Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#74379

~Szalonooka ·
| Do ulubionych
Mój mąż od dziecka choruje na padaczkę. Bardzo o siebie dba, nie pije, zwraca uwagę na dietę, nie pali, regularnie bierze leki. Dla mnie jest to choroba jak każda inna. Napady zdarzają się niezwykle rzadko.

Około miesiąc temu poszliśmy na zakupy do marketu i niestety mąż źle się poczuł. Udało mi się położyć go na podłogę. Wiem, że atak padaczki nie należy do miłych widoków, ale to co nas spotkało w sklepie przeszło moje najśmielsze oczekiwania.

Podbiegło sporo ludzi, ale nikt nie zaproponował pomocy, trzech mężczyzn (dorosłych) nagrywało nas telefonami, starsza pani krzyczała do mnie, że z taką patologią to w domu trzeba siedzieć. Wyjęłam telefon i zadzwoniłam po karetkę. Zanim przyjechali, mąż był już po wszystkim, miarowo oddychał i tylko leżał. Ochroniarz stał nade mną i mówił, żebym jak najszybciej zabrała męża, bo taki widok odstrasza.

Brak mi słów. Ostatnio wpadliśmy do tego marketu po szybkie zakupy. Mieścina mała, więc wszyscy patrzyli na nas jak na trędowatych. Dodam tylko, że mąż prowadzi własną firmę i wszyscy doskonale wiedzą o jego chorobie. Nigdy nie spotkaliśmy się z takim chamstwem.

market

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 502 (510)

#77227

~kop ·
| Do ulubionych
Lato ubiegłego roku. Parking przy dużej galerii handlowej. Siedziałem w samochodzie, czekając na żonę i jej koleżankę. Nie chciałem przeszkadzać kobitkom kiedy splądrują butiki.

Siedzę więc i czytam gazetę. Ciepło,okna w aucie opuszczone. W pewnym momencie widzę toczące się leniwie przez parking duże auto. Nissan Navara, kabina czterodrzwiowa i paka. Za kółkiem paniusia wyfiołkowana jak z żurnala w wieku 40+, rozgląda się za wolnym miejscem. Może nie zwróciłbym uwagi, ale przejechała ze dwa razy koło mnie. Na wprost mnie (po drugiej stronie przejazdu) stoi stary Opel astra kombi, są dwa wolne miejsca i VW passacik. Miejsca dosyć, że taka navara mogła spokojnie zaparkować w poprzek jak do koperty.

Paniusia też to zauważyła. Mogła przodem bez problemu, ale nie. Wbiła wsteczny i cofa. Ze swojego miejsca już widzę, że nie ma ludzkiej siły żeby pancia wyrobiła. Zbyt późno zaczęła kręcić kierownicą w prawo i za szybko jechała. Musiało nastąpić JEB!!! Huknęło, trzasnęło i tyłek astry przestał istnieć. Pancia w lot pojęła, że coś jest nie halo. Wysiadła, spojrzała, zaklęła jak szewc. Wsiadła do navary skorygowała błąd i zaparkowała już poprawnie obok rozbitej astry. Znowu wysiadła i szacowała uszkodzenia z tyłu swojego auta. Obejrzała też opla i z wielkiej jak jej samochód torebki wyciągnęła telefon. Byłem nie dalej jak 10 metrów i mogłem chcąc nie chcąc słyszeć ten jednostronny dialog:

- Tadziu przyp...łam w jakieś auto! Pod galerią!
- .....
- Naszemu nic. Opel, rzęch taki stary.
- .....
- Nie nikt nie widział, a kierowca jest pewnie w galerii. Nikogo nie ma.

(Owszem ludzie kręcili się po parkingu, ten i ów spojrzał, ale zainteresowania zajście nie wzbudziło).

- .....
- Nooo szyba, klapa z tyłu, bo to kombi i światła, i rejestracja odpadła.
- .....
-Dobra... Spier...am!

Jednym susem paniusia była w samochodzie i tak jak obiecała Tadziowi, spier...ła.

Jakiś czas później wrócił kierowca nieszczęsnego opla. Był z żoną i dwójką dzieci. Podszedłem i podałem mu zapisany na marginesie gazety numer rejestracyjny navary. Wezwał policję. Przyjechali, a ja powiedziałem co się stało. Nie byłem wzywany na świadka, bo policjanci wzięli nagrania z kamer monitoringu ochrony i najwidoczniej paniusia nie była w stanie wykręcić się sianem i wobec przedstawionych dowodów przyznała się do winy.

Jakim piekielnym idiotą trzeba być żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że w dzisiejszych czasach prawie wszędzie jest monitoring?
A zwłaszcza przy dużych galeriach handlowych.

komunikacja_miejska

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 375 (381)

#71074

~n0rek ·
| Do ulubionych
Kurierzy, kurierzy :) kolega pracował przez rok w jednej z firm, więc częściowo staram się ich zrozumieć, ale czasami przechodzą sami siebie.

Mianowicie zamówiłem paczkę (opony letnie), info na maila że wysłana i w drodze do mnie. Minął dzień, drugi, tydzień, a opon jak nie było tak nie ma. Dzwonię do firmy kurierskiej, a Pan na infolinii mówi, że faktycznie paczka jest w doręczeniu od tygodnia, ale on w sumie nie wie dlaczego nie dojechała, ale nada jej priorytet.

I faktycznie następnego dnia telefon o 21:53, że kurier ma moje opony i tu wywiązała się pewna rozmowa:

- Witam, kurier XXX, mam dla Pana komplet opon, tylko mam pytanie czy nie mógłby Pan po nie podjechać do centrum? (mieszkam ok 5km za miastem)
- No niestety, późno jest, poza tym dopijam piwko.
- Aaaa, bo mi się jeszcze auto zepsuło i te opony musiałyby zostać w nim do jutra, więc może znalazłby Pan jakiegoś kierowcę, to by były u Pana jeszcze dzisiaj.
- Spoko, to letnie kapcie, to nie śpieszy mi się.

Gość widząc że nie ugra nic, coś burknął i się rozłączył.
Na drugi dzień dostaję maila, że dostarczenie nie powiodło się i paczka będzie do odbioru na punkcie (80km od mojego miasta), a później wróci do nadawcy.
Po chwilowym szoku wykonałem telefon, osłuchałem swoją melodyjkę i w prostych żołnierskich słowach wytłumaczyłem WTF!

Dwa dni później dzwoni telefon, że paczka do mnie jedzie, ale czy nie mógłbym podjechać do centrum bo jemu się nie chce gonić taki kawał drogi... odmówiłem.

Koniec końców dostałem zamówiony przedmiot pod drzwi i żeby nie było - rozumiem, że się śpieszą i wyjazd poza centrum jest "stratą czasu", dlatego zgadzam się na dostarczanie paczek do pracy czy nawet podjechanie po nią w konkretne miejsce, ale bez przesady.

Przemyśl

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 374 (380)

#70345

(PW) ·
| Do ulubionych
W te święta pojechałem do swojej dalszej rodziny mieszkającej na mazurach. Bohaterem opowieści jest Łukasz mój brat cioteczny. Miał on dosyć burzliwą przeszłość, więc ciężko mu było znaleźć normalną pracę. Jego ulubionym sposobem spędzania wolnego czasu jest picie piwa pod lokalnym sklepem spożywczym wraz z jego ziomkami, którzy są w podobnej sytuacji jak on. Posiada też samochód marki BMW który niestety z powodu braku środków na jego utrzymanie więcej stoi w garażu niż jeździ. Przed samymi świętami zmarła jego babcia więc jako jedynej osobie z jego rodziny posiadającej samochód przyszło mu zawieźć wszystkich na uroczystości pogrzebowe. Łukasz miał długi chyba już u każdej osoby we wsi, więc postanowił zwrócić się z pomocą do mnie jako osoby spoza kręgu. Poprosił abym pożyczył mu 50zł na paliwo. Gdyby nie to ,że wiedziałem w jakim celu rzeczywiście prosi o pieniądze nie dałbym mu złamanego grosza. Lecz mimo wszystko zdecydowałem się pożyczyć mu te pieniądze nie licząc, że w ogóle kiedyś je odda.

Na oparach paliwa znajdujących się w baku jego "bejcy" dojechał na stację benzynową. Lecz zamiast zatankować samochód wpadł na jego zdaniem genialny pomysł. W sklepie znajdującym się na stacji benzynowej stały automaty tzw. "jednoręcy bandyci". Postanowił że zainwestuje pożyczone pieniądze, a za wygraną poza paliwem kupi sobie jeszcze piwo i papierosy. Niestety maszyna nie była tak łaskawa i wszystkie postawione pieniądze przegrał. Jego "bejca" z powodu braku paliwa odmówiła posłuszeństwa kilkaset metrów od stacji. Ok 6 km musiał pokonać na piechotę zostawiając samochód na poboczu drogi.

Nie chcąc się przyznać w jaki sposób roztrwonił pieniądze zwrócił się o pomoc do mojej siostry. Moja siostra nie wiedząc o tym że wcześniej pożyczyłem mu pieniądze, dała mu kolejne 50zł.

Łukasz na piechotę podreptał z kanistrem kolejne 6km na stację benzynową. Lecz zamiast zatankować paliwo do kanistra wpadł na kolejny jego zdaniem pomysł. Wrzucił do "jednorękiego bandyty" pożyczone od mojej siostry 50zł licząc że odzyska pożyczone ode mnie pieniądze oraz kupi paliwo i coś dla siebie. Niestety tym razem również mu się nie poszczęściło i przegrał zainwestowane pieniądze

W ostateczności to ja poproszony zostałem aby jego matkę i siostrę zawieźć do kościoła na uroczystości pogrzebowe. Pomimo iż jego matka próbowała mi na siłę wcisnąć pieniądze "na paliwo" to nie zgodziłem się ich przyjąć. Wiedziałem że są w trudnej sytuacji finansowej.

BMW do dnia dzisiejszego stoi na poboczu drogi. Ktoś życzliwy zdążył już wyrwać lusterka i poprzebijać opony.

Mazury

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 497 (505)

#72655

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam wszystkich.

O tym jak pracy w nowym moim zawodzie szukałem.

Jakiś czas temu zostałem rekruterem - marzenie od dawna. Pół roku łączyłem darmowe staże z normalną pracą żeby zdobyć doświadczenie, referencje i się uczyć jak najwięcej. Udało się, po pół roku znalazłem pracę w nowym zawodzie, wszystko cacy, niestety firma w której się zahaczyłem musiała przyciąć koszty i poleciały świeżaki w tym ja. Fajnie, pracodawca mimo miesięcznego okresu wypowiedzenia uprzedził nas, że daje nam 3 miesiące na znalezienie nowego zajęcia - długie mu i zdrowe życie za taką fair postawę - a że rynek duży to 3 miesiące to sporo czasu na przenosiny.

Rozesłałem około 20 CV i w połowie przypadków zakończyło się to rozmowami. Oto najjaśniejsze tylko perełki z rozmów.

1. Gigant na rynku, firma będąca liderem w branży, generalnie ludzie się do nich pchają drzwiami i oknami. Proces sprawny, profesjonalny, rozmawiamy o stawce:

- proszę mi powiedzieć, jakie są pańskie wymagania finansowe
- u poprzedniego pracodawcy zarabiałem 2100 netto, nie chciałbym mniej. Możemy ponegocjować, jeśli prowizje od zatrudnienia są wyższe niż standardowe.
- (milczy). No, ale to jest bardzo wysoka kwota! My nie przewidujemy prowizji (sic!) i budżet na to stanowisko to 1800 brutto.
- 1800 brutto na umowie o pracę nie pozwoli mi na przeżycie, od 5 lat nie jestem studentem
- ale my mówimy o umowie zlecenie!

Przypominam: największe korpo na rynku, świetna renoma, żakieciki, biznes lunche, rest roomy w biurze, ąę itp, itd. I jeszcze wielkie zdziwienie, że nie chcę jednak dla nich pracować. Sytuacja miała miejsce w styczniu, ogłoszenie jest uaktualniane do dziś. Ciekawe kto zgodzi im się wyrabiać miesięczny budżet nie mając od niego prowizji.

2. Firma szybko zdobywająca rynek rekrutacji IT w Polsce, niezbyt dobra opinia, ale nigdy nie lubiłem słuchać czyichś opinii, wolę mieć własną.

Rekrutacja 3 etapy - telefon wstępny, który wyglądał tak:

(rekruter) - Hello?
(Ja) - Halo?
R: Hello?
J: słucham, z kim rozmawiam?
R: honyszke_kojok, do you speak English?

jak dla mnie bezczel - bez przedstawienia się, bez wstępu. Ale rozmowa odbyta, przeszedłem pomyślnie, drugi etap - rozmowa z rekruterem w biurze. Pominę fakt, że widać było, że pani rekruter nie przejrzała wcześniej mojego CV i co chwila padało nieprofesjonalne "co by tu jeszcze pana zapytać" czy znienawidzone nawet w branży pytania zadawane tylko przez ludzi chcących brzmieć profesjonalnie typu "jakie są twoje 3 zalety i 3 wady". Zabolało mnie to, że zadano mi dokładnie te same pytania co przez telefon, tyle że w biurze. A urlop wzięty. I na koniec żadnych konkretów. "O konkretach porozmawia pan na finalnej rozmowie z team liderką działu". Ok. Rozmowa z team liderką po tygodniu. I tu znów bezczel.

Dla mnie normalne jest, że jeśli kogoś fatyguję do biura to zaproponuję mu miejsce do czekania, wodę, kawę, herbatę. Tu wpuszczono mnie do dusznego pokoju, wchodzi pani tim lider z niedopitą kawą, ani "dzień dobry", ani "przepraszam, że pan czekał", bo spóźniła się blisko dwadzieścia minut, i opowiada jaka to wspaniała możliwość przede mną, że oni są liderem rynku, że takie możliwości. Cierpliwie słucham wstępu. Następnie znów lista pytań, trzeci raz tych samych i zwróciłem na to uwagę - pani team lider obruszyła się, że to część selekcji, sprawdzają czy ktoś nie wymyśla bajek i porównują odpowiedzi. Niech będzie. Drugi minus załapałem gdy pani team lider powiedziała, że muszę jej dać dwa tygodnie na odpowiedź, wspomniałem, że biorę udział w innych procesach i nie obiecuję, że za dwa tygodnie będę dostępny - oburzenie święte bo okazało się, że ja tak ogólnie szukam pracy, a ona myślała, że mi zależy żeby pracować DLA NICH. Ech, ten egocentryzm.

Pogrzebałem swoje szanse (ojej, jak przykro) gdy na sam koniec dopytałem o warunki które oferuje firma i wspomniałem, że to moja trzecia rozmowa i nadal ich nie znam, pani przez zęby burknęła, że jej firma płaci dobrze a prowizja jest w DOLARACH i że nie może ujawnić szczegółów bo nie chce żeby wyszły po za mury tej firmy i dowiem się o nich z ewentualnej umowy. Czyli kot w worku. Chyba się nie spodobałem, bo po powrocie do mieszkania zauważyłem, że 10 minut po wyjściu z biura miałem wiadomość o odrzuceniu mojej kandydatury. Taka strata, takie dolary i takie możliwości.

3. Firma nie mała, nie duża, ot taka sobie. Jedna z tych co w sumie największy utarg ma na ludziach wysyłanych na wykop buraków do Holandii. Na rozmowę nie chciałem iść już po pierwszym telefonie, który wyglądał tak.

rekruter: - Honyszke_kojok?
ja: to zależy kto dzwoni
R: aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa(..)aaaacha. (milczenie) nazywam się tak i tak, dzwonię z firmy zatrudniającej ludzi do wykopu buraków.
J: miło mi, proszę zrozumieć to pytanie, telefony od telemarketerów odrzucam, stąd upewniam się kto dzwoni (swoją drogą, dla mnie zawsze bezczelne jest dzwonienie do kogoś i nie przedstawienie siebie i powodów dla których dzwonię)
R: to już pana problem komu pan powierza swój numer, nie mój.

milczeniem przyjąłem tę jakże cenną i potrzebną uwagę.

R: wysłał pan to swoje CV, ale widzę, że miejsca pan nie zagrzał nigdzie, wytłumaczy mi pan to?
J: (już przybierając lekceważący ton rozmówcy) staże trwają trzy miesiące, obecna firma tnie budżet...
R: nic z tego nie rozumiem!
J: ... a po za tym wcześniej pracowałem w firmie innej branży ponad trzy lata, to chyba nie jest jakoś bardzo krótko.
R: nic z tego nie rozumiem! to po co pan zmieniał branżę skoro było panu tam tak dobrze, że aż siedział pan trzy lata
J: z powodu niskich zarobków i braku perspektyw. Widzi Pan po za tym w moim CV, że nawet gdy się przebranżawiałem nie rzuciłem pracy tylko robiłem dwa etaty...
R: no może pan tak kocha pieniądze, nie wiem?
J:... staże, które były darmowe...
R: nic z tego nie rozumiem! no dobra, wyjaśni mi pan to wszystko w szczegółach na rozmowie, mam czas jutro o 14, więc zapraszam.

I mówiąc facetowi, że jest chamski i obcesowy poprosiłem o natychmiastowe usunięcie moich danych z ich bazy.

Buraki zatrudniają do wykopku buraków. Ich powinno się wykopać jako pierwszych, bo w opiniach o nich można znaleźć, że cała firma daje właśnie taki obraz jak buc z którym rozmawiałem.

Koniec końców wyszło na to, że wszyscy "liderzy na rynku", duże korpo, szklane biurowce, nie potrafiły zaoferować więcej niż 2000 brutto i umowę zlecenie, a mała nieznana firma dała więcej niż chciałem i umowę o pracę.

Co prawda nie mam rest roomu, nie chodzę w marynarce slim-fit po open space, ale przecież nie zapłacę takimi rzeczami za rachunki :)

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 372 (378)

#72206

(PW) ·
| Do ulubionych
Różne ciekawe propozycje zleceń dostałam, jednak to "zadanie rekrutacyjne" wszystko pobiło.

Agencja kreatywna proponuje współpracę. Zadanie rekrutacyjne: re-design ich własnej strony internetowej, łącznie z dziesięć podstron, rzecz jasna, wszystko ma być kreatywne i niesztampowe. Aha - w dwóch językach.

Oczywiście, nie zamierzają za to płacić, ale jeśli im się spodoba, mogę podobno liczyć na stałe zlecenia. Stawek, rzecz jasna, nie podali, zbyt zajęci drobiazgowymi wyliczeniami, co ma być na tej ich stronie.

Tego samego maila dostało jakieś 20 osób. Świetny sposób na przebieranie w projektach bez konieczności płacenia.

uslugi

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 368 (374)

#79254

(PW) ·
| Do ulubionych
Temat tej historii jest dosyć wstydliwy, dlatego ostrzeżenie: Jeżeli coś jecie lub po prostu brzydzą was historie o tematyce fizjologicznej dziewcząt i kobiet, proszę, przewińcie dalej. Jeśli tak nie jest, to cóż, miłej lektury.

Mam 15 lat. Moje kłopoty zaczęły się, gdy miałam trochę ponad 14 i lewy jajnik zaczął mnie coraz częściej pobolewać. Poskarżyłam się o tym mamie, jednocześnie prosząc o zabranie do lekarza, ale gdy usłyszałam, że takie kłopoty są normalne w tym wieku (tym bardziej, że 9 miesięcy wcześniej pierwszy raz "zakwitłam") i mam je przeczekać, w swojej naiwności uwierzyłam jej i zaczęłam je ignorować.

Bóle jednak nie mijały - wręcz przeciwnie, nasilały się z każdym dniem. Powiedziałam o tym mamie, na co usłyszałam, że mam czekać dalej, bo ona i tak nie ma czasu, by zabrać mnie do lekarza. Wkrótce, mój brzuch zaczął się nieco powiększać i ciężej mi było wytrzymać, gdy musiałam iść do toalety. Wyjaśnienie mamy: Za dużo żresz chipsów i napojów gazowanych. Przestanie się opychać, to będzie lepiej. Musiała mieć bardzo dziwne poczucie poprawy, bo dwa dni później, zasłabłam i zsikałam się w szkole. Po prostu ból był tak silny, że nie wytrzymałam i "odpłynęłam" na przerwie przed ważnym sprawdzianem z matematyki. Koleżanki zaprowadziły, czy raczej zaniosły mnie do pielęgniarki, która kazała mi jak najszybciej pójść do lekarza. Napisała nawet oświadczenie o konieczności wizyty do mojej matki.

Gdy matka dostała ten list, łaskawie zgodziła się pójść ze mną do ginekologa... Za dwa miesiące, jak skończy ważny projekt w pracy, ponieważ nie chce się stresować. Na nic zdały się moje błagania i płacz. Mam czekać i już, bo jakby ona nie chciała, to by mnie mogła w ogóle nie brać, ponieważ pewnie i tak tamtego dnia symulowałam. Minęły dwa miesiące. Takich omdleń było w tym czasie jeszcze trzy, sprintów do toalety nie liczyłam. Gdy wychowawczyni pytała matkę, czy poszłam na wizytę, ona ją okłamała, twierdząc, że poszłam i nic mi nie było.

W końcu, po czterech(!) miesiącach, gdy okres przyszedł 10 dni wcześniej, niż według obliczeń (wcześniej, były to przesunięcia o 4-5 dni, albo krwawienie w ogóle nie następowało), przez co zaplamiłam całe łóżko. Matka, po dwugodzinnej awanturze, zwyzywaniu mnie od brudnych zwierząt i zmuszeniu, mimo przeraźliwego bólu w lewym boku i gorączki, do wyprania pościeli z CAŁEGO domu, umówiła mnie do lekarza.

Tydzień później, ginekolog odkrył poważne zmiany już nie na lewym, lecz na obu jajnikach, więc zlecił USG. Na badaniach widać było narośle tak wielkie, że w ogóle nie widać było moich narządów rodnych. Zalecił dalsze badania, a dzisiaj przyszły wyniki: Nowotwór jajnika drugiego stopnia z przerzutami do macicy.

Dziękuję, "Mamo".

matka zaniedbanie dziecko lenistwo

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (247)

#71730

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj załatwiałam coś na mieście, w dzielnicy mało mi znanej. Postanowiłam wstąpić jeszcze gdzieś na kawę. Trafiłam na kawiarnię, wyglądała na jedną z "tych lepszych", czyli raczej z serwisem, ale weszłam, rozejrzałam się, za barem jeden pracownik robiący kawę i zanoszący ją do najbliższych stolików. Podeszłam na baru, zamówiłam kawę (co ważne, powiedziałam jedynie "poproszę kawę") i stwierdziłam, że poczekam przy barze, odbiorę kawę i sama ją sobie zaniosę do stolika. W międzyczasie, co też ważne, rozpięłam kurtkę i zdjęłam szalik.

Pan podał mi kawę, co mnie zdziwiło, w kubku na wynos, ale ok, nie będę robić cyrku, nie jestem jakąś księżniczką, żeby się z plastikowego kubka nie napić. Usiadłam przy stoliku, zostawiłam kawę, płaszcz powiesiłam na krześle i poszłam do toalety. Wróciłam akurat w momencie, gdy kelnerka, której wcześniej nie widziała zabierała mój kubek ze stolika.

- Przepraszam, to moja kawa
- Ale to jest kubek na wynos, nie może pani tutaj pić
- Przykro mi, zamówiłam kawę i dostałam w takim kubku
- Na pewno pani powiedziała "kawa na wynos", a nie "kawa"
- Na pewno nie, zresztą skoro to taki problem to proszę mi tę kawę przelać do filiżanki, jak panią tak razi widok tego kubka tutaj
- Nie mogę pani przelać, musi pani zamówić nową kawę, tu jest część z serwisem
- A jest jakaś różnica w cenie między kawą na wynos, a na miejscu?
- Nie
- czyli pani odmawia mi prawa do wypicia tutaj kawy, za którą zapłaciłam jak każdy inny gość, bo pani kolega popełnił błąd?
Całe zamieszanie zobaczył barista, podszedł, przeprosił i stwierdził, że oczywiście nie ma problemu, abym wypiła kawę na miejscu.

Jakieś pół godziny później kelnerka zaczęła robić rundkę między stolikami, informując, że za 10 minut zamykają i wręczała gościom rachunki. Podeszła i do mnie:

- Czy zapłaciła już pani za kawę?
- Tak
- Aha

Kelnerka już chciała odejść, lecz obróciła się jeszcze do mnie i zapytała:

- A może chce pani zostawić napiwek do obsługi?
- Tzn. dla pani?
- Tak
- Pani chyba żartuje
- No wie pani, to jest kawiarnia Z SERWISEM, jak chce pani być obsłużona, to zwyczajowo zostawia się też napiwek
- ...

Może złośliwa jestem, ale znalazłam kawiarnię w necie i wysmarowałam do kierownictwa maila opisując zachowanie kelnerki, łącznie z próbą wyrzucenia mnie z lokalu i nagabywaniem o napiwek. Szybko dostałam odpowiedź:

"Szanowna Pani,

w kawiarni nie wolno pić kawy na wynos.

Dziękujemy na wizytę i zapraszamy ponownie".

No tak, z taką siłą argumentów nie można dyskutować.

gastronomia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 606 (616)

#72429

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracając do historii okołomatrymonialnych.

Mam uczulenie jak ktoś umawia mnie z zaskoczenia na randkę w ciemno, czy podwójną randkę. W końcu nic na siłę, prawda?

Dosyć niedawno dzwoni kumpel. Taki co to w środku nocy po jednym telefonie pół Polski przejedzie bo trzeba pomóc. Taki, co to rozumiemy się wpół słowa. Żonaty i dzieciaty.
Dzwoni i coś kręci, jak nie on. No jest sprawa, wpadnij, siostrze padł komputer. Spoko jadę.

Kumpel czeka na podwórku, idziemy do garażu (??). Z wrodzonym taktem i delikatnością pyta:
- Garrett, nie ochajtałbyś się z moją siostrą?
Lekki szok.
Siostra szalenie atrakcyjna, rozmawiałem z nią parę razy, ale jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłaby się ze mną umówić, nie mówiąc już o ślubie...

Kumpel mówi, że żona wymyśliła, że bylibyśmy dobrą parą, ja bym sobie ją "wychował", bo, młoda, głupia, potrzebuje męskiej ręki i takie tam, że fajnie by było dla mnie mieć młodszą żonę. A i siostra się zmieniła, z nikim już się nie spotyka, od pół roku nie wychodzi z domu, dorosła, zmądrzała, szuka pracy i poważnie myśli o przyszłości. Żonie obiecał, że mnie namówi, żebym wpadł, może coś z tego wyjdzie. Ok, intryga grubymi nićmi szyta, ale w sumie nic nie stracę, a siostra ładniutka, można pogadać, idziemy do domu.

Hmm, siostra rzeczywiście się zmieniła, większość kobiet w ciąży się trochę zmienia. Pół roku siedziała w domu, aha, no trudno, żeby ze sporym brzuchem chodziła po klubach. No i to myślenie o przyszłości... wszystko jasne.

Komputer zrobiłem, z siostrą pogadaliśmy trochę, pośmialiśmy się ze swatania na siłę. Jak wychodziliśmy, kumpel zaczął mnie przepraszać za żonę, ale ta "dziurę mu w brzuchu wierciła odkąd się dowiedziała, że jego siostra w ciąży".

Żona kumpla od tego czasu się do mnie nie odzywa.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 484 (492)

#70580

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzień przed Wigilią wybrałam się do oddziału Poczty w mojej dzielnicy. Strasznie nie lubię tego miejsca, bo mają wieczny burdel, jednej paczki potrafią pół godziny szukać, a na cztery okienka zwykle dwa mają przerwę. Jednak tym razem jestem zmuszona pochwalić zimną krew jednej z pań, której trafił się piekielny klient. I to nie byle jaki ;)

Otóż pan przyszedł wysłać list. Do byłego prezydenta, na cito, bo musi dojść przed świętami! Podaje w okienku kopertę, a tam nie ma adresu. No zdarza się, można zapomnieć, pani grzecznie zwraca uwagę, że oprócz nazwy miasta trzeba napisać także ulicę i numer domu. Na to pan, że on nie zna i niech pani dopisze. Okazuje się, że o dziwo pani też nie zna. Ale jak to! Taka ważna osoba i pani nie zna?! Kto tu pracuje?! Przecież każdy powinien znać (sic!). Nie, pani jednak nie zna... No ale przecież ma pani komputer, to pani sprawdzi sobie... I tak z 10 minut.

Stanęło na tym, że zła pani w okienku, która siedzi tam w celu utrudniania ludziom życia, nie przyjmie listu bez adresu.

Pan powściekał się jeszcze chwilę i już wydawałoby się, że odpuści, ale nie. To on w takim razie chce zrobić przelew do prezydenta! Nie, nie zna jego numeru konta, ale przecież pani powinna znać!

Ciągu dalszego niestety nie znam, bo trochę mi się spieszyło ;)

Poczta

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 363 (369)