Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Anytsuj

Zamieszcza historie od: 6 maja 2018 - 22:33
Ostatnio: 11 maja 2018 - 22:31
  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 665
  • Komentarzy: 9
  • Punktów za komentarze: 39
 

#82163

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy zaczynałam moją drugą "poważną" pracę, byłam młoda, głupia i naiwna, a do tego baaardzo zapalona do pracy. To wszystko w połączeniu z faktem, że na mojej trasie
do pracy raz były korki na 20-30 minut, a raz nie było ich wcale, sprawiało, że najczęściej byłam w pracy pierwsza. Dodatkowo najczęściej wychodziłam ostatnia, co oznaczało, że spędzałam w pracy o nawet półtora godziny dłużej (nadgodziny bezpłatne, ale o tym innym razem). Tak było przez pierwszych 15 miesięcy mojej pracy w tej firmie.

Później firma przeprowadziła się w miejsce, do którego czas dojazdu miałam znacznie stabilniejszy i zaczęłam dojeżdżać do pracy z kimś (dojeżdżałam po ok 50km w jedną stronę, więc bardzo mi się to opłacało). Ta osoba nie mogła zostawać dłużej z powodów osobistych, a ja stwierdziłam, że nie muszę już tyle wysiłku wkładać w zdobywanie nowych klientów co na początku, więc mogę zrezygnować z nadgodzin. Wiązało się to z tym, że zaczynałam i kończyłam pracę 5-10 minut wcześniej/później zamiast kilkudziesięciu minut.

Po dwóch miesiącach moja przełożona na zebraniu całego mojego działu, na którym był też prezes, oświadczyła ostro, że nie podoba jej się zmiana mojego stosunku do pracy i martwi ją to, że do niedawna byłam "jedną z osób, która przychodzi do pracy jako jedna z pierwszych i wychodzi jako jedna z ostatnich", a teraz tylko patrzę, żeby czmychnąć jak tylko wybije godz. 16. Piekielnie się wkurzyłam, bo po pierwsze w swojej wypowiedzi starała się jak najbardziej umniejszyć to, co robiłam wcześniej, a po drugie mój stosunek do pracy się nie zmienił - nadal byłam zaangażowana i starałam się jak mogłam (co było widać po wynikach finansowych - w tym czasie wyrabiałam ok 110% mojego planu sprzedaży), po prostu przestałam odwalać wolontariat i za to dostałam publicznie reprymendę.

Nie piszę tego, żeby się poskarżyć, że robiłam nadgodziny za darmo, bo sama sobie jestem winna. Chodzi mi tylko o to, że inni pracowali w normalnym trybie cały czas i nikt nie miał do nich żalu, natomiast kiedy ja przestałam dawać od siebie więcej nie otrzymując nic w zamian i zaczęłam pracować normalnie, musiałam wysłuchiwać pretensji.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (204)

#82127

(PW) ·
| Do ulubionych
W poprzedniej historii wspominałam o piekielnym pracodawcy- oto jeden z powodów, dla których jest moim byłym pracodawcą.

Pracowałam wówczas jako handlowiec w firmie produkującej opakowania- produkcja na zamówienie (czyli wpada zamówienie na ściśle określony, "spersonalizowany" produkt, produkujemy to i jak najszybciej wysyłamy) tylko na potrzeby innych firm. Każdy z handlowców (a było nas 4-5 osób, w tym Pani Kierownik Działu Sprzedaży) miał swoją grupę stałych Klientów + mieliśmy za zadanie zdobywać nowych. Do naszych obowiązków należało także koordynowanie zleceń produkcyjnych, czyli ustalanie z Produkcją (zarówno Kierownikiem jak i kolegami z działu produkcji) co, kiedy i w jakiej kolejności ma schodzić z produkcji.

Firma była wtedy w dość trudnym okresie, w którym z jednej strony było ciężko o Klienta, ale i zainwestowaliśmy w nową maszynę, której trzeba było zapewnić obłożenie, więc trzeba było jeszcze bardziej niż zwykle dbać o zaspokojenie wymagań Klientów, żeby od nas nie odeszli. Zasady były jasne: czas realizacji zamówienia ok 7 dni roboczych + 2 dni na dostawę (najczęściej wysyłaliśmy towar kurierem, stąd te dodatkowe dwa dni)- taką informację dostawał każdy Klient, niezależnie od wszystkiego. Wiadomo, część Klientów to Klienci strategiczni, niektórzy wymagali od nas krótszego terminu pod groźbą zerwania współpracy i dawało się to zrobić jak trzeba było.

Na początku faktycznie tylko, jeśli sytuacja była awaryjna, ale z czasem Pani Kierownik przyzwyczaiła swoją grupę Klientów, że 4-dniowy termin realizacji to prawie standard i wystarczy powiedzieć "No fajnie byłoby to dostać szybciej", żeby Pani Kierownik "przepychała" swoje zlecenia przed nasze. Pod koniec mojej pracy tam, co najmniej raz w tygodniu jeden z jej Klientów dostawał zamówienie w ciągu 3 dni (w tym dostawa naszym transportem, żeby było szybciej). Wszystko byłoby ok, bo przecież dzięki temu zatrzymywaliśmy sporych Klientów, gdyby nie to, że "przepychanie" zleceń odbywało się kosztem:

1. naszych Klientów- niejednokrotnie nasi Klienci mieli mieć produkowane swoje zamówienie w ostatnim terminowym dniu, na drugiej zmianie, tak, żeby jeszcze tego samego dnia kurier zdążył to odebrać, czyli i tak w sporej nerwówce, bo zawsze było ryzyko, że nie uda się tego wysłać. Nie raz, nie dwa dzwoniliśmy przed wyjściem z pracy do Klientów, potwierdzaliśmy im, że zamówienie na pewno od nas danego dnia wyjedzie i jeśli kurier nie zawiedzie, to kolejnego Klient będzie miał towar, po czym okazywało się następnego dnia rano, że jak tylko wyszliśmy do domów, Pani Kierownik podchodziła do kuwety ze zleceniami produkcyjnymi i przekładała swoje zlecenia na początek kolejki (często totalnie mieszając też kolejność pozostałych zleceń, które układaliśmy konsultując to wzajemnie). Przez to czasem nasi Klienci (a zwłaszcza zaopatrzeniowcy) mieli naprawdę spory problem.

2. handlowców- nie dotrzymywaliśmy obietnic, więc często dostawaliśmy okropny opierdziel od Klientów, że ich oszukujemy, że jesteśmy niepoważni itd. Przecież w takich sytuacjach to zawsze handlowiec obrywa i nie może się bronić- przecież nie powiem, że to moja szefowa zawiniła. Druga strona medalu- każdy z nas musiał słuchać dość ostrych, kąśliwych uwag Pani Kierownik na temat tego, że nie potrafimy dobrze wykonywać swojej pracy i powinniśmy budować lepsze relacje z Klientami, mimo, że głównym problemem było to, że Klienci mieli dość ciągłego przekładania terminu dostawy na dzień przed ustalonym wcześniej terminem lub w dniu, w którym powinna mieć miejsce dostawa. Wg Pani Kierownik, gdybyśmy się z Klientami wręcz zaprzyjaźnili, byłoby im niezręcznie odchodzić, więc powinniśmy częściej się z nimi spotykać. Problem w tym, że większość z zaopatrzeniowców traktowała nas jak natrętów kiedy proponowaliśmy więcej niż drugie spotkanie w ciągu roku zwłaszcza, jeśli nie dotrzymywaliśmy terminów.

3. pracodawcy- straciliśmy przez to kilku Klientów (także tych sporych, ale nieobsługiwanych przez Panią Kierownik), bo ile razy można ściemniać, że mieliśmy przerwę w dostawie prądu, że kurier nawalił albo że UFO porwało operatora maszyny konfekcjonującej? Zarówno my jak i cała firma wyglądała bardzo nieprofesjonalnie, co zaczęło odbijać się na przychodach.

Najlepszy przykład obrazujący jak to działało. Jeden z moich największych Klientów, który współpracował z nami od lat, przechodził restrukturyzację i planował zrezygnować z jednego z dostawców. Zgłosiłam to natychmiast Pani Kierownik zaznaczając, że jednym z wymagań jest skrócenie terminu dostawy z 9 do 6 dni, a w sytuacjach szczególnych do 3. Stwierdziła, że da się to zrobić, dodatkowo sprzyjał nam fakt, że Klient miał zakład niedaleko nas, więc mogliśmy zaoszczędzić trochę czasu i dowozić zamówienia zamiast wysyłać kurierem. Dostałam polecenie, żeby traktować tego Klienta priorytetowo i nie dopuścić do tego, żeby odszedł. Za każdym razem, kiedy dostawałam od nich zamówienie, zgłaszałam to Pani Kierownik, Kierownikowi Produkcji, na samym zleceniu czerwonym długopisem dopisywałam "PILNE" oraz oczekiwaną przez klienta datę dostawy i chodziłam kilka razy dziennie na magazyn i produkcję, żeby zobaczyć czy wszystko gra.

Przez 5 miesięcy okresu "próbnego" w trakcie którego Klient oceniał spełnianie wymagań przez dostawców tylko raz udało nam się dotrzymać terminu, który wskazał Klient, bo zostałam dłużej w pracy a Pani Kierownik nie było. Na nic zdawały się rozmowy z przełożonymi (zarówno Panią Kierownik jak i samym właścicielem), tłumaczenie, prośby i groźby. Za każdym razem Pani Kierownik przekładała swoje zlecenie przed moje. Ten Klient odszedł, a ja dostałam ostrą reprymendę, że do tego dopuściłam.

praca

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (152)

#82136

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz dzieje się kilka lat temu w małym serwisie komputerowym mieszczącym się na piętrze pawilonu handlowego w małej mieścinie. Piętro niżej, między innymi, oddział Poczty Polskiej. W serwisie, za ladą, ja i kolega serwisant.

Przychodzi Pani z Poczty i zaczyna burkliwie:
Pani z Poczty: Dobry. (w domyśle chyba "dzień dobry", ale kto ją tam wie) Ile kosztuje naprawa drukarki?
Serwisant: Dzień dobry. A co jej jest?
Pani z Poczty: Zepsuła się.
Serwisant: No tak, ale w jakim sensie?
Pani z Poczty: Nie wiem. Zepsuła się. (Zacięła się ta Pani z Poczty, czy co?) To ile to będzie kosztować i jak szybko to naprawicie?
Serwisant: (skonsternowany) Dobrze, ale jakie są objawy tego zepsucia? Nie włącza się, zacina papier, brudzi przy druku, nie drukuje?
Pani z Poczty: (przestępuje z nogi na nogę i posapuje nie kryjąc irytacji): Skąd ja mam to wiedzieć? Co pan sobie myśli? Że ja się na tym znam? Ja tylko chcę wiedzieć czy mi się to opłaca, żeby ją naprawić i czy nie będę musiała na nią czekać nie wiadomo ile, bo jak mi ją tu będziecie u siebie trzymać z pół roku to ja nie chcę.
Serwisant: Niestety, ale nie jestem w stanie Pani tego powiedzieć, jeśli nie wiem nawet na czym polega usterka. Może mi Pani chociaż powiedzieć jaka to drukarka, jakiego producenta?

Pani z Poczty: (już zaczyna krzyczeć) Mała taka, szara. Jasna cholera, niech mnie pan nie denerwuje. Serwisy wielkie, a drukarki naprawić nie potraficie nawet. Gdzie szef jest? Jak to pan mi nie powie ile będziecie za to chcieli? To co to z pana za mechanik? Cennika nie macie?
Serwisant: Proszę mnie zrozumieć, może się okaże, że to drobna usterka i zrobię to od ręki za 20 zł, a może się okaże, że drukarka jest do wyrzucenia. To zależy też od tego, czy jakieś części będzie trzeba wymienić, bo czas i koszt będzie zależał od dostępności części. Skoro nie orientuje się pani co tam się dzieje nawet, to może niech ją pani weźmie jutro ze sobą do pracy i nam podrzuci, albo ja po nią zejdę, sprawdzę i powiem pani ile zajmie naprawa i ile będzie kosztować. Możemy się tak umówić?

Pani z Poczty: Ja żadnej drukarki nie będę ze sobą wozić jak nie wiem nawet ile to mnie będzie kosztowało!
Serwisant: Ale diagnoza nic nie kosztuje. Sprawdzę co jej dolega, zrobię wycenę naprawy, oszacuję czas i jeśli będzie pani to pasowało, to bierzemy ją na serwis. Jeśli naprawimy, to pani płaci umówioną kwotę, a jeśli naprawa się nie uda, to nie płaci pani nic.
Pani z Poczty: Boże! Po co ja tu się pchałam na to piętro. Całą przerwę zmarnowałam tylko. Mechanicy od siedmiu boleści. Głupiej drukarki naprawić nie umieją. Do widzenia!
I poszła.

Drukarkę ostatecznie przyniosła kilka dni później z wielkim fochem, tak, jakbyśmy to my ją zepsuli. Kolega zdiagnozował drukarkę, już nie pamiętam co tam wyszło, ale jakaś błahostka, którą naprawił w czasie chyba krótszym niż dyskusja z naszą piekielną klientką.

klient

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (195)

#82117

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwa lata temu postanowiłam zmienić pracę z powodu jej piekielności, którą być może opiszę innym razem. Byłam wtedy tuż po skończeniu studiów i podjęłam decyzję, że pracę zmienię tylko na taką w zawodzie. Znalazłam ciekawe ogłoszenie opublikowane przez jedną z największych agencji pracy w Polsce i wysłałam CV. Na odpowiedź nie czekałam długo - zadzwoniła miła pani z agencji [Agentka] i umówiłyśmy się na rozmowę kwalifikacyjną. Byłam bardzo podekscytowana i dumna, że moje CV zostało docenione, bo w ogłoszeniu opisano sporo wymagań, które spełniałam mimo młodego wieku.

Dzień przed umówionym spotkaniem Agentka zadzwoniła raz jeszcze, żeby potwierdzić spotkanie oraz...:
Agentka: Przy okazji chciałabym dopytać, bo nie zapytałam poprzednio... Jakoś mi umknęło... Z jakiego powodu chce pani zmienić pracę?
Ja: Niedawno skończyłam studia w kierunku związanym z tym stanowiskiem i chciałabym spróbować sił w zawodzie. (Oczywiście była to tylko połowa prawdy, bo oprócz tego motywowały mnie problemy w ówczesnej pracy, ale wolałam o tym nie opowiadać).
Agentka: Taak? A, faktycznie, ma tu pani w CV wpisane studia. No to super, jakoś mi umknęło.

Przy czym była wyraźnie podekscytowana, tak jakbym jej powiedziała, że właśnie wygrała w totka. Zakończyłyśmy kurtuazyjnie rozmowę, a ja byłam tylko nieco zawiedziona faktem, że rekruterka z profesjonalnej agencji nie zauważyła w CV kierunku studiów, wpisanego pogrubioną czcionką.

Następnego dnia pojechałam na umówione spotkanie. Reakcja Agentki na mój widok totalnie zbiła mnie z tropu, bo jednym ciągiem przedstawiła się i wypaliła "O ja cię, ale pani młodziutka!" - tu szybkie spojrzenie w moje CV. "Faktycznie, '92. Jakoś mi umknęło, ale proszę się nie martwić, to żadna przeszkoda, może nawet przeciwnie". Podczas rozmowy padała prośba o opisanie moich dotychczasowych doświadczeń. Opowiadam więc co robiłam wcześniej, podkreślając, że wybrałam studia zaoczne, bo bardzo zależało mi na łączeniu pracy i nauki. Tu kolejne zaskoczenie Agentki- faktycznie, daty się pokrywają, no i racja, skoro jestem tak młoda, mam tych kilka lat doświadczenia i studia jednocześnie, to znaczy, że musiały być zaoczne. Ja naiwna myślałam, że jak wpisałam w CV "tryb niestacjonarny", to jest to jednoznaczne, ale okazało się, że... pani to umknęło wcześniej.

Zanim rozmowa dobiegła końca, nastąpiło jeszcze kilka uwag Agentki zdradzających jej niezbyt profesjonalne podejście oraz utwierdzających mnie w przekonaniu, że to, że zostałam zaproszona na rozmowę wynikało z tego, że wysłałam CV, a nie z jego treści (sama Agentka powiedziała, że w odpowiedzi na to ogłoszenie dostała zaledwie ok. 10 CV i dała do zrozumienia, że spotyka się z każdym, kto się zgłosi).

Ostatecznie dostałam tę pracę, umówiłyśmy się na spotkanie, na którym miałam podpisać umowę, ale nie dostałam żadnej informacji na temat tego, kiedy mogę stawić się po skierowanie do medycyny pracy. Kilka dni przed podpisaniem umowy napisałam więc maila do Agentki z pytaniem o to, bo już zaczynałam się martwić, że może ktoś zmienił decyzję lub próbuje mnie oszukać i będzie to umowa zlecenie zamiast obiecanej umowy o pracę. Nic z tych rzeczy... Dostałam odpowiedź, że faktycznie, powinnam zrobić badania, ale Agentce to umknęło, bo zwykle podpisuje umowy zlecenia, a nie o pracę, oraz wskazała mi termin odbioru skierowania. Zrobiłam badania, umowę podpisaliśmy.
O szkolenie BHP nie dopytałam i w trakcie 5 miesięcy trwania umowy nikt się na jego temat nie zająknął. Pewności nie mam, ale podejrzewam, że komuś umknęło...

rekrutacja

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (174)

1