Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Bonia

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2016 - 16:36
Ostatnio: 9 listopada 2017 - 13:19
  • Historii na głównej: 21 z 33
  • Punktów za historie: 4081
  • Komentarzy: 24
  • Punktów za komentarze: 67
 
zarchiwizowany

#80650

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może i byłam tutaj piekielna, ale następnym razem zrobię to samo.

Musiałam podjechać na dworzec. Niestety był to dzień roboczy, więc samochodów sporo. Chciałam podjechać na parking, który znajduje się najdalej od dworca. Jednak dojazd tam jest trochę utrudniony.

Dość wąska uliczka, po obu jej stronach równolegle zaparkowane samochody, w jednym miejscu wjazd na parking, na końcu uliczki kolejny parking.

Sytuacja właściwa. Chciałam podjechać na parking który znajduje się na końcu uliczki. Byłam w połowie, gdy z jednego z miejsc równoległych przy ulicy wyjechał samochód. Ja stanęłam, on stanął i tak razem się gapimy na siebie. Minąć się nie da, bo za wąsko. On na mnie miga długimi i trąbi, żebym cofała. Ja nie zamierzam, bo po pierwsze, nienawidzę cofać w takich miejscach (mnóstwo ludzi, łatwo wjechać w coś lub kogoś, poza tym nie moja wina, że wyjechał pomimo, że ja jechałam), po drugie facet mnie widział i nie mam pojęcia, czemu wolał wyjechać i zatamować drogę zamiast poczekać kilka sekund, aż przejadę. Najwyraźniej nie mógł również cofnąć kawałek na swoje miejsce parkingowe.

Jako babsko wredne postanowiłam wykręcić w tej wąskiej uliczce (stojąc przez chwilę naprzeciwko tego faceta, zauważyłam, że na parkingu na który jechałam i tak nie ma miejsc, więc bez sensu tam jechać). A że, jak wyżej wspomniałam uliczka wąska, a mój samochód długi (kombi), to zajęło mi to kilka minut, facet cały czas stał, trąbił i wymachiwał łapami, jakby odprawiał jakieś czary, mające na celu usunięcie mojego samochodu.

Na szczęście nikt inny nie jechał, więc nie zablokowałam nikogo "niewinnego".

kierowcy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (26)

#80493

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #80414 o psicy i przechodzących przez płot yorkach przypomniała mi jedną historię moich rodziców. Wydarzyła się jakiś czas temu, gdy miałam 10/11 lat.

Mieszkaliśmy w domu jednorodzinnym. Po obu stronach sąsiedzi. My mieliśmy psa. Duże bydlę, coś jakby mieszanka doga niemieckiego i boksera, ale przekochane. Uwielbiał zabawę z innymi psami. Zwłaszcza z psem sąsiadów, który często do nas przyłaził.

Był to mały pies, jak york. Mieścił się w każdą dziurę, a jak żadnej nie było w płocie, to robił sobie własną. Często też łaził po całej okolicy, a trzeba dodać, że mieszkaliśmy przy dość ruchliwej ulicy. I o ile psy się lubiły, o tyle moi rodzice i sąsiedzi, właściciele psa, już nie za bardzo.

Rodzicom nie przeszkadzało to, że pies do nas przyłaził, ale jego właścicielom przeszkadzało to, że mamy duże szpary w bramie (była z takich prętów, pomiędzy którymi były dość szerokie przerwy, na tyle szerokie, żeby zmieścił się pies). Co chwilę sąsiedzi przyłazili do rodziców, żeby jakoś zastawili te szpary siatką czy drutem. Rodzice nie chcieli, no bo, wiadomo, to nie ich pies, nam było to niepotrzebne. Tata powiedział, że jak chcą, to mogą sobie sami to zrobić na naszej bramie, a jak nie, to niech bardziej pilnują psa. Oczywiście postanowili nie robić ani jednego, ani drugiego.

Pewnie łatwo się domyślić, że pewnego dnia pies został rozjechany przez samochód, a że był to pies wielkości małego kota, to dużo z niego nie zostało. Sąsiedzi od razu zaczęli awanturę, że to wina moich rodziców, zadzwonili na policję i kazali odkupić psa (który zresztą był za darmo, bo dostali go od drugich sąsiadów, którym oszczenił się kundelek, więc i tak raczej by ich nie sprzedali).

Policjanci kazali tylko popukać im się w głowę i odjechali. Nakaz odkupienia psa rodzice zignorowali.

Sami oceńcie, kto był piekielny. Moi rodzice, którzy nie zabezpieczyli odpowiednio bramy, żeby pies sąsiadów od nas nie uciekł, czy ludzie, którzy wiedząc, że ich pies znajdzie każdą szparę, żeby uciec, nic z tym nie robią?

Sąsiedzi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (90)

#80446

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze byłam dobra w angielskim, łatwo mi wchodził do głowy, nigdy nie miałam oporów przed rozmawianiem w tym języku, gdy byłam za granicą.

Z racji, że byłam najstarszym dzieckiem w rodzinie, to często ciotki czy inni prosili mnie, żebym pomogła młodszym kuzynom i ich uczyła. Relacje z rodziną zawsze miałam dobre, więc czemu nie, zwłaszcza, że wiem, że zawsze mogę zwrócić się do nich z jakąś prośbą.

Kilkoro dzięki mnie dostało czerwony pasek, bo brakowało im jednej oceny, kilkoro w ogóle zdało. Ale nagle trafiła się ona...
Córki mojej cioci. Rok młodsza ode mnie, ale o mentalności zupełnie odmiennej niż reszta rodziny. W sumie nawet nie wiem, po kim ona ma charakter. Ciotka i wuj starali się ją wychować normalnie. Jej brat jest ogarnięty, a ona? Co chwila imprezy, chłopaki... Od razu wiedziałam, że będzie problem, ale podjęłam się.

Uczyłam ją wtedy samych podstaw (czasy present simple i continuous, kiedy a i an i tego typu rzeczy). Miała 14 lat i serio nie wiem, jak wcześniej zdawała, znaczy 2 razy nie zdała, bo była w 6 klasie i miała bardzo pobłażliwych nauczycieli, ale przyszedł czas egzaminu na koniec i trzeba było się w końcu czegoś nauczyć.

Można powiedzieć, że uczyłam ją po prostu jak, brzydko mówiąc, debila. Wszystko rozpisane, robiąc zadanie wystarczy przestawić 2 wyrazy, ale jej nie wychodzi. Czemu? Bo zamiast chociaż odrobinę próbować, to gada mi na jakiej imprezie była ostatnio (nie pytajcie, bo nie wiem, czemu ciotka na to pozwalała. Sama, chociaż byłam niewiele starsza od kuzynki, mówiłam jej, żeby jakoś ją ogarnęła, ograniczyła wyjścia, ale o ile wiem, to nic się nie poprawiło).

Po pierwszych zajęciach powiedziałam cioci to, co napisałam w nawiasie. Powiedziała, że porozmawia z kuzynką. Następne zajęcia to samo. Powiedziałam, żeby więcej nie przychodziło, bo to nie ma sensu, tylko ja tracę godzinę z życia. Ciotka rozumie, kuzynka płacze, że ona nie zda i co wtedy, wuj oburzony. Dałam jej ostatnią szansę. Za trzecim razem to samo. Definitywnie skończyłam zajęcia z nią. Ciotka nadal rozumiała, kuzynka obrażona, a wuj rozpowiada po rodzinie, że ze mnie dupa nie nauczyciel, skoro nie potrafię jej ogarnąć, żeby zabrała się za naukę.

Na szczęście praktycznie cała rodzina, oprócz ciotki wujka, stanęła w mojej obronie, bo wiedzą jaka trudna jest kuzynka.

Było to kilka lat temu. Dzisiaj kuzynka ma 19 lat i dwójkę dzieci, nie mam pojęcia, czy skończyła jakąś szkołę. Szkoda mi tylko cioci, która naprawdę chciała, żeby kuzynce coś wyszło w życiu.

PS. Wiem, że ciocia próbowała jej ograniczać wyjścia, czy stosować inne metody, ale nic nie wychodziło. Kuzynka tylko się obrażała i siedziała w swoim pokoju.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (89)

#80156

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia PluszaQ o Januszu biznesu przypomniała mi historię opowiedzianą przez moją siostrę, sprzed kilku miesięcy.

Siostra pracuje w firmie budowlanej. Na jakimś rodzinnym spotkaniu brat jej teścia powiedział, że postanowił otworzyć swoją własną firmę budowlaną i chciałby zatrudnić moją siostrę, bo ta zna branżę i mogłaby mu pomóc. Wykonywałaby jakieś tam prace, jak kładzenie płytek, czy inne takie rzeczy. Siostra się "uparcie" nie zgadza, bo w jej firmie ma już dobrą pensję, do tego jest pewna, że ma stabilną posadę i tak dalej. Gościu cały czas przy swoim, że zapewni jej równie dobre pieniądze. Niby super i w ogóle.

Ale... facet za nic nie chciał lub nie mógł zrozumieć, że siostra pracuje w tej firmie jako księgowa i ani odrobinę nie zna się na budowaniu domów. Obecnie trwa obraza majestatu. Na szczęście to nie jest jakaś bliska rodzina z którą wypada utrzymywać kontakt.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (135)
zarchiwizowany

#80155

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Było ostatnio kilka historii o zbyt wolnej jeździe samochodem. Również uważam, że zbyt wolna jazda jest często niebezpieczna.
Do rzeczy.
Jadę ostatnio autostradą. Ruch spory bo piątek po południu, a kierunek nad morze. Były to jeszcze wakacje, więc sporo osób ma urlop. No i tak jadę spokojnie wyprzedzając i zjeżdżając szybszym ode mnie. W pewnym momencie zator. Pomyślicie, ciężarówki się wyprzedzają. Otóż nie. Jakoś kretyn jechał autostradą 70km/h. Ludzie ostro hamują, nie wiedząc, co się dzieje. Cudem nikt w nikogo nie wjechał...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (48)

#79818

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia mojej przyjaciółki M, dodana za jej zgodą. Sytuacja sama w sobie raczej śmieszna, ale osoby w niej występujące już nie.

M odziedziczyła kilka lat temu dużą działkę, a w zeszłym roku razem z mężem zaczęli się budować. Postanowili, że skoro i tak biorą kredyt, to już zrobią dom i całą działkę porządnie, żeby nie bawić się z tym wszystkim przez kilka lat.

I tak najpierw wykończyli spory dom, potem wyłożyli kostkę. Zostały tylko rośliny. Z racji, że ogród ogromny i chcieli, żeby wyglądał ładnie, to zatrudnili kogoś, żeby zaprojektował jak rozłożyć rośliny i tak dalej.

Wszystko załatwione, ścieżki, jakieś altanki i inne pierdoły na ogrodzie skończone, zostały do zasadzenia rośliny. Było ich sporo, przywieziono wszystkie na raz i ustawiono na podwórzu w rzędach tych samych roślin. Wiecie, tutaj rząd tuj, obok rząd róż i tak dalej. Prawie całe podwórze pozastawiane doniczkami, workami z ziemią, taczkami i innymi ogrodniczymi narzędziami. To wszystko do złudzenia przypominało sklep ogrodniczy. No właśnie...

Tego dnia nocowałam u M. Rano wstałyśmy, jakoś tak się złożyło, że o tej samej godzinie, i od razu do kuchni robić kawę. Odsłaniam rolety a tam ktoś przestawia doniczki. Myślę, że pewnie ogrodnicy przyjechali kończyć robotę, ale M zdziwiona mówi, że powinni być dopiero za około godzinę.
Wychodzimy, a tam jakieś małżeństwo na oko 50-cio letnie (nie widziałam tego z okna), przebiera w doniczkach.

My tak stajemy, a oni grzecznie się witają i... mówią, że poproszą o te rośliny odłożone i jeszcze się rozejrzą za jakąś łopatą.. M na to, że nie wie, o co chodzi, i co oni w ogóle robią z jej roślinami? Oni na to, że przecież prowadzimy sklep ogrodniczy.

Nie dali sobie przetłumaczyć, że nikt tu nic nie sprzedaje i cały czas ciągnęli, że kto normalny ma na podwórku tyle roślin i oni żądają (tutaj już ich wyśmiałam prosto w twarz), żeby sprzedać im te rośliny, bo mają one metki z cenami, więc są na sprzedaż. Absolutnie nic nie dało się im przetłumaczyć. Dopiero mąż M wyszedł (chłop ma naprawdę mocny sen i niski poziom tolerancji na głupotę) i wytłumaczył im krótko, że weszli na teren prywatny i jeśli nie wyjdą, zadzwoni na policję.

Oni już oburzenie na twarzach i niby już wychodzili, ale jeszcze w drodze do bramy odgrażali się, że oni tu wrócą z policją.

Niestety nie wrócili, bo naprawdę byłam ciekawa co się stanie.

Ale jak w ogóle można wejść komuś na podwórze, gdzie furtka była zamknięta na haczyk, z resztą nie widać go od ulicy, więc musieli się trochę natrudzić, żeby wejść i jeszcze kłócić się z właścicielami, żeby sprzedali im coś ze swojego ogrodu?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (170)

#79684

(PW) ·
| Do ulubionych
To mnie dzisiaj po prostu rozwaliło...

Jadę sobie samochodem po drodze z pierwszeństwem. Na szczęście byłam na łuku, więc jechałam wolniej. Pod koniec tego łuku dojeżdża do tej drogi inna, ale pod takim kątem, że pomimo braku znaku stop, jest tylko o ustąpieniu pierwszeństwa, wszyscy tam się zatrzymują, bo po prostu nie ma możliwości, żeby wyjeżdżając zauważyć, czy coś jedzie. Pomiędzy tymi drogami rosną takie krzaki, że trzeba powoli wychylać się, żeby zobaczyć, czy można jechać.

Do rzeczy. Jadę po tym nieszczęsnym łuku, gdy nagle z tej drogi wyjeżdża samochód. Nawet nie zwolnił, zbliżając się do mojej drogi. Nie miałam już możliwości wyhamować, więc solidnie obtarłam swój bok o tamten samochód. Zjechaliśmy na bok, z tamtego auta wychodzi kobieta i od razu drze mordę, niestety inaczej nie da się tego nazwać. Z tej całej paplaniny nic nie da się zrozumieć, więc na spokojnie dzwonię na policję. Dodatkowo, na szczęście miałam kamerę, chociaż nawet bez niej po śladach na samochodach było praktycznie oczywiste co się stało.

Policjanci próbują wytłumaczyć kobiecie, że to ewidentnie jest jej wina. Ona dalej swoje. Chyba skończyły jej się argumenty. Wiecie, co powiedziała? Uwaga... "Ale ja jestem w ciąży, więc ona powinna mi była ustąpić".

Ja usilnie próbowałam powstrzymać śmiech, policjanci też. Jeszcze kilka razy dobitnie jej mówili, że to jej wina. W końcu dała za wygraną i łaskawie przyjęła mandat.

A mnie tak zastanawia. Jestem w ciąży, więc mogę jeździć jak idiotka i narażać innych?

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (162)

#79251

(PW) ·
| Do ulubionych
Musiałam się dzisiaj wybrać pociągiem do Warszawy i zebrało się przy okazji kilka małych piekielności... Będzie chronologicznie.

1. Pierwsza zdarzyła się już na dworcu.

W moim mieście, przed wejściem do pociągu. Koło dworca jest parking w kształcie litery H, z czego pionowe to takie dróżki z parkingiem po bokach, a pozioma to przejazd między obiema dróżkami. Co ważne, wjazd i wyjazd są tylko w lewej części. Chcę zaparkować, lewa część już pełna, za to prawa niemal pusta. Nagle dowiaduję się, czemu. Jakiś inteligentny kierowca zaparkował w tym przejeździe (który ma szerokość jednego samochodu). Ominąć się go nie dało, bo cały parking jest równiutko obrośnięty żywopłotem. Nie miałam czasu na telefony na policję czy straż miejską, ale mam nadzieję, że ktoś to jakoś załatwił. Na szczęście w pobliżu jest jeszcze kilka parkingów.

2. Już w Warszawie.

Taksówki. Szeroki wybór różnych firm. Podeszłam do kilku. On nie pojedzie, bo za blisko i mu się nie opłaca. Nie miałam jak sprawdzić, gdzie w ogóle jest miejsce, do którego chce się dostać (miałam telefon starego typu przy sobie), miałam tylko adres. Wiem, mogłam sprawdzić w domu, gdzie jest miejsce, do którego mam się udać, ale myślałam, że mając adres i tyle taksówek dookoła załatwię sprawę. No i du... Znaczy Uber.

3. Na miejscu, żeby wejść do sali, każdy był sprawdzany wykrywaczem metali.

Na pierwszym miejscu był pan wschodniej urody. No i się zaczęło o rasizmie i o tym, że od razu myślą, że terrorysta. Oczywiście każdy był sprawdzany, nawet zakonnica, ale panu i tak nie pasowało to, że go sprawdzali.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (153)

#78998

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #78890 o ukraińskich studentach przypomniała mi podobną historię mojej siostry.

Będąc na studiach, miała w grupie 5 Ukraińców, 3 Azjatów (nie pamiętam, jakiej byli narodowości) i 12 Polaków.

O ile większość zagranicznych studentów była normalna, to jeden Ukrainiec i jeden Azjata praktycznie zawsze wykłócali się o to, że powinni mieć łatwiej albo powinni mieć inaczej oceniane kolokwia, egzaminy sesyjne, bo oni są w innym kraju i nie znają dobrze języka.

Absurd sam w sobie, prawda? Przyjeżdżają, to niech się dostosują.

Ale. Moja siostra studiowała w języku angielskim. Wszystkie zajęcia były prowadzone w tym języku. Nikt nic nie mówił po polsku, więc dla każdego studenta, czy to z Polski czy z zagranicy, język był "obcy" w takim samym stopniu.

Niestety biedni studenci jakoś nie mogli tego pojąć i przez trzy lata (na magisterkę już się nie zdecydowali) za każdym razem była ta sama śpiewka, że oni powinni się uczyć i być oceniani na innych warunkach...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (176)
zarchiwizowany

#79095

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może dość piekielne, ale nie wiem, czy legalne (gdyby ktoś z czytających wiedział, czy tak można, to proszę pisać).

Skończyłam kolejny rok studiów i z racji wolnego postanowiłam pomóc cioci w sklepie, w centrum miasta. Ogólny zarys miejsca:

Sklep stoi przy chodniku. Po drugiej stronie chodnika, przy ulicy jest parking. Przy sklepie jest podwórze w kształcie litery L, tylko odwróconej o 45° w prawo, ogrodzone z bramą.

Zaraz na lewo od bramy, ale po stronie podwórza jest trochę miejsca, mniej więcej na jeden samochód osobowy.

I tu się zaczyna. Gdy na parkingu przed sklepem nie ma miejsca, ludzie wjeżdżają I stają w tym miejscu obok bramy. Nie byłoby problemu, gdyby byli to klienci sklepu cioci, stając tam na chwilę. Ale są to ludzie przyjeżdżający do innych sklepów albo na miasto. (Sklep cioci znajduje się na końcu długiego budynku, w którym jest jeszcze kilka innych sklepów, ale podwórko należy tylko do cioci). Stoją tak, że samochody z dostawami mają problem z wjechaniem, a przyjeżdżają dość często i w godzinach, gdzie zazwyczaj ktoś tam stoi. Mieszkamy w mniejszym mieście, i dostawy z np. Makro przyjeżdżają zazwyczaj koło południa.

Na nic zdawały się prośby, czy nawet tabliczki z zakazem wjazdu, albo telefony na straż miejską.

To był koniec piekielności ze strony ludzi. Teraz ze strony cioci. Właśnie tu nie wiemy czy to jest do końca legalne.

Ciocia na bramie wywiesiła tabliczkę "Parking płatny 50zł/godzina". Od tamtej pory samochodów wjeżdża mniej, ale ciągle są. Gdy ktoś wjeżdża i parkuje, ciocia wkłada mu za szybę kartkę z godziną o której wjechał, i ceną za parking. Np. "Godzina wjazdu 12. Cena za godzinę 50zł, płatne w sklepie XYZ". Zanim ktoś się przyczepi, że ciocia zauważa każdy samochód. Ona siedzi na zapleczu, w biurze, gdzie są monitory, jedna z kamer akurat "patrzy" na bramę i na to miejsce.

Gdy ktoś znajdzie karteczkę, przychodzi do sklepu i tłumaczy, że nie zauważył i tak dalej. Ciocia wtedy tłumaczy, że zrobiła to, żeby nie stawiać samochodu, wtedy ludzie rozumieją, ona nie bierze pieniędzy, ale powiedziała, że jeśli stanie tam ktoś, kto wie, to będzie brała pieniądze.

Czy tak wogole można?

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (75)