Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

AskeladdsWife

Zamieszcza historie od: 23 maja 2018 - 15:29
Ostatnio: 12 czerwca 2018 - 18:56
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 426
  • Komentarzy: 29
  • Punktów za komentarze: 95
 

#82376

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj będzie o psychologach. A raczej o tym, że kiedy słyszę słowo "psycholog", to jeżą mi się włosy na karku i mam ochotę prychać jak kot.

Kiedy miałam "naście" lat, zaczęły się moje problemy z tarczycą. Problemy te uderzyły mnie dosyć nagle. Choroba musiała rzecz jasna rozwijać się dużo wcześniej, ale z jej powagi zaczęłam zdawać sobie sprawę dopiero wtedy, kiedy pojawiły się poważne objawy. Najpierw przez dwa tygodnie źle się czułam i często robiło mi się słabo. W końcu dostałam drgawek i zaczęłam się dusić. Przyjechała karetka, ratownicy doprowadzili mnie do stanu używalności i polecili zbadać tarczycę.

Oczywiście okazało się, że faktycznie wszystkiemu winne są problemy z hormonami. Mimo to objawy utrzymywały się przez bardzo długi czas. Często było mi słabo, ciągle drżały mi mięśnie, nie mogłam w nocy spać, miałam często wrażenie, że jestem zmęczona i pobudzona jednocześnie. Przy mówieniu drżał mi głos. Dostałam skierowanie do szpitala dziecięcego, z którego wypisano mnie po tygodniu, ponieważ według lekarzy za mało schudłam (więcej na ten temat napisałam w innej swojej historii). Przed wyjazdem dostałam jednak możliwość porozmawiania z psychologiem. Kiedy weszłam do gabinetu, niemalże od razu dostałam podsunięty pod nos test, który wydał mi się bezsensowny, ale mimo to wypełniłam go najskrupulatniej, jak potrafiłam. Razem z kartą wypisu otrzymałam więc również opinię psychologiczną, z której wynikało, że... jestem chora, ponieważ to mój sposób na zwrócenie na siebie uwagi. Mimo to specjalista zalecił w razie potrzeby terapię, więc po powrocie ze szpitala udałam się do poradni.

Pierwszy psycholog, który ze mną pracował, stwierdził, że przyczyną wszystkich moich problemów jest prawdopodobnie niechęć chodzenia do szkoły i problemy w nauce (co nie było prawdą, bo uczyłam się bardzo dobrze i było już po egzaminach), a moje objawy na pewno znikną, jeśli ułożę sobie lepszy plan odrabiania lekcji. Jako terapię zalecił nauczenie się pisania lewą ręką.

Drugi psycholog, którego otrzymałam, kiedy pierwszy został przeniesiony do innej poradni, zaczął ze mną rozmawiać. Często zadawał mi całkowicie abstrakcyjne pytania i miałam problemy ze szczerą odpowiedzią. I chociaż byłam bardzo zdeterminowana, bo chciałam sobie pomóc, nasze rozmowy wyglądały mniej więcej tak:

Psycholog: Jak się wtedy czułaś? Pamiętasz?
Ja: Ciężko mi powiedzieć, to było dawno temu, ale raczej nie czułam się z tym źle.
Psycholog: A może jednak?
Ja: Nie, pamiętałabym, gdybym przeżywała negatywne emocje.
Psycholog: Ale mi nie pasuje, że ty się czułaś z tym dobrze. Zastanów się, czy jednak nie było źle.

Jednak czara goryczy przelała się, kiedy wyznałam psychologowi, że nie radzę sobie w nowej szkole (poszłam do liceum o wysokim poziomie nauczania i przez swoje fizycznej dolegliwości często nie mogłam skupić się na materiale, nawet jeśli potem w domu dawałam z siebie wszystko), ale jednocześnie poprosiłam, żeby nie mówił o tym moim rodzicom, że chcę mu się tylko wygadać. Psycholog zapewnił, że mogę mu zaufać. Po powrocie do domu czekała mnie awantura, bo jednak rodzice okazali się o wszystkim świetnie poinformowani. Przestałam przychodzić na umówione spotkania.

Skończyło się tym, że wylądowałam u psychiatry, który przepisał mi leki. W efekcie przez dwa lata leczyłam tarczycę psychotropami, bo żaden lekarz nie przepisał mi odpowiednich lekarstw, tłumacząc moją chorobę słowami: "Jeszcze dojrzewasz, może z tego wyrośniesz", "Taka najwidoczniej twoja uroda" itp.

Głęboko wierzę, że są na świecie psychologowie, którzy chcą pomagać ludziom i świetnie się w tym odnajdują, ale sama już nigdy później się do żadnego nie udałam i mam szczerą nadzieję, że nigdy więcej nie będę musiała już tego robić.

psycholog

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (109)
"Mniej jeść, więcej się ruszać" - niech rękę podniesie każdy, kto ma problem z nadwagą i chociaż raz słyszał ten tekst.

Jest mnie dużo. Dużo za dużo. Czasami ludzie na ulicy zaczepiają mnie i pytają, co zrobiłam, że się tak roztyłam. Czasami słyszę gwizdy i głupie śmiechy. Czasami jest mi dobitnie udowadniane, że kobiety takie jak ja niczego sobą nie reprezentują, nie zasługują na miłość i generalnie powinny być w ramach czynu społecznego wysyłane do komór gazowych.

To jednak zachowania szarych Kowalskich. Gorzej, jeśli podobnie zachowują się lekarze.

Ze względu na chorobę, podstawą mojej diety muszą być węglowodany, oczywiście złożone. Mogę obejść się bez wielu rzeczy, ale chleb musi być, inaczej organizm wariuje, panikuje i nie metabolizuje jak powinien. Kiedyś poszłam do lekarza ogólnego i w odpowiedzi na moje "Dzień dobry" usłyszałam słowa: "Pani nie może tak wyglądać. Proszę jeść tylko kromkę chleba dziennie". Tłumaczę, że nie mogę, że węglowodany. Jak grochem od ścianę - najlepiej mam przestać jeść w ogóle, bo wtedy na pewno schudnę. Misja lekarza spełniona.

Mój organizm do odpowiedniej pracy narządów wewnętrznych potrzebuje około 1800 kalorii dziennie. Mogę zejść do 1500, żeby schudnąć, ale ze względu na to, że uprawiam sport i muszę ze względu na pracę być ciągle w pełni władz umysłowych, diety głodówkowe nie wchodzą w grę. Nie zliczę jednak, ile razy lekarze twierdzili, że powinnam dostarczać organizmowi maksymalnie (!) 1000 kalorii dziennie, bo przecież jestem gruba, więc mam jeść jak najmniej i mieć wszystko inne między pośladkami. Kiedy zaczęły się moje problemy hormonalne, zostałam położona do szpitala dziecięcego w celu wykonania badań. Dostawałam takie same porcje jak o wiele młodsi pacjencji, w dodatku kolacja była o siedemnastej, a śniadanie dopiero o ósmej. Często w nocy nie mogłam spać z głodu, bolał mnie żołądek i głowa, i chciało mi się wymiotować. Po tygodniu zostałam wypisana do domu, bo lekarze uznali, że niedostatecznie schudłam i na pewno moi rodzice mnie dokarmiali.

Parę lat później leżałam w szpitalu dla dorosłych i cierpiałam w tym czasie na duże niedobory potasu. Znajomi, którzy przyszli w odwiedziny, postanowili przynieść mi parę bananów, żebym mogła codziennie jeść pół i w ten sposób sobie te niedobory uzupełniać. Banany zostały niestety szybko zarekwirowane przez pielęgniarkę, która powiedziała, że nie powinnam jeść takich owoców, bo jestem gruba, i mam zamienić banany na jabłka. I wcale nie słuchała moich tłumaczeń, że jabłka są w mojej diecie niewskazane.

Powinnam chyba też wspomnieć tutaj swoją ostatnią rozmowę z dietetykiem, który po zrobieniu mi wykładu na temat tego, jak bardzo tuczące są wafle ryżowe, postanowił podzielić się swoim własnym sposobem na zaspokojenie głodu w pracy - przecież jeden Snickers czy dwa nie zaszkodzi.

Innym razem dowiedziałam się, że mam schudnąć, bo "chyba chcę mieć chłopaka", a jeszcze kiedy indziej, że w Oświęcimiu nie było grubych ludzi, więc ja też najwidoczniej powinnam zaserwować sobie podobną dietę.

Dopiero niedawno udało mi się natrafić na dobrego lekarza, który od razu dał mi skierowanie na badania. Efekt? Rozpoznań na pół strony A4 i bardzo duże zaburzenia metaboliczne - metabolizm przez lata był tak spowolniony, że nie był w stanie odpowiednio spożytkować dostarczanej energii, mimo że jego zapotrzebowanie energetyczne się nie zmieniło. Po wielu latach męczenia się, głodzenia i doprowadzania swojego organizmu do ostateczności w końcu otrzymałam odpowiednie leki. A byłoby tak pięknie, gdybym zamiast porady "Mniej żreć" otrzymała w przeszłości skierowanie na badania.

Obawiam się jednak, że jeszcze przez długi czas będę musiała przypominać lekarzom, że nie chcę być więźniem obozu koncentracyjnego i że moja dieta powinna składać się z czegoś więcej niż kromki chleba i liścia sałaty.

Trzymajcie kciuki, żeby udało mi się zgubić wszystko to, co powinno być zgubione.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (93) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (236)
Nie jestem lekarzem. Nie ukończyłam żadnego kierunku medycznego. Nie jestem osobą na tyle kompetentną, żeby samodzielnie stawiać sobie diagnozy i decydować o tym, jakie leki przyjmować, żeby nie fiknąć na tamten świat.

I do niedawna naprawdę miałam nadzieję, że nigdy nie będę musiała okazać się mądrzejsza od lekarza.

Od kilkunastu lat choruję na chorobę Hashimoto, co wiąże się z koniecznością codziennego przyjmowania lewotyroksyny. Regularnie robię wszystkie potrzebne badania i chodzę do endokrynologa, ale lek może przepisywać mi również lekarz rodzinny. Pewnego dnia właśnie w tym celu musiałam się do niego udać.

Lekarz znał mnie od samych początków wystąpienia choroby i przed wypisaniem recepty kazał mi zrobić badania hormonalne, co przyjęłam za dobrą monetę, a nawet pewien przejaw troski. Kiedy pojawiłam się ponownie z wynikami, stwierdził jednak, że... nie przepisze mi lekarstwa, bo przecież wyniki mam w normie.

Jak już zebrałam szczękę z podłogi, to próbowałam wytłumaczyć mu, że wyniki w normie mam tylko dlatego, że regularnie przyjmuję Euthyrox, że sam obserwował u mnie rozwój choroby i miał w karcie czarno na białym, że ten lek zwyczajnie jest mi potrzebny, bo nawet parę dni przerwy w jego przyjmowaniu może mieć opłakane skutki. W odpowiedzi dowiedziałam się jedynie, że najwidoczniej lek wyrównał mi hormony tarczycy i mam się cieszyć, że jest już ona zdrowa.

Receptę bez problemu dostałam u innego lekarza - wolę nawet nie myśleć o tym, co byłoby, gdybym posłuchała pierwszego z nich.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (175)

1