Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bonia

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2016 - 16:36
Ostatnio: 22 lipca 2017 - 10:13
  • Historii na głównej: 15 z 26
  • Punktów za historie: 3432
  • Komentarzy: 23
  • Punktów za komentarze: 78
 
poczekalnia

#79251

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Musiałam się dzisiaj wybrać pociągiem do Warszawy i zebrało się przy okazji kilka małych piekielności... Będzie chronologicznie.

1. Pierwsza zdarzyła się już na dworcu. W moim mieście przed wejściem do pociągu. Koło dworca jest parking w kształcie litery H, z czego pionowe to takie dróżki z parkingiem po bokach, a pozioma to przejazd między obiema dróżkami. Co ważne wjazd i wyjazd są tylko w lewej części. Chcę zaparkować, lewa część już pełna, ale za to prawa niemal pusta. Nagle dowiaduję się, czemu. Jakiś inteligentny kierowca zaparkował w tym przejeździe (który ma szerokość jednego samochodu). Ominąć się go nie bo cały parking jest równiutko obrośnięty żywopłotem. Nie miałam czasu na telefony na policję, czy straż miejską, ale mam nadzieję, że ktoś to jakoś załatwił. Na szczęście w pobliżu jest jeszcze kilka parkingów.

2. Już w Warszawie. Taksówki. Szeroki wybór różnych firm. Podeszłam do kilku. On nie pojedzie, bo za blisko i mu się nie opłaca. Nie miałam jak sprawdzić, gdzie w ogóle jest miejsce, do którego chce się dostać (miałam telefon starego typu przy sobie), miałam tylko adres. Wiem, mogłam sprawdzić w domu, gdzie jest miejsce, do którego mam się udać, ale myślałam, że mając adres i tyle taksówek dookoła, to załatwię sprawę. No i du... Znaczy Uber.

3. Na miejscu, żeby wejść do sali, każdy był sprawdzany wykrywaczem metali. Na pierwszym miejscu był Pan wschodniej urody. No i się zaczęła o rasizmie i o tym, że od razu myślą, że terrorysta. Oczywiście każdy był sprawdzany, nawet zakonnica, ale Panu i tak nie pasowało to, że go sprawdzali.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (72)

#78998

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #78890 o ukraińskich studentach przypomniała mi podobną historię mojej siostry.

Będąc na studiach, miała w grupie 5 Ukraińców, 3 Azjatów (nie pamiętam, jakiej byli narodowości) i 12 Polaków.

O ile większość zagranicznych studentów była normalna, to jeden Ukrainiec i jeden Azjata praktycznie zawsze wykłócali się o to, że powinni mieć łatwiej albo powinni mieć inaczej oceniane kolokwia, egzaminy sesyjne, bo oni są w innym kraju i nie znają dobrze języka.

Absurd sam w sobie, prawda? Przyjeżdżają, to niech się dostosują.

Ale. Moja siostra studiowała w języku angielskim. Wszystkie zajęcia były prowadzone w tym języku. Nikt nic nie mówił po polsku, więc dla każdego studenta, czy to z Polski czy z zagranicy, język był "obcy" w takim samym stopniu.

Niestety biedni studenci jakoś nie mogli tego pojąć i przez trzy lata (na magisterkę już się nie zdecydowali) za każdym razem była ta sama śpiewka, że oni powinni się uczyć i być oceniani na innych warunkach...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (173)
zarchiwizowany

#79095

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może dość piekielne, ale nie wiem, czy legalne (gdyby ktoś z czytających wiedział, czy tak można, to proszę pisać).

Skończyłam kolejny rok studiów i z racji wolnego postanowiłam pomóc cioci w sklepie, w centrum miasta. Ogólny zarys miejsca:

Sklep stoi przy chodniku. Po drugiej stronie chodnika, przy ulicy jest parking. Przy sklepie jest podwórze w kształcie litery L, tylko odwróconej o 45° w prawo, ogrodzone z bramą.

Zaraz na lewo od bramy, ale po stronie podwórza jest trochę miejsca, mniej więcej na jeden samochód osobowy.

I tu się zaczyna. Gdy na parkingu przed sklepem nie ma miejsca, ludzie wjeżdżają I stają w tym miejscu obok bramy. Nie byłoby problemu, gdyby byli to klienci sklepu cioci, stając tam na chwilę. Ale są to ludzie przyjeżdżający do innych sklepów albo na miasto. (Sklep cioci znajduje się na końcu długiego budynku, w którym jest jeszcze kilka innych sklepów, ale podwórko należy tylko do cioci). Stoją tak, że samochody z dostawami mają problem z wjechaniem, a przyjeżdżają dość często i w godzinach, gdzie zazwyczaj ktoś tam stoi. Mieszkamy w mniejszym mieście, i dostawy z np. Makro przyjeżdżają zazwyczaj koło południa.

Na nic zdawały się prośby, czy nawet tabliczki z zakazem wjazdu, albo telefony na straż miejską.

To był koniec piekielności ze strony ludzi. Teraz ze strony cioci. Właśnie tu nie wiemy czy to jest do końca legalne.

Ciocia na bramie wywiesiła tabliczkę "Parking płatny 50zł/godzina". Od tamtej pory samochodów wjeżdża mniej, ale ciągle są. Gdy ktoś wjeżdża i parkuje, ciocia wkłada mu za szybę kartkę z godziną o której wjechał, i ceną za parking. Np. "Godzina wjazdu 12. Cena za godzinę 50zł, płatne w sklepie XYZ". Zanim ktoś się przyczepi, że ciocia zauważa każdy samochód. Ona siedzi na zapleczu, w biurze, gdzie są monitory, jedna z kamer akurat "patrzy" na bramę i na to miejsce.

Gdy ktoś znajdzie karteczkę, przychodzi do sklepu i tłumaczy, że nie zauważył i tak dalej. Ciocia wtedy tłumaczy, że zrobiła to, żeby nie stawiać samochodu, wtedy ludzie rozumieją, ona nie bierze pieniędzy, ale powiedziała, że jeśli stanie tam ktoś, kto wie, to będzie brała pieniądze.

Czy tak wogole można?

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (75)

#78910

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o namawianiu do oddania krwi przypomniała mi podobną sprzed paru lat.

Wróciłam do domu z zagranicy, po paru dniach dostałam telefon od starej znajomej z liceum, że jakiś kuzyn sąsiada miał wypadek i potrzebna krew.

Ja naprawdę wszystko rozumiałam, rozmawiałam ze znajomą przez ponad pół godziny, ale ona za nic nie mogła pojąć, że przez ostatni rok byłam w Tajlandii (pobyt tam wyklucza z możliwości oddawania krwi na ok. pół roku), a mój chłopak kilka dni przed powrotem do Polski zrobił sobie tatuaż (co też wyklucza).

Siedziałam z telefonem przy uchu, tłumacząc, że nie mogę oddać tej krwi, bo nawet gdybym to zrobiła, to mogłoby to być zagrożenie dla tego chłopaka.

Na koniec oczywiście usłyszałam, że myślała, iż jestem inna, i że mam nie zwracać się do niej z żadną prośbą, bo i tak mi nie pomoże.

Na szczęście i tak nie miałam tego w planach, bo przed jej telefonem nie kontaktowałyśmy się przez dobrych kilka lat.

Na koniec dodam, że, uwaga, chłopak spadł z drabiny i złamał rękę. Zwykłe proste złamanie, nawet nie otwarte. Ręka w gipsie i chłop zdrowy. Ona, gdy usłyszała, że miał jakiś wypadek, wszczęła alarm i obdzwaniała wszystkich znajomych bliższych i dalszych, że szybko trzeba oddać krew, bo on umiera!

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (184)
zarchiwizowany

#78771

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mała codzienna piekielność.

Ostatnio zaczęłam robić hybrydy, jednak nie dla zarobku, a dla siebie i przyjaciółek, bliskich (siostra, szwagierka, kuzynki...).

Nie biorę za to pieniędzy, ale zazwyczaj dostaję a to czekoladę, a to makijaż, gdy potrzebuję (kuzynka się tym zajmuje).

Jednak ostatnio o moim hobby dowiedziała się ciotka. Zapytała, czy jej bym nie zrobiła, bo gdzieś idzie i ładnie by wyglądało i tak dalej.

Zapytałam, jaki chciałaby kolor, żeby nie nosić wszystkich kolorów, wysłałam zdjęcie tego, co mam. Ale jednak nic jej nie podpasowało. Dogadałyśmy się, że kupi wybrany kolor, bo ja mam nie po drodze do sklepu, a ona mieszka nie daleko.

Ona na to, że nie ma problemu, kupi, w końcu i tak zapłaci mniej niż za taki manicure w salonie.

Jadę do niej, rozkładam sprzęt, ona daje mi lakier i paragon. Ja troszkę w szoku, więc o nic nie pytałam, powiedziałam, że zapomniałam portfela i oddam jej potem.

Pominę to, że to co jej zrobiłam, w salonie kosztowałoby ok. 100 zł, lakier który kupiła 30 zł.

Zanim ludzie znający się na tym wytkną tą cenę:
- mieszkamy w małym mieście, gdzie praktycznie są tylko 2 salony robiące hybrydy, więc ceny mają w okolicach 70 zł. Do tego ciotce coś się nie podobało i kilka palców musiałam robić po dwa razy, wliczając folie do zdejmowania i acetone.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (79)

#78579

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie jest to jakieś strasznie piekielne, ale mnie strasznie irytuje takie coś.

Wybrałam się na spacer. Usiadłam na ławce, żeby złapać trochę słońca. Na przeciwko mnie była budka z lodami Bubble waffles (http://utn.pl/PDYyH) - mniej więcej coś takiego). Kto jadł ten wie, że zazwyczaj w menu mają gotowe kilka rodzajów lodów z dodatkami i raczej nie sprzedają tam nic innego, przynajmniej tak było w tej budce.

Do budki podchodzi matka (M) z synkiem. No i się zaczęło. Poprosiła o same lody w wafelku. Nie ma. Dla mnie to normalne, cała budka obklejona zdjęciami tego, co sprzedają. Chciała suchego gofra. Nie ma. Znaczy są, ale nie mogą sprzedać, bo nie mają jak nabić na kasę, gdyż po prostu nie mają w ofercie suchych wafli. Jej lament i krzyki ciągnęły się przez kilka minut. Absolutnie nie dała sobie wytłumaczyć, że sprzedają tylko to, co w menu i na zdjęciach. W końcu odeszła nieszczęśliwa.

Ale...

1) Maksymalnie 50 metrów dalej była druga budka, w której jak najbardziej, sprzedawali "normalne" lody, gałkowe i kręcone, a nawet gofry, również suche.

2) Mogłabym ostatecznie zrozumieć takie zachowanie, gdyby jej syn byłby małym dzieckiem, wrzeszczącym, że chce takiego gofra, loda etc. Ale nie. On miał na oko 8 lat i... wcale nie chciał lodów. Co więcej, próbował odciągnąć matkę od budki, żeby nie robiła wiochy.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (177)

#78504

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia mojej kuzynki (K) o piekielnej agentce nieruchomości.

Rodzice K kilkanaście lat temu kupili mieszkanie w Krakowie. Na co dzień mieszkają w Warszawie, a z Krakowem od zawsze byli związani i chcieli mieć możliwość jeżdżenia tam i nie spania w hotelu za każdym razem.

K zdecydowała się na studia w Krakowie, rodzice się zgodzili pod warunkiem, że znajdzie sobie współlokatorkę. Wiadomo, niższe koszta, zresztą do tej pory od momentu kupienia, mieszkanie samo na siebie zarabiało dzięki wynajmom.

Do rzeczy. W Krakowie mają biuro nieruchomości, które od zawsze znajdowało lokatorów na rok akademicki i na wakacje. Zajmowało się też przygotowywaniem mieszkania pod turystów, sprzątanie i tak dalej. Mieli zająć się też znalezieniem dla K współlokatorki (K nie chciała mieszkać z jakimś obcym chłopakiem, jej rodzice też, zwłaszcza, że pierwszy raz się wyprowadzała).

Nie wiem, czy agentka, która się tym miała zająć, czegoś nie zrozumiała, czy po prostu myślała, że to przejdzie, ale przyprowadzała na oglądanie mieszkania samych chłopaków (z racji, że to mieszkanie rodziców K, to mogła ona ostatecznie zdecydować, czy chce mieszkać z tą osobą, czy nie). Udało się znaleźć współlokatorkę (swoją drogą, bardzo fajną dziewczynę, z którą się bardzo dobrze dogadują) dopiero, gdy K dała ogłoszenie na lokalnym portalu.

I miała spokój od agentki.

Do czasu...

Parę dni temu dzwoniła, że K ma się wyprowadzić do połowy czerwca, bo ona ma już turystów na mieszkanie. Pominę kwestię współlokatorki, która ma normalną umowę do końca czerwca, o której agentka chyba zapomniała... K nie wie, co zrobić, sesja kończy się w trzecim tygodniu czerwca. Telefon do rodziców, mówią, że to załatwią. Podobno awantura z agentką trwała dość długo. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że przed końcem sesji K się stamtąd nie wyprowadzi, bo nie ma gdzie.
Z miejsca zerwali umowę z biurem nieruchomości.

Biuro nieruchomości

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (200)

#78364

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam sobie starsze historie i przypomniała mi się jedna sprzed paru miesięcy.

Poszłam pierwszy raz po przeprowadzce do drogerii na R. Było to w Gdyni przy ulicy na Ś. Może ktoś skojarzy i miał podobną sytuację.

Może też dla wielu nie być to piekielne, ale mnie strasznie irytuje takie zachowanie.

A mianowicie chodzi o zachowanie ochroniarza, chodzącego po sklepie. Ten sklep jest bardzo mały, regały dookoła i jeden przez środek, więc naprawdę widać, jak ktoś łazi za Tobą jak cień i patrzy Ci na ręce! Weszłam tam po jakieś podstawowe pierdółki i prawie czuję na plecach oddech mojego stróża zakupowego... Czai się za rogiem, pilnuje czy bezpiecznie dojdę do kasy.
Ale tak na serio to jest mega denerwujące. Gdy doszłam do kasy, czuję na sobie wzrok. Wiecie, czasami jest takie "przeczucie" jak ktoś się na was gapi. Odwracam się dookoła, i tak jeszcze czekam, i widzę jak ochroniarz, normalnie jak postaci z kreskówek, chowa pospiesznie głowę za róg, z którego wyglądał.

Z racji, że sklep jest bardzo blisko mojego domu, to postanowiłam iść tam jeszcze raz, i co? I to samo! Czułam się normalnie, jak zwykły złodziej. Przestałam tam robić zakupy.

O dziwo, w innych sklepach tej sieci, których jest dość dużo w tej okolicy, nie zauważyłam, ani nie czułam czegoś takiego.

I rozumiem, że sklepy muszą pilnować, żeby nikt nic nie ukradł i tak dalej, ale naprawdę mogli by to robić jakoś dyskretniej, a nie łazić za klientem, który chce wygodnie zrobić zakupy, i patrzeć mu na ręce.

Drogeria na R

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (166)
zarchiwizowany

#78485

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Możecie mi wytłumaczyć, czemu tak jest?

Jestem na Facebooku na dwóch grupach o identycznej tematyce (pewien serial, nie istotne dla historii jaki). Jedna grupa jest polska, a druga amerykańska/międzynarodowa.
Często ludzie wrzucają na te strony swoje fanarty, najczęściej są to portrety bohaterów serialu.
Możecie powiedzieć mi, czemu na polskiej stronie praktycznie wszystkie komentarze zawierają hejty, niecenzuralne słowa i często obrażają autora? Przyznam, że sporo z tych osób nie ma zbyt dużego talentu, ale czy to powód, żeby obrzucać go takimi komentarzami? Nie można po prostu nie skomentować tego? Pominę to, że nawet jeśli autor ma talent i portret jest naprawdę ładny to i tak większość komentarzy to będą hejty.

Na drugiej stronie, gdy pojawiają sie takie posty, inni normalnie je komentują, czasami pojawi sie komentarz typu "Przestań rysować" Czy "Ale brzydko", ale naprawdę rzadko.

Czy Polacy nie umieją żyć bez hejtu i obrażania innych na każdym kroku.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 11 (107)

#78316

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia mojego brata (B), opisana za jego zgodą. Może było to z jego strony piekielne, może nie, oceńcie sami.

Kilka lat temu, dla wygody, B zamontował bramę automatyczną. Nie trzeba co chwila wchodzić i wychodzić z samochodu, zwłaszcza, że w ciągu dnia on i jego żona często gdzieś jeżdżą. Jednak ostatnio zaczęło brakować im pilotów do bramy. B z żoną mają dwójkę dzieci, bliźniaki, które ostatnio zrobiły prawo jazdy, a że B mógł sobie na to pozwolić, to na 18 urodziny dzieciaki dostały po samochodzie.

Piloty do bramy dwa, a kierowców czterech, więc (w piątek) telefon do firmy, która bramę montowała. Mówią, że przyjadą w poniedziałek, bo wcześniej nie mają kiedy. Wiadomo, weekend, więc jakoś te kilka dni dadzą radę.

W poniedziałek nikt nie przyjeżdża. Telefon - przyjadą w środę. B nie drąży, tylko się zgadza. Taki typ człowieka, niestety miękkie serce i miękka d*pa. W środę to samo, ale mówią, że będą w poniedziałek. Brak pilotów, trochę irytujący, więc B pojechał do znajomego elektryka (wcześniej nie wpadł, żeby zrobić to od razu), kupili 2 piloty i tego samego dnia wszystko było gotowe.

We wtorek(!) przyjechali. B mówi, że już nie trzeba, bo załatwił sobie piloty. Awantura, że jak tak można, że się umawiali. O tym, że przyjechali tydzień później, niż mieli przyjechać i o tym, że przyjechali dzień później niż ostatecznie się umawiali, nie wspomnieli.

Sami to oceńcie...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (221)