Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#72439

(PW) ·
| Do ulubionych
Co się odwlecze to nie uciecze. Czyli jak być piekielnym dla samego siebie.

Bohatera nazwijmy Paweł. Jak wiedzą niektórzy, są sprytne, nielegalne sposoby na obniżenie rachunków za media. Ale to nie dla Pawła. On zrobi to legalnie. Tak więc konsekwentnie przez 10 lat gdy nadchodzi czas odczytu, Pawła nie ma w domu. Pracownik zostawia karteczkę. Zatem Paweł sam dzwoni do firmy i podaje stan licznika. W ten oto sposób płaci za zużycie 2-3 jednostek na rok. Znikome opłaty. Wszystko działa dopóki nie nadchodzi czas wymiany liczydła. Stan spisany i udokumentowany zdjęciem przez montera wynosi 1478 jednostek. Tak więc Paweł musi zapłacić fakturę, ponad 15 tys. za zużycie, policzone po obecnej cenie - po kilkakrotnych podwyżkach w przeciągu tych 10 lat.

Ku przestrodze.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 449 (Głosów: 455)

#72939

(PW) ·
| Do ulubionych
O handlu samochodami używanymi można napisać pół biblioteki. Dorzucę więc i swój rozdzialik, czyli sagę o kłamstwie i kompletnym braku szacunku dla czyjegoś czasu.

Młody, czyli mój braciszek, rozliczył się po rozwodzie z obywatelką małżonką i postanowił podarować sobie odrobinę luksusu, w postaci auta o jakim marzył. A co ma się kawaler z odzysku ograniczać.

Jako, że w rodzinie robię za motoryzacyjnego guru, toteż braciak zwrócił się o pomoc do mnie. Wóz nieczęsto spotykany, o sporej jak na używkę wartości.

Auto, do którego Młody się zapalił, znaleźliśmy we firmie, mającej w nazwie "SALON samochodów używanych", a na stronie co rusz hasła "pojazdy sprawdzone", "gwarancja sprzedającego", "zaufanie" itepe itede. Fakt, wszystko wyglądało dobrze, samochód na zdjęciach także.
Odległość od naszego miasta około 300 km.

Z wykonanego telefonu wynikało, iż auto sprawdzone, prześwietlone, nie miało kolizji. Prosiłem mego interlokutora o dokładny opis wszelkich mankamentów, ponieważ sześćset kilometrów w obie strony to cały dzień w łeb. "Nie, zapewniam, wszystko gra i buczy".

Jedziemy.

Kupując auto, najpierw uskuteczniam przejażdżkę, później przyglądam dokładnie z zewnątrz.

Po pięciu minutach zacząłem się gotować. Cztery tryby jazdy - auto nie zmienia ustawień, obojętnie, który włączyć. Skrzynia (dwusprzęgłowa), redukuje jak automat w starym vito. Siła hamowania kompletnie nie dozowalna.

Wróciliśmy do "salonu". Oględziny od zewnątrz. Szyby - przednia wymieniana. Jedna felga spawana i absolutny hit - trzy zaciski hamulców ceramicznych, jeden zwykłych, stalowych.

Słychać mnie było chyba w promieniu stu metrów, a klątwy zawstydziłyby chyba pijanego grabarza.

Czy pieprzony handlowiec sądzi, iż po auto o naprawdę sporej wartości, przyjedzie tak kompletny dyletant, że nie zauważy mankamentów? Że samemu się nie znając, nie weźmie mechanika lub nie sprawdzi auta w warsztacie / serwisie?

Człowiek czasem ma ochotę wyjść z siebie i stanąć obok.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 446 (Głosów: 452)

#77089

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem hodowcą kóz :) Wiem, że te zwierzęta często wzbudzają zainteresowanie i wiele osób po prostu, kiedy je widzi, chce podejść bliżej i je pogłaskać. Czasami na to pozwalam, a czasami nie. Sytuacje z rodzaju "mój pies nie gryzie" zdarzają się niestety dosyć często, ale zazwyczaj w odpowiednim momencie udaje mi się zawrócić delikwentów z ich psem/psami. Nie zawsze jednak moje prośby skutkują...

Dla jasności dodam krótki opis miejsc, w których wydarzyła się historia. Łąką z trzech stron otoczona jest przez pola, a z jednej strony granicę wyznacza polna droga. Droga niezbyt często używana przez pieszych, ale chodzą nią zarówno miejscowi, jak i przyjezdni, bo widoki bardzo ładne, a do tego niedaleko agroturystyk. Wiosną i latem korzystamy z pastucha, bo kozy pasą się tylko w dolnej części łąki, z daleka od drogi. Jesienią puszczam je luzem po całości i robię za pastuszka :)

To było jakoś pod koniec ostatniego października. Pogoda ładna, kozy pasą się leniwie, a ja chodzę za nimi. Dodam, że wtedy z nimi był kozioł o jakże wdzięcznym imieniu Ojciec Wszystkich Dzieci ;) Zazwyczaj jest on wypasany w okolicach domu, ale październik to czas rujek, więc na łąkę wychodzi z przyszłymi matkami.

Stoję w gumowcach, przeglądam Facebooka i sprawdzam, czy kozy nie mają głupich pomysłów typu "chodźmy do sąsiada". Kątem oka zauważam gdzieś daleko na drodze ludzi z psem. Z odległości nie widziałam, czy był uwiązany, czy po prostu blisko się ich trzymał, ale spędziłam kozy trochę niżej. Para z psem też mnie zauważyła, wołają psa i idą dalej. Kiedy byli na mojej wysokości, zamiast dalej iść prosto, to postanowili pooglądać kozy z bliska. Tylko, że pies średnich rozmiarów był jednak bez smyczy.

- Przepraszam - wołam do nich. - Możecie uwiązać psa?
- On nie gryzie! - odkrzykuje mi babka. Pies zaczyna kręcić podekscytowane kółka, bo złapał zapach kóz.
- Nie chodzi tylko o gryzienie, ale kozy mogą się spłoszyć.
- On nic nie robi! - babka się oburzyła, a facet jej przytakuje.

Wysyłam Ojca Wszystkich Dzieci jeszcze niżej, kozy podążają za nim, a ja idę w kierunku pary. Jestem jakieś pięć metrów od nich.

- Zapnijcie psa na smycz!
- No ale on nie jest groźny! Maksiu jest bardzo grzeczny, chcemy zobaczyć kózki z bliska.
- A ch*** mnie to... - zaczynam już poddenerwowana, ale przerywa mi Maksiu, który prawie mnie przewraca, kiedy rzuca się na kozy. A ja się rzucam za nim, para próbuje go przywołać, ale jakoś nieszczególnie robi to na nim wrażenie.

Maksiu jednak szybko się zatrzymał (a raczej został zatrzymany) i nie dane było mu zatopić ząbków w świeżej kozinie. Spotkał się z po prostu z rogami. I wbrew moim oczekiwaniom, to nie kozioł rzucił się na ratunek swoim żonom, ale Luśka. No tak, Luśka. Kupiłam ją jako roczną kozę, która pałała szczególną nienawiścią do psów. Trochę mi zeszło nauczenie jej, żeby nie rzucała się na każdego psa, którego ma w zasięgu wzroku. Dodam, że kiedy ją kupiłam, zupełnie, o tym problemie nie wiedziałam, bo poprzedni właściciel nie raczył mnie o tym poinformować. Dowiedziałam się w najgorszy możliwy sposób - Luśka zauważyła naszego Pimpka wielkości spasionego kota i rzuciła się do ataku, dosyć mocno go turbując. Ale po trzech latach u nas teoretycznie agresji w stosunku do psów już nie pokazywała.

W chwili ataku przez Maksia obudziła się w niej jednak nutka nienawiści i po prostu zaczęła go okładać. A wkurzona koza ze sporymi rogami potrafi być niebezpieczna. Pies po pierwszym uderzeniu padł w szoku i nawet nie za bardzo się bronił. Zanim zdążyłam odciągnąć Luśkę, to skomlał, jakby go oskórowali.

Parka dopadła do psa, który dalej leżał na ziemi i oczywiście zaczęli się wydzierać, bo jak wiadomo - to oczywiście moja wina. Stado się w tym ogólnym harmidrze trochę rozbiegło, zrobiło się zamieszanie. Ojciec Wszystkich Dzieci poczuł się chyba w końcu do roli obrońcy i jeszcze sprzedał bęcka w bok pochylonemu nad psem facetowi. Facet odskoczył od Maksia (chyba go lekko zamroczyło), przerażony pies odzyskał siłę w nogach i po prostu uciekł, a ja się dowiedziałam od biegnącej za psem pary, że jestem co najmniej szalona, co Luśka skomentowała krótkim "meee". A wystarczyło trzymać psa na smyczy...

na wsi

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 442 (Głosów: 448)

#75099

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika laborantki.
Uwaga, będzie trochę niesmacznie.

Tak, zdaję sobie sprawę, że słoiczki na badania moczu nie są zbyt szczelne, że trudno je prosto zakręcić i koszmarnie ciekną w transporcie, dlatego nigdy nie narzekam, jeśli komuś się rozchlapie, ale też stykając się z tym kilka/naście razy dziennie naprawdę wiem co zrobić i takie, a nie inne polecenia wydaję bynajmniej nie dla zabawy.

Przychodzi [P]an w średnim wieku, wyciąga pudełko z siatki foliowej, w siatce potop, z pudełka leci ciurkiem.
Ja - Poproszę ten słoiczek nad zlew, bo widzę, że pociekło.
P - Ale ja mam nieopisany. (Wyciąga rękę ze słoikiem w moją stronę)
J - Dobrze, zaraz się tym zajmiemy, ale na razie proszę postawić na zlew, bo cieknie na podłogę. (Zlew na wyciągniecie ręki).
P - Ale ja mam nieopisany! (Podaje mi jeszcze bliżej, odsuwam się, żeby nie zostać oblana - siedzę twarzą w twarz z pacjentem, nie mam przed sobą biurka itd).
J - Proszę odstawić, ja podpiszę. (Nieco głośniej i wyraźniej; może niedosłyszy, może zestresowany, że zaraz będzie miał pobieraną krew nie do końca "kontaktuje").
P - Ale ja mam NIEOPISANY! (Podepchnął mi gwałtownie pod nos, nie przesadzam, 20-30cm od twarzy, zawartość ciur ciur ciur na moje spodnie.

No nie ukrywam, poziomy mojej cierpliwości gwałtownie się zmniejszyły.
J - (stanowczo, wskazując kierunek otwartą dłonią) Proszę odstawić słoik na zlew. Cieknie i właśnie mnie pan oblał.
P - Toż mówię pani, że nieoznaczony mam.
Co pani taka drażliwa, wielka mi afera!
J - A pan lubi być oblany czyimś moczem?
P - Jak się pani brzydzi, to nie powinna pani tu pracować!

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 588 (Głosów: 596)

#72997

(PW) ·
| Do ulubionych
Urodziny czterolatka. Zamówiona salka w dziecięcej „bawialni”, zaproszone koleżanki i koledzy z przedszkola, super tort ze Spidermanem. Ekscytacja do granic wytrzymałości.

No właśnie, tort. Co usłyszała mama jubilata, gdy przed imprezą zjawiła się po odbiór tortu w cukierni Blikle na warszawskich Kabatach?

„NIE ZROBILIŚMY PANI ZAMÓWIENIA. MOŻE BYĆ NA POJUTRZE”.

Kurtyna.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 576 (Głosów: 584)

#71219

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj byłam wkurzona, teraz już została lekka irytacja i chwilami pojawia się śmiech na wspomnienie wczorajszego dnia - czemu? Wyjaśnienia poniżej.

Od początku mojej kariery zawodowej związana jestem z jedną branżą, w tym roku minie już 11 lat pracy. W mojej branży zajmowałam się wieloma kwestiami i zajmowałam różne stanowiska, więc znam ją niemal z każdej strony. Najbliższy jest mi dział sprzedaży, ale nie mam tu na myśli call center, tylko prawdziwy, profesjonalny dział odpowiadający za budowanie zaufania i długofalowej relacji z klientem, negocjacje, rozmowy z osobami zajmującymi wysokie stanowiska w firmach itp. kwestie.

Od kilku ładnych lat pracuję w tej samej firmie, no ale coby się zbytnio nie zasiedzieć i sprawdzić co się na rynku obecnie dzieje, postanowiłam porozglądać się za alternatywami.

Jedna z większych firm z mojej branży wystawiła ogłoszenie rekrutacyjne. Dział sprzedaży - o, czyli coś, co znam i lubię, zakres obowiązków, który był w ogłoszeniu mam w małym paluszku, napisali, że oferują atrakcyjne wynagrodzenie i ogólnie praca u nich to cud, miód i orzeszki... No to aplikujemy ;) Wysyłając CV zaznaczyłam jakie "widełki" zarobków mnie interesują i jaka forma podjęcia współpracy, tj. umowa o pracę. Wychodzę z założenia, że lepiej takie rzeczy zaznaczyć, żeby szanować swój czas, jak i osób prowadzących rekrutację.

Firma odezwała się szybko, umówiłam się na rozmowę... Wczoraj się odbyła i co? I kupa...

Pominę kwestie braku przygotowania się do prowadzenia procesu rekrutacji, praktycznie rzecz biorąc to ja kontrolowałam rozmowę, a tak nie powinno być. Dziewczyny, które ze mną rozmawiały stresowały się bardziej niż ja - skąd to wiem? Obie były czerwone od twarzy po szyję i chwilami gubiły wątek, plątały się przy zadawaniu pytań itp.

W pewnym momencie aż musiałam spojrzeć na logo wiszące na ścianie i upewnić się, czy aby na pewno jestem na rozmowie w firmie tak uznanej na rynku... Niestety logo wisiało i biło po oczach :/

OK, przechodząc do najważniejszych kwestii, tj. warunków współpracy - po lekkim przyciśnięciu dziewczyn, z którymi miałam rozmowę, dowiedziałam się co oferują:

- 1500 zł na rękę, umowa o dzieło lub własna działalność i prowizję od sprzedaży w oszałamiającej kwocie 1,5% przy wypracowaniu zysku powyżej 15 tys. zł/mc - wychodzi około 250 zł brutto przy zrobieniu wyniku sprzedażowego na naprawdę wysokim poziomie miesięcznym, po przekroczeniu 30 tys. zł zysku/mc procent wzrasta do astronomicznych 3%. Znam branżę i wiem, że tak dobry wynik można zrobić dwa, góra trzy razy w roku.. Moja twarz zachowała kamienny wyraz, ale w mojej głowie już zaczął się proces szukania jak najszybszej drogi ucieczki...

- Urlop? Jest, oczywiście, nie ma problemu, żeby wziąć... Ale oczywiście niepłatny. Choroba? No zdarza się, ale nie, nie płacimy za ten czas...

Padłam, po chwili oszołomienia zastanawiałam się, czy jestem w ukrytej kamerze lub może to po prostu kiepski żart?

Aplikując zaznaczyłam, że kwota jaka mnie interesuje to 2500 zł - 3000 zł netto podstawy plus umowa o pracę.

Spytałam wprost:

Ja: Czytały panie moją aplikację?
Pani nr1: No tak, ma pani wspaniałe doświadczenie, bardzo by nam się taka osoba przydała.
Ja: Skoro panie czytały, to widziały panie zapewne również moje oczekiwania co do zatrudnienia?
Pani nr 2: No tak...
Ja: Ponawiam więc pytanie. Czemu panie zaprosiły mnie na rozmowę?

Uwaga, uwaga odpowiedź zwala z nóg...

Pani nr1: No bo jesteśmy dużą firmą, zdobywającą nagrody i zajmującą wysokie miejsce w rankingach. Praca u nas to prestiż.
Ja: Ale panie proponują mi o połowę mniej niż obecnie zarabiam, a w systemie prowizyjnym, na którym obecnie jestem, mam kilkanaście procent więcej od zysku. Z całym szacunkiem, ale prestiżem tej dziury w zarobkach nie załatam...

Podziękowałam i nie omieszkałam wspomnieć, że panie zmarnowały nie tylko mój, ale również i swój czas.

Nie ogarniam tego, czy one naprawdę myślały, że osoba z ponad 10-letnim doświadczeniem zgodzi się na takie warunki, ze względu na hmm... prestiż?

Rozumiem, że student by się na to złapał, bo firma fajnie by w CV wyglądała, ale ja mam już 30 na karku i pewien poziom zarobków, na który pracowałam ładnych kilka lat.

I jeszcze to ich ogłoszenie rekrutacyjne - atrakcyjne wynagrodzenie... Ciekawe, cholercia, dla kogo jest ono atrakcyjne? Chyba tylko dla firmy, która takie proponuje.

praca

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 431 (Głosów: 437)

#70331

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej pracy istnieje coś takiego jak kontrola.
Polega na tym, że człowiek od nas z firmy, do tego przeszkolony sprawdza stan kasy, zgodność ilości towaru z systemem, ale też porządek, ubiór pracowników... Ogólnie sprawdzić ma prawo wszystko, od tego czy zgadza się ilość kubeczków gadżetowych po aktualność plakatów na ścianach albo ważność gaśnic.

Kontrola, jako że przeprowadzana przez naszą firmę, nie musi być zapowiedziana. Po prostu wchodzi sobie facet, legitymuje się - pracownik zgłasza fakt gdzie trzeba i zaczyna się jazda.
Zdarza się, że kontrola sprawdzi tylko stan kasy i jeśli wszystko jest ok, to odpuszcza. Ale często jest tak, że patrzy dosłownie na pierdoły.
Wynik końcowy dostaje bezpośredni przełożony i dyrektor, razem z informacją co było źle w razie jeśli było.

Ostatnio dziewczyna dostała wynik kontroli negatywny, a kontroler nie ujął w raporcie przyczyny. Wiadomo jaki to generuje stres.
Po wyjaśnieniu okazało się że... brakło dwóch firmowych długopisów (tak, takich z nazwą firmy REKLAMOWYCH które leżą na biurku). Kontrolera nie interesował fakt, że może po prostu klient zabrał przy podpisywaniu umowy, a pracownik nie zauważył i nie odznaczył - co każdemu chyba się zdarza, z rozpędu schować do torby.
Najgorsze w tym jest to, że zasady w firmie mówią jasno - dwie negatywne kontrole i pogadasz sobie z kimś "wyżej" o swoim losie w firmie.

Żałosne, że w takim przypadku u dziewczyny pojawił się brak w kasie do uzupełnienia z własnej kieszeni, na zawrotną kwotę 28 groszy za zaginione długopisy.

Praca

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 425 (Głosów: 431)

#77632

~Jakubek ·
| Do ulubionych
Krótko zwięźle i na temat. Kto był piekielny, ocenicie sami.

Jechałem wraz z narzeczoną, jej siostrą i szwagrem na imprezę. Ja kierowałem. A jako kierowca wymagam od pasażerów dwóch rzeczy. By mnie nie rozpraszali podczas jazdy oraz, by zapinali pasy. Mogą rozmawiać, jeść, pić, spać, robić dosłownie wszystko, byleby przestrzegali tych 2 zasad.

Jechaliśmy przez teren niezabudowany. Jakieś nieużytki, krzaki. W pewnym momencie na drogę wyskoczył dzik. Hamulec do końca, nawet ręczny poszedł w ruch. Poczekałem chwilę, rozglądam się czy coś jeszcze nie ma zamiaru niespodziewanie wtargnąć na drogę. Przy okazji pytam się pasażerów, czy nikomu nic się nie stało. Dwie odpowiedzi twierdzące, jedna przecząca. Szwagier był niezapięty i przygrzmocił twarzą w stelaż od zagłówka przed sobą. Złamał nos.

Tak więc zamiast na imprezę, pojechaliśmy na SOR. A tam dowiedziałem się od przyszłej szwagierki i jej męża, że to moja wina. Że jej ukochany ma twarz jak po zderzeniu ze ścianą. Myślałem, że ich śmiechem zabiję. Dosłownie. Dodała jeszcze, żebym się nauczył jeździć, bo kto to pomyślał, żeby tak nagle hamować na pustej drodze. No cóż, miałem do wyboru. Dać buta w hamulec albo przygrzmocić w 150kg dzika. Wybór dla mnie oczywisty. Jak widać nie dla wszystkich.

Dlaczego o tym piszę? Bo 3 dni temu nas odwiedzili. I nie omieszkali wygarnąć, że przez moją "brawurową jazdę", mój przyszły szwagier ma oszpeconą do końca życia twarz.

Cóż, za głupotę się płaci...

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 277 (Głosów: 281)

#70482

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygoda kolegi, też listonosza.
Kowalski złożył skargę. Nie dostaje ani awiz ani listów. Nic.
Po wyjaśnieniu z kolegą Jankiem, skarga odrzucona.
Jakiś czas później Janek wrzuca listy do skrzynki. Wchodzi Kowalski, otwiera skrzynkę, wyjmuje całą garścią zawartość (głównie ulotki, gazetki sklepów itp.) i rzuca na skrzynkę.
- Hola hola Kowalski, a nie przejrzy pan?
Po czym Janek bierze cały stosik makulatury i spomiędzy wyciąga korespondencję do Kowalskiego.

Tak. Gość nie przeglądał tego co ma w skrzynce tylko od razu wyrzucał. A potem złożył skargę na listonosza, że ten nie doręcza mu korespondencji.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 538 (Głosów: 546)

#72028

(PW) ·
| Do ulubionych
Od długiego czasu czekam na realizację zmówienia internetowego z pomarańczowej sieci (upłynął już regulaminowy termin na dostarczenie przesyłki). Pominę opis całej batalii z konsultantami, którzy mieli wszystko załatwić i nie załatwili, którzy mieli do mnie oddzwonić i nie oddzwonili ani razu, a także przełączanie od jednej niekompetentnej osoby do drugiej i zasłanianie się tekstem "Ja nie odpowiadam za fizyczną wysyłkę" (pomimo moich wielokrotnych próśb, aby z kimś "odpowiedzialnym fizycznie" mnie połączono).

Jednak to, co dzisiaj usłyszałam od [K]onsultantki, to już apogeum bezczelności i robienia z klienta debila.

K: Przesyłka została już dawno wydana firmie kurierskiej i to po ich stronie leży wina za niedostarczenie.

Zdziwiło mnie to, bo jeśli kurier zabrał paczkę, to powinnam jak zawsze otrzymać potwierdzenie tego zdarzenia smsem i na maila, no ale może? Może coś nie halo z systemem?

Ja: Dobrze, poproszę w takim razie nr listu przewozowego.

K: Takiego numeru nie ma, kurier zabrał paczkę nie nadając jej numeru.

Ludzie, serio? Czy brzmię jak kompletna kretynka, która uwierzy, że kurier zabrał towar za ponad 3000 zł i nie wystawił listu przewozowego, tym samym nie dając żadnego potwierdzenia swojej wizyty? Tak po prosu wziął paczkę i sobie poszedł?

Ręce, szczęka... wszystko opada.

call_center

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 398 (Głosów: 404)