Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#78714

(PW) ·
| Do ulubionych
W poczekalni obok herbaty i wody, mamy wyłożone miętowe cukierki dla klientów. Tak, żeby "osłodzić" czekanie. Przychodzi ostatnio babeczka 60-70 lat.
- O cukierki a jakie to są.
- Miętowe, proszę się częstować.
- O nie, ja mięty nie mogę, jestem uczulona. Zaraz by mnie dusiło wie pani.
- No niestety, akurat dzisiaj mamy takie, mogę jedynie jeszcze wodę i herbatę zaproponować.
- Ale ja miętowych nie mogę, ale owocowego bym chętnie zjadła.

Nie porzucę stanowiska pracy i nie pobiegnę babce po owocowe cukierki, więc ostatnie zdanie zignorowałam.
3 minuty później słyszę jak babka zaczyna kaszleć, coraz mocniej. Wstaję do niej aby sprawdzić czy wszystko w porządku. Co robi pani? Wypluwa cukierka i jeszcze z pretensją w głosie mówi do mnie:
- No widzi pani, no, ja mówiłam, że na miętę jestem uczulona.

uslugi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 257 (261)

#77249

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowana szkolnymi historiami, przytoczę epizod, który przydarzył się mojemu bratu bodaj w czwartej klasie podstawówki.

Pewnego razu jego wychowawczyni zarządziła, że każdy uczeń ma mieć naklejoną na krzesło karteczkę z imieniem, nazwiskiem i wzrostem, przygotowaną w domu. Sęk w tym, że taka karteczka miała koniecznie być wydrukowana.
Jako, że nie mieliśmy w domu drukarki, mama napisała "metryczkę" ręcznie.

Później dowiedziałam się, że wychowawczyni zrobiła awanturę i powiedziała: "Przecież drukarka kosztuje parę groszy!"
Bez komentarza.

szkoła

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (259)

#71820

(PW) ·
| Do ulubionych
Przedwczoraj byłam w restauracji ze znajomymi.

Po skończonej kolacji koleżanki poleciały sobie zdjęcie zrobić pod piękną indyjską figurką, mój ukochany poszedł robić za fotografa a ja z moim przyjacielem wyszłam przed lokal zapalić i poczekać na resztę wesołej ferajny.

Za nami wyszedł zapalić inny gość restauracji, z kuflem w ręku i...
No właśnie... Zapytał nas, czy moglibyśmy go poratować pieniędzmi, bo nie ma czym zapłacić za kolacje i piwo.

Ja wielkie oczy jak nasze polskie pięciozłotówki, przyjaciel nie mniejsze.
Zapytałam, że jak to, to on portfela zapomniał czy jak?
Odpowiedź nas zwaliła z nóg i wymalowała na naszych twarzach idealne WTF.
Otóż pan po prostu nie ma pieniędzy. Przyszedł, zamówił piwo i jedzenie, i nie ma czym zapłacić...

Cóż. Skwitowałam, że jak ja nie mam pieniędzy to nie chodzę do restauracji na kolacje i piwo, tylko w domu gotuję bo taniej.

Facet przeprosił nas i schował się z powrotem do lokalu po wypaleniu papierosa.
Wyglądał na normalnego, normalnie ubranego człowieka.

Trzeba mieć niezły tupet. Nie ma co... Ja tylko współczuję kelnerowi, bo naprawdę pracowity facet i serdeczny człowiek, a szef nie wiem czy wpisze to w straty, czy obciąży bogu ducha winnego kelnera.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 254 (258)

#76187

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem złą ciocią.

Wczoraj siostra zapytała mnie, czy nie zechcę dołożyć się na prezent świąteczny dla młodego. Zdziwiło mnie to, bo nie dalej jak tydzień temu dałam jej na ten cel kilkadziesiąt złotych. Odparła, że tak, jasne, ale ona chce jeszcze 200 złotych, bo postanowiła kupić młodemu tablet.

Już pomijając fakt, że nie uważam wcale, żeby to był najlepszy prezent na świecie dla siedmiolatka, odparłam, że nie pomogę, bo nie dam rady - mój dziesięcioletni laptop ledwie zipie, a komputer jest mi potrzebny do pracy, więc muszę oszczędzać na nowy sprzęt. Zaznaczyłam również, że siostra na czysto zarabia dwa razy więcej ode mnie, więc na tablet da jeszcze radę bez problemu sobie odłożyć - przecież młody nie musi mieć sprzętu za tysiąc złotych.

Co usłyszałam w odpowiedzi?
"Jak chcesz, ale ja mu powiem, że SPECJALNIE NIE CHCIAŁAŚ dołożyć się do prezentu, żeby zrobić mu na złość".

Tyle dobrze, że dziecko mądrzejsze i bardziej jednak ceni czas, jaki z nim spędzam, niż wartości materialne.

z rodziną najlepiej na zdjęciach

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 253 (257)

#77227

~kop ·
| Do ulubionych
Lato ubiegłego roku. Parking przy dużej galerii handlowej. Siedziałem w samochodzie, czekając na żonę i jej koleżankę. Nie chciałem przeszkadzać kobitkom kiedy splądrują butiki.

Siedzę więc i czytam gazetę. Ciepło,okna w aucie opuszczone. W pewnym momencie widzę toczące się leniwie przez parking duże auto. Nissan Navara, kabina czterodrzwiowa i paka. Za kółkiem paniusia wyfiołkowana jak z żurnala w wieku 40+, rozgląda się za wolnym miejscem. Może nie zwróciłbym uwagi, ale przejechała ze dwa razy koło mnie. Na wprost mnie (po drugiej stronie przejazdu) stoi stary Opel astra kombi, są dwa wolne miejsca i VW passacik. Miejsca dosyć, że taka navara mogła spokojnie zaparkować w poprzek jak do koperty.

Paniusia też to zauważyła. Mogła przodem bez problemu, ale nie. Wbiła wsteczny i cofa. Ze swojego miejsca już widzę, że nie ma ludzkiej siły żeby pancia wyrobiła. Zbyt późno zaczęła kręcić kierownicą w prawo i za szybko jechała. Musiało nastąpić JEB!!! Huknęło, trzasnęło i tyłek astry przestał istnieć. Pancia w lot pojęła, że coś jest nie halo. Wysiadła, spojrzała, zaklęła jak szewc. Wsiadła do navary skorygowała błąd i zaparkowała już poprawnie obok rozbitej astry. Znowu wysiadła i szacowała uszkodzenia z tyłu swojego auta. Obejrzała też opla i z wielkiej jak jej samochód torebki wyciągnęła telefon. Byłem nie dalej jak 10 metrów i mogłem chcąc nie chcąc słyszeć ten jednostronny dialog:

- Tadziu przyp...łam w jakieś auto! Pod galerią!
- .....
- Naszemu nic. Opel, rzęch taki stary.
- .....
- Nie nikt nie widział, a kierowca jest pewnie w galerii. Nikogo nie ma.

(Owszem ludzie kręcili się po parkingu, ten i ów spojrzał, ale zainteresowania zajście nie wzbudziło).

- .....
- Nooo szyba, klapa z tyłu, bo to kombi i światła, i rejestracja odpadła.
- .....
-Dobra... Spier...am!

Jednym susem paniusia była w samochodzie i tak jak obiecała Tadziowi, spier...ła.

Jakiś czas później wrócił kierowca nieszczęsnego opla. Był z żoną i dwójką dzieci. Podszedłem i podałem mu zapisany na marginesie gazety numer rejestracyjny navary. Wezwał policję. Przyjechali, a ja powiedziałem co się stało. Nie byłem wzywany na świadka, bo policjanci wzięli nagrania z kamer monitoringu ochrony i najwidoczniej paniusia nie była w stanie wykręcić się sianem i wobec przedstawionych dowodów przyznała się do winy.

Jakim piekielnym idiotą trzeba być żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że w dzisiejszych czasach prawie wszędzie jest monitoring?
A zwłaszcza przy dużych galeriach handlowych.

komunikacja_miejska

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 379 (385)

#74379

~Szalonooka ·
| Do ulubionych
Mój mąż od dziecka choruje na padaczkę. Bardzo o siebie dba, nie pije, zwraca uwagę na dietę, nie pali, regularnie bierze leki. Dla mnie jest to choroba jak każda inna. Napady zdarzają się niezwykle rzadko.

Około miesiąc temu poszliśmy na zakupy do marketu i niestety mąż źle się poczuł. Udało mi się położyć go na podłogę. Wiem, że atak padaczki nie należy do miłych widoków, ale to co nas spotkało w sklepie przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Podbiegło sporo ludzi, ale nikt nie zaproponował pomocy, trzech mężczyzn (dorosłych) nagrywało nas telefonami, starsza pani krzyczała do mnie, że z taką patologią to w domu trzeba siedzieć. Wyjęłam telefon i zadzwoniłam po karetkę. Zanim przyjechali, mąż był już po wszystkim, miarowo oddychał i tylko leżał. Ochroniarz stał nade mną i mówił, żebym jak najszybciej zabrała męża, bo taki widok odstrasza.

Brak mi słów. Ostatnio wpadliśmy do tego marketu po szybkie zakupy. Mieścina mała, więc wszyscy patrzyli na nas jak na trędowatych. Dodam tylko, że mąż prowadzi własną firmę i wszyscy doskonale wiedzą o jego chorobie. Nigdy nie spotkaliśmy się z takim chamstwem.

market

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 505 (513)

#79907

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę szeroką, prostą drogą dla rowerów. Środek dnia, piękna pogoda, widać mnie z kilkuset metrów.

Wtem prawie taranuje mnie staruszek, wjeżdżający na ścieżkę z prostopadłego do niej chodnika. Padło wiele niecenzuralnych słów o mnie, mojej jeździe, wieku oraz nazwa najbliższego szpitala psychiatrycznego.

Tłumaczę, że włączał się do ruchu, z chodnika, miał mnie po prawej, na 120% miałam pierwszeństwo.

"To twoja wina, to ty powinnaś patrzeć, czy ci ktoś nie chce wjechać i ustąpić!”.

Patrzyłam, tylko dzięki temu zdążyłam zahamować, ale takiej wersji przepisów nie znałam. :D

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (128)

#71074

~n0rek ·
| Do ulubionych
Kurierzy, kurierzy :) kolega pracował przez rok w jednej z firm, więc częściowo staram się ich zrozumieć, ale czasami przechodzą sami siebie.

Mianowicie zamówiłem paczkę (opony letnie), info na maila że wysłana i w drodze do mnie. Minął dzień, drugi, tydzień, a opon jak nie było tak nie ma. Dzwonię do firmy kurierskiej, a Pan na infolinii mówi, że faktycznie paczka jest w doręczeniu od tygodnia, ale on w sumie nie wie dlaczego nie dojechała, ale nada jej priorytet.

I faktycznie następnego dnia telefon o 21:53, że kurier ma moje opony i tu wywiązała się pewna rozmowa:

- Witam, kurier XXX, mam dla Pana komplet opon, tylko mam pytanie czy nie mógłby Pan po nie podjechać do centrum? (mieszkam ok 5km za miastem)
- No niestety, późno jest, poza tym dopijam piwko.
- Aaaa, bo mi się jeszcze auto zepsuło i te opony musiałyby zostać w nim do jutra, więc może znalazłby Pan jakiegoś kierowcę, to by były u Pana jeszcze dzisiaj.
- Spoko, to letnie kapcie, to nie śpieszy mi się.

Gość widząc że nie ugra nic, coś burknął i się rozłączył.
Na drugi dzień dostaję maila, że dostarczenie nie powiodło się i paczka będzie do odbioru na punkcie (80km od mojego miasta), a później wróci do nadawcy.
Po chwilowym szoku wykonałem telefon, osłuchałem swoją melodyjkę i w prostych żołnierskich słowach wytłumaczyłem WTF!

Dwa dni później dzwoni telefon, że paczka do mnie jedzie, ale czy nie mógłbym podjechać do centrum bo jemu się nie chce gonić taki kawał drogi... odmówiłem.

Koniec końców dostałem zamówiony przedmiot pod drzwi i żeby nie było - rozumiem, że się śpieszą i wyjazd poza centrum jest "stratą czasu", dlatego zgadzam się na dostarczanie paczek do pracy czy nawet podjechanie po nią w konkretne miejsce, ale bez przesady.

Przemyśl

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 376 (382)

#70345

(PW) ·
| Do ulubionych
W te święta pojechałem do swojej dalszej rodziny mieszkającej na mazurach. Bohaterem opowieści jest Łukasz mój brat cioteczny. Miał on dosyć burzliwą przeszłość, więc ciężko mu było znaleźć normalną pracę. Jego ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu jest picie piwa pod lokalnym sklepem spożywczym wraz z jego ziomkami, którzy są w podobnej sytuacji jak on. Posiada też samochód marki BMW który niestety z powodu braku środków na jego utrzymanie więcej stoi w garażu niż jeździ. Przed samymi świętami zmarła jego babcia więc jako jedynej osobie z jego rodziny posiadającej samochód przyszło mu zawieźć wszystkich na uroczystości pogrzebowe. Łukasz miał długi chyba już u każdej osoby we wsi, więc postanowił zwrócić się z pomocą do mnie jako osoby spoza kręgu. Poprosił abym pożyczył mu 50zł na paliwo. Gdyby nie to ,że wiedziałem w jakim celu rzeczywiście prosi o pieniądze nie dałbym mu złamanego grosza. Lecz mimo wszystko zdecydowałem się pożyczyć mu te pieniądze nie licząc, że w ogóle kiedyś je odda.

Na oparach paliwa znajdujących się w baku jego "bejcy" dojechał na stację benzynową. Lecz zamiast zatankować samochód wpadł na jego zdaniem genialny pomysł. W sklepie znajdującym się na stacji benzynowej stały automaty tzw. "jednoręcy bandyci". Postanowił że zainwestuje pożyczone pieniądze, a za wygraną poza paliwem kupi sobie jeszcze piwo i papierosy. Niestety maszyna nie była tak łaskawa i wszystkie postawione pieniądze przegrał. Jego "bejca" z powodu braku paliwa odmówiła posłuszeństwa kilkaset metrów od stacji. Ok 6 km musiał pokonać na piechotę zostawiając samochód na poboczu drogi.

Nie chcąc się przyznać w jaki sposób roztrwonił pieniądze zwrócił się o pomoc do mojej siostry. Moja siostra nie wiedząc o tym że wcześniej pożyczyłem mu pieniądze, dała mu kolejne 50zł.

Łukasz na piechotę podreptał z kanistrem kolejne 6km na stację benzynową. Lecz zamiast zatankować paliwo do kanistra wpadł na kolejny jego zdaniem pomysł. Wrzucił do "jednorękiego bandyty" pożyczone od mojej siostry 50zł licząc że odzyska pożyczone ode mnie pieniądze oraz kupi paliwo i coś dla siebie. Niestety tym razem również mu się nie poszczęściło i przegrał zainwestowane pieniądze

W ostateczności to ja poproszony zostałem aby jego matkę i siostrę zawieźć do kościoła na uroczystości pogrzebowe. Pomimo iż jego matka próbowała mi na siłę wcisnąć pieniądze "na paliwo" to nie zgodziłem się ich przyjąć. Wiedziałem że są w trudnej sytuacji finansowej.

BMW do dnia dzisiejszego stoi na poboczu drogi. Ktoś życzliwy zdążył już wyrwać lusterka i poprzebijać opony.

Mazury

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 500 (508)

#72655

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam wszystkich.

O tym jak pracy w nowym moim zawodzie szukałem.

Jakiś czas temu zostałem rekruterem - marzenie od dawna. Pół roku łączyłem darmowe staże z normalną pracą żeby zdobyć doświadczenie, referencje i się uczyć jak najwięcej. Udało się, po pół roku znalazłem pracę w nowym zawodzie, wszystko cacy, niestety firma w której się zahaczyłem musiała przyciąć koszty i poleciały świeżaki w tym ja. Fajnie, pracodawca mimo miesięcznego okresu wypowiedzenia uprzedził nas, że daje nam 3 miesiące na znalezienie nowego zajęcia - długie mu i zdrowe życie za taką fair postawę - a że rynek duży to 3 miesiące to sporo czasu na przenosiny.

Rozesłałem około 20 CV i w połowie przypadków zakończyło się to rozmowami. Oto najjaśniejsze tylko perełki z rozmów.

1. Gigant na rynku, firma będąca liderem w branży, generalnie ludzie się do nich pchają drzwiami i oknami. Proces sprawny, profesjonalny, rozmawiamy o stawce:

- proszę mi powiedzieć, jakie są pańskie wymagania finansowe
- u poprzedniego pracodawcy zarabiałem 2100 netto, nie chciałbym mniej. Możemy ponegocjować, jeśli prowizje od zatrudnienia są wyższe niż standardowe.
- (milczy). No, ale to jest bardzo wysoka kwota! My nie przewidujemy prowizji (sic!) i budżet na to stanowisko to 1800 brutto.
- 1800 brutto na umowie o pracę nie pozwoli mi na przeżycie, od 5 lat nie jestem studentem
- ale my mówimy o umowie zlecenie!

Przypominam: największe korpo na rynku, świetna renoma, żakieciki, biznes lunche, rest roomy w biurze, ąę itp, itd. I jeszcze wielkie zdziwienie, że nie chcę jednak dla nich pracować. Sytuacja miała miejsce w styczniu, ogłoszenie jest uaktualniane do dziś. Ciekawe kto zgodzi im się wyrabiać miesięczny budżet nie mając od niego prowizji.

2. Firma szybko zdobywająca rynek rekrutacji IT w Polsce, niezbyt dobra opinia, ale nigdy nie lubiłem słuchać czyichś opinii, wolę mieć własną.

Rekrutacja 3 etapy - telefon wstępny, który wyglądał tak:

(rekruter) - Hello?
(Ja) - Halo?
R: Hello?
J: słucham, z kim rozmawiam?
R: honyszke_kojok, do you speak English?

jak dla mnie bezczel - bez przedstawienia się, bez wstępu. Ale rozmowa odbyta, przeszedłem pomyślnie, drugi etap - rozmowa z rekruterem w biurze. Pominę fakt, że widać było, że pani rekruter nie przejrzała wcześniej mojego CV i co chwila padało nieprofesjonalne "co by tu jeszcze pana zapytać" czy znienawidzone nawet w branży pytania zadawane tylko przez ludzi chcących brzmieć profesjonalnie typu "jakie są twoje 3 zalety i 3 wady". Zabolało mnie to, że zadano mi dokładnie te same pytania co przez telefon, tyle że w biurze. A urlop wzięty. I na koniec żadnych konkretów. "O konkretach porozmawia pan na finalnej rozmowie z team liderką działu". Ok. Rozmowa z team liderką po tygodniu. I tu znów bezczel.

Dla mnie normalne jest, że jeśli kogoś fatyguję do biura to zaproponuję mu miejsce do czekania, wodę, kawę, herbatę. Tu wpuszczono mnie do dusznego pokoju, wchodzi pani tim lider z niedopitą kawą, ani "dzień dobry", ani "przepraszam, że pan czekał", bo spóźniła się blisko dwadzieścia minut, i opowiada jaka to wspaniała możliwość przede mną, że oni są liderem rynku, że takie możliwości. Cierpliwie słucham wstępu. Następnie znów lista pytań, trzeci raz tych samych i zwróciłem na to uwagę - pani team lider obruszyła się, że to część selekcji, sprawdzają czy ktoś nie wymyśla bajek i porównują odpowiedzi. Niech będzie. Drugi minus załapałem gdy pani team lider powiedziała, że muszę jej dać dwa tygodnie na odpowiedź, wspomniałem, że biorę udział w innych procesach i nie obiecuję, że za dwa tygodnie będę dostępny - oburzenie święte bo okazało się, że ja tak ogólnie szukam pracy, a ona myślała, że mi zależy żeby pracować DLA NICH. Ech, ten egocentryzm.

Pogrzebałem swoje szanse (ojej, jak przykro) gdy na sam koniec dopytałem o warunki które oferuje firma i wspomniałem, że to moja trzecia rozmowa i nadal ich nie znam, pani przez zęby burknęła, że jej firma płaci dobrze a prowizja jest w DOLARACH i że nie może ujawnić szczegółów bo nie chce żeby wyszły po za mury tej firmy i dowiem się o nich z ewentualnej umowy. Czyli kot w worku. Chyba się nie spodobałem, bo po powrocie do mieszkania zauważyłem, że 10 minut po wyjściu z biura miałem wiadomość o odrzuceniu mojej kandydatury. Taka strata, takie dolary i takie możliwości.

3. Firma nie mała, nie duża, ot taka sobie. Jedna z tych co w sumie największy utarg ma na ludziach wysyłanych na wykop buraków do Holandii. Na rozmowę nie chciałem iść już po pierwszym telefonie, który wyglądał tak.

rekruter: - Honyszke_kojok?
ja: to zależy kto dzwoni
R: aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa(..)aaaacha. (milczenie) nazywam się tak i tak, dzwonię z firmy zatrudniającej ludzi do wykopu buraków.
J: miło mi, proszę zrozumieć to pytanie, telefony od telemarketerów odrzucam, stąd upewniam się kto dzwoni (swoją drogą, dla mnie zawsze bezczelne jest dzwonienie do kogoś i nie przedstawienie siebie i powodów dla których dzwonię)
R: to już pana problem komu pan powierza swój numer, nie mój.

milczeniem przyjąłem tę jakże cenną i potrzebną uwagę.

R: wysłał pan to swoje CV, ale widzę, że miejsca pan nie zagrzał nigdzie, wytłumaczy mi pan to?
J: (już przybierając lekceważący ton rozmówcy) staże trwają trzy miesiące, obecna firma tnie budżet...
R: nic z tego nie rozumiem!
J: ... a po za tym wcześniej pracowałem w firmie innej branży ponad trzy lata, to chyba nie jest jakoś bardzo krótko.
R: nic z tego nie rozumiem! to po co pan zmieniał branżę skoro było panu tam tak dobrze, że aż siedział pan trzy lata
J: z powodu niskich zarobków i braku perspektyw. Widzi Pan po za tym w moim CV, że nawet gdy się przebranżawiałem nie rzuciłem pracy tylko robiłem dwa etaty...
R: no może pan tak kocha pieniądze, nie wiem?
J:... staże, które były darmowe...
R: nic z tego nie rozumiem! no dobra, wyjaśni mi pan to wszystko w szczegółach na rozmowie, mam czas jutro o 14, więc zapraszam.

I mówiąc facetowi, że jest chamski i obcesowy poprosiłem o natychmiastowe usunięcie moich danych z ich bazy.

Buraki zatrudniają do wykopku buraków. Ich powinno się wykopać jako pierwszych, bo w opiniach o nich można znaleźć, że cała firma daje właśnie taki obraz jak buc z którym rozmawiałem.

Koniec końców wyszło na to, że wszyscy "liderzy na rynku", duże korpo, szklane biurowce, nie potrafiły zaoferować więcej niż 2000 brutto i umowę zlecenie, a mała nieznana firma dała więcej niż chciałem i umowę o pracę.

Co prawda nie mam rest roomu, nie chodzę w marynarce slim-fit po open space, ale przecież nie zapłacę takimi rzeczami za rachunki :)

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 374 (380)