Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#72997

(PW) ·
| Do ulubionych
Urodziny czterolatka. Zamówiona salka w dziecięcej „bawialni”, zaproszone koleżanki i koledzy z przedszkola, super tort ze Spidermanem. Ekscytacja do granic wytrzymałości.

No właśnie, tort. Co usłyszała mama jubilata, gdy przed imprezą zjawiła się po odbiór tortu w cukierni Blikle na warszawskich Kabatach?

„NIE ZROBILIŚMY PANI ZAMÓWIENIA. MOŻE BYĆ NA POJUTRZE”.

Kurtyna.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 582 (Głosów: 590)

#71219

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj byłam wkurzona, teraz już została lekka irytacja i chwilami pojawia się śmiech na wspomnienie wczorajszego dnia - czemu? Wyjaśnienia poniżej.

Od początku mojej kariery zawodowej związana jestem z jedną branżą, w tym roku minie już 11 lat pracy. W mojej branży zajmowałam się wieloma kwestiami i zajmowałam różne stanowiska, więc znam ją niemal z każdej strony. Najbliższy jest mi dział sprzedaży, ale nie mam tu na myśli call center, tylko prawdziwy, profesjonalny dział odpowiadający za budowanie zaufania i długofalowej relacji z klientem, negocjacje, rozmowy z osobami zajmującymi wysokie stanowiska w firmach itp. kwestie.

Od kilku ładnych lat pracuję w tej samej firmie, no ale coby się zbytnio nie zasiedzieć i sprawdzić co się na rynku obecnie dzieje, postanowiłam porozglądać się za alternatywami.

Jedna z większych firm z mojej branży wystawiła ogłoszenie rekrutacyjne. Dział sprzedaży - o, czyli coś, co znam i lubię, zakres obowiązków, który był w ogłoszeniu mam w małym paluszku, napisali, że oferują atrakcyjne wynagrodzenie i ogólnie praca u nich to cud, miód i orzeszki... No to aplikujemy ;) Wysyłając CV zaznaczyłam jakie "widełki" zarobków mnie interesują i jaka forma podjęcia współpracy, tj. umowa o pracę. Wychodzę z założenia, że lepiej takie rzeczy zaznaczyć, żeby szanować swój czas, jak i osób prowadzących rekrutację.

Firma odezwała się szybko, umówiłam się na rozmowę... Wczoraj się odbyła i co? I kupa...

Pominę kwestie braku przygotowania się do prowadzenia procesu rekrutacji, praktycznie rzecz biorąc to ja kontrolowałam rozmowę, a tak nie powinno być. Dziewczyny, które ze mną rozmawiały stresowały się bardziej niż ja - skąd to wiem? Obie były czerwone od twarzy po szyję i chwilami gubiły wątek, plątały się przy zadawaniu pytań itp.

W pewnym momencie aż musiałam spojrzeć na logo wiszące na ścianie i upewnić się, czy aby na pewno jestem na rozmowie w firmie tak uznanej na rynku... Niestety logo wisiało i biło po oczach :/

OK, przechodząc do najważniejszych kwestii, tj. warunków współpracy - po lekkim przyciśnięciu dziewczyn, z którymi miałam rozmowę, dowiedziałam się co oferują:

- 1500 zł na rękę, umowa o dzieło lub własna działalność i prowizję od sprzedaży w oszałamiającej kwocie 1,5% przy wypracowaniu zysku powyżej 15 tys. zł/mc - wychodzi około 250 zł brutto przy zrobieniu wyniku sprzedażowego na naprawdę wysokim poziomie miesięcznym, po przekroczeniu 30 tys. zł zysku/mc procent wzrasta do astronomicznych 3%. Znam branżę i wiem, że tak dobry wynik można zrobić dwa, góra trzy razy w roku.. Moja twarz zachowała kamienny wyraz, ale w mojej głowie już zaczął się proces szukania jak najszybszej drogi ucieczki...

- Urlop? Jest, oczywiście, nie ma problemu, żeby wziąć... Ale oczywiście niepłatny. Choroba? No zdarza się, ale nie, nie płacimy za ten czas...

Padłam, po chwili oszołomienia zastanawiałam się, czy jestem w ukrytej kamerze lub może to po prostu kiepski żart?

Aplikując zaznaczyłam, że kwota jaka mnie interesuje to 2500 zł - 3000 zł netto podstawy plus umowa o pracę.

Spytałam wprost:

Ja: Czytały panie moją aplikację?
Pani nr1: No tak, ma pani wspaniałe doświadczenie, bardzo by nam się taka osoba przydała.
Ja: Skoro panie czytały, to widziały panie zapewne również moje oczekiwania co do zatrudnienia?
Pani nr 2: No tak...
Ja: Ponawiam więc pytanie. Czemu panie zaprosiły mnie na rozmowę?

Uwaga, uwaga odpowiedź zwala z nóg...

Pani nr1: No bo jesteśmy dużą firmą, zdobywającą nagrody i zajmującą wysokie miejsce w rankingach. Praca u nas to prestiż.
Ja: Ale panie proponują mi o połowę mniej niż obecnie zarabiam, a w systemie prowizyjnym, na którym obecnie jestem, mam kilkanaście procent więcej od zysku. Z całym szacunkiem, ale prestiżem tej dziury w zarobkach nie załatam...

Podziękowałam i nie omieszkałam wspomnieć, że panie zmarnowały nie tylko mój, ale również i swój czas.

Nie ogarniam tego, czy one naprawdę myślały, że osoba z ponad 10-letnim doświadczeniem zgodzi się na takie warunki, ze względu na hmm... prestiż?

Rozumiem, że student by się na to złapał, bo firma fajnie by w CV wyglądała, ale ja mam już 30 na karku i pewien poziom zarobków, na który pracowałam ładnych kilka lat.

I jeszcze to ich ogłoszenie rekrutacyjne - atrakcyjne wynagrodzenie... Ciekawe, cholercia, dla kogo jest ono atrakcyjne? Chyba tylko dla firmy, która takie proponuje.

praca

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 435 (Głosów: 441)

#70331

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej pracy istnieje coś takiego jak kontrola.
Polega na tym, że człowiek od nas z firmy, do tego przeszkolony sprawdza stan kasy, zgodność ilości towaru z systemem, ale też porządek, ubiór pracowników... Ogólnie sprawdzić ma prawo wszystko, od tego czy zgadza się ilość kubeczków gadżetowych po aktualność plakatów na ścianach albo ważność gaśnic.

Kontrola, jako że przeprowadzana przez naszą firmę, nie musi być zapowiedziana. Po prostu wchodzi sobie facet, legitymuje się - pracownik zgłasza fakt gdzie trzeba i zaczyna się jazda.
Zdarza się, że kontrola sprawdzi tylko stan kasy i jeśli wszystko jest ok, to odpuszcza. Ale często jest tak, że patrzy dosłownie na pierdoły.
Wynik końcowy dostaje bezpośredni przełożony i dyrektor, razem z informacją co było źle w razie jeśli było.

Ostatnio dziewczyna dostała wynik kontroli negatywny, a kontroler nie ujął w raporcie przyczyny. Wiadomo jaki to generuje stres.
Po wyjaśnieniu okazało się że... brakło dwóch firmowych długopisów (tak, takich z nazwą firmy REKLAMOWYCH które leżą na biurku). Kontrolera nie interesował fakt, że może po prostu klient zabrał przy podpisywaniu umowy, a pracownik nie zauważył i nie odznaczył - co każdemu chyba się zdarza, z rozpędu schować do torby.
Najgorsze w tym jest to, że zasady w firmie mówią jasno - dwie negatywne kontrole i pogadasz sobie z kimś "wyżej" o swoim losie w firmie.

Żałosne, że w takim przypadku u dziewczyny pojawił się brak w kasie do uzupełnienia z własnej kieszeni, na zawrotną kwotę 28 groszy za zaginione długopisy.

Praca

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 431 (Głosów: 437)

#77881

~Paralizator ·
| Do ulubionych
Czasami się zastanawiam, jak bardzo można "wyrzec się zasad moralnych dla osiągnięcia jakichś korzyści, zwłaszcza materialnych". Niestety, nie mogę użyć tego słowa, ale sama definicja powinna wystarczyć.

Teraz historia właściwa.

Zmarli rodzice mojej dziewczyny. Matka od dłuższego czasu chorowała, niestety walkę przegrała. Ojciec strasznie to przeżył i kilka dni później, dziewczyna idąc go obudzić, znalazła go martwego. Dostał zawału w nocy.

Wyobraźcie sobie teraz, jaki to jest potężny cios dla 19 letniej dziewczyny, stracić obojga rodziców w ciągu 2 tygodni.

Drugiego dnia po śmierci ojca, dostałem SMSa o treści "proszę, przyjedź jak najszybciej" Wystraszyłem się, w takiej sytuacji miałem już najgorsze przed oczami.

Pobiegłem do szefa, wytłumaczyłem jaka sytuacja, wyszedłem wcześniej z pracy i pojechałem.

Widok jaki zastałem na miejscu wyglądał tak:
Dziewczyna zapłakana siedziała na ziemi, a na fotelach i kanapie siedziała jej ciotka, wujek i kuzynka.

Na moje pytanie "co się stało" odpowiedział wujek "wyjdź stąd, to sprawy rodzinne, przybłęda niech się nie wpiernicza" z tym, że nie o pierniku tu mowa, a o dali.

Zignorowałem dziada i zapytałem dziewczyny co się stało. Jedyne co w tamtym momencie odpowiedziała to "Wyrzuć ich stąd, nie ważne jak, mają zniknąć na zawsze, nie chce ich widzieć" w płaczu.

Cóż, na początku spokojnie próbowałem ich wyprosić, skoro padła taka prośba, no ale na rodzince nic to nie robiło. Nadal miałem się nie wpierniczać. Rozmowa przybierała trochę na sile, padło sporo obraźliwych słów w moją stronę itp. No ale w końcu pogrożenie policją lub usunięciem siłą, jakoś przekonali się do wyjścia, jednocześnie odgrażając się w stronę dziewczyny, że sprawa nie jest zakończona i ma się szykować, bo oni nie będą czekać w nieskończoność.

Sytuacja jakoś się uspokoiła, dziewczyna też i jakoś od słowa do słowa przedstawiła mi całą sytuacje. Wyglądało to tak.

Rodzinka przyjechała. Dziewczyna myślała, że przyjechali pomóc w tych trudnych chwilach czy coś, ale nie. Nic z tych rzeczy.

Otóż, rodzinka stwierdziła, że skoro Kasia została teraz sama, to jej taki wielki dom nie jest potrzebny i oni z chęcią się zamienią na swoje 2 pokojowe mieszkanie, w którym mieszkają w 5 osób. To nawet nie była propozycja, tylko nakaz. Oni już mają wszystko ustalone i najlepiej jakby do niedzieli się wyniosła(tak, tego słowa użyli), bo będą mieć auto żeby przewieźć swoje graty.

Po odmowie zaczęli nie tylko naciskać na nią, ale nawet wyzywać od samolubnych bachorów, że ona nie wie jak im ciężko się żyje w tym małym mieszkaniu, że się jej w dupie poprzewracało od dobrobytu, że nie zna życia. Później kłamali w żywe oczy, że byli z jej rodzicami umówieni, że jak coś im się stanie to mogą się wprowadzić do Kasi, żeby ta nie była sama, a że jest pełnoletnia i im NIEPOTRZEBNA bo mają swoje dzieci to ma się wynieść. I że w ogóle powinna się cieszyć i być im wdzięczna, że oferują jej stare mieszkanie, bo mogliby sobie je sprzedać i Kasia by została na bruku.

Powiedzieli też, że oni choćby po trupach to jej ten dom wydrą, bo umowa na gębę jest wiążąca i oni pójdą do sądu, bo nikt im nie udowodni, że takiej umowy nie było.

To jeszcze nie koniec, na drugi dzień do Kasi przyjechali dziadkowie, wielce zdziwieni, że ona nie chce oddać wujostwu domu, bo po co jej samej taki duży. Przecież w mieszkaniu będzie miała lepiej i oni w ogóle nie rozumieją dlaczego się nie zgadza i że robi niepotrzebne zamieszanie w rodzinie. Powinna się zgodzić i już, a nie wymyślać.

Na pogrzebie ojca wujostwo jeszcze nastawiało przeciwko Kasi innych członków rodziny, że ona tak i owaka. Niektórzy się z nimi zgadzali. Na szczęście była tam jedna ciotka, siostra tego pseudo wujka i jedyna, która naprawdę interesowała się Kasią, prawdziwie jej pomagała itp. W żołnierskich słowach wytłumaczyła obecnej rodzince, co sądzi na ten temat i że jak jeszcze raz spróbują takich praktyk, to ona zrobi z nimi porządek. A jako, że ciotka jest z tych osób, przed którymi każdy w rodzinie czuje respekt, to jakoś sytuacja się uspokoiła.

Nie na długo. Tydzień po pogrzebie Kasia dostała telefon od babci, czy przestałą już wydziwiać, bo czas ucieka, a czym szybciej się wyniesie tym lepiej. Tutaj już nie wytrzymała. Wykrzyczała że mają się wszyscy pierniczyć i zostawić ją w spokoju.

Czasami się zastanawiam, jak nisko jeszcze może upaść istota zwana człowiekiem.

rodzina

Skomentuj (72) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 555 (Głosów: 563)

#70482

(PW) ·
| Do ulubionych
Przygoda kolegi, też listonosza.
Kowalski złożył skargę. Nie dostaje ani awiz ani listów. Nic.
Po wyjaśnieniu z kolegą Jankiem, skarga odrzucona.
Jakiś czas później Janek wrzuca listy do skrzynki. Wchodzi Kowalski, otwiera skrzynkę, wyjmuje całą garścią zawartość (głównie ulotki, gazetki sklepów itp.) i rzuca na skrzynkę.
- Hola hola Kowalski, a nie przejrzy pan?
Po czym Janek bierze cały stosik makulatury i spomiędzy wyciąga korespondencję do Kowalskiego.

Tak. Gość nie przeglądał tego co ma w skrzynce tylko od razu wyrzucał. A potem złożył skargę na listonosza, że ten nie doręcza mu korespondencji.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 543 (Głosów: 551)

#72028

(PW) ·
| Do ulubionych
Od długiego czasu czekam na realizację zmówienia internetowego z pomarańczowej sieci (upłynął już regulaminowy termin na dostarczenie przesyłki). Pominę opis całej batalii z konsultantami, którzy mieli wszystko załatwić i nie załatwili, którzy mieli do mnie oddzwonić i nie oddzwonili ani razu, a także przełączanie od jednej niekompetentnej osoby do drugiej i zasłanianie się tekstem "Ja nie odpowiadam za fizyczną wysyłkę" (pomimo moich wielokrotnych próśb, aby z kimś "odpowiedzialnym fizycznie" mnie połączono).

Jednak to, co dzisiaj usłyszałam od [K]onsultantki, to już apogeum bezczelności i robienia z klienta debila.

K: Przesyłka została już dawno wydana firmie kurierskiej i to po ich stronie leży wina za niedostarczenie.

Zdziwiło mnie to, bo jeśli kurier zabrał paczkę, to powinnam jak zawsze otrzymać potwierdzenie tego zdarzenia smsem i na maila, no ale może? Może coś nie halo z systemem?

Ja: Dobrze, poproszę w takim razie nr listu przewozowego.

K: Takiego numeru nie ma, kurier zabrał paczkę nie nadając jej numeru.

Ludzie, serio? Czy brzmię jak kompletna kretynka, która uwierzy, że kurier zabrał towar za ponad 3000 zł i nie wystawił listu przewozowego, tym samym nie dając żadnego potwierdzenia swojej wizyty? Tak po prosu wziął paczkę i sobie poszedł?

Ręce, szczęka... wszystko opada.

call_center

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 402 (Głosów: 408)

#71128

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszły piątek jadąc busem zauważyłam, że pani siedzącej w sąsiednim rzędzie siedzeń spadł telefon na podłogę. Z racji, że owa pani ucięła sobie drzemkę, lekko potrząsnęłam jej ramię. Gdy się ocknęła wywiązał się między nami taki dialog:
[j]-ja [k]-kobieta

[j]-Przepraszam, wypadł pani telefon
[k]-Co? Jak to?
[j]-Leży na podłodze pod pani siedzeniem.
[k]-No tak, leży! I co? Chciałoby się gówniarze znaleźne? Hehe, nie ze mną takie numery. A może jeszcze mam ci teraz dziękować na kolanach? Zajmij się lepiej sobą, a nie wtrącaj się w nie swoje sprawy!

Od dalszej wymiany zdań uratował mnie fakt, że właśnie musiałam wysiąść na moim przystanku. Nie wiem czego się spodziewałam... Może zwykłego dziękuję?

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 535 (Głosów: 543)

#78262

(PW) ·
| Do ulubionych
Taki tam cwaniaczek z OLX-a.

Znalazłem niedaleko ciekawy przedmiot za 15 zł. Sprzedający ma trzy warianty kolorystyczne: czarny, srebrny i biały. Każdy wystawiony oddzielnie w ogłoszeniu. Czarny za 15, srebrny za 15 i biały za 15. Interesuje mnie tylko biały. Treść ogłoszenia dokładnie precyzuje: sztuka białego 15 zł, do sprzedania 7 szt. Dzwonię, umawiam się, idę piechotą bo niedaleko.

Oglądam białego, wszystko ok, wyjmuję 15 zł i próbuję zapłacić.

Sprzedający jakiś taki zdziwiony:
-Co pan, biały jest w idealnym stanie, nowy kosztował 200 zł, za mniej niż niż 100 nie sprzedam.
-Przecież w ogłoszeniu była cena 15 zł za sztukę.
-No co pan? Przecież to prawie nowe, no za 90 sprzedam.
-W ogłoszeniu było 15 zł?
-Nie mam mowy, biały kosztuje 90.
-Przecież wystawił pan po 15 zł, a teraz nagle chce 90?
-Po 15 są srebrny i czarny, biały 90.

(Facet wiedział, że koniecznie potrzebuję białego, bo przez telefon mu powiedziałem).

-Ok, wezmę czarny, trysnę sobie sprayem za 20 na biało i
będzie ok.
-Ale czarny to też po 90, za czarnego też 200 zł dałem za nowego!
-Dobrze, poproszę w takim razie jakiegokolwiek z ogłoszenia za 15 zł.

-K...., idź pan w ch.., nic panu nie sprzedam, cwaniaczek się znalazł.

-Nawzajem, do widzenia.

Facet sprzedawał resztki wyposażenia sklepu, przedmioty te miały wartość około 10-50 zł (inne ogłoszenia). Z takim podejściem jakoś się nie dziwię, że sklep zamknął. Na szczęście nie musiałem daleko jechać...

OLX

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (Głosów: 270)

#72213

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprawa świeża, bo z ostatniego piątku.
1 kwietnia dla wielu z nas kojarzy się z dniem robienia sobie kawałów, dowcipów, itp.

Ale w mojej pracy doszło do ciężkiego nadużycia.
Ofiarą stała się koleżanka Ewa, która pracuje z nami od 2 miesięcy. Pomimo, że jest na okresie próbnym i tak naprawdę wciąż nabiera doświadczenia, nikt nigdy nie miał wobec niej żadnych zastrzeżeń. Dlatego też bardzo nas wszystkich zdziwiło, że pod koniec pracy została wezwana do biura kierownika. Wybiegła stamtąd z płaczem, chwyciła po drodze tylko swoje rzeczy i pobiegła do wyjścia. Wszyscy staliśmy osłupiali, bo nikt z nas nie wiedział o co chodzi. Nikt nam też nic nie powiedział słowem wyjaśnienia.

Dopiero dzisiaj wieczorem zadzwoniła do mnie inna znajoma z pracy, która powiedziała, że przyczyną płaczu Ewy było zwolnienie dyscyplinarne. Taki żarcik sobie zrobił kierownik.
Idiota obrał sobie za cel dziewczynę, która samotnie wychowuje dwoje dzieci i która ze wszystkich sił stara się jak może, aby otrzymać stałą posadę.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że zaraz po pracy próbowali się do niej dodzwonić, aby to wszystko odkręcić, ale Ewa nie odbierała telefonów. Od piątku nie ma z nią żadnego kontaktu. Nie wiem, co strzeliło do głowy naszemu kierownikowi, żeby takie rzeczy odstawiać.
Informacje o sprawie bardzo szybko dotarły do szefa, który z miejsca zwolnił naszego kierownika dając mu dyscyplinarkę (to już nie był żarcik). Sam pojechał do domu Ewy, aby jej to wszystko wyjaśnić i przeprosić.

Pytanie, czy Ewa to wybaczy i przyjdzie do pracy oraz czy nie będzie chciała z tego tytułu założyć sprawy o odszkodowanie?
Tak się kończą nieprzemyślane, głupie żarty czyimś kosztem.

prima aprilis praca głupi żart

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 664 (Głosów: 674)

#72981

(PW) ·
| Do ulubionych
Można się wściec.

Wstawać w sobotę przed 4:00? Barbarzyństwo...

Oczywiście powód - ludzki kretynizm.

Część opisowa:

Moja ulica to wąziutkie pasemko asfaltu, półtora metra trawników, chodnik i przedwojenne wille z ogrodami. Na pasach zieleni mała architektura (donice itp) lub paliki, zabezpieczające trawsko przed zakusami poszukiwaczy wolnych miejsc parkingowych, których po prostu nie ma - masz gościa, otwierasz mu bramę i wpuszczasz na teren.

Akcja:

Przed wspomnianą 4:00 dzwoni sąsiad z domu obok - "Pomóż".

Bluza, portki, lezę.

Jakiś kretyn, zapewne z położonego nieopodal małego osiedla, zaparkował sąsiadowi tak pięknie, że uniemożliwił wyjazd.

- Ratuj, o 9:00 mamy samolot z Berlina.
- Dam Ci jakiegoś mojego busa i śmigajcie.
- Z wnukami lecimy...

Busy dwuosobowe, temat upadł, zegarek tyka nieubłaganie.

Co było robić, wystrzał na bazę, Unimog, łańcuch, hak i na zablokowanych kołach toyotka wyciągnięta sto metrów dalej.

Sąsiad się katapultował na lotnisko, ja czekam, aż wesołek z toi toiki zacznie szukać auta.

ulica

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 529 (Głosów: 537)