Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

DrLisaCuddy

Zamieszcza historie od: 6 listopada 2013 - 20:17
Ostatnio: 22 sierpnia 2017 - 17:55
  • Historii na głównej: 6 z 10
  • Punktów za historie: 1143
  • Komentarzy: 5
  • Punktów za komentarze: 30
 

#79724

(PW) ·
| Do ulubionych
Lato, wakacje, tłumy nad morzem... tłumy często zapominające, że na wakacjach też trzeba myśleć.

Wypoczywaliśmy z chłopakiem w tym roku w jednej z nadbałtyckich miejscowości. Pewnego dnia po śniadaniu postanowiliśmy zabrać auto i wybrać się pozwiedzać do pobliskiego miasta. Próbując się przecisnąć przez zatłoczone i zastawione autami uliczki, natknęliśmy się na pana poruszającego się jednym z gokartów (?) na pe*ały samym środkiem drogi publicznej. Kilka metrów przed nim, nawet jeszcze bliżej osi jezdni jechała córka-dziecko może 7-letnie.

Jechaliśmy za nimi wolniutko dłuższą chwilę, chłopak zdenerwował się, uchylił szybę i upomniał tatusia, żeby się zastanowił co robi, po tej ulicy jeżdżą auta, nie jest to bezpieczne, 100 m dalej jest duży park, idealny dla gokartów czy rowerów. Tatuś przeprosił? Machnął jedynie ręką i nonszalancko rzucił:
- Dobraaa...jedź pan! - wciąż korzystając z jezdni.

Świetny przykład dla własnego dziecka...

wakacje

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (103)

#79725

(PW) ·
| Do ulubionych
Spędziłam na wakacjach w tym roku jedynie kilka dni, ale nie obyło się bez piekielności.

Nadbałtycka miejscowość, dużo turystów, spacerujemy sobie z chłopakiem po miasteczku późnym popołudniem. Natknęliśmy się na jednej z uliczek na dziewczynę z koszem pełnym róż, zachęcającą do kupna kwiatów dla uroczej partnerki. OK, znamy to... nie bądź pan burak, kup dziewczynie kwiatka (nawet za cenę 3 razy wyższą niż w kwiaciarni). Jesteśmy jednak ze sobą na tyle długo, że moja kobieca duma nie ucierpi bez tej jednej różyczki, tak wiec chłopak rzucił tylko do sprzedawczyni "Dziękujemy, ale i tak nie mam przy sobie pieniędzy, a moja kobieta sama sobie kwiatów raczej nie będzie kupować" - wszytko grzecznie i żartobliwie.

Wieczorem wybraliśmy się na kilka drinków i potańczyć do klubu mniej więcej w tej samej okolicy - ta sama dziewczyna, kosz róż, "Kup pan pięknej dziewczynie piękne kwiaty". Chłopak mój chciał tym razem uzupełnić romantyczny wieczór kwiatkiem, więc się skusił - cena 15 zł. Podał dziewczynie jedyny banknot, jaki miał - 100 zł, jednak sprzedawczyni wydała jedynie 80 zł reszty i odeszła. Pytam chłopaka, czy dała jeszcze 5 zł, on twierdzi, że chyba się przesłyszał i myślał, że róża kosztuje 19 zł, zdążyliśmy złapać oddalającą się dziewczynę i pytamy:
- Gdzie reszta?
- Nie miałam jak wydać.
- A powiedziała mi pani o tym? Czemu pani zdecydowała, że skoro nie ma wydać, to może sobie odejść?
- Ja tylko szłam do kolegi rozmienić.
- Jeszcze raz... powiedziała mi pani o tym?

Sytuacja zrobiła się nieprzyjemna, więc stwierdziłam, że bardzo dziękuję, obejdę się bez kwiatka, prosimy pieniądze z powrotem.
Niby to tylko 5 zł, ale niesmak został, czuję, że to nie był pierwszy taki numer... Nie lubimy być oszukiwani.

wakacje

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (170)

#79723

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję już od 5 lat w restauracji/barze u Szkocji. Sytuacji piekielnych (bądź absurdalnych) cała masa, ale ostatnio pewna starsza pani rozwaliła mnie w taki sposób...

Pani po kilku drobniejszych perypetiach zamówiła na barze herbatę i pomimo że nie podajemy do stolika zamówień z baru, kolega grzecznie zaniósł, gdyż pani po rzuceniu "Herbata i kanapki" sobie odeszła (jaka herbata? z czym kanapka?).

Kilka minut później podchodzi do mnie krzątającej się między stolikami z wpół wypitym kubkiem herbaty mówiąc:
- Podaj mi świeżą herbatę, bo nalałam do niej mleka, ale zapomniałam, że ja nie lubię z mlekiem...

Serio?!

gastronomia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (124)
zarchiwizowany

#76715

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witajcie, drodzy czytelnicy Piekielnych!
Może ktoś z Was będzie potrafił coś doradzić. Prababcia mojego chłopaka jest pochowana w jego rodzinnym mieście, a grobem opiekuje się jego mama.Zaraz za grobem wspomnianej prababci znajduje się kolejny, tak, ze obie płyty są odwrócone do siebie "plecami". Teściowa zauważyła, iż tamta rodzina często wrzuca zużyte znicze, kwiaty itp. w szparę pomiędzy obiema płytami-najwidoczniej do śmietnika im za daleko. Zwracała uwagę, prosiła-nic się nie zmieniło.
Niestety jakiś czas temu spostrzegła, że płyta tego drugiego nagrobka zaczęła się pochylać. Tym razem również poprosiła o zrobienie coś z tym-bezskutecznie. Jak nietrudno się domyślić płyta upadla niszcząc nagrobek prababci Lubego (zniszczona płyta, cały nagrobek osiadł). Teściowa zrobiła zdjęcia całego majdanu i próbowała dochodzić czegokolwiek od tamtej rodziny. I tu zaczęła się spychologia-jedni bliscy odsyłają do innych, żadne z dzieci czy wnuków nie przyznaje się do żadnej odpowiedzialności za pomnik, mówiąc, że owszem nawet ich (nieżyjąca) babcia odłożyła pieniądze na pomnik i opiekę nad nim, ale już dawno się rozeszły...
Zarządca cmentarza twierdzi, że jemu nic do tego.
Dokąd można to zgłosić? Od kogo domagać się czegokolwiek? Doradzicie? Nowy nagrobek jednak tani nie jest...

cmentarz

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (97)

#75858

(PW) ·
| Do ulubionych
Całkiem niedawno usłyszałam w wiadomościach o księdzu, który postanowił przypomnieć swym parafianom o zasadach savoir-vivre'u w kościele. I słusznie!

Mieszkam w Szkocji, w miasteczku gdzie język polski usłyszeć można na każdym niemal kroku. Nie bywam w kościele zbyt często, ale "zdarzyło mi się" na Wielkanoc pójść ze święconką jako że tutejsza parafia organizuje co roku święcenie pokarmów dla polskich rodzin.

Widząc w ławkach mnóstwo dzieci ucieszyłam się, bo to taka przyjemna tradycja i okazja pokazania maluchom o co chodzi. Niestety... w kościele czułam się jak w kawiarni. Młode mamuśki zdawały się przyjść tam na pogaduszki z koleżankami bądź pisanie smsów i przeglądanie telefonów, mamy ubrane w mini i wysokie szpilki, pełen lans (godz. 10.30 rano), dzieci biegające wszędzie i głośno rozrabiające, nikt nawet nie próbował im wytłumaczyć czemu powinny być grzeczne przez kolejne 20 minut, ( jestem w stanie zrozumieć, że kilkuletnie brzdące nie ogarniają jak należy się zachować ) reakcja rodziców? Zero. Kawiarnia...

Miałam choć nadzieję, że gdy tylko ksiądz rozpocznie pogaduszki i śmiechy ucichną, ale najwyraźniej nikt sobie nim głowy nie zawracał.
Trochę wstyd...a miałam nadzieję pokazać tę piękną tradycję znajomej Amerykance.
P.S. Nie mam nic przeciwko dzieciom, to piękna okazja by przekazać tradycje, a dzieci są tylko dziećmi. Jednak dorośli chyba powinni już wiedzieć, że w kościele należy zachować się inaczej niż w parku czy kawiarni.

zagranica kościół

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (241)

#74010

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele osób narzeka na jakość nauczania w polskich szkołach... może i mają nieco racji, ale czasem nie umywa się to do głupoty za granicą.

Od kilku lat mieszkam i pracuję w Szkocji, pracuję w restauracji i za barem i spotkałam się już z kilkoma wyrazami inteligencji... Padało już pytanie czy my w tej Polsce mamy pociągi, co to jest koperek, albo jak się żyje CZECHOSŁOWACJI (?!).

Tuż po referendum w sprawie Brexitu wdałam się w dyskusję z kolegą z pracy na temat polityki UK itp. Przysłuchujący nam się inny chłopak stwierdził, ze również głosował, po czym zapytał mnie co to jest ta Unia Europejska i czy Szkocja dalej w niej jest? Chłopak w wieku ok. 25 lat... Tak, tacy ludzi ludzie podejmują ważne decyzje - może czas wprowadzić testy IQ przed oddaniem głosu?

zagranica

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (240)

#71466

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku lat mieszkam i pracuję w Szkocji jako kelnerka/barmanka w restauracji mieszczącej się w teatrze.
Jakieś pół roku temu ze względu na poważne zmiany organizacyjne (nie będę się tu zagłębiać, gdyż nie ma to większego znaczenia dla historii) przyszło naszej załodze pożegnać się z dotychczasowym managerem i cierpliwie czekać na nowego... Po kilku miesiącach pojawił się... Młody, energiczny, sympatyczny, podobno nawet trenowany w jednej z restauracji posiadających gwiazdkę Michelin - tyle pierwszego wrażenia, szybko wyszła na jaw jego niekompetencja, a to supervisorzy (w tym ja) musieli odwalać całą robotę, gdyż szanowny pan manager nie miał pojęcia jak.

1. Raporty
Zadaniem managera/supervisora na koniec dnia było przeliczenie wszystkich kas. Proste, prawda? Manager nie miał pojęcia, że należy gotówkę porównać z wydrukowanym raportem, czyli nigdy (przez kilka miesięcy) nie wiedział, czy mamy nadwyżkę czy manko w kasach.

2. Grafik
Grafik był dla managera zbiorem luźnych wskazówek - wychodził kiedy chciał, a jeszcze nie zdarzyło się, aby wypracował w tygodniu 44 godziny, do czego jest zobowiązany umową. Ba, nawet nie czekał, aby na zmianie pojawił się supervisor, żeby zawsze na miejscu był ktoś odpowiedzialny za personel.

3. Kino
Nasza restauracja jest częścią teatru/kina, więc jako personel otrzymujemy atrakcyjne zniżki na bilety. Nasz szef wykombinował, że jeśli pójdzie do kina, to może sobie śmiało wpisać te 2 godziny w godziny pracy.

4. Napiwki
Zasadą u nas zawsze było, że manager nie bierze napiwków - po prostu klienci wrzucają je do słoika, a my na koniec dzielimy je między obsługę. Nowy manager uznał, że jego 3-krotnie wyższa od naszej pensja to za mało, dlatego też udział musi mieć. Obsługiwał gości jedynie przez 15 minut? Och, tak ciężko pracował i się zmęczył, więc się należy... Nie wahał się nawet zwyczajnie wyjąć części ze słoika na własne zakupy.

A na deser:
5. Mikołajki
Ustaliliśmy, że organizujemy Mikołajki w pracy, kwota max. 10 funtów, coby każdy mógł sobie na to pozwolić. Nasz ukochany (przyznam, że snobistyczny) szef nalegał: a może 30? Lub 50?

W święta przyszedł czas na prezenty - jedna z koleżanek otwiera pakunek, a tu... dwa piwa. Nie jest źle? To były dokładnie te same dwa piwa, które ta dziewczyna zostawiła u niego w domu, gdy kiedyś zaprosił nas na drinka po pracy. Te same dwa piwa, które kosztowały ją wówczas 4 funty za czteropak.
Sam manager otrzymał (zresztą ode mnie) butelkę szampana (może nic wyszukanego, ale jednak bąbelki) narzekając, że nie wie, czy jest sens tak kijowy prezent w ogóle zabierać do domu.

Wciąż nie wierzę, że ten koleś został czyimkolwiek szefem...

gastronomia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 418 (430)
zarchiwizowany

#67062

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam! Czytając historie o piekielnych sytuacjach z wynajmem mieszkania w roli gównej postanowilam zebrac wszelkie piekielnosci dotyczace mojej wlascicielki. Moze byc przydlugo, ale historia jest kompilacja wielu wydarzen, jak dla mnie kazde kolejne bardziej absurdalne...
Ale od poczatku...od prawie 3 lat mieszkam w polnocnej Szkocji, dokad przenioslam sie wlasciwie tylko ze wzgledu na mojego partnera. Na poczatek szczescie wielkie-wreszcie po 2 latach bycia w zwiazku zamieszkamy razem! Na sam poczatek zamieszkalismy u brata mojego Lubego, ktory posiadal juz mieszkanie, zone i synka w drodze. Mimo, iz rodzina wynajelismy od nich pokoj na normalnych warunkach, placac czynsz i rachunki jak kazdy inny lokator (a mieli ich wczesniej kilku). Pomimo, ze nasz maly pokoik byl przytulny i niczego nam nie brakowalo, po ok. 1,5 roku zaczelismy z Lubym myslec o wlasnym mieszkaniu, tym bardziej, ze miedzy nim a bratem nie ukladalo sie najlepiej, a w drodze bylo juz kolejne ich dziecko. Nie musielismy sie spieszyc, ale powoli rozgladalam sie za naszym wlasnym (wynajetym) mieszkaniem. W miedzyczasie z Lubym przyjechalismy na urlop do Polski, a tuz po powrocie dowiedzielismy sie od brata mojego Lubego, ze zamierzaja kupic dom-dla nas oznaczalo to tylko jedno-powinnismy szybciutko sie wyprowadzic, aby nie zostac na lodzie. Miesiac pozniej oglosilismy, ze wkrotce sie wyprowadzamy, co spotkalo sie z niejakim oburzenien z ich strony (wtf?). Znalezlismy mieszkanie, ale przed wyprowadzka postanowilismy, korzystajac z tego, ze rodzina Lubego wyjedzdza na urlop, odmalowac pokoj w ktorym mieszkalismy, by zostawic go czystym i schludnym i ulatwic bratu odzyskanie depozytu za mieszkanie, kiedy juz kupia dom. Ja z Lubym zarywajac nocki zrobilismy malowanie, odswiezylismy listwy oraz profesjonalnie wypralismy dywan-dumni z siebie liczylismy, ze Lubego rodzina takze bedzie zadowolona... Po powrocie, kiedy mieszkanie wciaz jeszcze pachnialo farba jedyne co nas spotkalo to wyrzuty, ze oni sa tuz po podrozy i nie moga w spokoju odpoczac!
Po pewnym czasie okazalo sie, ze brat Lubego z zona jednak przeniesli swoja sypialnie do naszego bylego pokoju i pomimo, ze minal juz prawie rok nadal tam mieszkaja-czyzby prosty sposob na wykurzenie lokatorow z mieszkania?
Ale prawdziwym przebojem okazala sie nasza nowa landlady...wydawaloby sie, ze calkiem normalna kobieta interesu, podczas ogladania mieszkania podkreslila, ze bardzo nas polubila i chetnie wynajmie nam mieszkanie. Nie majac zbyt wiele doswiadczenia w tych kwestiach umowa podpisana, wprowadzilismy sie... i tu zaczely sie schody. Co i rusz zaczelismy odkrywac w naszym pozornie przyjemnym mieszkanku kolejne fuszerki...zaczynajac od niesamowitego brudu w miejscach, ktorych nie widac na pierwszy rzut oka, np. kuchenne szafki, szafa w sypialni czy pod lozkiem, poprzez pozostawione podczas malowania i zamalowane tasmy zabezpieczajace pod sufitem az po wilgoc i plesn wesolo okupujaca katy (od sasiadow dowiedzielismy sie, ze w ich sypialni zwyczajnie wyrosly grzyby), a takze toaleta zapychajaca sie co najmniej raz w miesiacu, mimo, ze wiekszac dnia nas nie ma, wiec nawet z niej szczegolnie nie korzystamy-wlascicielka tlumaczyla to 'poziomymi rurami', restauracja mieszczaca sie na parterze oraz wysokim stanem wody w rzece (a ja chce tylko zrobic siusiu we wlasnej toalecie!). Poza tym w mieszkaniu jest niewiarygodnie zimno, przy wlaczonym kaloryferze trudno osiagnac temperature wyzsza niz 18 st., dlatego tez zaopatrzylismy sie we wlasny grzejniczek, ktory dzialam duzo wydajniej niz 4! grzejniki zamontowane w mieszkaniu! Staralismy sie byc wyrozumiali, nieco tez zli na wlasne niedopatrzenia, ale najwiekszym problemem stala sie wlascicielka i to dzieki niej chcemy opuscic to miejsce jak najszybciej... Podejrzewam,ze kobieta ma za duzo wolnego czasu, poniewaz juz 2 tygodnie po naszym wprowadzeniu sie kategorycznie domagala sie wizyty w mieszkaniu. Pomyslalam 'Ok, najwidoczniej chce sprawdzic czy wszystko w porzadku', umowilam sie z nia na spotkanie, posprzatalam pieknie coby zrobic dobre wrazenie i przyszla...spozniona (a ja spieszylam sie pozniej do pracy), obejrzala nasze rzeczy, wspomniala, ze bardzo lubi widok z naszego okna i...tyle. Serio? Po co byla ta wizyta?
Potem za kazdym razem, gdy byla w poblizu wpadala a to umyc klatke schodowa, a to sprawdzic toalete (i tak pozostala nienaprawiona), a to odebrac poczte dla bylych lokatorow itp. Zaczelismy z Lubym sie zamykac w mieszkaniu, nie otwierac nikomu niezapowiedzianemu, a ja zwyczajnie zaczelam sie bac kazdego dzwonka do drzwi...
Wisienka na torcie byla jednak sytuacja, gdy wyjechalismy do Polski na swieta. Przed wyjazdem oproznilismy lodowke (ale nie zamrazarke, co wazne dla historii), wylaczylismy bezpieczniki, aby zaoszczedzic nieco na energii, pozostawiajac jedynie zamrazarke pelna miesa na chodzie. Po prowrocie powital nas smrod...smrod rozkladajacego sie miesa i zepsutych ryb (choc podejrzewam, ze chlod w mieszkaniu opoznil caly proces). Obejrzelismy dokladnie mieszkanie, niby wszystko ok, ale zamrazarka wylaczona, a na liczniku energii brakuje dosc sporo (posiadamy licznik z kluczykiem, ktory doladowuje sie w miare potrzeb). Nasze zapasy do kosza, mycie lodowki octem i przykry zapach przez kolejny tydzien... Kilka dni pozniej moj Luby spotkal kolege od ktorego dowiedzial sie, ze podczas naszej nieobecnosci w mieszkaniu palilo sie swiatlo. Podejrzewamy, ze wlascicielka bedac w mieszkaniu wlaczyla prad, a wychodzac odruchowo wylaczyla wszystkie bezpieczniki, wraz z nasza zamrazarka.
Moja chec wyprowadzki nigdy wczesniej nie byla wieksza, a to jeszcze nie koniec przebojow z wlascicielka.

zagranica mieszkanie wynajem

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -11 (31)
zarchiwizowany

#55935

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Od pewnego czasu mieszkam i pracuję w Szkocji...na tyle długo, aby zebrać kilka piekielnych historii.
Pracuję jako kelnerka/barmanka w restauracji mieszczącej się w kinie oraz teatrze, w mocno turystycznej miejscowości. I między innymi na tym polega specyfika tego miejsca-o ile danego wieczoru w teatrze wystawiany jest jakiś spektakl o tyle restauracja może liczyć na liczną klientelę. W pozostałe dni gościmy głównie stałych bywalców bądź turystów, którzy wpadli jedynie na kawę i ciastko.
Skoro Szkocja to i Bonfire Night, święto kiedy zwyczajowo (zresztą nie tylko w moim miasteczku) zapalane jest ogromne ognisko i ma miejsce pokaz fajerwerków.

Tego wieczoru co prawda mieliśmy kilka zarezerwowanych stolików, ale moja zmiana zapowiadała się naprawdę spokojnie i przyjemnie...nic bardziej mylnego. Punktualnie o 18 do restauracja wręcz zwaliła się cała masa żądnych stolika gości, więc w ten sposób szybko zabrakło miejsc, tym bardziej, że szefostwo nie wpadło na to, że tego wieczoru może być większy ruch, więc i więcej kelnerek by się przydało...W takim wypadku nie pozostało mi nic innego jak grzecznie przepraszać i oferować wolny stolik później (naprawdę miałam wrażenie, że więcej czasu spędziłam na tym przepraszaniu niż obsłudze gości).
Około 18.30 pojawiła się klientka [K], której tok myślenia był dla mnie ocierał się o absurd:

[K]-Stolik dla 3 osób.
(Moją pierwszą myślą było "a odpowiedzieć na >dobry wieczór> bądź dodać >proszę< to nie łaska?)
[J]-Bardzo przepraszam, niestety w tej chwili nie mam żadnego wolnego stolika, jednak jeśli zależy Państwu, aby coś zjeść przy barze serwujemy przekąski jak np. zupy, frytki, pizza, nachosy. (Zamawiając jedzenie na barze nie trzeba prosić o stoli, część barowa ma własne miejsca, a kto pierwszy ten lepszy)
[K]-Świetnie, może być-po czym zniknęła w tłumie przy barze, ale gdyby to był koniec historii nie byłoby w niej nic piekielnego.
Około 18.50 wróciła do mnie:
[K]-Stolik dla 3 osób
[J]-Jak już mówiłam w tej chwili nie mamy wolnych stolików, bardzo przepraszam.
[K]-Ale my idziemy na fajerwerki!
[J]-Bardzo mi przykro, będę miała wolny stolik najwcześniej za ok. 30 minut.
[K]-To ja go wezmę.
[J]-Świetnie, zapraszam za 30 min.
[K]-Ale ja chcę ten stolik. (I czeka aż zaprowadzę ją do stolika)
[J]-Tak, rozumiem, teraz wszystkie są zajęte.
[K]-A na 19:30?! (O 19.30 zaczynał się pokaz fajerwerków)
[J]-Niestety, w tej chwili nie mam żadnego stolika, a ze względu na duży ruch czas oczekiwania jest odrobinę wydłużony, obawiam się więc, że tak czy inaczej nie zdąży pani na pokaz.
Na szczęście kobieta dała za wygraną, zastanawiam się jedynie, jak zamierzała złożyć zamówienie, zjeść i być jednocześnie na pokazie fajerwerków...wszystko o 19.30.

gastronomia

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (27)
zarchiwizowany

#55936

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam i pracuję w Szkocji, jestem kelnerką/barmanką w restauracji znajdującej się w kinie oraz teatrze.
Nie bardzo wiem jak wygląda to gdziekolwiek indziej, ale pracując tutaj mam wrażenie, że zaistniała moda na bycie alergikiem.
Często w porze lunchu odwiedzała nas klientka, dość młoda, zadbana, atrakcyjna kobieta z synkiem. Znałam ją już z widzenia i kojarzyłam, że zamawiając jedzenie zwraca uwagę na zawartość glutenu i nabiału-ok, alergiczka-tak więc prosiła o cheeseburgera bez bułki, bezglutenowy chleb do zupy, herbatę z mlekiem sojowym zamiast zwykłego.
Pewnego dnia znów zamówienie-zero glutenu, zero nabiału. Po skończonym lunchu zebrałam talerze i zapytałam czy ma ochotę na coś jeszcze typu deser, kawa.
I tutaj wpadka: kobieta poprosiła o dużą latte (nie wspominając o mleku sojowym) oraz ogromny kawałek ciasta (mąka+mleko}.

Co do innych życzeń zdarzało mi się brać zamówienie na spaghetti bez makaronu bądź...latte bez kawy.

gastronomia

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (28)

1