Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#70580

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzień przed Wigilią wybrałam się do oddziału Poczty w mojej dzielnicy. Strasznie nie lubię tego miejsca, bo mają wieczny burdel, jednej paczki potrafią pół godziny szukać, a na cztery okienka zwykle dwa mają przerwę. Jednak tym razem jestem zmuszona pochwalić zimną krew jednej z pań, której trafił się piekielny klient. I to nie byle jaki ;)

Otóż pan przyszedł wysłać list. Do byłego prezydenta, na cito, bo musi dojść przed świętami! Podaje w okienku kopertę, a tam nie ma adresu. No zdarza się, można zapomnieć, pani grzecznie zwraca uwagę, że oprócz nazwy miasta trzeba napisać także ulicę i numer domu. Na to pan, że on nie zna i niech pani dopisze. Okazuje się, że o dziwo pani też nie zna. Ale jak to! Taka ważna osoba i pani nie zna?! Kto tu pracuje?! Przecież każdy powinien znać (sic!). Nie, pani jednak nie zna... No ale przecież ma pani komputer, to pani sprawdzi sobie... I tak z 10 minut.

Stanęło na tym, że zła pani w okienku, która siedzi tam w celu utrudniania ludziom życia, nie przyjmie listu bez adresu.

Pan powściekał się jeszcze chwilę i już wydawałoby się, że odpuści, ale nie. To on w takim razie chce zrobić przelew do prezydenta! Nie, nie zna jego numeru konta, ale przecież pani powinna znać!

Ciągu dalszego niestety nie znam, bo trochę mi się spieszyło ;)

Poczta

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 359 (Głosów: 365)

#71730

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj załatwiałam coś na mieście, w dzielnicy mało mi znanej. Postanowiłam wstąpić jeszcze gdzieś na kawę. Trafiłam na kawiarnię, wyglądała na jedną z "tych lepszych", czyli raczej z serwisem, ale weszłam, rozejrzałam się, za barem jeden pracownik robiący kawę i zanoszący ją do najbliższych stolików. Podeszłam na baru, zamówiłam kawę (co ważne, powiedziałam jedynie "poproszę kawę") i stwierdziłam, że poczekam przy barze, odbiorę kawę i sama ją sobie zaniosę do stolika. W międzyczasie, co też ważne, rozpięłam kurtkę i zdjęłam szalik.

Pan podał mi kawę, co mnie zdziwiło, w kubku na wynos, ale ok, nie będę robić cyrku, nie jestem jakąś księżniczką, żeby się z plastikowego kubka nie napić. Usiadłam przy stoliku, zostawiłam kawę, płaszcz powiesiłam na krześle i poszłam do toalety. Wróciłam akurat w momencie, gdy kelnerka, której wcześniej nie widziała zabierała mój kubek ze stolika.

- Przepraszam, to moja kawa
- Ale to jest kubek na wynos, nie może pani tutaj pić
- Przykro mi, zamówiłam kawę i dostałam w takim kubku
- Na pewno pani powiedziała "kawa na wynos", a nie "kawa"
- Na pewno nie, zresztą skoro to taki problem to proszę mi tę kawę przelać do filiżanki, jak panią tak razi widok tego kubka tutaj
- Nie mogę pani przelać, musi pani zamówić nową kawę, tu jest część z serwisem
- A jest jakaś różnica w cenie między kawą na wynos, a na miejscu?
- Nie
- czyli pani odmawia mi prawa do wypicia tutaj kawy, za którą zapłaciłam jak każdy inny gość, bo pani kolega popełnił błąd?
Całe zamieszanie zobaczył barista, podszedł, przeprosił i stwierdził, że oczywiście nie ma problemu, abym wypiła kawę na miejscu.

Jakieś pół godziny później kelnerka zaczęła robić rundkę między stolikami, informując, że za 10 minut zamykają i wręczała gościom rachunki. Podeszła i do mnie:

- Czy zapłaciła już pani za kawę?
- Tak
- Aha

Kelnerka już chciała odejść, lecz obróciła się jeszcze do mnie i zapytała:

- A może chce pani zostawić napiwek do obsługi?
- Tzn. dla pani?
- Tak
- Pani chyba żartuje
- No wie pani, to jest kawiarnia Z SERWISEM, jak chce pani być obsłużona, to zwyczajowo zostawia się też napiwek
- ...

Może złośliwa jestem, ale znalazłam kawiarnię w necie i wysmarowałam do kierownictwa maila opisując zachowanie kelnerki, łącznie z próbą wyrzucenia mnie z lokalu i nagabywaniem o napiwek. Szybko dostałam odpowiedź:

"Szanowna Pani,

w kawiarni nie wolno pić kawy na wynos.

Dziękujemy na wizytę i zapraszamy ponownie".

No tak, z taką siłą argumentów nie można dyskutować.

gastronomia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 598 (Głosów: 608)

#72429

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracając do historii okołomatrymonialnych.

Mam uczulenie jak ktoś umawia mnie z zaskoczenia na randkę w ciemno, czy podwójną randkę. W końcu nic na siłę, prawda?

Dosyć niedawno dzwoni kumpel. Taki co to w środku nocy po jednym telefonie pół Polski przejedzie bo trzeba pomóc. Taki, co to rozumiemy się wpół słowa. Żonaty i dzieciaty.
Dzwoni i coś kręci, jak nie on. No jest sprawa, wpadnij, siostrze padł komputer. Spoko jadę.

Kumpel czeka na podwórku, idziemy do garażu (??). Z wrodzonym taktem i delikatnością pyta:
- Garrett, nie ochajtałbyś się z moją siostrą?
Lekki szok.
Siostra szalenie atrakcyjna, rozmawiałem z nią parę razy, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłaby się ze mną umówić, nie mówiąc już o ślubie...

Kumpel mówi, że żona wymyśliła, że bylibyśmy dobrą parą, ja bym sobie ją "wychował", bo, młoda, głupia, potrzebuje męskiej ręki i takie tam, że fajnie by było dla mnie mieć młodszą żonę. A i siostra się zmieniła, z nikim już się nie spotyka, od pół roku nie wychodzi z domu, dorosła, zmądrzała, szuka pracy i poważnie myśli o przyszłości. Żonie obiecał, że mnie namówi, żebym wpadł, może coś z tego wyjdzie. Ok, intryga grubymi nićmi szyta, ale w sumie nic nie stracę, a siostra ładniutka, można pogadać, idziemy do domu.

Hmm, siostra rzeczywiście się zmieniła, większość kobiet w ciąży się trochę zmienia. Pół roku siedziała w domu, aha, no trudno, żeby ze sporym brzuchem chodziła po klubach. No i to myślenie o przyszłości... wszystko jasne.

Komputer zrobiłem, z siostrą pogadaliśmy trochę, pośmialiśmy się ze swatania na siłę. Jak wychodziliśmy, kumpel zaczął mnie przepraszać za żonę, ale ta "dziurę mu w brzuchu wierciła odkąd się dowiedziała, że jego siostra w ciąży".

Żona kumpla od tego czasu się do mnie nie odzywa.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 475 (Głosów: 483)

#28554

(PW) ·
| Do ulubionych
Kumpel pojechał z teściem do sklepu ponoć nie dla idiotów w celu zakupu nowego telewizora. Teściu z gatunku tych, co to przełączanie kanałów pilotem traktują jako intensywny wysiłek fizyczny - więc telewizor miał być na wypasie.

Wybrali model za ładnych kilka tysięcy. Sprzedawca pyta, czy będą chcieli odebrać na sklepie czy na magazynie - kumpel, jako że w wielu miejscach pracował i wie, jak czasem sprzętem na magazynie się rzuca (szczególnie, jeśli klient już zapłacił), poprosił o odbiór na sklepie.

Teściu chciał brać telewizor i jechać do kasy. Kumpel natomiast poprosił o sprawdzenie tego konkretnego egzemplarza.
[S]przedawca: To jest nowy telewizor, co pan tu chce sprawdzać?
[K]umpel: Chciałbym sprawdzić, czy wszystko działa.
[S]: Ale on jest zapakowany fabrycznie...
[K]: To pan odpakuje.
[S]: Ale ja nie mogę...
[K]: To my idziemy do konkurencji.

Sprzedawca z wielką łaską odpakował pudło, wyciągnął TV... Po czym oczom zebranych ukazał się wielki, 50-calowy ekran. Pęknięty na pół.

Oczywiście gdyby wyszli z tym telewizorem ze sklepu o reklamacji nie byłoby mowy - uszkodzenie mechaniczne, "w samochodzie pan puknął" i te sprawy.

Kupując jakikolwiek sprzęt zawsze sprawdzajcie konkretny egzemplarz.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1421 (Głosów: 1445)

#70931

(PW) ·
| Do ulubionych
Z okazji Bożego Narodzenia postanowiłam kupić siostrze grę PC. Znalazłam świetną ofertę na empik.com - pakiet trzech rozszerzeń w cenie dwóch. Zachęcona dobrą ceną, 17 grudnia zakupiłam CD-key.

24 grudnia siostra postanowiła przetestować nowy zakup. Kod wpisany poprawnie, lecz wyskakuje informacja, że został już użyty. No cóż zdarza się. Napisałam do Centrum Wsparcia Klienta reklamację.

4 dni później otrzymałam nowy CD-key. Powtórka z sytuacji - kod został wcześniej użyty.

Próba nr 3 - dostałam odpowiedź, że sprawa przekazana dalej, trzeba czekać. Po ok. 10 dniach wysłałam maila do CWK, czy coś wiadomo w mojej sprawie. Tego samego dnia otrzymałam kolejny CD-key. Uwaga... również nie działał. 3 próby i 3 nieudane.

Od razu zadzwoniłam do CWK. Konsultant zapytał, czy chcę nowy kod czy zwrot pieniędzy. Poprosiłam o zwrot. "Nie ma sprawy. 3-4 dni robocze". Tydzień minął, ani widu, ani słychu. Zadzwoniłam jeszcze raz - konsultant przeprosił i zapewnił, że do 3 dni otrzymam maila z potrzebnymi informacjami. Po 4 dniach maila niet. W międzyczasie zdążyłam już kupić nowy produkt w innym sklepie. Po 5 dniach otrzymałam maila z... nowym CD-keyem. Wkurzyłam się, nie powiem. Napisałam kolejnego maila, że nie taka była umowa i ŻĄDAM natychmiastowego zwrotu pieniędzy. Następnego dnia otrzymałam odpowiedź, że moja sprawa zostanie rozwiązana jak najszybciej. Wczoraj minął kolejny tydzień. Jeżeli do poniedziałku sytuacja się nie wyjaśni, chyba zgłoszę się do Rzecznika Praw Konsumenta.

PS. Tak, próbowałam sprawę załatwić w oddziale Empiku. "Nie jesteśmy odpowiedzialni za sklep online".

Empik

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 351 (Głosów: 357)

#76820

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam z pracy, wchodzę na piętro i widzę sąsiadkę z dołu, próbującą się dobić do mnie. Pytam się, co się dzieje, na co Ona, że zalewam jej mieszkanie.

Mało brakowało, a bym wyważył drzwi do siebie. Na wejściu powitał mnie brodzik, ale lepszy widok stanowił miniaturowy prysznic z sufitu.

W podskokach lecimy piętro wyżej. I co się okazuje:
Sąsiad wpadł na genialny pomysł zrobienia remontu, rozwalił rurę z wodą, zadzwonił po wodociągi i wrócił do oglądania telewizji. I tak woda sobie wesoło kapała kij wie ile czasu.

Jego reakcja, kiedy ubezpieczyciel robił wykaz strat:
- Oj tam, to tylko trochę wody, po co to larmo?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 350 (Głosów: 356)

#75867

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieliśmy dziś zebranie w pracy. Kierowniczka przekazała nam wieści od przełożonych, a zarazem pretensje, że w naszym sklepie jest za mało świąteczna atmosfera i powinniśmy wystawić więcej choinek i świątecznych akcesoriów, choć są już one WSZĘDZIE. Pracuję w Tesco. A zatem jeśli Was irytuje świąteczna atmosfera marketów w listopadzie, bardzo przepraszamy ;-)

supermarket święta

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 350 (Głosów: 356)

#72825

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeszcze z czasów studenckich.
Jak wiadomo, student zawsze chętnie dorobi jak może, ja również.

Tak załapałam się na jednorazową fuchę w sklepie z zabawkami w centrum handlowym. Była to nocna inwentaryzacja. Mniej więcej o czasie wyszła do nas kobieta poinstruować zielonych co i jak. Wpuściła do środka i ustawiliśmy się do kolejek do kartonów (oznaczonych rozmiarem) po koszulki. Był to jeden z wymogów- pracować w firmowej koszulce z ich logo.

Odebrałam swój przydział. Koszulka miała brudne ślady jakby ktoś kurze nią wycierał a po nozdrzach walnął smród potu. Zawróciłam kopyta w stronę osoby, która wydała mi koszulkę.

J- Ja
C- Chamidło

J- Przepraszam,proszę wymienić mi koszulkę na czystą.
C- Nie ma wymian. Bierz co dostałaś.
J- Nie założę cuchnącej przepoconej po kimś brudnej odzieży. Nie oczekuję nowej koszulki, ale czystej, wypranej ze względu na higienę.
C- Jak się nie podoba to wypie***laj! [zwróciwszy się do kompanki Chamidła, która podobny poziom reprezentowała:] Piesek francuski się znalazł, hahaha!

Cóż. Rzuciłam cuchnącą koszulką w pysk Chamidła i wyszłam.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 466 (Głosów: 474)

#71971

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak mi się przypomniało, bez związku z czymkolwiek.

Sytuacja w pewnym urzędzie - sprawa, z którą przyszłam, wymagała wypełnienia miliona papierków z absurdalnymi rubryczkami, prawie że typu: nazwisko panieńskie prababki ze strony ojca oraz uwzględnienia co najmniej 3/4 mojego życiorysu. Dużo rubryczek wymagało wpisania w nie tych samych informacji, co np. stronę wcześniej, no ogólnie typowy urzędniczy świstek służący tylko i wyłącznie "zmaltretowaniu" petenta.

Siedzę, wypełniam, trybiki w mózgu pracują mi na najwyższych obrotach, w pewnym momencie chyba się przegrzały, bo za cholerę nie rozumiem, co ja mam wpisać w następną rubryczkę, tak to głupio sformułowane było. Co prawda nauczona doświadczeniem wiem, że urzędnik nie jest od tego, żeby petentowi pomagać, ale w akcie desperacji pytam błagalnie:

- Przepraszam pana bardzo, bo ja nie rozumiem, co tutaj trzeba wpisać???

Pan urzędnik podniósł wzrok nad jakiś swoich bardzo ważnych dokumentów, zerknął na ten fragment papierka, z którym miałam problem, po czym z doskonałą obojętnością w głosie odpowiedział:

- A, tutaj... Niech pani wpisze, co pani chce, tego i tak nikt nie czyta.

Tak, wiem - gdyby mi ktoś coś takiego opowiedział, też bym uznała że to dowcip.

urząd

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (Głosów: 354)

#73740

(PW) ·
| Do ulubionych
Kumpel, którego problemy z zatrudnieniem kiedyś opisałem, podrzucił mi nową historyjkę.

Wstęp będzie przydługi, ale jak ktoś nie lubi wstępów, to zapraszam do ostatniego akapitu.

Kolega, powiedzmy Grzegorz jest programistą. Nie informatykiem, żeby nie było niejasności.

Pracuje w firmie, która produkuje obrabiarki sterowane numerycznie. Czyli takie maszyny, gdzie pan lub pani projektantka na komputerze sobie wymyśli i zaprojektuje element, wysyła do obrabiarki i ta w pocie, i trudzie oraz oparach chłodziwa z zapałem wycina z bloku materiału zaprojektowany element. Maszyny te są z reguły duże. I ciężkie. I na plecach ich się nie przenosi.

Do projektowania takich zabawek jest specjalistyczne oprogramowanie, Grzegorz pisze tak jakby sterowniki do tych urządzeń, tak jak są sterowniki do drukarek. Tak mi to tłumaczył, takie coś jakby magia, tylko na bazie matematyki, no i ma działać.

Grzegorz jest też takim przykładem stereotypowego komputerowca, niziutki, chudziutki, w okularkach, jego hobby to programowanie mikrokontrolerów, na śniadanie zjada garść procesorów z mlekiem. Jak jest na urlopie, to pracuje tylko do 15 :) Ma zarejestrowaną działalność gospodarczą, jest więc właściwie podwykonawcą dla firmy. W sumie nie tylko dla tej jednej, dlatego taki układ mu bardzo odpowiada.

W styczniu ku zaskoczeniu i niedowierzaniu wszystkich pracowników Grześ poprosił o urlop i to cały tydzień! W czerwcu! Szok! Kierownik urlop przyznał, zaznaczył na czerwono w kalendarzu i o sprawie zapomniano.

Po jakimś czasie w firmie pojawił się nowy pracownik, na stanowisku typu "Dyrektor d/s optymalizacji procesów produkcyjnych i koordynacji zamówień do bufetu". Został zatrudniony poza procesem rekrutacyjnym, nic nie umiał, brał sporą pensję, więc został sklasyfikowany jako ucho i oko prezesa. Jego głównym zajęciem było łażenie i przeszkadzanie wszystkim, od ciecia na bramie przez produkcję, księgowość, kierownictwo, aż po sprzątaczki. Dla każdego miał mnóstwo czasu i dobrych rad typu: "Jakbyś szybciej stukał w te klawisze, to byś szybciej pisał"... no taki upierdliwiec do szóstej potęgi. Powiedzmy Janusz.
Przepraszam - Pan Dyrektor Janusz.

Traf chciał, że firma wynajęła stoisko na targach w Poznaniu w weekend, w którym rozpoczynał się urlop Grześka. Cały tydzień przed targami w firmie zamieszanie, to jedzie, to nie jedzie, banery, rowery, hostessy, ulotki, oświetlenie, nagłośnienie, cuda wianki, wszystko na cito.

Janusz biega jak kot z pęcherzem, przeszkadza wszystkim, we wszystko się wtrąca, wszędzie go pełno, przeszkadza wszystkim jak tylko się da. Czyli jest w swoim żywiole.

Janusz w pewnym momencie zorientował się Grzegorz ma urlop. Wzięty pół roku wcześniej, zaznaczony w firmowym grafiku, kalendarzu i zaakceptowany przez jego kierownika. Ale Janusz wymyślił, Grzegorz na targach być musi. W piątek o 15 ogłosił mu dobrą nowinę, że anulował jego urlop i jutro jadą do Poznania. Stoisko trzeba szykować, maszyny ustawiać, lampy wieszać, banery rozwijać, promować, agitować, namawiać, objaśniać, pozyskiwać, targety robić, klientów ściągać! Nie ma, że urlop! Nieważne, że maszyny po 5 ton, nieważne, że Grzegorz jest tam niepotrzebny! Jedziem, jedziem! Jeżeli Grzegorz nie pojawi się w sobotę o 7 rano punkt, zostanie to potraktowane jako porzucenie pracy, dyscyplinarnym zwolnieniem, wpisaniem do akt i tylko szubienicy na rynku brakowało.
Traf chciał, że Grześ z kierownikiem nie miał kontaktu, więc godzina 16 (punkt) zabrał swoje zabawki, laptopa (swojego), pożegnał się z kolegami, Januszowi powiedział, żeby na niego nie czekał, że zwolnić go nie może, więc widzimy się po urlopie, cześć.

I wyszedł. I w sobotę nie przyszedł. To znaczy przyszedł, tylko nie na 7 tylko na 17, nie na targi tylko do kościoła i nie ulotki rozdawać, tylko ślub wziąć. A na weselu też byłem i tę historię usłyszałem, i dla piekielnych zapisałem.

A stary kawaler Janusz doskonale wiedział po co Grześkowi urlop, wszyscy w pracy dostali zaproszenia. Ale to przecież taki doskonały sposób, żeby kogoś zdenerwować i podleczyć swoje kompleksy.
A prezes dopiero po akcji "zwolnijmy głównego programistę" trochę się ogarnął, Janusz dostał biurko, komputer z internetem i już więcej szkód nie robił.

firma rodzinna a z rodziną wiadomo najlepiej na zdjęciu

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 463 (Głosów: 471)