Top historii
Moja koleżanka w wyniku choroby straciła wzrok mając niecałe trzy latka. Nie przeszkadza jej to w normalnym funkcjonowaniu, choć trochę dziwnie opisuje jej się rzeczy, które dla mnie są oczywiste, a ona nie zdążyła ich nigdy zobaczyć i musi bazować na dotyku, opowiadaniu i własnej wyobraźni.
Dziewczyna funkcjonuje normalnie, pracuje, prowadzi dom, korzysta z komunikacji miejskiej. Nie ma psa przewodnika, w pokonywaniu przeszkód drogowych pomaga jej biała laska. Ciemnych okularów również nie nosi, bo i po co?
Zdarza się, że koleżanka potrzebuje pomocy w zakupach. Podstawowe produkty rozpoznaje po kształtach, ma ulubione mleko, margarynę, serki topione i dżemy, ale już na przykład nie kupi sama ładnego kawałka mięsa ani owoców czy warzyw, bo nie wie, czy sprzedawca nie zapakuje jej czegoś nadpsutego albo nieświeżego. Dlatego też od czasu do czasu chodzę razem z nią i nadziwić się nie mogę, jak ludzie wykorzystują fakt, że dziewczyna nie widzi.
Ot, choćby wczoraj.
Weszłam do sklepu trochę później niż koleżanka, bo kończyłam rozmowę telefoniczną. Dziewczyna w międzyczasie zdążyła wybrać sobie butelkę z wodą niegazowaną i podejść do kasy. Ekspedientka zaśpiewała cenę o kilkadziesiąt groszy wyższą od tej widniejącej na cenie przyklejonej na butelce, na co oczywiście zwróciłam jej uwagę. Pani za kasą zmieszała się, powiedziała "Och, faktycznie, to zwykła woda, nie smakowa!", po czym poprawiła wybitą na kasie sumę na właściwą.
Może to było te 60 groszy - w sumie tyle, co nic. Ale zastanawiam się, ile razy i w ilu sklepach koleżanka "przepłaciła" w ten sposób za zakupy przez ostatnich dwadzieścia kilka lat życia. I jak bardzo trzeba być pozbawionym sumienia, żeby tak oszukiwać osoby, które nawet nie mają szans się zorientować, że są oszukiwane...
Dziewczyna funkcjonuje normalnie, pracuje, prowadzi dom, korzysta z komunikacji miejskiej. Nie ma psa przewodnika, w pokonywaniu przeszkód drogowych pomaga jej biała laska. Ciemnych okularów również nie nosi, bo i po co?
Zdarza się, że koleżanka potrzebuje pomocy w zakupach. Podstawowe produkty rozpoznaje po kształtach, ma ulubione mleko, margarynę, serki topione i dżemy, ale już na przykład nie kupi sama ładnego kawałka mięsa ani owoców czy warzyw, bo nie wie, czy sprzedawca nie zapakuje jej czegoś nadpsutego albo nieświeżego. Dlatego też od czasu do czasu chodzę razem z nią i nadziwić się nie mogę, jak ludzie wykorzystują fakt, że dziewczyna nie widzi.
Ot, choćby wczoraj.
Weszłam do sklepu trochę później niż koleżanka, bo kończyłam rozmowę telefoniczną. Dziewczyna w międzyczasie zdążyła wybrać sobie butelkę z wodą niegazowaną i podejść do kasy. Ekspedientka zaśpiewała cenę o kilkadziesiąt groszy wyższą od tej widniejącej na cenie przyklejonej na butelce, na co oczywiście zwróciłam jej uwagę. Pani za kasą zmieszała się, powiedziała "Och, faktycznie, to zwykła woda, nie smakowa!", po czym poprawiła wybitą na kasie sumę na właściwą.
Może to było te 60 groszy - w sumie tyle, co nic. Ale zastanawiam się, ile razy i w ilu sklepach koleżanka "przepłaciła" w ten sposób za zakupy przez ostatnich dwadzieścia kilka lat życia. I jak bardzo trzeba być pozbawionym sumienia, żeby tak oszukiwać osoby, które nawet nie mają szans się zorientować, że są oszukiwane...
ot człowieki
Ocena:
986
(Głosów:
1018)
Ta historia ma dać ludziom do zrozumienia, jak sklepy chcą ich oszukać.
Mieszkam w jednym z bloków niedaleko osiedla europejskiego w Krakowie. Na początku nie przeszkadzały mi rosnące ceny produktów na osiedlu, ale te mają swoje granice. Poza tym rosła zdolność wprowadzania klientów w błąd.
Jako, że na moim osiedlu mieszkają głównie młode małżeństwa, właściciele sklepów stwierdzili, że młode, zamożne, kasę mają, to bez słowa dadzą obojętnie jaką kwotę za zakupy i nie będą sprawdzać, czy zawartość zgadza się z cenami. Tak jest właśnie w pewnym sklepie mięsnym.
Od wejścia klienta witają grobowe miny pań i niezbyt miła atmosfera. Aż człowiek się zaczyna zastanawiać czy ten kawał mięsa, to nie jest czasem małżonek właścicielki, która tam pracuje. Cenowo wędliny zawyżone o 3-5 zł, zaś mięso bije rekordy, ale człowiek nie ma wyjścia, gdy chce kupić, świeże mielone na obiad, ponieważ ten jeden sklep na osiedlu oferuje mielenie mięsa. Ale jakie... Przykładowo: klient chce kupić 200g mięsa mielonego, nie może. "Mięso mielimy od 0,5kg". Jeszcze nie tak dawno można było u nich zmielić nawet i ze 150g jak sobie klient zażyczył, więc czemu taka zmiana? Powiadają, że im się nie opłaca. Postanowiłam sprawdzić co się za tym kryje.
Wybrałam się z chłopakiem na zakupy i zawitałam do tego "przyjaznego" sklepu. Sama, bo chłopak musiał skoczyć po coś do sklepu obok.
(J) - ja, (P) - piekielna właścicielka.
(J)- Poproszę 300g mięsa mielonego z łopatki.
(P)- Mięso mielimy od 0,5kg, proszę pani.
(J)- Niech będzie.
Właścicielka odkroiła dosyć spory kawał, zważyła (542g) i wcisnęła należną kwotę na kasę, jeszcze przed zmieleniem (w tym sklepie to jest standard). Po zmieleniu i zapakowaniu mięsa (które nie trwało zbyt długo), dało się zauważyć, że maszynka nadal mieli, więc poprosiłam o coś właścicielkę.
(J)- A niech mi pani ponownie zważy mięso.
(P)- Ale nie widzę w tym sensu. - I zaczęła dyktować mi kwotę do zapłaty.
(J)- Ale ja nalegam.
Po zważeniu okazało się, że dostałam nie 542g mięsa, a 410g. Kwota została wbita na kasę, to taką trzeba zapłacić, więc z uśmiechem na ustach, odmówiłam i wyszłam ze sklepu.
Później mój chłopak wszedł to tego samego sklepu kupić wędlinę. Mięso wystawiono na ladę, z ceną o 5 zł droższą, niż mi proponowano. :)
Wniosek? Patrzmy na to co robią sprzedawcy.
O dziwo, Piekielny sklep nadal cieszy się dużą ilością klientów. Ja zaś po takiej sytuacji zaczęłam robić zakupy spożywcze w supermarkecie ("A"), w jednej z galerii handlowych, ponieważ jest o wiele taniej, niż na moim osiedlu, a i sprzedawcy mili i uśmiechnięci. :)
Mieszkam w jednym z bloków niedaleko osiedla europejskiego w Krakowie. Na początku nie przeszkadzały mi rosnące ceny produktów na osiedlu, ale te mają swoje granice. Poza tym rosła zdolność wprowadzania klientów w błąd.
Jako, że na moim osiedlu mieszkają głównie młode małżeństwa, właściciele sklepów stwierdzili, że młode, zamożne, kasę mają, to bez słowa dadzą obojętnie jaką kwotę za zakupy i nie będą sprawdzać, czy zawartość zgadza się z cenami. Tak jest właśnie w pewnym sklepie mięsnym.
Od wejścia klienta witają grobowe miny pań i niezbyt miła atmosfera. Aż człowiek się zaczyna zastanawiać czy ten kawał mięsa, to nie jest czasem małżonek właścicielki, która tam pracuje. Cenowo wędliny zawyżone o 3-5 zł, zaś mięso bije rekordy, ale człowiek nie ma wyjścia, gdy chce kupić, świeże mielone na obiad, ponieważ ten jeden sklep na osiedlu oferuje mielenie mięsa. Ale jakie... Przykładowo: klient chce kupić 200g mięsa mielonego, nie może. "Mięso mielimy od 0,5kg". Jeszcze nie tak dawno można było u nich zmielić nawet i ze 150g jak sobie klient zażyczył, więc czemu taka zmiana? Powiadają, że im się nie opłaca. Postanowiłam sprawdzić co się za tym kryje.
Wybrałam się z chłopakiem na zakupy i zawitałam do tego "przyjaznego" sklepu. Sama, bo chłopak musiał skoczyć po coś do sklepu obok.
(J) - ja, (P) - piekielna właścicielka.
(J)- Poproszę 300g mięsa mielonego z łopatki.
(P)- Mięso mielimy od 0,5kg, proszę pani.
(J)- Niech będzie.
Właścicielka odkroiła dosyć spory kawał, zważyła (542g) i wcisnęła należną kwotę na kasę, jeszcze przed zmieleniem (w tym sklepie to jest standard). Po zmieleniu i zapakowaniu mięsa (które nie trwało zbyt długo), dało się zauważyć, że maszynka nadal mieli, więc poprosiłam o coś właścicielkę.
(J)- A niech mi pani ponownie zważy mięso.
(P)- Ale nie widzę w tym sensu. - I zaczęła dyktować mi kwotę do zapłaty.
(J)- Ale ja nalegam.
Po zważeniu okazało się, że dostałam nie 542g mięsa, a 410g. Kwota została wbita na kasę, to taką trzeba zapłacić, więc z uśmiechem na ustach, odmówiłam i wyszłam ze sklepu.
Później mój chłopak wszedł to tego samego sklepu kupić wędlinę. Mięso wystawiono na ladę, z ceną o 5 zł droższą, niż mi proponowano. :)
Wniosek? Patrzmy na to co robią sprzedawcy.
O dziwo, Piekielny sklep nadal cieszy się dużą ilością klientów. Ja zaś po takiej sytuacji zaczęłam robić zakupy spożywcze w supermarkecie ("A"), w jednej z galerii handlowych, ponieważ jest o wiele taniej, niż na moim osiedlu, a i sprzedawcy mili i uśmiechnięci. :)
kraków
Ocena:
563
(Głosów:
583)
Pamiętacie tego piekarza, któremu Urząd skarbowy zamknął interes gdyż nie odprowadzał podatku VAT od chleba który za darmo rozdawał biednym?
To posłuchajcie tego.
Pracuje w dużej firmie, obecnie postanowiono wymienić komputery na nowe, gdyż obecne mają już kilka lat. W sumie ok. 800 laptopów i ze 400 stacjonarnych.
Nie są to złomy, wszystkie mają procesowy 2 rdzeniowe Core2Duo 2.0-2,4 GHZ, 2, lub 3 GB RAM i dyski 250-320GB. Wszystkie markowe IBM.
Padło pytanie - co zrobić z tymi komputerami?
Otóż sprzedać się nie opłaca (za dużo zachodu z czyszczeniem danych i problemy z ewentualnymi reklamacjami).
Padł pomysł oddać do domów dziecka, dzieciaki z pewnością się ucieszą. Chłopaki z IT powiedzieli, że dla dzieciaków zostaną po godzinach i wyczyszczą dane (dla niewtajemniczonych nie chodzi tutaj o proste sformatowanie dysku – w sumie chodzi o kilkanaście godzin roboty dla 15 osób).
Okazuje się, że też się nie opłaca, bo należałoby zapłacić VAT od darowanego sprzętu.
Co firma zrobi z tymi komputerami? – ZNISZCZY.
Dlaczego? Bo najtaniej zniszczyć, utylizacja to koszt tylko kilkunastu złotych od sztuki.
A ile dzieci mogłoby się cieszyć całkiem porządnymi komputerami?
Wszystko przez durne przepisy podatkowe.
Polska to dziwny kraj.
To posłuchajcie tego.
Pracuje w dużej firmie, obecnie postanowiono wymienić komputery na nowe, gdyż obecne mają już kilka lat. W sumie ok. 800 laptopów i ze 400 stacjonarnych.
Nie są to złomy, wszystkie mają procesowy 2 rdzeniowe Core2Duo 2.0-2,4 GHZ, 2, lub 3 GB RAM i dyski 250-320GB. Wszystkie markowe IBM.
Padło pytanie - co zrobić z tymi komputerami?
Otóż sprzedać się nie opłaca (za dużo zachodu z czyszczeniem danych i problemy z ewentualnymi reklamacjami).
Padł pomysł oddać do domów dziecka, dzieciaki z pewnością się ucieszą. Chłopaki z IT powiedzieli, że dla dzieciaków zostaną po godzinach i wyczyszczą dane (dla niewtajemniczonych nie chodzi tutaj o proste sformatowanie dysku – w sumie chodzi o kilkanaście godzin roboty dla 15 osób).
Okazuje się, że też się nie opłaca, bo należałoby zapłacić VAT od darowanego sprzętu.
Co firma zrobi z tymi komputerami? – ZNISZCZY.
Dlaczego? Bo najtaniej zniszczyć, utylizacja to koszt tylko kilkunastu złotych od sztuki.
A ile dzieci mogłoby się cieszyć całkiem porządnymi komputerami?
Wszystko przez durne przepisy podatkowe.
Polska to dziwny kraj.
Ocena:
1102
(Głosów:
1134)
Kumpel pojechał z teściem do sklepu ponoć nie dla idiotów w celu zakupu nowego telewizora. Teściu z gatunku tych, co to przełączanie kanałów pilotem traktują jako intensywny wysiłek fizyczny - więc telewizor miał być na wypasie.
Wybrali model za ładnych kilka tysięcy. Sprzedawca pyta, czy będą chcieli odebrać na sklepie czy na magazynie - kumpel, jako że w wielu miejscach pracował i wie, jak czasem sprzętem na magazynie się rzuca (szczególnie, jeśli klient już zapłacił), poprosił o odbiór na sklepie.
Teściu chciał brać telewizor i jechać do kasy. Kumpel natomiast poprosił o sprawdzenie tego konkretnego egzemplarza.
[S]przedawca: To jest nowy telewizor, co pan tu chce sprawdzać?
[K]umpel: Chciałbym sprawdzić, czy wszystko działa.
[S]: Ale on jest zapakowany fabrycznie...
[K]: To pan odpakuje.
[S]: Ale ja nie mogę...
[K]: To my idziemy do konkurencji.
Sprzedawca z wielką łaską odpakował pudło, wyciągnął TV... Po czym oczom zebranych ukazał się wielki, 50-calowy ekran. Pęknięty na pół.
Oczywiście gdyby wyszli z tym telewizorem ze sklepu o reklamacji nie byłoby mowy - uszkodzenie mechaniczne, "w samochodzie pan puknął" i te sprawy.
Kupując jakikolwiek sprzęt zawsze sprawdzajcie konkretny egzemplarz.
Wybrali model za ładnych kilka tysięcy. Sprzedawca pyta, czy będą chcieli odebrać na sklepie czy na magazynie - kumpel, jako że w wielu miejscach pracował i wie, jak czasem sprzętem na magazynie się rzuca (szczególnie, jeśli klient już zapłacił), poprosił o odbiór na sklepie.
Teściu chciał brać telewizor i jechać do kasy. Kumpel natomiast poprosił o sprawdzenie tego konkretnego egzemplarza.
[S]przedawca: To jest nowy telewizor, co pan tu chce sprawdzać?
[K]umpel: Chciałbym sprawdzić, czy wszystko działa.
[S]: Ale on jest zapakowany fabrycznie...
[K]: To pan odpakuje.
[S]: Ale ja nie mogę...
[K]: To my idziemy do konkurencji.
Sprzedawca z wielką łaską odpakował pudło, wyciągnął TV... Po czym oczom zebranych ukazał się wielki, 50-calowy ekran. Pęknięty na pół.
Oczywiście gdyby wyszli z tym telewizorem ze sklepu o reklamacji nie byłoby mowy - uszkodzenie mechaniczne, "w samochodzie pan puknął" i te sprawy.
Kupując jakikolwiek sprzęt zawsze sprawdzajcie konkretny egzemplarz.
Ocena:
1005
(Głosów:
1027)
Było już o matkach roku, dzisiaj będzie o idiotach roku.
Godzina ok 23, pod blok podjeżdża karetka pogotowia, niestety do mieszkania do którego dostali wezwanie, jest bardzo ciężko dojechać, więc lekarze zostawiając "R" pognali ile sił w nogach na miejsce.
Wszyscy byliśmy bardzo zaniepokojeni, ponieważ kierowca ciągle powtarzał, że człowiek umiera i natychmiast musi tam podjechać. Wytłumaczyłam gdzie i jak będzie najszybciej.
Po mniej więcej 10 min podjeżdża policja.
Widzę, że lekarze już spokojnie wracają a za nimi policja prowadzi dwóch młodych chłopaków.
Jak się domyślacie, dla żartu wezwali pilnie karetkę, mówiąc że ktoś umiera, po czym z wielkim bananem na twarzy wyśpiewali PRIMA APRILIS...
Brak słów...
Godzina ok 23, pod blok podjeżdża karetka pogotowia, niestety do mieszkania do którego dostali wezwanie, jest bardzo ciężko dojechać, więc lekarze zostawiając "R" pognali ile sił w nogach na miejsce.
Wszyscy byliśmy bardzo zaniepokojeni, ponieważ kierowca ciągle powtarzał, że człowiek umiera i natychmiast musi tam podjechać. Wytłumaczyłam gdzie i jak będzie najszybciej.
Po mniej więcej 10 min podjeżdża policja.
Widzę, że lekarze już spokojnie wracają a za nimi policja prowadzi dwóch młodych chłopaków.
Jak się domyślacie, dla żartu wezwali pilnie karetkę, mówiąc że ktoś umiera, po czym z wielkim bananem na twarzy wyśpiewali PRIMA APRILIS...
Brak słów...
trójmiasto
Ocena:
936
(Głosów:
966)
Jeszcze się śmieję.
Stało się to pół godziny temu.
Wychodzę po długaśnej kąpieli z łazienki i marzę już tylko o szklance herbaty i łóżku, coby w końcu odpocząć. Dzwonek do drzwi. Otwieram. Policja. Za policjantami sąsiadka.
Za głośno uprawiam LESBIJSKI SEKS.
Narzeczony z pokoju rży pełną piersią i wraca do oglądania rozgrywki dwóch pań w tenisa, którą kiedyś tam sobie nagrał, żeby obejrzeć jak znajdzie czas.
Ba dum tsss.
Za miesiąc przeprowadzka i coraz bardziej nie mogę się doczekać, bo ta kobieta zdaje się co wieczór czatować na choćby najmniejszy szmer, aby tylko wezwać policję, która zaskakująco szybko reaguje.
Stało się to pół godziny temu.
Wychodzę po długaśnej kąpieli z łazienki i marzę już tylko o szklance herbaty i łóżku, coby w końcu odpocząć. Dzwonek do drzwi. Otwieram. Policja. Za policjantami sąsiadka.
Za głośno uprawiam LESBIJSKI SEKS.
Narzeczony z pokoju rży pełną piersią i wraca do oglądania rozgrywki dwóch pań w tenisa, którą kiedyś tam sobie nagrał, żeby obejrzeć jak znajdzie czas.
Ba dum tsss.
Za miesiąc przeprowadzka i coraz bardziej nie mogę się doczekać, bo ta kobieta zdaje się co wieczór czatować na choćby najmniejszy szmer, aby tylko wezwać policję, która zaskakująco szybko reaguje.
sąsiadka
Ocena:
902
(Głosów:
938)
Z cyklu "Nie dla idiotów".
Pracuję na stacji benzynowej. Dzień jak co dzień. Ludzie łażą, mendzą, narzekają. Tankuję klientowi gaz. Za nim ustawia się już ogonek. I co zrobił mądry inaczej klient? Odpalił samochód coby go ciutkę przestawić. Żeby klient za nim spokojnie mógł stanąć. Nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie to, że akurat jemu tankowałam ten gaz. Serce stanęło mi w gardle. Wszystkie włosy na ciele łącznie z brwiami stanęły mi dęba. Dystrybutor szybko wyłączyłam, po czym pytam się klienta czy wie, co zrobił i czym to grozi? Jaka padła odpowiedź? Przecież nic się nie stało. No nic się nie stało. Co najwyżej, przy odrobinie szczęścia gdzieś lecz nie wiadomo gdzie znaleźliby może po mnie zegarek.
Jutro proszę kierownika o banner z napisem "Nie dla debili", żeby nie było plagiatu z jednego z marketów elektronicznych.
Pracuję na stacji benzynowej. Dzień jak co dzień. Ludzie łażą, mendzą, narzekają. Tankuję klientowi gaz. Za nim ustawia się już ogonek. I co zrobił mądry inaczej klient? Odpalił samochód coby go ciutkę przestawić. Żeby klient za nim spokojnie mógł stanąć. Nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie to, że akurat jemu tankowałam ten gaz. Serce stanęło mi w gardle. Wszystkie włosy na ciele łącznie z brwiami stanęły mi dęba. Dystrybutor szybko wyłączyłam, po czym pytam się klienta czy wie, co zrobił i czym to grozi? Jaka padła odpowiedź? Przecież nic się nie stało. No nic się nie stało. Co najwyżej, przy odrobinie szczęścia gdzieś lecz nie wiadomo gdzie znaleźliby może po mnie zegarek.
Jutro proszę kierownika o banner z napisem "Nie dla debili", żeby nie było plagiatu z jednego z marketów elektronicznych.
stacja benzynowa
Ocena:
749
(Głosów:
779)
Piękny letni dzień zeszłego roku. Ja – uśmiechnięta od ucha do ucha, bo tego dnia odbierałam zapłatę za wykonany projekt. Kosztował mnie sporo pracy ale i zapłata była bardzo, bardzo zadowalająca. Prawdę mówiąc ponad 3-krotność mojej pensji.
Tak jak napisałam wyżej – uśmiechnięta wracałam z torbą pełną pieniędzy. I teraz małe wyjaśnienie: wybierałam się na małe zakupy – wiadomo, moja sukienka, buty, żeby odbić sobie tygodnie stresu. Pieniądze chciałam zostawić u teściów, żeby potem je odebrać i już razem z małżonkiem wrócić do domu (oddalonego o ponad 50 km).
Było „kochanie”, było „słoneczko” i co tylko, „a może herbatki a może kawki?” ale się śpieszyłam. Ale ja mam dobrą teściową, prawda?
Dość szybko uporałam się z zakupami i jeszcze bardziej uśmiechnięta wracałam do teściów.
[T]eściowa, [Te]ść, [J]a
Ochy, achy, oglądanie ciuchów.
[T] A wieeeeeeesz, Kacper do mnie dzwonił, zostaje dłużej, ale Adam (mój szwagier) po ciebie przyjedzie o 15. Dodzwonić się nie mogli. (Telefon rozładowany)
Kawka. Pogaduchy, wszystko pięknie. Chcę już wychodzić, rodzice lubego mnie żegnają czule. Już w korytarzu:
[J] Ale mamo, pieniądze muszę zabrać. Zapomniałabym, poda mi je mama? (Miałam buty, nie chciałam brudzić).
[T] (Teatralnie) Co? Jakie pieniądze?
Trochę zdezorientowana byłam, trochę to mało powiedziane, aż mnie zatkało, ale kobieta stara – może nie pamiętać.
[J] Moje, za projekt, zostawiłam tu.
[T] Nic nie zostawiłaś. Andrzej prawda? Powiedz.
[Te] Ja nic nie pamiętam, nie widziałem.
Powoli zaczynałam się denerwować. Na dalsze tłumaczenia usłyszałam od teściowej:
- Ale ty tu nic nie zostawiłaś, kłamczyni!!! Chcesz nas z synem skłócić, złodziejami nas robisz?! Dzi***o wynoś się, bo policje zawołam!!!
Po czym „delikatnie” trzasnęła mi drzwiami przed nosem.
Z płaczem popędziłam do mojego szwagra, wróciliśmy pod drzwi, ale nie otwarli. Później telefon po policję i tłumaczenia podobne do tych, które ja usłyszałam.
- Co??? Jakie pieniądze? Ona kłamie, chce od nas wyłudzić a my biedne emeryty.
Wróciłam do domu, zadzwoniłam do męża. Cóż, wyprzedziła mnie teściowa, pożalić się jaką to ma synową „su**”. Kłótnia była nie z tej ziemi. Bo przecież jak śmiałam na teściów i rodziców ukochanego męża policje nasłać? No jak ja to mogłam zrobić? O kradzież ich oskarżyć...?
Mąż pojechał w długą, do rodziców oczywiście, a ja z dwójką małych dzieci w domu starałam się nie rozsypać kompletnie.
I tu – wybawienie – młodszy synek bawił się telefonem (robi zdjęcia wszystkiemu co w zasięgu wzroku). Małe wyjaśnienie: mój telefon, choć chińskie gó***, ma dość dobry aparat i kamerę, które uruchamia się z boku jednym przyciskiem. Domyślnie ustawioną mam kamerę, która dość często się uruchamia sama, z racji tego guziczka. Było tam chyba 13 minutowe nagranie, które zaczęło się od jak mniemam mojego wejścia do tramwaju po wejście do rodziców. Wizji co prawda nie było, ale był marny bo marny, ale zawsze głos, gdzie słychać było rozmowę z teściami o pieniądzach.
I na zakończenie mojej piekielnej i smutnej historii. Sprawy w sądzie odbyły się dwie: przeciwko teściom i rozwodowa. Dwie sprawy, które przypłaciłam depresją.
Tak jak napisałam wyżej – uśmiechnięta wracałam z torbą pełną pieniędzy. I teraz małe wyjaśnienie: wybierałam się na małe zakupy – wiadomo, moja sukienka, buty, żeby odbić sobie tygodnie stresu. Pieniądze chciałam zostawić u teściów, żeby potem je odebrać i już razem z małżonkiem wrócić do domu (oddalonego o ponad 50 km).
Było „kochanie”, było „słoneczko” i co tylko, „a może herbatki a może kawki?” ale się śpieszyłam. Ale ja mam dobrą teściową, prawda?
Dość szybko uporałam się z zakupami i jeszcze bardziej uśmiechnięta wracałam do teściów.
[T]eściowa, [Te]ść, [J]a
Ochy, achy, oglądanie ciuchów.
[T] A wieeeeeeesz, Kacper do mnie dzwonił, zostaje dłużej, ale Adam (mój szwagier) po ciebie przyjedzie o 15. Dodzwonić się nie mogli. (Telefon rozładowany)
Kawka. Pogaduchy, wszystko pięknie. Chcę już wychodzić, rodzice lubego mnie żegnają czule. Już w korytarzu:
[J] Ale mamo, pieniądze muszę zabrać. Zapomniałabym, poda mi je mama? (Miałam buty, nie chciałam brudzić).
[T] (Teatralnie) Co? Jakie pieniądze?
Trochę zdezorientowana byłam, trochę to mało powiedziane, aż mnie zatkało, ale kobieta stara – może nie pamiętać.
[J] Moje, za projekt, zostawiłam tu.
[T] Nic nie zostawiłaś. Andrzej prawda? Powiedz.
[Te] Ja nic nie pamiętam, nie widziałem.
Powoli zaczynałam się denerwować. Na dalsze tłumaczenia usłyszałam od teściowej:
- Ale ty tu nic nie zostawiłaś, kłamczyni!!! Chcesz nas z synem skłócić, złodziejami nas robisz?! Dzi***o wynoś się, bo policje zawołam!!!
Po czym „delikatnie” trzasnęła mi drzwiami przed nosem.
Z płaczem popędziłam do mojego szwagra, wróciliśmy pod drzwi, ale nie otwarli. Później telefon po policję i tłumaczenia podobne do tych, które ja usłyszałam.
- Co??? Jakie pieniądze? Ona kłamie, chce od nas wyłudzić a my biedne emeryty.
Wróciłam do domu, zadzwoniłam do męża. Cóż, wyprzedziła mnie teściowa, pożalić się jaką to ma synową „su**”. Kłótnia była nie z tej ziemi. Bo przecież jak śmiałam na teściów i rodziców ukochanego męża policje nasłać? No jak ja to mogłam zrobić? O kradzież ich oskarżyć...?
Mąż pojechał w długą, do rodziców oczywiście, a ja z dwójką małych dzieci w domu starałam się nie rozsypać kompletnie.
I tu – wybawienie – młodszy synek bawił się telefonem (robi zdjęcia wszystkiemu co w zasięgu wzroku). Małe wyjaśnienie: mój telefon, choć chińskie gó***, ma dość dobry aparat i kamerę, które uruchamia się z boku jednym przyciskiem. Domyślnie ustawioną mam kamerę, która dość często się uruchamia sama, z racji tego guziczka. Było tam chyba 13 minutowe nagranie, które zaczęło się od jak mniemam mojego wejścia do tramwaju po wejście do rodziców. Wizji co prawda nie było, ale był marny bo marny, ale zawsze głos, gdzie słychać było rozmowę z teściami o pieniądzach.
I na zakończenie mojej piekielnej i smutnej historii. Sprawy w sądzie odbyły się dwie: przeciwko teściom i rozwodowa. Dwie sprawy, które przypłaciłam depresją.
dom teściów
Ocena:
1562
(Głosów:
1616)
Jak to zachciało się granatowi zrobić zakupy.
Lodówka niemal płacze z samotności, nawet wszelkiej maści kasze, makarony i ryże się pokończyły. Wniosek prosty - jedziemy na zakupy. Załadowałem się z psem w samochód i jazda. Na miejscu o dziwo miejsca dla inwalidów były wolne, co się dość rzadko zdarza. Zwykle zajęte jest przez samochód osobowy, który zajmuje ze cztery na raz, albo przez jakiś dostawczak. Wygramoliłem się z auta, usadowiłem na wózku i turlam się do sklepu, pies obok drepcze. Niestety, dalej miło nie było. Przy wejściu na halę sprzedaży, trafiłem na "miłego" ochroniarza o IQ jak bakłażan.
[O]chroniarz: Nie możesz z tym wejść. - I pokazuje na psa.
[J]a: Mogę, prawo mi gwarantuje możliwość wejścia z psem do każdego sklepu.
[O]: Ale to musi być pies przewodnik, albo pies pracujący.
W tym momencie zaliczyłem klasycznego facepalma, bo pies wyposażony jest w kamizelkę z napisem "Pies asystujący" podobną do tej http://www.ratownik24.pl/images/products/big/Naszywka-odblaskowa-PIES-PIES-ASYSTUJACY.133.jpg
[J]: Z pana przełożonym proszę. - Powiedziałem widząc, że nic tu raczej nie ugram.
Przyszedł przełożony, ochroniarz streścił mu całe zajście.
[P]rzełożony: Nie może pan wejść z tym psem. Nie ma pan na niego dokumentów. - Powiedział z sarkastycznym uśmiechem.
[J]: Owszem, mam. - I w tym momencie z szerokim uśmiechem podaje certyfikat i książeczkę zdrowia psa gdzie wbite są szczepienia.
Panowie oglądają, oglądają, chyba nawet jakieś wyrazy sklejali w zdania.
[P]: Nie wejdziesz, nie ma zdjęcia psa, skąd mam wiedzieć, że to jego dokumenty? Jak to może być dokument bez zdjęcia?
Odpuściłem. Nie miałem zamiaru z debilami się użerać. Szkoda mi było czasu.
Zakupy zrobiłem kilka kilometrów dalej, gdzie nie dość, że nikt nie robił problemów, to jeszcze kasjerka pomogła mi spakować zakupy, a ochroniarz zanieść je do samochodu.
Lodówka niemal płacze z samotności, nawet wszelkiej maści kasze, makarony i ryże się pokończyły. Wniosek prosty - jedziemy na zakupy. Załadowałem się z psem w samochód i jazda. Na miejscu o dziwo miejsca dla inwalidów były wolne, co się dość rzadko zdarza. Zwykle zajęte jest przez samochód osobowy, który zajmuje ze cztery na raz, albo przez jakiś dostawczak. Wygramoliłem się z auta, usadowiłem na wózku i turlam się do sklepu, pies obok drepcze. Niestety, dalej miło nie było. Przy wejściu na halę sprzedaży, trafiłem na "miłego" ochroniarza o IQ jak bakłażan.
[O]chroniarz: Nie możesz z tym wejść. - I pokazuje na psa.
[J]a: Mogę, prawo mi gwarantuje możliwość wejścia z psem do każdego sklepu.
[O]: Ale to musi być pies przewodnik, albo pies pracujący.
W tym momencie zaliczyłem klasycznego facepalma, bo pies wyposażony jest w kamizelkę z napisem "Pies asystujący" podobną do tej http://www.ratownik24.pl/images/products/big/Naszywka-odblaskowa-PIES-PIES-ASYSTUJACY.133.jpg
[J]: Z pana przełożonym proszę. - Powiedziałem widząc, że nic tu raczej nie ugram.
Przyszedł przełożony, ochroniarz streścił mu całe zajście.
[P]rzełożony: Nie może pan wejść z tym psem. Nie ma pan na niego dokumentów. - Powiedział z sarkastycznym uśmiechem.
[J]: Owszem, mam. - I w tym momencie z szerokim uśmiechem podaje certyfikat i książeczkę zdrowia psa gdzie wbite są szczepienia.
Panowie oglądają, oglądają, chyba nawet jakieś wyrazy sklejali w zdania.
[P]: Nie wejdziesz, nie ma zdjęcia psa, skąd mam wiedzieć, że to jego dokumenty? Jak to może być dokument bez zdjęcia?
Odpuściłem. Nie miałem zamiaru z debilami się użerać. Szkoda mi było czasu.
Zakupy zrobiłem kilka kilometrów dalej, gdzie nie dość, że nikt nie robił problemów, to jeszcze kasjerka pomogła mi spakować zakupy, a ochroniarz zanieść je do samochodu.
sklepy
Ocena:
1345
(Głosów:
1375)
Nie mam matki odkąd skończyłam dwa lata. Wyjechała za granicę do pracy, "na dwa miesiące". Z dwóch zrobiło się cztery, z czterech sześć, a z sześciu kolejne dwa. Typowe, prawda?
Tydzień po moich piątych urodzinach przyszedł list i paczka, na adres mojej babci. Mama przysyłała listy tylko w zielonych kopertach, toteż jak to dziecko zaczęłam się cieszyć i od razu zagoniłam babcię do czytania, a sama zaczęłam rozpakowywać pakunek, oczekując tam super-hiper-bajeranckich rolek.
Babcia odmówiła przeczytania mi świstka i kazała iść mi się pobawić, a sama usiadła przy oknie i zaczęła się trząść. Dopiero po latach przeczytałam ten list, a mianowicie:
"Mamo, wybacz, ale ja nie wrócę [...] poznałam kogoś, chcę ułożyć sobie życie na nowo. Lilou powiedz że jestem chora, dlatego nie przyjadę. Kupiłam jej lalkę, chyba będzie się podobać." - i koniec.
Babcia w bawełnę nie owijała nigdy i jakby to było dzisiaj, pamiętam że powiedziała prosto z mostu:
- Mama się na nas wypięła, ale damy radę.
Wiedziałam więc że mama nie wróci, ale chyba nie za wiele wtedy rozumiałam, albo to ta cudna lalka zatkała mi dziecięcą gębę.
Dokładnie dwa tygodnie przed szóstymi urodzinami, siedziałam jak zwykle w świetlicy, czekając albo na babcię albo na ojca. Świetlica działała do godziny 19:00, a ja byłam już po prostu "padnięta" i leżakowałam na dywanie w towarzystwie klocków, dodatkowo otumaniona lekarstwami (wyrywanie dodatkowych kłów nad trójkami - okropność).
Nagle stuk-puk obcasikami, wysokie "ja po Lilou", chwilowe gadanie przy biurku i już jakieś ręce mnie podnosiły. Nie obyło się bez szczebiotania, że taka zaspana i urocza, że prawie chrapię i tak dalej. Ocknęłam się dopiero, kiedy ktoś wkładał mi rączki w rękawki kurtki. To był pan którego nie znałam, a mama rozmawiała przy biurku z moją wychowawczynią, dobrze zaznajomioną z moją sytuacją.
Z tego co dowiedziałam się później - mama podała swoje dane personalne i powiedziała że przyjechała na weekend, żeby pobyć z córką. Podała nawet nazwę moteliku, a wychowawczyni bez sprzeciwu oddała im sześciolatkę, która nie była nawet w stanie policzyć do trzech, raz że przez lekarstwa, dwa przez zmęczenie, co dopiero potwierdzić, że ta dziwna pani jest faktycznie jej mamą. Dodam, że wiem z opowieści babci, że moja matka nie wyglądała wtedy jak matka, ale jak tania prostytutka, a jej dwumetrowy kark jak alfons. Może nawet tak było, nie wiem.
Trafiłam do moteliku, w którym stały walizki i nie wyglądało to tak jakby miały być rozpakowane. Wręcz przeciwnie - wyglądało to jakby stały przy drzwiach, by szybko je zabrać. Pan, który łaskawie ubrał mnie w kurteczce gdzieś się zmył, a mama zaproponowała zabawę w "księżniczki". Nim się obejrzałam, zaczęła smarować mi czymś głowę i parę chwil później... zamiast mysich strączków miałam blond włosy, a na moich kolanach leżała niebieska sukienka.
I wtedy... tak, babcia. Kochana kobieta, naprawdę. Wpadła do naszego pokoju, wytargała mamę za włosy i uszy (co pamiętam do teraz!) i zamknęła... w łazience. Do przyjazdu ojca nawet bałam się poruszyć, bo babcia wyglądała naprawdę groźnie.
Co się okazało?
Moja matka wcale nie mieszkała w Niemczech. "Jej" Niemcy były stosunkowo blisko, a może nawet powiem: 45 minut drogi samochodem od naszej miejscowości.
Za granicę mieliśmy wyjechać o 20:00, co za tym idzie - gdyby babcia się spóźniła, zastałaby tylko brudną umywalkę i mój tornister. Tak, mama upomniała się o swoje i postanowiła po prostu mnie zabrać.
Zaskoczona sytuacją specjalnie nie byłam. Ale kiedy mama siedziała już grzecznie na łóżku zalewając się łzami i błagała o zwrócenie dziecka, zapytałam tylko czy kupiła mi rolki. W końcu obiecała. Na piąte urodziny. Rok temu. Bo lalki nie chciałam.
A mamy nie widziałam po dziś dzień i szczerze mówiąc mi z tym dobrze.
Tydzień po moich piątych urodzinach przyszedł list i paczka, na adres mojej babci. Mama przysyłała listy tylko w zielonych kopertach, toteż jak to dziecko zaczęłam się cieszyć i od razu zagoniłam babcię do czytania, a sama zaczęłam rozpakowywać pakunek, oczekując tam super-hiper-bajeranckich rolek.
Babcia odmówiła przeczytania mi świstka i kazała iść mi się pobawić, a sama usiadła przy oknie i zaczęła się trząść. Dopiero po latach przeczytałam ten list, a mianowicie:
"Mamo, wybacz, ale ja nie wrócę [...] poznałam kogoś, chcę ułożyć sobie życie na nowo. Lilou powiedz że jestem chora, dlatego nie przyjadę. Kupiłam jej lalkę, chyba będzie się podobać." - i koniec.
Babcia w bawełnę nie owijała nigdy i jakby to było dzisiaj, pamiętam że powiedziała prosto z mostu:
- Mama się na nas wypięła, ale damy radę.
Wiedziałam więc że mama nie wróci, ale chyba nie za wiele wtedy rozumiałam, albo to ta cudna lalka zatkała mi dziecięcą gębę.
Dokładnie dwa tygodnie przed szóstymi urodzinami, siedziałam jak zwykle w świetlicy, czekając albo na babcię albo na ojca. Świetlica działała do godziny 19:00, a ja byłam już po prostu "padnięta" i leżakowałam na dywanie w towarzystwie klocków, dodatkowo otumaniona lekarstwami (wyrywanie dodatkowych kłów nad trójkami - okropność).
Nagle stuk-puk obcasikami, wysokie "ja po Lilou", chwilowe gadanie przy biurku i już jakieś ręce mnie podnosiły. Nie obyło się bez szczebiotania, że taka zaspana i urocza, że prawie chrapię i tak dalej. Ocknęłam się dopiero, kiedy ktoś wkładał mi rączki w rękawki kurtki. To był pan którego nie znałam, a mama rozmawiała przy biurku z moją wychowawczynią, dobrze zaznajomioną z moją sytuacją.
Z tego co dowiedziałam się później - mama podała swoje dane personalne i powiedziała że przyjechała na weekend, żeby pobyć z córką. Podała nawet nazwę moteliku, a wychowawczyni bez sprzeciwu oddała im sześciolatkę, która nie była nawet w stanie policzyć do trzech, raz że przez lekarstwa, dwa przez zmęczenie, co dopiero potwierdzić, że ta dziwna pani jest faktycznie jej mamą. Dodam, że wiem z opowieści babci, że moja matka nie wyglądała wtedy jak matka, ale jak tania prostytutka, a jej dwumetrowy kark jak alfons. Może nawet tak było, nie wiem.
Trafiłam do moteliku, w którym stały walizki i nie wyglądało to tak jakby miały być rozpakowane. Wręcz przeciwnie - wyglądało to jakby stały przy drzwiach, by szybko je zabrać. Pan, który łaskawie ubrał mnie w kurteczce gdzieś się zmył, a mama zaproponowała zabawę w "księżniczki". Nim się obejrzałam, zaczęła smarować mi czymś głowę i parę chwil później... zamiast mysich strączków miałam blond włosy, a na moich kolanach leżała niebieska sukienka.
I wtedy... tak, babcia. Kochana kobieta, naprawdę. Wpadła do naszego pokoju, wytargała mamę za włosy i uszy (co pamiętam do teraz!) i zamknęła... w łazience. Do przyjazdu ojca nawet bałam się poruszyć, bo babcia wyglądała naprawdę groźnie.
Co się okazało?
Moja matka wcale nie mieszkała w Niemczech. "Jej" Niemcy były stosunkowo blisko, a może nawet powiem: 45 minut drogi samochodem od naszej miejscowości.
Za granicę mieliśmy wyjechać o 20:00, co za tym idzie - gdyby babcia się spóźniła, zastałaby tylko brudną umywalkę i mój tornister. Tak, mama upomniała się o swoje i postanowiła po prostu mnie zabrać.
Zaskoczona sytuacją specjalnie nie byłam. Ale kiedy mama siedziała już grzecznie na łóżku zalewając się łzami i błagała o zwrócenie dziecka, zapytałam tylko czy kupiła mi rolki. W końcu obiecała. Na piąte urodziny. Rok temu. Bo lalki nie chciałam.
A mamy nie widziałam po dziś dzień i szczerze mówiąc mi z tym dobrze.
rodzina.
Ocena:
1289
(Głosów:
1331)
