Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Candela

Zamieszcza historie od: 2 stycznia 2016 - 19:11
Ostatnio: 12 lipca 2018 - 9:25
  • Historii na głównej: 59 z 81
  • Punktów za historie: 16435
  • Komentarzy: 1438
  • Punktów za komentarze: 2687
 
poczekalnia

#82652

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja znajoma, Aga, szuka pracy.

Ogłoszenia ze śmieciówkami omija szerokim łukiem, chce pracować legalnie. Dziesiątki rozesłanych cefałek, na większość z nich brak jakiejkolwiek odpowiedzi w stylu "dziękujemy, CV dotarło". Znajoma ma spore doświadczenie w handlu, uwielbia kontakt z ludźmi i aktywną sprzedaż, więc celuje raczej w sklepy.

Podejście pierwsze:
- salon z firanami, wynagrodzenie: najniższa krajowa.
W ogłoszeniu, o ironio, jak byk stoi "nie bój się jeśli nie masz doświadczenia, wszystkiego cię nauczymy". Tak czy siak, Aga nie jest z tych, co się boją, doskonale wie, że nie od razu Rzym zbudowano, szybko się uczy nowych rzeczy, leci na rozmowę.

Pytania w stylu "czy wie pani o co pytać klienta? jak by się pani zachowała w takiej a takiej sytuacji?" - norma. Znajoma odpowiedziała spiewająco, potencjalna szefowa zachwycona, wybrała ją spośród szesnastu zainteresowanych.

Pierwszy i drugi dzień w pracy minęły raczej normalnie, gdyby pominąć fakt, że był tylko jeden (serio...) klient. Trzeciego dnia szefowa zaczęła zadawać Adze pytania w stylu "opisz pomieszczenie w stylu prowansalskim, jakie byś dobrała do niego zasłony?". Znajoma kopara w dół, mówi że nie wie, ale chętnie zapozna się z tematem, jeśli tylko szefowa poleci jej stosowną literaturę, linki...

Na drugi dzień została zwolniona, bo:
- nie umie rozmawiać z klientami (przypominam, że był jeden klient, którego obsługiwała szefowa i który kupił tylko taśmę do firan),
- nie zna się na krawiectwie,
- nie zna się na dekorowaniu wnętrz (przypominam, że szukali człowieka z łapanki, za najniższą krajową).

PS To byli wyjątkowi specjaliści od handlu, nie mieli szyldu informującego o sklepie, ani choćby godzin otwarcia na drzwiach. Ludzie nie mieli pojęcia, że tam znajduje się jakiś salon, co więcej: patrzyli na drzwi z niepewną miną i zamiast wejść - wycofywali się. Aga też idąc tam na rozmowę nie wiedziała, czy celuje w dobre miejsce, ogarnęła to dzięki street view. No ale trzeba się znać na tym co się robi. Podobno.

Podejście drugie:
- sklep rybny: najniższa krajowa, pół etatu.
Podobno szukali osoby na maxa zdecydowanej, bo im ludzie po dwóch dniach odchodzą. Aga była zdecydowana, nawet się ucieszyła, że to pół etatu. Zatrudniono ją. Co więcej, szefostwo zadowolone, że komplet ważnych badań, że doświadczenie, że w dniach próbnych dziewczyna śmigała i myślała w pracy.

Po paru dniach pracy Aga była przy układaniu grafiku i wyszło, że tzw. pół etatu to średnio sześć godzin dziennie od poniedziałku do piątku plus co druga sobota pracująca - dziesięć godzin. No ale to nic, tłumaczono jej że sytuacja wyjątkowa, zwolnienia, urlopy. Niemniej Aga podpytywała koleżanki, czy tak jest zawsze, czy rzeczywiście to teraz taki wyjątek (nie ukrywała, że chciałaby mieć w rzeczywistości taki sam stan rzeczy jak na umowie, o jedną godzinkę nie zamierzała się kłócić, ale sześć obowiązkowych nadgodzin w sobotę!?). Koleżanki oczywiście powiedziały, że no niestety, tak się tu pracuje.

Na drugi dzień ją zwolnili (telefonicznie), bo uznali że się waha, a oni szukają osoby konkretnej.

PS Osoba z najdłuższym stażem pracuje tam trzy lata, reszta po parę miesięcy. Przy wyrzucaniu ludzi za takie pierdoły typu zadawanie pytań o czas pracy, nie dziwię się że nie mogą znaleźć kogoś "konkretnego".

Tak wygląda ten rzekomy, wychwalany pod niebiosa rynek pracownika w pełnej krasie. Ale to moje okolice, może u Was jest inaczej.

praca

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (96)

#82175

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukając swojego miejsca na ziemi, załapałam się na sezon do lodziarni. Z pracą się pożegnałam z powodu doznanego (lekkiego, na szczęście) udaru cieplnego.

Historia będzie koleżanki, która wczoraj poszła w moje ślady.

Stawka to 11 zł/godz. + premia 50-70 zł do tygodniówki. Jeśli już ktoś straaasznie potrzebował umowę, to była to zleceniówka na 1000 zł, ale niechętnie przyznawana. Chorobowego, urlopu i takich tam zbędnych pie*dół - oczywiście brak. Ale jak na moje okolice, to przedsionek raju.

Premii oczywiście nie dostawało się za deszczową pogodę i nędzny utarg. Można było liczyć na dodatek tylko w przypadku wzmożonego ruchu. I to by był dobry system, gdyby rzeczywiście działał.

Jak zauważyliście, ostatnio mamy falę upałów. A teraz wyobraźcie sobie, co dzieje się w lodziarni, w centrum miasta, w pobliżu kościoła, w gorącą niedzielę niehandlową.

Piekło.

W tym miejscu wypada, bym opisała stanowisko pracy. Przyczepa (nie budka), bez bieżącej wody (turystyczny kran ze zlewem). Dwie maszyny (do lodów + granitor), dmuchające gorącym powietrzem do środka + lodówka + bemar z polewami, spełniający dodatkowo funkcję grzejnika. Pozytywnym aspektem tej koszmarnie wysokiej temperatury wewnątrz, były zawsze kruche wafle. Jeśli poczułaś ochotę na grzankę, wystarczyło, że wyjęłaś chleb z torebki. Otwarte okienko dla klientów i wiecznie otwarte drzwi w celu zrobienia przeciągu (albo przeciąg, albo piekarnik, wybierz mądrze). Tę przyczepę z pewnością projektował sadysta.

Koleżanka z góry wiedziała, że nie wytrzyma tam w niedzielę 11 godzin w upale (pamiętała mój wypadek, a jakże), więc poprosiła szefostwo o zmienniczkę.

Przy ładnej pogodzie do tej lodziarni ciągnie się jedna kolejka od 9:00 do 20:00. To, że się nie da zjeść kanapki nikogo pewnie nie zdziwi. Dużo gorszym problemem jest brak możliwości załatwienia potrzeby fizjologicznej. Teoretycznie zamykałyśmy budkę i chodziłyśmy żebrać o toaletę w okolicznych knajpach. W praktyce: nie da się zamknąć daszku-okienka lodziarni, gdy stoją pod nim klienci i nie wypuszczą cię do kibelka "bo im się należy lód tu i teraz".

Brak możliwości skorzystania z toalety wymusza dwa rozwiązania: nie picie, albo pampers. Z pampersa nikt nie korzystał, więc pozostaje opcja pierwsza. Już wiecie, skąd mój udar.

Koleżanka za sprawą wiecznych przeciągów chodziła do pracy z bolącym uchem. Przez brak możliwości skorzystania z toalety i zmiany kobiecych przyborów higienicznych, dorobiła się również problemów z podwoziem. Stawiała temu czoła, na prośbę szefostwa szkoliła pracowników, werbowała nowych, chodziła na zastępstwa, gdy ktoś inny się pochorował. Wieczne braki kadrowe odbijały się czkawką na pracujących już dziewczynach. A nadal nie ma tam chętnych do pracy.

Ale tę zmienniczkę udało się załatwić. Z innej budki (szefostwo ma ich kilka). No i przyszła... dziewczyna w ciąży. Nie muszę chyba mówić, jakiego wewnętrznego szału dostała koleżanka.

Ta bidulka w ciąży zadzwoniła potem do koleżanki, że ostatni raz się dała na coś takiego, że czuje się paskudnie. I przy okazji przekazała, jaki był utarg tego dnia.

Kochani. 200% normy. Rekord.

A koleżanka, cóż... Wróciła zajechana do domu, otworzyła kopertę z wypłatą i... popłakała się jak bóbr. Ani. Urwał. Jednej. Złotówki. Premii. To przelało czarę goryczy.

Co z tego, że niedziela. Co z tego, że nadgodziny. Co z tego, że jeszcze się nie doprosiła o umowę. Co z tego, że lody podrożały. Że szkoliła, werbowała, łaziła na zastępstwa? Upał, bajeczny utarg? Co z tego?

Wzięła do ręki telefon i napisała do szefostwa, że to nie są warunki do pracy, że albo podwyższą jej stawkę godzinową o 50%, albo do widzenia. Wiedziała, jaką odpowiedź dostanie, to w końcu Polska, tu mało kto da więcej niż minimum. Po prostu chciała odejść bez wyrzutów sumienia, że zostawia kogoś na lodzie. Znając jej głupotę, zostałaby tam i za te 15 zł/godz., gdyby chociaż próbowali o nią zawalczyć. Pracowała tam trzy sezony.

PS. Gdy koleżanka opowiadała mi wczoraj tę historię, ja grzecznie zmieniałam jej zimne okłady na czole.

Gdy dojdzie do siebie, składa CV do owada.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (159)

#82110

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasz szpital-legenda oferuje pacjentom nie tylko długi czas oczekiwania do specjalistów, ale również kwitnięcie w poczekalni średnio trzy godziny.

Dzieje się tak dlatego, że pan doktor przyjmuje danego dnia pomiędzy 10:00 a 13:00, na ten czas rejestruje się dziesięcioro ludzi i... wszystkich umawia się na godzinę 10:00. Jeżeli doktor nie zdąży ich przyjąć (przerwa co pół godziny), to ostatnim dwóm-trzem zarejestrowanym osobom wizyta przepada.

Na szczęście byłam w poczekalni już o 9:30, więc się załapałam. Czekałam dwie i pół godziny.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (109)
zarchiwizowany

#82006

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Achtung, historia porusza tematy kobiece.

Mam zamontowaną wkładkę wewnątrzmaciczną. Zabiegu dokonywał rzeźnik, który (sam będąc przerażony swoją fuszerką) zmotywował mnie nieświadomie do błagania na kolanach następnego gina, żeby dał mi narkozę, gdy spirala będzie wyciągana. Nigdy wcześniej nie bałam się badań, a teraz podczas głupiej cytologii wpadam w panikę, oblewa mnie zimny pot i proszę doktora o litość. Co się nasłucham przy tym docinek, to moje. Za poród naturalny już też podziękuję.

Ze spiralką u nieródki wiąże się cały wachlarz piekielności. Pierwszą z nich opisałam powyżej - stary lekarz - sadysta, który chyba nigdy nie słyszał o znieczuleniach (nieródki rozchylanie szyjki boli bardziej) i badaniach przed montażem antykoncepcyjnego sprzętu. Serio, żadnych badań przed. I nie - to nie ja od wujka google mam się dowiadywać jakie są procedury, tylko lekarz, któremu płacę niemałe pieniądze ma wiedzieć co robi i udzielić mi informacji.

Ale pana rzeźnika zostawmy, miło było, teraz przejdźmy do drugiej części.

Ginekolog nr 2 - dobry, kumaty, mądry, gadatliwy, delikatny... jak na księdza. Okej, naprawdę nie mam się do czego przyczepić w kwestii fachowej. Tylko te poglądy i... żarty.

Znalazłam się u niego przez powikłania po zabiegu. No i dostałam łatkę czarownicy, która nie wiadomo jak omamiła pierwszego gina, żeby założył spiralę nieródce. Tego się nie robi. Kobiety są od rodzenia! Pewnie nigdy już nie będę mogła mieć dzieci (tak sobie mnie straszył, a co).

Mimo wszystko, przełknęłam zniewagi i u pana zostałam na dłużej, bo jednak dobry fachowiec, pomógł mi.

Chodzi do niego też znajoma - Ania. Ania stara się o dziecko. Miałyśmy kiedyś to samo badanie krwi. Nakreślę różnicę w podejściu pana doktora do takich wyzwolonych kobiet jak ja i do starających się o dzidziusia.

W przypadku Ani:
- No to jeszcze pani wypiszę skierowanie na badanie, tutaj zaraz jest laboratorium, jak pani ode mnie wyjdzie, to niech pani tam pójdzie i zrobią na miejscu.
- Dzięki.

W moim przypadku:
- No tu trzeba będzie zrobić badanie. Ale to nie jest tak hop-siup. Ja pani wypiszę skierowanie, ono ma ważność jeden miesiąc. Przed badaniem nie wolno uprawiać seksu przez co najmniej tydzień...
- Chodzi o każdy rodzaj seksu, że tak zapytam?
- Proszę pani, pani nawet sutków nie powinna dotykać przez ten czas, nie podniecać się, najlepiej wysłać męża na urlop. I nie obżerać się. Dodatkowo być na czczo przynajmniej 14 godzin...
- O.o No dobrze, skoro tak trzeba.
- Oczywiście że trzeba, chyba że pani chce, żeby wyniki były przekłamane.
- No nie...

Cieszę się, że nie napomknął nic o czarnej kurze, czarnym kogucie i jajach bazyliszka.

Badania wtedy nie zrobiłam, bo nie zmieściłam się w miesiącu, zakazany owoc za bardzo wisiał nad głową - powszechnie wiadomo, że jak nie można, to się 666 razy bardziej chce. Zrobiłam dopiero po jakimś czasie, prywatnie, po tym jak pani pielęgniarka uświadomiła mi, że pan doktor nieładnie mnie wkręcał.

I jak tu mieć zaufanie do lekarzy...

W ten sposób wujek google zyskał u mnie najwyższy autorytet w dziedzinie medycyny.

ginekolodzy adult

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (118)

#72529

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako nastolatka, dorabiałam sobie w luksusowym ośrodku wypoczynkowym, na stanowisku przynieś-podaj-pozamiataj.

Dnia pewnego dostałam prikaz wypielenia dwustumetrowej, kamiennej ścieżki.

No nic, robię co mam robić, słoneczko przyjemnie parzy, ziemia taka miła w dotyku, przyjęta pozycja bardzo wygodna, lejący pot również wydaje się być bardzo kochany w porównaniu do teściowej szefa. Niech dane jej będzie na imię Helga.

Pół godziny spokojnie sobie popracowałam, po tym czasie pracowałam tak niespokojnie, że powinnam zażądać podwyżki. I to dwukrotnej.

Helga mi przyszła pozgrywać "ciocię dobrą radę".
- Boże, ale skwar... Jezu, dziecko, jaka ty jesteś blada, powinnaś się opalić, wyglądasz jak trup,
- Ale ci to wolno idzie,
- Co ty robisz? Gdzie masz rękawiczki? Spójrz na swoje ręce, KOBIETA POWINNA MIEĆ PAZNOKCIE! (dumnie zaprezentowała nieskalane pracą, czyste, białe dłonie i gustowny manicure na poznokciach),
- Słyszałam, że masz chłopaka, nie za młoda jesteś na amory? (miałam 17 lat),
- Wiesz co, ale ja nie mogę patrzeć na te twoje ręce, zaczekaj tu (nie no spoko, nigdzie się nie ruszam)
... przyniosła mi nóż do masła z komentarzem "użyj tego, będzie lepiej szło",
- Naprawdę ci to wolno idzie,
- Powinnaś kupić nowe buty,
- A mój kochany, cudowny wnuczek, to blablablabla...,

Trajkotała mi tak ponad godzinę, do czasu, gdy niechcący zostałam wybawiona przez szefa (zawołał ją na obiad).

Że też wielkiej pani się tak chciało stać tyle czasu nad pochylonym kocmołuchem. Dla smarkuli bez umalowanych paznokci był to przeogromny zaszczyt. Toć została mi poświęcona godzina życia prawdziwej damy na poziomie!

Jedyna myśl wtedy, to "dlaczego ja?"

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (262)
zarchiwizowany

#81895

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kiedy byłam mała, na poświęcenie pokarmów chodziło się do figurki Matki Boskiej lub spotykało się przy krzyżach, które stały w centrum niemalże każdej wioski. Ksiądz przyjeżdżał i święcił. Każdy swój koszyczek trzymał, społeczności malutkie, było zatem miejsce dla każdego.

Niestety, proboszcz ma już swoje lata i nie chce mu się jeździć do każdej wioski z osobna, są więc dwa święcenia w kościołach, w większych wsiach. Kościoły są malutkie, siłą rzeczy nie mieszczą w sobie takiej ilości ludzi. Święconka to krótkie spotkanie, na które wybierają się nie tylko gorliwi katolicy. Dlatego w tym dniu, w kościołach jest "ludzi jak mrówków".

Z tego powodu od niedawna przyjął sie u nas zwyczaj, by zostawiać koszyczki przed ołtarzem, a nadmiar "ludzisków" wylewa sie na zewnątrz.

Nie wiedziałam o tym, ponieważ na święconce w tym roku pojawiłam się po raz pierwszy od ohoho i to tylko na prośbę Mamy, która była za słaba na te zawody.

Niemniej, dość szybko połapałam sie w nowych zwyczajach (chwila obserwacji katolików), zrobiłam w pamięci zdjęcie koszyczka (z tym czerwonym jajkiem i hiacyntem jest mój) i wyszłam przed kościół, co by innym miejsce zrobić.

Stoję sobie, przypominam piekielne historie i zastanawiam się czy nikt mi nie gwizdnie haftowanej serwetki (niepotrzebny strach, wszystko było na miejscu :) ), gdy z zamyslenia wyrywa mnie nastepujący dialog:

Matka: Co ty tu robisz, gdzie masz koszyk!?
(na oko jedenastoletni) Syn: No, zostawiłem, jak wszyscy i wyszedłem.
Matka: Ale z ciebie cymbał. Skąd ja teraz będę wiedzieć, który jest nasz!?
Syn: Ale mamo...
Matka: Zamknij się gówniarzu, tobie powierzyć jakieś zadanie, wszystko spieprzysz!
Syn: Ale tam nie było miejsca, mamo...
Matka: Gó*no mnie to obchodzi, miałeś pilnować koszyka, matole.

I warczała na niego w ten deseń jeszcze ładną chwilę. Młody bezgłośnie się popłakał (łzy mu ciekły po policzkach). Nie moje dziecko i nie moja sprawa, nie chciałam się wtrącać, tym bardziej, że w kościele byłam na gapę, aczkolwiek słuchać tego było ciężko (sama prawie sie poryczałam, patrząc na to biedne dziecko), więc powiedziałam dość głośno do znajomego obok:
Ja: Boże Święty, nie chce się staremu księdzu jeździć po wioskach, ludzie tu sie gnieżdżą. Zamiast pogonić wikarego to robi z nas sardynki i ludzie się denerwują. Kwasy się robią na Święta, a to chyba nie o to chodzi, żeby się teraz kłócić? Nie po to Jezus za nas na krzyżu umierał. I w ogóle, jak ja teraz swój koszyk znajdę? Ale weź tu się proboszczowi postaw...
Znajomy: Prawda.

Baba przerwała tyradę, mimochodem spojrzała na mnie, potem na synka, spuściła głowę i zamilkła. Tyle dobrego. A tak naprawdę, to by takich rodziców należało na kupie gnoju wywozić. Biedny chłopczyk.

Wielkanoc

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (115)

#81336

(PW) ·
| Do ulubionych
Wspomniałam kiedyś, że byłam pulpecikiem i niemodnie mnie ubierano. Naturalnym było, że dzieciaki się ze mnie nabijały, ale z tym sobie radziłam, bo np. tłumaczyłam im lub dawałam odpisywać zadania i mnie polubili. Ze złośliwymi chłopakami wdawałam się w bójki, które przy mojej masie wygrywałam z najwyższą łatwością, więc wyrobiłam sobie jako taki respekt wśród swojej klasy, choć trochę to trwało - kilka dobrych łez poleciało zanim mnie zaakceptowali.

Gorzej było z nauczycielami.

Wuefiści. Tego nie muszę rozwijać, tyle tylko, że byli złośliwi dla mnie - grubaski, gdy sobie nie radziłam z bieganiem (choć nie powinni drwić!), ale w gruncie rzeczy chcieli dobrze, próbowali motywować. Osobiście, patrząc z perspektywy czasu, nie mam specjalnych pretensji. Tylko nadal nienawidzę biegać.

Ale tej cholernej Hermenegildzie, mistrzyni szufladkowania, mojej pierwszej wychowawczyni, to niech po wsze czasy kaktus na dłoni wyrasta.

Pierwsza rzecz jaką uczyniła, to zignorowanie prośby moich Rodziców o zwracanie się do mnie pełnym imieniem, nie jego skróconą wersją. Ot, tak chcieli, bo tak było ładnie, nie życzyli sobie ksywek, do tej pory nikt nie zwracał się do mnie inaczej, więc nawet nie reagowałam, gdy ktoś zamiast Candela wołał do mnie Ela. Oczywiście po pierwszym miesiącu szkoły, cała klasa za przykładem Hermenegildy wołała na mnie Ela.

Druga sprawa. Przyszło to to takie, brzydkie, niemodne, na pewno bieda, a jak bieda to patola, a jak patola to kazirodztwo i to z koniem zapewne, to głupie musi być na 200%, więc kiedy ELUNIA w pierwszej klasie podstawówki napisała w zeszycie "żodkiewka", to przez kolejnych parę lat była ciągana po poradniach specjalistycznych z podejrzeniem dysleksji. Kij, że reszta siedmiolatków robiła te same błędy, Elunia ma dysleksję, to pewne, od razu po niej widać.

Gdy wyszłam spod rządów Hermenegildy, wysyłano mnie na dyktanda i inne konkursy.

W poradni po raz kolejny wieszano psy na Hermenegildzie, że im pupę zawraca bez powodu, bo dziecko nie dość, że normalne, to jeszcze z wiedzą o parę klas do przodu (lubiłam ciekawostki i zdarzało mi się np. uświadomić Hermenegildę na forum klasy, że przyciąganie ziemskie, o którym przed chwilą wspomniała, nazywa się grawitacją). Pomysłowa wychowawczyni stwierdziła, że muszę chodzić na zajęcia wyrównawcze (6/24 osób z klasy na nie chodziło przy czym te pięć osób naprawdę sobie nie radziło), na których się nieziemsko nudziłam, znałam wszystkie rozwiązania, moja ręka kwitła w górze, aż drętwiała, gdy zgłaszałam się do odpowiedzi, a Hermenegilda kwitowała to: "wiem, że wiesz Ela, ale daj innym pomyśleć". Po co to? Nie wiem.

Hermenegilda do najładniej rysującej dziewczyny: wybierz 12 najładniejszych rysunków i powieście je na gazetce w korytarzu. Nie, Martynka, tego rysunku nie wieszajcie. - "Ale on jest ładny!" - Nie. Tego jednego nie wieszajcie, resztę wybierz sama.

Ten jeden rysunek był mój. I tak go powiesiły.

Lubiła mnie ośmieszać na forum.
Przykład pierwszy: byliśmy na wycieczce w Dużym Mieście i gdy z zachwytem pokazywałam koleżance: "patrz! tu jeżdżą trojlebusy!" (to nie było znane słowo na wsi), koleżanka kiwała głową, a wychowawczyni, słysząc to, na cały głos do mnie: "Elunia, jak się nazywają tamte pojazdy?" no to dumnie odkrzykuję: trojlebus. Chichot nauczycielek. "Możesz głośniej Elunia?" Ja: TROJLEBUS. Wybuch śmiechu nauczycielek. Dzieci cicho, bo słowa nie znały. Zabawa wśród nauczycieli przednia. Nie poprawiono mnie. Nie wiedziałam czemu się ze mnie śmieją. Dopiero w domu spytałam Tatę, co jest śmiesznego w słowie "trojlebus"? Odpowiedział, że nic, tylko zamieniłam literki, mówi się "trolejbus". No to teraz już wiedziałam.

Przykład drugi: obsada do teatrzyków - "Czerwony kapturek" i "Kopciuszek".
H: Kto według was powinien zagrać główną rolę w Kopciuszku?
Klasa: Monikaaa! (najładniejsza dziewczynka).
H: Dobrze! A matkę chrzestną? Kto się ubiera jak starsze kobiety?
Klasa: Elaaa!
H: Świetnie! A kto się najlepiej nadaje na babcię? Kto jest gruby i nosi wielkie okulary?
Klasa: Elaaa!
H: No, Elunia, mamy problem, pasujesz idealnie do dwóch ról, a możesz grać tylko jedną!

Wielcem dumna.

Przykład trzeci: Pierwsza klasa podstawówki. Międzyszkolne zawody w bieganiu (nienawidzę biegać). Zgromadzona śmietanka, sołtys, wójt, rodzice. Boisko zawalone ludźmi, jak na festynie, dookoła boiska mordownia, znaczy bieżnia, udział w zawodach obowiązkowy. No to dawajta, pierwsze biegną dziewczynki z pierwszej klasy. Pif-paf, o mało żem się nie wypier****ła na starcie (nienawidzę biegać), dylam niczym rącza gazela z kulawą nogą, a nawet dwiema (wspomniałam, że nie nawidze biegać?), chmara dziewczyn biegnie, jakieś sto metrów za nimi wlecze się pierdoła Candela. Ze sceny słyszę głos konferansjera: "Jak pięknie biegną te dziewczynki! Ale jedna została z tyłu, musimy jej pomóc! Prosimy o doping!" - ludzie krzyczą do mnie "gazu, dasz radę, biegnij!", wtem na scenę wchodzi Hermenegilda i do mikrofonu: "Ona ma na imię Ela! Ta ostatnia dziewczynka to Ela Łakoć!!!"

"No i ch*j" - pomyślałabym, gdybym nie była siedmiolatką - nie dość, że taki przypał, to jeszcze nie dane mi było pozostać anonimową. Wszyscy poznali imię ofiary losu. Czemu nie krzyczano tak imienia zwyciężczyni? Bo to ja byłam główną atrakcją gminy.

Po zawodach zapadłam się pod ziemię. Nawet nie odebrałam nagrody...

wychowawczyni

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (168)

#81292

(PW) ·
| Do ulubionych
Kwintesencja sk****syństwa?

Płatny parking pod szpitalem.

Nie z bramką i płatny przy wyjeździe. O nie. Chory bądź jego opiekun najpierw muszą oszacować, jak długo będą trwać badania, grzecznie podreptać po bilecik i w przypadku poślizgu czasowego zapłacić mandat.

W internecie pełno głosów matek, które nie mogły akurat wyjść dokupić kolejnego biletu, bo były potrzebne dziecku na miejscu, a badanie się przedłużało. Oczywiście dostały prezent w postaci mandatu. Bo gdy masz chore dziecko, to myślisz przede wszystkim o parkingu, prawda?

Dodam, że kontrole w naszym mieście są bardzo skrupulatne. Koszą równo i bezlitośnie.

Coś mi mówi, że coraz częściej będzie wzywana karetka.

Dokąd zmierzasz, świecie?

szpital parking

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (162)
zarchiwizowany

#80085

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Bliska mi osoba, Maria, od wielu, wielu lat zmagała się z ciężką depresją. Lekarze, których odwiedzała potrafili tylko przepisywać leki lub zwiększać dawki. Chodziła prywatnie, więc prawdopodobnie nie opłacało im się jej wyleczyć (dosłownie kura, znosząca złote jaja).

Maria była naiwną osobą, przyznaję, wierzyła ludziom, starała się widzieć w nich dobro, nikogo nie oceniała. Anioł, nie człowiek. Niestety, to ją zgubiło.

Gdy przez tyle lat lekarze nie potrafili jej pomóc, zaczęła interesować się niekonwencjonalnymi metodami leczenia. W ten sposób trafiła na osobę, która podobno widziała aurę i uwiodła ją już pierwszymi słowami "Boże, jaka miłość!".

Marii rzeczywiście zaczęło się poprawiać, znalazła w końcu prawdziwą Przewodniczkę Życiową, która doskonale wiedziała, jak jej pomóc. Przewodniczka namówiła ją do odstawienia leków. Stała się Marii jedynym autorytetem, wsparciem, uzależnieniem.

Po jakimś czasie Maria musiała opuścić wynajmowane mieszkanie. Przewodniczka wielkodusznie przyjęła ją pod swój dach. To był najszczęśliwszy i najspokojniejszy okres w życiu Marii.

Pewnego dnia Przewodniczka poprosiła Marię o wsparcie finansowe. Maria, pełna wdzięczności za okazane serce, zgodziła się wziąć kredyt 5 000 zł.

Przewodniczka spłaciła kredyt w terminie, co do grosza. Zero problemów, złoty człowiek, w dodatku z darem od Boga.

Być może dlatego Maria nie miała oporów, by wziąć na nią drugi kredyt. Tym razem kilkadziesiąt tysięcy złotych. Gdy dostała do podpisania papiery, okazało się, że podpisała na siebie wyrok śmierci. Z tym dniem została natychmiastowo wyrzucona przez Przewodniczkę na bruk.

Maria nie miała gdzie mieszkać, tułała się po hotelach, popadła w jeszcze potężniejsze długi. Przewodniczka nie spłacała kredytu. Depresja uderzyła z dużo większą siłą. Maria popełniła samobójstwo.

Kochani, piszę to ku przestrodze. Osoba, która omamiła Marię zajmuje się leczeniem ludzi i ma nawet dobre opinie na portalach społecznościowych (być może lipne, nie wiem).

Ta kobieta mieszka w Wyszkowie, jej imię zaczyna się na E. Więcej publicznie napisać nie mogę. Ostrzegajcie ludzi w okolicy.

Przeraźliwie chora osoba szuka pomocy wszędzie i za wszelką cenę. Obserwujcie swoich bliskich, chrońcie ich przed nieżyczliwymi duszami. Ja, niestety, dałam ciała w tej kwestii. I nie da się już tego odwrócić.

Nie będę czytać komentarzy, bo jest mi za ciężko. W razie pytań piszcie w prywatnej wiadomości.

Wyszków

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (112)
zarchiwizowany
Pinionc jest pinionc - mawiają starzy Indianie.
Taa, jasne.

Staropolskim zwyczajem ubiłam świnkę, którą karmiłam bilonem bez GMO. Uzbierało mi się około 60 zł w drobnej amunicji, ale że nie miałam się na kim mścić za grosika, bo panie w Biedronkach bardzo miłe, stwierdziłam że pieniążki wpłacę sobie po prostu na konto.

Poszłam do mojego banku, powiedziałam niezbyt rozgarniętej pani w okienku, że chcę wpłacić pieniądze. Okej, nie ma problemu. Wyjmuję z torebki posegregowany nominałami bilon (wszystko poniżej złotówki - siedem woreczków, ponieważ w jednym było jakieś drobne euro, chyba 2,84). Pani zrobiła wielkie oczy i jak mnie nie opieprzy, że tego to ona nie przyjmie, to musi być zrolowane po 50 sztuk i won mi z tym. Zapytałam czy chociaż weźmie to euro. Nie, bo musi być specjalne konto do obcej waluty.

- To w takim razie gdzie mi te pieniądze zrolują, jeśli nie w banku?
- Nie wiem, ale ja tego nie przyjmę.
- To co ja mam z tym zrobić? Zdefraudować w śmietniku?
- Niech pani z tym pójdzie do piekarni.
- ... -.-"

No super, wspaniale po prostu. Nie mogę wpłacić własnych pieniędzy na własne konto. Moja decyzja była szybka, acz słuszna.

- W takim razie chciałabym zamknąć u państwa konto.
- A to dlaczego?
- Bo chcę zamknąć konto.
- Jaki jest powód?
- Zamknięcie konta.

Kobieta pomarudziła, zostałam naturalnie poprzerzucana z okienka do okienka, ale po męczącej batalii udało mi się od nich uwolnić. Po tej operacji mój Mąż stwierdził, że to skandal i poszedł za moim przykładem. I tak zazwyczaj korzystamy z gotówki. Podczas, gdy Ukochany zamykał konto, ja postanowiłam się przejść po tych nieszczęsnych piekarniach, ale wszędzie odsyłano mnie z kwitkiem, bo takich drobnych to oni nie potrzebują. Kiedy już kierowałam się na skup złomu, ktoś mi podpowiedział, że w innym banku mają maszynę do liczenia bilonu. Miałam prawie po drodze, więc do nich wdepnęłam.

- Dzień dobry! Chciałabym wymienić bilon.
- Ile?
- Około 60 zł.
- Czy ma pani u nas konto?
- Nie mam.
- W takim razie będzie prowizja.
- Ile?
- 20 zł.
- !?!?!?
O wa, to pojechali...
- A jeżeli posiadałabym u państwa konto?
- Wtedy za darmo.

No dobra, w końcu nie mam konta :) Założyłam. Przyjęli.

- A euro pani przyjmie?
- Tak, tylko wartość spadnie o połowę. Lepiej niech pani pójdzie z tym do kantoru naprzeciwko, to będzie chwilka, a wyjdzie korzystniej.
- Dobrze, dziękuję.
No, może chociaż da za to kebab, bo łażę głodna od kilku godzin - pomyślałam.

Kantor naprzeciwko:
- No takich drobnych to my nie skupujemy.
Deja vu, urwał nać.
- To co mam z tym zrobić?
- W drugim kantorze może pani przyjmą.

Drugi kantor kilometr dalej. Zarobiłabym w tym czasie więcej, ale kij tam, odpuszczę sobie dzisiaj trening za ten maraton - taka konkluzja mnie naszła.

W drugim kantorze przyjęli dziesiątki centów, pojedyncze (cztery) kazała mi kobieta zabrać. I po raz kolejny:
- To co ja mam z nimi zrobić?
Babka z głupkowatym uśmieszkiem i kpiną w głosie:
- Nie wiem, pojedzie pani do Niemiec, to se pani coś kupi.

Cztery centy. Zakupy na dwa tygodnie, niech to szlag. Ach, dosyć pier*olenia na dziś, głodna jestem, w doopie was mam, chamy jedne.
Zostawiłam te wypierdki na ladzie.
- Zaraz, zaraz! Pani to weźmie!
- Nie, dziękuję, proszę to potraktować jako napiwek. Tylko niech pani nie przepieprzy na głupoty.

I tym oto sposobem dostałam pier*olca, bo zabrakło mi 40 groszy do kebaba. Ale za to dostałam lekcję życia i poznałam prawdziwą wartość pieniądza. A miłe panie w Biedronkach się cieszą, ponieważ nie biorę żadnych grosików reszty, bo jak widzę żółtaki, to mnie skręca.

Tylko mi się takie pytanie nasunęło...
Do ilu potrafią liczyć ludzie pracujący w bankach, skoro nie radzą sobie bez maszyny z przeliczeniem 186 sztuk bilonu? Może powinni chodzić na korepetycje do pań z Biedronek?

bank

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (72)