Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#70584

(PW) ·
| Do ulubionych
Zima, gołoledź, złe warunki jazdy. A mi zawsze przypomina to pewną sytuację sprzed lat, gdy dorabiałam na stacji paliw.

6.30 rano, po 11 godzinach pracy gdy nogi same rwały się do wyjścia, a głowa marzyła o ciepłym wygodnym łóżku trafił mi się klient. Pan tylko szybko po papieroski, już już płaci, szukając drobnych w portfelu mamrocze do siebie. Nos mi się obudził na zapach alkoholu, inne zmysły raz dwa otrzeźwiały i zagaduję Pana, aby popatrzył w moją stronę i zaczął mówić do mnie pozwalając mi się upewnić, że naprawdę czuję alkohol. Skinieniem głowy przywołałam kolegę, kolega też czuje. Wyszedł sprawdzić czy Pan sam przyjechał w takim stanie czy ma kierowcę, kolega wrócił do sklepu sprintem informując "Pan wiezie z tyłu trójkę małych dzieci, zadzwoniłem już po policję". A co klient na to?

- Ale po co Pan dzwonił po policję! Ja na letnich oponach przyjechałem! Mandat dostanę! Ja dzieci do szkoły zawieźć muszę!"

Pan naprawdę uważał, że letnie opony to jego największy problem.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 801 (Głosów: 815)

#75722

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy piekielne, ale na pewno żałosne.
Będąc dziś w sklepie po drobne zakupy, byłam świadkiem takiej oto scenki:

Starsza pani (1) wybrała sobie chryzantemy, wśród może trzydziestu bardzo podobnych sztuk. Już podnosiła doniczkę, kiedy inna starsza pani (2) szybko i sprawnie wyrwała jej kwiatka z rąk. Po chwili szoku pierwsza staruszka się pyta:
(1): Co pani? Czemu mi pani wyrywa?
(2): Bo mi się akurat ten podoba!
(1): Przecież jest jeszcze dużo takich samych na wystawie.
(2): Ja go widziałam pierwsza!
I pogalopowała do kasy.
Babulinka spojrzała na mnie z wyraźnym rozbawieniem na twarzy, wybrała inny i poszła w swoją stronę.

Jak co roku, tradycyjnie się zaczyna...

chamstwo w sklepie

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 343 (Głosów: 349)

#73509

(PW) ·
| Do ulubionych
Jedna z pracujących ze mną dziewczyn, powiedzmy Anka, pół roku temu urodziła dziecko i obecnie jest na urlopie macierzyńskim. W piątek wpadła na chwilę do biura. Przyszła razem z dzieckiem, więc ona i maluch zostali zasypani komplementami. Jedna z koleżanek stwierdziła:

- Ty chyba w ogóle nie przytyłaś. Masz tak samo świetną figurę, jak przed ciążą.
- Nie przesadzaj. Przytyłam i to sporo, ale już większość zrzuciłam. Ćwiczę codziennie, kiedy mały zaśnie, a dwa razy w tygodniu zostawiam go z mężem i idę na fitness.
Chwilę jeszcze pogadałyśmy i Anka poszła. Wtedy się zaczęło:

- No wiecie co? Jak można takie małe dziecko zostawiać SAMO?
- Pewnie wcale nie karmi piersią!
- Taki maluch potrzebuje matki na okrągło. Ja przez pierwszy rok w ogóle nie wychodziłam z domu. Tyle co z córką do lekarza!
- Ja to wcale nie myślałam o sobie i swoim wyglądzie. Dziecko było najważniejsze!
- No widzisz. A dla niektórych figura jest ważniejsza niż dziecko!

Kiedy stwierdziłam, że przecież dziecku z ojcem krzywda się nie dzieje, usłyszałam, że ojciec to nie to samo i dziecko może mieć traumę do końca życia.
Skoro tak, to muszę moje dziecko jak najszybciej zapisać do psychologa. Może jeszcze nie jest za późno.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 452 (Głosów: 460)

#72778

(PW) ·
| Do ulubionych
Sobota przed długim weekendem. Blok przy spokojnej uliczce na obrzeżach miasta. Na trzecim piętrze trwa remont, chyba rozwalana jest jakaś ściana, bo od huku cały budynek się trzęsie. Drzwi balkonowe i okno otwarte na całą szerokość, co chwilę wydobywają się z nich kłęby pyłu. Na balkonie dwójka słodkich dzieciaczków w wieku 10-12 lat, ciepło ubranych, przygląda się światu poniżej przewieszona przez poręcz.

Pędzę chodnikiem w bardzo dużym pośpiechu, jestem spóźniona i muszę złapać autobus. Na wysokości bloku muszę zwolnić, bo cały chodnik zasłany jest kawałkami gruzu różnej wielkości (?). Skręcam, żeby ominąć gruzowisko idąc bliżej jezdni, i w tym momencie kilka centymetrów ode mnie ląduje na chodniku kawał cegły... Gdybym akurat nie skręciła, trafiłby mnie jak nic. Usłyszałam "Blisko! Pięć punktów!", a słodkie dzieciaczki z rozkosznym rechotem znikły w mieszkaniu. Noż k.....

Nie miałam czasu, żeby coś z tym zrobić bezpośrednio, ale kiedy już wsiadłam do autobusu, zadzwoniłam gdzie trzeba. Zgłoszenie zostało przyjęte, mam nadzieję, że sprawa się skończyła, zanim udało im się w kogoś trafić.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 339 (Głosów: 345)

#76921

(PW) ·
| Do ulubionych
Hodowca psów - jak wiadomo, hoduje psy, żeby je sprzedać. Czasem zdarza się jednak, że pies do hodowcy wraca. A przyczyny oddawania ich potrafią zwalić z nóg.

Ludzie kupili sobie szczeniaczka. Rasowego, z dobrej hodowli. W momencie trafienia do nowego domu miał jakieś 8 tygodni. Z początku wydzwaniali codziennie "jaki to on nie jest cudowny".

Po miesiącu nagle chcą oddać. Dlaczego? Bo robi dużą kupę...
A jaki to był piesek? Mastif pirenejski.

Ludzie...

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 225 (Głosów: 229)

#23938

(PW) ·
| Do ulubionych
Wezwanie przykre.
Dojechaliśmy na miejsce, niestety nie było już co "zbierać". Pan, lat 35 (młody człowiek... chorował na raka) mimo próby reanimacji nie drgnął nawet. Wokół nas biegały dwie córeczki i załamana żona.
Kolega starał się zapanował nad rozpaczą żony, a ja zszedłem wezwać zespół z lekarzem (wbrew powszechnej opinii, my nie możemy stwierdzić zgonu).

Wróciłem na górę, zbierałem sprzęt (kolega podawał leki uspokajające, bo pani zaczęła wpadać w panikę) do plecaka i nagle słychać otwieranie drzwi. W pierwszej chwili pomyślałem, że już przyjechali (co by było dziwne, bo minęły jakieś 4 minuty, a przecież na sygnale nie jechali), a lekarzom zdarza się wchodzić do pomieszczenia bez pukania (uwierzcie, mam za sobą kilka lat wspólnej pracy z naszymi doktorkami ;)). Jednak za chwilę zza drzwi od pokoju wyłoniła się... sąsiadka.

S-Cooo? Tu przyjechało pogotowie?

Spojrzałem na żonę pacjenta i po jej minie zorientowałem się, że to nie jest specjalnie mile widziany gość, zwłaszcza w takiej chwili.

J-Może by pani wyszła? Proszę. Niech rodzina zostanie sama.
S-Ale ja tylko przyszłam zobaczyć. Pogotowie przyjechało!
J-Naprawdę? - Zerknąłem na swój mundur. - Nie wiedziałem. Mam nadzieję, że nie zastawiłem im podjazdu?
S-No co? Przyszłam zobaczyć!
J-To naprawdę nie jest film i prosiłbym żeby pani wyszła.

Starałem się lekko popychać panią w kierunku drzwi, ta jednak chwyciła się framugi i się gapi... "Gapienie się" - czyli coś, co w pogotowiu kochamy po prostu. Szkoda, że nie wyskoczyła z aparatem albo kamerą (choć wyglądała na taką, która chętnie by to zrobiła, gdyby akurat miała pod ręką)... Kolega wstał i przykrył twarz denata, aby zminimalizować ilość "ciekawych rzeczy do pooglądania"... Sąsiadka jednak nie dawała za wygraną. Przeszła do ataku.

S-Długo się męczył. Ehhh tam, zdarza się i tak. Każdy umiera. - I pełno komentarzy w ten deseń.
Żona pacjenta nie wytrzymała i krzyknęła przez łzy:
Ż-Wynoś się stąd! Po prostu się wynoś!

I teraz komentarz sąsiadki, po którym zbierałem szczękę z podłogi:

S-W końcu zdechł. Nie będzie mnie pogotowie wyć w nocy do tego zdechlaka!

I poszła. Profilaktycznie zamknąłem drzwi na zamek, jakby chciała wrócić czy coś...

Pogotowie ;)

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2920 (Głosów: 2972)

#22582

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponownie Pani Z.

Przyszedł taki czas, że Pani Z. zmarła matka. Piekielna zbytnio nie rozpaczała, pogrzeb odprawiła. Jakieś dwa tygodnie później przyszła do mojej ciotki na pogaduchy. Nie żeby się wypłakać - raczej omówić kto na ostatnim pożegnaniu był, w co był ubrany, z kim dyskutował...

Potem rozmowa zeszła już na typowo wioskowe tematy i nagle Pani Z. cała sztywnieje, czerwienieje, łapie się za głowę i zaczyna jęczeć:
-(Z) o Boże, Boże, o mój Jezu kochany, o mój Boże!!

Ciotka zdziwiona, myśli jednak - Z. uczuciowa specjalnie nie jest, ale może żałoba z opóźnieniem ją dopadła. Mówi więc łagodnie:
-(C) No mnie też przykro, ale jej już dobrze tam, już cierpień nie ma, trzeba to jakoś przeżyć...
-(Z) Mój Boże, Boże, to nie to przecie, o Boże!

Ciotka zaczyna się niepokoić...
-(C) No to co się stało, mówże może ci pomóc mogę jakoś...
-(Z) Jezus Mario co myśmy narobili!! Jak mogliśmy nie zauważyć!! O Boże!!!

W tym momencie ciotka już mocno wystraszona, nie wie o co chodzi, zimna ryba Z. popada w coraz większą histerię, nigdy nawet łezki nie uroniła przy ludziach, a tu takie zawodzenie. Cóż, cioteczka zawołała syna, żeby coś pomógł, może po karetkę zadzwonił. W międzyczasie zaczyna Z. potrząsać mocno i mówić głośno:

-(C) POWIEDZ WRESZCIE CO SIĘ STAŁO!!!
-(Z) O JEZU PRZECIEŻ MY MAMĘ ZE ZŁOTYMI ZĘBAMI POCHOWALI!!!! TAK NIEDOPATRZEĆ!!! MÓJ TY JEZU!! TYLE PIENIĘDZY!!!

Ciotka na to wkurzyła się niemiłosiernie, bo omal zawału nie dostała ze zmartwienia, a tu taka rewelacja, więc jej na to odrzekła:
-(C) To idź se ją wykop, jeszcze świeża, albo głośniej wrzeszcz, to się zawsze jakiś chętny znajdzie...

Z. się na to zapowietrzyła, zjadła obiadek (bo na darmo przecie nie przyszła) po czym się obraziła i przez dobre dwa miesiące ciocia miała ją z głowy...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1005 (Głosów: 1023)

#73880

~Ei5 ·
| Do ulubionych
Przedwczoraj przytrafiła mi się sytuacja, która jednoznacznie zachwiała moją wiarę w ludzkość.

Godziny szczytu, duży, zatłoczony sklep, ludzie przeciskający się w ogólnej duchocie i elektrycznej mgiełce poddenerwowania. Udaje mi się wyłożyć kilka produktów z koszyka na ladę, w kark dyszy mi spocony, wyraźnie zniecierpliwiony pan. Płacę, wychodzę na część galerii (sklep znajduje się w galerii handlowej).

W pewnej chwili widzę, jak starsza kobieta z małą siatką w ręce podpiera się niepewnie o kosz na śmieci. Staruszka osuwa się na ziemię, ludzie rozstępują się jak mrówki pod tenisówką dwunastolatka. Podchodzę szybkim krokiem do starszej pani, nie powiem, przestraszona, pierwszy raz zdarza mi się uczestniczyć w takiej sytuacji, siatkę z zakupami odkładam na ziemię i kucam przy kobiecie.

Staruszka jest trochę blada, ale cucę ją, po drugiej stronie przykuca pan z butelką wody, mówi do niej, ogólnie zamieszanie spotęgowane piętrzącą się wokół nas falą ludzi.

Po niedługim czasie pani czuje się lepiej, pomagamy jej usiąść na ławeczce, nadal małymi łykami sączy wodę. Sytuacja opanowana, uspokojona, zadowolona odwracam się by zabrać z ziemi porzucone w ferworze zakupy...zakupów nie ma.

Ktoś gwizdnął mi reklamówkę w momencie, kiedy udzielałam pomocy omdlewającej osobie. Czasami myślę, że słowo "człowiek" staje się coraz bardziej obraźliwe.

sklepy

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 445 (Głosów: 453)

#21193

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałem prośbę o opisanie nietypowych sposobów udzielania pomocy. To opisuję.

Wezwanie do wsi, na granicy rejonów. Daleko, droga kiepska, oględnie mówiąc. Wzywający dodzwonił się do sąsiedniej stacji Pogotowia, która potrafiła nam przekazać tylko tyle, że jedziemy do starszego pana z bólem w klatce piersiowej...
Wezwanie powszechne, może być poważne, ale możemy się natknąć na zgagę albo bóle kręgosłupa...
Do tego, Dyspozytor wysyła nas w kodzie drugim.
Wyjaśniam: kod pierwszy to bezwzględnie sygnały, bo dramat. Kod trzeci w zasadzie nie powinien dotyczyć zespołu ratunkowego, bo to wizyta dla lekarza POZ (akurat...).
Kod drugi to zmora dla zespołu. Bo oznacza: jeżeli kierownik ma ochotę, to lećcie na gwizdkach, a jak nie, to na spokojnie.
W wolnym tłumaczeniu: nie udało mi się zebrać porządnie wywiadu, więc zrzucam odpowiedzialność na was. Miłego wyjazdu, chłopcy :)

Ponieważ miejsce zdarzenia było naprawdę daleko, no i miałem jakieś złe przeczucia, poleciłem jazdę na szybko. Czyli błyskoteka, wyjce i cała naprzód.
Przypominam: wezwanie do bólu w klatce piersiowej, najpewniej zawał...
Wpadamy na podwórko, potem do chałupy.

Widoku, jaki się nam ukazał, nie zapomnę nigdy:
na podłodze pokoju leży facecik, wyjący z bólu jak potępieniec. Na brzuchu ślady bieżnika opon, jakieś duże, tak na oko. Więc pytam:
- Co dolega, co boli?
- Uuuuuuu... wszystko, panie wszystko!!!
- A od kiedy tak jest?
- A od kiedy mnie traktor przejechał!!!
Ból w klatce, nieprawdaż....
Sytuacja była poważna, choć groteskowa.

Nasz Dziadunio kierował pojazdem rolniczym. Nawalony jak szpak. A że ciągnik nie zapewnia dawki adrenaliny podobnej do prowadzenia Ferrari, usnął sobie słodko na siedzeniu...
I wypadł prosto pod to wielkie kolisko z tyłu ciągnika.
Rodzina była oczywiście również zanietrzeźwiona tak solidnie, że zorientowali się w sytuacji dopiero, kiedy traktor zatoczył na polu wielkie koło i wracając do domu walnął w ścianę stodoły.
Wtedy rozpoczęto poszukiwania pechowego operatora.
I tu zaczyna się piekielnie skuteczna pomoc medyczna ze strony rodziny...

Znaleźli. Wydłubali wbitego w pole dziadka ŁOPATAMI...
Trzymając za połamane i zwichnięte kończyny donieśli do domu.
A tam, najpierw wezwali karetkę, podając jedyny powód wezwania, jaki pamiętali. Bo jak sąsiad tak wzywał, to przyjechali, więc działa.
I - jako, że dochtór miał przyjechać - trza było dziadka wyszykować...

Kiedy weszliśmy, jedna osoba próbowała oskrobać mu oblicze brzytwą, na sucho, druga polewała powstałe rany wodą kolońską "Czar pegeeru", zaś dwie kolejne w pocie czoła prostowały powykręcane nogi celem upchnięcia ich w nogawkach świątecznych (do szpitala w końcu jedzie, do miasta) portek...
Byli tak zapamiętali w dziele przerabiania biedaka na modela, że musieliśmy siłą odsunąć ich od ledwo żywego z bólu człowieka, żeby unieruchomić pogruchotane kończyny i podać środki przeciwbólowe...
Udało nam się pozbierać pechowego traktorzystę.

Niestety, historia bez happy endu. Na skutek wielomiejscowych złamań miednicy i kończyn, starszy pan zmarł w szpitalu, na stole operacyjnym...
Do dziś nie wiem, na ile przyczyniła się do tego fachowa i pełna oddania pomoc, jaką otrzymał od najbliższych...
Na moją wyobraźnię działa zwłaszcza obrazek podważania dziadka łopatami, celem wydobycia z dziury w glinie...

służba_zdrowia

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1881 (Głosów: 1915)

#74652

(PW) ·
| Do ulubionych
Powoli, lecz konsekwentnie przelewam na papier (a może klawiaturę?) kolejne piekielne historie jakie przydarzyły mi się w przeszłości.

Jeszcze kiedy mieszkałem w bloku, miałem niezbyt ciekawych sąsiadów.

Starsi ludzie z piętra niżej, którym przeszkadzało nawet moje kichnięcie o 3 w nocy, a jak broń Boże przed 8 rano spuszczałem wodę w łazience, to naparzali miotłą w sufit (a moją podłogę) dobre kilkanaście minut. Tak dla ścisłości - instalacja nie wydawała głośnych dźwięków ani przy odprowadzaniu wody, ani przy jej dolewaniu do zbiornika.

Swego czasu przestałem chodzić po mieszkaniu w kapciach, żeby przypadkiem po piętnastu minutach nie usłyszeć domofonu, po którego drugiej stronie stała para policjantów. Jednak nawet bezgłośne popierniczanie w skarpetkach po wygłuszonych panelach zakłócało spokój państwa starszych.

W czasach wcześniejszych po prostu przychodzili i napieprzali ile się dało w drzwi, póki nie otworzyłem, żeby zostać od nich odepchniętym przez wrzaski sąsiadki, że jakim prawem ja o 16 wieczorem czajnik włączam. Od czasu kiedy zaczęli wzywać policję było jeszcze gorzej. Wszystko skończyło się pewnej nocy, kiedy byłem poza miastem.

Wróciłem do domu bardzo późno, coś koło północy. Zaciekawił mnie radiowóz stojący przed "moją" klatką. Gdy wszedłem do środka usłyszałem zniekształcony przez echo głos [S]ąsiadki:

[S] - No musi tam być gówniarz, przed chwilą muzykę puszczał i łaził w butach!

*pukanie do drzwi*

[P]olicjant: - Spokojnie, teraz jest cisza, możliwe, że się pani przesłyszało.
[S] - Nic mi się nie przesłyszało! Muzyka dudniła, łaził tak głośno, że pewnie całą klatkę pobudził! Ciągle tak po nocach robi!

W tym momencie dotarłem na swoje piętro i ukazałem się policjantom i sąsiadce.

-Dobry wieczór - powiedziałem najmilszym tonem, jakim się dało. - Co państwa sprowadza o tak później porze?

Sąsiadka zamarła, policjanci, którzy notabene byli już u mnie kilka razy, spoglądali to na mnie, to na nią, aż w końcu jeden z nich powiedział:

[P] - Pani twierdzi, że zakłóca pan spokój głośną muzyką.
[J] - A, to prawda, przed chwilą słuchałem muzyki, przez dobre 100 kilometrów trasy.
[P] - Czyli pan dopiero wrócił, tak?
[J] - Owszem.
[P] - Proszę otworzyć mieszkanie, żebyśmy mieli pewność, że tam nic nie hałasuje.

Otworzyłem drzwi. Wszystkich przywitał skryty w mroku przedpokój, z którego nie dochodził absolutnie żaden dźwięk.

Sąsiadka dostała mandat za nieuzasadnione wezwanie. Odmówiłem złożenia skargi na nią, chociaż mi to zaproponowano. Od tego czasu sąsiadka zgubiła chyba telefon i miotłę, bo do czasu przeprowadzki miałem spokój :)

sąsiedzi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 326 (Głosów: 332)