Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii


Robię duże zakupy w centrum handlowym. Najpierw łaziłem po sklepach, potem zwykłe tygodniowe w supermarkecie. Zostawiłem torby w aucie, ale nic to, wrzucam luzem do koszyka wszystko co kupiłem i wracam do samochodu, otwieram bagażnik i przekładam przedmiot po przedmiocie, układając w odpowiedni sposób w torbach żeby dojechały w całości.

Samochód z tych krótszych, więc cały razem z wózkiem mieszczę się na swoim miejscu parkingowym, zupełnie nie zakłócam przejazdu alejką.

Dojeżdża kobieta i stoi - rozglądam się wokół, żadnego wolnego miejsca, pierwsze jakieś 20 aut dalej od supermarketu. Ta stoi. Cóż, jak lubi, to niech stoi, przepakowuję się dalej.

Dojeżdża samochód, staje za nią, stoi chwilkę i trąbi. Ona wrzuca kierunkowskaz - widać chce wjechać tam, gdzie ja stoję. Gestem pokazuję, że jeszcze nie odjeżdżam, ona dalej stoi. Widać lubi, niech stoi.

Koleś za nią, zaczyna trąbić, za nim kolejne samochody, robi się mały korek. Babka żywiołowo gestykuluje do lusterka.

Skończyłem się przepakowywać, zamykam samochód i idę odprowadzić wózek. Kobieta w tym momencie wyskakuje z samochodu i zaczyna na mnie drzeć ryja, że chyba coś jest ze mną nie w porządku, bo idę odprowadzić wózek, a przecież widzę, że ona czeka. Pokazuję gestem gdzie są wolne miejsca i idę dalej w kierunku wiaty na wózki. Kobieta się na chwilę zapowietrza, a potem odchodzi do swojego auta, rzucając mi przez plecy, że jestem żałosny, bo dla głupiego funta z wózka zmuszam ją do blokowania całej alejki...

No chyba jednak to nie ja jestem żałosny.

supermarket parking

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 475 (479)

#77137

(PW) ·
| Do ulubionych
Bezmyślność rodziców - temat rzeka.

Wyjazdy na kolonie i obozy nieodłącznie wiążą się z uzupełnieniem karty dziecka. W karcie tej jest miejsce na opisanie stanu zdrowia dziecka, najważniejsze - czy na coś choruje, czy ma alergię (na co) i jakie leki przyjmuje.

Karta, kartą - rodzice często nie wpisują nic z roztargnienia lub nie sądzili, że to ważne. Równie często, bo wtedy dziecko by nie zostało przyjęte.

Z doświadczenia zawsze zanim "przejmę" dzieciaki od rodziców, Trzykrotnie pytam - czy wszystko jest w kartach, czy o czymś nie zapomnieli, czy dzieci mają przy sobie jakieś leki.

Tak się złożyło, że w ubiegłe wakacje byłam wychowawcą "polskich" dzieci mieszkających w Niemczech. Nie odbierałam dzieci od rodziców, a przyjechałam prosto na miejsce obozu.

Grupy przydzielone, zapoznaję się z moimi dzieciaczkami grupa 6-8 lat. Po przeglądnięciu kart - wiem wszystko:
- Ania, Kasia, Kacper przynieście wasze leki, Grześ twoje mama dała kierownikowi transportu, już je mam u siebie.

Standardowa formułka:
- Czy ktoś z was ma jeszcze ze sobą jakieś leki, tabletki np. przeciwbólowe?
- Nie.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Nikt, nic?
- Nie proszę pani.

Oczywiście na drugi dzień, gdy byłam w pokoju chłopców, zobaczyłam przy łóżku jednego z nich syrop:
- Mama dała, jakby mnie brzuszek bolał.
- No ale czemu nie oddałeś jak się pytałam o leki?
- Zapomniałem.

Dnia 2, 3 powtórka z rozrywki "Czy macie jeszcze przy sobie jakieś leki, tabletki, syropki czy cokolwiek innego?".
Jednogłośnie zaprzeczenie. Ok, sprawę uznaję za zamkniętą.

Dnia 4 Franiu zgubił portfel. No to szukamy razem z Franiem portfela w jego rzeczach. Nagle spośród rzeczy, wypada papierowa torebka/koperta, trochę była już rozdarta, więc mogłam zauważyć zawartość, która przypominała opakowanie od lekarstwa.
- Franiu co to jest? - Franio wzrusza ramionami - Nie wiem.
Ok, to patrzę do środka, jak byk leki. Nazwa mi nic nie mówi, więc otwieram aby wyciągnąć ulotkę, a z ulotką wypada strzykawka jak się okazało z adrenaliną.

Rozrywam całkiem papierową torebkę, w środku drugie opakowanie leku i list. A w liście kochana mamusia pisze, że to adrenalina dla Frania, bo Franiu jest uczulony na wszystkie orzechy, sezam i jajka. Reakcja alergiczna jest na tyle ostra, że bez adrenaliny ani rusz.

Myślę sobie, niemożliwe abym coś takiego przegapiła w karcie. Idę do kierownika, chcę kartę dzieciaka, mówię mu co właśnie znalazłam. I pytam czy może przy autobusie mama Frania cokolwiek wspomniała, ano nie. W karcie również przy podpunkcie alergie: "brak".

No do cholery, co za głupia matka daje 6! latkowi adrenalinę i nie informuje wychowawców, że dziecko jest uczulone na coś, co praktycznie wszędzie można zjeść. Po prostu za cud uważam te 4 dni. Na szczęście dzieciak nie pamiętał aby o tym wspomnieć, ale chociaż pamiętał czego nie jeść.

Telefon do matki - co jak, dlaczego. W skrócie:
- A bo wie pani, zapomniałam, jakoś tak wyszło.
- Chce pani uśmiercić dziecko, proszę to zrobić osobiście, a nie wrabiać osoby trzecie.

Ochłonęłam, wracam do Frania:
- Franiu, jesteś uczulony tak?
- No tak.
- I mamusia dała Ci leki.
- No tak, jak coś zjem i zacznę się dusić to trzeba mi zrobić zastrzyk.
- A jak się pytałam o leki, to czemu nic nie powiedziałeś?
- Bo to nie syropek ani tabletki.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 470 (474)

#81580

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja miała miejsce w mojej dawnej szkole i dotyczy nauczycielki chemii.

Istotnym dla historii jest, że kobieta ta nie mieszkała w miejscowości, w której znajdowała się szkoła oraz opiekowała się osobą, z którą trzeba spędzać czas 24/7.
W związku z taką sytuacją poprosiła, żeby wszystkie lekcje jakie miała prowadzić odbywały się w dwa dni. Dyrektor się zgodził, sytuacja taka trwała kilka lat. Wszyscy byli zadowoleni... Do czasu zmiany dyrektora.

Nowy dyrektor ułożył/kazał ułożyć plan tak, żeby lekcje chemii odbywały się w ciągu pięciu dni po dwie - trzy godziny dziennie. Nauczycielka poszła do niego i poprosiła o zmianę, jednak się nie zgodził. Nie mając większego wyboru, złożyła wypowiedzenie.

Szukano zastępstwa i dość szybko je znaleziono. Nowa nauczycielka również nie mieszkała w mieście, w którym znajdowała się szkoła i nie byłaby w stanie przyjeżdżać codziennie, szczególnie że uczyła jeszcze w innej szkole.

Dyrektor postawiony przed takimi faktami... zmienił plan tak, że wszystkie lekcje chemii odbywały się w ciągu dwóch dni.

dyrektor

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 233 (235)

#76400

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
O tym, jak uprzykrzyć komuś życie do kwadratu. Studiuję, mieszkam sama w malusieńkiej kawalerce na poddaszu w dość starym bloku. Sąsiadów raczej nie widuję, poza jednym wyjątkowym przypadkiem. Panią Jadzią, emerytką. Pani Jadzia mieszka dokładnie pod moim mieszkankiem. I ma wyjątkowo piekielny charakter. Skąd to wiem? O tym cała ta historia.

Pominę już praktycznie codzienne (i to nie po ciszy nocnej, tylko o jakiejkolwiek godzinie) pukanie, a raczej łupanie w moje drzwi bo:
a) Za głośno chodzę.
b) Za głośno gadam.
c) Na pewno chleję/biorę narkotyki.
Jednak ostatnio sąsiadeczka przeszła samą siebie.

Niedzielny wieczór, godzina 23. Pukanie do drzwi. Wstaję od komputera, podchodzę do judasza i zerkam. Policja. I gdzieś z tyłu Pani Jadzia. Zaskoczona otwieram drzwi. Dowiaduję się, że jest u mnie głośna impreza, a obowiązuje już cisza nocna. Odpowiadam zdziwiona, że przecież nic takiego się nie dzieje. Policjanci, generalnie chyba trochę poirytowani, chcą się rozejrzeć i upewnić. No ok. Wpuszczam ich.

I w tym momencie podbiega do drzwi Jadzia, chcąc również wparować mi do domu. Zastępuję jej drogę. Policjanci, którzy dopiero co przekroczyli próg odwracają się do Jadzi i mnie zdziwieni. Mówię do babska, że ona nie ma prawa do mieszkania mi wchodzić, na co ta, po nabraniu oddechu, drze się, że ona POLICJANTOM POKAŻE, GDZIE JA CHOWAM TEN NIELEGALNY ALKOHOL I NARKOTYKI! Panowie mundurowi spojrzeli się to na mnie, to na nią i zapytali o co chodzi. Jadzia wciąż w drzwiach zaczęła wywód, że to oczywiste, iż robię alkohol i narkotyki w mieszkaniu, bo przecież STUDIUJĘ CHEMIĘ, a tam "same takie dilery!".

Panowie kazali Paniusi natychmiast przestać pakować mi się do mieszkania, grożąc mandatem. Dokonali szybkich oględzin na jedyny pokój i łazienkę znajdujące się w moim lokum, i stwierdzili, że imprezy faktycznie nie ma. Podziękowali, wyszli...

...I wlepili Jadzi mandat, tylko, że za niesłuszne wezwanie. Happy end? No jeszcze nie.

Poniedziałek. Wychodzę na zajęcia. W połowie drogi do windy zza rogu wyskakuje Jadzia. Z kwitkiem w łapie. Czego chce? Ano, żebym jako WSPÓŁWINNA pokryła połowę kosztu mandatu. Szczęka mi opadła, serio. Stwierdziłam krótko, że to jej mandat, nie mój, i w towarzystwie wiązanki pań lekkich obyczajów ulotniłam się do windy.

Na razie dzień w dzień kilka razy dobija mi się do drzwi. Nie otwieram. Jutro wracam do domu na święta. I liczę, że w tę gwiazdkę stanie się cud, który te babsko zmieni. Albo to chyba ja zacznę wzywać policję.

Mieszkanie policja

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 457 (461)

#73526

(PW) ·
| Do ulubionych
Siedziałam w poczekalni kliniki okulistycznej i chcąc nie chcąc słyszałam głośną rozmowę pomiędzy pacjentką, a panią z rejestracji.

[pacjentka podeszła do rejestracji i coś pomruczała]
- Ale pani miała termin operacji wyznaczony na miesiąc temu!
- No tak, ale potem przez jakiś czas trzeba na siebie uważać, pomyślałam, że to bez sensu tak przed wakacjami, na działkę nie mogłabym jeździć.
- Ale dlaczego pani nie zadzwoniła, nie poinformowała nas, nie poprosiła o zmianę terminu?
- A bo pomyślałam, że to się da przesunąć.
- Teraz już nic nie możemy zrobić. Dzwoniliśmy nawet do pani, żeby zapytać, dlaczego pani się nie pojawiła, to operacja na NFZ, jak zabieg się nie odbędzie, musimy się tłumaczyć...
- Bo wie pani, ja rzadko w domu bywam, a komórkę podałam córki. To na kiedy mogę przełożyć?
- Kierownictwo ma taką zasadę, że jeśli ktoś się nie stawi na zaplanowany zabieg, spada na koniec kolejki, najwcześniej początek 2018 r.
- A nie dałoby się wcześniej? Bo wie Pani, mi to już bardzo przeszkadza, ledwo co widzę...

Wyszłam, finału nie słyszałam. A potem dziwimy się, że do lekarzy są takie kolejki...

pacjenci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 447 (451)

#79282

(PW) ·
| Do ulubionych
Bydgoszcz, skrzyżowanie ul. Sieńki z ul. Ogińskiego. Scieżką dla rowerzystów kroczą dumnie dwie kobiety, jedna z nich pcha przed sobą dziecięcy wózek.

W pewnym momencie dobiega z niego płacz małego obywatela. Kobiety zatrzymują się, nachylają nad wózkiem (będąc cały czas na ścieżce) i przez jakiś czas słychać tylko coś w ten deseń: "Ziobać cio mam dla pępuszka, misiulek, pępulek, dzidziunia, aj ti, ti, cio chciała rybulka, pusiek oklusiek, bobasek pultasek (...)" Serio.

W międzyczasie na horyzoncie namalowało się trzech rowerzystów, jadących od strony ul. Powstańców Wielkopolskich. Stojąc przy przejściu dla pieszych, znajdowałam się od nich dalej niż bohaterki historii, ale doskonale słyszałam, jak wołają do pań, prosząc o przejście na chodnik.

Kobiety podniosły głowy do góry, obrzuciły panów spojrzeniem, ale pozycji nie zmieniły ani o krok. Mężczyźni musieli chwilowo wjechać na chodnik, który na szczęście był prawie pusty. Jeden z nich znacząco popukał się w czoło, drugi pokazał im środkowy palec. Kiedy już przejechali, między paniami wywiązał się następujący dialog:

- Gnoje niewychowane! W dupę niech sobie ten palec włoży, pe*ał!
- No po*eby, ślepe, że z dzieckiem idę, ku*wa! Cio mój dziubasku śłodziuśki?

Zmieniło się światło, przeszłam na drugą stronę ulicy, a one dalej stały na tej ścieżce pewnie pępuszkując i ku*wując na zmianę.

Bydzia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (223)

#76935

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu dodałam historię o poszukiwaniu pracy.
Pracę chciałam zmienić głównie z jednego powodu - byłam zatrudniona na umowę zlecenie, a jako już dorosła osoba, która zakończyła uniwersytecką edukację, nie było mi to na rękę z logicznych powodów. Zresztą fajnie by było pójść na urlop, który nie skutkuje jednocześnie o połowę mniejszą wypłatą, bo nie wyrobiłam godzin.

Istotny tu jest fakt, że w umowy podpisywaliśmy na miesiąc, od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Przykładowo w okolicach 1-go bądź 2-go lutego podpisałabym umowę na luty właśnie. Co za tym idzie, mieliśmy układany grafik także na miesiąc.

Przyszedł w końcu ten szczęśliwy w moim życiu moment, że pracę znalazłam. Było to 20-go, umowę oraz grafik miałam do końca miesiąca, jak zawsze. Chciałam być w porządku i nie odchodzić od razu, nowy pracodawca zgodził się też na to, żebym zaczęła 1-go. Tak więc od razu jak otrzymałam list intencyjny, wte pędy mail do kierownika, że z ostatnim dniem tego miesiąca kończę współpracę z w/w względów.

Gównoburza jaka się rozpętała, była po prostu żałosna.
Na początku było zdziwienie, bo "jak to odchodzisz? Przecież Ci nie pozwoliłem!". Potem zaczęło się granie na emocjach, coś w stylu, że przecież w 10 dni nie znajdą pracownika, więc może mogłabym zostać jeszcze kolejny miesiąc? Yhy, na pewno.
Praca nie była wymagająca, więc gdyby szefowie się spięli, to pracownika znaleźliby w 2-3 dni, tym bardziej, że ciągle napływały do nas nowe CV. Wymaganiami były: status studenta i znajomość angielskiego na poziomie komunikatywnym, co w dzisiejszych czasach chyba nikogo nie powinno dziwić.

Potem zaczęło się "straszenie", bo przecież na umowie zlecenie jest miesięczny okres wypowiedzenia, więc mogę odejść 20-go, ale kolejnego miesiąca. Gratuluję w takim razie myślenia i znajomości przepisów. Umowę miałam podpisaną do końca miesiąca, ale szefostwo upierało się, że mimo, iż umowy na kolejny okres nie mam, to i tak muszę zostać. Nie docierało do nich to, że coś takiego nie obowiązuje. Skoro podpisałam umowę przykładowo do 31-go, to moim świętym prawem jest odjeść 31-go. Lamentów i płaczu, że toż to bezprawie, że pracodawcy tak NIE WOLNO zostawiać były na porządku dziennym.

Pewnego dnia w kuchni, szef wyskoczył do mnie z tekstem, że jestem nie fair, by tak z DNIA NA DZIEŃ odchodzić, no kto to widział! Oni się tego po mnie nie spodziewali, no wstyd! Jestem niepoważna i jeżeli ktoś zapyta ich o referencje, to oni wszystko powiedzą, o tym jak ich potraktowałam! Powiedziałam mu wtedy, że jakby zatrudniali jak porządny pracodawca na umowę o pracę, to takich problemów by nie było, bo zawsze byłby w zapasie okres wypowiedzenia. Wzrok jakim zostałam wtedy potraktowana, mógłby spokojnie zabić, uratowało mnie chyba tylko szybkie opuszczenie kuchni.

Do końca mojej pracy, codziennie towarzyszyły mi kąśliwe uwagi na mój temat, bo przecież lepsza praca nie istnieje, na pewno wrócę do nich z płaczem, okaże się, że umowy nie ma, no i ogólnie będę tego żałować do końca życia.

Dla smaczku dodam fakt, jak wyglądało to z drugiej strony. Gdy jakiś pracownik im podpadł, wzywali go do biura i stawiali przed faktem dokonanym: "Jutro nie przychodź do pracy, bo właśnie ją straciłeś". I tacy ludzie wmawiali mi, że to ja jestem jestem niepoważna.

Dobrze, że stamtąd odeszłam.

praca

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 436 (440)

#78446

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu, gdy byłem jeszcze na studiach, zacząłem szukać pracy. Padło na szkoły językowe, przede wszystkim ze względu na elastyczny grafik żeby pogodzić z nauką.

Trafiłem na ogłoszenie pewnej szkoły, która nie miała zbyt dobrej opinii wśród znajomych lektorów, ale wyszedłem z założenia że na początku "kariery" nie będę wybrzydzał. Pojechałem na rozmowę z dziewczyną, której poziom angielskiego do najwyższych nie należał. Zostałem poinformowany, że w weekend odbędzie się szkolenie techniczne czy jakoś tak to nazwała i że przypomną się jeszcze z dokładnymi informacjami.

Nadszedł piątek, czyli dzień w którym szkolenie miało się odbyć. Zadzwonili ok 12, że jednak przełożono szkolenie na inny termin bo jakaś awaria. OK, rozumiem.

Tego samego dnia była impreza w akademiku, na której miał być kolega z roku. Spóźniał się dość długo, więc napisałem czy w ogóle będzie i dostałem odpowiedź ... że jest na szkoleniu ww. szkoły i będzie trochę później.

Rozumiem że można znaleźć lepszego kandydata, nie rozumiem jednak tego, że dorośli ludzie nie są w stanie powiedzieć prawdy. Tego dnia postanowiłem, że już nigdy więcej nie będę miał nic wspólnego z tą szkołą. A oni mój numer zachowali i jeszcze kilka razy zapraszali na rozmowy, nie rozumiejąc dlaczego nie jestem zainteresowany.

białystok

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (219)

#73558

(PW) ·
| Do ulubionych
Padłem dzisiaj z wrażenia, chyba nowy poziom głupoty został osiągnięty
Jadę ja sobie busikiem do naszej pięknej stolicy po jakieś części, za światłami obok chińczyków widzę VW sharana jadącego ok 80km/h zygzakiem, raz po poboczu, raz wychylając się na lewy pas, trochę szybciej, za chwilę 60, potem znowu 90 i tak w kółko.

Jako że nienawidzę pijanych za kierownicą już miałem dzwonić do naszych dzielnych służb mundurowych, gdy VW znowu zwalnia, więc ja myk na lewy pas, patrzę do wnętrza Sharana i opadającą szczęką rozbijam kierownicę.

Kierowca nie był pijany.
Nie rozmawiał przez telefon.
Nie pisał smsa.
Nie grzebał w radiu.
Babeczka karmiła dziecko... w ręku łyżka i słoik, dzieciak w foteliku na TYLNYM siedzeniu!!
Za każdym razem gdy pani odwracała się podać łychę z karmą samochód zaczynał zygzakować...

To już chyba nie piekielność, tylko głupota w czystej postaci..

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 642 (648)

#75711

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana mi dzisiaj przez mojego, piekielnego kumpla.
Bo wychodzi na to, że będzie powtórka.

Kumpel mieszka w małej miejscowości, przy głównej ulicy, idealnie na przeciwko zespołu szkół (Przedszkole, podstawówka, gimnazjum).
Jak to w takich małych miejscowościach i okolicznych wsiach bywa, sporo rodziców przywozi i odbiera swoje pociechy samochodami.
Dla tychże rodziców zrobiony jest parking, mniej więcej ok 40m od wejścia.
Większość z niego korzysta i jest wszystko cacy.

Co ważne przed domem kumpel ma trawnik, ot pasek trawy długości 20 metrów i szerokości może 1,5m. Między drogą, a trawą jest chodnik z kostki, o szerokości 1m.
Trawnik jest odgrodzony od chodnika wysokim krawężnikiem.
Część rodziców "wysadzając" swoje pociechy z samochodów przystaje na tym chodniku, ale trafiła się pewna zawzięta pani, która regularnie pakowała się swoim Volvo kumplowi na trawnik, potrafiła kołem przejechać po całej długości. Kumpla szlag trafiał, bo trawnik miał wówczas świeżo założony, więc taki przejazd zostawiał głęboką błotnistą koleinę.
Zwracał kobiecie kilka razy uwagę i prosił o nie wjeżdżanie na trawnik. Niestety nic to nie dawało.

Po którejś awanturze z babsztylem, wygrzebał więc z czeluści garażu plastikowe pachołki, takie jakich używają drogowcy, biało pomarańczowe. Porozstawiał je wzdłuż trawnika i liczył że będzie spokój.
Niestety, pachołki zostawały regularnie przepychane zderzakiem tegoż Volvo.
I tutaj uruchomiła się piekielność kumpla.

Użył pachołków jako form, namieszał betoniarkę i odlał sobie słupki, z betonu...
Słupki pomalował na biało pomarańczowo, w beton były zalane rurki, tak żeby słupek wbić w ziemię.
Zainstalował słupki i długo czekać nie musiał. Kobieta przyrąbała zdrowo w taki słupek kasując przód samochodu. Pomogło.

Kumpel opowiedział mi tą historię dzisiaj, bo pomagałem mu wygrzebać betonowe słupki z garażu. Znowu jakaś cholera wjeżdża w trawnik.
Słupki postawione, kamera ustawiona, czekamy :D

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 640 (646)