Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Aster812

Zamieszcza historie od: 4 stycznia 2012 - 14:15
Ostatnio: 22 stycznia 2018 - 14:10
  • Historii na głównej: 59 z 61
  • Punktów za historie: 34228
  • Komentarzy: 603
  • Punktów za komentarze: 2795
 

#80152

(PW) ·
| Do ulubionych
Staram się być cierpliwym. Trenuję tę umiejętność ilekroć pamiętam.
Czasem jednak... brakuje kamieni.

W naszym szpitalu jest pracownia tomografii i rezonansu. Bardzo oblegana.
Jakiś czas temu, pracownia, będąc w zasadzie firmą zewnętrzną, zdecydowała o uniezależnieniu się telefonicznym od szpitala.
W tym celu, zakupili nowy numer miejski.
Niestety, z końcówką dokładnie taką samą, jak wewnętrzny do mojego gabinetu.
I zaczęły się jazdy.

Ludzie z miasta, nie zwracali uwagi na inny początek numeru i kręcili stary do szpitala, dodając nową końcówkę.
Załoga szpitala w ogóle nie zawracała sobie głowy rozważaniami nad całością numeru i kręciła samą końcówkę - czyli mój wewnętrzny.
Od kilku miesięcy odbieram zatem około 30 telefonów dziennie, z grubsza o tej samej treści:

- Czy to pracownia tomografii/rezonansu?
- Nie, to gabinet anuubisa.
- Nie szkodzi, może mnie pan zarejestrować...
I tu następuje opis kogo, na jakie badanie i koniecznie jak najszybciej.

Dwukrotnie zgłaszałem problem do właścicieli firmy, raz do ich technicznego. NIC się nie zmieniło.
Pewnie nawet wytrzymałbym dłużej, ale na ten mój telefon dzwonią alarmowo z oddziału, informując, że przywieziono kolejnego człowieka w stanie ciężkim.
Toteż, na każdy dzwonek reaguję pełną mobilizacją.
Dzisiaj pękłem.

Odebrałem 15 telefonów z miasta i kilka ze szpitala.
I wiecie co?
Byłem miły i pomocny.
Każdego zapytałem dokładnie, co i jak chce badać.
A potem zarejestrowałem wszystkich na jutro, na godzinę 12.00.
Jutro o tej porze będę po dyżurze i raczej daleko od szpitala.
Sądzę jednak, że awantura, jaka wybuchnie, kiedy do pracowni zjedzie kilkanaście osób żądając badania, spowoduje wreszcie zmianę numeru.

Uprzedzając oburzenie - wszyscy zapewne zostaną zbadani jutro. Po prostu firma będzie musiała odwołać badania za pieniądze i poświęcić jeden dzień pacjentom funduszowym.
Chyba taniej by wyszło od razu zmienić numer...

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (216)

#59600

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś część druga opowieści o podejrzanym kredycie. Będzie to dłuższa opowieść, więc jak ktoś nie lubi, niech sobie daruje - ew. przeczyta ostatni akapit z piekielną wisienką.

Komornik, jak to komornik. Został powiadomiony o tym co się dzieje i ma to gdzieś. Oczywiście mógłby okazać się człowiekiem i się wstrzymać chwilę zwłaszcza, że w sądzie też siedzi sprawa, ale po co, musi mieć oficjalny papier. Jest tylko komornikiem więc mnie dobije póki może. Do tego otrzymałam oficjalne pismo, że zostałam prawidłowo powiadomiona. HĘ? No to jest ciekawe, dostarcza pismo na adres pod którym nie przebywam (z którego jestem wymeldowana już kilkanaście lat) i uważa że pismo jest dostarczone skutecznie? Gdyby nie przypadek to nadal guzik bym o tym wiedziała i dowiedziała się dopiero po spojrzeniu, że wypłata coś mała..
Na tej zasadzie to mógłby sobie to pismo wysłać gdziekolwiek albo wyrzucić do kosza bez wysyłania i byłoby to równie skuteczne, a oszczędziłby na korespondencji. A pomyśleć, że alimentów od mojego ojca inny komornik nie był w stanie ściągnąć.

Bank. Pismo dostał, z paragrafami, z wyjaśnieniem sytuacji, z informacjami odnośnie podjętych działań. Bank ma to głęboko i szeroko, bo przecież taki robak jak ja może im naskoczyć. Oto co piszą (kopiuję co ciekawsze fragmenty):

"Bank uruchomił ww. kredyt po podpisaniu przez Panią umowy kredytowej. Własnoręczny podpis pod jej tekstem oznacza zapoznanie się z warunkami umowy oraz akceptację dla jej postanowień".

No ciekawe. Na jakiej podstawie ta instytucja uznaje, że to MÓJ, WŁASNORĘCZNY do tego podpis? Nie brali próbek mojego pisma, nie wzywali grafologa nawet nie porównali podpisu z tym na dowodzie. Przynajmniej dostałam wreszcie kopię umowy i widać, że na umowie i na moim dowodzie charakter pisma jest zupełnie różny.
Twierdzą, że to mój podpis bo tak? Na tej zasadzie to każdy może podpisać się za kogokolwiek i będzie to równie wiążące.

"Podpisując umowę okazała Pani dowód osobisty, na którym widniał numer XYZ123456 który był ważny w dniu umowy".

A to już jest jeszcze bardziej ciekawe. Gdzie okazałam ten dowód, kiedy? Mają jakieś taśmy z nagrania potwierdzające, że wchodziłam do placówki i cokolwiek podpisywałam? Czy twierdzą tak, bo tak? Poza tym data zawarcia umowy jest miesiąc późniejsza niż data wydania mojego nowego dowodu osobistego, a wedle polskiego prawa z chwilą wydania nowego, stary dowód przestaje być ważny - mimo to bank twierdzi, że stary dowód był ważny. Poza tym gdyby ktokolwiek był w tej placówce z moim starym dowodem, okazałby dowód z uciętym rogiem (tak urząd zaznacza dowód nieważny) więc mimo to do podpisania umowy doszło? Czegoś tu nie rozumiem.

Dodatkowo na umowie istnieje pracodawca, którego nie znam i dla którego nigdy nie pracowałam i z którym nigdy nie podpisywałam umowy, a ponoć zdaniem Banku miałam z tym pracodawcą umowę o pracę na czas nieokreślony od 2010 r. Ani ja ani urząd skarbowy nic o tym nie wiemy. Zresztą w 2010 roku byłam studentką i do tego niepracującą, studiującą w systemie dziennym, więc słabo widzę studiowanie dzienne i pracowanie w miejscu oddalonym o jakieś 400km od miejsca studiów, tym bardziej że nie opanowałam sztuki przebywania w dwóch miejscach na raz. Pierwszą umowę o pracę dostałam dużo później, kiedy podejmowałam pierwsze zatrudnienie. Ciekawa jestem bardzo skąd więc i na jakiej podstawie Bank uważa, że miałam taką umowę o pracę na czas nieokreślony.

"obowiązek udowodnienia wyłudzenia kredytu (..) spoczywa na osobie kwestionującej jej ważność".

Czyli ze winny dopóki nie udowodni że niewinny? Bank widać ma swoje własne prawo niezależne od polskiego. Zresztą od kiedy ja się pytam, w prawie polskim, obywatel jest od udowadniania czegokolwiek? Obowiązek udowodnienia i prowadzenia śledztwa należy do policji, prokuratury, sądów, nie do mnie. Ja to mogę co najwyżej zgłosić.

Ok, krótko mówiąc, nie chcą polubownie, to nie. Łaski bez. Spotkamy się w sądzie tym bardziej, że doszło już do zajęcia mojej pensji i muszę ich pozwać o bezpodstawne wzbogacenie i zwrot tego co zabrali. Zostali poinformowani o tym, że podejmę takie działania jeśli będą ode mnie egzekwować należność. Może i wobec instytucji banku jestem robakiem, który niewiele im zrobi, ale postaram się ugryźć tak by ich zabolało chociaż na chwilę.

Na zakończenie piekielny smaczek - moja rodzicielka nie czuje się winna, czuje się pokrzywdzona przeze mnie, swoją wyrodną córkę, że zamiast zamknąć się i spłacać pokornie jej dług jaki zaciągnęła na moje dane i przyjąć jej winy, odmawiam, walczę i że podałam ją do prokuratury. Ciąg dalszy nastąpi po rozprawach sądowych.

uslugi

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 567 (635)

#59116

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdecydowałam się założyć konto ponieważ sytuacja jest piekielna, a być może ktoś z Was będzie mógł mi pomóc i podrzucić jakiś pomysł.

Otóż parę lat temu moja rodzicielka (nie wiem czy nazywać to to matką czy nie..) zechciała zakupić jakąś tam drogą rzecz, która była jej potrzebna. Zadzwoniła do firmy, która zajmuje się sprzedażą wysyłkową, ale dostała odmowę (a dlaczego to już temat rzeka na kilkanaście różnych historii..) wobec czego sprzedawczyni powiedziała, że może podać dane kogoś z rodziny (!!!) bo to tylko do weryfikacji na dokumencie (!!)

Co się okazało - wzięła na mnie kredyt. Bez mojej wiedzy, bez mojego zezwolenia. No i sprawa się rypnęła, bo jak zwykle nie płaciła. Jej tłumaczenie - myślałam że spłaciłam całość, bo jak nie miałam pieniędzy i nie płaciłam to nie przysyłali powiadomienia.

Przyszło do niej powiadomienie o wszczęciu postępowania przeciw mnie. DO NIEJ. Nie do mnie. Ja bym się o tym dowiedziała jakbym nie dostała wypłaty albo nagle z powodu zablokowania konta nie mogła z niego korzystać..
Spanikowała, zadzwoniła i powiedziała mi o wszystkim.

Nadal nie umiem sobie wytłumaczyć, jak to jest że w państwie PRAWA jakim chyba jest Polska, ktoś może wziąć na drugą osobę coś na raty lub kredyt i nie zostanie to zweryfikowane? Czemu ani bank ani firemka nie zadzwonili lub nie skontaktowali się w inny sposób, żeby mnie zawiadomić, że taka sytuacja miała miejsce i zapytać czy wyrażam na to zgodę?
Czemu do jasnej anielki dla osoby, która nosiła mnie pod sercem, jestem warta aż tyle, że może używać moich danych bez mojej wiedzy i zgody i robić co się jej podoba?

Nie mam pojęcia teraz co zrobić z tym wszystkim.

sklepy_internetowe

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 516 (678)

#23390

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak mówią znajomi- magnes ze mnie na kretynów. Przyzwyczaiłam się, aczkolwiek dziś przytrafił mi się egzemplarz, który moją galerię osobliwości przyprawił o nową jakość. Dobry bajer to połowa sukcesu.

Czerwona cyferka zapowiada nową wiadomość na facebooku. Facjata mi nieznana, dane osobowe tym bardziej, wiadomość całkiem typowa. W wolnym tłumaczeniu z polskiego na nasze - Ładnaś. Umów się.

Nauczyli za komplementy dziękować, dobry gust doceniać, z obcymi się nie spotykać. Podziękowawszy, odmówiłam tymi słowy: - Nie, dziękuję.

Wtedy też dowiedziałam się, jak na podstawie zdjęcia profilowego można sporządzić człowiekowi portret psychologiczny (a zdjęcie jak zdjęcie, ciesząca gębę mała czarna).

Dowiedziałam się, żem tępą ściereczką (i tu eufemizmem zastąpiłam przyrząd do polerowania powierzchni płaskich), blacharą, panią do towarzystwa, do tego głupią obłędnie, za to pracowitą niezwykle i wydajną, gdyż usługi swe świadczę zapewne masowo, w cenach hurtowych i z wymiernym skutkiem, że różowe kozaczki z cekinami winnam przywdziać i udać się na podbój lowelasów podobnych mnie samej poziomem intelektu, że żal kraju, w którym osoby mi podobne mają dostęp do studiowania, że wyglądam na damę do towarzystwa z wielkimi wymaganiami i że gdyby rzeczony niedoszły amant spotkał mnie na chodniku, solidnie przydzwoniłby w pusty mój łeb gdyż tak zarozumiałych, odpicowanych, zepsutych, pogardliwych, pustych samic psa nie znosi.

Podziękowałam. Doceniłam produktywność niedoszłego znajomego. Bogate słownictwo, które złagodzić musiałam ze względu na to, że panienkom nie przystoi - również.

Zgłosiłam konwersację. Konto zablokowano.
Nie polecam tego sposobu. Mało skuteczny.

fejs

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 685 (821)

#18642

(PW) ·
| Do ulubionych
Zeszłoroczny szał kupowania prezentów świątecznych. Oczywiście jak typowy osobnik rodzaju męskiego - zajęcie to pozostawiłem na ostatnią chwilę. Co się dzieje w sklepach z zabawkami w wigilijny poranek chyba każdy wie.

Jako, że mój kuzynek (wtedy 10lat) jest wręcz zafascynowany klockami, postanowiłem sprawić mu porządny zestaw klocków Lego. Wybór padł na jakiś "mega-wypaśny" zestaw serii Technic - był to model mobilnego dźwigu. Z pudełkiem pod pachą pomaszerowałem do kasy, odstałem swoje w długaśnej kolejce, zamyślony już tym, że po zakupie prezentu w końcu udam się do domu, jakoś tak dość nie świadomie podałem zabawkę sprzedawczyni, wyciągnąłem kartę płatniczą... ale zaraz zaraz, coś mi tu nie gra.

[J]a: Czy mogłaby Pani podać mi jeszcze raz cenę?
[S]przedawczyni: 758zł

Kurcze, wiedziałem, że klocki Lego tanie nie są, ale żeby za taki zestaw ponad 700zł?

[J] Czy mogłaby Pani sprawdzić jeszcze raz cenę na czytniku?
[S] Ale po co, przecież jest wyświetlona.
[J] Doskonale widzę, że jest wyświetlona, ale czy nie wydaje się Pani, że jest za wysoka?
[S] Nie, dla Pana jest w sam raz.

No jak to, dla mnie jest w sam raz, a dla innych nie jest?

[J] Mimo wszystko proszę o ponowne sprawdzenie ceny, a jeśli to jest dla Pani problemem, to proszę o wezwanie kierownika.

W tym momencie - nieoczekiwany zwrot akcji.

[S] Bo Ty jesteś bogaty! Ty masz złotą kartę i dla Ciebie to żadna różnica czy zapłacisz za jedną sztukę czy za dwie! A ja nawet nie mam za co kupić dzieciom prezentów na święta!

Tak, dobrze myślicie, paniusia nabiła dwie sztuki. Zapewne różnica w cenie wylądowałaby w jej kieszeni.Na mającą dzieci także nie wyglądała (dałbym jaj maksymalnie 20 lat) Natychmiast złożyłem skargę u kierownika sklepu, dostałem w związku z zaistniałą sytuacją bardzo wysoki rabat i zapewnienie, że ta Pani już nikogo nie oszuka. Kierownik chyba słowa dotrzymał, bo gdy w styczniu kupowałem młodemu prezent na urodziny - nie widziałem tej kobiety.

Pytanie tylko ilu ludzi naciągnęła podczas świątecznej gorączki. Złota rada na zbliżające się święta - nawet gdy za plecami będziecie mieć kilometrową kolejkę uzbrojonych w siekiery, widły i inne argumenty ludzi - sprawdźcie paragon.

A co do mojej złotej karty... złota, to jest ona tylko z wyglądu, a nie ze względu na stan konta ;)

Smyk gdzieś w polsce

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 840 (878)

#39275

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasem brakuje kamieni. Co gorsza, na kolegów w dziele Hipokratesa.
Fakt, jestem nerwusem i czasem puszczają mi zwieracze mentalne. Zazwyczaj na spotkanie z chamstwem, egoizmem, wymuszaniem i cwaniactwem. Ale wiem, że nigdy nie należy lekceważyć traumy psychicznej. A już na pewno nie można jej obracać w niesmaczny żart.
Od paru lat wiem to na pewno...

Pracowałem wtedy w innym mieście, jeździłem karetką reanimacyjną.
Teren rozległy, lekarze POZ rozpuszczeni do granic możliwości, za to naród wychowany w duchu nie zawracania siedzenia głupotami.
Przyczyniła się do tego załoga miejscowego szpitalika. Traktowana przez aborygenów z nabożną wręcz czcią.

Pewnego ranka dostajemy wezwanie. Wzywa Policja. Dość enigmatycznie: przy fontannie leży młoda kobieta, krwawi...
Ale wezwanie w pierwszym kodzie pilności, więc na zadrapanie nie wygląda.
Polecieliśmy.
Na miejscu istotnie leży młoda niewiasta. Na oko jakieś 17-18 lat.
Zapłakana. Na buzi kolekcja siniaków, jak po starciu z Kliczką. Odzież poszarpana, do tego jakaś dziwnie wieczorowa.
Jedyne, co było na miejscu, to spodnie. Które dzierżyła w zaciśniętych rękach i reagowała krzykiem na każdą próbę dotknięcia.
Delikatnie podchodząc udało nam się wzbudzić zaufanie dziewczyny na tyle, żeby dała się przetransportować do karetki. Po drodze wyjaśniła się zagadka krwawienia: cały tył spodni przypominał pole bitwy...
W karecie, cichutkim głosem, chlipiąc, opowiedziała o wczorajszej nocy.

Była na dyskotece.
Z kolegą.
Przyprowadził swoich kumpli, którzy zaproponowali rajd po okolicy dwudziestoletnią beemką.
Na odwagę, postawili jej drinka.
A potem pamiętała jak przez mgłę.
Kolejne spocone twarze, rechot, muzykę i kołysanie auta.
I ból.
Po kilku godzinach takiej zabawy, podwieźli ją na środek miasta i wyrzucili z jadącego samochodu.
Ocknęła się rano, dzięki komentarzom miejscowych. Na temat jej prowadzenia się i tym podobne...
Zawieźliśmy ją więc do szpitala. Bo ginekologia tam była.
Był też ON.
Pan doktor. Powiernik i mistrz taktu.

Od wejścia głośno skomentował, jakiego kocmołucha mu przywieźli.
Niespecjalnie słuchał naszych wyjaśnień.
Natomiast wiadomość o gwałcie przyjął z niesmakiem.
Skomentował, że sama chciała, że teraz płacze, a wczoraj tańczyła i mogła się domyślić, jak to się skończy...
Przebrał miarkę, kiedy dziewczyna zapytała, co będzie jak zajdzie w ciążę.
Beztrosko zarechotał i odparł, że "się wyskrobie i po kłopocie"...
Dziewczyna w szloch.
Moi chłopcy odciągnęli mnie od lekko podduszonego debila.
Który, jak tylko doszedł do siebie, pobieżnie zbadał pokrzywdzoną i... wystawił ją na ulicę. Pomimo jej stanu psychicznego i faktu, że mieszkała dziesięć kilometrów od szpitala. A nie była w formie do maratonu...

Finał historii jest, niestety, mało budujący.
Jakoś dotarła do domu. Umyła się, przebrała, porozmawiała z rodzicami.
A potem poszła do swojego pokoju i się powiesiła.
Nie zdążyliśmy dojechać na czas.
Jedynym pocieszeniem były dwie rozprawy, w których wziąłem potem udział jako świadek.
Jedna, gwałcicieli. A przynajmniej tych, których udało się zatrzymać.
I druga - o nieumyślne spowodowanie śmierci.
Zgadnijcie, kto był oskarżonym?
W obydwu zapadły wyroki skazujące...

dawno i daleko

Skomentuj (136) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1843 (1915)

#49952

(PW) ·
| Do ulubionych
Bliscy.
Jedno słowo, a tak wiele znaczeń...
Dopóki nie zacząłem jeździć w obecnie zamieszkiwanym województwie, to słowo kojarzyło mi się raczej ciepło.
Tyle, że nie zdawałem sobie sprawy z tego, do czego może doprowadzić mieszkanie we wsi po zlikwidowanym pegieerze.
Gdzie jedyna rozrywka to szklany ekran i płynne poprawiacze samooceny.

Pojechaliśmy do wezwania: kobieta, koło 40, źle się czuje, mdleje. I tyle wiedzieliśmy.
Na miejscu powitał nas nieziemski smród. Alkoholu, niemytego ciała i... krwi. To taki charakterystyczny odór, którego zapomnieć nie sposób.
Otworzył Pan Domu.
O wyglądzie i manierach zapitego przedstawiciela kopytnych.
Ale nie do niego zostaliśmy wezwani.
Oprócz Pana w pokoju leżała kobiecina. Blada jak płótno, na pierwszy rzut oka ciężko chora.
Pytamy w czym problem. Odpowiada szeptem, że krwawi z narządów rodnych.
Od kiedy? Od dwóch, może trzech miesięcy. Bez przerwy.
Rzadko to robię na miejscu zdarzenia, ale musiałem poznać stan faktyczny. Wyprosiłem władcę za drzwi i obejrzałem pacjentkę.
Wielki, krwawiący, pokrywający wszystko guz. Rak w fazie rozpadu...
Kiedy minął pierwszy szok, zapytałem, czemu nie zgłosiła się do lekarza, czemu znosiła w pokorze narastające bóle i od jak dawna tak naprawdę to się dzieje?
Znów wyszeptała, że pokrwawiała od prawie roku, ale...
Pan Domu nie pozwalał jej iść do lekarza.
Bo ma obowiązki: gotowanie, sprzątanie, a także obowiązki pozamałżeńskie, bo ślubu nie posiadają.
Toteż, dopiero kiedy zasłabła przy próbie wypełniania tychże, łaskawie pozwolił wezwać karetkę, a i to dopiero po upewnieniu się, że ten numer jest darmowy.
Mowę mi odebrało.
Pakujemy biedną niewiastę celem zabrania do szpitala. Głównie po to, żeby tam ulżyli jej cierpieniom w ostatnich dniach życia.
Bo na resztę jest już za późno.

I wtedy do akcji wkracza Pan Domu.
Z awanturą, że on nie wyraził zgody na zabranie nikogo, że jak on ma sobie sam teraz poradzić.
Staram się nie odzywać, nie reagować. Koledzy krótko informują, że to chora decyduje o swoim losie.
Na odchodne, przemyślał głęboko sytuację i wybełkotał w moją stronę:
- Panie, w sumie to ją weźta i zróbta coś, bo nawet porządnie por... ać nie mogę, jak z niej cięgiem leci...
Z lodowatym spokojem wyartykułowałem, że jego działania przyczyniły się do pewnego zgonu konkubiny, a na to są stosowne artykuły kodeksu.
I o mało nie dostałem w głowę sprzętem gospodarstwa domowego, którym zamachnął się urażony supersamiec...
Dalej to już standard: obezwładnienie, Policja, kajdanki.
A pacjentka?
Dotarła do szpitala. Zdiagnozowano niemal kompletną utratę krwi.
Podreperowano ją z grubsza i wysłano do hospicjum, w którym dokończyła żywota za parę dni.

Nie wiem nawet, jak nazwać to stworzenie, które ją więziło w domu.
Bo zwierzęta w większości opiekują się chorymi samicami...

Daleko od szosy

Skomentuj (76) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1832 (1878)
zarchiwizowany

#47698

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Urocze przedmieścia średniego miasta. Mało piekielnych sąsiadów, średnia ilość moher commando, ludzie w większości mili i usłużni... Pięknie prawda?
Nie całkiem. Historia zaczyna się w wakacje, kiedy to pewne "kozaczki" lat 12-14 zazwyczaj olewane i ignorowane przez innych(to tylko dzieciaki, przejdzie im bawienie się w macho) wrzuciła petardy na parterowy balkon starszej pani. Zawał. Reszta potoczyła się normalnie. Karetka. Szpital. Leczenie.
Oczywiście po zajściu, starsza pani nie usłyszała żadnego "przepraszam" ani przysłowiowego "ugryź się w dupę". Oczywiście zabawa petardami nadal była na topie-rzucanie petardy pod koła samochodu, rzucanie w psy, te bezpańskie, jak i te z właścicielami, koty, innymi słowy:we wszystko co się dało. Doszło także łażenie po balkonach parterowych w celach do dzisiaj przez lokatorów nieznanych.
Co na to "rodzice"? "Młodzież musi się wyszumieć, to że raz w balkon rzucili, to tylko przypadek, a przynajmniej te bezpańskie kundle się z ulicy wyniosą." Inni sąsiedzi delikatnie mówiąc, nie podzielali tego zdania.
Nic się nie stało, prawda...?
Parę miesięcy później chłopaczkom zaczęło bardziej odbijać. Czy to tatunio nie dał na petardy, czy "szlugi" ważniejsze, zaczęli się bawić w rzucanie śnieżkami. I znów: w jadące auta...(czyt. cała poprzednia lista) teraz tylko doszli ludzie. Z tym że w okazyjnej cenie śnieżki obojętnie jaka osoba(starsza, dzieciak, dorosły) może otrzymać w geście promocyjnym szkło, kamień lub inny podarek. Rodzice znów reakcji zero. Cwaniactwo rośnie, policja jest uroczo użyteczna-do 15 roku życia mogą tylko "odstawić "dzieciaczki" do rodziców, pouczyć, mandat dać", a teraz nawet tego nie robią. Gdy ktoś nie wytrzymuje i "ręcznie" tłumaczy gdzie jest miejsce bandy, zazwyczaj wkracza jeden czy dwóch "opiekuńczych" tatusiów, z okrzykiem bojowym "CO ROBISZ MOJEMU DZIECKU GNOJU?!"(okrzyk ten podobno używany jest także w przypadku pojawienia się "obrońców" w szkole, gdy zobaczy jakie wysokie stopnie zyskał syn, jeśli w ogóle pojawił się w szkole).
Podsumowując przydługawy tekst: rośnie banda cwaniaków, bez wzorców, bez szacunku i ograniczeń. Posiadają "obrońców" w postaci ojców i matek, ze standardowym przekonaniem "młodzież musi się wyszumieć a ludzie się uwzięli na mojego synka", policja jest bezradna, klasyczne ręczne tłumaczenie skutkuje pojawieniem się "obrońcy" w drzwiach i godzinną bezsensowną próbą przekrzyczenia furiata(swoją drogą, mam wrażenie, że mają konta na piekielnych, jak patrzę na niektórych użytkowników).
Ma ktokolwiek pomysł co z tym zrobić?

przedmieścia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (223)
zarchiwizowany
Coś w rodzaju biografi z dużą ilością błędów interpunkcyjnych i językowych.
Nie obchodzi mnie, czy to się dostanie na główną.
Muszę gdzieś to opisać.
Mój tatuś jest dość... specyficznym człowiekiem.
Mówiąc specyficznym miałam na myśli najgorsze przekleństwa na ziemi.
A dlaczego?
Hmmmm, może zacznijmy od początku.
Kiedy byłam jeszcze w macicy mojej mamy, w której było mi przyjaźnie i milutko mój ojciec kazał mamie mnie usunąć.
Matula oczywiście nie zgadzała się na to, pomimo swoich nieskończonych 21 lat chciała mnie urodzić i wychować na porządnego obywatela.
Jednak, mojego ojca to nie za bardzo obchodziło.
Pewnej nocy, kiedy moja mama spokojnie spała i nie spodziewała się niczego mój ojciec chciał otruć ją gazem od zapalniczki.
Po prostu trzymał zapalniczkę przy jej nozdrzach, mając nadzieję iż moja rodzicielka kopnie w kalendarz.
Na szczęście mu się nie udało, ojciec pojechał na leczenie odwykowe (pił) i tuż przed moimi narodzinami przyjechał "piękny, młody i wypoczęty". Ku uciesze babci (z którą mieszkaliśmy) bo jej synuś jednak umie wyleczyć się z nałogu.
No nie do końca się wyleczył, bo wkrótce po "zbawiennym odwyku" zaczął pić znowu.
A skoro alkohol poszedł w górę, to awantury i wyzwiska w moją i mamy stronę również.
Od dziecka co wieczór modliłam się, aby w nocy nie było kłótni i aby tatuś znowu nie zaczął szarpać mamusi.
Raz uderzył mnie tak mocno, że złamał mi rękę.
Do dzisiaj wszystkim mówię iż ta tajemnicza blizna na moim przedramieniu to wynik nieszczęśliwego spadnięcia z huśtawki. No niestety nie.
Kiedyś tatuś nie miał zbyt dobrego dnia, i kiedy wrócił z "pracy" (tak naprawdę chodził do swojego przyjaciela obalać następne flaszki wódki)chciał "podciąć mi żyły" zataczając się, pijany z nożem przy moim łóżku. Zdążył przejechać mi nożem po przedramieniu.
To tylko kilka, z wielu krzywd jakie mi wyrządził.
Na szczęście w wieku 9 lat uciekłam stamtąd z matką.
Do dzisiaj mama nie ufa żadnemu facetowi.
Czy ktoś zaproponował mi pomoc psychologa? Nie.
Czy ktoś posadził go do więzienia? Wyrok w zawiasach.
Czy przestał pić? A skądże.
A najlepsze jest to, że znalazł dobrze płatną pracę. Pomimo swojego nałogu, po znajomościach. A sąd wyznaczył na mnie alimenty w wysokości (BAGATELA) 350 zł.
Których i tak nie płaci.
Zapewne zapytacie się, dlaczego mówię o tym wszystkim z tak stoickim spokojem?
Ponieważ już wyleczyłam się z przeszłości.

Piekielny dom.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (285)

#37168

(PW) ·
| Do ulubionych
Wybrałam się wczoraj pociągiem do koleżanki na ploteczki, ot taka mała babska przyjemność.
Jako, że biletu miesięcznego już nie posiadam, muszę za każdym razem kupować bilet jednorazowy. W tym celu na stacji jestem z 10-15 minut przed pociągiem.

Wczoraj byłam 10, przede mną dwie osoby i wierzcie lub nie, ale nie zdążyłam kupić biletu.
Pani przy okienku kupowała bilety na niedzielę dla całej rodziny. Cały czas zmieniała zdanie, którym pociągiem chce jechać, ten za wcześnie, ten za późno. Ona chce 4 ulgowe bilety, ale dokumentów na ulgi nie ma, bo po co, jej słowo ma wystarczyć. Jestem człowiekiem cierpliwym, wyrozumiałym, ale czasem trafia mnie szlag.

Pytam więc czy jedzie tym pociągiem o 12. Baba prycha, że nie. Pytam więc grzecznie i spokojnie czy mogłaby przepuścić mnie i jeszcze jedną dziewczynę w kolejce, kupimy bilety, 5 minut i nas nie ma. Chyba uraziłam jejmość panią. Kobieta stwierdziła, że ona nikogo przepuszczać nie będzie, że trzeba było przyjść wcześniej, a ona będzie stała przy okienku ile będzie chciała. Ok, udław się babo biletem i niech cię meduza po rzyci pokąsa. Pociąg zapowiadają, szybka decyzja: kupię bilet u konduktora, zapłacę jak za zboże ale co robić. Konduktor sympatyczny zamataczył i sprzedał taniej.

A dziś nastąpiła nieoczekiwana zemsta losu. Jestem w aptece, za mną ktoś biadoli, że kolejka straszna, że się spieszy, że ile można kupować - przede mną stoją dwie osoby. W końcu czuję szturchnięcie i pada pytanie „przepuści mnie pani, spieszę się”. Odwracam się i kogóż widzą moje wredne oczy? Panią od biletów. Uśmiech firmowy i „Oczywiście..., że nie. Trzeba było przyjść wcześniej”.

Nigdy tak długo nie kupowałam leków. Przy okazji spytałam o pierdyliard różnych maści i kremów na blizny, przebarwienia i czort wie co jeszcze. Farmaceutka znajoma, poza mną i babsztylem nikogo, więc co się będę powstrzymywać. Babie para poszła uszami i chyba zrozumiała przekaz.

kontakty międzyludzkie

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1154 (1206)