Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

252426

Zamieszcza historie od: 1 lutego 2014 - 10:06
Ostatnio: 6 października 2017 - 11:40
  • Historii na głównej: 7 z 7
  • Punktów za historie: 952
  • Komentarzy: 88
  • Punktów za komentarze: 687
 

#80287

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z pierwszej połowy tego roku. Zdarzyło się niefortunnie, że w rodzinie mojego męża miały po sobie miejsce dwa pogrzeby. O ile pierwszy w sumie nie był zaskoczeniem, bo zmarła ponad osiemdziesięcioletnia, "leżąca" od kilku lat babcia, także każdy był w miarę przygotowany, o tyle drugi był szokiem, bo w ciągu miesiąca tragicznie zginął jej syn. Facet koło sześćdziesiątki, w pełni sił, energiczny, właściciel własnej firmy, zabił go pijany kierowca.

Co bardziej niefortunne, w czasie trzech tygodni po śmierci wujka, wypadało planowane od 2 lat wesele jego bratanka. Zdecydowano, że młodzi nie będą go odwoływać, w sumie zdarzenie losowe, nie do przewidzenia, a tu wszystko gotowe, popłacone. Wtedy też przypadał okres ewentualnych potwierdzeń obecności. Młodzi zdecydowali, że nie będą nikogo zmuszać, ale w miarę możliwości mówili "Bądźcie z nami". W sensie, żeby przyjechać na ślub, zostać chwilę na weselu, choćby na kolację czy do oczepin, bez tańczenia. I uprzedzę – nie sądzę żeby chodziło o kasę z kopert, ta rodzina naprawdę trzyma się razem, a tak by nagle odpadło 40-50 osób i to z włączeniem najbliżej rodziny ojca pana młodego. Wielu gości, w tym my, zgodziło się na taki układ. W końcu można się spotkać z rodziną, porozmawiać, nie trzeba od razu balować nie wiadomo jak.

Na weselu miał grać DJ, ale na ostatnią chwilę ktoś (teściowa młodego) zdecydował, że to nie wypada na weselu i na szybko szukano zespołu. Znaleziono jakąś kapelę grającą od czasu do czasu, bo tylko oni mieli termin. Zostali uprzedzeni, że żadnych idiotycznych oczepin, żenujących gier w stylu jedzenia banana z rozporka etc. Znali też sytuację z żałobą.

Jakież było zażenowanie gości w momencie gdy około godziny 23, pan z orkiestry postanowił rozruszać „niemrawe towarzystwo” przy stole czwartym i ruszył w tamtą stronę z akordeonem, mikrofonem i pieśnią na ustach. Za nim reszta kapeli i kamerzysta. Pan niczym niezrażony podkładał ludziom mikrofon pod twarz i zachęcał do śpiewania „szła dzieweczka do laseczka”, a kamerzysta kręcił. Dopiero po chwili zareagował świadek, który zgarnął faceta, coś mu powiedział na ucho, tamten zastygł na chwilę, pomyślał, coś wymruczał, po czym zgarnął ekipę do stołu trzeciego, gdzie niezrażony kontynuował, tym razem „hej sokoły”.

Jak można się domyślić, przy stole czwartym, najbardziej oddalonym od orkiestry posadzono gości z rodziny ojca pana młodego. Co temu facetowi do głowy strzeliło, skoro znał sprawę – nie wiem.

A przypomniało mi się to, bo właśnie dostaliśmy płytę z tego wesela. Kamerzysta po rozmowie z młodymi na szczęście wyciął scenę i zabawa stolikowa zaczyna się w momencie jak lekko czerwony na twarzy wodzirej podchodzi do stolika trzeciego. Ale jakoś tak... niesmak pozostał.

wesele

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (131)

#80252

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja przyjaciółka i jej mąż mają w miejscu zamieszkania wykupione dwa miejsca parkingowe, bo każde z nich miało samochód potrzebny do dojazdów do pracy. Przed wakacjami koleżanka zmieniła pracę, na taką gdzie ma bardzo dobry dojazd komunikacją i po pewnym czasie okazało się, że utrzymywanie drugiego samochodu w ogóle się nie opłaca. Na weekendy i zakupy spokojnie wystarczy auto męża, zatem w wakacje sprzedali jej samochód.

Od tego czasu jedno miejsce stoi puste.

Zainteresowała się tym ich znajoma sąsiadka i zagadała moją koleżankę – a bo może kupują nowe auto, a może ich koszty ubezpieczenia przerosły, a może...? Ale koleżanka wyjaśniła, że po prostu na razie drugiego samochodu nie potrzebują.
- Czyli to miejsce będzie teraz puste?
- No przez najbliższy czas raczej będzie, bo nie planujemy drugiego auta.
- A ja bym tam mogła swoje stawiać?
- Ale czemu? Kupujecie drugi samochód czy co?
- No nie, ale to ja bym u was stawiała, a swoje wynajęła.

Geniusz biznesu, nieprawdaż? Oczywiście koleżanka się nie zgodziła.

Grażyna biznesu

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (140)

#79943

(PW) ·
| Do ulubionych
Wszyscy znają gorzkie powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.

Przez całe moje dzieciństwo moja ciotka nakręcała rywalizację pomiędzy mną, a jej najstarszą córką, w czym wspierała ją dzielnie nasza babcia. Polegało to na ciągłym podkreślaniu, jaka Monisia jest wspaniała, jakie odnosi sukcesy, i deprecjonowaniu moich osiągnięć.

Robione to zawsze było złośliwym tonem, zarówno przez ciotkę, jak i babcię. Było to o tyle dziwne, że z Moniką tak bardzo się różniłyśmy zarówno zainteresowaniami, jak i umiejętnościami, że to porównywanie robiło się wręcz karkołomne. Ale wystarczyło, żeby mi sprawić przykrość.

Jak kuzynka miała świadectwo z czerwonym paskiem, to słyszałam komentarze, że „nic nie robię ze swoim życiem, a przecież moim obowiązkiem jest tylko dobrze się uczyć”, jak z kolei ja miałam lepsze świadectwo, to słyszałam, że „nieważne są oceny, trzeba mieć jakąś swoją specjalność i w tym być dobrym”, jak wygrałam konkurs literacki, to z kolei „pisania do garnka nie włożysz”.

Wobec zachowania matki i babci, Monika też przyjęła wobec mnie postawę pełną wyższości.

Trochę czasu mi zajęło ogarnięcie, że w tej rywalizacji nigdy nie wygram, bo nie na tym to polega, a na tym, żeby tamte mogły się poczuć lepsze i dowartościowane. Wtedy wyluzowałam i przestałam się przejmować ich komentarzami.

I tak mijały sobie lata.

W zeszłym tygodniu miałam bardzo dziwną rozmowę z babcią. Ze łzami w oczach mówiła, że bardzo jej przykro, że my z Moniką nie jesteśmy ze sobą zżyte (no ciekawe, czemu?), przecież jesteśmy taką bliską rodziną (aha), jesteśmy w takim samym wieku.

Jak jej zabraknie, to już w ogóle urwiemy ze sobą kontakt (moim zdaniem to akurat prawda) i jej się serce na to kraje.

No nie powiem, babcia lubi robić takie akcje, więc nie zrobiło to na mnie specjalnego wrażenia, ale zastanowiło mnie, czemu akurat teraz jej to przyszło do głowy.

Odpowiedź poznałam właśnie przed chwilą. Opiekuję się mieszkaniem mojej cioci (z drugiej strony rodziny), które w zasadzie stoi puste, ale od czasu do czasu tam wietrzę, sprzątam, odbieram pisma ze spółdzielni, etc. - generalnie o nie dbam.

I właśnie zadzwoniła mama Moniki, czy mogłabym porozmawiać z ciocią odnośnie udostępnienia mieszkania Monisi, bo ona by mogła zamiast mnie o nie zadbać, w zamian za możliwość pomieszkania tam, bo akurat dostała w tym mieście pracę.

Pędzę, lecę.

nie lubię fałszywych ludzi

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (189)

#79458

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkałam kiedyś w mieszkaniu trzypokojowym z dwiema innymi dziewczynami. O dziwo przez prawie półtora roku wszystko układało się bardzo dobrze, nie było pomiędzy nami większych spięć. Wynikało to pewnie po części z bardzo różnych trybów życia, co powodowało, że nie wchodziłyśmy sobie w drogę. Ja pracowałam w trybie 8-16, druga z dziewczyn była barmanką i studentką, a nasza trzecia koleżanka pracowała na zmiany i prowadziła dodatkowe zajęcia z dziećmi w różnych porach. Nie było też problemów z opłatami, zrzutką na płyn do podłóg czy sprzątaniem. Cudnie, prawda?

Problemy zaczęły się, gdy koleżanka nr 2, ta barmanka poznała faceta. Właśnie przeprowadzał się do miasta i miał się do nas wprowadzić na miesiąc, do czasu aż znajdzie mieszkanie. Okazało się jednak, że jest im ze sobą na tyle dobrze, że postanowili że zostanie z nami na dłużej, o czym nas oczywiście poinformowali (nie zapytali - poinformowali). Okazało się również, iż koszty mieszkania pozostają dzielone na 3 jak do tej pory, bo w końcu zajmują we dwójkę maleńki pokoik. Dobra, o ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć argument o opłacie za pokoje, nie za osobę i jakoś z koleżanką na to przystałyśmy, to jednak okazało się wkrótce, że dzielenie na 3 obowiązuje co do każdego z kosztów, czyli koleś nie dorzuca się nawet do głupiego płynu do naczyń, czy papieru, czyli generalnie jest, a udaje, że go nie ma. To już zaczęło powodować pewne spięcia, ale dobra, półtora roku bezproblemowej współpracy, mieszkanie w dobrej lokalizacji – nikt nie chciał sprawy zaogniać.

Wkrótce okazało się czemu „Pan Niewidzialny” jest tak oszczędny, że chętnie pożyje naszym kosztem – był on chronicznym bezrobotnym. Serio, dwudziestokilkulatek, który rzucił studia „bo nie mają sensu”, nie był w stanie utrzymać pracy przez dłużej niż dwa tygodnie. Najpierw pracował w call center jakieś półtora tygodnia, po czym to rzucił. Czemu? Za dalekie dojazdy. Dobra, może 35 minut bezpośrednim tramwajem spod samej kamienicy pod samą pracę to daleko, ale mógłby chociaż zaczekać aż znajdzie coś nowego, a nie z dnia na dzień. Zwłaszcza, że jego dziewczyna znalazła jeszcze pracę biurową, żeby dorobić. Nadeszły trzy tygodnie przerwy, w czasie której całe dnie grał w gry i robił obiadki dla swojej dziewczyny, po których zostawiał syf w całej kuchni, a sprzątał na godzinę przed jej przyjściem.

Potem znalazł pracę w salonie operatora komórkowego. W ciągu pierwszych dwóch tygodni wszedł w konflikt z kierowniczką. Czemu? Jego skromna osoba nie została uwzględniona przy podziale premii. Po mniej niż dwóch tygodniach pracy! Skandal, prawda? Oczywiście nie przedłużyli mu umowy, znowu kilka tygodni przerwy.

W tym czasie ja i trzecia współlokatorka zaczęłyśmy dostawać białej gorączki. Jego dziewczyna całe dnie spędzała poza domem, bo albo w biurze, albo na uczelni, albo w barze, a Tomuś grał w gry, robił syf, a przed nią udawał aniołka. Co gorsza zaczęły nam ginąć rzeczy. A to proszek do prania się kończył jakoś szybko, oczywiście Tomuś nie wie który jest czyj i po prostu się pomylił, a to ketchup nagle okazywał się „wspólny” i kończył po kilku dniach. Plus jego sprzątanie ograniczało się do zmycia garów po obiedzie (jak już swoje odstały oczywiście), zatem w „ich” tygodniu sprzątania łazienka czy podłogi były nietknięte detergentem.

Czara goryczy przelała się kiedy wróciłam kiedyś do domu, chciałam zrobić obiad i odpocząć, ale kuchni nie widać spod stosu garów, poszłam do tego gada, akurat grał w jakąś strzelankę i poprosiłam (naprawdę kulturalnie, ale stanowczo) o pozmywanie, bo też chcę z kuchni skorzystać. O dziwo zrobił to bez problemu, ale chyba potem naskarżył swojej dziewczynie, bo od tej pory stałam się tą najgorszą! Nagle się okazało, że nie wyrzucam śmieci (bzdura), a to po moim sprzątaniu jest plama w przedpokoju (no jak sprzątałam w weekend, a w poniedziałek Tomuś rozlał zupkę idąc do pokoju, to chyba nie moja wina?) i generalnie atmosfera napięła się jeszcze bardziej.

Nasza współlokatorka jak się okazało też już miała dość i po uprzednim wypowiedzeniu, wyprowadziła się do chłopaka. Ja wytrzymałam miesiąc dłużej, spędzając w zasadzie wszystkie popołudnia na poszukiwaniu pokoju. I nagle Tomuś z dziewczyną zostali w prawie pustym mieszkaniu, które co najlepsze – było na nią. Miała taką umowę z właścicielami, my tylko podnajmowałyśmy pokoje. Doszło jej zatem szukanie dwóch osób na „już”, bo koszty. Ale to oczywiście nie ich wina.

współlokatorzy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (147)

#79092

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja historia miała być komentarzem do http://piekielni.pl/78934 ale nazbierało się tego sporo :)

Jestem w widocznej już ciąży i podobnie jak autorka powyżej historii nigdy nie oczekiwałam żadnych przywilejów, przepuszczania w kolejkach czy innych. Jednakże moja wola swoje, a mój organizm swoje, zdarzały mi się zasłabnięcia, dlatego też unikam sytuacji, w których musiałabym np. zbyt długo stać, w miarę możliwości załatwiam wszystkie sprawy poza godzinami szczytu, ale jak wiadomo nie zawsze się da.

1) W metrze staram się zawsze usiąść jak najbliżej wejścia (o ile jest możliwość), gdyż nie chcę się potem przeciskać, a już na pewno nie wtedy kiedy pociąg jeszcze jedzie. Tak też zrobiłam ostatnio, siedziałam sobie spokojnie, kiedy poczułam szarpanie za ramię, jakaś starsza pani patrzy na mnie i krzyczy, że tam stoi pani o kulach. Ja mimo najlepszych chęci nie powinnam stać w metrze, dlatego mówię:
- Przykro mi, ale jestem w ciąży, mogę tu zemdleć - na to babka cały czas mnie szarpiąc i krzycząc na mnie się drze że:
- Ale tu tylu młodych ludzi siedzi! Jak tak można, pani o kulach stoi.
No dobra, rzeczywiście, ale dlaczego to mnie kobieto szarpiesz i na mnie krzyczysz? W końcu jakaś młoda dziewczyna wstała, a co najlepsze - pani o kulach było wszystko jedno, bo i tak już wysiadała. Samozwańcza bohaterka stała nade mną nadąsana kilka kolejnych stacji.

2) Moją piętą Achillesową jest stanie nieruchomo w miejscu, mogę spokojnie chodzić, ale kiedy stoję bez ruchu od razu robi mi się duszno i źle (co czyni tak prozaiczne sytuacje jak malowanie przy lustrze w łazience czy prostowanie włosów niesamowicie kłopotliwymi). W zeszłym miesiącu pani z kolejki w biedronce zwróciła mi uwagę i kazała przestać się kręcić jak dziecko. Co robiłam? Przestępowałam sobie z nogi na nogę, żeby pobudzić krążenie i nie odpłynąć.

3) Wsiadam do zatłoczonego autobusu, wraz ze mną sporo ludzi, dlatego wchodzę głębiej pomiędzy fotele i łapię się obiema rękami za rurki, żeby stać stabilnie. Tuż po tym jak autobus rusza z jednego z miejsc w głębi zrywa się kobieta i zaczyna przepychać w moją stronę. Przeprasza i zaczyna się wytrwale przeciskać obok mnie, stąd uznałam że kieruje się do biletomatu więc staram się jej odsunąć i jednocześnie nie upaść, ale kobieta jest sporych rozmiarów i w końcu staje na moim miejscu. I tak zostaje. Ja wylądowałam półwisząc nad bagażami jakiegoś kolesia w najbardziej zatłoczonej części tuż przy wejściu. Okazało się, że pani chciała do wyjścia, bo na następnym wysiada. Niestety podobnie jak ja i jakieś 3/4 osób z autobusu. Zwróciłam jej uwagę, że się niepotrzebnie przepychała, ale nie zaszczyciła mnie nawet spojrzeniem.

komunikacja_miejska

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (150)

#79167

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu mój znajomy kupował mieszkanie.

Interesowała go konkretna okolica, miał też sprecyzowane plany, stąd oglądał mieszkania na rynku wtórnym oraz od dewelopera, ale już wybudowane. Co istotne, interesował go również garaż, bo po pierwsze miał (i nadal ma) bzika na punkcie swojego samochodu, po drugie wynajmował wcześniej mieszkanie w okolicy, gdzie toczyła się permanentna wojna parkingowa i w swoim własnym mieszkaniu, kupionym na lata, chciał sobie tej części oszczędzić.

Na jednym spotkaniu z panią od dewelopera I ogląda sobie mieszkanie, pani zachwala, jaka to okolica bezpieczna, jak blisko wszędzie, jakie mieszkanie, wiadomo. No i znajomy pyta o kwestię garażu. Pani od razu, że są jeszcze niesprzedane miejsca garażowe, ale jak nie chce, to tu jest wszędzie pełno miejsc parkingowych, łatwo zaparkować, a tak w ogóle to niedaleko jest parking Lidla (!) i o miejsce na samochód nie ma się co bać.

Ostatecznie znajomy nie zdecydował się na mieszkanie z różnych względów, ale kupił w niemal sąsiednim bloku u dewelopera II, gdzie kupił też miejsce w garażu.

Minęło kilka lat, pojawiły się nowe bloki, nowi mieszkańcy. Cała okolica zamieniła się w jeden wielki parking (bliskość stacji komunikacji miejskiej).

Deweloper I wybudował kolejny blok i tak przerobił teren pod nim, że jest wspólny dojazd do obu budynków, a parking na zewnątrz został wykupiony przez lokale usługowe i wszędzie stoją tzw. "motylki", w budynku dewelopera II nowo utworzona wspólnota zdecydowała o obstawieniu całego bloku słupkami, a istniejące zatoczki są prawie stale zajęte. Parkujący przenieśli się dalej, gdzie wspólnota najpierw zdecydowała o posianiu trawy, a po jej zajeżdżeniu posadzili drzewa i postawili wielkie kamienne rzeźby.

Ale zawsze jest parking Lidla, prawda?

Otóż nie, tam chyba też ktoś się wkurzył, bo jest to jeden z pierwszych w Polsce sklepów tej sieci z płatnym parkingiem. I to takim naprawdę, nie dla picu, z holowaniem i całą resztą.

nowoczesna urbanistyka

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (167)

#79089

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej okolicy jest dwupasmowa droga, a wzdłuż niej chodnik, który niedawno został cały obstawiony słupkami, gdyż (pomimo tego, że jest dość wąski) stale był zastawiany samochodami. Słupki kończą się przed przejściem dla pieszych, a dalej jest kilka zatoczek parkingowych.

Stałam tam dzisiaj, czekając na zielone światło, kiedy na skrajnym pasie (tym od chodnika, nie tym od osi jezdni) zatrzymał się samochód. Pomyślałam, że facet jest jakiś nadgorliwy, skoro chce przepuszczać pieszego na przejściu z sygnalizacją, zwłaszcza że ruch samochodowy był niemały. Po chwili za nim zaczęły się zatrzymywać pojazdy i trąbić. A facet stoi, macha do mnie, że mam iść i wygląda na coraz bardziej wku*wionego.

Jeszcze mnie nie pogięło, żeby się wpychać pod jadące na drugim pasie samochody, ale zaraz zmieniło się światło i spokojnie sobie przeszłam.

Stojąc na przystanku po drugiej stronie zorientowałam się, czego w zasadzie ten pan ode mnie chciał. Otóż skoro na chodniku są słupki i nie można zaparkować sobie spokojnie, to trzeba je objechać, a że jedynym wolnym miejscem żeby to zrobić jest właśnie przejście dla pieszych, to trzeba pozbyć się pieszych.

Logiczne i jasne?

A ja się, durna, nie odsunęłam...

parkowanie

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (156)

1