Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Always_smile

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2014 - 17:04
Ostatnio: 23 maja 2017 - 20:01
  • Historii na głównej: 16 z 16
  • Punktów za historie: 3880
  • Komentarzy: 52
  • Punktów za komentarze: 387
 

#78175

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia RavenRed przypomniała mi moją pracę jako kelnerka.

Byłam tuż po maturze, pierwsza prawdziwa praca, wcześniej pojedyncze wypady na zbieranie owoców itp. Zero doświadczenia z mojej strony. Pracę znalazłam 20km od domu, dojeżdżałam samochodem przez las.

Praca na czarno, miałam wtedy wyrobioną książeczkę z aktualnymi badaniami z sanepidu, ale nikt jej ode mnie nie chciał.

Lokal był otwarty 10-22, pierwsza zmiana przychodziła coś koło 7-8, żeby wszystko przygotować. Zamykałyśmy de facto po wyjściu ostatniego klienta i jeszcze trzeba było posprzątać, więc często była to 12 w nocy lub później. Akurat trafiłam na czas, kiedy trwały mistrzostwa świata w nogę, więc w dni meczowe lokal był otwarty do końca meczu. Często zdarzało się tak, że jednego dnia schodziłam po meczu, nie daj Boże z dogrywką i karnymi, wracałam do domu w środku nocy, a następnego dnia miałam I zmianę, albo dzwonili do mnie o 6 rano, że muszę być od rana i nie wiadomo, czy tylko rano, czy przez całe otwarcie.

Lokal nie był klimatyzowany, a lato wtedy było wyjątkowo upalne. Goście w większości korzystali ze stolików na zewnątrz, które były schowane pod drzewami i dodatkowo prawie przy linii brzegowej jeziora, więc było tam całkiem przyjemnie. Nam nie wolno było tam stać poza zbieraniem/donoszeniem zamówień, czy sprzątaniem, więc w wolnej chwili starałyśmy się stać blisko kostkarki do lodów, bo przy barze nie było nawet wiatraka. Dodatkowo bar po dwóch stronach był otwarty, z jednej na zmywak, z którego buchała wiecznie gorąca para ze zmywarki (dbanie o czyste naczynia też było zadaniem kelnerek) z drugiej na kuchnię, w której nie dało się wytrzymać.

Teoretycznie mogłyśmy zjeść obiad w pracy na przerwie, praktycznie przerwy łącznie z tymi na toaletę robiłyśmy tylko jak nikt z szefostwa nie patrzył, bo w przeciwnym razie zawsze było coś do zrobienia, czy to wycieranie kieliszków, sztućców, mycie okien itp.

Na barze stała skarbonka z napisem "Napiwki", do której klienci bądź my miałyśmy wrzucać otrzymane napiwki, które na koniec miały być podzielone na wszystkich pracowników. Nie wiadomo jednak czego koniec to miał być, bo pracownicy z przynajmniej rocznym stażem twierdzili, że nikt tych pieniędzy na oczy nie widział, więc jeśli nie było szefostwa w pobliżu to chowałyśmy je do kieszeni i na koniec dnia dzieliłyśmy się nimi.

W lokalu odbywały się także wesela. Raz się zdarzyło, że wg grafiku ja i jeszcze jedna koleżanka miałyśmy przyjść koło 15, żeby mieć siłę zasuwać na weselu, po czym rano dostałyśmy telefony, że jedziemy na catering - z mojej perspektywy najlepsza robota jaka mi się trafiła, z perspektywy dziewczyn, które były od rana w pracy tragedia, musiały być tam praktycznie przez dobę, jedna zasnęła na schodach idąc po zaopatrzenie.

Wracałam z pracy totalnie wykończona, głodna, odwodniona i z okropnym bólem głowy. Miałam furę szczęścia, że po drodze przez las nie wyskoczyło mi żadne zwierzę, bo jeździłam często na automacie.

Rodzice po tygodniu zaczęli mnie przekonywać, żebym rzuciła tę pracę, wytrzymałam 3 tyg., odeszłam po informacji, że 27 letnia dziewczyna została zabrana z pracy przez karetkę w stanie przedzawałowym.

gastronomia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (Głosów: 178)

#78024

(PW) ·
| Do ulubionych
Obok mojego bloku jest jednokierunkowy skrót do innej dzielnicy. Skrót ten jest nieoświetlony, a częściowo droga przecina pole, z którego na drogę czasami wyskakują sarenki itp. Skrót ten jest jednokierunkowy tylko dla samochodów, ruch pieszych i rowerzystów odbywa się normalnie, choć chodnika nie ma, a jezdnia jest dość wąska. Piesi często są tam niewidoczni, czasami noszą odblaski czy latarki w ręku, ale ogólnie po zmroku o niespodziankę nietrudno. Dodatkowo na odcinku może z 500 m znajduje się jakieś 10 progów zwalniających.

Było to w okolicach lutego, pogoda marna, było już ciemno. Jechałam powoli. Kątem oka zauważyłam dwie łanie na granicy pola i jezdni, więc jeszcze zwolniłam, kontrolując ich zachowanie. Zaczęły wchodzić na jezdnię, więc się zatrzymałam i zaczęłam trąbić.

Ledwie zdążyłam się zatrzymać, a w lusterku widzę, że baran za mną zaczyna mnie wyprzedzać.

W momencie kiedy zrównał się ze mną, łanie postanowiły wrócić na pole po mojej stronie. Gdyby wybrały drugą, skończyłyby na masce.

Jakbym stała 0,5 m dalej, to koleś nie zmieściłby się swoim samochodem przed moją maską, bo zaraz droga się zwęża tak, że samochód z rowerem mijając się muszą uważać, żeby się nie zahaczyć.

Na "hopkach" trochę się zwiększył dystans między nami, bo mi szkoda zawieszenia, ale i tak spotkaliśmy się na światłach na skrzyżowaniu z główną drogą - swoją drogą dla nas zawsze tam jest czerwone, bo jest zdecydowanie mniejszy ruch "od nas" niż na głównej.

*Cała sytuacja od zauważenia jelonków do ponownego mojego ruszenia mogła trwać max. 10-15 s, ale widać dla niektórych to za długo...

kierowcy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (Głosów: 122)

#77997

(PW) ·
| Do ulubionych
Duże miasto. Ruchliwa droga. Trzy pasy w każdą stronę, ograniczenie prędkości do 70-80. Obok chodnik po obu stronach i obok chodnika ścieżka rowerowa. Na przejściach dla pieszych przejazdy dla rowerów.

Gdzie porusza się rowerzysta?

Na środkowym pasie... wyprzedzić ciężko, bo tłok, a jak już się komuś uda to potem staje na czerwonym świetle i rowerzysta bezceremonialnie śmiga znowu na pole position.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (Głosów: 158)

#77936

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii o zaproszeniach ślubnych.

Znajomi zostali zaproszeni na wesele. Koleżanka jest, czy raczej była przyjaciółką panny młodej. Zaproszenie przekazane w przyzwoitej formie i czasie. Wszystko super, tylko koleżanka miała termin porodu mniej więcej na czas wesela.

Znajomi z dużym wyprzedzeniem poinformowali młodych, że na weselu się nie pojawią. Młodzi powód odmowy doskonale znali, bo w końcu przyjaciółki, ale i tak foch był nie z tej ziemi. Kontakty urwane, a znajoma urodziła dokładnie w sobotę, w którą był ślub.

wesele

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (Głosów: 243)

#77419

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed chwili, jeszcze mną trzęsie.

Jadę samochodem. Warunki okropne: ciemno, leje, ludzie poubierani na ciemno, kompletnie niewidoczni.

Dojeżdżam do miejsca, gdzie do skrętu w prawo mam strzałkę, a między światłami a skrzyżowaniem są pasy z przejazdem dla rowerów. Zgodnie z przepisami zatrzymuję się przed światłami, z uwagi na warunki rozglądam się po 15 razy w każdą stronę, żeby mi ktoś na ciemno nagle nie wyszedł pod koła, po czym przejeżdżam jak strzałka pozwala. Zaraz za pasami zatrzymuję się w miejscu do tego wyznaczonym - namalowane pasy do zatrzymania (trójkąty bodajże) i czekam aż będę się mogła włączyć do ruchu. Puściłam z 5 samochodów i nagle łup! Coś uderzyło w moje drzwi.

Rowerzysta wjechał prosto w moje prawe drzwi i wali pięściami o szybę drąc się przy tym, że jak ja jeżdżę, że na czerwonym, zielone jest dla pieszych używając do tego mocno wulgarnej argumentacji. Próbowałam z gościem rozmawiać, że co on odwala, stoję w miejscu wyznaczonym dla samochodów od dobrej chwili, więc musiał specjalnie wykręcić, żeby wjechać w moje przednie drzwi. Facet nakręca się coraz bardziej bez przerwy uderzając w mój samochód pięściami. Stwierdziłam, że z idiotą się nie dogadam, mogę ewentualnie wezwać policję, tylko że świadków brak, a koleś na rowerze jeszcze ucieknie. Wyjść z samochodu w ciąży nie wyjdę do agresywnego faceta, więc jak tylko zrobiło się miejsce na pasie zostawiłam idiotę, który coś się jeszcze odgrażał.

Na szczęście na drzwiach jest tylko mikroskopijna ryska, której bym nie zauważyła, gdyby nie dokładne przestudiowanie boku w garażu.

Ps. Koleś albo jechał bez świateł, albo był tak daleko ze nie byłam w stanie go dostrzec. Nie ma innej możliwości, żebym go nie widziała przy tak dokładnym rozglądaniu się na boki.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (Głosów: 182)

#77190

(PW) ·
| Do ulubionych
Sypialnia dużego miasta. Uliczki w większości wąskie, idealnie na dwa samochody, trzeba zwolnić przy mijaniu się. Dzielnica dość nowa, pod każdym blokiem parking podziemny, dodatkowo przed każdym blokiem, sklepem, urzędem parkingi. Samochodów dużo, nie zawsze znajdzie się miejsce 3m od sklepu, ale nie dalej niż 5 min drogi.

1. Wyjeżdżam z osiedla i na skrzyżowaniu, gdzie dodatkowo jest przejście dla pieszych, samochód na awaryjnych. Zepsuł się tuż pod sklepem. Trójkąt bermudzki, codziennie nieustannie psują się w tym miejscu samochody. Ja wyjeżdżając na główną kompletnie nie widzę, czy muszę komuś ustąpić, samochody jadącej z głównej nie widzą, czy na pasach jest pieszy, ale kierowca daleko do sklepu nie musiał iść.

2. Jedna z głównych ulic dzielnicy m.in z urzędem miasta i strażą miejską. Dodatkowy pas do włączenia się do ruchu to idealny parking, bo sklepy blisko.

3. Ta sama ulica co w 2, tuż przed rondem samochód na awaryjnych na całej szerokości pasa.

4. Droga osiedlowa o szerokości jak napisałam na początku. Na lewym pasie samochód na awaryjnych, na prawym częściowo na ulicy częściowo chodniku. Innej drogi nie ma, ciasno jak cholera, ale jadę powolutku próbując lawirować uważając na lusterka wszystkich aut. Już prawie się udało, gdy usłyszałam, że zawadziłam. Minęłam to wąskie gardło, zaparkowałam i wysiadłam obejrzeć swój samochód i ten o który zawadziłam. Na szczęście na żadnym żadnych śladów, ale podleciał do mnie właściciel, który jak się okazało stał na chodniku i gadał z kolegą. Drze się, że ludzie jeździć nie potrafią, że to już drugie zawadzenie w ciągu 15 min. Na moją uwagę, że może to znak, że trzeba samochód przestawić i pozwolić innym jeździć się zapowietrzył, i wsiadł do auta pogniewany.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (Głosów: 147)

#76739

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem w ciąży. Mam ubezpieczenie z pracy w sieciówce medycznej, dlatego też badania potrzebne w tym okresie robię właśnie tam.

Po uzyskaniu pozytywnego wyniku testu, poszłam do ginekologa - położnika po dalsze instrukcje, w wyniku tej wizyty zostałam skierowana m.in. na USG.

Poszłam na nie z mężem. Obydwoje szczęśliwi, lekko zestresowani mamy zobaczyć nasze pierwsze przyszłe dziecko. Siadamy, mówimy o co chodzi. Lekarz sprawdza w systemie skierowanie, pyta o date ostatniej miesiączki itp.

Nagle wybucha, że za wcześnie, że tak wcześnie się USG nie robi, że to niby nie jest inwazyjne badanie, ale nigdy nic nie wiadomo, że sami musimy stwierdzić czy chcemy tego USG.

Trochę nas zatkało. Pierwsze dziecko, żadnych własnych doświadczeń i mamy stwierdzić, czy chcemy badanie, które wg pana potencjalnie może narazić nasze dziecko.

Powiedzieliśmy w końcu, że owszem, chcemy, bo zostaliśmy na nie skierowani, sami sobie tego nie wymyśliliśmy, a babeczka, która je wystawiała prowadziła wcześniej ciąże w naszej rodzinie, całkiem niedawno, dzieciaki 10/10, mama zdrowa, także ufamy lekarce, a nie przypadkowemu lekarzowi.

Położyłam się na kozetce. Badanie przez podwozie, a tu nagle ktoś wchodzi do gabinetu. Dół miałam zasłonięty kotarą, ale cholera bez przesady, nigdy mi się nie zdarzyło, żeby u ginekologa nie kazali, albo sami nie zamykali drzwi. Tu przed badaniem nie zwróciłam uwagi, że nawet nie było klucza w drzwiach, bo tak pewnie bym go z automatu przekręciła.

Po tej wizycie opisałam odpowiednio sytuację na znanym lekarzu oraz w ankiecie, którą dostaję po każdej wizycie w tym centrum. Teraz gdy dzwonię umówić się na kolejne badania zaznaczam, że byle nie do tego lekarza i po reakcji pań z recepcji stwierdzam, że nie powinnam się dziwić, że do niego był najszybszy termin wtedy.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (Głosów: 188)

#76286

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed wielu lat.

Będąc w szkole miałam paczkę kilku przyjaciółek, wszędzie byłyśmy razem, czy to szkolna impreza, czy konkurs, czy spędzanie czasu na przerwach. Nocowałyśmy u siebie, jeździłyśmy razem na zakupy, do kina itp.

W pewnym momencie już jako spore, ale niepełnoletnie dziewczyny pokłóciłyśmy się, w wyniku tej kłótni odseparowałam się od reszty.

Jakiś czas później jako pierwsza z tej grupy zrobiłam prawko.

Po odebraniu dokumentów któregoś pięknego dnia odbieram telefon:

- Hej, tu Ania (czasy telefonów stacjonarnych) słyszałam, że masz już prawko. Pomyślałam sobie, że szkoda takiej pięknej przyjaźni, może spróbujemy to naprawić, np. wybrałybyśmy się starą ekipą w sobotę na imprezę do miasta wojewódzkiego?

- Hej super pomysł, ale zamiast jechać do miasta wojewódzkiego, może lepiej byśmy poszły do lokalnego klubu?

- Eeee, tu to nuda - odłożyła słuchawkę i nigdy więcej nie zadzwoniła.

*Miasto wojewódzkie jest oddalone od naszego rodzinnego o ok. 100km i informacja o prawku padła w pierwszym zdaniu - miałam być kierowcą z własnym (rodziców) samochodem.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 205 (Głosów: 215)

#75084

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kobietą kierowcą. Potrafię parkować równolegle (prostopadle też) wymienię płyny, umyję samochód, ubezpieczę, pojadę na przegląd, wiem co znaczą kontrolki i to byłoby na tyle.

Zbliżał się czas przeglądu, więc pojechałam na badanie. Nigdy nie miałam problemów, samochód sprawny, więc tylko formalność. Okazało się, że jednak nie - sparciałe opony. Dwie z przodu. Wrócić po wymianie. Opony łyse nie były, ale skoro koleś stwierdził, że popękane, ok. Mąż nie miał kiedy zajrzeć. Bezpieczeństwo najważniejsze. Opony wymienione wracam na kanał. I znowu zonk, bo wymieniłam tylko z przodu, a z tyłu to samo.

Stwierdziłam, że tak się bawić nie będziemy, przez 3 dni, które minęły od ostatniej wizyty opony się znacznie nie zmieniły niestety na kartce, którą dostałam przy pierwszym badaniu były ogólnie wymienione opony, nie że z przodu. Nic nie wskórałam.

Pojechałam do teścia, wymieniliśmy się samochodami pojechał na kanał w tym samym miejscu, z którego dopiero co wróciłam i pieczątkę bez problemu dostał.

stacja kontroli pojazdów

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 282 (Głosów: 310)

#74914

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyszłam za mąż. Cały ślub i wesele organizowaliśmy z mężem sami i jeśli chodzi o załatwianie wszystkiego, jak i o finanse, żeby nie było komentarzy o dojeniu rodziców.

a) Suknia - W dniu odebrania sukni pani stwierdziła, że halkę mamy przywieźć max. do 2 tyg po weselu. Ja lekkie WTF, bo suknie kupowałam, a nie wypożyczałam. Baba na to, że oni tak zawsze robią i otwiera jakiś zeszyt z zapiskami, żeby mi udowodnić. Wyjęłam więc z torebki potwierdzenie wpłaty zaliczki, a tam jak wół "Suknia + halka". Babka pomarudziła, że będzie miała przeze mnie problemy, ale niech już mi będzie.

b) Nocleg - Zamówiliśmy 10 pokoi dla gości weselnych w 10 pokojowym pensjonacie. Wesele w małej mazurskiej miejscowości pensjonat 1 więc wybierać nie było w czym. Uzgodniliśmy cenę 1300zł za całość. Kobieta zapisała sobie w kalendarzu, zaliczkę wpłaciliśmy, więc proszę o potwierdzenie wpłaty. A tu nie, bo u niej w kalendarzu wszystko jest to nie zginie, ona nie ma żadnej kartki, mimo, że sama w tym pensjonacie mieszka. Koniec końców zrobiłam zdjęcie tej kartki w kalendarzu.

Ze 2 miesiące przed weselem zadzwoniliśmy, czy możemy jednak z jednego pokoju zrezygnować zachowując stawkę 130 zł za pokój. Byliśmy przygotowani na negocjacje, ale babka od razu, że nie ma problemu.

Pokój, który zwolniliśmy wynajął nasz fotograf, który przy okazji naszego wesela zabrał rodzinę na tydzień na Mazury, ale dowiedzieliśmy się o tym tuż przed weselem.

Po weselu pojechaliśmy się rozliczyć i tu zonk, bo kobieta chce od nas 140zł za pokój. W kalendarzu przekreśliła 1300zł i zapisała na górze 140zł. Pokazuję kobiecie zdjęcie, że tego 140zł to przy nas nie pisała, a o tym jednym brakującym pokoju rozmawialiśmy.

[K] No tak, ale ja później przemyślałam, że będę stratna

Swoją drogą nie informując nas o tym.

[Ja] Ciekawe na czym pani była stratna, jak tu nasz fotograf nocował z rodziną
[K] A to ja nie wiedziałam, że to od państwa.

c) Dom weselny - w domu weselnym nie praktykowali umów tylko potwierdzenie wpłaty zaliczki. Stwierdziliśmy, że nie ma mowy, żeby tyle ustaleń nie miało potwierdzenia na piśmie i sami przygotowaliśmy umowę. 1000zł zaliczki poszło przy rezerwacji sali, bez ustalania szczegółów tylko terminu, a później kolejne 1000zł jak przyjechaliśmy z umową, wybranym wariantem posiłkowym itp.

Jak się później okazało tego, że za drugim razem dowieźliśmy 1000zł sobie nigdzie nie zapisali. Na szczęście jak wyjęliśmy naszą umowę (swój egzemplarz gdzieś posiali), gdzie było wpisane, że 2000 zaliczki było wpłacone to bez szemrania to przyjęli.

wesele

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 358 (Głosów: 374)