Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bonia

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2016 - 16:36
Ostatnio: 24 maja 2017 - 7:53
  • Historii na głównej: 10 z 18
  • Punktów za historie: 2582
  • Komentarzy: 19
  • Punktów za komentarze: 78
 
poczekalnia

#78364

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytam sobie starsze historie i przypomniała mi się jedna sprzed paru miesięcy.

Poszłam pierwszy raz po przeprowadzce do drogerii na R. Było to w Gdyni przy ulicy na Ś. Może ktoś skojarzy i miał podobną sytuację.

Może też dla wielu nie być to piekielne, ale mnie strasznie irytuje takie zachowanie.

A mianowicie chodzi o zachowanie ochroniarza, chodzącego po sklepie. Ten sklep jest bardzo mały, regały dookoła i jeden przez środek, więc naprawdę widać, jak ktoś łazi za Tobą jak cień i patrzy Ci na ręce! Weszłam tam po jakieś podstawowe pierdółki i prawie czuję na plecach oddech mojego stróża zakupowego... Czai się za rogiem, pilnuje czy bezpiecznie dojdę do kasy.
Ale tak na serio to jest mega denerwujące. Gdy doszłam do kasy, czuję na sobie wzrok. Wiecie, czasami jest takie "przeczucie" jak ktoś się na was gapi. Odwracam się dookoła, i tak jeszcze czkam, i widzę jak ochroniarz, normalnie jak postaci z kreskówek, chowa pospiesznie głowę za róg, z którego wyglądał.

Z racji, że sklep jest bardzo blisko mojego domu, to postanowiłam iść tam jeszcze raz, i co? I to samo! Czułam się normalnie, jak zwykły złodziej. Przestałam tam robić zakupy.

O dziwo, w innych sklepach tej sieci, których jest dość dużo w tej okolicy, nie zauważyłam, ani nie czułam czegoś takiego.

I rozumiem, że sklepy muszą pilnować, żeby nikt nic nie ukradł i tak dalej, ale naprawdę mogli by to robić jakoś dyskretniej, a nie łazić za klientem, który chce wygodnie zrobić zakupy, i patrzeć mu na ręce.

Drogeria na R

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (Głosów: 90)

#78316

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia mojego brata (B), opisana za jego zgodą. Może było to z jego strony piekielne, może nie, oceńcie sami.

Kilka lat temu, dla wygody, B zamontował bramę automatyczną. Nie trzeba co chwila wchodzić i wychodzić z samochodu, zwłaszcza, że w ciągu dnia on i jego żona często gdzieś jeżdżą. Jednak ostatnio zaczęło brakować im pilotów do bramy. B z żoną mają dwójkę dzieci, bliźniaki, które ostatnio zrobiły prawo jazdy, a że B mógł sobie na to pozwolić, to na 18 urodziny dzieciaki dostały po samochodzie.

Piloty do bramy dwa, a kierowców czterech, więc (w piątek) telefon do firmy, która bramę montowała. Mówią, że przyjadą w poniedziałek, bo wcześniej nie mają kiedy. Wiadomo, weekend, więc jakoś te kilka dni dadzą radę.

W poniedziałek nikt nie przyjeżdża. Telefon - przyjadą w środę. B nie drąży, tylko się zgadza. Taki typ człowieka, niestety miękkie serce i miękka d*pa. W środę to samo, ale mówią, że będą w poniedziałek. Brak pilotów, trochę irytujący, więc B pojechał do znajomego elektryka (wcześniej nie wpadł, żeby zrobić to od razu), kupili 2 piloty i tego samego dnia wszystko było gotowe.

We wtorek(!) przyjechali. B mówi, że już nie trzeba, bo załatwił sobie piloty. Awantura, że jak tak można, że się umawiali. O tym, że przyjechali tydzień później, niż mieli przyjechać i o tym, że przyjechali dzień później niż ostatecznie się umawiali, nie wspomnieli.

Sami to oceńcie...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (Głosów: 214)

#78156

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność dnia codziennego.

Wracam po weekendzie od rodziców do siebie. Mieszkam na ósmym piętrze, wiec zazwyczaj jeżdżę windą.

Wchodzę do bloku, przy windzie czeka rodzina, 3 osoby. Chyba wprowadzili się jak mnie nie było, bo pierwszy raz ich widzę. Przywitałam się, odpowiedzieli, wydawali się mili.

Winda przyjechała i wyszła z niej para z wózkiem, więc żeby zrobić im miejsca przesunęłam się w stronę schodów (winda stoi w rogu, po jednej stronie jest ściana, a po drugiej stronie schody). W tym czasie rodzinka spakowała się do windy i odjechała. Może dla was to nie będzie bardzo piekielne, ale dla mnie, zmęczonej po podróży i myślącej tylko o tym, żeby się wreszcie umyć i przespać, było.

No bo co robi każdy, widząc, że ktoś jeszcze czeka na windę? Oczywiście wsiada i odjeżdża.

Dla wyjaśnienia:
1. Czekaliśmy na windę przez chwilę, więc raczej widać było, że ja też czekam, a nie po prostu sobie stoję.
2. Nie zdążyłam wcisnąć guzika, żeby przytrzymać windę na parterze, bo wsiadając, najwyraźniej nacisnęli przycisk zamykania drzwi, i zanim podeszłam już ruszyli.

sąsiedzi

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (Głosów: 225)

#78114

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, czy tylko ja przyciągam takich ludzi, czy może mnie prześladują.
Ogólnie nie jest to bardzo piekielne, ale strasznie mnie irytują takie osoby. Opiszę trzy przypadki, we wszystkich bohaterkami były jakieś przypadkowe starsze panie [sp].

1. Mama ma firmę cateringową. Akurat przygotowywała kotlety, jak zabrakło jej bułki tartej, byłam wtedy na mieście, więc podjechałam do jednego z marketów. Zabrakło koszyków, a wózka nie chciało mi się ciągnąć po 5 torebek bułki, więc je zagarnęłam i idę do kasy. Stanęła za mną starsza pani, z pozoru normalna kobitka, ale chyba brakowało jej kontaktów, albo wścibstwo wzięło górę.

sp: Ooo... A co to tam pani do brzuszka przytula? (wtf? nie wiem, czemu takie zdrobnienie, które zazwyczaj kieruje się do dzieci, albo ciężarnych, dodam, że ani nie jestem w ciąży, ani nie mam zaokrąglonego brzucha, który wyglądałby na ciążowy).
ja: Bułka tarta (myślałam, że to ją usatysfakcjonuje, i nie chciałam być nie miła, czy coś).
sp: A to aż tyle? A po co?
ja: To dla mamy. Chciała to kupuję.
sp: No nie wiem, nie wiem...

Też nie wiem, o co jej chodziło, ale na szczęście akurat kasjerka skończyła mnie kasować, więc szybko zapłaciłam i się ulotniłam.

2. Mama miała imieniny. Mamy w domu taką "zasadę", że na imieniny kupujemy jakiś alkohol (dla mamy akurat zawsze jakiś likier typu Baileys i wzmacniane wino czerwone) a nie jakieś duże prezenty. Akurat się złożyło, że tata musiał wyjechać dzień przed i nie miał kiedy mamie kupić prezentu, w takich wypadkach ja kupuję prezent od niego i od siebie.
Idę do marketu, mają duży wybór, ładuję dwie butelki do koszyka, do tego torebki (więc było widać, że to na prezent). Za plecami słyszę:

sp: Boże... taka młoda, a już w alkohol popadła. Jak tak można.

Nie chciało mi się tego nawet komentować. Odeszłam do kasy kręcąc głową, ale z tyłu słyszałam, jak jeszcze powtarza coś w tym temacie do męża.

3. Miałam odebrać paczkę (też dla mamy, może to jednak jej wina, czy jakieś fatum :P). Musiałam zapłacić gotówką, a że cena dość duża, musiałam jechać do bankomatu. W tym banku maszyny są na zewnątrz, przed wejściem, ale nie przy samym chodniku. Bankomat wysuwa już pieniądze, gdy słyszę za sobą:

sp: Ło matko! Tyle piniendzy na raz wybiera (akcent zachowany). A na co tyle pani? Okradną jeszcze i będzie!
ja: Przepraszam, ale to chyba nie jest pani sprawa (no po prostu nie mogłam już tego nie skomentować).

sp spojrzała się na mnie krzywo i coś tam jeszcze sapnęła, jak odchodziłam.

Czy tylko ja mam takie sytuację? Może to nie być piekielne, ale naprawdę dla mnie to jest mega irytujące.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (Głosów: 226)

#76860

(PW) ·
| Do ulubionych
Z racji ferii postanowiłam zabrać synów kuzynki (8 i 6 lat) na plac zabaw. Chodzi o taki duży, który znajduje się w środku. Wiecie, baseny z piłkami, zjeżdżalnie, różne przeszkody itd.

Ten konkretny park jest znany z tego, że kilka lat temu zdarzył się tam wypadek. Konstrukcja się zarwała i dwie kobiety spadły z trzech metrów, mężczyźnie udało się jakoś przytrzymać. Pewnie zaraz powiecie, że konstrukcja w takim miejscu powinna być wytrzymała i wytrzymać nawet taki ciężar. Ale już nawet o tamto zdarzenie mi nie chodzi.
Przy wejściu na każdą z atrakcji jest tabliczka, która mówi, o tym kto może wejść (wiek, masa itd.). Pilnując moich dzieciaków zauważyłam kilka piekielności.

1) Dorośli. Wszędzie, na każdej atrakcji dorośli. Pomimo tego, co kiedyś się tam stało i znaków dookoła. Pilnują swoich dzieci, na oko 6-8 letnich, które na prawdę widać, że chcą się pobawić same, a rodzice chodzą za nimi, a niektórych nawet trzymają, żeby się nie oddaliło. Sporo z nich bawiło się np. na zjeżdżalniach, które pod ich ciężarem zaczynały się trząść.

2) Małe dzieci. Nie chodzi o takich 3-4 latków. Będąc tam zauważyłam przynajmniej 2 osoby, które spacerowały sobie na platformie kilka metrów nad ziemią otoczenia biegającymi dzieciakami, prowadząc za rączkę ok. roczne maluchy, które ledwo jeszcze chodziły. Kto zabiera takie maluszki w takie miejsca? Zwłaszcza, że na dole znajduje się specjalna strefa dla takich dzieci. Na górze są ciasne przejścia, otoczone siatką. Bardzo łatwo, żeby taki malec został przewrócony przez przebiegające dziecko, albo gorzej, zepchnięte niżej w przejściach.

3) Smartfony. Czy naprawdę idąc w takie miejsce nie można zostawić swojego telefonu rodzicom? Właśnie, chodzi o dzieci, które dzierżą w rękach swoje smartfony. Nie mogą się porządnie przytrzymać na przeszkodach, bo jedna łapka zajęta. A potem płacz na recepcji, bo gdzieś zginął telefon i najlepiej teraz zamknąć cały park i poszukać.

Może to nie jest bardzo piekielne dla wszystkich, ale na prawdę, siedząc tam się zastanawiałam, dlaczego obsługa kręcąca się po obiekcie nie może zwrócić uwagi na bezpieczeństwo swoich klientów.

Loopys world

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (Głosów: 228)

#76682

(PW) ·
| Do ulubionych
Może to nie jest piekielne jakoś bardzo i dla Wszystkich, ale...

Czy tylko mnie wk***ia, bo denerwuje to za mało powiedziane, to żebranie o lajki i komentarze na Facebooku?! Wiecie chodzi o te chellenge "jak uzbieram ileś lajków pod tym screenem tej rozmowy to pocałujecie mnie w d*pę". Dostałam dzisiaj dosłownie 30 (!), wiadomości o lajka i komentarz, od paru osób nawet sms. Nawet zrozumiem ludzi, którzy proszą w zamian za to o danie zabawek na dom dziecka, czy jakieś rzeczy dla schroniska dla zwierząt, bo z tego można by nawet wymyśleć jakąś akcję charytatywną, ale to co ludzie teraz tam robią to jest chore!

Facebook chellenge

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (Głosów: 303)
zarchiwizowany

#76114

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Krótka historia o nietolerancji Polaków do obywateli innych krajów, szczególnie muzułmańskich.

Jedno z większych nadmorskich miast. Pierwsze dni listopada, więc już chłodno. Najkrótsza droga z pracy do domu prowadzi chodnikiem obok morza, więc jeszcze chłodniej i do tego wietrznie. Z racji, że zapomniałam czapki, a rozchorować się nie chciałam, postanowiłam użyć mojego szalika/chusty. Owinęłam sobie głowę i szyję, widać było tylko twarz. Przez około kilometr drogi nawet nie zliczyłam, ile zauważyłam krzywych spojrzeń. Ludzie, którzy mnie zauważyli zaczynali szeptać coś do swoich towarzyszy. Było nawet parę osób, które niby do kogoś, ale tak, żebym usłyszała mówiły rzeczy o brudasach, których nie powinno się wpuszczać do Polski, albo zastanawiali się, czy zaraz nie wysadzę się w powietrze.
Oczywiście byli też tacy, którzy w ogóle nie zwracali na mnie uwagi, jednak przynajmniej połowa, to ludzie, o których pisałam wyżej.

Naprawdę, ludzie pomyślcie zanim zaczniecie coś komentować, a takie uwagi zachowajcie dla siebie.

nietolerancja

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -8 (Głosów: 30)
zarchiwizowany

#75642

(PW) ·
| było | Do ulubionych
UPC
Nie wiem, czy to ja po prostu trafiłam na taki oddział tej firmy, czy to jest u nich standard.

30.09 Przeprowadziłam się. Od razu zadzwoniłam do owej firmy, żeby umówić wizytę i podłączenie telewizji. Oni (niestety) obsługują mój blok.

05.10 Pan przyszedł, popatrzył i stwierdził, że musi wiercić w rynience do mieszkania, ale do tego potrzebny jest właściciel. No ok. akurat w sobotę mój tata przyjeżdżał do miasta (mieszkanie jest 350km od miasta, w którym mieszkają z mamą).

08.10 Pan przyszedł znowu, ale tym razem jeszcze zajrzał do rynienki z drugiej strony. Okazało się, że ktoś z UPC odciął kawałek kabla idący do skrzynki. ALE. W moim bloku jest tak, że na każdym piętrze są dwa korytarzyki, przez które wchodzi się do mieszkań. Oczywiście rynienka i skrzynka są po różnych stronach drzwi prowadzących do owego korytarzyka. Żeby wywiercić otwór na nowy kabel potrzebna jest zgoda spółdzielni. No okej. UPC występuje o zgodę, klient nie musi się o nic martwić i jest super. Chciałabym...

11.10 Z UPC dzwoni Pani. Pyta się (w jej głosie słychać wręcz pretensje), dlaczego jeszcze nie mamy podłączonej telewizji. Nie pytajcie o to, bo na prawdę nie wiem o co chodziło.

17.10 Zniecierpliwiona czekaniem dzwonię do nich, czy zdobyli już zgodę spółdzielni. Pan powiedział, że przyjdą dzisiaj (21.10). Fajnie, że wcześniej ktoś od nich zadzwonił i się umówił.

21.10 Wreszcie, już myślę, że w końcu będę mogła sobie coś obejrzeć. Przychodzi Pan ze skrzyneczką i w ogóle (o dziwo nawet nie potrzebuje do tego właściciela). Patrzy na te rynienki, na kable i... mówi, że nie może tego zrobić, bo nie ma pozwolenia od spółdzielni na wiercenie w ścianie bloku.

No KU**A MAĆ!

Dzisiaj dostałam wiadomość z innej firmy zajmującej się telewizją, że rozpoczęli podłączanie telewizji w moim bloku. Zobaczymy, co z tego będzie...

UPC

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 63 (Głosów: 105)

#75311

(PW) ·
| Do ulubionych
Uroki programu 500+...

1 )Moja mama chciała zatrudnić kogoś na kasę do baru mlecznego. Ogłoszenia wywieszone, umieszczone w gazetach, w PUPie itd. Czeka, czeka i nic. Po rozmowie ze swoją znajomą, pracującą w urzędzie dowiaduje się, że oczywiście osób brak z powodu tego oto programu.

2) Telefon od jednego z dostawców, że w tym tygodniu dostawa się opóźni, ponieważ mają za mało pracowników. Czemu? Bo się pozwalniali, żeby dostać 500+ też na pierwsze dziecko. Tak, ludzie wolą dostać 1500 zł (mając trójkę dzieci) i leżeć całymi dniami do góry d**ą, niż mieć przez miesiąc 3000 - zarobić 2000 i 1000 na dwójkę dzieci.

3) Znajomy ma sad, w zeszłym roku podczas zbiorów nie mógł się opędzić od ludzi chętnych do pracy, a w tym? 1/5 osób ile było rok temu. Zadzwonił do kilku osób, które rok temu mówiły, że w tym też chciałyby przyjść. Najczęstsza odpowiedź? Nie dziękuję, ja mam 500+ to mi się nie opłaca.

4) Moja daleka rodzina to patologia. 7 dzieci, matka nie pracuje, ojciec czasami coś złapie. Po pierwszych pieniądzach z programu, przez tydzień żadne z nich nie było trzeźwe, nawet przez chwilę. Nie mam pojęcia, jakim cudem nikt jeszcze nie odebrał im dzieci.

I ostatnio smaczek, o którym zapewne wielu z was ostatnio usłyszało. Wysoko oprocentowana lokata na pieniądze z programu. Tak, tylko dla tych, którzy mają pieniądze z 500+.
Uczciwie zarabiający ludzie nie mogą założyć takiej lokaty na przyszłość dla swoich dzieci, bo mają ich za mało, albo za dużo zarabiają.

Ten kraj, a raczej ludzie nim rządzący to jedna, wielka porażka.

500+

Skomentuj (139) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 310 (Głosów: 488)

#74990

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, że nie każdy żul proszący o jedzenie (nie o pieniądze) jest biednym bezdomnym, któremu marzy się posiłek, nawet najskromniejszy.

Moja mam prowadzi bar mleczny w centrum miasta. Niestety równolegle do ulicy, na której się znajduje, biegnie inna, dość nieciekawa ulica, przy której swoje siedziby mają właśnie owi menele. Z tego co wiem, większość domów tam jest pusta, a oni tam przesiadują. Ale do rzeczy.
Pewnego dnia do baru mamy przyszedł taki jegomość, którego było czuć jeszcze zanim wszedł. Chociaż raczej od brudu niż alkoholu. Poprosił o jakiś obiad, czy nawet resztki, a że mama ma dobre serce to dała mu zupy i chleba. Poprosił jeszcze, czy nie ma jakiś ogórków kiszonych, a że miała to dała kilka. To już powinno ją zastanowić. Mama myślała, że po prostu sobie usiądzie przy stoliku na zewnątrz (na szczęście nie było klientów, bo gdyby go poczuli to by wyszli). Dała mu ten obiad, on wziął jednorazowe łyżki (myślała, że może chce się podzielić z jakimiś "znajomymi") i wyszedł.
Rozsiadł się na schodach przed wejściem, zeszło się kilku innych i oczywiście wyjęli z torby wódkę i raczyli się trunkiem, popijając zupą i zagryzając chlebem i ogórkami (wiadomo, po co mu były).

Skutecznie odstraszali klientów. Widząc, co robią, mama szybko wyszła, żeby ich przegonić, ale niewiele to dało. Pewnie słyszeliście ich gadki typu "kupiłem to mam prawo to zjeść w lokalu" itp. Na szczęście przyszedł stały klient, były policjant, który skutecznie sobie z nimi poradził. Jest nauczka na przyszłość.

Jeszcze mały smaczek:
Jakiś czas później przyszedł inny, tez prosząc o obiad. Mama powiedziała, że da mu, ale nie za darmo. Ma wypielić, a raczej po prostu wyrwać chwasty, które rosły przy schodach wejściowych.
Odpowiedź pana żula?
"A pi***ol się"!

Także uważajcie nawet na tych, którzy niewinnie proszą o coś do jedzenia.

Żule

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (Głosów: 213)