Profil użytkownika
Casandra ♀
| Zamieszcza historie od: | 7 listopada 2010 - 19:55 |
| Ostatnio: | 5 maja 2012 - 14:20 |
- Historii na głównej: 41 z 54
- Punktów za historie: 32692
- Komentarzy: 175
- Punktów za komentarze: 1164
Wszyscy wiedzą o tym, że w autobusach dzieją się cuda i cudeńka. Co autobus, to historia. Czytaliśmy już o przygodach moherków, ciężarnych, pyskatej młodzieży. Brakuje nam chyba tylko nalotu UFO:-). Ja mam dla Was tym razem opowieść o Policji i strachliwych Polaczkach, co munduru się boją jak owady Muchozolu.
Standardowo jadę zapchanym autobusem. Pod jednym z naszych miejscowych urzędów wsiada pędem do pojazdu pewna kobieta. Pyrgnęła torebką na siedzenie, prawie zgniatając czyjeś zakupy, wyciągnęła telefon i... dzwoni na policję.
- Halo! Halo panie policjancie! Ratunku, pomocy! Ja jadę takim i takim autobusem! Byłam właśnie w urzędzie xxx i napadli mnie! Ja się nazywam Antonia Antoniewiczówna, mieszkam na ulicy Błotnej, numer zachlapany. Panowie policjanci, pospieszcie się. Napadł mnie Marek Markiewicz! On teraz jedzie ze mną tym autobusem!
W tym momencie wszyscy pasażerowie, którzy już i tak wpatrywali się w kobietę ze zdumieniem, zaczęli się nerwowo rozglądać za bandytą, czy aby nie siedzi gdzieś koło nich z niecnymi zamiarami. Nie siedział. Stał na środku autobusu i słysząc rozmowę pani Antonii zaczął się pienić jak szampon dwa w jednym:
- Ty stara wiedźmo! Ty na mnie na policje dzwonisz? Ty raszplo! Ja ci zaraz kręgosłup połamię, ty z tego autobusu nie wyjdziesz!
Pani Antonia zrobiła się biała jak pierwszy śnieg w grudniu.
- Słyszał pan, panie policjancie? Ratunku! Zatrzymajcie go! On mnie napadł w urzędzie, mnie dwie kobiety uratowały, one jadą ze mną! Jak to skąd wiem jak on się nazywa? Bo ja mieszkam z nim w jednym bloku!
- Ty stara kur*wo! Ty piszesz donosy na sąsiadów! Na porządnych ludzi donosisz! To ty powinnaś iść siedzieć! Przeszkadza ci, że ktoś się bawi w nocy?! W nocy się śpi, a nie podsłuchuje co inni robią! - Drze się Bandyta.
Ludzie w autobusie podnieśli rwetes, wszyscy szepczą, robi się zamieszanie. Kilka osób się rozgląda, jakby szukali gdzie może być zamontowana ukryta kamera. Kamery nie ma. To nie Big Brother, to samo życie.
Bandyta postanowił uniknąć kłopotów i czmychnął na następnym przystanku. Kobiecina znowu dzwoni na policję. Tym razem odebrał inny funkcjonariusz, więc zaczyna tłumaczyć od nowa co i jak. Zgłosiła, że zwiał, gdzie zwiał, a nawet podała jego adres zamieszkania. Policja każe jej czekać. W międzyczasie ona i jej dwie wybawicielki zostały zalane morzem pytań o szczegóły. Pani Antonia zaczyna snuć swoją opowieść, a świadkowie grzeją się z lubością w ogniu chwały, słysząc jakie to one były dzielne i nieustraszone. Nagle ktoś zauważył, że za naszym autobusem jedzie radiowóz policyjny. Autobus zatrzymał się na najbliższym planowanym przystanku, mundurowi weszli na pokład. I na pasażerów zstąpiła niemoc wielka, zwana potocznie "nic nie słyszałem, nic nie widziałem".
- Dzień dobry, która to pani Antonia i jej świadkowie? Poprosimy z nami. Spiszemy zeznania.
Cisza. Głucha cisza. Amba fatima, byli świadkowie i ich ni ma.
- Pani Antonio mówiła pani coś o świadkach - ponaglił funkcjonariusz. Kobieta spogląda bezradnie na swoje wybawicielki i mówi:
- To idą panie ze mną, tak?
Żadna nie odpowiada, jedna patrzy w sufit, druga ogląda swoje paznokcie. W autobusie nadal cisza.
- No obiecały mi panie, że pomogą. - Przypomina poszkodowana.
- No i pomogłyśmy. - Przemawia jedna z pań - Pomogłam pani, bo uderzyłam go torebką po głowie.
- Tak było. - Odzywa się druga. - A ja go szarpnęłam za kaptur i upadł.
- No to pojadą panie ze mną na komendę, czy gdzie tam trzeba i opowiedzą panie jak było, tak? - upewnia się pani Antoniewiczówna.
- No wie pani co? - Oburza się grubsza z pań bohaterek - to ja pani życie ratuję, a pani mnie po komendach chce ciągać?! Ja jestem chora, nie mogę się denerwować!
- Ja też nigdzie nie idę. - Mówi chudsza. - Ja się na zakupy spieszę. Nie mam czasu!
Poszkodowanej w oczach stanęły łzy, kierowca trąbi, bo chce już jechać dalej, mundurowi morderczym wzrokiem wpatrują się w utrudniające wszystko kobiety i ogólnie mamy impas.
Stalibyśmy tak pewnie do końca świata i jeszcze dzień dłużej, gdyby nie to, że Bandyta (lub ktoś podobny do niego) nagle ukazał się na horyzoncie, poszkodowana zaczęła krzyczeć, policjanci pobiegli za wskazanym obiektem, a pani Antonia udała się w ślad za mundurowymi. Drzwi autobusu się zamknęły, ruszyliśmy dalej. Jakby nigdy nic. Dwa przystanki dalej, gdy magia munduru przestała już działać, słychać było taką rozmowę:
- No wiesz co... - Mówi gruba. - Bezczelność. Człowiek nie ma nic na sumieniu, a oni go będą po komendach ciągać.
- I weź tu komuś pomóż. - Wzdycha teatralnie chuda.
- Bohaterki za dychę! - Krzyczy jakiś facet z tyłu.
- Tchórzem podszyte! - Dodaje ktoś jeszcze.
- No to żeście się w porę odezwali! - Komentuje kierowca.
Reszty nie słyszałam, musiałam wysiadać i biec do pracy, by uniknąć spóźnienia...
Standardowo jadę zapchanym autobusem. Pod jednym z naszych miejscowych urzędów wsiada pędem do pojazdu pewna kobieta. Pyrgnęła torebką na siedzenie, prawie zgniatając czyjeś zakupy, wyciągnęła telefon i... dzwoni na policję.
- Halo! Halo panie policjancie! Ratunku, pomocy! Ja jadę takim i takim autobusem! Byłam właśnie w urzędzie xxx i napadli mnie! Ja się nazywam Antonia Antoniewiczówna, mieszkam na ulicy Błotnej, numer zachlapany. Panowie policjanci, pospieszcie się. Napadł mnie Marek Markiewicz! On teraz jedzie ze mną tym autobusem!
W tym momencie wszyscy pasażerowie, którzy już i tak wpatrywali się w kobietę ze zdumieniem, zaczęli się nerwowo rozglądać za bandytą, czy aby nie siedzi gdzieś koło nich z niecnymi zamiarami. Nie siedział. Stał na środku autobusu i słysząc rozmowę pani Antonii zaczął się pienić jak szampon dwa w jednym:
- Ty stara wiedźmo! Ty na mnie na policje dzwonisz? Ty raszplo! Ja ci zaraz kręgosłup połamię, ty z tego autobusu nie wyjdziesz!
Pani Antonia zrobiła się biała jak pierwszy śnieg w grudniu.
- Słyszał pan, panie policjancie? Ratunku! Zatrzymajcie go! On mnie napadł w urzędzie, mnie dwie kobiety uratowały, one jadą ze mną! Jak to skąd wiem jak on się nazywa? Bo ja mieszkam z nim w jednym bloku!
- Ty stara kur*wo! Ty piszesz donosy na sąsiadów! Na porządnych ludzi donosisz! To ty powinnaś iść siedzieć! Przeszkadza ci, że ktoś się bawi w nocy?! W nocy się śpi, a nie podsłuchuje co inni robią! - Drze się Bandyta.
Ludzie w autobusie podnieśli rwetes, wszyscy szepczą, robi się zamieszanie. Kilka osób się rozgląda, jakby szukali gdzie może być zamontowana ukryta kamera. Kamery nie ma. To nie Big Brother, to samo życie.
Bandyta postanowił uniknąć kłopotów i czmychnął na następnym przystanku. Kobiecina znowu dzwoni na policję. Tym razem odebrał inny funkcjonariusz, więc zaczyna tłumaczyć od nowa co i jak. Zgłosiła, że zwiał, gdzie zwiał, a nawet podała jego adres zamieszkania. Policja każe jej czekać. W międzyczasie ona i jej dwie wybawicielki zostały zalane morzem pytań o szczegóły. Pani Antonia zaczyna snuć swoją opowieść, a świadkowie grzeją się z lubością w ogniu chwały, słysząc jakie to one były dzielne i nieustraszone. Nagle ktoś zauważył, że za naszym autobusem jedzie radiowóz policyjny. Autobus zatrzymał się na najbliższym planowanym przystanku, mundurowi weszli na pokład. I na pasażerów zstąpiła niemoc wielka, zwana potocznie "nic nie słyszałem, nic nie widziałem".
- Dzień dobry, która to pani Antonia i jej świadkowie? Poprosimy z nami. Spiszemy zeznania.
Cisza. Głucha cisza. Amba fatima, byli świadkowie i ich ni ma.
- Pani Antonio mówiła pani coś o świadkach - ponaglił funkcjonariusz. Kobieta spogląda bezradnie na swoje wybawicielki i mówi:
- To idą panie ze mną, tak?
Żadna nie odpowiada, jedna patrzy w sufit, druga ogląda swoje paznokcie. W autobusie nadal cisza.
- No obiecały mi panie, że pomogą. - Przypomina poszkodowana.
- No i pomogłyśmy. - Przemawia jedna z pań - Pomogłam pani, bo uderzyłam go torebką po głowie.
- Tak było. - Odzywa się druga. - A ja go szarpnęłam za kaptur i upadł.
- No to pojadą panie ze mną na komendę, czy gdzie tam trzeba i opowiedzą panie jak było, tak? - upewnia się pani Antoniewiczówna.
- No wie pani co? - Oburza się grubsza z pań bohaterek - to ja pani życie ratuję, a pani mnie po komendach chce ciągać?! Ja jestem chora, nie mogę się denerwować!
- Ja też nigdzie nie idę. - Mówi chudsza. - Ja się na zakupy spieszę. Nie mam czasu!
Poszkodowanej w oczach stanęły łzy, kierowca trąbi, bo chce już jechać dalej, mundurowi morderczym wzrokiem wpatrują się w utrudniające wszystko kobiety i ogólnie mamy impas.
Stalibyśmy tak pewnie do końca świata i jeszcze dzień dłużej, gdyby nie to, że Bandyta (lub ktoś podobny do niego) nagle ukazał się na horyzoncie, poszkodowana zaczęła krzyczeć, policjanci pobiegli za wskazanym obiektem, a pani Antonia udała się w ślad za mundurowymi. Drzwi autobusu się zamknęły, ruszyliśmy dalej. Jakby nigdy nic. Dwa przystanki dalej, gdy magia munduru przestała już działać, słychać było taką rozmowę:
- No wiesz co... - Mówi gruba. - Bezczelność. Człowiek nie ma nic na sumieniu, a oni go będą po komendach ciągać.
- I weź tu komuś pomóż. - Wzdycha teatralnie chuda.
- Bohaterki za dychę! - Krzyczy jakiś facet z tyłu.
- Tchórzem podszyte! - Dodaje ktoś jeszcze.
- No to żeście się w porę odezwali! - Komentuje kierowca.
Reszty nie słyszałam, musiałam wysiadać i biec do pracy, by uniknąć spóźnienia...
Ocena:
460
(Głosów:
596)
Byłam dzisiaj świadkiem tak absurdalnej rozmowy, że do tej pory przetrawiam to, co usłyszałam.
Stoję na przystanku, czekam na autobus. Obok mnie na ławeczce siedzą dwie staruszki. Jedna z nich zawzięcie dyskutuje i atakuje swoimi racjami a druga z wyraźną rezygnacją przyjmuje te wywody. Jedyneczka ostro gestykuluje i prawie rwie włosy z głowy, dwójeczka kręci głową i wzdycha. O co chodzi? O spodnie.
- Ja nie wiem, jak NORMALNA kobieta może chcieć nosić spodnie! - piekli się jedyneczka.
- Ja jakoś noszę i żyję - tłumaczy dwójeczka.
- Ale spodnie są jak grzech! Rozumie pani? Jak grzech! Kobiety mają spódnice, sukienki. Dla mężczyzn są spodnie. Czy pani tego nie rozumie?
Dwójeczka wymownie wzdycha. Jedyneczka rozkręca sie coraz bardziej.
- Nie można nam nosić spodni. To nie wypada! To wstyd dla kobiety! Nawet ksiądz w kościele...
- Co ksiądz w kościele? - przerywa jej dwójeczka - co ksiądz w kościele? Może mi pani powie, że zabronił kobietom spodnie nosić?
Dwójeczka stuka się palcem w czoło a jedyneczka wyraźnie się czerwieni i miesza.
- No nie mówił. Ale powinien! I ja mu to podpowiem w następną niedzielę. Nawet w Piśmie Świętym pisze o tym, jak kobieta powinna się ubierać.
- Tak pani mówi? To ja jak widać czytam inne Pismo Święte niż pani. W moim nic takiego nie ma. Za to dużo pisze na temat szacunku do bliźniego - mówi rozzłoszczona dwójeczka.
Jedyneczka jednoznacznie manifestuje obrazę majestatu i odwraca sie plecami do towarzyszki. Wtem nasza skromna grupka powiększa się o młodą dziewczynę, oczywiście też ubraną w spodnie. Jedyneczka porzuca postawę zwaną FOCH i nachyla sie do dwójeczki.
- Widzi pani ją? To Mańkowa córka. Nosiła spodnie, kręciła pośladkami i nakręciła sobie dzieciaka! A nie mówiłam, że spodnie są złe? Kobiety powinny nosić długie skromne spódnice! Nawet w Piśmie Świętym...
-A dajże pani już spokój! - dwójeczka straciła cierpliwość i wstała.
- Ja panią ostrzegam! Kobieta, która się szanuje nosi spódnice! I to długie! Ludzie wezmą panią na języki. Nie można wyglądać jak taka...lekkich obyczajów.
Tą insynuacją kobieta przelała czarę goryczy.
- Ja będę nosić spodnie i już! I pani też bym radziła spodnie założyć, bo nosi pani te spódnice, dupsko pani marznie i pierdzieli pani takie farmazony, że aż współczuję księdzu spowiednikowi, do którego pani chodzi. On to się musi nasłuchać.
Jedyneczka podniosła się prędko, rzuciła w naszą stronę tekst "grzesznice!" i opuściła nasze skromne antyspódnicowe stadko.
Dwójeczka powiodła za nią wzrokiem, odczekała chwilkę i nagle zaczęła się głośno śmiać. Potem spojrzała w niebo, złożyła dłonie jak do modlitwy i powiedziała:
-Boże, to był najgłupszy człowiek jakiego postawiłeś na mojej drodze...
Stoję na przystanku, czekam na autobus. Obok mnie na ławeczce siedzą dwie staruszki. Jedna z nich zawzięcie dyskutuje i atakuje swoimi racjami a druga z wyraźną rezygnacją przyjmuje te wywody. Jedyneczka ostro gestykuluje i prawie rwie włosy z głowy, dwójeczka kręci głową i wzdycha. O co chodzi? O spodnie.
- Ja nie wiem, jak NORMALNA kobieta może chcieć nosić spodnie! - piekli się jedyneczka.
- Ja jakoś noszę i żyję - tłumaczy dwójeczka.
- Ale spodnie są jak grzech! Rozumie pani? Jak grzech! Kobiety mają spódnice, sukienki. Dla mężczyzn są spodnie. Czy pani tego nie rozumie?
Dwójeczka wymownie wzdycha. Jedyneczka rozkręca sie coraz bardziej.
- Nie można nam nosić spodni. To nie wypada! To wstyd dla kobiety! Nawet ksiądz w kościele...
- Co ksiądz w kościele? - przerywa jej dwójeczka - co ksiądz w kościele? Może mi pani powie, że zabronił kobietom spodnie nosić?
Dwójeczka stuka się palcem w czoło a jedyneczka wyraźnie się czerwieni i miesza.
- No nie mówił. Ale powinien! I ja mu to podpowiem w następną niedzielę. Nawet w Piśmie Świętym pisze o tym, jak kobieta powinna się ubierać.
- Tak pani mówi? To ja jak widać czytam inne Pismo Święte niż pani. W moim nic takiego nie ma. Za to dużo pisze na temat szacunku do bliźniego - mówi rozzłoszczona dwójeczka.
Jedyneczka jednoznacznie manifestuje obrazę majestatu i odwraca sie plecami do towarzyszki. Wtem nasza skromna grupka powiększa się o młodą dziewczynę, oczywiście też ubraną w spodnie. Jedyneczka porzuca postawę zwaną FOCH i nachyla sie do dwójeczki.
- Widzi pani ją? To Mańkowa córka. Nosiła spodnie, kręciła pośladkami i nakręciła sobie dzieciaka! A nie mówiłam, że spodnie są złe? Kobiety powinny nosić długie skromne spódnice! Nawet w Piśmie Świętym...
-A dajże pani już spokój! - dwójeczka straciła cierpliwość i wstała.
- Ja panią ostrzegam! Kobieta, która się szanuje nosi spódnice! I to długie! Ludzie wezmą panią na języki. Nie można wyglądać jak taka...lekkich obyczajów.
Tą insynuacją kobieta przelała czarę goryczy.
- Ja będę nosić spodnie i już! I pani też bym radziła spodnie założyć, bo nosi pani te spódnice, dupsko pani marznie i pierdzieli pani takie farmazony, że aż współczuję księdzu spowiednikowi, do którego pani chodzi. On to się musi nasłuchać.
Jedyneczka podniosła się prędko, rzuciła w naszą stronę tekst "grzesznice!" i opuściła nasze skromne antyspódnicowe stadko.
Dwójeczka powiodła za nią wzrokiem, odczekała chwilkę i nagle zaczęła się głośno śmiać. Potem spojrzała w niebo, złożyła dłonie jak do modlitwy i powiedziała:
-Boże, to był najgłupszy człowiek jakiego postawiłeś na mojej drodze...
Ocena:
720
(Głosów:
768)
Opowieść o gratisiku.
W ostatnim czasie nasz sklep kusił całkiem fajną promocją. Mianowicie, przy zakupach powyżej 100 złotych, posiadacze naszej karty stałego klienta otrzymywali zupełnie za darmo gratis, w postaci dość wartościowego produktu. Taką kartę posiada 75% naszych klientów, a ponad połowa z nich robi zakupy na kwotę oscylującą w granicach tych magicznych 100 złotych.
Jak łatwo się domyśleć zainteresowanie promocją było ogromne, a radość klientów, jak to się mówi, BEZCENNA:-) Dodam tylko, że gratis klient powinien sam sobie wybrać i przynieść do kasy razem z zakupami, lecz wychodząc naprzeciw naszym klientom kasjerzy byli pozaopatrywani w gratisiki. Tak na wszelki wypadek.
Wyobraźcie to sobie: jedziecie do sklepu na większe zakupy, łazicie z listą produktów między półkami, szukając super ofert i zniżek. A taka fajna promocja znajduje Was sama przy kasie i objawia się w postaci uśmiechniętej pani kasjerki, która z wielką radością informuje Was, że otrzymujecie w prezencie jeden z sześciu atrakcyjnych artykułów do wyboru. No powiedzcie sami, kto by się nie ucieszył? Nie wiecie kto? To ja Wam powiem - Piekielni Klienci. Oni zawsze znajdą powód do narzekań.
Zacznijmy od tego, co w trakcie tej kilkudniowej "imprezki" działo się na kasach. Oto kilka przykładowych rozmów:
(K) - kasjerka, (PK) - piekielny klient.
1.
(K)- Czy posiadają państwo naszą kartę stałego klienta?
(PK)- Mamy ale jej nie używamy, bo g*wno za to dajecie.
(K)- W takim razie może zmienią państwo zdanie, gdy poinformuję państwa o dzisiejszej promocji...(tu kasjerka tłumaczy co i jak).
(PK)- O! To my mamy zakupy na tą kwotę i chcemy gratisik!
(K)- Tak jak informowałam promocja jest tylko dla posiadaczy karty. Poproszę o państwa kartę.
(PK)- Nie mamy karty przy sobie! Gratisik nam się należy i go chcemy!
Kasjerka dłuższą chwilę przekonuje, że regulamin to regulamin i już.
(PK)- Danka! - tu mąż zwraca się do żonki - Zapier*dalaj do domu po kartę, ja postoję w kolejce i zaczekam!
(K)- Bardzo mi przykro, ale nie mogą państwo blokować kolejki.
(PK)- Danka, nie słuchaj tej pani, zapier*dalaj po tą kartę! Szybko!
(K)- Proszę pana, mam możliwość zachowania tej transakcji w pamięci kasy. Może zostawią państwo zakupy, pójdą po tą kartę i zapłacą jak wrócą? - kasjerka próbuje ratować sytuację.
(PK)- Nie ma mowy! Jak wrócimy to pewnie gratisy się skończą! Danka! Już cię tu nie ma! Po kartę!
Oczywiście, nie obyło się bez interwencji ochrony...
2.
(K)- Miło mi panią poinformować, że spełniła pani wszystkie warunki naszej nowej promocji i może pani sobie wybrać jeden z sześciu gratisów (tu kasjerka wymienia produkty).
(PK)- Co dostanę? - dopytuje klientka.
(K)- No gratisik. Taki lub taki. Albo taki. Do wyboru.
(PK)- Nie, dziękuję - pada zdanie, po którym kasjerce z wrażenia odejmuje mowę. W kolejce słychać szepty niedowierzania.
(K)- Ale dlaczego? - pyta śmiertelnie zdziwiona.
(PK)- Bo ja nie mam pieniędzy.
(K) - Ale pani nic za to nie płaci. To jest całkiem za darmo - przekonuje kasjerka.
(PK)- Eeee tam, takie gadanie. Pewnie doliczone tak sprytnie, żeby nikt się nie zorientował. Albo rozdajecie towar po terminie. W d*pę se go wsadźcie! Myślicie, że mnie nie stać?! Stać mnie! Sama se kupię!
Po tej scenie kasjerka prosi o chwilę przerwy w celu znalezienia szczęki, która z nadmiaru zdziwienia odpadła i poturlała się pod kasę. My przejdziemy teraz do Punktu Obsługi Klienta.
A w magicznym miejscu zwanym POK-emonową Twierdzą dzieją się rzeczy straszne. Widać tłum ludzi wymachujący paragonami nad głowami POK-emonów. Krzyk, wrzask, zianie ogniem, rzucanie mięsem do celu, płacz i lament. O co chodzi? O gratisik.
(P) - POK-emon, (PK) - piekielny klient.
1.
(PK)- Proszę pani! Proszę pani! A dlaczego ja nie dostałem gratisu? Mam przecież zakupy na tą kwotę!
(P)- Tłumaczę panu już po raz czwarty, że nie ma pan karty. I powiedział pan, że jej pan nie wyrobi.
(PK)- Bo ja nie mam czasu na durnoty! Czas to pieniądz!
(P)- A ma pan czas stać tu od 10 minut i się drzeć jak stare kalesony? - pada spokojne pytanie POK-emona, po którym klient opuszcza "imprezę".
1:0 dla nas. Następny:
2.
(PK)- Halo! Proszę pani! A kasjerka zamiast gratisu numer jeden, dała mi gratis numer dwa! Ja go nie chcę! Żądam wymiany! Natychmiast!
POK-emon dzwoni do kasjerki w celu uzyskania informacji. Kasjerka wyjaśnia, że klient trzy razy zmieniał zdanie co do gratisu i nawet gdy już wybrał, to i tak nie wyglądał na przekonanego. Jak widać, po odejściu od kasy znowu mu się odmieniło.
POK-emon próbuje przekonać klienta, że wybrał świetnie, lecz ten przeistacza się w głuchą, tępą dzidę i odmawia współpracy. Pracownik dzwoni do kierownika z zapytaniem, czy ten wyrazi zgodę na wymianę gratisu poza kasą, a kierownik niestety mówi "tak". Czemu niestety? Bo gdy inni klienci to usłyszeli, to rzucili sie do POK-u w celu wymiany swoich gratisików...
1:1 mamy remis.
3.
(PK)- Proszę pani, ja tu godzinę temu zrobiłam zakupy ale rozmyślam się i chcę część rzeczy oddać.
(P)- Oczywiście, zwrot przysługuje pani do 5 dni od daty zakupu. Tylko musi być pani świadoma, że w momencie gdy pani odda te rzeczy, pani rachunek będzie wynosił tylko 10 zł, więc będziemy zmuszeni odebrać pani gratisik. Nie spełni już pani warunków udziału w tej promocji. Więc proszę przemyśleć swoją decyzję...
(PK)- Proszę powtórzyć, bo aż nie wierzę w to co słyszę! - klientkę zalewa purpurą czysta wściekłość - to niezgodne z prawem!
(P)- Zapewniam panią, że jest to zgodne z regulaminem promocji - tu POK-emon wręcza paniusi opasłe tomisko procedur. Pod ciężarem naszych 100 000 przykazań firmowych kolana klientki miękną i wyginają się jak sprężynki. Rzuca tomiskiem z głośnym "uuufff" i kontynuuje walkę, zmieniając jedynie taktykę:
(PK)- A co jeśli ja już zjadłam ten gratisik? - pyta chytrze.
(P)- To smacznego, na zdrowie. Odliczymy pani kwotę gratisu od kwoty, którą chce pani od nas uzyskać ze zwrotu.
Klientka się zapowietrza, emocje w niej buzują.
(PK)- Skandal! - krzyczy - złodzieje, najpierw dają, potem zabierają!
(P)- My jesteśmy złodziejami, tak? A słyszała pani o czymś takim jak PRÓBA WYŁUDZENIA GRATISU? Jeśli nie, to ja pani wytłumaczę na czym to polega. Dzisiaj już z dziesięciu klientów próbowało kupić towar tylko na moment, po to by uzyskać gratis a chwilę później chcieli ten towar oddać, oczywiście nie oddając gratisu. Czysty zysk!
Klientka nagle odnalazła zjedzony gratis a nawet zrezygnowała ze zwrotu.
2:1 dla nas...
Na końcu tej wycieczki po naszym sklepie widzimy Szanowną Ochronę. Może zapytamy ich jak się bawią na tej imprezce?
(O) - ochrona, (PK) - piekielny klient.
(O)- Proszę pana! Proszę pana, proszę się zatrzymać! Aktywował pan bramkę antykradzieżową! Co pan ma w tej reklamówce?
(PK)- No jak to co? Gratisik!
(O)- Proszę pana, a od kiedy to dają gratisik do jednego bochenka chleba i kawałka pasztetowej? - ochroniarz groźnie marszczy brwi. Śmierdziało mu złodziejem na kilometr.
(PK)- Gratisik to gratisik i ch*j... - pada rezolutna odpowiedź.
No właśnie, gratisik, to gratisik. Należy się każdemu, zawsze i wszędzie. Tak myślą Piekielni...
W ostatnim czasie nasz sklep kusił całkiem fajną promocją. Mianowicie, przy zakupach powyżej 100 złotych, posiadacze naszej karty stałego klienta otrzymywali zupełnie za darmo gratis, w postaci dość wartościowego produktu. Taką kartę posiada 75% naszych klientów, a ponad połowa z nich robi zakupy na kwotę oscylującą w granicach tych magicznych 100 złotych.
Jak łatwo się domyśleć zainteresowanie promocją było ogromne, a radość klientów, jak to się mówi, BEZCENNA:-) Dodam tylko, że gratis klient powinien sam sobie wybrać i przynieść do kasy razem z zakupami, lecz wychodząc naprzeciw naszym klientom kasjerzy byli pozaopatrywani w gratisiki. Tak na wszelki wypadek.
Wyobraźcie to sobie: jedziecie do sklepu na większe zakupy, łazicie z listą produktów między półkami, szukając super ofert i zniżek. A taka fajna promocja znajduje Was sama przy kasie i objawia się w postaci uśmiechniętej pani kasjerki, która z wielką radością informuje Was, że otrzymujecie w prezencie jeden z sześciu atrakcyjnych artykułów do wyboru. No powiedzcie sami, kto by się nie ucieszył? Nie wiecie kto? To ja Wam powiem - Piekielni Klienci. Oni zawsze znajdą powód do narzekań.
Zacznijmy od tego, co w trakcie tej kilkudniowej "imprezki" działo się na kasach. Oto kilka przykładowych rozmów:
(K) - kasjerka, (PK) - piekielny klient.
1.
(K)- Czy posiadają państwo naszą kartę stałego klienta?
(PK)- Mamy ale jej nie używamy, bo g*wno za to dajecie.
(K)- W takim razie może zmienią państwo zdanie, gdy poinformuję państwa o dzisiejszej promocji...(tu kasjerka tłumaczy co i jak).
(PK)- O! To my mamy zakupy na tą kwotę i chcemy gratisik!
(K)- Tak jak informowałam promocja jest tylko dla posiadaczy karty. Poproszę o państwa kartę.
(PK)- Nie mamy karty przy sobie! Gratisik nam się należy i go chcemy!
Kasjerka dłuższą chwilę przekonuje, że regulamin to regulamin i już.
(PK)- Danka! - tu mąż zwraca się do żonki - Zapier*dalaj do domu po kartę, ja postoję w kolejce i zaczekam!
(K)- Bardzo mi przykro, ale nie mogą państwo blokować kolejki.
(PK)- Danka, nie słuchaj tej pani, zapier*dalaj po tą kartę! Szybko!
(K)- Proszę pana, mam możliwość zachowania tej transakcji w pamięci kasy. Może zostawią państwo zakupy, pójdą po tą kartę i zapłacą jak wrócą? - kasjerka próbuje ratować sytuację.
(PK)- Nie ma mowy! Jak wrócimy to pewnie gratisy się skończą! Danka! Już cię tu nie ma! Po kartę!
Oczywiście, nie obyło się bez interwencji ochrony...
2.
(K)- Miło mi panią poinformować, że spełniła pani wszystkie warunki naszej nowej promocji i może pani sobie wybrać jeden z sześciu gratisów (tu kasjerka wymienia produkty).
(PK)- Co dostanę? - dopytuje klientka.
(K)- No gratisik. Taki lub taki. Albo taki. Do wyboru.
(PK)- Nie, dziękuję - pada zdanie, po którym kasjerce z wrażenia odejmuje mowę. W kolejce słychać szepty niedowierzania.
(K)- Ale dlaczego? - pyta śmiertelnie zdziwiona.
(PK)- Bo ja nie mam pieniędzy.
(K) - Ale pani nic za to nie płaci. To jest całkiem za darmo - przekonuje kasjerka.
(PK)- Eeee tam, takie gadanie. Pewnie doliczone tak sprytnie, żeby nikt się nie zorientował. Albo rozdajecie towar po terminie. W d*pę se go wsadźcie! Myślicie, że mnie nie stać?! Stać mnie! Sama se kupię!
Po tej scenie kasjerka prosi o chwilę przerwy w celu znalezienia szczęki, która z nadmiaru zdziwienia odpadła i poturlała się pod kasę. My przejdziemy teraz do Punktu Obsługi Klienta.
A w magicznym miejscu zwanym POK-emonową Twierdzą dzieją się rzeczy straszne. Widać tłum ludzi wymachujący paragonami nad głowami POK-emonów. Krzyk, wrzask, zianie ogniem, rzucanie mięsem do celu, płacz i lament. O co chodzi? O gratisik.
(P) - POK-emon, (PK) - piekielny klient.
1.
(PK)- Proszę pani! Proszę pani! A dlaczego ja nie dostałem gratisu? Mam przecież zakupy na tą kwotę!
(P)- Tłumaczę panu już po raz czwarty, że nie ma pan karty. I powiedział pan, że jej pan nie wyrobi.
(PK)- Bo ja nie mam czasu na durnoty! Czas to pieniądz!
(P)- A ma pan czas stać tu od 10 minut i się drzeć jak stare kalesony? - pada spokojne pytanie POK-emona, po którym klient opuszcza "imprezę".
1:0 dla nas. Następny:
2.
(PK)- Halo! Proszę pani! A kasjerka zamiast gratisu numer jeden, dała mi gratis numer dwa! Ja go nie chcę! Żądam wymiany! Natychmiast!
POK-emon dzwoni do kasjerki w celu uzyskania informacji. Kasjerka wyjaśnia, że klient trzy razy zmieniał zdanie co do gratisu i nawet gdy już wybrał, to i tak nie wyglądał na przekonanego. Jak widać, po odejściu od kasy znowu mu się odmieniło.
POK-emon próbuje przekonać klienta, że wybrał świetnie, lecz ten przeistacza się w głuchą, tępą dzidę i odmawia współpracy. Pracownik dzwoni do kierownika z zapytaniem, czy ten wyrazi zgodę na wymianę gratisu poza kasą, a kierownik niestety mówi "tak". Czemu niestety? Bo gdy inni klienci to usłyszeli, to rzucili sie do POK-u w celu wymiany swoich gratisików...
1:1 mamy remis.
3.
(PK)- Proszę pani, ja tu godzinę temu zrobiłam zakupy ale rozmyślam się i chcę część rzeczy oddać.
(P)- Oczywiście, zwrot przysługuje pani do 5 dni od daty zakupu. Tylko musi być pani świadoma, że w momencie gdy pani odda te rzeczy, pani rachunek będzie wynosił tylko 10 zł, więc będziemy zmuszeni odebrać pani gratisik. Nie spełni już pani warunków udziału w tej promocji. Więc proszę przemyśleć swoją decyzję...
(PK)- Proszę powtórzyć, bo aż nie wierzę w to co słyszę! - klientkę zalewa purpurą czysta wściekłość - to niezgodne z prawem!
(P)- Zapewniam panią, że jest to zgodne z regulaminem promocji - tu POK-emon wręcza paniusi opasłe tomisko procedur. Pod ciężarem naszych 100 000 przykazań firmowych kolana klientki miękną i wyginają się jak sprężynki. Rzuca tomiskiem z głośnym "uuufff" i kontynuuje walkę, zmieniając jedynie taktykę:
(PK)- A co jeśli ja już zjadłam ten gratisik? - pyta chytrze.
(P)- To smacznego, na zdrowie. Odliczymy pani kwotę gratisu od kwoty, którą chce pani od nas uzyskać ze zwrotu.
Klientka się zapowietrza, emocje w niej buzują.
(PK)- Skandal! - krzyczy - złodzieje, najpierw dają, potem zabierają!
(P)- My jesteśmy złodziejami, tak? A słyszała pani o czymś takim jak PRÓBA WYŁUDZENIA GRATISU? Jeśli nie, to ja pani wytłumaczę na czym to polega. Dzisiaj już z dziesięciu klientów próbowało kupić towar tylko na moment, po to by uzyskać gratis a chwilę później chcieli ten towar oddać, oczywiście nie oddając gratisu. Czysty zysk!
Klientka nagle odnalazła zjedzony gratis a nawet zrezygnowała ze zwrotu.
2:1 dla nas...
Na końcu tej wycieczki po naszym sklepie widzimy Szanowną Ochronę. Może zapytamy ich jak się bawią na tej imprezce?
(O) - ochrona, (PK) - piekielny klient.
(O)- Proszę pana! Proszę pana, proszę się zatrzymać! Aktywował pan bramkę antykradzieżową! Co pan ma w tej reklamówce?
(PK)- No jak to co? Gratisik!
(O)- Proszę pana, a od kiedy to dają gratisik do jednego bochenka chleba i kawałka pasztetowej? - ochroniarz groźnie marszczy brwi. Śmierdziało mu złodziejem na kilometr.
(PK)- Gratisik to gratisik i ch*j... - pada rezolutna odpowiedź.
No właśnie, gratisik, to gratisik. Należy się każdemu, zawsze i wszędzie. Tak myślą Piekielni...
Ocena:
758
(Głosów:
778)
Perełki z księgi skarg i zażaleń, część 2.
1.
"Ja Barbara Iksińska zamieszkała tu i tu, składam zażalenie, ponieważ złożyłam do was już z 10 C.V i na żadne do tej pory nikt mi nie odpowiedział. Ja, matka samotnie wychowująca czworo dzieci czuję się potraktowana lekceważąco i mówiąc prosto z mostu OLANA!..."
2.
"Viera Straganov prosi o pracę dla mienia i mojej kobiety Mani. Ja i Mania z Ukrainy. To pikny kraj. Ale pracy niet. My mieć pozwolenie na prace. Mania rabotała na pieczarkach. Ale tam toksyny. Trucizna. Mania młoda jest. My wsjo umiemy rabotać. Wszystko. Prosimy. Spasiba!"
3.
"Nie podoba mi się ułożenie towaru na półkach! Kto to widział, żeby czekolada Wedel leżała obok Alpencośtam. A gdzie Milka? Czy ja zawsze muszę po Milkę latać na drugi koniec sklepu tylko dlatego, że jest jakaś bzdurna PROMOCJA?! Proszę to poprzestawiać!..."
4.
"Jestem waszym stałym klientem. I żądam, żeby na sklep sprowadzono chlebuś z tej znanej piekarni. Ja nie pamiętam jak ona się nazywa ale wy pewnie wiecie. Oni mają taki smaczny chlebek razowy. Chyba ze słonecznikiem. Nie pamiętam. Ale wy wiecie. I macie mi ten chlebuś zamawiać..."
5.
"Wasz dyrektor jest jakiś niedorobiony! Tyle razy co mu mówiłem, że ma zamawiać wodę Żywiec u przedstawiciela xxx a on dalej u tego pacana yyy. Ha ha ha, dobrze, że tego nikt nie czyta..."
6.
"Sprzedam samochód marki BMW, pojemność silnika...."
1.
"Ja Barbara Iksińska zamieszkała tu i tu, składam zażalenie, ponieważ złożyłam do was już z 10 C.V i na żadne do tej pory nikt mi nie odpowiedział. Ja, matka samotnie wychowująca czworo dzieci czuję się potraktowana lekceważąco i mówiąc prosto z mostu OLANA!..."
2.
"Viera Straganov prosi o pracę dla mienia i mojej kobiety Mani. Ja i Mania z Ukrainy. To pikny kraj. Ale pracy niet. My mieć pozwolenie na prace. Mania rabotała na pieczarkach. Ale tam toksyny. Trucizna. Mania młoda jest. My wsjo umiemy rabotać. Wszystko. Prosimy. Spasiba!"
3.
"Nie podoba mi się ułożenie towaru na półkach! Kto to widział, żeby czekolada Wedel leżała obok Alpencośtam. A gdzie Milka? Czy ja zawsze muszę po Milkę latać na drugi koniec sklepu tylko dlatego, że jest jakaś bzdurna PROMOCJA?! Proszę to poprzestawiać!..."
4.
"Jestem waszym stałym klientem. I żądam, żeby na sklep sprowadzono chlebuś z tej znanej piekarni. Ja nie pamiętam jak ona się nazywa ale wy pewnie wiecie. Oni mają taki smaczny chlebek razowy. Chyba ze słonecznikiem. Nie pamiętam. Ale wy wiecie. I macie mi ten chlebuś zamawiać..."
5.
"Wasz dyrektor jest jakiś niedorobiony! Tyle razy co mu mówiłem, że ma zamawiać wodę Żywiec u przedstawiciela xxx a on dalej u tego pacana yyy. Ha ha ha, dobrze, że tego nikt nie czyta..."
6.
"Sprzedam samochód marki BMW, pojemność silnika...."
Ocena:
395
(Głosów:
445)
Perełki z zeszytu skarg i zażaleń:
1.
"Jestem waszym SZANOWNYM KLIENTEM i robię u was często duże zakupy i zostawiam u was masę pieniędzy. Nawet 50 zł tygodniowo! A wy bezczelni nie obsługujecie mnie jako pierwszego w kolejce! To jest potwarz! Moja noga więcej w waszym sklepie nie postanie! Za mój ogromny wkład w wasze utargi każecie mi stać w kolejkach?!..."
2.
"Pani na kasie nr 6 miała katar i ciągle kichała. To jest skandal, ona zaraziła moje bułki!..."
3.
"Gdy wchodziłem, bramka boleśnie uderzyła mnie w nogę. Bardzo boleśnie. Bardzo. W kolano. Ono mnie ciągle boli. Bardzo boli. Leczenie będzie kosztowało majątek. Za karę powinienem w waszym sklepie dożywotnio robić darmowe zakupy..."
4.
"Pani w POK-u nie chciała przyjąć do zwrotu spodni, które miałam tylko raz na sobie, bo twierdzi, że przyjmujecie tylko towar nieużywany. Proszę wytłumaczyć tej pani, że to, że ktoś raz coś założył, nie znaczy, że towar był używany..."
5.
"W związku z moją skargą, którą złożyłam na pracownika lad w tamtym miesiącu, przypominam, że żądałam zwolnienia pani, która mnie obsługiwała w dniu takim i takim. Byłam dzisiaj w waszym sklepie i ja się pytam, co ta pani robi w pracy? Od kilku miesięcy powinna zasilać szeregi osób bezrobotnych! Ostrzegam, że ja tego tak nie zostawię!..."
6.
"Pani na ladach pokroiła mi szyneczkę razem ze skórką. Mimo, że prosiłam by tego nie robiła. Folię zdjęła przed krojeniem ale jeszcze powinna skórkę odkroić. To jej obowiązek. Kot zadławił się skórką. To jest skandal. Kto mi zwróci kotka jak on przez was zdechnie? Czy wy serca nie macie?..."
7.
"Zgubiłem u was okulary. Nikt ich nie widział. Nikt nic nie wie. Po ch*j wam ta zasrana ochrona, skoro nikt nic nie wie?!..."
8.
"Pan z ochrony, czarny, wysoki, przystojny, z wąsikiem. W okularach z niebieskimi oprawkami. Zawsze ma ładnie skrojony garnitur. On ciągle się na mnie patrzy..."
9.
"Chcę złożyć skargę, ale nie podam wam swoich danych. Nie podam, bo wy potem się będziecie mścili. Potem wasz pracownik się mi włamie do mieszkania po złości i mnie okradnie..."
10.
"Mimo, że wiem, że nikt i tak tego nie czyta, to i tak chcę złożyć skargę na waszego pracownika. Bo może jednak ktoś to zobaczy i zareaguje. I tak w to nie wierzę, ale co mi szkodzi napisać..."
11.
"Ja jestem KLIENT! Wasz PAN I WŁADCA! I jak do cholery mówię, że jesteście złodzieje, to znaczy, że jesteście! I macie kur*wy przytakiwać i zrobić wszystko, bym wyszedł od was zadowolony. ZADOWOLONY!!! Czy to jest takie trudne słowo?! Wy złamasy! Wy debile!..."
Zbiór z lat 2007-2011. Dodam jeszcze, że mamy obowiązek do każdego z tych klientów wysłać pisemną odpowiedź, jeśli tylko podał swoje dane. Ogromna większość z nich nie podaje... Ciekawe czemu?
1.
"Jestem waszym SZANOWNYM KLIENTEM i robię u was często duże zakupy i zostawiam u was masę pieniędzy. Nawet 50 zł tygodniowo! A wy bezczelni nie obsługujecie mnie jako pierwszego w kolejce! To jest potwarz! Moja noga więcej w waszym sklepie nie postanie! Za mój ogromny wkład w wasze utargi każecie mi stać w kolejkach?!..."
2.
"Pani na kasie nr 6 miała katar i ciągle kichała. To jest skandal, ona zaraziła moje bułki!..."
3.
"Gdy wchodziłem, bramka boleśnie uderzyła mnie w nogę. Bardzo boleśnie. Bardzo. W kolano. Ono mnie ciągle boli. Bardzo boli. Leczenie będzie kosztowało majątek. Za karę powinienem w waszym sklepie dożywotnio robić darmowe zakupy..."
4.
"Pani w POK-u nie chciała przyjąć do zwrotu spodni, które miałam tylko raz na sobie, bo twierdzi, że przyjmujecie tylko towar nieużywany. Proszę wytłumaczyć tej pani, że to, że ktoś raz coś założył, nie znaczy, że towar był używany..."
5.
"W związku z moją skargą, którą złożyłam na pracownika lad w tamtym miesiącu, przypominam, że żądałam zwolnienia pani, która mnie obsługiwała w dniu takim i takim. Byłam dzisiaj w waszym sklepie i ja się pytam, co ta pani robi w pracy? Od kilku miesięcy powinna zasilać szeregi osób bezrobotnych! Ostrzegam, że ja tego tak nie zostawię!..."
6.
"Pani na ladach pokroiła mi szyneczkę razem ze skórką. Mimo, że prosiłam by tego nie robiła. Folię zdjęła przed krojeniem ale jeszcze powinna skórkę odkroić. To jej obowiązek. Kot zadławił się skórką. To jest skandal. Kto mi zwróci kotka jak on przez was zdechnie? Czy wy serca nie macie?..."
7.
"Zgubiłem u was okulary. Nikt ich nie widział. Nikt nic nie wie. Po ch*j wam ta zasrana ochrona, skoro nikt nic nie wie?!..."
8.
"Pan z ochrony, czarny, wysoki, przystojny, z wąsikiem. W okularach z niebieskimi oprawkami. Zawsze ma ładnie skrojony garnitur. On ciągle się na mnie patrzy..."
9.
"Chcę złożyć skargę, ale nie podam wam swoich danych. Nie podam, bo wy potem się będziecie mścili. Potem wasz pracownik się mi włamie do mieszkania po złości i mnie okradnie..."
10.
"Mimo, że wiem, że nikt i tak tego nie czyta, to i tak chcę złożyć skargę na waszego pracownika. Bo może jednak ktoś to zobaczy i zareaguje. I tak w to nie wierzę, ale co mi szkodzi napisać..."
11.
"Ja jestem KLIENT! Wasz PAN I WŁADCA! I jak do cholery mówię, że jesteście złodzieje, to znaczy, że jesteście! I macie kur*wy przytakiwać i zrobić wszystko, bym wyszedł od was zadowolony. ZADOWOLONY!!! Czy to jest takie trudne słowo?! Wy złamasy! Wy debile!..."
Zbiór z lat 2007-2011. Dodam jeszcze, że mamy obowiązek do każdego z tych klientów wysłać pisemną odpowiedź, jeśli tylko podał swoje dane. Ogromna większość z nich nie podaje... Ciekawe czemu?
Ocena:
571
(Głosów:
633)
Jestem pracownikiem Punktu Obsługi Klienta.
Standardowo, jak co dzień, dzwonię do jednego z klientów z informacją, że może już przyjechać po odbiór swojego reklamowanego towaru, który wrócił właśnie z serwisu.
Klient zapowiada swoje przybycie w godzinach wieczornych.
Około godziny 20:00, na sklep wpada czterech kolesi w dość młodym wieku. Rozbawieni, głośni, trochę bezczelni. Jeden z nich okazuje się klientem, na którego czekałam. Przyjechał po swoje wypasione DVD. Sprzętu nie udało się naprawić, więc serwis przysłał mu całkiem nowy egzemplarz. Wszystko byłoby ładnie i cacy, gdyby nie dziwne zachowanie klienta i jego kolegów. Wyglądali na podekscytowanych jak dzieci, które narobiły sąsiadowi na wycieraczkę i które nie mogą się doczekać kiedy on to odkryje. Mieli podejrzanie błyszczące oczka i rozbiegane łapki. Jednym słowem moja szanowna osoba nie chciałaby ich spotkać w jakiejś ciemnej uliczce...
Przyniosłam DVD, kładę na ladę a wesoła gromadka rzuca się na nie jak ubogie dzieci na rozdeptanego lizaka. Wyrywają sobie z rąk, rozbebeszają zawartość pudełka, zaglądają w każdy zakamarek sprzętu. Zupełnie jak banda małp w ZOO, którym rzuci się banana, z tym, że małpy nie rzucają tekstów w stylu:
- Wow! Jakie zaje*biste baterie!
- Patrz Maniek, patrz! Kieszonka na płytę otwiera się 40 razy na minutę!
- Stary widziałeś?! Folia bąbelkowa! HURRRRRA!
I tak w ten deseń.
Po kilku chwilach właściciel odtwarzacza podpisał mi odbiór sprzętu, a zwariowana gromadka oddaliła się salutując mi zamaszyście i wołając "narazicho siostro!", oraz pozostawiając mnie w stanie głębokiej głupawki zmieszanej z niedowierzaniem. Rodziny na zimę nie szukam, więc sorry panowie...
Na drugi dzień odbieram w pracy taki oto telefon:
- Bryyy... - słyszę w słuchawce głos jakiegoś zmarnowanego osobnika płci męskiej.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- Ja w sprawie DVD, nr reklamacji taki i taki.
Szukam w dokumentach i co widzę? To dzwoni pan właściciel uroczych małpek.
- A co się z nim dzieje? - Pytam.
- No ja się właśnie chciałem zapytać, kiedy mogę je odebrać z naprawy?
Dwa razy upewniałam się, czy dobrze słyszę. Ciąg dalszy żartów? Mają chłopaki tupet.
- Proszę pana, wczoraj wieczorem sama osobiście wydawałam panu to DVD więc myślę, że nastąpiła jakaś pomyłka.
W telefonie zapadła długa cisza. Już myślałam, że klient się rozłączył/zasnął gdy nagle słyszę:
- Ale mówi pani serio?
- Proszę pana, prima aprilis był w kwietniu. Przypominam, że mamy październik - zaczynam się wkurzać.
- Aha... - pada inteligentna odpowiedź. I znowu cisza. - A może mi pani powiedzieć o której i z kim ja przyszłem po ten odtwarzacz?
W skrócie? Kilku uciekinierów z zakładu zamkniętego na haju... No ale tego to mu nie powiem.
- No wie pan... był pan i pana... hm... kilku baaaardzo wesołych kolegów - Tu mu streszczam sytuację. Dodaję, że mam jego podpis na dokumentach.
- A! Maniek, Franek i Baca! A to skur*wysyny. Bo wie pani, trochę się wczoraj tego, no, wie pani. A potem była imprezka, wie pani. A potem było morze wódki, he he. No a potem.... a potem to ja już nie wiem co było. Budzę się i patrzę, że jest kartka, a na niej napisane, czy pamiętam o DVD. No więc nie pamiętam. No więc dzwonię do was zapytać. A to skur*wysyny! O ja pier*dolę. Gdzie ja się tak naje*bałem? Gdzie jest moje DVD? Gdzie jest moje zaje*biste DVD?! - I tu się rozłączył.
Dwie godziny później odbieram telefon:
- To ja. - Słyszę przepity głos - Dvd znalazło się u Mańka. Odda za 2 litry wódki. Macie jakiś alkohol w dobrej promocji? Taki bardzo tani? Bo mi skur*wysyn portfel też zaje*bał...
Standardowo, jak co dzień, dzwonię do jednego z klientów z informacją, że może już przyjechać po odbiór swojego reklamowanego towaru, który wrócił właśnie z serwisu.
Klient zapowiada swoje przybycie w godzinach wieczornych.
Około godziny 20:00, na sklep wpada czterech kolesi w dość młodym wieku. Rozbawieni, głośni, trochę bezczelni. Jeden z nich okazuje się klientem, na którego czekałam. Przyjechał po swoje wypasione DVD. Sprzętu nie udało się naprawić, więc serwis przysłał mu całkiem nowy egzemplarz. Wszystko byłoby ładnie i cacy, gdyby nie dziwne zachowanie klienta i jego kolegów. Wyglądali na podekscytowanych jak dzieci, które narobiły sąsiadowi na wycieraczkę i które nie mogą się doczekać kiedy on to odkryje. Mieli podejrzanie błyszczące oczka i rozbiegane łapki. Jednym słowem moja szanowna osoba nie chciałaby ich spotkać w jakiejś ciemnej uliczce...
Przyniosłam DVD, kładę na ladę a wesoła gromadka rzuca się na nie jak ubogie dzieci na rozdeptanego lizaka. Wyrywają sobie z rąk, rozbebeszają zawartość pudełka, zaglądają w każdy zakamarek sprzętu. Zupełnie jak banda małp w ZOO, którym rzuci się banana, z tym, że małpy nie rzucają tekstów w stylu:
- Wow! Jakie zaje*biste baterie!
- Patrz Maniek, patrz! Kieszonka na płytę otwiera się 40 razy na minutę!
- Stary widziałeś?! Folia bąbelkowa! HURRRRRA!
I tak w ten deseń.
Po kilku chwilach właściciel odtwarzacza podpisał mi odbiór sprzętu, a zwariowana gromadka oddaliła się salutując mi zamaszyście i wołając "narazicho siostro!", oraz pozostawiając mnie w stanie głębokiej głupawki zmieszanej z niedowierzaniem. Rodziny na zimę nie szukam, więc sorry panowie...
Na drugi dzień odbieram w pracy taki oto telefon:
- Bryyy... - słyszę w słuchawce głos jakiegoś zmarnowanego osobnika płci męskiej.
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- Ja w sprawie DVD, nr reklamacji taki i taki.
Szukam w dokumentach i co widzę? To dzwoni pan właściciel uroczych małpek.
- A co się z nim dzieje? - Pytam.
- No ja się właśnie chciałem zapytać, kiedy mogę je odebrać z naprawy?
Dwa razy upewniałam się, czy dobrze słyszę. Ciąg dalszy żartów? Mają chłopaki tupet.
- Proszę pana, wczoraj wieczorem sama osobiście wydawałam panu to DVD więc myślę, że nastąpiła jakaś pomyłka.
W telefonie zapadła długa cisza. Już myślałam, że klient się rozłączył/zasnął gdy nagle słyszę:
- Ale mówi pani serio?
- Proszę pana, prima aprilis był w kwietniu. Przypominam, że mamy październik - zaczynam się wkurzać.
- Aha... - pada inteligentna odpowiedź. I znowu cisza. - A może mi pani powiedzieć o której i z kim ja przyszłem po ten odtwarzacz?
W skrócie? Kilku uciekinierów z zakładu zamkniętego na haju... No ale tego to mu nie powiem.
- No wie pan... był pan i pana... hm... kilku baaaardzo wesołych kolegów - Tu mu streszczam sytuację. Dodaję, że mam jego podpis na dokumentach.
- A! Maniek, Franek i Baca! A to skur*wysyny. Bo wie pani, trochę się wczoraj tego, no, wie pani. A potem była imprezka, wie pani. A potem było morze wódki, he he. No a potem.... a potem to ja już nie wiem co było. Budzę się i patrzę, że jest kartka, a na niej napisane, czy pamiętam o DVD. No więc nie pamiętam. No więc dzwonię do was zapytać. A to skur*wysyny! O ja pier*dolę. Gdzie ja się tak naje*bałem? Gdzie jest moje DVD? Gdzie jest moje zaje*biste DVD?! - I tu się rozłączył.
Dwie godziny później odbieram telefon:
- To ja. - Słyszę przepity głos - Dvd znalazło się u Mańka. Odda za 2 litry wódki. Macie jakiś alkohol w dobrej promocji? Taki bardzo tani? Bo mi skur*wysyn portfel też zaje*bał...
Ocena:
796
(Głosów:
844)
Wszystko dzieje się w autobusie w małej miejscowości. Autobus był starszego typu, wchodziło się tylko przodem, było parę schodków dość wysokich, łapało się niskiej barierki po lewej. Strasznie trzęsło podczas jazdy, trzymało się czego popadnie i modliło się, żeby tylko wątroby nie wytelepało obojętnie którą stroną.
Na przodzie, zaraz za barierką przy oknie siedzi babuszka. Obok niej drzemie jakiś starszy pan. Kobieta wyciąga torebkę, liczy jakieś drobne, słychać brzęk monet. Nagle autobus podskoczył na wyboju, pieniążki podfrunęły do góry i spadły na schodki. Ups.
Babcia się pochyla pod barierką, maca na pierwszym schodku, coś tam znalazła, ale mało. Reszta leży niżej. To i staruszka nurkuje niżej. Kierowca zobaczył te akrobacje i krzyczy:
- Co pani robi? Poczeka pani, aż dojedziemy na przystanek, to sobie pani pozbiera!
- Nie poczekam - odkrzykuje babcia - bo mi ukradną te pieniądze!
- Mówię pani, że ma pani usiąść normalnie! Chce się pani zabić? Autobus skacze jak piłka!
- Bo to złom! - krzyczy babcia i dalej nurkuje trzymając się jedną ręką
- Złom, nie złom, ale pani kościsty zadek wozi w te i nazad na rynek codziennie! - krzyczy wściekły kierowca.
Kobieta udaje, że nie słyszy. Przed nimi coraz większe dziury na asfalcie. Starowinka się zasapała, otarła pot z czoła, spogląda z żalem na te schody i patrzy ze złością na śpiącego pana, który uniemożliwia jej zejście z siedzenia.
Jakaś pani chciała wstać i jej pomóc, ale nie dała rady nawet kroku zrobić, bo podskoczyła tak, że wyrżnęła głową w półkę na bagaż. Usiadła ze złością, stwierdzając, że nie będzie ryzykować życia dla kilku monet.
Staruszka podsunęła sobie kilka pieniążków butem, żeby łatwiej sięgnąć i nurkuje znowu. Kierowca wściekły:
- No co pani robi?! Niech pani siada! Ja nie mogę się skupić na drodze, bo ciągle się na panią gapię!
- Młodszą se niech znajdzie do podglądania! - śmieje się babcia. I dalej robi swoje. Jak krnąbrne dziecko.
Nagle kierowca gwałtowniej zahamował, co przy kumulacji z wstrząsami i podskokami zaowocowało kilkoma siniakami i przekleństwami ze strony pasażerów. A babcia zrobiła efektownego fikołka praktycznie przez barierkę na schody. ŁUUUP! Leży. Wszyscy zryw z miejsc (po uprzednim przekonaniu się, że przeżyją podniesienie się z miejsc siedzących) i dawaj na przód. Babcia żyje. Poobijana ale żyje. Co więcej, nawet ma tyle siły, że leżąc zbiera pieczołowicie rozsypane monety. Ludzie się śmieją, kilkoro kręci głowami, kierowca wyklina na czym tylko świat stoi. Prawie rwie włosy z głowy. Babcia wstaje, robi zawstydzoną minę i się otrzepuje. Lekko kuśtyka. Na ten widok kierowca zmienia front o 180 stopni.
- Nic pani nie jest? - pyta łagodnie
Babcia kręci głową, lekko blada.
- Może jechać do szpitala? - pyta cierpliwie
Kobieta nie chce. Ale ma łzy w oczach.
- Może szklankę wody podać? - przymila się pan kierowca
Kobieta odmawia. Łzy zaczynają kapać.
- Chyba panią jednak coś boli, bo jakoś tak pani zbladła nam i jakaś taka mina mało wyraźna... - zagaduje.
- Bo wie pan - wzdycha babcia takim tonem, jakby miała zaraz grzechy całego świata wyjawić - bo ja...nie mogę jeszcze tych 2 złotych znaleźć...
Kierowca klepnął się w czoło, wymamrotał kilka uspokajających przekleństw, policzył w myślach do 10 i zapytał:
- A jak dam pani 2 złote od siebie, to obieca mi pani, że pod żadnym pozorem nie ruszy się pani z tego miejsca do końca jazdy?
- Nie, odpowiada kobiecina - bo to było pamiątkowe 2 złote. Takich już nie ma. To było świętej pamięci męża.
Kierowca wysiadł, trzaskając drzwiami i odpalił dwa papierosy naraz. Wiedział, że czeka go dłuuuuga droga...
Na przodzie, zaraz za barierką przy oknie siedzi babuszka. Obok niej drzemie jakiś starszy pan. Kobieta wyciąga torebkę, liczy jakieś drobne, słychać brzęk monet. Nagle autobus podskoczył na wyboju, pieniążki podfrunęły do góry i spadły na schodki. Ups.
Babcia się pochyla pod barierką, maca na pierwszym schodku, coś tam znalazła, ale mało. Reszta leży niżej. To i staruszka nurkuje niżej. Kierowca zobaczył te akrobacje i krzyczy:
- Co pani robi? Poczeka pani, aż dojedziemy na przystanek, to sobie pani pozbiera!
- Nie poczekam - odkrzykuje babcia - bo mi ukradną te pieniądze!
- Mówię pani, że ma pani usiąść normalnie! Chce się pani zabić? Autobus skacze jak piłka!
- Bo to złom! - krzyczy babcia i dalej nurkuje trzymając się jedną ręką
- Złom, nie złom, ale pani kościsty zadek wozi w te i nazad na rynek codziennie! - krzyczy wściekły kierowca.
Kobieta udaje, że nie słyszy. Przed nimi coraz większe dziury na asfalcie. Starowinka się zasapała, otarła pot z czoła, spogląda z żalem na te schody i patrzy ze złością na śpiącego pana, który uniemożliwia jej zejście z siedzenia.
Jakaś pani chciała wstać i jej pomóc, ale nie dała rady nawet kroku zrobić, bo podskoczyła tak, że wyrżnęła głową w półkę na bagaż. Usiadła ze złością, stwierdzając, że nie będzie ryzykować życia dla kilku monet.
Staruszka podsunęła sobie kilka pieniążków butem, żeby łatwiej sięgnąć i nurkuje znowu. Kierowca wściekły:
- No co pani robi?! Niech pani siada! Ja nie mogę się skupić na drodze, bo ciągle się na panią gapię!
- Młodszą se niech znajdzie do podglądania! - śmieje się babcia. I dalej robi swoje. Jak krnąbrne dziecko.
Nagle kierowca gwałtowniej zahamował, co przy kumulacji z wstrząsami i podskokami zaowocowało kilkoma siniakami i przekleństwami ze strony pasażerów. A babcia zrobiła efektownego fikołka praktycznie przez barierkę na schody. ŁUUUP! Leży. Wszyscy zryw z miejsc (po uprzednim przekonaniu się, że przeżyją podniesienie się z miejsc siedzących) i dawaj na przód. Babcia żyje. Poobijana ale żyje. Co więcej, nawet ma tyle siły, że leżąc zbiera pieczołowicie rozsypane monety. Ludzie się śmieją, kilkoro kręci głowami, kierowca wyklina na czym tylko świat stoi. Prawie rwie włosy z głowy. Babcia wstaje, robi zawstydzoną minę i się otrzepuje. Lekko kuśtyka. Na ten widok kierowca zmienia front o 180 stopni.
- Nic pani nie jest? - pyta łagodnie
Babcia kręci głową, lekko blada.
- Może jechać do szpitala? - pyta cierpliwie
Kobieta nie chce. Ale ma łzy w oczach.
- Może szklankę wody podać? - przymila się pan kierowca
Kobieta odmawia. Łzy zaczynają kapać.
- Chyba panią jednak coś boli, bo jakoś tak pani zbladła nam i jakaś taka mina mało wyraźna... - zagaduje.
- Bo wie pan - wzdycha babcia takim tonem, jakby miała zaraz grzechy całego świata wyjawić - bo ja...nie mogę jeszcze tych 2 złotych znaleźć...
Kierowca klepnął się w czoło, wymamrotał kilka uspokajających przekleństw, policzył w myślach do 10 i zapytał:
- A jak dam pani 2 złote od siebie, to obieca mi pani, że pod żadnym pozorem nie ruszy się pani z tego miejsca do końca jazdy?
- Nie, odpowiada kobiecina - bo to było pamiątkowe 2 złote. Takich już nie ma. To było świętej pamięci męża.
Kierowca wysiadł, trzaskając drzwiami i odpalił dwa papierosy naraz. Wiedział, że czeka go dłuuuuga droga...
Ocena:
525
(Głosów:
599)
Będzie o tym, że powiedzenie "umrzeć ze wstydu" miewa czasem odzwierciedlenie w rzeczywistości...
Pracuję w Punkcie Obsługi Klienta. Obok POK-u stacjonuje ochroniarz, który ma za zadanie między innymi reagować, gdy wychodzący klient lub pracownik uruchomi nasze magiczne brameczki antykradzieżowe. Musi on również skontrolować wychodzącego do domu pracownika, coby uniknąć sytuacji, że nasze kobiece przepastne torby lub męskie kieszenie są wypchane wszelakim darmowym dobrem, które należy do BOSSÓW naszej firmy. Ważne dla historii jest również to, że wychodząc z naszego sklepu przez wyjście dla klientów bez towaru, które znajduje się przy POK-u, po lewej stronie mamy bazę POK-emonów, po prawej brameczkę ANTY-ANTY.
Któregoś pięknego dnia, około godziny 14, w czasie najazdu babć z antenkami oraz dziadków bez antenek, pracę zakończyła nasza szanowna Pierwsza Zmiana. Wylewali się tłumnie przez kasy ci z Naszych, którzy solidarnie wydają złocisze w naszej kochanej firmie, a obok POK-u przeciskali się ci, którzy jednak wolą Biedronkę. Wystawiam właśnie jedną ręką fakturki, drugą robię zwrot, a trzecią tworzę raporty na komputerze, gdy mój stan skupienia przerywa ostre piiiip-piiiip. I szlag trafił spokój. Wytężam swe przekrwione oczka (no co, czerwony ładny kolor) by dojrzeć źródło zamieszania i co widzę? A raczej kogo? Stasię! A kim jest Stasia? Stasia jest naszym pracownikiem. A co robi Stasia? No jak to co, Stasia robi piiiip-piiiip na bramce. I robi też oczka jak dwa denka od nalewek, bo nie wie za bardzo co się dzieje. My też nie wiemy. My - w sensie ja i cały tłum gapiów, którzy zbiegli się jak zombie przyciągnięci zapachem krwi zdechłej myszy, która popełniła rytualne harakiri.
Stasia przechodzi przez bramkę jeszcze raz. Piszczy. Stasia blednie. Przechodzi przez bramkę po raz kolejny. Piszczy. Ochroniarz Wacek robi marsową minę. Każe jej otworzyć torebkę. Stasia blednie jeszcze bardziej. Rączki zaczynają się jej lekko telepać, tłum widząc to szepcze i zaciera ręce z uciechy. Ochroniarz zerka do wnętrza tej studni bez dna, głębokiej aż echo niesie i mruczy coś do siebie. Stasia chcąc pomóc wysypuje wszystko na blat. Naszym oczom ukazuje się imponujący burdel, jak to skomentował pod nosem Wacek "tylko dziwek brak". Stasia pąsowieje ze wstydu, bo owszem wszystko można wybaczyć, ale zaszczany pampers na szczycie stosu kosmetyków, to już chyba lekka przesada. I to dawno zapomniany pampers, z którego jakieś żyjątko macha do nas gałązkami. Nie ma litości. Ląduje w śmieciach. Stasia trzyma się dzielnie i przechodzi obok bramki już bez torebki. Piszczy. Pytam Stasię, czy nie woli, by to wszystko odbyło się w pokoju przesłuchań, lecz ta nie zgadza się. Nie ma nic do ukrycia.
Rozgoniliśmy zombie, odchodząc rzucali potępiające spojrzenia na Stasię. Ta na przemian bladła i się czerwieniła. Nerwowo przeszukiwała kieszenie spodni i kurtki w poszukiwaniu tej okropnej rzeczy, która swym istnieniem doprowadziła ją na skraj załamania. Zero rezultatów. Nic nie znaleziono, a Stasia dalej piszczy. Wszystkie kamery skierowane na nas, staram się jakoś pocieszyć kobietę i podnieść ją na duchu. Jeśli myślicie, że szukaliśmy tego co ukradła, to się mylicie. Szukaliśmy zbłąkanego zabezpieczenia antykradzieżowego, które jakimś cudem się aktywowało, mimo dezaktywacji podczas zakupu kiedyśtam, lub które jakimś cudem wlazło na Stasię, czy schowało się w jej kieszeni, gdy np. zabezpieczała wystawiany na półki towar. To się czasem zdarza.
No ale dla innych ludzi Stasia była potencjalną złodziejką. I ona o tym wiedziała. Nasza mieścina nie jest duża, wszyscy się znamy choćby z widzenia, więc wśród gapiów była też i jakaś sąsiadka i może znajoma. Wiecie jak to bywa. A twarz każdy ma tylko jedną. O łatkę nie trudno.
Z racji ogromnego napięcia jej mózg nagle odmówił posłuszeństwa i się... wyłączył, a Stasia padła jak długa. Tłum gapiów się potroił, szum, zamieszanie, 10 osób naraz dzwoni na pogotowie. Wacek próbuje cucić kobietę. Podbiegam do niej (od strony nóg) i co widzę? Na podeszwie buta miała przyklejone miękkie, czarne zabezpieczenie w kształcie paska! I TO tak piszczało. Poinformowałam ochronę o moim przełomowym odkryciu stulecia, zdarłam paskudztwo i już do szpitala pojechała bez magnetycznych zabaweczek ANTY-ANTY. Stasia TYLKO zemdlała, ale mogła być o krok od stanu przedzawałowego. A wszystko przez wstyd...
Od tamtej pory nasze torebki damskie świecą ładem i składem a te nasze magiczne naklejeczki ANTY-ANTY nazywają się Wstydziochy. Ku przestrodze dla nowych pracowników, nie dla śmiechu...
Pracuję w Punkcie Obsługi Klienta. Obok POK-u stacjonuje ochroniarz, który ma za zadanie między innymi reagować, gdy wychodzący klient lub pracownik uruchomi nasze magiczne brameczki antykradzieżowe. Musi on również skontrolować wychodzącego do domu pracownika, coby uniknąć sytuacji, że nasze kobiece przepastne torby lub męskie kieszenie są wypchane wszelakim darmowym dobrem, które należy do BOSSÓW naszej firmy. Ważne dla historii jest również to, że wychodząc z naszego sklepu przez wyjście dla klientów bez towaru, które znajduje się przy POK-u, po lewej stronie mamy bazę POK-emonów, po prawej brameczkę ANTY-ANTY.
Któregoś pięknego dnia, około godziny 14, w czasie najazdu babć z antenkami oraz dziadków bez antenek, pracę zakończyła nasza szanowna Pierwsza Zmiana. Wylewali się tłumnie przez kasy ci z Naszych, którzy solidarnie wydają złocisze w naszej kochanej firmie, a obok POK-u przeciskali się ci, którzy jednak wolą Biedronkę. Wystawiam właśnie jedną ręką fakturki, drugą robię zwrot, a trzecią tworzę raporty na komputerze, gdy mój stan skupienia przerywa ostre piiiip-piiiip. I szlag trafił spokój. Wytężam swe przekrwione oczka (no co, czerwony ładny kolor) by dojrzeć źródło zamieszania i co widzę? A raczej kogo? Stasię! A kim jest Stasia? Stasia jest naszym pracownikiem. A co robi Stasia? No jak to co, Stasia robi piiiip-piiiip na bramce. I robi też oczka jak dwa denka od nalewek, bo nie wie za bardzo co się dzieje. My też nie wiemy. My - w sensie ja i cały tłum gapiów, którzy zbiegli się jak zombie przyciągnięci zapachem krwi zdechłej myszy, która popełniła rytualne harakiri.
Stasia przechodzi przez bramkę jeszcze raz. Piszczy. Stasia blednie. Przechodzi przez bramkę po raz kolejny. Piszczy. Ochroniarz Wacek robi marsową minę. Każe jej otworzyć torebkę. Stasia blednie jeszcze bardziej. Rączki zaczynają się jej lekko telepać, tłum widząc to szepcze i zaciera ręce z uciechy. Ochroniarz zerka do wnętrza tej studni bez dna, głębokiej aż echo niesie i mruczy coś do siebie. Stasia chcąc pomóc wysypuje wszystko na blat. Naszym oczom ukazuje się imponujący burdel, jak to skomentował pod nosem Wacek "tylko dziwek brak". Stasia pąsowieje ze wstydu, bo owszem wszystko można wybaczyć, ale zaszczany pampers na szczycie stosu kosmetyków, to już chyba lekka przesada. I to dawno zapomniany pampers, z którego jakieś żyjątko macha do nas gałązkami. Nie ma litości. Ląduje w śmieciach. Stasia trzyma się dzielnie i przechodzi obok bramki już bez torebki. Piszczy. Pytam Stasię, czy nie woli, by to wszystko odbyło się w pokoju przesłuchań, lecz ta nie zgadza się. Nie ma nic do ukrycia.
Rozgoniliśmy zombie, odchodząc rzucali potępiające spojrzenia na Stasię. Ta na przemian bladła i się czerwieniła. Nerwowo przeszukiwała kieszenie spodni i kurtki w poszukiwaniu tej okropnej rzeczy, która swym istnieniem doprowadziła ją na skraj załamania. Zero rezultatów. Nic nie znaleziono, a Stasia dalej piszczy. Wszystkie kamery skierowane na nas, staram się jakoś pocieszyć kobietę i podnieść ją na duchu. Jeśli myślicie, że szukaliśmy tego co ukradła, to się mylicie. Szukaliśmy zbłąkanego zabezpieczenia antykradzieżowego, które jakimś cudem się aktywowało, mimo dezaktywacji podczas zakupu kiedyśtam, lub które jakimś cudem wlazło na Stasię, czy schowało się w jej kieszeni, gdy np. zabezpieczała wystawiany na półki towar. To się czasem zdarza.
No ale dla innych ludzi Stasia była potencjalną złodziejką. I ona o tym wiedziała. Nasza mieścina nie jest duża, wszyscy się znamy choćby z widzenia, więc wśród gapiów była też i jakaś sąsiadka i może znajoma. Wiecie jak to bywa. A twarz każdy ma tylko jedną. O łatkę nie trudno.
Z racji ogromnego napięcia jej mózg nagle odmówił posłuszeństwa i się... wyłączył, a Stasia padła jak długa. Tłum gapiów się potroił, szum, zamieszanie, 10 osób naraz dzwoni na pogotowie. Wacek próbuje cucić kobietę. Podbiegam do niej (od strony nóg) i co widzę? Na podeszwie buta miała przyklejone miękkie, czarne zabezpieczenie w kształcie paska! I TO tak piszczało. Poinformowałam ochronę o moim przełomowym odkryciu stulecia, zdarłam paskudztwo i już do szpitala pojechała bez magnetycznych zabaweczek ANTY-ANTY. Stasia TYLKO zemdlała, ale mogła być o krok od stanu przedzawałowego. A wszystko przez wstyd...
Od tamtej pory nasze torebki damskie świecą ładem i składem a te nasze magiczne naklejeczki ANTY-ANTY nazywają się Wstydziochy. Ku przestrodze dla nowych pracowników, nie dla śmiechu...
Ocena:
431
(Głosów:
575)
Zasada pierwsza : klient zawsze ma rację i wszystko wie lepiej.
Zasada druga : Jeśli klient nie ma racji, wróć do zasady pierwszej.
Do POK - u podchodzi małżeństwo w średnim wieku. On stanął dyskretnie z boku, ona pyrgnęła mi swoją torebką o blat lady i coś w niej gmera. Akurat wypisywałam fakturę naszej stałej klientce, więc paniusia musiała chwilkę poczekać. Ale ona czekać nie chciała. Wygrzebała z przepastnej torby jakieś papiery oraz kawałek plastiku, który mi osobiście nic konkretnego nie przypominał i wcina mi się w rozmowę z klientką (panią Basią).
- Jak długo mam czekać, aż ktoś się wreszcie mną zainteresuje?
- Jeszcze chwilkę, proszę o cierpliwość – mówię uprzejmie. Pani Basia spojrzała na klientkę z politowaniem i mrugnęła do mnie znacząco. No tak, pani Basia też pracuje w handlu i takie zniecierpliwione klientki to dla niej chleb powszedni.
- Ale ja nie mam zamiaru tu czekać ani chwili! Może ja nie mam czasu? – oburza się Piekielna.
- A gdzie się pani tak spieszy? – pyta nasza stała klientka z wyraźną ciekawością zabarwioną nutką rozbawienia.
- Ja się nikomu nie muszę tłumaczyć! Może by ktoś wreszcie się mną tu zajął, co?- zapowietrzyła się Diablica
- No skoro pani tak ładnie prosi – rzuciła z sarkazmem pani Basieńka. Komicznie wywróciła oczami i zrobiła minę mówiącą „trzynajcie mnie, bo ją śmiechem zabiję”.
- To ja poczekam na swoje faktury a pani Casandra panią obsłuży, bo nie daj Boże zupa zostawiona na gazie pani wykipi, albo włączone żelazko dom pani spali, albo ten nie zakręcony kran mieszkanie pani zaleje – zakpiła Basieńka.
- A żeby pani wiedziała – odburknęła klientka, nie dodając nawet „dziękuję”.
- W czym mogę pani pomóc? – z mojej strony pada standardowa formułka.
- No bo ja u was reklamację chciałam zgłosić! – zaczyna kobieta, plasnęła o blat papierzyskami i wymachuje mi plastikiem przed oczami.
Zaczynam wypytywać o jaki przedmiot chodzi itp.
- No bo u was była brana telewizja cyfrowa i talerz szlag trafił i ja chciałam to zgłosić, bo ja chcę zwrot pieniędzy i przy okazji rachunek zapłacić za Cyfrę + - wyrzuca jednym tchem.
Spojrzałam na nią mocno zaskoczona. W naszym hipermarkecie nie było żadnej Cyfry+. Ani u nas, ani nawet w promieniu kilku przecznic. Przynajmniej jeszcze wczoraj nie było, chyba, że przez noc powstała, a ja o tym nic nie wiem.
- Przepraszam, ale chyba pomyliła pani sklepy – informuję grzecznie, jeszcze się uśmiecham.
- No jak to nie ma, co ty mi tu chrzanić będziesz. Chyba wiem co mówię! Mówili, że tu, to ma być tu! Chyba wiem, gdzie syn brał dekoder z telewizją!
- W naszym asortymencie nie ma dekoderów i... - nie dała mi skończyć.
- Co ty mi tu za farmazony będziesz prawić, pewnie za rogiem albo za regałem siedzi pan konsultant z cyfrówki, a ty nawet o tym nie wiesz, bo pewnie pracujesz tu od tygodnia dopiero!
- Hola hola! – wtrąca się wściekła pani Basia – jeśli przyszła tu pani tylko po to, by się wykłócać z personelem tego sklepu, to ja jednak zmieniam zdanie i życzę sobie odebrać te faktury już teraz, a pani sobie poczeka. Mam gdzieś to pani kipiące mleko i przypalone żelazkiem kalesony!
- O nie, nie, nie! – krzyczy Piekielna – zaczęłam to i skończę! Chcę zapłacić ten rachunek i zgłosić reklamację talerza. Satelita mi nie działa, syn mi mówił, że to tutaj mam się zgłosić, więc żądam by mnie obsłużono!
Nie mogłam dopuścić do tego, by te dwie kobiety skakały sobie do oczu, bo może i widowisko byłoby przednie, jednak rozlew krwi na POK - u nie jest mile widziany przez kierownictwo. Wiem to z autopsji.
- Drogie panie, proszę o spokój! – uciszam je – pani Basieńko skończymy najpierw ten trudniejszy przypadek, a w zamian za pani cierpliwość postaramy się o jakiś gratisik. A panią informuję po raz ostatni, że pomyliła pani sklepy. Pracuję tu od kilku lat i żadnej Cyfry+ ani innej telewizji u nas nie ma i nie było! I nie mój brak wiedzy jest tu problemem tylko pani ośli upór. Wydaje mi się, że wyrażam się dość jasno i wyraźnie. Nie musi mi pani wierzyć, proszę zapytać kogokolwiek, o to samo, wszyscy powiedzą pani to co ja. Nie wyczaruję tu pani Cyfry+, nie ważne jak bardzo by pani tego chciała. A pani krzyki nie sprawią, że pracownik cyfrówki nam się tu jakimś cudem nagle zmaterializuje. Przykro mi.
- To ja pani udowodnię, że się pani myli! – upiera się Diablica – ja mam tu dokumenty! Tu gdzieś musi być ten sklep! Wiem, że mam rację!
Westchnęłam zniecierpliwiona, biorę te karteluszki do ręki, czytam, zerkam na Piekielną, podsuwam jej pod nos dokument i pytam :
- Co tutaj jest napisane? – wskazuje palcem konkretne dwa słowa.
- Cyfrowy... Polsat – czyta na głos Piekielna.
Pani Basia tłumi chichot. Mi jakoś wyjątkowo nie jest do śmiechu.
- Oj tam, oj tam. Wielkie mi rzeczy! – burczy klientka, purpurowa na twarzy – pomylić nazwy nie wolno? Cyfra+ czy Cyfrowy Polsat to dla mnie jedno i to samo g*wno. Więc w takim razie proszę mi zawołać kogoś z obsługi Cyfrowego Polsatu, bo ja muszę na wieczór mieć telewizję czynną!
No ja swoje, ona swoje. I tak w koło Macieju. No i bądź tu mądra i pisz wiersze!
Nagle przypomniałam sobie o istnieniu osobnika o szumnej nazwie Pan Małżonek Diablicy. Poprosiłam by się zbliżył, wyłuskałam mu sedno sytuacji doszukując się w jego obliczu choć cienia szansy na to, że on nie ma tej samej co ona próżni między uszami. Nie miał. Miał za to specyficzne poczucie humoru.
- Wie pani co, ja jej mówiłem, że to nie tu, ale ona się uparła. Nauczony doświadczeniem, postanowiłem poddać się i pozwolić by ktoś inny jej to wytłumaczył jak krowie na miedzy. Ja już dawno się poddałem. Tak jest zabawniej. Oglądanie jej utarczek słownych z pracownikami sklepów i urzędów to jedyna rozrywka jaka mi pozostała na stare lata. A widzę, że w waszym sklepie, he he, radzą sobie całkiem nieźle, he he.
- I to ma być niby śmieszne, tak? – spojrzałam na niego z ledwo ukrywaną złością – Jak pan widzi, jakoś mnie to nie bawi.
- Bo szanownej pani umknął jeden maleńki szczegół – powiedział z bezczelnym uśmieszkiem - to MNIE ma to bawić, NIE PANIĄ.
Do żonki praktycznie do końca rozmowy nie docierało, że tym razem się myliła.
Zasada druga : Jeśli klient nie ma racji, wróć do zasady pierwszej.
Do POK - u podchodzi małżeństwo w średnim wieku. On stanął dyskretnie z boku, ona pyrgnęła mi swoją torebką o blat lady i coś w niej gmera. Akurat wypisywałam fakturę naszej stałej klientce, więc paniusia musiała chwilkę poczekać. Ale ona czekać nie chciała. Wygrzebała z przepastnej torby jakieś papiery oraz kawałek plastiku, który mi osobiście nic konkretnego nie przypominał i wcina mi się w rozmowę z klientką (panią Basią).
- Jak długo mam czekać, aż ktoś się wreszcie mną zainteresuje?
- Jeszcze chwilkę, proszę o cierpliwość – mówię uprzejmie. Pani Basia spojrzała na klientkę z politowaniem i mrugnęła do mnie znacząco. No tak, pani Basia też pracuje w handlu i takie zniecierpliwione klientki to dla niej chleb powszedni.
- Ale ja nie mam zamiaru tu czekać ani chwili! Może ja nie mam czasu? – oburza się Piekielna.
- A gdzie się pani tak spieszy? – pyta nasza stała klientka z wyraźną ciekawością zabarwioną nutką rozbawienia.
- Ja się nikomu nie muszę tłumaczyć! Może by ktoś wreszcie się mną tu zajął, co?- zapowietrzyła się Diablica
- No skoro pani tak ładnie prosi – rzuciła z sarkazmem pani Basieńka. Komicznie wywróciła oczami i zrobiła minę mówiącą „trzynajcie mnie, bo ją śmiechem zabiję”.
- To ja poczekam na swoje faktury a pani Casandra panią obsłuży, bo nie daj Boże zupa zostawiona na gazie pani wykipi, albo włączone żelazko dom pani spali, albo ten nie zakręcony kran mieszkanie pani zaleje – zakpiła Basieńka.
- A żeby pani wiedziała – odburknęła klientka, nie dodając nawet „dziękuję”.
- W czym mogę pani pomóc? – z mojej strony pada standardowa formułka.
- No bo ja u was reklamację chciałam zgłosić! – zaczyna kobieta, plasnęła o blat papierzyskami i wymachuje mi plastikiem przed oczami.
Zaczynam wypytywać o jaki przedmiot chodzi itp.
- No bo u was była brana telewizja cyfrowa i talerz szlag trafił i ja chciałam to zgłosić, bo ja chcę zwrot pieniędzy i przy okazji rachunek zapłacić za Cyfrę + - wyrzuca jednym tchem.
Spojrzałam na nią mocno zaskoczona. W naszym hipermarkecie nie było żadnej Cyfry+. Ani u nas, ani nawet w promieniu kilku przecznic. Przynajmniej jeszcze wczoraj nie było, chyba, że przez noc powstała, a ja o tym nic nie wiem.
- Przepraszam, ale chyba pomyliła pani sklepy – informuję grzecznie, jeszcze się uśmiecham.
- No jak to nie ma, co ty mi tu chrzanić będziesz. Chyba wiem co mówię! Mówili, że tu, to ma być tu! Chyba wiem, gdzie syn brał dekoder z telewizją!
- W naszym asortymencie nie ma dekoderów i... - nie dała mi skończyć.
- Co ty mi tu za farmazony będziesz prawić, pewnie za rogiem albo za regałem siedzi pan konsultant z cyfrówki, a ty nawet o tym nie wiesz, bo pewnie pracujesz tu od tygodnia dopiero!
- Hola hola! – wtrąca się wściekła pani Basia – jeśli przyszła tu pani tylko po to, by się wykłócać z personelem tego sklepu, to ja jednak zmieniam zdanie i życzę sobie odebrać te faktury już teraz, a pani sobie poczeka. Mam gdzieś to pani kipiące mleko i przypalone żelazkiem kalesony!
- O nie, nie, nie! – krzyczy Piekielna – zaczęłam to i skończę! Chcę zapłacić ten rachunek i zgłosić reklamację talerza. Satelita mi nie działa, syn mi mówił, że to tutaj mam się zgłosić, więc żądam by mnie obsłużono!
Nie mogłam dopuścić do tego, by te dwie kobiety skakały sobie do oczu, bo może i widowisko byłoby przednie, jednak rozlew krwi na POK - u nie jest mile widziany przez kierownictwo. Wiem to z autopsji.
- Drogie panie, proszę o spokój! – uciszam je – pani Basieńko skończymy najpierw ten trudniejszy przypadek, a w zamian za pani cierpliwość postaramy się o jakiś gratisik. A panią informuję po raz ostatni, że pomyliła pani sklepy. Pracuję tu od kilku lat i żadnej Cyfry+ ani innej telewizji u nas nie ma i nie było! I nie mój brak wiedzy jest tu problemem tylko pani ośli upór. Wydaje mi się, że wyrażam się dość jasno i wyraźnie. Nie musi mi pani wierzyć, proszę zapytać kogokolwiek, o to samo, wszyscy powiedzą pani to co ja. Nie wyczaruję tu pani Cyfry+, nie ważne jak bardzo by pani tego chciała. A pani krzyki nie sprawią, że pracownik cyfrówki nam się tu jakimś cudem nagle zmaterializuje. Przykro mi.
- To ja pani udowodnię, że się pani myli! – upiera się Diablica – ja mam tu dokumenty! Tu gdzieś musi być ten sklep! Wiem, że mam rację!
Westchnęłam zniecierpliwiona, biorę te karteluszki do ręki, czytam, zerkam na Piekielną, podsuwam jej pod nos dokument i pytam :
- Co tutaj jest napisane? – wskazuje palcem konkretne dwa słowa.
- Cyfrowy... Polsat – czyta na głos Piekielna.
Pani Basia tłumi chichot. Mi jakoś wyjątkowo nie jest do śmiechu.
- Oj tam, oj tam. Wielkie mi rzeczy! – burczy klientka, purpurowa na twarzy – pomylić nazwy nie wolno? Cyfra+ czy Cyfrowy Polsat to dla mnie jedno i to samo g*wno. Więc w takim razie proszę mi zawołać kogoś z obsługi Cyfrowego Polsatu, bo ja muszę na wieczór mieć telewizję czynną!
No ja swoje, ona swoje. I tak w koło Macieju. No i bądź tu mądra i pisz wiersze!
Nagle przypomniałam sobie o istnieniu osobnika o szumnej nazwie Pan Małżonek Diablicy. Poprosiłam by się zbliżył, wyłuskałam mu sedno sytuacji doszukując się w jego obliczu choć cienia szansy na to, że on nie ma tej samej co ona próżni między uszami. Nie miał. Miał za to specyficzne poczucie humoru.
- Wie pani co, ja jej mówiłem, że to nie tu, ale ona się uparła. Nauczony doświadczeniem, postanowiłem poddać się i pozwolić by ktoś inny jej to wytłumaczył jak krowie na miedzy. Ja już dawno się poddałem. Tak jest zabawniej. Oglądanie jej utarczek słownych z pracownikami sklepów i urzędów to jedyna rozrywka jaka mi pozostała na stare lata. A widzę, że w waszym sklepie, he he, radzą sobie całkiem nieźle, he he.
- I to ma być niby śmieszne, tak? – spojrzałam na niego z ledwo ukrywaną złością – Jak pan widzi, jakoś mnie to nie bawi.
- Bo szanownej pani umknął jeden maleńki szczegół – powiedział z bezczelnym uśmieszkiem - to MNIE ma to bawić, NIE PANIĄ.
Do żonki praktycznie do końca rozmowy nie docierało, że tym razem się myliła.
Ocena:
733
(Głosów:
813)
Tym razem będzie to historia z serii: Psorka płaci kartą, a Casandrze puszczają nerwy...
Aby było ciekawiej na wstępie dorzucę, że Piekielna Psorka przyszła do nas z KIMŚ. Kim jest ten KTOŚ? A no tego to nikt nie wie. Jeszcze. Może to syn? A może nie. Może to sąsiad? A może nie. Albo syn sąsiada, kto to wie... Wiemy tylko tyle, że jest to przystojny mężczyzna w wieku średnio średnim. Lecz mimo, że facjatę ten KTOŚ ma wyjściową, to charakterek jak najbardziej powinien przed wyjściem zostawiać w domu.
Dzień jak co dzień, do czasu... Psorka ustawia się przy kasie z KTOSIEM i zakupami. Casandra dezerteruje z miejsca zbrodni udając się jakby nigdy nic na przerwę. A niech się wali i pali ja muszę zjeść Snickersa i koniec i kropka. Ale, że los jest bardzo złośliwy, najbliższa kasa z najmniejszą kolejką była zbyt blisko tej, przy której robiła zakupy Psorka z KTOSIEM. Zaryzykowałam, ustawiam się w kolejce i ... zamarłam. Psorka i jej KTOŚ na ofiarę upatrzyli sobie nasz najnowszy nabytek - Zuzię.
Zuzia to dziewczę młode i płoche, które akurat tego dnia było po raz trzeci w pracy. Czułam w kościach, że Psorka zje Zuzannę na przekąskę jednym kłapnięciem ogromnej szczęko-paszczy. Cóż miałam zrobić? Zdobyłam się na akt wielkiej odwagi i... ustawiłam się w kolejce zaraz za Piekielną. Powinnam dostać jakiś order za odwagę, nie sądzicie?
Przychodzi magiczny moment płacenia, KTOŚ wyciąga portfel burcząc pod nosem "zdzierstwo" oraz "co tak drogo?" i podaje kartę płatniczą Piekielnej Psorce, mówiąc:
- Najwyższy czas i pora, by wszyscy nauczyli się korzystać z plastikowych pieniędzy.
No to mamy lekcję obsługi kart płatniczych, może nie będzie tak źle? Popłacą, popłacą i pójdą...
Zuzia przeciąga kartę przez terminal i... ODMOWA. No i się zaczyna...
- Przykro mi, mamy odmowę - mówi Zuzia.
- Jak to odmowę? - dziwi się KTOŚ. - Trzeba spróbować jeszcze raz, na pewno pani coś źle zrobiła.
Zuzia spogląda na mnie, wskazałam głową terminal, zrozumiała, że ma spróbować po raz kolejny. Obie wiedziałyśmy, że terminal nie zmienia zdania co chwilę, lecz klient żąda, to ma.
Kolejna ODMOWA. A po niej jeszcze 5 innych, bo KTOŚ nie odpuszcza, a Psorka mu wiernie wtóruje, mimo, że nie ma zielonego pojęcia o co chodzi.
- Co to znaczy ODMOWA?! - Piekli się Piekielny KTOŚ. - Pani sobie chyba żarty stroi. W tej chwili proszę o przywołanie kogoś kompetentnego, bo pani jak widać na niczym się nie zna. Czy pani umie tak w ogóle obsługiwać ten sprzęt? Umie pani? Bo coś mi się nie wydaje!
- Nie umie, bo to nowa jakaś jest - wtrąca się Psorka i zaczyna coś szeptać na ucho KTOSIOWI, pewnie na nasz temat. Tutaj postanawiam interweniować:
- Przepraszam bardzo, ale kasjerka ma naprawdę niewielki wpływ na to, że bank odmawia dostępu do środków na pana koncie. Przyczyn odmowy jest kilka: brak środków na koncie, zablokowane środki, przekroczony limit dzienny wypłat... - zaczynam spokojnie tłumaczyć.
- Hola, Hola! - KTOŚ purpurowieje na przystojnym licu - jaki brak środków!? Czy pani wie ile ja zarabiam? Czy pani wie ile ja mam na koncie pieniędzy? Buhahaa!
KTOŚ robi szybki rzut oka dookoła, w celu upewnienia się, że wszyscy w obrębie kilometra go słyszeli. A no tak, słyszeli wszyscy. Trzy kasjerki, zakonnica, para nastolatków i kilku obwiesi o twarzyczkach niewiniątek i paluszkach kieszonkowców. Oj, będzie buba, jak to mawiał Czesio.
Ponawiam tłumaczenie, lecz przerywa mi Psorka:
- Ja chcę zapłacić tutaj tą kartą! I będę tu stać tak długo, aż przyjdzie ktoś, kto będzie umiał więcej niż wy! A może to te urządzenia macie zepsute? To co się dzieje, to wasza wina i już! I nie wciskajcie tu nam głodnych kawałków o banku i pustym koncie. Nie z nami te numery. Kanciarze cholerni! Macie 2 minuty! Posadzą jakiegoś niedouka na kasę i tylko problemy człowiek ma! I nawet nie myślcie o tym, że zapłacę za zakupy gotówką! Nie ma mowy. Mam gotówkę, ale co z tego? Płacę i wymagam! A to jak płacę, to moja sprawa! Chcę być obsłużona tak, jak na to zasługuję!
No i Casandra pękła. Chcesz? No to masz. Obsługę taką, na jaką zasługujesz...
- Nie zapłacą państwo za te zakupy w inny sposób niż tą kartą? - Upewniłam się.
- Nie! - padła zgodna odpowiedź.
Wściekła jak szerszeń przed deszczem zamknęłam kasę, zawołałam ochronę i poinformowałam ich, że ci państwo odmawiają zapłaty za wybrany towar, nie reagują na prośby personelu i grożą zablokowaniem kasy na czas nieokreślony bo maja taki kaprys. Przy okazji złapałam za telefon i udałam, że dzwonię na monitoring z prośbą o wezwanie policji.
- To jak? - Pytam. - Płacimy i wychodzimy, nie płacimy ale wychodzimy, czy nie płacimy, nie wychodzimy i rozmawiamy z policją?
KTOŚ spękał już przy wezwaniu ochrony i jak zamilkł raz tak zaciął się na amen. Psorka, jak to Piekielna nie dała się zastraszyć mundurowymi, lecz patrzyła niepewnie na moją gniewną minę i tylko mamrotała jakieś przekleństwa pod nosem. Po chwili wyjęła portmonetkę, wyłuskała banknot, podała go zaskoczonej Zuzi i powiedziała do mnie obrażonym tonem z pretensją w głosie:
- No wie pani co, nie spodziewałabym się tego po pani...
Ja też nie, no ale sami powiedzcie - ILE MOŻNA???
Aby było ciekawiej na wstępie dorzucę, że Piekielna Psorka przyszła do nas z KIMŚ. Kim jest ten KTOŚ? A no tego to nikt nie wie. Jeszcze. Może to syn? A może nie. Może to sąsiad? A może nie. Albo syn sąsiada, kto to wie... Wiemy tylko tyle, że jest to przystojny mężczyzna w wieku średnio średnim. Lecz mimo, że facjatę ten KTOŚ ma wyjściową, to charakterek jak najbardziej powinien przed wyjściem zostawiać w domu.
Dzień jak co dzień, do czasu... Psorka ustawia się przy kasie z KTOSIEM i zakupami. Casandra dezerteruje z miejsca zbrodni udając się jakby nigdy nic na przerwę. A niech się wali i pali ja muszę zjeść Snickersa i koniec i kropka. Ale, że los jest bardzo złośliwy, najbliższa kasa z najmniejszą kolejką była zbyt blisko tej, przy której robiła zakupy Psorka z KTOSIEM. Zaryzykowałam, ustawiam się w kolejce i ... zamarłam. Psorka i jej KTOŚ na ofiarę upatrzyli sobie nasz najnowszy nabytek - Zuzię.
Zuzia to dziewczę młode i płoche, które akurat tego dnia było po raz trzeci w pracy. Czułam w kościach, że Psorka zje Zuzannę na przekąskę jednym kłapnięciem ogromnej szczęko-paszczy. Cóż miałam zrobić? Zdobyłam się na akt wielkiej odwagi i... ustawiłam się w kolejce zaraz za Piekielną. Powinnam dostać jakiś order za odwagę, nie sądzicie?
Przychodzi magiczny moment płacenia, KTOŚ wyciąga portfel burcząc pod nosem "zdzierstwo" oraz "co tak drogo?" i podaje kartę płatniczą Piekielnej Psorce, mówiąc:
- Najwyższy czas i pora, by wszyscy nauczyli się korzystać z plastikowych pieniędzy.
No to mamy lekcję obsługi kart płatniczych, może nie będzie tak źle? Popłacą, popłacą i pójdą...
Zuzia przeciąga kartę przez terminal i... ODMOWA. No i się zaczyna...
- Przykro mi, mamy odmowę - mówi Zuzia.
- Jak to odmowę? - dziwi się KTOŚ. - Trzeba spróbować jeszcze raz, na pewno pani coś źle zrobiła.
Zuzia spogląda na mnie, wskazałam głową terminal, zrozumiała, że ma spróbować po raz kolejny. Obie wiedziałyśmy, że terminal nie zmienia zdania co chwilę, lecz klient żąda, to ma.
Kolejna ODMOWA. A po niej jeszcze 5 innych, bo KTOŚ nie odpuszcza, a Psorka mu wiernie wtóruje, mimo, że nie ma zielonego pojęcia o co chodzi.
- Co to znaczy ODMOWA?! - Piekli się Piekielny KTOŚ. - Pani sobie chyba żarty stroi. W tej chwili proszę o przywołanie kogoś kompetentnego, bo pani jak widać na niczym się nie zna. Czy pani umie tak w ogóle obsługiwać ten sprzęt? Umie pani? Bo coś mi się nie wydaje!
- Nie umie, bo to nowa jakaś jest - wtrąca się Psorka i zaczyna coś szeptać na ucho KTOSIOWI, pewnie na nasz temat. Tutaj postanawiam interweniować:
- Przepraszam bardzo, ale kasjerka ma naprawdę niewielki wpływ na to, że bank odmawia dostępu do środków na pana koncie. Przyczyn odmowy jest kilka: brak środków na koncie, zablokowane środki, przekroczony limit dzienny wypłat... - zaczynam spokojnie tłumaczyć.
- Hola, Hola! - KTOŚ purpurowieje na przystojnym licu - jaki brak środków!? Czy pani wie ile ja zarabiam? Czy pani wie ile ja mam na koncie pieniędzy? Buhahaa!
KTOŚ robi szybki rzut oka dookoła, w celu upewnienia się, że wszyscy w obrębie kilometra go słyszeli. A no tak, słyszeli wszyscy. Trzy kasjerki, zakonnica, para nastolatków i kilku obwiesi o twarzyczkach niewiniątek i paluszkach kieszonkowców. Oj, będzie buba, jak to mawiał Czesio.
Ponawiam tłumaczenie, lecz przerywa mi Psorka:
- Ja chcę zapłacić tutaj tą kartą! I będę tu stać tak długo, aż przyjdzie ktoś, kto będzie umiał więcej niż wy! A może to te urządzenia macie zepsute? To co się dzieje, to wasza wina i już! I nie wciskajcie tu nam głodnych kawałków o banku i pustym koncie. Nie z nami te numery. Kanciarze cholerni! Macie 2 minuty! Posadzą jakiegoś niedouka na kasę i tylko problemy człowiek ma! I nawet nie myślcie o tym, że zapłacę za zakupy gotówką! Nie ma mowy. Mam gotówkę, ale co z tego? Płacę i wymagam! A to jak płacę, to moja sprawa! Chcę być obsłużona tak, jak na to zasługuję!
No i Casandra pękła. Chcesz? No to masz. Obsługę taką, na jaką zasługujesz...
- Nie zapłacą państwo za te zakupy w inny sposób niż tą kartą? - Upewniłam się.
- Nie! - padła zgodna odpowiedź.
Wściekła jak szerszeń przed deszczem zamknęłam kasę, zawołałam ochronę i poinformowałam ich, że ci państwo odmawiają zapłaty za wybrany towar, nie reagują na prośby personelu i grożą zablokowaniem kasy na czas nieokreślony bo maja taki kaprys. Przy okazji złapałam za telefon i udałam, że dzwonię na monitoring z prośbą o wezwanie policji.
- To jak? - Pytam. - Płacimy i wychodzimy, nie płacimy ale wychodzimy, czy nie płacimy, nie wychodzimy i rozmawiamy z policją?
KTOŚ spękał już przy wezwaniu ochrony i jak zamilkł raz tak zaciął się na amen. Psorka, jak to Piekielna nie dała się zastraszyć mundurowymi, lecz patrzyła niepewnie na moją gniewną minę i tylko mamrotała jakieś przekleństwa pod nosem. Po chwili wyjęła portmonetkę, wyłuskała banknot, podała go zaskoczonej Zuzi i powiedziała do mnie obrażonym tonem z pretensją w głosie:
- No wie pani co, nie spodziewałabym się tego po pani...
Ja też nie, no ale sami powiedzcie - ILE MOŻNA???
Ocena:
763
(Głosów:
947)
