Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Always_smile

Zamieszcza historie od: 10 czerwca 2014 - 17:04
Ostatnio: 20 lipca 2017 - 12:18
  • Historii na głównej: 19 z 20
  • Punktów za historie: 4383
  • Komentarzy: 63
  • Punktów za komentarze: 503
 
zarchiwizowany
Historia zmalowanej przypomniała mi moje historie z drugiej strony.

Ślub brałam w mieście skąd pochodzę, czyli 200km od miasta, w którym obecnie mieszkam, dlatego na próbne makijaże i fryzury ślubne zaczęłam się umawiać z duuuużym wyprzedzeniem, żeby wypróbować miejscowe fryzjerki i makijażystki.

Z makijażem trafiłam od razu super. U fryzjerek byłam 3 żadna rewelacyjna nie była. (Mam bardzo gęste i stosunkowo długie włosy, z których można naprawdę cuda zrobić, ale wysiłku potrzeba dużo, żeby się trzymało.) W końcu wybrałam jedną z nich, a ta miesiąc przed weselem zadzwoniła do mnie, że jednak odwołuje moje czesanie, bo pojedzie w tym czasie na urlop. Umawiałam się z właścicielką salonu, więc sama ustalała plany urlopowe.

Ostatecznie zapłaciłam z 5x więcej niż planowałam, ale moja fryzjerka z obecnego miasta zamknęła zakład i przyjechała te 200km mnie uczesać. Gdyby ta pierwsza dała znać trochę wcześniej to bym sobie chociaż ogarnęła więcej bab z rodziny do czesania, żeby kasa się rozłożyła na kilka osób (koszt zamknięcia salonu w sobotę w innym mieście + dojazd), ale przynajmniej fryzurę miałam na pewno lepszą i zdecydowanie bardziej trwałą niż gdyby czesała pierwsza.

Dwa tygodnie po weselu mieliśmy sesję ślubną i tu już z fryzurą problemu nie było, bo sesja była w mieście, w którym mieszkamy, więc fryzjerka czesała mnie ta sama już po normalnych cenach. Z kolei makijażystki nie chciałam ściągać tylko na godzinną sesję, więc popytałam o opinie na fb i umówiłam się z jedną na miejscu.

Makijażystka miała przyjechać do mnie na umówioną godzinę. Godzina minęła, 15 min, 30... Dzwonię, nie odbiera. Napisałam do niej na fb, odpisała od razu, że miała wypadek i nie przyjedzie. Ok, wypadki chodzą po ludziach, tylko ja po jedynej w życiu stłuczce zdecydowanie nie myślałam o fb, już szybciej ten telefon bym odebrała.

Spędziłam 2h bardzo starannie się malując, ale zdjęcia wyszły super.

makijaż/fryzura

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (29)

#78713

(PW) ·
| Do ulubionych
Jechałam dzisiaj jedną z większych ulic w Warszawie - dwa pasy do jazdy na wprost, oddzielny do skrętu w lewo i oddzielny do skrętu w prawo, więc nikt na tej drodze raczej 30km/h nie jedzie.

Jechałam koło południa, więc trasa w miarę pusta. Śmigam sobie zadowolona prawym pasem na zielonej fali. Mijając właśnie jedno skrzyżowanie widziałam, że na kolejnym zapala się zielone, więc jadę ze stałą prędkością.

Na skrzyżowaniu przede mną stała taksówką na światłach, ale światła się zmieniły, a taksówka dalej stoi. Zwolniłam, bo nie wiem czego się spodziewać. Taksówka z włączonym silnikiem stała na prawym pasie do jazdy na wprost na zielonym świetle, bez świateł awaryjnych. Ominęłam ją z lewej strony zaglądając do taksówki, że może kierowca zasłabł czy coś, ale nie.

Po przejechaniu kilku metrów zauważyłam w lusterku, że do taksówki ktoś wsiadł i taksówka ruszyła.

Taksówkarz czekał na pasażera na skrzyżowaniu... Przypominam, że między taksówką, a pasem zieleni oddzielającym chodnik od ulicy był jeszcze pas do skrętu w prawo.

taxi

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (116)

#78565

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałam kiedyś w korpo, gdzie od czasu do czasu mieliśmy dyżury. W takie dni pracę mogłam skończyć o 20, ale i o 3 w nocy. Firma po 22 stawiała pracownikom powrót do domu taksówką - umowa popisana z 1 firmą.

Mieszkałam wtedy dość blisko pracy ze 3-4 przystanki autobusem, ale w nocy korzystałam z taksówek ze względów bezpieczeństwa i tego, że nie musiałam czekać na nocny.

Kiedyś po zakończonym kursie kierowca stwierdził, że sobie zapisze moje dane i więcej nie przyjedzie po mnie, bo taki kurs mu się nie opłaca.

Taxi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (212)

#78587

(PW) ·
| Do ulubionych
Mąż korzystał z usług banku z angielskim pomysłem w nazwie.

W pewnym momencie stwierdziliśmy, że bank jest za drogi, dodatkowo naliczają masę opłat, z których konsultanci nie byli w stanie się wytłumaczyć, za co to i dlaczego, a pilnowanie czy nie pobrali znowu 5 zł z konta firmowego, na którym ilość transakcji jest ogromna, było problematyczne. Zdecydowaliśmy o przeniesieniu usług do konkurencji.

31.03. byliśmy w banku złożyć dyspozycję wcześniejszej spłaty kredytów, zamknięcia konta osobistego i prywatnego oraz karty kredytowej. Papierów do podpisania masa. W banku spędziliśmy ładnych kilka godzin, ale dopilnowaliśmy, żeby na każdej kopii była pieczątka i podpis "zgodność z oryginałem".

Pierwszy zgrzyt był przy spłacie karty kredytowej, odsetki pobierali 3x w ciągu tygodnia. Reklamacja odrzucona, bo odsetki naliczone prawidłowo, a czemu schodziły w ratach - nie wiadomo.

Drugi przy spłacie kredytów.
Podczas wizyty w banku dostaliśmy na piśmie, że kredyty zejdą dokładnie 07.04. i dokładnie wyliczone kwoty, w których były uwzględnione kapitał, odsetki i opłaty za wcześniejszą spłatę. Wszystko do 07.04.
Kredyty faktycznie zeszły 07.04., tyle, że w sumie o ok. 1500 zł więcej, niż mamy na piśmie. Gdyby nie fakt, że spodziewałam się problemów i na bieżąco śledziłam sytuację kasy, zabrakłoby na ostatni kredyt, przez co nie zostałby zamknięty i konieczna byłaby kolejna wizyta w oddziale, co jest dość problematyczne, jeśli chodzi o czas.

Reklamacja poszła 04.05. Wczoraj (06.06.) mąż dzwonił, czemu nadal nie mamy odpowiedzi na reklamację. Pani przez telefon stwierdziła, ze mail z odpowiedzią na reklamację został wysłany 01.06., ale, skoro nie doszedł, zaraz wyślą jeszcze raz - nadal nie mamy.

Trzeci zgrzyt - zamknięcie karty kredytowej.
Karta powinna przestać być aktywna 28.04. Na przełomie maja i czerwca poszłam do banku sama (z upoważnieniem od męża), żeby zapytać, czemu karta jest niezamknięta. Dostałam do wypełnienia ten sam kwit, co mąż wypełniał 31.03. Czemu jest niezamknięta? Pani nie wie, wypełnić wniosek.
06.06. mąż na infolinii dowiedział się, że u nich w systemie karta jest nieaktywna, u nas na koncie ją widać, bo opłaty za kwiecień schodzą w czerwcu...

bank

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (187)
Historia RavenRed przypomniała mi moją pracę jako kelnerka.

Byłam tuż po maturze, pierwsza prawdziwa praca, wcześniej pojedyncze wypady na zbieranie owoców itp. Zero doświadczenia z mojej strony. Pracę znalazłam 20km od domu, dojeżdżałam samochodem przez las.

Praca na czarno, miałam wtedy wyrobioną książeczkę z aktualnymi badaniami z sanepidu, ale nikt jej ode mnie nie chciał.

Lokal był otwarty 10-22, pierwsza zmiana przychodziła coś koło 7-8, żeby wszystko przygotować. Zamykałyśmy de facto po wyjściu ostatniego klienta i jeszcze trzeba było posprzątać, więc często była to 12 w nocy lub później. Akurat trafiłam na czas, kiedy trwały mistrzostwa świata w nogę, więc w dni meczowe lokal był otwarty do końca meczu. Często zdarzało się tak, że jednego dnia schodziłam po meczu, nie daj Boże z dogrywką i karnymi, wracałam do domu w środku nocy, a następnego dnia miałam I zmianę, albo dzwonili do mnie o 6 rano, że muszę być od rana i nie wiadomo, czy tylko rano, czy przez całe otwarcie.

Lokal nie był klimatyzowany, a lato wtedy było wyjątkowo upalne. Goście w większości korzystali ze stolików na zewnątrz, które były schowane pod drzewami i dodatkowo prawie przy linii brzegowej jeziora, więc było tam całkiem przyjemnie. Nam nie wolno było tam stać poza zbieraniem/donoszeniem zamówień, czy sprzątaniem, więc w wolnej chwili starałyśmy się stać blisko kostkarki do lodów, bo przy barze nie było nawet wiatraka. Dodatkowo bar po dwóch stronach był otwarty, z jednej na zmywak, z którego buchała wiecznie gorąca para ze zmywarki (dbanie o czyste naczynia też było zadaniem kelnerek) z drugiej na kuchnię, w której nie dało się wytrzymać.

Teoretycznie mogłyśmy zjeść obiad w pracy na przerwie, praktycznie przerwy łącznie z tymi na toaletę robiłyśmy tylko jak nikt z szefostwa nie patrzył, bo w przeciwnym razie zawsze było coś do zrobienia, czy to wycieranie kieliszków, sztućców, mycie okien itp.

Na barze stała skarbonka z napisem "Napiwki", do której klienci bądź my miałyśmy wrzucać otrzymane napiwki, które na koniec miały być podzielone na wszystkich pracowników. Nie wiadomo jednak czego koniec to miał być, bo pracownicy z przynajmniej rocznym stażem twierdzili, że nikt tych pieniędzy na oczy nie widział, więc jeśli nie było szefostwa w pobliżu to chowałyśmy je do kieszeni i na koniec dnia dzieliłyśmy się nimi.

W lokalu odbywały się także wesela. Raz się zdarzyło, że wg grafiku ja i jeszcze jedna koleżanka miałyśmy przyjść koło 15, żeby mieć siłę zasuwać na weselu, po czym rano dostałyśmy telefony, że jedziemy na catering - z mojej perspektywy najlepsza robota jaka mi się trafiła, z perspektywy dziewczyn, które były od rana w pracy tragedia, musiały być tam praktycznie przez dobę, jedna zasnęła na schodach idąc po zaopatrzenie.

Wracałam z pracy totalnie wykończona, głodna, odwodniona i z okropnym bólem głowy. Miałam furę szczęścia, że po drodze przez las nie wyskoczyło mi żadne zwierzę, bo jeździłam często na automacie.

Rodzice po tygodniu zaczęli mnie przekonywać, żebym rzuciła tę pracę, wytrzymałam 3 tyg., odeszłam po informacji, że 27 letnia dziewczyna została zabrana z pracy przez karetkę w stanie przedzawałowym.

gastronomia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (184)

#78024

(PW) ·
| Do ulubionych
Obok mojego bloku jest jednokierunkowy skrót do innej dzielnicy. Skrót ten jest nieoświetlony, a częściowo droga przecina pole, z którego na drogę czasami wyskakują sarenki itp. Skrót ten jest jednokierunkowy tylko dla samochodów, ruch pieszych i rowerzystów odbywa się normalnie, choć chodnika nie ma, a jezdnia jest dość wąska. Piesi często są tam niewidoczni, czasami noszą odblaski czy latarki w ręku, ale ogólnie po zmroku o niespodziankę nietrudno. Dodatkowo na odcinku może z 500 m znajduje się jakieś 10 progów zwalniających.

Było to w okolicach lutego, pogoda marna, było już ciemno. Jechałam powoli. Kątem oka zauważyłam dwie łanie na granicy pola i jezdni, więc jeszcze zwolniłam, kontrolując ich zachowanie. Zaczęły wchodzić na jezdnię, więc się zatrzymałam i zaczęłam trąbić.

Ledwie zdążyłam się zatrzymać, a w lusterku widzę, że baran za mną zaczyna mnie wyprzedzać.

W momencie kiedy zrównał się ze mną, łanie postanowiły wrócić na pole po mojej stronie. Gdyby wybrały drugą, skończyłyby na masce.

Jakbym stała 0,5 m dalej, to koleś nie zmieściłby się swoim samochodem przed moją maską, bo zaraz droga się zwęża tak, że samochód z rowerem mijając się muszą uważać, żeby się nie zahaczyć.

Na "hopkach" trochę się zwiększył dystans między nami, bo mi szkoda zawieszenia, ale i tak spotkaliśmy się na światłach na skrzyżowaniu z główną drogą - swoją drogą dla nas zawsze tam jest czerwone, bo jest zdecydowanie mniejszy ruch "od nas" niż na głównej.

*Cała sytuacja od zauważenia jelonków do ponownego mojego ruszenia mogła trwać max. 10-15 s, ale widać dla niektórych to za długo...

kierowcy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (123)

#77997

(PW) ·
| Do ulubionych
Duże miasto. Ruchliwa droga. Trzy pasy w każdą stronę, ograniczenie prędkości do 70-80. Obok chodnik po obu stronach i obok chodnika ścieżka rowerowa. Na przejściach dla pieszych przejazdy dla rowerów.

Gdzie porusza się rowerzysta?

Na środkowym pasie... wyprzedzić ciężko, bo tłok, a jak już się komuś uda to potem staje na czerwonym świetle i rowerzysta bezceremonialnie śmiga znowu na pole position.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (159)

#77936

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii o zaproszeniach ślubnych.

Znajomi zostali zaproszeni na wesele. Koleżanka jest, czy raczej była przyjaciółką panny młodej. Zaproszenie przekazane w przyzwoitej formie i czasie. Wszystko super, tylko koleżanka miała termin porodu mniej więcej na czas wesela.

Znajomi z dużym wyprzedzeniem poinformowali młodych, że na weselu się nie pojawią. Młodzi powód odmowy doskonale znali, bo w końcu przyjaciółki, ale i tak foch był nie z tej ziemi. Kontakty urwane, a znajoma urodziła dokładnie w sobotę, w którą był ślub.

wesele

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 225 (245)

#77419

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed chwili, jeszcze mną trzęsie.

Jadę samochodem. Warunki okropne: ciemno, leje, ludzie poubierani na ciemno, kompletnie niewidoczni.

Dojeżdżam do miejsca, gdzie do skrętu w prawo mam strzałkę, a między światłami a skrzyżowaniem są pasy z przejazdem dla rowerów. Zgodnie z przepisami zatrzymuję się przed światłami, z uwagi na warunki rozglądam się po 15 razy w każdą stronę, żeby mi ktoś na ciemno nagle nie wyszedł pod koła, po czym przejeżdżam jak strzałka pozwala. Zaraz za pasami zatrzymuję się w miejscu do tego wyznaczonym - namalowane pasy do zatrzymania (trójkąty bodajże) i czekam aż będę się mogła włączyć do ruchu. Puściłam z 5 samochodów i nagle łup! Coś uderzyło w moje drzwi.

Rowerzysta wjechał prosto w moje prawe drzwi i wali pięściami o szybę drąc się przy tym, że jak ja jeżdżę, że na czerwonym, zielone jest dla pieszych używając do tego mocno wulgarnej argumentacji. Próbowałam z gościem rozmawiać, że co on odwala, stoję w miejscu wyznaczonym dla samochodów od dobrej chwili, więc musiał specjalnie wykręcić, żeby wjechać w moje przednie drzwi. Facet nakręca się coraz bardziej bez przerwy uderzając w mój samochód pięściami. Stwierdziłam, że z idiotą się nie dogadam, mogę ewentualnie wezwać policję, tylko że świadków brak, a koleś na rowerze jeszcze ucieknie. Wyjść z samochodu w ciąży nie wyjdę do agresywnego faceta, więc jak tylko zrobiło się miejsce na pasie zostawiłam idiotę, który coś się jeszcze odgrażał.

Na szczęście na drzwiach jest tylko mikroskopijna ryska, której bym nie zauważyła, gdyby nie dokładne przestudiowanie boku w garażu.

Ps. Koleś albo jechał bez świateł, albo był tak daleko ze nie byłam w stanie go dostrzec. Nie ma innej możliwości, żebym go nie widziała przy tak dokładnym rozglądaniu się na boki.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (183)

#77190

(PW) ·
| Do ulubionych
Sypialnia dużego miasta. Uliczki w większości wąskie, idealnie na dwa samochody, trzeba zwolnić przy mijaniu się. Dzielnica dość nowa, pod każdym blokiem parking podziemny, dodatkowo przed każdym blokiem, sklepem, urzędem parkingi. Samochodów dużo, nie zawsze znajdzie się miejsce 3m od sklepu, ale nie dalej niż 5 min drogi.

1. Wyjeżdżam z osiedla i na skrzyżowaniu, gdzie dodatkowo jest przejście dla pieszych, samochód na awaryjnych. Zepsuł się tuż pod sklepem. Trójkąt bermudzki, codziennie nieustannie psują się w tym miejscu samochody. Ja wyjeżdżając na główną kompletnie nie widzę, czy muszę komuś ustąpić, samochody jadącej z głównej nie widzą, czy na pasach jest pieszy, ale kierowca daleko do sklepu nie musiał iść.

2. Jedna z głównych ulic dzielnicy m.in z urzędem miasta i strażą miejską. Dodatkowy pas do włączenia się do ruchu to idealny parking, bo sklepy blisko.

3. Ta sama ulica co w 2, tuż przed rondem samochód na awaryjnych na całej szerokości pasa.

4. Droga osiedlowa o szerokości jak napisałam na początku. Na lewym pasie samochód na awaryjnych, na prawym częściowo na ulicy częściowo chodniku. Innej drogi nie ma, ciasno jak cholera, ale jadę powolutku próbując lawirować uważając na lusterka wszystkich aut. Już prawie się udało, gdy usłyszałam, że zawadziłam. Minęłam to wąskie gardło, zaparkowałam i wysiadłam obejrzeć swój samochód i ten o który zawadziłam. Na szczęście na żadnym żadnych śladów, ale podleciał do mnie właściciel, który jak się okazało stał na chodniku i gadał z kolegą. Drze się, że ludzie jeździć nie potrafią, że to już drugie zawadzenie w ciągu 15 min. Na moją uwagę, że może to znak, że trzeba samochód przestawić i pozwolić innym jeździć się zapowietrzył, i wsiadł do auta pogniewany.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (148)