, jak zabieg się nie odbędzie, musimy się tłumaczyć...
- Bo wie pani, ja rzadko w domu bywam, a komórkę podałam córki. To na kiedy mogę przełożyć?
- Kierownictwo ma taką zasadę, że jeśli ktoś się nie stawi na zaplanowany zabieg, spada na koniec kolejki, najwcześniej początek 2018 r.
- A nie dałoby się wcześniej? Bo wie Pani, mi to już bardzo przeszkadza, ledwo co widzę...

Wyszłam, finału nie słyszałam. A potem dziwimy się, że do lekarzy są takie kolejki...

pacjenci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 401 (Głosów: 405)

#71261

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane...

Wynajmuję malutkie mieszkanko.

Jakiś czas temu mieszkanie wynajęła Laura, 17-letnia dziewczyna z kraju spoza UE, mówiąca językiem bardzo mało popularnym i praktycznie u nas niezrozumiałym, coś tak jak np. węgierski. Dziewczyna studiowała w PL, (za granicą wcześniej zdała maturę). Umowa w języku polskim, zawarta na czas określony (zawsze tak robię) z możliwością przedłużenia. Okres wypowiedzenia z mojej strony 3-mce, okres wypowiedzenia z jej strony dowolny, ale wynajem do końca miesiąca (czyli od 1 do 30 dni). Oczywiście kaucja. Mam jeszcze taką zasadę, że przez cały czas umowy lub kilku umów, jak ktoś ją przedłuża, jest stała stawka za wynajem. Taki bonus dla osób, które wynajmują na dłużej.

Przez cały czas nie było żadnych problemów, spokojnie się dogadywaliśmy.

Laura skończyła studia, znalazła jakąś pracę, dzwoni, że z końcem miesiąca, chce się wyprowadzić. Ok, 31 przyjeżdżam, żeby się rozliczyć, odebrać klucze, obejrzeć czy coś jest do naprawy czy odświeżenia. Na miejscu zastaję Laurę, jakiegoś typa (okazuje się, że to jej chłopak) oraz drugiego faceta (nie mam pojęcia jak się nazywał, więc niech będzie dalej facet). W mieszkaniu bałagan, jakieś torby, kartony, walizki. Oczekiwałem raczej pustego mieszkania, ale myślę, że może są w trakcie wynoszenia gratów, nie ma sprawy niech sobie wynoszą, a ja obejrzę mieszkanie, przygotuję wypowiedzenie umowy, sprawdzę i spiszę liczniki.

Okazało się, że Laura znalazła mi kolejnego najemcę, swojego rodaka i on od jutra chce zamieszkać. Właściwie to nie chce zamieszkać tylko będzie mieszkał, a ja mam się cieszyć, że mieszkanie będzie wynajęte. Szkoda tylko, że mnie nie uprzedziła, nigdy nawet nie wspomniała, że może kogoś mi znaleźć. Problem jest taki, że mieszkanie wynająłem od drugiego dnia miesiąca, ludzie podpisali umowę na 2 lata, zapłacili za miesiąc z góry, wpłacili kaucję i przeprowadzają się z dosyć daleka. Wszystko umówione, ustalone, a tu taka niespodzianka.

Mówię jaka jest sytuacja, nie ma możliwości, żeby facet został. Ona tłumaczy, facet się wścieka, zaczyna krzyczeć, machać rękami, nic nie rozumiem. No nie potrafią się dogadać. Ona mu obiecała, a ja mu nie chcę wynająć.

W dużym skrócie i trochę czasu później, facet Laury wymyślił, że ona się właściwie wyprowadziła, w zasadzie to nie ich problem, oni spadają, a ja mam się z typem dogadać, nie ich sprawa, baj, baj umywamy ręce, a wy się bawcie. o.O

Uświadomiłem Laurze, że dopóki nie opuści mieszkania razem z chłopakiem oraz z kolegą zza granicy i jego wszystkimi rzeczami, nie dostanie kaucji. Chłopak wymyślił, że facet zapłaci mi kaucję, a ja Laurze oddam jej kaucję. No super rozwiązanie, tylko, że ja nie podpiszę umowy z tym gościem i nie wezmę od niego kaucji.
Aha.
Pat. Szach i mat. Ślepy zaułek. Koniec świata.

Przyjechali panowie policjanci. Popatrzyli, poczytali, posłuchali i zapadł wyrok: Pani Laura do północy ma prawo przebywać w mieszkaniu. W mieszkaniu mogą przebywać zaproszone przez nią osoby. Do północy nic nie mogą zrobić, a nawet ja do północy na żądanie Laury musiałbym opuścić mieszkanie.

Taka sytuacja.

Czyli czekamy do północy, o północy wszyscy mają opuścić mieszkanie. Laura z chłopakiem, bo skończyła jej się umowa, a facet bo nigdy umowy nie miał. Proste i logiczne.

Rozumiem, że sytuacja dla faceta niewesoła, obcy kraj, dogadać się praktycznie nie można, gratów sporo nazbierał (w PL już mieszkał). Wspólnie z policjantami próbuję rozwiązać problem. Sugeruję znalezienie innego mieszkania. Nie. Może wynajęcie jakiegoś pokoju w hotelu. Nie. W hotelu pracowniczym. Nie. Może pod miastem, bo taniej. Nie.

No i nieoczekiwane zakończenie i rozwiązanie sytuacji w
jednym.

Pan policjant podał dane z paszportu gdzieś do centrali. Minęło z pół godzinki, przyjechało 2 panów w zielonych mundurach z bronią ostrą i zabrało faceta i jego graty. Przebywał w PL nielegalnie, wiza mu się skończyła pół roku wcześniej, więc najprawdopodobniej został deportowany.

W ramach podziękowań Laura stwierdziła, że jestem okropny, bez serca, bez litości i coś tam jeszcze, że miała o mnie inne zdanie. No cóż, pewnie dla niej byłem piekielny...

Wynajem z niespodzianką

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 596 (Głosów: 602)