Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

252426

Zamieszcza historie od: 1 lutego 2014 - 10:06
Ostatnio: 12 stycznia 2018 - 11:05
  • Historii na głównej: 11 z 11
  • Punktów za historie: 1437
  • Komentarzy: 108
  • Punktów za komentarze: 884
 

#81156

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej miejscowości żył sobie pewien pan, powiedzmy Tomasz. Pan Tomasz miał dom, żonę, dzieci. Miał też zdiagnozowaną 20 lat wcześniej schizofrenię, której nie leczył, bo:
1) przecież nic mu nie jest;
2) leki się nie za bardzo komponują z alkoholem.

Pan Tomasz miał blisko domu wiejski sklepik, którego był stałym bywalcem. Miał też niestety jeszcze jeden problem – a raczej inni mieli z nim – po alkoholu stawał się agresywny i wszczynał awantury. Jego rodzice sami się wyprowadzili z domu do letniej kuchni bez toalety i bieżącej wody, bo wszystko było lepsze niż życie z nim. Żona udawała, że jest przezroczysta i próbowała wtopić się w ściany. Miał też kosę z połową wsi, a ostatnimi czasy w ogóle podpadł, bo porysował samochód sąsiadowi, który stanął „na jego terenie”, czyli przed sklepem. Skończyło się wezwaniem policji i pobytem „na dołku”. Pan Tomasz z tego zdarzenia wyniósł jedną nauczkę – nie lubimy się z niebieskimi.

Niestety pan Tomasz stawał się coraz bardziej uciążliwy, aż po wsi rozeszła się niepokojąca wieść - w ataku wściekłości zabił psa, czyli tak jakby przeszedł od słów do czynów i zaczyna się robić niebezpiecznie, bo nie wiadomo do kogo następnego wyskoczy i z czym. Któregoś dnia doszło do takiej awantury, której echo niosło się po całej wsi, że ktoś zadzwonił po siostrę pana Tomasza. Siostra była chyba jedyną osobą, która miała wpływ na niego, choć nie aż taki żeby zaczął się leczyć. Przyjechała, popatrzyła, zajrzała do rodziców i prosto pojechała na komendę policji, prosić o pomoc w przewiezieniu brata do psychiatryka.

Wysłano dwóch chłopaków, żeby sprawdzili jak sytuacja wygląda i ewentualnie wezwali karetkę. Po wejściu do domu zastali pana Tomasza, który niby zachowywał się spokojnie, ale mina przerażonej żony mówiła wszystko i jeden policjant dyskretnie wysłał drugiego, żeby wezwał wsparcie i karetkę. Decyzja słuszna, bo na widok munduru gospodarz wpadł w szał. Już wkrótce funkcjonariusze zostali zaatakowani wszystkim, co tylko dało się rzucić i co było w zasięgu ręki. Jeden z nich brał na siebie ataki, a drugi ewakuował żonę i dzieci poza zasięg rażenia. W pewnym momencie gospodarz nie wiadomo skąd wydobył nóż. I to nie jakiś tam kozik, ale solidne, blisko 20-centymetrowe ostrze. Policjanci byli bezsilni, bo pod płotem zaczęli się gromadzić gapie, facet coraz bardziej się nakręca, a tu wsparcia niet. W końcu nadjechał upragniony radiowóz i karetka. Policjanci spróbowali obezwładnić faceta, ale do kogoś wymachującego takim nożem nie da się nawet podejść, a co dopiero zaatakować. Lekarz wyjrzał z karetki, popatrzył, co się dzieje i powiedział, że on to za przeproszeniem pier***oli, ale życie mu miłe i policjanci mają go najpierw obezwładnić.

Nie było to proste, zwłaszcza, że rozpoznał jednego z policjantów z poprzedniej interwencji. Sytuacja zrobiła się niebezpieczna, gapie, rodzina i ten nóż. Próbowali go obezwładnić gazem, ale na powietrzu na nic się to zdało. W końcu zapadała decyzja o użyciu broni. Strzały ostrzegawcze jeszcze bardziej rozsierdziły gospodarza, ruszył wprost na policjanta. Wtedy oddano strzały w jego stronę. Niestety na tyle skuteczne, że podjęta reanimacja nie zdała się na nic.

Wszczęto śledztwo i nagle się okazało, że ten gospodarz to taki dobry chłopak był, pił bo pił, ale każdy pije, a tu przyjechali policjanty i zamordowali. Siostra wynajęła adwokata, żeby wystąpić jako oskarżyciel posiłkowy, znalazł się prokurator, który wniósł akt oskarżenia. Siostra cuda robiła, żeby ich skazali, wyszukiwała specjalistów, biegłych, najwyraźniej rodzina nie mogła jej darować, że to ona na tą policję poszła. Oskarżono ich wprawdzie o nieumyślne spowodowanie śmierci, ale argumentacja była taka, jakby policjanci tylko spiskowali, jakby tu przyjechać i postrzelać.

Przesłuchiwano nawet wykładowców ze szkół policyjnych, którzy stwierdzili mniej więcej tyle, że nikt nie jest Brucem Lee, a nawet najlepiej wyszkolony policjant nie tyle nie jest w stanie, co nie powinien rzucać się na człowieka z nożem. Bo jego rolą jest zapewnienie bezpieczeństwa nie tylko wszystkim dookoła, ale też sobie i nie ma prawa bezsensownie ryzykować. Z tego co wiem, zostali uniewinnieni i sąd apelacyjny ten wyrok utrzymał.

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (180)

#80977

(PW) ·
| Do ulubionych
Bliska mi osoba walczy teraz z pracodawcą o wynagrodzenie za nadgodziny. Wycenili je na 50% ustawowego dodatku, bez 100% normalnego wynagrodzenia za każdą godzinę, co czyni pracę w nadgodzinach płatną jeszcze mniej niż zwykła praca.

To mi przypomniało historię sprzed kilku lat. Moja kuzynka pracowała u pewnego Janusza biznesu, władającego siecią aptek (przy czym słowo "władający" nie jest tu jakimś nadużyciem).
Wszyscy tam pracowali za minimalne, reszta "do koperty i pod stołem" co było nagminną praktyką w tamtych czasach w tej miejscowości. I chyba nadal jest.

Za nadgodziny szef nie za bardzo chciał płacić, każdy miał brać wolne.
I kiedyś się kuzynce nazbierało, stwierdziła, że weźmie sobie trzy dni, kierowniczka jej klepnęła, zrobili grafik bez niej na te dni.

Pierwszego dnia rano, kuzynka odsypia, jak to w wolne, dzwoni telefon - pani kierownik mówi, że szef jest i jej szuka i będzie dzwonił. Za chwilę rzeczywiście telefon od szefa z pytaniem: a czemu jej nie ma w pracy?
- Ale przecież wolne.
- A bo ja myślałem, że cię tylko do grafiku nie wpiszemy, ale i tak przyjdziesz...

Ostatecznie nie poszła, pracowała tam jeszcze jakiś czas, ale z tym szefem zawsze były jazdy, udawał głupszego niż jest i o wszystko trzeba z nim było walczyć. A to była jej pierwsza praca, pierwsze odebrane wolne i facet chyba myślał, że znalazł naiwną.

pracodawca

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (111)

#80889

(PW) ·
| Do ulubionych
Odnośnie historii o czworonogach.

Moja babcia mieszka w małej miejscowości w pobliżu stutysięcznego miasta, którą upodobali sobie ludzie porzucający psy. Może to wynika z tego, że jest to wieś o rzadkiej zabudowie, dom daleko od domu, trochę przelotowa. W sumie nie wiem, nie jestem w stanie "wejść w głowę" osoby, która wyrzuca swoje zwierzę.

Takie psiaki albo same przychodziły do gospodarstwa kierowane głodem i chłodem, albo wujek znajdował je w rowach, jadąc na pole z maszynami. Potem babcia się psem zajmowała, odkarmiała i szukano mu nowego domu.

Dość powiedzieć, że przez całe moje życie wszystkie nasze psy to były znajdy, przywiezione od babci. Wszystkie były dla mnie niezwykle ważne, takie znajdki są czasem bardziej wymagające, ale zawsze bardzo wdzięczne i kochające.

Na początku roku sąsiad babci znalazł ślicznego kundelka, małą, ale dorosłą sunię, którą się zaopiekował. Kilka dni później zagadał do mojego wujka, czy mógłby ją przywieźć, żeby wujek ją zabił łopatą (sic!), bo oni już tego psa nie chcą, bo ich córka się boi (to dziecko ma jakieś dwa-trzy lata).

Wujek w szoku, ale jasne - przywieź.

I tak od stycznia 2017 r. moi rodzice mają nowego pieska. Sunia jest mega radosnym i wdzięcznym psiakiem. Od razu zbadał ją weterynarz, dostała zastrzyk antykoncepcyjny i wesoło sobie biega po podwórku (zamykanym i ogrodzonym).

Nurtowało mnie, czemu sąsiad uznał, że wujek tego psa może zabić i czemu akurat łopatą? A bo sąsiad nie wierzył, że naprawdę można psu znaleźć nowy dom i myślał, że wujek je dla świętego spokoju zabija. Ale czemu łopatą? Tutaj wolę nie wiedzieć jakim tokiem myślenia sąsiad szedł...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (115)

#80840

(PW) ·
| Do ulubionych
Bezczelność niektórych ludzi nadal nie przestaje mnie zadziwiać.
Pod moim blokiem znajduje się trawnik, choć idąc tropem myślenia pewnej pani powinnam powiedzieć - kilka trawników. Jest to zrobione na takiej zasadzie, że bezpośrednio pod blokiem, gdzie są różne lokale usługowe, znajduje się półmetrowy chodnik, potem jest pas zieleni z trawą i różną fikuśną zieleniną i dalej właściwy chodnik od ulicy. W miejscach wejść do lokali trawnik jest przedzielony chodnikiem, łączącym ten chodnik pod blokiem i ten od ulicy, co wydaje się logiczne, bo klienci lokali i tak skracaliby sobie drogę wydeptując trawnik.
Cała ta infrastruktura należy do naszej wspólnoty mieszkaniowej.

Ostatnio wspólnota w związku z regularnym niszczeniem roślinności przez psy zadecydowała o zakupie tabliczek z zakazem wyprowadzania tych zwierząt (przy czym "ostatnio" to lekki eufemizm, bo dyskusja trwała jakoś od zeszłej zimy, tabliczki pojawiły się ze dwa miesiące temu, a sama historia o ich zakupie spokojnie mogłaby trafić na ten portal).

Wracałam kiedyś z zakupów, minęłam trawnik z tabliczką, a kawałek dalej widzę jakąś babkę, której shih tzu spokojnie załatwia się pod krzewem. Zwróciłam kobiecie uwagę, że jest tabliczka o zakazie, na co ona odpowiedziała, że tabliczka owszem jest, ale na sąsiednim trawniku, a na pewno nie na tym. Przyznam, że zdębiałam, bo dla mnie ewidentne jest, że dotyczy całości trawnika, a że jest przedzielony chodnikiem i tworzy kilka mniejszych, to nie powinno mieć znaczenia. Babka ewidentnie rżnęła głupa. Stwierdziłam, że nie będę się z koniem kopać, ona sobie szybko odeszła, więc zajrzałam do kantorka ochroniarzy, żeby jej zwracali uwagę jakby ją zauważyli. Pan ochroniarz powiedział, że już nie raz ją przeganiali i nie tylko ją, ale co oni mogą? Siedzą w kantorku z drugiej strony budynku, zanim się zbiorą, to jej już nie ma.

Cała ta sytuacja miała miejsce ponad miesiąc temu. Dziś na spacerze znowu zastałam - nie zgadniecie - panią od shih tzu. Tym razem piesek nie zostawił niespodzianki na trawie, a centralnie na chodniku, a pani szybciutko się oddaliła, zostawiając jego dzieło w tym samym miejscu gdzie je zrobił. Byłam za daleko żeby zareagować.

Po poprzedniej sytuacji zapamiętałam tę panią i widziałam ją przypadkiem wchodzącą do klatki w sąsiednim bloku. Akurat była bez psa, ale to na pewno ona. Czyli pani ma taką wizję spaceru z psem, że wychodzi z klatki na najbliższy trawnik, zrobi kilka kółek i ucieka jak psiak skończy. I nie - nasz trawnik nie jest jedynym miejscem zielonym w okolicy, dookoła są parki, nawet las i spora łąka gdzie mnóstwo ludzi wychodzi z psami. Tylko trzeba by było wykonać wysiłek i kawałek się przejść, a to najwyraźniej za dużo.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (117)

#80287

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z pierwszej połowy tego roku. Zdarzyło się niefortunnie, że w rodzinie mojego męża miały po sobie miejsce dwa pogrzeby. O ile pierwszy w sumie nie był zaskoczeniem, bo zmarła ponad osiemdziesięcioletnia, "leżąca" od kilku lat babcia, także każdy był w miarę przygotowany, o tyle drugi był szokiem, bo w ciągu miesiąca tragicznie zginął jej syn. Facet koło sześćdziesiątki, w pełni sił, energiczny, właściciel własnej firmy, zabił go pijany kierowca.

Co bardziej niefortunne, w czasie trzech tygodni po śmierci wujka, wypadało planowane od 2 lat wesele jego bratanka. Zdecydowano, że młodzi nie będą go odwoływać, w sumie zdarzenie losowe, nie do przewidzenia, a tu wszystko gotowe, popłacone. Wtedy też przypadał okres ewentualnych potwierdzeń obecności. Młodzi zdecydowali, że nie będą nikogo zmuszać, ale w miarę możliwości mówili "Bądźcie z nami". W sensie, żeby przyjechać na ślub, zostać chwilę na weselu, choćby na kolację czy do oczepin, bez tańczenia. I uprzedzę – nie sądzę żeby chodziło o kasę z kopert, ta rodzina naprawdę trzyma się razem, a tak by nagle odpadło 40-50 osób i to z włączeniem najbliżej rodziny ojca pana młodego. Wielu gości, w tym my, zgodziło się na taki układ. W końcu można się spotkać z rodziną, porozmawiać, nie trzeba od razu balować nie wiadomo jak.

Na weselu miał grać DJ, ale na ostatnią chwilę ktoś (teściowa młodego) zdecydował, że to nie wypada na weselu i na szybko szukano zespołu. Znaleziono jakąś kapelę grającą od czasu do czasu, bo tylko oni mieli termin. Zostali uprzedzeni, że żadnych idiotycznych oczepin, żenujących gier w stylu jedzenia banana z rozporka etc. Znali też sytuację z żałobą.

Jakież było zażenowanie gości w momencie gdy około godziny 23, pan z orkiestry postanowił rozruszać „niemrawe towarzystwo” przy stole czwartym i ruszył w tamtą stronę z akordeonem, mikrofonem i pieśnią na ustach. Za nim reszta kapeli i kamerzysta. Pan niczym niezrażony podkładał ludziom mikrofon pod twarz i zachęcał do śpiewania „szła dzieweczka do laseczka”, a kamerzysta kręcił. Dopiero po chwili zareagował świadek, który zgarnął faceta, coś mu powiedział na ucho, tamten zastygł na chwilę, pomyślał, coś wymruczał, po czym zgarnął ekipę do stołu trzeciego, gdzie niezrażony kontynuował, tym razem „hej sokoły”.

Jak można się domyślić, przy stole czwartym, najbardziej oddalonym od orkiestry posadzono gości z rodziny ojca pana młodego. Co temu facetowi do głowy strzeliło, skoro znał sprawę – nie wiem.

A przypomniało mi się to, bo właśnie dostaliśmy płytę z tego wesela. Kamerzysta po rozmowie z młodymi na szczęście wyciął scenę i zabawa stolikowa zaczyna się w momencie jak lekko czerwony na twarzy wodzirej podchodzi do stolika trzeciego. Ale jakoś tak... niesmak pozostał.

wesele

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (133)

#80252

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja przyjaciółka i jej mąż mają w miejscu zamieszkania wykupione dwa miejsca parkingowe, bo każde z nich miało samochód potrzebny do dojazdów do pracy. Przed wakacjami koleżanka zmieniła pracę, na taką gdzie ma bardzo dobry dojazd komunikacją i po pewnym czasie okazało się, że utrzymywanie drugiego samochodu w ogóle się nie opłaca. Na weekendy i zakupy spokojnie wystarczy auto męża, zatem w wakacje sprzedali jej samochód.

Od tego czasu jedno miejsce stoi puste.

Zainteresowała się tym ich znajoma sąsiadka i zagadała moją koleżankę – a bo może kupują nowe auto, a może ich koszty ubezpieczenia przerosły, a może...? Ale koleżanka wyjaśniła, że po prostu na razie drugiego samochodu nie potrzebują.
- Czyli to miejsce będzie teraz puste?
- No przez najbliższy czas raczej będzie, bo nie planujemy drugiego auta.
- A ja bym tam mogła swoje stawiać?
- Ale czemu? Kupujecie drugi samochód czy co?
- No nie, ale to ja bym u was stawiała, a swoje wynajęła.

Geniusz biznesu, nieprawdaż? Oczywiście koleżanka się nie zgodziła.

Grażyna biznesu

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (141)

#79943

(PW) ·
| Do ulubionych
Wszyscy znają gorzkie powiedzenie, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.

Przez całe moje dzieciństwo moja ciotka nakręcała rywalizację pomiędzy mną, a jej najstarszą córką, w czym wspierała ją dzielnie nasza babcia. Polegało to na ciągłym podkreślaniu, jaka Monisia jest wspaniała, jakie odnosi sukcesy, i deprecjonowaniu moich osiągnięć.

Robione to zawsze było złośliwym tonem, zarówno przez ciotkę, jak i babcię. Było to o tyle dziwne, że z Moniką tak bardzo się różniłyśmy zarówno zainteresowaniami, jak i umiejętnościami, że to porównywanie robiło się wręcz karkołomne. Ale wystarczyło, żeby mi sprawić przykrość.

Jak kuzynka miała świadectwo z czerwonym paskiem, to słyszałam komentarze, że „nic nie robię ze swoim życiem, a przecież moim obowiązkiem jest tylko dobrze się uczyć”, jak z kolei ja miałam lepsze świadectwo, to słyszałam, że „nieważne są oceny, trzeba mieć jakąś swoją specjalność i w tym być dobrym”, jak wygrałam konkurs literacki, to z kolei „pisania do garnka nie włożysz”.

Wobec zachowania matki i babci, Monika też przyjęła wobec mnie postawę pełną wyższości.

Trochę czasu mi zajęło ogarnięcie, że w tej rywalizacji nigdy nie wygram, bo nie na tym to polega, a na tym, żeby tamte mogły się poczuć lepsze i dowartościowane. Wtedy wyluzowałam i przestałam się przejmować ich komentarzami.

I tak mijały sobie lata.

W zeszłym tygodniu miałam bardzo dziwną rozmowę z babcią. Ze łzami w oczach mówiła, że bardzo jej przykro, że my z Moniką nie jesteśmy ze sobą zżyte (no ciekawe, czemu?), przecież jesteśmy taką bliską rodziną (aha), jesteśmy w takim samym wieku.

Jak jej zabraknie, to już w ogóle urwiemy ze sobą kontakt (moim zdaniem to akurat prawda) i jej się serce na to kraje.

No nie powiem, babcia lubi robić takie akcje, więc nie zrobiło to na mnie specjalnego wrażenia, ale zastanowiło mnie, czemu akurat teraz jej to przyszło do głowy.

Odpowiedź poznałam właśnie przed chwilą. Opiekuję się mieszkaniem mojej cioci (z drugiej strony rodziny), które w zasadzie stoi puste, ale od czasu do czasu tam wietrzę, sprzątam, odbieram pisma ze spółdzielni, etc. - generalnie o nie dbam.

I właśnie zadzwoniła mama Moniki, czy mogłabym porozmawiać z ciocią odnośnie udostępnienia mieszkania Monisi, bo ona by mogła zamiast mnie o nie zadbać, w zamian za możliwość pomieszkania tam, bo akurat dostała w tym mieście pracę.

Pędzę, lecę.

nie lubię fałszywych ludzi

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (190)

#79458

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkałam kiedyś w mieszkaniu trzypokojowym z dwiema innymi dziewczynami. O dziwo przez prawie półtora roku wszystko układało się bardzo dobrze, nie było pomiędzy nami większych spięć. Wynikało to pewnie po części z bardzo różnych trybów życia, co powodowało, że nie wchodziłyśmy sobie w drogę. Ja pracowałam w trybie 8-16, druga z dziewczyn była barmanką i studentką, a nasza trzecia koleżanka pracowała na zmiany i prowadziła dodatkowe zajęcia z dziećmi w różnych porach. Nie było też problemów z opłatami, zrzutką na płyn do podłóg czy sprzątaniem. Cudnie, prawda?

Problemy zaczęły się, gdy koleżanka nr 2, ta barmanka poznała faceta. Właśnie przeprowadzał się do miasta i miał się do nas wprowadzić na miesiąc, do czasu aż znajdzie mieszkanie. Okazało się jednak, że jest im ze sobą na tyle dobrze, że postanowili że zostanie z nami na dłużej, o czym nas oczywiście poinformowali (nie zapytali - poinformowali). Okazało się również, iż koszty mieszkania pozostają dzielone na 3 jak do tej pory, bo w końcu zajmują we dwójkę maleńki pokoik. Dobra, o ile jeszcze jestem w stanie zrozumieć argument o opłacie za pokoje, nie za osobę i jakoś z koleżanką na to przystałyśmy, to jednak okazało się wkrótce, że dzielenie na 3 obowiązuje co do każdego z kosztów, czyli koleś nie dorzuca się nawet do głupiego płynu do naczyń, czy papieru, czyli generalnie jest, a udaje, że go nie ma. To już zaczęło powodować pewne spięcia, ale dobra, półtora roku bezproblemowej współpracy, mieszkanie w dobrej lokalizacji – nikt nie chciał sprawy zaogniać.

Wkrótce okazało się czemu „Pan Niewidzialny” jest tak oszczędny, że chętnie pożyje naszym kosztem – był on chronicznym bezrobotnym. Serio, dwudziestokilkulatek, który rzucił studia „bo nie mają sensu”, nie był w stanie utrzymać pracy przez dłużej niż dwa tygodnie. Najpierw pracował w call center jakieś półtora tygodnia, po czym to rzucił. Czemu? Za dalekie dojazdy. Dobra, może 35 minut bezpośrednim tramwajem spod samej kamienicy pod samą pracę to daleko, ale mógłby chociaż zaczekać aż znajdzie coś nowego, a nie z dnia na dzień. Zwłaszcza, że jego dziewczyna znalazła jeszcze pracę biurową, żeby dorobić. Nadeszły trzy tygodnie przerwy, w czasie której całe dnie grał w gry i robił obiadki dla swojej dziewczyny, po których zostawiał syf w całej kuchni, a sprzątał na godzinę przed jej przyjściem.

Potem znalazł pracę w salonie operatora komórkowego. W ciągu pierwszych dwóch tygodni wszedł w konflikt z kierowniczką. Czemu? Jego skromna osoba nie została uwzględniona przy podziale premii. Po mniej niż dwóch tygodniach pracy! Skandal, prawda? Oczywiście nie przedłużyli mu umowy, znowu kilka tygodni przerwy.

W tym czasie ja i trzecia współlokatorka zaczęłyśmy dostawać białej gorączki. Jego dziewczyna całe dnie spędzała poza domem, bo albo w biurze, albo na uczelni, albo w barze, a Tomuś grał w gry, robił syf, a przed nią udawał aniołka. Co gorsza zaczęły nam ginąć rzeczy. A to proszek do prania się kończył jakoś szybko, oczywiście Tomuś nie wie który jest czyj i po prostu się pomylił, a to ketchup nagle okazywał się „wspólny” i kończył po kilku dniach. Plus jego sprzątanie ograniczało się do zmycia garów po obiedzie (jak już swoje odstały oczywiście), zatem w „ich” tygodniu sprzątania łazienka czy podłogi były nietknięte detergentem.

Czara goryczy przelała się kiedy wróciłam kiedyś do domu, chciałam zrobić obiad i odpocząć, ale kuchni nie widać spod stosu garów, poszłam do tego gada, akurat grał w jakąś strzelankę i poprosiłam (naprawdę kulturalnie, ale stanowczo) o pozmywanie, bo też chcę z kuchni skorzystać. O dziwo zrobił to bez problemu, ale chyba potem naskarżył swojej dziewczynie, bo od tej pory stałam się tą najgorszą! Nagle się okazało, że nie wyrzucam śmieci (bzdura), a to po moim sprzątaniu jest plama w przedpokoju (no jak sprzątałam w weekend, a w poniedziałek Tomuś rozlał zupkę idąc do pokoju, to chyba nie moja wina?) i generalnie atmosfera napięła się jeszcze bardziej.

Nasza współlokatorka jak się okazało też już miała dość i po uprzednim wypowiedzeniu, wyprowadziła się do chłopaka. Ja wytrzymałam miesiąc dłużej, spędzając w zasadzie wszystkie popołudnia na poszukiwaniu pokoju. I nagle Tomuś z dziewczyną zostali w prawie pustym mieszkaniu, które co najlepsze – było na nią. Miała taką umowę z właścicielami, my tylko podnajmowałyśmy pokoje. Doszło jej zatem szukanie dwóch osób na „już”, bo koszty. Ale to oczywiście nie ich wina.

współlokatorzy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (148)

#79092

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja historia miała być komentarzem do http://piekielni.pl/78934 ale nazbierało się tego sporo :)

Jestem w widocznej już ciąży i podobnie jak autorka powyżej historii nigdy nie oczekiwałam żadnych przywilejów, przepuszczania w kolejkach czy innych. Jednakże moja wola swoje, a mój organizm swoje, zdarzały mi się zasłabnięcia, dlatego też unikam sytuacji, w których musiałabym np. zbyt długo stać, w miarę możliwości załatwiam wszystkie sprawy poza godzinami szczytu, ale jak wiadomo nie zawsze się da.

1) W metrze staram się zawsze usiąść jak najbliżej wejścia (o ile jest możliwość), gdyż nie chcę się potem przeciskać, a już na pewno nie wtedy kiedy pociąg jeszcze jedzie. Tak też zrobiłam ostatnio, siedziałam sobie spokojnie, kiedy poczułam szarpanie za ramię, jakaś starsza pani patrzy na mnie i krzyczy, że tam stoi pani o kulach. Ja mimo najlepszych chęci nie powinnam stać w metrze, dlatego mówię:
- Przykro mi, ale jestem w ciąży, mogę tu zemdleć - na to babka cały czas mnie szarpiąc i krzycząc na mnie się drze że:
- Ale tu tylu młodych ludzi siedzi! Jak tak można, pani o kulach stoi.
No dobra, rzeczywiście, ale dlaczego to mnie kobieto szarpiesz i na mnie krzyczysz? W końcu jakaś młoda dziewczyna wstała, a co najlepsze - pani o kulach było wszystko jedno, bo i tak już wysiadała. Samozwańcza bohaterka stała nade mną nadąsana kilka kolejnych stacji.

2) Moją piętą Achillesową jest stanie nieruchomo w miejscu, mogę spokojnie chodzić, ale kiedy stoję bez ruchu od razu robi mi się duszno i źle (co czyni tak prozaiczne sytuacje jak malowanie przy lustrze w łazience czy prostowanie włosów niesamowicie kłopotliwymi). W zeszłym miesiącu pani z kolejki w biedronce zwróciła mi uwagę i kazała przestać się kręcić jak dziecko. Co robiłam? Przestępowałam sobie z nogi na nogę, żeby pobudzić krążenie i nie odpłynąć.

3) Wsiadam do zatłoczonego autobusu, wraz ze mną sporo ludzi, dlatego wchodzę głębiej pomiędzy fotele i łapię się obiema rękami za rurki, żeby stać stabilnie. Tuż po tym jak autobus rusza z jednego z miejsc w głębi zrywa się kobieta i zaczyna przepychać w moją stronę. Przeprasza i zaczyna się wytrwale przeciskać obok mnie, stąd uznałam że kieruje się do biletomatu więc staram się jej odsunąć i jednocześnie nie upaść, ale kobieta jest sporych rozmiarów i w końcu staje na moim miejscu. I tak zostaje. Ja wylądowałam półwisząc nad bagażami jakiegoś kolesia w najbardziej zatłoczonej części tuż przy wejściu. Okazało się, że pani chciała do wyjścia, bo na następnym wysiada. Niestety podobnie jak ja i jakieś 3/4 osób z autobusu. Zwróciłam jej uwagę, że się niepotrzebnie przepychała, ale nie zaszczyciła mnie nawet spojrzeniem.

komunikacja_miejska

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (151)

#79167

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu mój znajomy kupował mieszkanie.

Interesowała go konkretna okolica, miał też sprecyzowane plany, stąd oglądał mieszkania na rynku wtórnym oraz od dewelopera, ale już wybudowane. Co istotne, interesował go również garaż, bo po pierwsze miał (i nadal ma) bzika na punkcie swojego samochodu, po drugie wynajmował wcześniej mieszkanie w okolicy, gdzie toczyła się permanentna wojna parkingowa i w swoim własnym mieszkaniu, kupionym na lata, chciał sobie tej części oszczędzić.

Na jednym spotkaniu z panią od dewelopera I ogląda sobie mieszkanie, pani zachwala, jaka to okolica bezpieczna, jak blisko wszędzie, jakie mieszkanie, wiadomo. No i znajomy pyta o kwestię garażu. Pani od razu, że są jeszcze niesprzedane miejsca garażowe, ale jak nie chce, to tu jest wszędzie pełno miejsc parkingowych, łatwo zaparkować, a tak w ogóle to niedaleko jest parking Lidla (!) i o miejsce na samochód nie ma się co bać.

Ostatecznie znajomy nie zdecydował się na mieszkanie z różnych względów, ale kupił w niemal sąsiednim bloku u dewelopera II, gdzie kupił też miejsce w garażu.

Minęło kilka lat, pojawiły się nowe bloki, nowi mieszkańcy. Cała okolica zamieniła się w jeden wielki parking (bliskość stacji komunikacji miejskiej).

Deweloper I wybudował kolejny blok i tak przerobił teren pod nim, że jest wspólny dojazd do obu budynków, a parking na zewnątrz został wykupiony przez lokale usługowe i wszędzie stoją tzw. "motylki", w budynku dewelopera II nowo utworzona wspólnota zdecydowała o obstawieniu całego bloku słupkami, a istniejące zatoczki są prawie stale zajęte. Parkujący przenieśli się dalej, gdzie wspólnota najpierw zdecydowała o posianiu trawy, a po jej zajeżdżeniu posadzili drzewa i postawili wielkie kamienne rzeźby.

Ale zawsze jest parking Lidla, prawda?

Otóż nie, tam chyba też ktoś się wkurzył, bo jest to jeden z pierwszych w Polsce sklepów tej sieci z płatnym parkingiem. I to takim naprawdę, nie dla picu, z holowaniem i całą resztą.

nowoczesna urbanistyka

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (168)