Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Anonimus

Zamieszcza historie od: 22 marca 2017 - 11:36
Ostatnio: 13 listopada 2017 - 14:52
  • Historii na głównej: 7 z 9
  • Punktów za historie: 1232
  • Komentarzy: 27
  • Punktów za komentarze: 70
 

#80299

(PW) ·
| Do ulubionych
Co trzeba być za upodlonym człowiekiem, żeby narżnąć komuś na klatce dwójkę i jeszcze próbować wyrwać drzwiczki od skrzynki na listy, żeby nawrzucać tam zużyty papier toaletowy.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (91)

#79930

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój starszy brat szukał psa, który mógłby ochraniać plac w jego firmie. Z racji tego że zdarzały się w okolicy włamania, kradzieże, podpalenia itp. to wiadomo że założenie monitoringu, ochrony jest podstawą. Przez jakiś czas latał po placu pies, który miał stwarzać groźne wrażenie, chyba odniósł efekt bo ktoś psiaka otruł. Po całym zdarzeniu brat stwierdził, że musi mieć "porządnego psa" więc od znajomego sprowadził owczarka belgijskiego. Najpierw psiak miał się socjalizować z psami rodziców (duży ułożony spokojny owczarek i mały szczekacz york).

Braciszek stwierdził, że oczywiście to jego pies i on będzie się nim zajmować, szkolić, itd. żeby pilnował placu. Jak się nie łatwo domyślić szczeniak zamiast przebywać na zewnątrz przez pierwsze miesiące żył w domu spał na kanapie, później kiedy miał iść na szkolenie to jakoś bratu zapał opadł i zaczął nie mieć dla psa czasu. Koniec końców stanęło na tym że dwa duże psy wylądowały w kojcu - bo mamuśce niszczą ogród, depczą kwiaty, niszczą trawnik, wiadomo.

Przechodząc do piekielności właściwej - belg nie przeszedł szkolenia, przez to że nikt nie poświęca mu większej uwagi teraz będąc dorosły jest psem pierd**niętym - niestabilnym psychicznie, który nie informuje że coś mu nie pasuje, nie jeży się, nie warczy tylko od razu gryzie - MOCNO. W czasie spacerów pies musi być na smyczy blisko nogi, bo jak widzi innego psa to od razu łapie za szyję i do ziemi.

Blisko rok temu rodzice wyjechali, nam kazali się zajmować psami, z założenia miało być tak, że starszy brat miał sam chodzić ze swoim psem. Wyszło na to, że siostra wiedząc, że pies kolejny dzień siedzi w kojcu postanowiła go wyprowadzić na spacer. Otwiera kojec, bierze smycz i próbuje założyć ją psu, ten skacze wokół niej i kłapie "z radości". Dziewczyna nie mogła się ruszyć, bo pies podskakiwał na wysokość ramion, wie że jest nieobliczalny więc liczyła że się po chwili uspokoi albo jak na niego krzyknie to zareaguje, w końcu jest jednym z domowników. No nie, kiedy tylko się ruszyła pies przestał skakać i momentalnie ugryzł ją dwa razy w nogę na wysokości kolana. Siostra wpadła w panikę, bo krew się leje, doczłapała się do domu, zamknęła drzwi i dzwoni po brata. Skończyło się na szyciu.

Dziewczyna nigdy nie bała się psów, zawsze w domu były zwierzaki, pomagała w schronisku, ale od całego zajścia belga boi się panicznie. Najlepsze że rodzice wiedzą jaki pies jest i to nie jest pierwszy raz kiedy ugryzł, ale nie rozumieją dlaczego dziewczyna nie chce wejść za bramę kiedy pies lata luzem i to że się "wyszalał" na spacerze nie zmniejsza jej lęku. Przecież on się tylko "cieszy", zobaczysz "nic ci nie zrobi" i za każdym razem kiedy jest akcja grill na ogrodzie to chcą go spuścić przy niej, bez kagańca, bez obroży, bez smyczy. Traktują całą sytuację jakby to siostra była problemem a nie pies. Brat nie przejął się całym zajściem, dalej z psem nie pracuje bo "nie ma czasu" a rodzice umywają ręce bo "to nie jest ich pies".
Ręce opadają.

PS pies nigdy nie był bity i nikt względem niego nie używał siły.
PPS tak jak pisałem w komentarzach, w momencie kiedy pies pojawił się w domu tylko brat był na miejscu, siostra studiowała w innym mieście, a ja siedziałem za granicą. Teraz każde z nas ma swoje zwierzaki, nie podrzuca ich rodzicom. Siostra na początku chciała szkolić psa, ale po wakacjach raz w miesiącu z doskoku przez weekend psa się niczego nie nauczy jeśli nikt z nim później nie pracuje. Belg jest jedynym zwierzakiem brata i chociaż mógłby go wziąć do siebie to "nie bo taki duży pies męczyłby się w bloku", na mój komentarz że siedzenie cały dzień w kojcu to też męczarnia dla takiego psa brat nie reaguje.

PPPS pies jest dalej u rodziców, bo ojciec się do niego przywiązał i traktuje go jak maskotkę mimo, że wie jaki jest i jego też ugryzł. Mówiłem im żeby oddali psa komuś kto umiałby się nim zająć, ale nie bo to jest "nasz" pies i go nie oddadzą.

psy pies problemy_z_psem

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (125)
zarchiwizowany

#79407

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jechaliśmy z grupą znajomych z Helu do Trójmiasta na rowerach, pogoda na Pomorzu ostatnio nie rozpieszcza - zimo, wieje, pada, mało słońca, więc wydawało się że ludzi na półwyspie będzie mniej. Przez większą część trasy tak było, ale im bliżej byliśmy Władka tym sytuacje robiły się kuriozalne. Na całej długości trasy prowadzi ciąg pieszo-rowerowy, więc cykliści i piesi powinni nie utrudniać sobie życia... przynajmniej takie jest założenie. Oto kilka smaczków:
1. Nie wiem kto wpadł na pomysł żeby ścieżkę w lesie wylać betonem, niczym nie utwardzonym, niczym nie zabezpieczonych, czystym cholernym betonem, który po kilku zimach jest pokruszony, dziurawy i z mnóstwem wystających korzeni.
2. W okolicach Jastarni rozstawiła się spora grupa "obrońców życia poczętego" - głośniki, transparenty, okrzyki, wszystko na środku chodnika, gdzie jest spory ruch. Ja rozumiem że to ważny temat, ale serio będą krzyczeć na ulicy ludziom w czasie wakacji, kiedy chcą odpocząć, zjeść w spokoju... wszyscy wiemy jakie mają apetyczne mają zdjęcia.
3. Żyjemy w kraju gdzie obowiązuje ruch prawostronny, tak na ulicy jak i na chodniku, na całej trasie dla yntaligętnych inaczej jest wymalowany środek przerywanymi pasami jak na jezdni, ale to nie wystarcza dla Janusza - klasyczny przypadek sandały, skarpetki, krótkie spodnie, rozpięta koszula i wywalone brzuszusko, sunie ten lodołamacz pod prąd, mając gdzieś rowerzystów czy innych uczestników drogi. Nie zważa też na to, że w tym akurat miejscu kręci się dużo ludzi i ciężko jest z manewrowaniem tym bardziej jak po krzakach i trawnikach stoją auta.
4. AUTA, auta wszędzie, na jezdni, na chodniku, trawniku, po krzakach, chodniku, kilka centymetrów od torów kolejowych, no wszędzie gdzie popadnie zaparkowane.
5. Inni ROERZYŚCI, klasyczny przypadek jedzie parka żółwim tempem trzymając się za ręce cała szerokością chodnika. Albo grupka które jedzie od skraja do skraja. Ale wisienką na torcie była grupa około 15-20 osób, przekrój wiekowy od berbecia po seniora, jadą średnio-wolnym tempem aż tu nagle po hamulcach i zatrzymują się na środku drogi, całej od prawej do lewej krawędzi + trawnik po obu stronach, ludzi pełno, rowerzystów też, a oni się zatrzymują i stoją bez powodu, bez przyczyny, zaczynają ploty, na dzwonek nie reagują dopiero jak ich ostro opierniczyłem żeby zleźli, bo tamują ruch, to łaskawi się rozstąpili.
6. Jazda po jezdni - za Władkiem ścieżka się kończy, trasa rowerowa poprowadzona jest albo po drogach osiedlowych/gruntowych albo po prostu jednią. Nie wiem o co chodziło kierowcom, którzy trąbili na nas jak jechaliśmy skrajem pobocza, zaznaczę że jest ono bardzo szerokie i do samej jezdni mieliśmy spokojnie dobry metr.
Trasę ogólnie polecam ;)

rower wakacje ludzie auta kultura

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 12 (78)

#78812

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii litlle_trouble1 przypomniała mi się sytuacja mojej siostry sprzed ładnych kilku lat.

Siostra od małego miała artystyczne zapędy, a to budowanie konstrukcji z lego, a to figurki z modeliny, plasteliny, rysowanie, malowanie, jarała się mangą i anime, tworzyła własne komiksy, historie, opowiadania etc.

Z czasem tak wyszło, że wylądowała w liceum plastycznym, a jej pokój zawsze był zawalony przyborami do malowania i rysowania, papierami, książkami, komiksami itp. Jej prace, plakaty i zdjęcia wisiały na ścianach tylko w jej pokoju.

Pod koniec szkoły stwierdziła, że nie chce iść na ASP, tylko na zwykły uniwerek - złożyła papiery, dostała się, wyprowadziła na studia. Po tygodniu, może dłużej, wróciła na weekend, żeby zabrać to, czego zapomniała, weszła do pokoju, a na ścianach nie zachował się ani jeden rysunek, ani jeden plakat, ani jedna praca - i pół biedy, gdyby prace zostały z odrobiną szacunku odpięte ze ściany, one zostały zerwane.

Kiedy znalazła je w jakimś kartonie razem z resztą swoich rzeczy do malowania, dziewczyna wpadła w totalną histerię. Okazało się, że nasza kochana mamusia stwierdziła, iż jak ona już nie mieszka w domu, to jej prace można „ściągnąć", bo pokój wyglądał przez to jak chlew - na każdy argument odpowiadała, że to jest jej dom i ona będzie decydować.

W awanturę włączył się ojciec, który równo zrugał matkę od góry do dołu za to, co zrobiła, a dziewczynę próbował pocieszać. Później matka nie rozumiała, dlaczego dziewczyna się od niej odsunęła, nie chciała z nią rozmawiać i miała do niej żal.

Kiedy siostra skończyła studia, nie chciała mieszkać z rodzicami, a skoro miała się wyprowadzić, to matka zaraz po ogarnięciu mieszkania, remoncie itd. kazała jej zabrać wszystkie swoje rzeczy z domu - pisząc „wszystkie” mam na myśli nie tylko ubrania, ale też książki, papiery, przybory, maskotki, absolutnie wszystko, a jak nie, to ona je wyrzuci albo odda potrzebującym, bo ona ich nie potrzebuje w domu.

Kiedy przychodzą święta czy inne spotkania rodzinne, na których siostra ma obowiązek być u rodziców, to zatrzymuje się tylko na kilka godzin albo jedną noc i ucieka do siebie.

Ojciec próbuje ją namówić, żeby została na dłużej ale siostra nie chce.

rodzice

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 264 (278)

#78613

(PW) ·
| Do ulubionych
Nigdy nie zrozumiem ludzi, którzy puszczają swoje małoletnie pociechy samopas po ruchliwej ścieżce rowerowej.

Rozumiem, że jest ładna pogoda, ciepło, niedługo koniec roku szkolnego/przedszkolnego/zerówkowego, ale jak nieodpowiedzialnym trzeba być ojcem, żeby pozwolić na taką sytuację, że dwójka dzieci (na oko 7 i 5 lat) jedzie po ścieżce rowerowej od skraja do skraja, a na dzwonienie i komunikowanie im, żeby zjechały, one tylko podnoszą rękę i dalej jadą slalomem?

Czy muszę dodawać, że dumny tatuś szedł ścieżką rowerową (a jakże) jakieś 50 m za nimi z wózkiem i kompletnie mnie olał, kiedy, już będąc blisko niego, zaznaczyłem swoją obecność?

rower dzieci tatusie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (212)

#78339

(PW) ·
| Do ulubionych
Swego czasu pracowałem jako przewodnik na wystawie, zasadniczo oprowadzałem grupy zorganizowane, bo do biletu który był stosunkowo drogi pan/pani przewodnik był dodatkowo płatny więc pojedyncze osoby wolały wziąć przewodnik "mobilny" ze słuchawkami. Praca przewodnika może nie wydaje się na pierwszy rzut oka piekielna, ale było kilka rzeczy które były mocno uciążliwe.

Przypadek 1:
Jedzie wycieczka szkolna, która poza zwiedzaniem miasta postanawia się wybrać do nas na wystawę. Ja rozumiem, że w mieście są korki, a grupę 30, 40 czy więcej dzieciaków w różnym przedziale wiekowym czasem trudno upilnować, ale jak już rezerwujesz wejście z przewodnikiem na konkretną godzinę to uprzedź, że grupa się spóźni.

Dziewczyny pracujące na recepcji, które przyjmowały rezerwacje uprzedzały żeby poinformować ich o opóźnieniach, bo w innym przypadku przewodnik po 30min ma kolejną grupę. Jednak zdarzyło się wiele razy takie sytuacje, że grupa wchodzi spóźniona kilkadziesiąt minut i się awanturuje, że nie mają przewodnika - no niestety w godzinach rannych i okolicach południa mieliśmy bardzo dużo grup, a przewodników była ograniczona ilość.

Przypadek 2:
Przewodnik powinien mieć maks. 25-30 osób które oprowadza po wystawie. Wystawa była duża, sale całkiem pojemne, ale liczy się też komfort przewodnika, wiadomo że nie będzie zdzierał gardła dla tłumu - ty bardziej że jedno oprowadzenie potrafiło trwać nawet 1,5-2h. Nigdy nie umiałem zrozumieć, dlaczego opiekunowie (nauczyciele czy to rodzice) uważają, że jak jest przewodnik to oni już mogą sobie odpuścić i poplotkować?

Ja jestem jeden, grupa liczy kilkadziesiąt osób, jak mam nad nią zapanować - to nie jest moje zadanie. A dzieciaki potrafiły zachowywać się często w skandaliczny sposób, od nieustannego gadania między sobą, przez przepychanie się i bieganie po wystawie, po chamskie przeszkadzanie przewodnikom. Opiekunowie potrafili się zachowywać jakby to nie była ich grupa, a raz trafił mi się taki nauczyciel, który miał do mnie pretensje, że nie pozwalam dzieciom obrzucać eksponatów kamyczkami, które stanowiły dekorację (wcześniej główny "gagatek" prawie poleciał ze ścianą, bo stwierdził że to fajne wbić się z rozpędu na mapę, która wisiała na ścianie) Oczywiście grupa była bardzo mocno spóźniona, awanturująca się i ogólnie mocno kłopotliwa.

Przypadek 3:
W weekendy mieliśmy zasadę, że przewodnik przychodzi na dyżur w momencie kiedy jest duży ruch. Jeśli ktoś chciał mógł go "wynająć" do oprowadzania. Z góry uprzedzaliśmy zwiedzających, że poza osobami które wynajęły przewodnika, osoby przebywające już na wystawie lubią się dołączyć na tzw. sępa - idzie za grupą po całej wystawie i przysłuchuje się temu co przewodnik mówi. Większość ludzi nie miała z tym problemu, ale zdarzały się grupy, które potrafiły prawie doprowadzić do rękoczynów.

Przypadek 4:
Mieliśmy w audioguide'ach kilka najpopularniejszych języków do wyboru (polski, angielski, francuski, hiszpański). Któregoś pięknego dnia przyszła do nas grupa albo z Francji albo ze szkoły w której była duża wymiana uczniów, w każdym razie dzieciaki w wieku mocno podstawówkowym. Zdarzyło mi się w czasie studiów wyjechać to tu to tam i bywać w kilku muzeach/galeriach, ale tego co te dzieciaki wyprawiały nie dało się opisać.

Weszli w 3 grupach - razem około 70/80 osób, dzieciaki dostały przybory do rysowania i rozpierzchły się po całej wystawie. Ja miałem w tym czasie swoją grupę, ale nie dało się prowadzić normalnego oprowadzania, bo dzieciaki leżały pokotem wszędzie (na ławkach, krzesłach, podłodze, za kotarami, no wszędzie), nikt ich nie pilnował, krzyk, wrzask i płacz bo któreś dostało z kolana w głowę kiedy siedziało za ciemną kotarą w okolicach sali kinowej. Zwrócenie uwagi opiekunom nic nie dało, bo dzieciaki po usłyszeniu reprymendy robiły dokładnie to samo, z nimi były matki, które absolutnie nie przejmowały się tym co ich pociechy robią. Nie wiem czy to tylko ja jestem nienormalny czy coś tutaj jest nie halo.

Przypadek 5:
Grupy przypadkowe, mieli iść oglądać inne miejsce no ale z tego czy innego powodu trafili do nas. Najczęściej zdarzały się dzieciaki albo z gimnazjum albo z liceum. Takiego chamstwa i braku kultury nie widziałem dawno. Grupa nawet nie udawała że powinna zachować spokój i to jest wystawa a nie centrum handlowe więc nie gadamy. Na każde zwrócenie uwagi słyszałem tylko pyskówki i wywracanie oczami.

Telefon i robienie sobie selfie z fleszem to był standard (przed wejście zaznaczone żeby nie używać lampy błyskowej). Najlepsze było jednak kiedy powiedzieli że dają mi 5 min na oblecenie całej wystawy, bo po tym czasie oni idą do McDonalda czy innego fast fooda. Ręce opadają.

Po zakończeniu wystawy musiałem zrobić sobie ładnych kilka dni przerwy i wyjechać z dala od ludzi.

przewodnik wystawa kultura dzieciaki

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (134)

#78282

(PW) ·
| Do ulubionych
Po studiach szukałem pracy, dorywczo załapałem się do biura to tu to tam, żeby tylko było co do CV wpisać - nie tylko bezpłatne albo śmiesznie płatne staże.

W czasie jednej z rozmów kwalifikacyjnych, Pani uprzejmie poinformowała mnie na czym będzie moja praca polegała - otóż call center, przyjmowanie zgłoszeń o szkodzie, rozwiązywanie problemów etc. W porządku, jakie warunki? Na start muszę wyrobić ich normę (w praktyce niepełny etat), każda rozmowa nie jest oceniana pod względem mojej kompetentnej bądź nie pomocy tylko czasu trwania rozmowy z klientem, grafik będę dostawać w określonych dniach - praca skierowana głównie do studentów, no ale ostatecznie mnie też mogą przyjąć, każde spóźnienie (liczone powyżej 5min)/nieobecność/katastrofa rodzinna, to nie jest powód żeby nie być punktualnie w pracy, a za takie przewinienia trzeba odpokutować - 100zł za każde spóźnienie/nieobecność etc, chyba że będę miał zaświadczenie ze szpitala - bo od zwykłego lekarza to oni nie przyjmą, od policji czy innych służb też nie.

A jaka była oszałamiająca wypłata za tak cudowne warunki w wielkim gmaszysku? Oszałamiające 800 czy 900zł. Jak sobie przemyślałem wszystkie za i przeciw to wyszło, że niewiele trzeba żebym to ja im musiał płacić za swoją pracę. Pani była zaskoczona kiedy odmówiłem.

praca call_center

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (247)

#77696

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu opowiadania sicca 77675 nie mogłem się powstrzymać, żeby nie napisać swojej Piekielnej historii.

Mieszkam w bloku, całkiem nowe osiedle bloków, ludzie w przeważającej większości to młodzi ludzie, młode rodziny, poza parą staruszków. Moje mieszkanie znajduje się na parterze, a przez to że pod blokiem jest hala garażowa to mam całkiem duży balkon w sumie to można spokojnie nazwać tarasem bo ma jakieś 20m2. Co jakiś czas znajduję na tarasie fanty od sąsiadów - zabawki, pety, zapałki, ubrania, mniejsze lub większe pudełka.

Jednak największym zaskoczenie był fakt kiedy skończyły się święta, ksiądz zdążył oblecieć po blokach "parafian" więc sąsiedzi postanowili zrobić "porządki po świąteczne" i co za tym idzie na moim balkonie wylądowała choinka z resztkami ozdób świątecznych. Na początku sądziłem, że to przypadek, wypadła komuś, czy po prostu sąsiad zaraz zapuka i wyjaśni sprawę. Poczekałem do rana.

Kiedy następnego dnia choinka dalej leżała na moim balkonie wściekłem się i zostawiłem kartkę na drzwiach do klatki, żeby właściciel jak najszybciej zabrał swojego "podrzutka" bo inaczej będę załatwiał sprawę. Po powrocie z pracy choinki już nie było, nawet większości igieł sprzątnięto, ale jakim trzeba być człowiekiem żeby ludziom choinki na balkony podrzucać.

Myślałem że to czyjaś nierozwaga, ale ostatnio zauważyłem dlaczego sąsiedzi zostawiają wózki na klatce - bo jakiś kretyn w wózkarni trzyma dwa komplety opon, sprzęt sportowy zimowy i inne barachła, a wózki i rowery stoją na klatce tak ustawione, że kiedy chcę przejść z garażu do mieszkania to nie da się, bo wszystko zastawione (do każdego mieszkania jest przypisana piwnica, żeby nie było).

Ostatnio chyba ktoś podkablował do spółdzielni praktykę sąsiadów, bo od kilku wisi na klatce pismo, że sprzęty które tarasują przejście czy to na klatce czy w przedsionkach piwnic (a stoi stara lodówka, połamane sprzęty, szafki, drzwi, etc.) to spółdzielnia je usunie i wszystkich po równo obarczy kosztami.

sąsiedzi mieszkanie bloki

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (200)
zarchiwizowany
O tym, że nasza służba zdrowia kuleje wie każdy, dlatego kiedy jestem zmuszony do skorzystania z jej usług dostaję palpitacji serca. Przez kilka ostatnich dni miałem problem z uchem, coś się w nim zatkało, żadne krople dostępne w aptekach nie pomagały, domowe sposoby też nie, więc chcąc nie chcąc musiałem pójść do laryngologa. Sprawdziłem w internecie czy muszę mieć skierowanie aby skorzystać z pomocy laryngologa, okazuje się że teoretycznie jest lista lekarzy specjalistów do których mogę się zgłosić bez papierka od lekarza rodzinnego (w tym np do onkologa), ale laryngolog już nie. Zakładałem że mój problem jest dość banalny - w uchu zrobił się czop z woskowiny i wystarczy przepłukać (lekarz rodzinny tego nie może zrobić) więc uzbrojony w podwójną dawkę anielskiej cierpliwości zarejestrowałem się w przychodni. Miałem szczęście, bo tego samego dnia przyjmował i mój lekarz rodzinny i był także laryngolog. Urwałem się trochę wcześniej z pracy, przyjechałem na miejsce i zająłem kolejkę, przede mną około 5-6 osób więc założyłem, że na dobry początek będę czekał jakieś 1,5h - tak też się stało. Kiedy lekarz dowiedział się z czym przyszedłem i jak długo mam już problem z uchem na skierowaniu napisał - PILNE i po sprawie. Zszedłem do rejestracji, potwierdziłem laryngologa, zająłem kolejkę i czekam aż znajdzie się następny pacjent, który byłby po mnie, żeby spokojnie móc udać się do apteki. Okazało się że przyszedł jakiś starszy Pan, dowiedział się że jest po mnie, więc stwierdziłem że mogę wyskoczyć na chwilę do apteki. Lekarz miał przyjmować za jakieś 30min więc sądziłem, że to żaden problem. Lekarz spóźnił się ponad 40min (a miał tendencję do tego, że potrafił wyjść z gabinetu punktualnie nie zwracając uwagi na to że się spóźnił - więc atmosfera gęstniała z minuty na minutę). Kiedy wreszcie lekarz się objawił i kolejka ruszyła, to zaczęła się Piekielność o to kto był po kim i kto kogo widział, kogo nie było przez 5min i powinien iść na koniec kolejki, etc. Mając już doświadczenie, że z babciami 60+/70+ ciężko się walczy (bez różnicy kiedy dana "Wiekowa Dama" przyszła) to atmosfera gęstniała, do tego stopnia że jedna Piekielna Dama zaczęła wyzywać wszystkich, którzy twierdzili że są przed nią, od chamów, świń w chlewni i innych jeszcze epitetów. Ja rozumiem, że co tygodniowa pielgrzymka do lekarza tego czy owego to jej największa atrakcja, ale ludzie przy niej był kilkuletni wnuk, który wysłuchiwał jak jego babcia używa języka, którego ciężko nazwać kulturalnym. W czasie czekania cały czas wysłuchiwałem burczenia Piekielnej Damy, szczególnie że przy okazji na przychodni spotkała jakąś swoją sąsiadkę i tyrada się zaczęła od nowa. Kiedy mogłem już wejść do gabinetu z przerażenie dowiedziałem się, że lekarz nie ma mojej karty i musiałem po nią iść do rejestracji, która znajduje się zaraz obok gabinetu. Naprawdę wyszedłem z duszą na ramieniu, mając nadzieję że Piekielna jak się dowie, że nie ma mojej karty to znowu mnie nie zaatakuje. Prędko załatwiłem sprawę i wróciłem do gabinetu. Cała wizyta zajęła ok. 10min i po wszystkim mam nadzieję, że przez dłuższy czas nie będę musiał korzystać z publicznej służby zdrowia.
Od małego wiedziałem, że jak starsza osoba czeka do lekarza to nawet gorączka nie wzruszy jej serca i nie pozwoli nikomu wejść przed nią, bo młody to na pewno symuluje a on/ona jest przecież umierający/ca. Sytuacja się nie zmieniła.

służba_zdrowia lekarz pacjenci

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (79)

1