Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Avangalia

Zamieszcza historie od: 23 grudnia 2015 - 19:18
Ostatnio: 12 lutego 2017 - 22:48
  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 1261
  • Komentarzy: 22
  • Punktów za komentarze: 158
 

#76400

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak uprzykrzyć komuś życie do kwadratu. Studiuję, mieszkam sama w malusieńkiej kawalerce na poddaszu w dość starym bloku. Sąsiadów raczej nie widuję, poza jednym wyjątkowym przypadkiem. Panią Jadzią, emerytką. Pani Jadzia mieszka dokładnie pod moim mieszkankiem. I ma wyjątkowo piekielny charakter. Skąd to wiem? O tym cała ta historia.

Pominę już praktycznie codzienne (i to nie po ciszy nocnej, tylko o jakiejkolwiek godzinie) pukanie, a raczej łupanie w moje drzwi bo:
a) Za głośno chodzę.
b) Za głośno gadam.
c) Na pewno chleję/biorę narkotyki.
Jednak ostatnio sąsiadeczka przeszła samą siebie.

Niedzielny wieczór, godzina 23. Pukanie do drzwi. Wstaję od komputera, podchodzę do judasza i zerkam. Policja. I gdzieś z tyłu Pani Jadzia. Zaskoczona otwieram drzwi. Dowiaduję się, że jest u mnie głośna impreza, a obowiązuje już cisza nocna. Odpowiadam zdziwiona, że przecież nic takiego się nie dzieje. Policjanci, generalnie chyba trochę poirytowani, chcą się rozejrzeć i upewnić. No ok. Wpuszczam ich.

I w tym momencie podbiega do drzwi Jadzia, chcąc również wparować mi do domu. Zastępuję jej drogę. Policjanci, którzy dopiero co przekroczyli próg odwracają się do Jadzi i mnie zdziwieni. Mówię do babska, że ona nie ma prawa do mieszkania mi wchodzić, na co ta, po nabraniu oddechu, drze się, że ona POLICJANTOM POKAŻE, GDZIE JA CHOWAM TEN NIELEGALNY ALKOHOL I NARKOTYKI! Panowie mundurowi spojrzeli się to na mnie, to na nią i zapytali o co chodzi. Jadzia wciąż w drzwiach zaczęła wywód, że to oczywiste, iż robię alkohol i narkotyki w mieszkaniu, bo przecież STUDIUJĘ CHEMIĘ, a tam "same takie dilery!".

Panowie kazali Paniusi natychmiast przestać pakować mi się do mieszkania, grożąc mandatem. Dokonali szybkich oględzin na jedyny pokój i łazienkę znajdujące się w moim lokum, i stwierdzili, że imprezy faktycznie nie ma. Podziękowali, wyszli...

...I wlepili Jadzi mandat, tylko, że za niesłuszne wezwanie. Happy end? No jeszcze nie.

Poniedziałek. Wychodzę na zajęcia. W połowie drogi do windy zza rogu wyskakuje Jadzia. Z kwitkiem w łapie. Czego chce? Ano, żebym jako WSPÓŁWINNA pokryła połowę kosztu mandatu. Szczęka mi opadła, serio. Stwierdziłam krótko, że to jej mandat, nie mój, i w towarzystwie wiązanki pań lekkich obyczajów ulotniłam się do windy.

Na razie dzień w dzień kilka razy dobija mi się do drzwi. Nie otwieram. Jutro wracam do domu na święta. I liczę, że w tę gwiazdkę stanie się cud, który te babsko zmieni. Albo to chyba ja zacznę wzywać policję.

Mieszkanie policja

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 378 (Głosów: 380)

#73087

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciał Wam ktoś kiedyś psa zabrać, żeby go rozmnażać, a w zamian dać innego?

Historia mojego zwierzaka, nie pytałam o zgodę na udostępnienie. Myślę, że soczysta mięsna łapówa załatwi sprawę.

Kiedyś miałam kundelka, który dzielnie żył u mojego boku przez 12 wiosen, aż trzy lata temu nowotwór odesłał go do psiego nieba, gdzie biszkopty rosną na drzewach, a uczeń Pana Kleksa odwiedza swojego sierściucha. Brak zwierza w domu dawał się we znaki jednak nie tylko mi, ale też reszcie rodziny. Rok później, na swoje 16 urodziny, dostałam piszczące, brązowe "niewiadomoco", przypominające nieco jamnika na wysokim zawieszeniu. Tak do domu Avangalii zawitała wyjątkowo urokliwa psinka, rasy posokowiec bawarski. Tym razem nie była już to "znajda", a pies kupiony z rodowodem od hodowcy, mogącego pochwalić się kilkoma nagrodami. I nie piszę o tym, by się chwalić, a z powodu, iż ma to dość ważne znaczenie dla historii.

Otóż niemal dokładnie dwa lata później szanowny hodowca zadzwonił do mojego ojca, który zakupu dokonał. Miał dla taty propozycję, według niego, nie do odrzucenia. Otóż za moją kompankę zaproponował dwa, zupełnie "świeże" (serio, tak to określił) szczeniaki. Ojciec nie bardzo wiedząc, o co w ogóle chodzi, dał telefon mi, ponieważ to ja się psem opiekuję.

To co usłyszałam zmiotło mnie z krzesła. Otóż pan hodowca chciał pozostawić sobie jedną sukę z miotu, w którym na świat przyszła moja psina, do dalszego rozmnażania. Pech chciał, że z tą jego sunią coś poszło nie tak (nie wiem dokładnie o co chodzi) i że on, hodowca, chce moją włochatą przyjaciółkę zabrać. Przewóz załatwi na swój koszt, a mi da innego, ba, nawet dwa psy!

Na moje kategoryczne "Nie ma mowy" zaczął grozić, że on ma do tego prawo, że mnie (jeszcze nawet niepełnoletnią, kilku dni brakuje) pozwie za znęcanie się nad psem, że ja nie wiem jak się nim opiekować i trzymam psa gończego w mieszkaniu. Generalnie takich informacji nawet nie posiadał, bo od 7 lat mieszkam na wsi, ze sporym ogrodem, gdzie pies hasa i do tego ciągle szanowną śierściuchową zabieram na spacery.

Kiedy już pan skończył opowiadać mi jak bardzo mój pies ma źle, uświadomiłam go, że gdy tylko minęła pierwsza cieczka, to sunia została wysterylizowana. Gdy to oświadczyłam, hodowca rozłączył się i od tygodnia nie daje znaku życia.

Mówić o tym psu czy nie?

hodowcy psów

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (Głosów: 344)

#70980

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed kilku dni.

Szłam ostatnio z psem przez centrum naszej małej wsi (czyli miejsce, gdzie znajduje się kościół i zaraz obok jedyny sklep spożywczy). Z jednego z pobliskich domów wyłoniła się jakaś starsza (na oko 70 lat) pani. Szła około 15-20 metrów przede mną, toteż niejako cały czas ją widziałam.

Ciszę i spokój mojej przechadzki dość szybko przerwał tupot obcasów o asfalt. Nim się odwróciłam, zobaczyłam wymijającą mnie biegiem, ubraną w żakiet, ołówkową spódnicę i szpilki kobietę, dzierżącą kilka segregatorów i zeszytów w rękach. Musiało się jej gdzieś spieszyć, bo mimo niskiej temperatury nie miała na sobie nawet kurtki. Kiedy minęła już starszą panią [SP] wypadł jej jakiś skrawek papieru, z odległości mogłam się tylko domyślić, że był to banknot.

Całkiem normalną rzeczą był fakt, że staruszka pochyliła się, by pieniądze podnieść, jednak to, że zamiast zawołać właścicielkę zaczęła chować je do kurtki, zdziwiło mnie dość mocno. Miałam już krzyknąć, kiedy właścicielka zguby zorientowała się o braku jednego z króli Polski i szybkim krokiem zawróciła do motającej się z kieszenią SP. Widząc zajście przyśpieszyłam kroku, chcąc zrównać się z paniami i, w razie potrzeby, powiedzieć, co widziałam. To, co usłyszałam zanim je dogoniłam, sprawiło, że szczęka opadła mi do kolan.

Właścicielka grzecznie, ale dość stanowczo poprosiła o oddanie pieniędzy, na co SP stwierdziła, że przecież znalazła je na ulicy! Na argument, że widziała jak wypadły, stwierdziła, że "należą jej się, bo małą ma emeryturę, do której paniusia (czyli pani w szpilkach) się jej dołoży, he he".

Nie mówiąc nic stanęłam obok nich, czekając jeszcze chwilę, żeby od razu się nie "wtrącać". Na szczęście nie było to konieczne, bo zastraszona wezwaniem policji SP oddała niechętnie pieniądze, burcząc pod nosem, że ona taka biedna, a jej pomocy żałują.

mała wieś

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 288 (Głosów: 316)

#70246

(PW) ·
| Do ulubionych
O ile piekielnych czytam od dawna, tak dzisiejsza (2015-12-23) sytuacja po prostu zmusiła mnie do założenia tutaj konta. Mowa będzie o buractwie wobec osób niepełnosprawnych.

Mieszkam w małej wsi "przytulonej" do większego miasta, od którego dzieli ją lasek. Sięga tu komunikacja miejska, jednak autobusy pojawiają się raz na 1,5 godziny, co skutkuje często, że nie można w takim środku lokomocji usiąść ze względu na dużą ilość pasażerów. Każdy zna tu każdego, jak to w tego typu miejscowościach bywa.

Niedaleko mnie mieszka pewna wdowa (ok. 50 lat) z synem chorym na zespół downa. Osoby cierpiące na tę chorobę łatwo rozpoznać, a co gorsza, stają się one często pośmiewiskiem dla tych "zdrowych umysłowo".

Chłopak chodzi w mieście do szkoły specjalnej, do której codziennie jeździ autobusem i odprowadzany jest przez swoją rodzicielkę aż pod drzwi. Wsiadałam dziś razem z nimi na jednym przystanku do komunikacji miejskiej i miałam okazję zobaczyć jeden z przykrych przykładów wychowania.

Gdy podjechał autobus okazało się, że był prawie pełny. Miejsca dla osób niepełnosprawnych (4) były zajęte przez rechoczących i głośno gadających 3 lokalnych "dresów", synów menelstwa, znanych całej okolicy. Dwóch siedziało względnie tak, jak Pan Bóg przykazał, czyli jeden zadek na jedno siedzenie. Trzeci rozsiadł się sam na podwójnym miejscu. Kobieta [K] podeszła do tego trzeciego [T], z prośbą o ustąpienie jej i synowi miejsca. Wywiązała się wtedy taka oto krótka rozmowa:

[K] "Przepraszam, mój syn jest niepełnosprawny, a to są miejsca dla takich osób przeznaczone, czy mógłby pan ustąpić nam siedzenia?"
[T] "Spier***, Nie będę Ci kur** przerywał rozmowy, żeby Twój kur** jeb*** Down posadził dupę na moim miejscu!"
Reszta gromadki w spuściportkach roześmiała się na to wesoło.

Matka musiała stać trzymając za rękę i przytrzymując przy zakrętach syna.

Nikt z pasażerów nie zareagował. Podeszłam do kierowcy i kiedy zajechał na następny przystanek powiedziałam o zaistniałej sytuacji. Ten odparł tylko, że to nie jego sprawa.

Na szczęście, w międzyczasie, jakieś dziewczyny zeszły z "normalnych" miejsc gdyż wysiadały, więc zajęła je pani z synem. "Dresiki" siedziały sobie nadal wygodnie rozmawiając i rzucając raz na jakiś czas przekleństwami. Jak sprawa potoczyła się dalej, nie wiem, bo chwilę potem sama musiałam opuścić pojazd.

Nie potrafię tego skomentować.

komunikacja_miejska

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 273 (Głosów: 309)

1