Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Aster812

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2012 - 14:15
Ostatnio: 22 czerwca 2018 - 13:44
  • Historii na głównej: 62 z 64
  • Punktów za historie: 34701
  • Komentarzy: 635
  • Punktów za komentarze: 2930
 

#82347

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz działa się jakoś na początku lat 90-tych ubiegłego wieku.

Basen. Pierwsze zajęcia z nauki pływania dla dzieci.
Pan instruktor najpierw zagonił dzieciaki pod prysznice. Następnie posadził całą grupę na ławeczkach dookoła basenu i rozpoczął wykład na temat tego, co wolno a czego nie. Półgodzinny wykład. Do mokrych dzieciaków w wilgotnym, niezbyt ciepłym pomieszczeniu z przeciągami.

Na kilka następnych zajęć ponad połowa chętnych nie przyszła z powodu choroby. Grupa została rozwiązana, bo brak chętnych.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (191)

#82344

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniało mi się odnośnie historii 82331.

Moja dziewczyna znalazła ogłoszenie o sprzedaży mieszkania w interesującej nas okolicy. Cena bardzo dobra, metraż pasuje, ale zdjęcia takie, że nie wynika z nich nic poza tym, że przedstawiają jakieś mieszkanie.
Dzwoni więc umówić się na oglądanie. Pan pośrednik proponuje godzinę 20. Zachwala, że mieszkanie ładne, tanie i proponuje wziąć ze sobą kasę na zaliczkę. Tak parę tysięcy. Taaak, nie ma to jak umawiać się wieczorem z obcym facetem i targać ze sobą parę tysiaków w gotówce.
Idziemy oczywiście bez kasy. Pod podanym adresem domofonu nikt nie odbiera.
Dzwonimy więc do pośrednika. Ogłoszenie nieaktualne. No to nie łaska zadzwonić lub wysłać smsa? On dzwonił, ale zajęte było.
Nie chciało nam się już uświadamiać pana, że każdy w miarę nowoczesny telefon wyświetla powiadomienie o próbie połączenia.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (139)

#81284

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem właścicielem pełnoletniego samochodu.

Gdy drugi raz z rzędu akumulator nie przetrwał nicnierobienia przez weekend, postanowiłem go wymienić. Zakład, któremu to powierzyłem, przed wymianą sprawdza zarówno ładowanie, jak i stary akumulator.

Moja stara bateria faktycznie kwalifikuje się do wymiany. Rocznik 2012.

Samochód jest w moich rękach od marca 2010, a ja akumulatora nie wymieniałem.

A więc widzę trzy możliwości:
1. Mój akumulator cofnął się w czasie, by wypełnić misję ratującą ludzkość, a następnie postanowił doczekać emerytury, zapewniając zapłon mojemu oplowi,
2. Któryś z mechaników miał jednocześnie rozgrzebane 2 auta i mu się przy montażu akumulatory pomyliły,
3. Mechanik, u którego byłem ostatnio podmienił mój stary, sprawny akumulator na nieco nowszy, ale kończący żywot.

Nikogo za rękę nie złapałem, a auto przez te 8 lat było serwisowane w różnych miejscach, więc pozostaje mi się tylko z tego śmiać.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (113)

#81219

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historię http://piekielni.pl/81216 przypomniałem sobie...

Gdy moja dziewczyna skończyła studia okazało się dosyć szybko, że nie ma pracy dla ludzi z jej wykształceniem. Żeby nie siedzieć bezczynnie na tyłku czekając, aż praca takowa się pojawi, imała się różnych zajęć.
Jednym z nich była praca w agencji pocztowej.

Praca na dwie zmiany. W całej agencji jest jedna osoba, która ma ogarnąć wszystko. A więc obsługiwać klientów, wpisywać awiza do systemu na zacinającym się starożytnym komputerze, przyjmować dostarczone przesyłki, wydawać przesyłki listonoszowi, odbierać od niego przesyłki awizowane...

Trafił jej się akurat listonosz, któremu się nie chciało - awizował wszystko jak leci. Ludzie wkurzeni, że siedzą cały dzień w domu po czym znajdują awizo w skrzynce opieprzają oczywiście nie listonosza, tylko osobę w agencji. Osoba w agencji na pracę listonosza nie ma wpływu, ale jest na widoku.

Zasada pracy w agencji była taka, że obsługa listonosza bądź dostawy przesyłek ma priorytet. Nieważne, że masz kolejkę 20 osób. Masz rzucić wszystko i obsłużyć listonosza bo on czekać nie może. A to trwa kilkanaście minut. Na kim się skupi jad czekających w kolejce?

System informatyczny był piekielnością samą w sobie. Ciężko powiedzieć, czy winny był sam program czy przedpotopowy sprzęt. Zbyt szybkie wpisywanie numerków powodowało połykanie cyferek. Każde przejście do kolejnego pola to parę sekund oczekiwania. Wpisywanie jednej przesyłki to ponad minuta. Razy kilkanaście / kilkadziesiąt przesyłek... W dodatku jeśli przyjdzie ci w międzyczasie klient dzierżący awizo na przesyłkę jeszcze nie wprowadzoną do systemu jako awizowana - nie możesz mu jej wydać zanim nie wklepiesz.

W końcu dzień pracy się kończy, możesz zamknąć cały kram i iść do domu... A wcale bo nie. Jeśli masz zmianę popołudniową kończącą się o 19 - musisz załadować wszystkie przesyłki nadane w twojej agencji do twojego prywatnego samochodu i zawieźć je na pocztę. Po czym odczekać z pół godziny na ich przyjęcie. Za co już nikt ci nie zapłaci.

A wszystkie te "przyjemności" za najniższą krajową, na umowę zlecenie.

Dziewczyna wytrzymała miesiąc. Właścicielka agencji strasznie się zmartwiła, bo "przecież pani tak ładnie ogarniała, ciężko kogokolwiek teraz znaleźć". No ciekawe czemu.

poczta

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (136)

#81148

(PW) ·
| Do ulubionych
A propos nieogarniających kierowców...

Jakiś czas temu zamówiliśmy z narzeczoną materac do łóżka. Dostawa umówiona na rano, siedzimy więc, czekamy.

Dostawca dzwoni, że jest na naszej ulicy, ale... dwie przecznice dalej. Czy byśmy nie mogli podejść po materac?

No nie bardzo, materac jednak swoje waży, a płaciliśmy za dostawę pod dom.

"Ale ja tu już wjechałem, jak ja mam teraz wyjechać, tu jest taki ruch…".

Dobra, prowadzę faceta jak po sznurku przez telefon, gdzie ma zawrócić na rondzie, gdzie zjechać. Zajeżdża w końcu pod mój blok. Panika w oczach, GPS na desce rozdzielczej. Po wydaniu nam materaca, pan dostawca pyta, jak wyjechać z miasta. Pytam, czy na obwodnicę.

Odpowiedź: "Wszystko mi jedno, ja się chcę stąd wydostać".

Gwoli wyjaśnienia: mieszkamy w dużym mieście, ale nie w centrum, niecałe 3 kilometry od obwodnicy. Dojazd jest banalnie prosty, szczególnie z GPS. Nasz blok jest poprawnie oznaczany przez Automapę, Garmina, Google i każdą nawigację, z którą miałem do czynienia.

Ja rozumiem, że ktoś się może bać ruchu ulicznego. Rozumiem że może nie ogarniać nawigacji czy mapy. Tylko kto go w takim razie zatrudnia jako kierowcę?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (106)

#80163

(PW) ·
| Do ulubionych
Zachciało mi się kupna pewnego urządzonka elektronicznego. Mam upatrzony konkretny model. Zakup nie jest mega pilny - śledzę więc Ceneo, Allegro i poluję na okazję :)
W niedzielę z głupia frant wpisałem model owego urządzenia w Google - wyskoczyła oferta sklepów Euro o 80zł taniej, niż u konkurencji. Super, chcę zamawiać - nie da się, jest komunikat "Brak możliwości dostawy, Sprawdź dostępność w sklepach". Sprawdzam, gdzie toto dostępne - niedaleko mojej pracy. W poniedziałek w ramach przerwy obiadowej udałem się więc do tego sklepu.
Znalazłem półkę z urządzeniami tego typu - tego upatrzonego przeze mnie niestety brak. Zaczepiłem więc pana z obsługi, pan popatrzył ze mną, że brak, poszedł sprawdzić.
Co się okazuje? Mają na magazynie. Jedną sztukę. Uszkodzoną. W systemie nie ma opcji oznaczenia jej jako uszkodzona, więc system centralny pokazuje, że w tym sklepie jest i wabi klientów.
Na drugi raz najpierw zadzwonię.

euro rtv agd

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (150)

#79849

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno dawno temu pracowałem w firmie, której kluczowym klientem był jeden z największych operatorów telekomunikacyjnych w Polsce.

Siedziba firmy mieściła się w budynku należącym do klienta.
Gdy się zatrudniałem trwały rozmowy odnośnie podłączenia u nas w biurze łącza internetowego - póki co funkcjonowało toto "tymczasowo" na łączu takim, jakie może sobie u owego operatora wykupić każdy Kowalski.

Jak łatwo się domyślić - przy kilkudziesięciu osobach w biurze Internet działał w najlepszym przypadku jako tako.

Takie "tymczasowe" rozwiązanie funkcjonowało w sumie dobry rok. Oto dlaczego:

Operator zażądał jakiejś kosmicznej sumy za samo pociągnięcie i utrzymanie łącza. We własnym budynku, z trzeciego piętra na czwarte.

Firma znalazła dużo tańszą, konkurencyjną ofertę. Nasz klient odmówił wpuszczenia monterów konkurencji do swojego budynku.

Konkurencja przedstawiła projekt pociągnięcia kabla po ścianie zewnętrznej i wpuszczenia go przez okno. Inspektor budowlany ich wyśmiał.

Padały też projekty wynajęcia mieszkania w bloku naprzeciwko, podciągnięcia łącza od konkurencji tam i wystawienia tego po WIFI. Kosztowo wychodziło i tak taniej, niż płacenie haraczu naszemu cudownemu klientowi za samo utrzymanie łącza. Na to nie zgodził się dział bezpieczeństwa mojej korpo, który stawał okoniem na każdą wzmiankę o sieci bezprzewodowej.

Prezes naszej firmy spotkał się z prezesem od strony klienta. Okazało się, że prezes klienta ma niewielki wpływ na to, co wyczynia ich dział handlowy.

Przepychanki trwały ponad rok.

korporacje

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (131)

#79799

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszliśmy kiedyś z narzeczoną na sushi.

Złożyliśmy zamówienie, zostaliśmy uprzedzeni, że czas oczekiwania to godzina. Spoko. Siedzimy, gadamy, czekamy.

Jakieś pół godziny po nas wchodzi prawie że stereotypowy Janusz (brakowało wąsa) ze stereotypową Grażyną. Przywitali się z gościem z obsługi jak starzy znajomi, Janusz zamówił „to, co ostatnio". Usłyszeli, że trzeba czekać godzinę - Janusz stwierdził, że na takie sushi warto poczekać, oni się w tym czasie przejdą.

Poszli.

Wrócili po godzinie. Usiedli przy stoliku. Po czym Janusz wyciągnął komórę, wybrał jakiś numer i zaczął głośno nawijać mniej więcej tak:

- No, w sushi.
- No, kur... czekamy.
- No jak zara nie dostaniemy, to im tą budę kur... rozp...

Facet z obsługi podszedł więc do państwa Januszostwa i zaczął się dialog:

- Proszę się uspokoić.
- A bo się kur... wku...wiłem. Ile można czekać?
- Za chwilę zostanie podane państwa zamówienie.
- Miało być godzinę, nie było nas godzinę dziesięć, no ile kur... można?
- Proszę się uspokoić, to nie kebab. Przygotowanie sushi trwa.
- Tamte (wskazując dwie Bogu ducha winne dziewczyny przy stoliku obok) były po nas i już jedzą! Macie pięć minut żeby mi podać moje zamówienie albo to pier..lę!
- To w takim razie zróbmy tak: pan idzie gdzie indziej i nie było tego zamówienia.

Janusz się zapowietrzył, rzucił "żegnam", wziął Grażynę i opuścili lokal.

„Buda" jak stała, tak stoi do dziś.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (173)

#78901

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem historię digi51 i przypomniało mi się…

Kolega ze studiów żenił się tuż po zakończeniu kariery studenta. Aby uchronić się przed dostaniem pięciu tosterów i trzech żelazek, sporządzili z wybranką listę prezentów, na które się można zapisywać.

Jako że na studiach groszem nie śmierdzieliśmy, stwierdziliśmy w kilka osób, że zrobimy zrzutę na coś całą ekipą. Padło na kołdrę, poduszki + 2 zmiany pościeli.

Jedna para z naszej ekipy jechała akurat do Ikei po coś. Zadeklarowali się, że sprawdzą ceny tam.

Wrócili z kołdrą i dwoma poduszkami. Na uwagę, że mieli tylko sprawdzić ceny (do ślubu parę miesięcy, spokojnie by się zdążyło), ona walnęła focha, stwierdziła, że oni poświęcili na to swój cenny czas, więc reszta ma się cieszyć i nie marudzić.

Później okazało się, że zarówno kołdra, jak i poduszki są nietypowych rozmiarów, poszewki na ten wymiar można było dostać jedynie w Ikei.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (166)

#77687

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałem swojego czasu w Wielkiej Międzynarodowej Korporacji.
Korporacja ta rozrosła się poprzez wchłonięcie części korporacji B - jak się okazało łącznie z helpdeskiem.
Wedle standardów korporacyjnych, wszyscy musieliśmy mieć zainstalowane oprogramowanie szyfrujące do dysku, do którego przed uruchomieniem systemu należało podać hasło. Ale oprogramowanie zakupione przez moją korpo miało to do siebie, że raz na jakiś czas przestawało na hasło reagować. Należało wówczas zadzwonić na helpdesk i przeprowadzić procedurę resetu hasła.

Zostałem pewnego razu oddelegowany na pewien czas do oddziału, będącego kiedyś korpo B. I tak się "szczęśliwie" zdarzyło, że konieczność resetu hasła dopadła mnie już drugiego dnia delegacji. O 7 rano.

Poprosiłem więc kogoś w firmie o sprawdzenie numeru na helpdesk. Dzwonię, wyłuszczam o co chodzi. Okazuje się, że korpo B ma inne oprogramowanie szyfrujące. Panna z helpdesku nie wie o czym mówię, muszę poczekać aż przyjdzie ktoś dłużej pracujący - czyli jakąś godzinę - półtorej.

Około 8:30 panna oddzwania, mówi, że tam u nich nikt nie wie o co biega. Zapaliła mi się w głowie lampka, czy to na dobry helpdesk się dodzwoniłem - pytam więc, czy nie ma tam kogoś z pracowników "starego" helpdesku albo czy mi panna może podać inny numer telefonu. Nie, według panny oni są jedynym helpdeskiem w Polsce, stary helpdesk nie istnieje. Ale jest jeszcze helpdesk w Manili (stolica Filipin, praca w korpo bawi i uczy) i tam mnie dziewczę przekieruje.

Pan z Filipin również nie wie o co mi chodzi. Pyta czy gadałem już z helpdeskiem w Polsce. Tak, rozmawiałem, oni mnie przekierowali tu. Ale pytam jeszcze czy mi może podać numer do polskiego helpdesku. Pan podaje. Oczywiście nie ten, na który dzwoniłem.

Pod tym numerem już szybko i sprawnie moja sprawa została załatwiona.

A więc pamiętajcie, w korpo czasem bliżej do północnej Polski jest z Filipin niż z Warszawy :).

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (170)