Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Candela

Zamieszcza historie od: 2 stycznia 2016 - 19:11
Ostatnio: 25 maja 2017 - 21:38
  • Historii na głównej: 54 z 73
  • Punktów za historie: 15523
  • Komentarzy: 1365
  • Punktów za komentarze: 2437
 
zarchiwizowany
Pinionc jest pinionc - mawiają starzy Indianie.
Taa, jasne.

Staropolskim zwyczajem ubiłam świnkę, którą karmiłam bilonem bez GMO. Uzbierało mi się około 60 zł w drobnej amunicji, ale że nie miałam się na kim mścić za grosika, bo panie w Biedronkach bardzo miłe, stwierdziłam że pieniążki wpłacę sobie po prostu na konto.

Poszłam do mojego banku, powiedziałam niezbyt rozgarniętej pani w okienku, że chcę wpłacić pieniądze. Okej, nie ma problemu. Wyjmuję z torebki posegregowany nominałami bilon (wszystko poniżej złotówki - siedem woreczków, ponieważ w jednym było jakieś drobne euro, chyba 2,84). Pani zrobiła wielkie oczy i jak mnie nie opieprzy, że tego to ona nie przyjmie, to musi być zrolowane po 50 sztuk i won mi z tym. Zapytałam czy chociaż weźmie to euro. Nie, bo musi być specjalne konto do obcej waluty.

- To w takim razie gdzie mi te pieniądze zrolują, jeśli nie w banku?
- Nie wiem, ale ja tego nie przyjmę.
- To co ja mam z tym zrobić? Zdefraudować w śmietniku?
- Niech pani z tym pójdzie do piekarni.
- ... -.-"

No super, wspaniale po prostu. Nie mogę wpłacić własnych pieniędzy na własne konto. Moja decyzja była szybka, acz słuszna.

- W takim razie chciałabym zamknąć u państwa konto.
- A to dlaczego?
- Bo chcę zamknąć konto.
- Jaki jest powód?
- Zamknięcie konta.

Kobieta pomarudziła, zostałam naturalnie poprzerzucana z okienka do okienka, ale po męczącej batalii udało mi się od nich uwolnić. Po tej operacji mój Mąż stwierdził, że to skandal i poszedł za moim przykładem. I tak zazwyczaj korzystamy z gotówki. Podczas, gdy Ukochany zamykał konto, ja postanowiłam się przejść po tych nieszczęsnych piekarniach, ale wszędzie odsyłano mnie z kwitkiem, bo takich drobnych to oni nie potrzebują. Kiedy już kierowałam się na skup złomu, ktoś mi podpowiedział, że w innym banku mają maszynę do liczenia bilonu. Miałam prawie po drodze, więc do nich wdepnęłam.

- Dzień dobry! Chciałabym wymienić bilon.
- Ile?
- Około 60 zł.
- Czy ma pani u nas konto?
- Nie mam.
- W takim razie będzie prowizja.
- Ile?
- 20 zł.
- !?!?!?
O wa, to pojechali...
- A jeżeli posiadałabym u państwa konto?
- Wtedy za darmo.

No dobra, w końcu nie mam konta :) Założyłam. Przyjęli.

- A euro pani przyjmie?
- Tak, tylko wartość spadnie o połowę. Lepiej niech pani pójdzie z tym do kantoru naprzeciwko, to będzie chwilka, a wyjdzie korzystniej.
- Dobrze, dziękuję.
No, może chociaż da za to kebab, bo łażę głodna od kilku godzin - pomyślałam.

Kantor naprzeciwko:
- No takich drobnych to my nie skupujemy.
Deja vu, urwał nać.
- To co mam z tym zrobić?
- W drugim kantorze może pani przyjmą.

Drugi kantor kilometr dalej. Zarobiłabym w tym czasie więcej, ale kij tam, odpuszczę sobie dzisiaj trening za ten maraton - taka konkluzja mnie naszła.

W drugim kantorze przyjęli dziesiątki centów, pojedyncze (cztery) kazała mi kobieta zabrać. I po raz kolejny:
- To co ja mam z nimi zrobić?
Babka z głupkowatym uśmieszkiem i kpiną w głosie:
- Nie wiem, pojedzie pani do Niemiec, to se pani coś kupi.

Cztery centy. Zakupy na dwa tygodnie, niech to szlag. Ach, dosyć pier*olenia na dziś, głodna jestem, w doopie was mam, chamy jedne.
Zostawiłam te wypierdki na ladzie.
- Zaraz, zaraz! Pani to weźmie!
- Nie, dziękuję, proszę to potraktować jako napiwek. Tylko niech pani nie przepieprzy na głupoty.

I tym oto sposobem dostałam pier*olca, bo zabrakło mi 40 groszy do kebaba. Ale za to dostałam lekcję życia i poznałam prawdziwą wartość pieniądza. A miłe panie w Biedronkach się cieszą, ponieważ nie biorę żadnych grosików reszty, bo jak widzę żółtaki, to mnie skręca.

Tylko mi się takie pytanie nasunęło...
Do ilu potrafią liczyć ludzie pracujący w bankach, skoro nie radzą sobie bez maszyny z przeliczeniem 186 sztuk bilonu? Może powinni chodzić na korepetycje do pań z Biedronek?

bank

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (63)

#77699

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracownicy firmy Elwoz przy odbieraniu śmieci plastikowych zaj*bali nam drewnianą ławkę.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (290)

#77546

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu wyczerpująco i niepopularnie. Kto nie lubi filozoficznego podejścia do świata, niech nie traci czasu na czytanie tej ściany tekstu. Historia tylko dla romantyków :)

Ja i Mąż jesteśmy muzykami. (Kochany jest wszechstronnym artystą. Ot, moje serce porwał typ złotej rączki z wrażliwą duszą. Taka tam dygresja, czysto egoistyczna przechwałka :D). Jak wiadomo, jest to branża kapryśna, raz pieniędzy jest więcej, raz mniej, raz wcale. Żeby tych pieniążków było więcej, nie wystarczy tylko rozwój, potrzebne są przede wszystkim kontakty.

Dzisiaj opiszę jeden z takich kontaktów, gdyż okazał się nie lada piekielnikiem.

Miał na imię Karol, miał blisko pięćdziesiątki, poznaliśmy go przez znajomego. Był wokalistą i lokalną gwiazdą, jego nazwisko kojarzono, Internet był pełen jego twórczości. Zdecydował się na współpracę z nami, ponieważ dawno temu wysypali mu się muzycy (to się często zdarza, czasem rodzą im się dzieci, czasem się przeprowadzają, czasem porzucają muzykę dla pracy zawodowej, czasem opuszczają kapelę dla innej kapeli, ale w tym kraju jednak chyba w większości przypadków muzyków dzieli kasa - można poczytać, że to najczęstsza przyczyna rozłamów nieistniejących już polskich popularnych zespołów).

W każdym razie Karol poczuł, że po kilku latach przerwy chce powstać jak feniks z popiołów i powrócić do dawnej świetności, potrzebni są mu tylko muzycy na wyłączność - bez stałej pracy, z mnóstwem czasu, pełnym oddaniem i pasją. I tak się poznaliśmy.

Karol z początku był zachwycony faktem, że się poznaliśmy. Mówił, że "jesteśmy tacy fajni, inni, ekologiczni, poukładani, że wyczuwa się u nas niebywale dobrą energię, że jesteśmy odcięci od zwyczajnego świata i on ma nadzieję, że pomiędzy nami nawiąże się nie tylko nić współpracy, ale i przyjaźni".

Nie dało się jednak już na samym początku nie zauważyć dzielących nas różnic. Pierwszą z nich, kolosalną wręcz, była odległość - mieszkaliśmy 80 km od siebie.

Ustaliliśmy wspólnie, że próby miały odbywać się u nas, ponieważ mamy ku temu warunki - niezbędny sprzęt, zaciszne miejsce itp. Szkopuł polegał na tym, że Karol nie miał prawa jazdy (po którymś tam niezdanym egzaminie, stwierdził, że to nie dla niego). Pomimo tej niedogodności, jednak znajdywał sposoby, by pojawiać się na próbach. Czasem łapał stopa, czasem jeździł autobusem, a czasem my go woziliśmy za zwrot kosztów paliwa.

Pewnego razu zamiast pieniędzy zaproponował nam bilety na koncert lubianej przez nas grupy, bo akurat miał dojścia (członek zespołu był jego znajomym) i dostałby je za bezcen. Zgodziliśmy się, bo takie rzeczy to nie w kij dmuchał, sami byśmy pewnie się na to nie szarpnęli.

I tutaj rozpoczyna się pasmo piekielności.

Karol pojął w tym momencie, że najlepszą walutą między nami będzie obietnica. Zaczęło się klasycznie: od nieoddawania pieniędzy (najczęściej za podwózki). Czyli niezawodne "terazniemamprzysobie". Upominanie się z mojej strony o należność, niczym ekscentryczna gwiazda traktował jako impertynencję, reagując słowami "myślisz, że ci nie oddam!? za kogo ty mnie uważasz!? masz mnie za oszusta!?". Ale na to przymykałam oko, bo przez jakiś czas była, marna, bo marna, wymęczona i wyproszona, płynność w spłacaniu długów.

Karol twierdził, że pozałatwiał nam grania. Wiele koncertów, w różnych miejscach w Polsce. I to okazało się połowicznie prawdą, ale o tym później. W związku z tymi koncertami, logiczne było, że zapytamy o stawkę. Moja pierwsza, jasno jarząca się czerwienią żarówka, zapaliła się po jego odpowiedzi na to prozaiczne pytanie.

- Candela, ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego ty tak namiętnie lubisz rozprawiać o pieniądzach. Myślisz, że cię oszukam? Będziesz miała wgląd we wszystkie papiery, jeśli tak bardzo mi nie ufasz...

Czyli jednym słowem - zaginał rzeczywistość w sposób mający powodować skruchę u rozmówcy. Nie tylko w kwestii pieniędzy. Po prostu był osobą, która rozumowała niezrozumiale dla przeciętnego człowieka. Odczuwany dyskomfort był porównywalny z brakiem możliwości dogadania się na ważny temat z obcokrajowcem. Znam kilku ludzi, stosujących podobny rodzaj manipulacji*. Stałam się nieufna...

Kiedy przez kilka tygodni przypominaliśmy o obiecanych biletach na koncert (to już podchodziło nie pod egzekwowanie, lecz pod dziadowanie), po milionowym z kolei "nie teraz, cierpliwości", "dowiedział się" że jedyną możliwością takiego wkręcenia (po znajomości, bez biletów) na koncert jest umieszczenie nas w loży VIP. Ale do tego są potrzebne imienne zaproszenia, pełna precyzja danych osobowych, więc on potrzebuje kserokopii naszych dowodów osobistych.

Logiczne. Tylko, że ja jestem zaczytaną w piekielnych szelmą i zdaję sobie sprawę, że oddać komuś swoje dane, to jak zaprzedać duszę. Odmówiliśmy. Zareagował klasycznym fochem. Zaproponowaliśmy, że pojawimy się w dowolnym, odpowiednim miejscu na świecie, o dowolnej, odpowiedniej godzinie z pełnią naszych danych, byleby samodzielnie podać nasze personalia komu trzeba. Stwierdził, że jesteśmy problematyczni.

- Naprawdę cię nie rozumiem, Candela, czemu ty generujesz tyle problemów. Traktujesz mnie, jakbym był oszustem.
- Karol, zrozum, że znamy się tylko kilka tygodni...
- A ty już mnie oceniłaś i postępujesz wedle tej oceny. Coś czuję, że nie będzie między nami dobrze.

No i istotnie - nie było. Od tego czasu wszystko zaczęło się kończyć. Ilość obietnic stała się jeszcze bardziej odwrotnie proporcjonalna do ich spełniania. Coraz bardziej opornie oddawał pieniądze. Coraz bardziej opornie przyjeżdżał na próby. Dla pokazania częstotliwości zjawiska: cztery odwołane próby w jednym tygodniu**.

Na próby przychodził nieprzygotowany. Nie znał tekstów, mylił słowa, a czytać z kartki nie chciał, bo "nie mógł wtedy w pełni się wczuć". Gromadzeniem i usystematyzowaniem tekstów zajmowałam się ja, oprawą muzyczną i aranżacją - Kochany. Karol przychodził na gotowe i jeszcze był niezadowolony. Gdy wyrażałam swoją dezaprobatę przekręcaniem przez niego słów*** w utworach, miał pretensje do mnie o to, że jestem zbyt małostkowa i czepiam się nieistotnych rzeczy, wprowadzając złą atmosferę..

Frustracja współpracą niebezpiecznie narastała. Apogeum osiągnęła dzień przed naszym pierwszym koncertem. Karol poinformował nas, że nie załatwi nam obiecanych biletów na koncert, ponieważ w tamtym zespole zmienił się skład - jego kolega odszedł. Po dwóch miesiącach powtarzania obietnicy, tak po prostu oznajmił, że jej nie spełni.

Zdenerwowałam się bardzo, bo długotrwałe nęcenie człowieka czymś kuszącym (czy to potrawą, czy ładnym biustem) wzmaga potworny apetyt, niemalże nie do poskromienia. I nagle *pach* - nie ma i nie będzie.

Niewiele myśląc, zareagowałam mocno emocjonalnie (kobieca rzecz), postanowiłam się zemścić i zapytałam teoretycznie, co by zrobił, gdybym ja mu teraz powiedziała, że nie zagramy z nim jutro koncertu. Że próby były tylko ciągiem obietnic bez pokrycia. Jakby się poczuł?

Rozłączył się i przestał odzywać.

Nie zagraliśmy razem, jednakże poszliśmy z Mężem na przeszpiegi - pojawiliśmy się na jego koncercie w charakterze publiczności. Dziwnym trafem udało mu się naprędce znaleźć kogoś innego, by mu akompaniował. Cóż, nasze podejrzenie było takie (w końcu z niemożliwością graniczy opanowanie tak szerokiego materiału w jedną dobę****), że od jakiegoś czasu Karol po prostu grał na dwa fronty i umawiał się z innym muzykiem równolegle (przez co zaniedbywał próby z nami). Czyli de facto okłamywał nas. A nawet zdradzał.

Wspomniałam wyżej, że "Karol pozałatwiał nam grania w różnych miejscach w Polsce. I to okazało się połowicznie prawdą." Czemu połowicznie? Bo załatwił je, ale nie nam, tylko im - jemu i temu drugiemu muzykowi, który mu akompaniował na koncercie.

Po tym wszystkim przeszłam niemałe załamanie nerwowe. Nie tylko dlatego, że marzenia o połączeniu podróży z muzykowaniem nagle legły w gruzach. Nie tylko dlatego, że przy tej współpracy ponieśliśmy (finansowe) wyłącznie straty. Ale również dlatego, że to właśnie ten krętacz, ten kłamca, ten cholerny manipulant spadł na cztery łapy.

I takie jest życie. Nie uczciwy i pracowity człowiek wdrapie się na wyżyny, tylko manipulant najsprawniej rozpychający się łokciami. Wszędzie działa prawo dżungli (a najjaskrawiej chyba w polityce). Wyjątków od tej reguły jest niewiele, o ile bywają.

*Te osoby z nieznanych sobie przyczyn są samotni. Nie potrafią długo utrzymać przy sobie ludzi. Nie posiadają bliskich - jeśli już, to krótko.

**To nie było tak, że byliśmy takimi nadgorliwcami, że umawialiśmy cztery próby tygodniowo. To było odwoływanie z przesuwaniem. Przykładowo: ma być próba w poniedziałek. Odwołujemy i przenosimy na środę. Ze środy odwołujemy i przenosimy na piątek itd.

***Jest to ważna piekielność. Często śpiewałam z nim na dwa głosy, więc w tych partiach tekst po prostu musiał być ujednolicony. Jeśli śpiewał sam, mógł sobie dowolnie przekręcać - licentia poetica. Ale w przypadku współpracy, powinna być harmonia.

****Karol na niczym nie grał, więc nie potrafiłby podać nawet preferowanych tonacji - od ogarniania tych tematów byliśmy ja i Mąż.

PS. Karol po dziś dzień nie uregulował z nami długów finansowych. O moralnych nie wspomnę. Co więcej: rozpowiadał po naszych wspólnych znajomych, że wykukaliśmy go przez bilety na koncert. A plotkarz z niego był nieziemski. I musiało brzmieć to strasznie, jeśli rozmówca nie wiedział, że te bilety były tylko wierzchołkiem góry lodowej...

ekscentryczna_gwiazda

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (296)
zarchiwizowany

#77548

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Od dłuższego czasu się zastanawiam, dlaczego nasi kochani Admini pozwalają na to, by funkcjonowały tutaj nic nie wnoszące, agresywne trollkonta, takie jak AdamN, SandraNH, OchydnaFormaDobra? Pierwszy i ostatni z nich to ewidentna recydywa zbanowanych wcześniej kont.

MorogToKatolskaSzmata dostał ostatnio bana, ale jakim prawem w ogóle pozwolono komuś przez tak długi czas funkcjonować z nickiem obrażającym innego użytkownika?

W regulaminie jest napisane czarno na białym, że Admini widzą IP każdego użytkownika (dziwne, że nie wyeliminowało to multikontowców). Dlaczego więc pozwalają na to, by banowani użytkownicy zakładali nowe konta? Czy to ma jakiś pozytywny wpływ na portal? Bo na atmosferę z pewnością nie.

Co do samej atmosfery. Ostatnio wywiało stąd kolejnego szanowanego użytkownika z pierwszej czterdziestki topu wszechczasów, prawie 50 historii na głównej, ciekawe zajęcie i świetny język. Sporo regularnych, popularnych, inteligentnych komentujących (swoją drogą, czemu oni nie są wyróżniani niebieskimi nickami?) również zamilkło.

Czy Admini przymierzają się do zamknięcia portalu nie reagując na jego powolne wymieranie?

Co skłoniło mnie do zamieszczenia tego wpisu?
Przyznam szczerze, że jest to ból tylnej części ciała po tym, jak moja historia została (po raz kolejny!) zminusowana i skrytykowana przez osobę, która dosłownie przed chwilą utworzyła konto. Jestem głęboko przekonana, że to jeden z tutejszych "recydywistów".

Ile minusów jest codziennie klikane przez takich frustratów? Ile historii spada w odmęty archiwum, a komentarzy jest cenzurowanych (poniżej poziomu)? Jak bardzo utrudnia to dyskusje? Ile osób przez to boi się zamieścić ciekawą historię? Jak bardzo spada przez to popularność?

Przyznam szczerze, że ten wpis jest czymś w rodzaju łabędziego śpiewu. Zaczyna mnie irytować to, że zamieszczam tutaj skorygowane, dopracowane, wypieszczone wpisy tylko po to, by dostać na początku dziesięć minusów z trollkont, a potem jeszcze pięćdziesiąt na zasadzie owczego pędu. Nie chce mi się już tutaj wchodzić.

I nie mi jednej.

O ile nie napadnie mnie o tej porze jakiś zapchlony multikontowiec, być może przeczytasz ten wpis, Użytkowniku i napiszesz pod spodem, co na ten temat sądzisz. Piekielni nie mają forum, ale uważam, że mam prawo napisać o tym tutaj, dlatego że ta sprawa niewątpliwie ocieka piekielnością, choć toczy się w wirtualnym świecie.

Skomentuj (93) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (230)

#77332

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam uczyć gry na gitarze dzieci znajomej - Anety. Za darmo, bo bardzo szkraby lubię i są muzykalne, mają słuch. Byliśmy umówieni na wtorek, na 15:00.

Materiały usystematyzowane, czas zarezerwowany, moje własne gitary przygotowane, wszystko zaaplikowane w pokoju instrumentalnym, coby wytłumaczyć dzieciakom zasady muzyki (nazwy dźwięków na pianinie, rytm na perkusji), jednym słowem przygotowany ful serwis.

No i czekam. 15:00 - nie ma ich. No dobra, kwadrans akademicki. 15:30 - OK, prawdziwe gwiazdy się spóźniają. 16:00 - telefonu ani znaku pół, zupełnie nic. Nic dla mnie. 17:00 - już od wczoraj minął chyba rok...

Zaczynam wydzwaniać. Aneta nie odbiera. Dzieci nie odbierają. Co jest, nie żyją, czy jak?

Zadzwoniłam do siostry Anety. I słyszę.
- Aaa, nooo, Candela, bo oni do superwypasionego kina dzisiaj pojechali, 100 kilometrów stąd! I jeszcze jakieś zoo zaliczyli i basen i w ogóle.
- Ale byli umówieni dzisiaj na lekcję. Mogli chociaż mnie poinformować o zmianie planów...
I tutaj cytat, 100% autentyk:
- Oj tam, ty weź skończ. Ta twoja gitara w porównaniu z ich wycieczką to było GÓWNO.

Sczezłam...


A po tym wszystkim...
Aneta stwierdziła, że nic się nie stało przecież i w ogóle im do mnie nie po drodze, zatem to ja mam się do nich fatygować. Brać ze sobą wszystkie klamoty i dylać, ona mi NAWET za paliwo odda.

A muśnij się w rzyć, głupia babo.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 319 (363)

#77255

(PW) ·
| Do ulubionych
Mąż wrócił roztrzęsiony do domu. Wyciągarka o deklarowanym przez producenta udźwigu 1200 kg, puściła przy obciążeniu niespełna 600 kg i to akurat, gdy znajdował się pod dźwiganym elementem... Gdyby nie był przezorny i nie zabezpieczył ciężaru, wpychając pod niego kilka drewnianych klocków, prawdopodobnie Mąż mój umiłowany byłby teraz plackiem.

W takim wypadku nie pozostaje nic innego, jak iść do sklepu zrobić raban. Już pal licho pieniądze, ale taki sprzęt w obiegu, to proszenie losu o nieszczęście.

A w tym sklepie rozmowa z kobietą wyglądała tak...
- Kupiłem u was wyciągarkę, nie wytrzymała nawet połowy ciężaru niż było zadeklarowane. Proszę tego nie sprzedawać, to niebezpieczne!
- Wie pan co, może pan ma i rację, słyszeliśmy już takie opinie na temat tego sprzętu.

I nadal to sprzedają...
Nie no, super.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 257 (317)

#77246

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam kolegę Roberta. Ten kolega ma dziewczynę Anię. I jak świat stary, dziewczyny po prostu nie lubiłam. To taka osoba, która nagle, bez powodu potrafiła w towarzystwie wybuchnąć płaczem, lub zrobić coś równie nieoczekiwanego. No po prostu nie dało rady się z nią dogadać, a o zrozumieniu jej można było najwyżej pomarzyć. Coś nie halo z głową miała, moim zdaniem. I chyba była zazdrosna, bo Roberta znam o wiele dłużej niż ona.

No ale stała się rzecz niebywała, Ania zaczęła mówić ludzkim głosem, przeszły jej odpały, okazało się, że mamy podobne zainteresowania, zaczęłyśmy nawet do siebie dzwonić z nieprzymuszonej woli.

Zaczęłam szanować tę znajomość, bo fajnie spotykać się w dwie pary na pogaduchach. Równowaga płci, te sprawy...

No i byłoby mega sielankowo, gdyby ultramega kochająca zwierzęta Ania, wegetarianka z powołania, nie pochwaliła mi się jak to rozprawiła się z kotem - rozrabiaką.

Kot ów podobno gwałcił kocięta i mordował kotki, czy jakoś tak, w każdym razie był z niego sk*rwiel taki, że trzeba się było drania pozbyć. Nie wychować, nie wykastrować, ale pozbyć w pi*du, bo problem. I brzydki kolor miał. No ale nie zabić, bo wszystkie zwierzaki nasze są, nie wolno mordować, oj nie.

Zapakowała sierściucha w worek, wrzuciła na tylne siedzenie samochodu i pognała przez drogi i bezdroża dobre 30 km, zatrzymała się, wyrzuciła kota w polu i zadowolona odjechała.

Niestety nie przewidziała tego, że kot to nie tylko zabawka do czesania i głaskania, ale też bardzo mądre stworzenie. Wrócił. Poturbowany, zabiedzony, ale po kilku tygodniach nareszcie trafił do domu.

Co zrobiła Ania? Przyjęła drugą szansę od losu? Nie. Wypieprzyła go 70 km dalej. Tym razem w środku jakiegoś miasta. Chyba z nadzieją, że ktoś go rozjedzie. I z uśmiechem na pysku oznajmiła mi, że operacja chyba się powiodła, bo nicpoń nie wrócił już od miesiąca.

Nie chciało mi się nawet komentować takiej... bezduszności? głupoty? hipokryzji? Po prostu odeszłam bez słowa.

I tym oto sposobem znowu ubyło mi znajomych.

Taka myśl mnie naszła przy okazji...
Kiedy ktoś wyrzuci z samochodu psa, to łojezu, zbrodniarz, cham, łajdak, do piachu z nim. I jaki biedny zwierzaczek, serce się kraje. A zrób to samo z kotem, to mało kto się przejmie, jeszcze zapchlonemu sierściuchowi z buta poprawi, bo się szwenda gamoń jeden.
Dlaczego kotami się tak gardzi?

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (309)

#77268

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś długo i szczegółowo o układach, kolesiostwie, relacjach sąsiedzkich i braku poszanowania dla pewnych wartości i opinii ekspertów.

Dawno, dawno temu, kiedy to jeszcze ludzie mieszkali pod strzechami, nie było prądu i samochodów, nim zbudowano pierwszą lokomotywę parową i zanim zdradzieckie świnie z Rosji, Austrii i Prus zdecydowały się rozebrać Polskę... ktoś posadził drzewo. Szczęśliwym trafem dzisiaj znajduje się ono przy granicy naszego podwórka. Po naszej stronie :)

W 2014 roku, sołtys oznajmił nam, że energetyka życzy sobie usunięcia gałęzi idących na druty i zajmą się tym do południa dnia następnego.

Po powrocie z pracy zastaliśmy na podwórzu tak grube konary(!), że można by z nich poskładać nowe, sporych rozmiarów drzewo. Zdrowe konary. (Powód tak brutalnego oszpecenia ziomka był zgoła inny niż druty. Obcięli z duuuuuużym zapasem).

Szczęście, że nie obcięli tych "zagrażających" gałęzi przy samej ziemi.
Od tego czasu strzeżemy naszej trzystuletniej perełki jak oka w głowie.

Pewnego dnia, nagle, przestała się do mnie odzywać sąsiadka. Nie odpowiadała na "dzień dobry", nie otwierała drzwi. Ki czort? - se myślę.

A tu po dwóch tygodniach przychodzi list polecony:
Adresat: Piekiełko 14,
Nadawca: Piekiełko 12.

O.o

A w liście:
"Szanowni państwo, wasze ch*jowe drzewo mje wk*rwia, macie je wyciąć, bo jak nie, to do sądu pójdę.
Spie*dalajcie,
Pelagia Sąsiadka".

Tylko, że było to napisane grzeczniej i tak jakoś bardziej urzędowo. Po ustaniu chęci nabicia jej na widły, odpowiedzieliśmy kulturalnie, również listownie (borze iglasty, jakie to śmieszne przez płot pisać listy, zamiast normalnie pogadać, ale skoro kobieta tak chce...) że dziękujemy, ale z husqvarną, to od naszego ziomka z daleka.

I wtedy nawiedzili nas sołtys z wójtem:
"Drzewo jest chore, nie ma to tamto, rżniemy, bo pół gminy zginie za sprawą drania. Dobry wójt da szybko zgodę, zorganizujemy sprzęt i jutro wycinamy skurczybyka! Pani Candela, same korzyści, nawet trochę opału pani odstąpimy, a reszta na ogrzanie sali wiejskiej pójdzie, dla dobra wsi naszej."

Odmówiliśmy.

W związku z tym zalała nas fala listów od sąsiadki, że ona się boi, że jej córka się boi, że jej pies się boi, że jej kury się nie niosą, a dzieci w Afryce głodują przez to cholerne drzewo. Jest suche, jest chore, jest umarte, won mi z tym. I mi zacienia podwórze! (Czy widzenie słońca na północy, to już jednostka chorobowa?)

No dobra, pomyśleliśmy, może ten ich strach jest ważniejszy niż nasza miłość do ziomka drzewa. Może i oni wiedzą coś czego my nie wiemy. Wywróżyli apokalipsę z wnętrzności czarnego koguta albo rozsypali sól...
Trzeba zapytać eksperta od drzew. A nawet trzech.

I wiecie co? Wszyscy stwierdzili jednogłośnie, że drzewo jest okazem zdrowia, jest piękne, mega wartościowe, przeżyje nas wszystkich, ale dla spokoju ducha sąsiadki usuniemy suche gałęzie, uformujemy tak, żeby było mniej czułe na wiatr i będzie wszystko na glanc. Żeby nie było, że się nie przejmujemy.

Na zabiegi pielęgnacyjne wykonywane przez specjalistę, wydaliśmy pierdyliard pesos. Specjalista, łażąc po drzewie, zlokalizował kilka gatunków ściśle chronionych porostów, które zgłosił ludziom od ściśle chronionych porostów.

I tym oto sposobem drzewo stało się nie do ruszenia.

Nasze starania oczywiście spłynęły po sąsiadce i władzy czcigodnej jak po kaczce. Jeszcze przez jakiś czas przychodził spam od sąsiadki, że "ch*j tam jacyś eksperci, ONA WIDZI że drzewo je uschłe, bo ono ma dziurę!!! I wyciąć to w pi*du, ale już!". Tak, w drzewie jest dziupla. Straszna choroba.

Postanowiliśmy, że nie będziemy się dalej z nimi pieścić i napisaliśmy wniosek do gminy o ustanowienie pomnika przyrody. Kryteria wymiarowo-wiekowe ziomek spełnia kilkakrotnie. I nasi eksperci również napisali takie wnioski. I nasz prawnik też napisał taki wniosek.

Odpowiedź?
1. Przyszła po czasie.
2. Pisana na kolanie przez wójta, albo jego przydupasa (do tego powinna zostać zwołana rada gminy)
3. Odmowa.
4. W uzasadnieniu wójt rzecze, że "nie ma mowy, drzewo je uschłe, wszyscy to wiedzo i wcale nie je cenne dla gminy".

A co, moim zdaniem, jest prawdziwym powodem tej burzy? Ano to, że sąsiadka musi zagrabiać jesienią liście. I im na wiosnę pszczoły bzyczą. I dlatego trzeba się pozbyć tak wartościowego drzewa.

Czy wspominałam, że sołtys, wójt i sąsiadka to krewni?

PS. Drzewo oficjalnie stało się nasze, po wyznaczeniu granic, o których wspominałam w tej: http://piekielni.pl/73959 historii. Od tego czasu w sąsiadkę diabeł wstąpił.

PS.2. Specjalista, który usuwał posusz, stwierdził fachowym okiem, że bezpieczna wycinka tego drzewa zajęłaby kilka tygodni. Jak sołtys z wójtem chcieli to zrobić cichcem w jedno popołudnie? Tego najstarsi Indianie nie wiedzą...

A, i drzewo powinien obejrzeć ktoś kompetentny, wycinka nie powinna zależeć od widzimisię wójta. Pachniało to przekrętem na kilometr. No i trzeba jeszcze nadmienić, że nasza gmina ma najmniejszą liczbę pomników przyrody z całego powiatu.

Wiejskie eksperty, psia ich mać.

PS.3. A po nagłośnieniu sprawy...

Pół gminy ma nas za wariatów, bo po co chronić, pielęgnować, ładować hajsy w przyrodę, kiedy można się pozbyć, wyłożyć teren polbrukiem i jeszcze dobre drewno do kominka mieć. Niepojęte.

Za to druga połowa nas szczerze podziwia i kibicuje. Zjawiają się też ciekawscy, podziwiający nasz prywatny cud natury.

Dopóki żyjemy, będziemy cię bronić, ziomku :)

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 402 (454)
zarchiwizowany

#77231

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jest mi cholernie smutno.
Piękno natury jest kojące. Łąki, jeziora, drzewa...

Dopiero co weszła ustawa o możliwości wycinki bez pozwolenia, a sąsiedzi już rżną wszystko w pi*du, jakby ich nagle Duch Święty natchnął.

Nie, te drzewa nie zagrażają. Nie rzucają cienia na ogrody, czy coś. Chore nie są. Po prostu rosną.

Czasem mam wrażenie, że to wszystko się dzieje w imię maksymy "chłop potęgą jest i basta, żywemu nie przepuści".

Dobrze, że jeziora nie mogą wysuszyć...

Ach ;(

sąsiedzi

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (196)

#77029

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu fotograf. Tym razem profesjonalista.

Czasem najdzie mnie ochota, by oglądać zdjęcia na papierze, nie monitorze, więc co jakiś czas robię rundkę po fotografach, by "wywołać". Z tym panem miałam nieprzyjemność dwa razy, bo ma najtaniej, a po pierwszej wizycie dałam mu jeszcze szansę.

Pierwsza wizyta:
a) 170 zdjęć do wywołania. Proszę, aby niczego nie zmieniać, a w razie uszkodzonych fotografii - nie drukować. Różne rzeczy się dzieją z plikami przy przenoszeniu.

Pomijam to, że zostałam ochrzczona "rybką". Rybko to, rybko tamto - nie cierpię tego. W tym wieku to już wk*rwia.

Przeglądam wydrukowane foty, a tu ze zdjęcia człowieka z kotem, zrobiło się zdjęcie z uszami. Pytam co to ma być? Odpowiedź:
- Bo się z formatem nie zgadzało, trzeba było obciąć, a my zawsze na pierwszym miejscu stawiamy ludzi, więc kota przycięliśmy.
Aha.

Poprosiłam o ponowne wydrukowanie, ale tym razem jednak z kotem. Abrakadabra, dało się, tylko ze szczupłymi białymi paseczkami po bokach, z którymi sprawnie poradziła sobie gilotyna.

Ja rozumiem, że format druku może się nie pokrywać z formatem zdjęcia, ale ja nie płacę za samowolne kadrowanie. Wypadałoby zapytać, a nie przycinać kota, bo człowiek ładniejszy.

b) Uszkodzone zdjęcia puszczone do druku - bez komentarza.

c) I moje ulubione: ingerowanie fotografa w moje zdjęcia (!), np. rozjaśnianie i przyciemnianie, w granicach niezdrowego rozsądku. Pojawiające się przy tym "szumy" tłumaczone syfem z drukarki, bądź różnicą między obrazem wyświetlanym, a drukowanym. Z niektórych poznikały elementy, wyparowały kolory. Coś pięknego. Kupa zdjęć do poprawki.

Najlepsze było to, że ja za te poprawki musiałam zapłacić. I za wydrukowane uszkodzone zdjęcia również. No, jedno zdjęcie łaskawie uznał za winę drukarki i odpuścił.

Zapłacić kazał za 187 zdjęć.

Druga wizyta:
Tak, wiem, też cię nie rozumiem rybko, po wuja ty tam poszłaś drugi raz.

Do wydrukowania 11 zdjęć. Koniecznie w macie. Sprawdzone u pana fotografa na komputerze, czy nie uszkodzone. Zaznaczone TŁUSTĄ CZCIONKĄ, że ma nie ingerować w zdjęcia pod groźbą pieczenia na ruszcie.
I dupa.

Odbieram zdjęcia - połysk.
No nie, panie, ja zamawiałam coś innego, proszę to puścić jeszcze raz. Ale zaraz zaraz... W czterech zdjęciach rażąca ingerencja w kolory.

Tym razem nad nim stałam przy drukowaniu i, a jakże, jakby się uwziął na suwaki edytorskie. W każdym jednym zdjęciu "miszcz" miał coś do powiedzenia. Ale nie kazałam upiększać. Pilnowałam go jak Cerber.

Zdjęcia na glanc, piękne jak chciałam, chyba zostanę fotografem.

A na koniec, najciekawszy dla mnie smaczek - pan fotograf nie pozwolił zabrać nieudanych zdjęć, tłumacząc że musi rozliczyć się z rolki. Kiedy zaproponowałam mu, że zapłacę za nie połowę ceny, nagle zmienił zdanie i zaczął kręcić, że "eee, to ja wtedy to jakoś tam załatwię, hehe, no wystawię notę korygującą i się wtedy będzie zgadzać ta rolka". Paragonu nie dostałam.

W domu dla pewności sprawdziłam, czy rzeczywiście gdy woda według RGB jest czerwona, to czy CMY ją przedstawi jako czarną. Wiecie co? Ni hu hu. Przynajmniej tak stwierdziła moja drukarka.

Co za bałwan.

fotograf

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (258)