Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Aster812

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2012 - 14:15
Ostatnio: 17 stycznia 2018 - 13:37
  • Historii na głównej: 58 z 61
  • Punktów za historie: 34210
  • Komentarzy: 603
  • Punktów za komentarze: 2792
 
poczekalnia

#81219

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając historię http://piekielni.pl/81216 przypomniałem sobie...

Gdy moja dziewczyna skończyła studia okazało się dosyć szybko, że nie ma pracy dla ludzi z jej wykształceniem. Żeby nie siedzieć bezczynnie na tyłku czekając, aż praca takowa się pojawi, imała się różnych zajęć.
Jednym z nich była praca w agencji pocztowej.

Praca na dwie zmiany. W całej agencji jest jedna osoba, która ma ogarnąć wszystko. A więc obsługiwać klientów, wpisywać awiza do systemu na zacinającym się starożytnym komputerze, przyjmować dostarczone przesyłki, wydawać przesyłki listonoszowi, odbierać od niego przesyłki awizowane...

Trafił jej się akurat listonosz, któremu się nie chciało - awizował wszystko jak leci. Ludzie wkurzeni, że siedzą cały dzień w domu po czym znajdują awizo w skrzynce opieprzają oczywiście nie listonosza, tylko osobę w agencji. Osoba w agencji na pracę listonosza nie ma wpływu, ale jest na widoku.

Zasada pracy w agencji była taka, że obsługa listonosza bądź dostawy przesyłek ma priorytet. Nieważne, że masz kolejkę 20 osób. Masz rzucić wszystko i obsłużyć listonosza bo on czekać nie może. A to trwa kilkanaście minut. Na kim się skupi jad czekających w kolejce?

System informatyczny był piekielnością samą w sobie. Ciężko powiedzieć, czy winny był sam program czy przedpotopowy sprzęt. Zbyt szybkie wpisywanie numerków powodowało połykanie cyferek. Każde przejście do kolejnego pola to parę sekund oczekiwania. Wpisywanie jednej przesyłki to ponad minuta. Razy kilkanaście / kilkadziesiąt przesyłek... W dodatku jeśli przyjdzie ci w międzyczasie klient dzierżący awizo na przesyłkę jeszcze nie wprowadzoną do systemu jako awizowana - nie możesz mu jej wydać zanim nie wklepiesz.

W końcu dzień pracy się kończy, możesz zamknąć cały kram i iść do domu... A wcale bo nie. Jeśli masz zmianę popołudniową kończącą się o 19 - musisz załadować wszystkie przesyłki nadane w twojej agencji do twojego prywatnego samochodu i zawieźć je na pocztę. Po czym odczekać z pół godziny na ich przyjęcie. Za co już nikt ci nie zapłaci.

A wszystkie te "przyjemności" za najniższą krajową, na umowę zlecenie.

Dziewczyna wytrzymała miesiąc. Właścicielka agencji strasznie się zmartwiła, bo "przecież pani tak ładnie ogarniała, ciężko kogokolwiek teraz znaleźć". No ciekawe czemu.

poczta

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (94)

#81148

(PW) ·
| Do ulubionych
A propos nieogarniających kierowców...

Jakiś czas temu zamówiliśmy z narzeczoną materac do łóżka. Dostawa umówiona na rano, siedzimy więc, czekamy.

Dostawca dzwoni, że jest na naszej ulicy, ale... dwie przecznice dalej. Czy byśmy nie mogli podejść po materac?

No nie bardzo, materac jednak swoje waży, a płaciliśmy za dostawę pod dom.

"Ale ja tu już wjechałem, jak ja mam teraz wyjechać, tu jest taki ruch…".

Dobra, prowadzę faceta jak po sznurku przez telefon, gdzie ma zawrócić na rondzie, gdzie zjechać. Zajeżdża w końcu pod mój blok. Panika w oczach, GPS na desce rozdzielczej. Po wydaniu nam materaca, pan dostawca pyta, jak wyjechać z miasta. Pytam, czy na obwodnicę.

Odpowiedź: "Wszystko mi jedno, ja się chcę stąd wydostać".

Gwoli wyjaśnienia: mieszkamy w dużym mieście, ale nie w centrum, niecałe 3 kilometry od obwodnicy. Dojazd jest banalnie prosty, szczególnie z GPS. Nasz blok jest poprawnie oznaczany przez Automapę, Garmina, Google i każdą nawigację, z którą miałem do czynienia.

Ja rozumiem, że ktoś się może bać ruchu ulicznego. Rozumiem że może nie ogarniać nawigacji czy mapy. Tylko kto go w takim razie zatrudnia jako kierowcę?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (103)

#80163

(PW) ·
| Do ulubionych
Zachciało mi się kupna pewnego urządzonka elektronicznego. Mam upatrzony konkretny model. Zakup nie jest mega pilny - śledzę więc Ceneo, Allegro i poluję na okazję :)
W niedzielę z głupia frant wpisałem model owego urządzenia w Google - wyskoczyła oferta sklepów Euro o 80zł taniej, niż u konkurencji. Super, chcę zamawiać - nie da się, jest komunikat "Brak możliwości dostawy, Sprawdź dostępność w sklepach". Sprawdzam, gdzie toto dostępne - niedaleko mojej pracy. W poniedziałek w ramach przerwy obiadowej udałem się więc do tego sklepu.
Znalazłem półkę z urządzeniami tego typu - tego upatrzonego przeze mnie niestety brak. Zaczepiłem więc pana z obsługi, pan popatrzył ze mną, że brak, poszedł sprawdzić.
Co się okazuje? Mają na magazynie. Jedną sztukę. Uszkodzoną. W systemie nie ma opcji oznaczenia jej jako uszkodzona, więc system centralny pokazuje, że w tym sklepie jest i wabi klientów.
Na drugi raz najpierw zadzwonię.

euro rtv agd

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (147)

#79849

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno dawno temu pracowałem w firmie, której kluczowym klientem był jeden z największych operatorów telekomunikacyjnych w Polsce.

Siedziba firmy mieściła się w budynku należącym do klienta.
Gdy się zatrudniałem trwały rozmowy odnośnie podłączenia u nas w biurze łącza internetowego - póki co funkcjonowało toto "tymczasowo" na łączu takim, jakie może sobie u owego operatora wykupić każdy Kowalski.

Jak łatwo się domyślić - przy kilkudziesięciu osobach w biurze Internet działał w najlepszym przypadku jako tako.

Takie "tymczasowe" rozwiązanie funkcjonowało w sumie dobry rok. Oto dlaczego:

Operator zażądał jakiejś kosmicznej sumy za samo pociągnięcie i utrzymanie łącza. We własnym budynku, z trzeciego piętra na czwarte.

Firma znalazła dużo tańszą, konkurencyjną ofertę. Nasz klient odmówił wpuszczenia monterów konkurencji do swojego budynku.

Konkurencja przedstawiła projekt pociągnięcia kabla po ścianie zewnętrznej i wpuszczenia go przez okno. Inspektor budowlany ich wyśmiał.

Padały też projekty wynajęcia mieszkania w bloku naprzeciwko, podciągnięcia łącza od konkurencji tam i wystawienia tego po WIFI. Kosztowo wychodziło i tak taniej, niż płacenie haraczu naszemu cudownemu klientowi za samo utrzymanie łącza. Na to nie zgodził się dział bezpieczeństwa mojej korpo, który stawał okoniem na każdą wzmiankę o sieci bezprzewodowej.

Prezes naszej firmy spotkał się z prezesem od strony klienta. Okazało się, że prezes klienta ma niewielki wpływ na to, co wyczynia ich dział handlowy.

Przepychanki trwały ponad rok.

korporacje

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (129)

#79799

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszliśmy kiedyś z narzeczoną na sushi.

Złożyliśmy zamówienie, zostaliśmy uprzedzeni, że czas oczekiwania to godzina. Spoko. Siedzimy, gadamy, czekamy.

Jakieś pół godziny po nas wchodzi prawie że stereotypowy Janusz (brakowało wąsa) ze stereotypową Grażyną. Przywitali się z gościem z obsługi jak starzy znajomi, Janusz zamówił „to, co ostatnio". Usłyszeli, że trzeba czekać godzinę - Janusz stwierdził, że na takie sushi warto poczekać, oni się w tym czasie przejdą.

Poszli.

Wrócili po godzinie. Usiedli przy stoliku. Po czym Janusz wyciągnął komórę, wybrał jakiś numer i zaczął głośno nawijać mniej więcej tak:

- No, w sushi.
- No, kur... czekamy.
- No jak zara nie dostaniemy, to im tą budę kur... rozp...

Facet z obsługi podszedł więc do państwa Januszostwa i zaczął się dialog:

- Proszę się uspokoić.
- A bo się kur... wku...wiłem. Ile można czekać?
- Za chwilę zostanie podane państwa zamówienie.
- Miało być godzinę, nie było nas godzinę dziesięć, no ile kur... można?
- Proszę się uspokoić, to nie kebab. Przygotowanie sushi trwa.
- Tamte (wskazując dwie Bogu ducha winne dziewczyny przy stoliku obok) były po nas i już jedzą! Macie pięć minut żeby mi podać moje zamówienie albo to pier..lę!
- To w takim razie zróbmy tak: pan idzie gdzie indziej i nie było tego zamówienia.

Janusz się zapowietrzył, rzucił "żegnam", wziął Grażynę i opuścili lokal.

„Buda" jak stała, tak stoi do dziś.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (169)

#78901

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem historię digi51 i przypomniało mi się…

Kolega ze studiów żenił się tuż po zakończeniu kariery studenta. Aby uchronić się przed dostaniem pięciu tosterów i trzech żelazek, sporządzili z wybranką listę prezentów, na które się można zapisywać.

Jako że na studiach groszem nie śmierdzieliśmy, stwierdziliśmy w kilka osób, że zrobimy zrzutę na coś całą ekipą. Padło na kołdrę, poduszki + 2 zmiany pościeli.

Jedna para z naszej ekipy jechała akurat do Ikei po coś. Zadeklarowali się, że sprawdzą ceny tam.

Wrócili z kołdrą i dwoma poduszkami. Na uwagę, że mieli tylko sprawdzić ceny (do ślubu parę miesięcy, spokojnie by się zdążyło), ona walnęła focha, stwierdziła, że oni poświęcili na to swój cenny czas, więc reszta ma się cieszyć i nie marudzić.

Później okazało się, że zarówno kołdra, jak i poduszki są nietypowych rozmiarów, poszewki na ten wymiar można było dostać jedynie w Ikei.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (164)

#77687

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałem swojego czasu w Wielkiej Międzynarodowej Korporacji.
Korporacja ta rozrosła się poprzez wchłonięcie części korporacji B - jak się okazało łącznie z helpdeskiem.
Wedle standardów korporacyjnych, wszyscy musieliśmy mieć zainstalowane oprogramowanie szyfrujące do dysku, do którego przed uruchomieniem systemu należało podać hasło. Ale oprogramowanie zakupione przez moją korpo miało to do siebie, że raz na jakiś czas przestawało na hasło reagować. Należało wówczas zadzwonić na helpdesk i przeprowadzić procedurę resetu hasła.

Zostałem pewnego razu oddelegowany na pewien czas do oddziału, będącego kiedyś korpo B. I tak się "szczęśliwie" zdarzyło, że konieczność resetu hasła dopadła mnie już drugiego dnia delegacji. O 7 rano.

Poprosiłem więc kogoś w firmie o sprawdzenie numeru na helpdesk. Dzwonię, wyłuszczam o co chodzi. Okazuje się, że korpo B ma inne oprogramowanie szyfrujące. Panna z helpdesku nie wie o czym mówię, muszę poczekać aż przyjdzie ktoś dłużej pracujący - czyli jakąś godzinę - półtorej.

Około 8:30 panna oddzwania, mówi, że tam u nich nikt nie wie o co biega. Zapaliła mi się w głowie lampka, czy to na dobry helpdesk się dodzwoniłem - pytam więc, czy nie ma tam kogoś z pracowników "starego" helpdesku albo czy mi panna może podać inny numer telefonu. Nie, według panny oni są jedynym helpdeskiem w Polsce, stary helpdesk nie istnieje. Ale jest jeszcze helpdesk w Manili (stolica Filipin, praca w korpo bawi i uczy) i tam mnie dziewczę przekieruje.

Pan z Filipin również nie wie o co mi chodzi. Pyta czy gadałem już z helpdeskiem w Polsce. Tak, rozmawiałem, oni mnie przekierowali tu. Ale pytam jeszcze czy mi może podać numer do polskiego helpdesku. Pan podaje. Oczywiście nie ten, na który dzwoniłem.

Pod tym numerem już szybko i sprawnie moja sprawa została załatwiona.

A więc pamiętajcie, w korpo czasem bliżej do północnej Polski jest z Filipin niż z Warszawy :).

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (168)

#77414

(PW) ·
| Do ulubionych
Naprzeciwko bloku, w którym mieszka moja mama, powstał plac zabaw pod dachem. Spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem w okolicy, co weekend rodziców z dzieciarnią jest tam pełno - i na tym mógłbym historię zakończyć, wrzucić na jakąś stronkę ze świetnymi pomysłami na interes, gdyby nie...

Kultura parkowania klientów.

Pod blokiem problemów z parkowaniem nigdy nie było: miejsc parkingowych jest sporo, a gdyby brakło - jest wielki, wiecznie pusty parking niecałe 100m dalej, wystarczy przejść przez ulicę. Ale bliżej jest przecież kawałek trawnika, po co się wysilać i chodzić, nie?

Trawnik jest zawalany przez samochody co weekend i pomału zmienia się w klepisko.

Podniesienie krawężnika przez spółdzielnię mieszkaniową dało niewiele - SUV sobie wjedzie tak czy inaczej, reszta przejedzie przez chodnik.

Telefony na Straż Miejską dają jeszcze mniej - Straż Miejska pracuje od poniedziałku do piątku, w godzinach 10-18. W sobotę, niedzielę i po 18 - hulaj dusza.

Telefony na Policję dały niewiele - Policja ma budżet tak obcięty, że w weekendy mają cały jeden patrol wyjazdowy na stanie. Jeśli ten patrol jest akurat potrzebny gdzie indziej - mandatów za parkowanie wstawiać nie będzie.

Obsługa placu zabaw wywiesiła na drzwiach kartkę z napisem "PARKING 100m" i strzałką wskazującą tenże. Reakcji brak.

Parkują więc dumni rodzice gdzie popadnie, ucząc przy okazji latorośle co wolno, jak się ma samochód. Na zwrócenie uwagi reagują w najlepszym razie tłumaczeniem, że im się dziecko przez te 100m przeziębi, w najgorszym - prezentacją zakresu łaciny kuchennej.

I tylko trawy żal.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 250 (264)

#76912

(PW) ·
| Do ulubionych
Poczta, nowy poziom absurdu.

Mieszkam w bloku.

Wracam wczoraj do domu, po drodze zaglądam do skrzynki na listy. Widzę, że z mojej skrzynki zwisa wciśnięta do połowy kartka. Awizo.
Na nim brak zarówno adresu jak i nazwiska - więc nie do końca wiem, czy to moje. Za to wypisane długopisem zdanie: "Przesyłka do odbioru u optyka w budynku naprzeciwko".

Pan optyk przynajmniej spytał mnie o nazwisko.

Skarga pójdzie.

poczta

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 254 (278)

#61256

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność drobna ale denerwująca.
Moja korporacja powstała poprzez wchłonięcie części firmy B przez firmę A. W związku z tym - większość budynków zajmowanych dotąd przez firmę B jest teraz firmą A, natomiast zostało kilka budynków zajmowanych przez firmę B. W jednym z tych budynków znajduje się pokoik szumnie zwany "oddziałem pocztowym firmy B".

Piekielny jest jeden kurier.

Zamawiam paczkę do pracy, podaję moje nazwisko, adres łącznie z numerem budynku, nazwę firmy.

Kurier dzwoni w momencie, gdy mnie już nie ma w pracy. Mówię, żeby zostawił w sekretariacie albo na portierni.
- To ja zostawię u pani Dorotki w oddziale pocztowym.
- Moment, u jakiej pani Dorotki? Ja nie znam żadnej pani Dorotki.
- To pan się dopyta. Wszyscy znają panią Dorotkę.
I sru słuchawką.

Na drugi dzień pytam kolegów, portiera... Nikt nie wie, kto to jest pani Dorotka.
Idę do sekretariatu - tam w końcu nasza sekretarka informuje mnie, że pani Dorotka pracuje w firmie B. A do kuriera przez dwa lata nie może dotrzeć, że firma A i firma B to nie to samo, takie numery odstawia regularnie.
Idę więc dwa budynki dalej, dzwonię domofonem (bo przecież moja karta dostępowa z firmy A tam nie działa), sterczę 10 minut zanim ktoś mnie wpuści. Paczkę odbieram od jakiegoś faceta. Na paczce - długopisem skreślony numer budynku podany przeze mnie, wpisany ten, w którym paczka została zostawiona.

No i dalej nie znam pani Dorotki, akurat w tym dniu była na urlopie.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 432 (470)