Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

E4y

Zamieszcza historie od: 14 listopada 2011 - 23:38
Ostatnio: 20 października 2017 - 12:05
  • Historii na głównej: 9 z 17
  • Punktów za historie: 2456
  • Komentarzy: 109
  • Punktów za komentarze: 541
 
poczekalnia

#80445

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ten wpis będzie o sytuacji bardziej zabawnej niż piekielnej, chociaż rodzinka którą spotkałem miała bardzo ognisty temperament.

Pewnego pięknego, słonecznego dnia zaparkowałem pod marketem typu "żabka" – na miejsu parkingowym w cieniu i w bezpiecznej odległości od wszelkich niebezpieczeństw. Z siostrzenicą poszliśmy po niewielkie zakupy, które wpakowałem do plecaka. Ona gdzieś poszła, załatwić jakieś sprawunki, a ja wróciłem do auta. Umknęło mi wcześniej, że nieopodal stoi popielniczka, toteż w tej chwili, stało i paliło tam dwóch Januszy w towarzystwie syna i córki jednego z nich. Janusze ubrani jak na panów po czterdziestce przystało, małolat też raczej normalnie, córka jedynie wyróżniała się zielonymi włosami.

Dołączyłem do popielniczkowego zgromadzenia i sam zapaliłem, mimowolnie wsłuchując się w żywą konwersjację jaką prowadzili. Janusze próbowali dojść czym jest moje auto. Więc nie wtrącałem się, słuchałem: – To jakaś samoróbka! – To jakieś Uno przerobione! – G*wno tam wiesz! To pewnie Zastawa porobiona! – To nie Zastawa! – Zastawa! Dwadzieścia lat w Tychach przepracowałem! Ja wiem co mówię! Znam właściciela!

Panowie się tak przekomarzali i bluzgali na siebie, w międzyczasie punktując niewiedzę oponenta. Jeden drugiego co rusz przebijał motoryzacyjną inwencją, drugi zaklinał się, że zna właściciela i "wie kto to robił". Przez cały czas ich kłótni, syn próbował się wtrącić: – Tato! Tato, no tato no... ale tato! – był dokumentnie ignorowany lub uciszany ("Zamknij się szczylu!"). Córka klęła, mamrotała coś pod nosem, chyba próbując usprawiedliwiać "ojców". Odpalała jednego papierosa od drugiego, rzucając niby to do nich, niby w powietrze: "Ale bardach robicie".

Sytuacja mnie rozbawiła, słuchałbym dalej tego kabaretu gdyby nie siostrzenica zmierzająca ku mnie w oddali. Spróbowałem jakoś interweniować, oświecić obu panów. Odchrząknąłem i przeprosiłem za wtrącenie się do "rozmowy". – Panowie, to jest Fiat. – po króciótkiej pauzie miałem zamiar kontynuować, jednak zostałem zbluzgany pod tytułem: "nie wiesz to się nie wtrącaj k*tasie, ja znam właściciela!".

Nie miałem zamiaru kopać się z koniem, więc poczekałem na siostrzenicę, nie wtrącając się więcej. Gdy otwierałem samochód, zamilkli. Wtedy chłopak w końcu doszedł do głosu, bo wiedział co to za auto. Cały czas próbował tym dwóm cymbałom powiedzieć...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (90)

#80384

(PW) ·
| Do ulubionych
Na posesji obok stoi spory dom, w którym mieszkają dwie rodziny. Mają osobne wejścia, a dom jest podzielony na dwa mieszkania. Jedna rodzina to młode małżeństwo z dzieciaczkiem, a druga to państwo około pięćdziesiątki. Młodsza rodzina jest bardzo w porządku, wymiana uprzejmości i pogawędki przez płot to standard. Starsi państwo są dość pochmurni, ledwie coś mrukną pod nosem na "dzień dobry". Z tego powodu z młodszą rodziną udało się zaprzyjaźnić, a starszych państwa nie udało się nawet poznać – do czasu.

Pewnego piątku starsze małżeństwo miało jakąś rodzinną imprezę. Młodszą rodzinę "zza ściany" i mnie "zza płotu" nawet poinformowali o tym, że może być nieco głośniej niż zwykle. Miło z ich strony. W dniu imprezy zjechali się do nich ludzie autami. Parking przed tamtym domem ma cztery miejsca, ale jak się upchnie kolanem to i sześć aut wejdzie – i wlazło. Auto pana młodszego sąsiada się do nich nie zaliczało. Goście natomiast zjeżdżali nadal i finalnie na ulicy stały jeszcze cztery auta.

Tego popołudnia pan młodszy sąsiad wrócił z pracy o zwykłej porze i wobec zaistniałej sytuacji uderzył do mnie prośbą. Jak wytłumaczył, wpierw udał się do sąsiadów okupujących parking, ale nic nie wskórał – nie przestawią aut, ponieważ już sobie wypili, a po alkoholu kategorycznie nie wolno prowadzić. Wtedy skierował swe kroki do mnie: czy nie przechowam mu auta dopóki nie zwolni się ich mini–parking. Dla mnie sprawa jasna – zaoferowałem nawet miejsce w garażu, pod dachem. Grzecznie odmówił i zaparkował sobie pod drzewkiem. Na wszelki wypadek dał mi kluczyki, gdyby trzeba było przestawić.

Póki co piekielności tyle, że zajęli cały parking "jak swój" i zastawili chodnik. Pod wieczór było już słychać odgłosy potężnej libacji. Ruszyło mnie jakieś przeczucie i wstawiłem sąsiadowóz do swojego garażu. Swoim wozem pojechałem po niewielkie zakupy. Tu zaznaczę – wyjeżdżając, bramę zamknąłem w taki sposób, że kłódkę przerzuciłem przez oczka bramy, ale nie "zapiąłem" jej. Ponadto na bramie jak wół wiszą tabliczki: "Uwaga! Groźny pies!" i zaraz obok "Teren prywatny. Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony".

Dwadzieścia minut później wróciłem i mym oczom ukazał się taki kuriozalny widok: brama otwarta na oścież, samochód "od sąsiadów" (wcześniej stojący na chodniku) na mojej posesji i mój pies zajadle warczący i pieniący się na samochód. A napruty kierowca przez uchylone okno drze się o pomoc do równie nawalonych biesiadników, którzy zdążyli się zebrać za ogrodzeniem. Podszedłem zobaczyć o co w ogóle chodzi i czemu do ciężkiej cholery pan się wpuścił na moją posesję. Argument: Bo sąsiad mógł. No cóż, na taki argument najwidoczniej nie ma mocnych.

Nawalony pan w aucie chyba trochę przetrzeźwiał od tego przerażenia i prosił, żebym nie wzywał policji i "wziął to bydle" – podobnie jak cały chór zapijaczonych gąb zza płotu. Przekupstwa, prośby, groźby i cała litania "zakrętów". A mnie zastanawiało jedno – skoro pan "ja też mogę" wjechał na moją posesję, to czemu z niej nie może teraz wyjechać? Zbyt pijany, żeby prowadzić? Otóż nie. Gdy z głębi podwórka wybiegł piesek, pan się przeraził i upuścił kluczyki podczas ucieczki do auta.

Po policję jednak zadzwoniłem. Pana z auta zgarnęli, jego auto odjechało lawetą, a ja stałem się wrogiem numer jeden państwa imprezowiczów – sądząc po ilości butelek jakie znalazłem rano na swojej posesji. Było ich niemal dwieście.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (187)
poczekalnia

#80427

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Napiszę conieco o słomianym zapale oraz wypaczonym postrzeganiu pasji do restauracji starych samochodów. Mówiąc "stare" mam na myśli wehikuły mniej–więcej trzydziestoletnie. Nie jestem na tym polu weteranem. Póki co do stanu fabrycznego pod moim okiem wróciły tylko trzy pojazdy z czego tylko jeden naprawdę rzadko spotykany. Mogę jednak coś w tym temacie powiedzieć.

Skłoniły mnie do tego różne sytuacje około–tematyczne z przeszłości oraz niedawna rozmowa z osobą która również pasjonuje się motoryzacją.
Chłopak ledwie odebrał prawo jazdy, na karku ledwie dziewiętnaście lat. Wór ze słomianym zapałem pełny, cierpliwości niewiele, wiedzy czysto teoretycznej ledwie–ledwie – praktycznej brak. Portfel jak na studenta przystało – prawie pusty. Tak przygotowany, przyszedł zapytać mnie o rady i pomoc przy wyborze "bazy" z której można zacząć.

Rozpoczął od rzeczy zupełnie oderwanych od rzeczywistości w tym taka perełka: "Lubię BMW i chciałbym mieć coś oryginalnego. Niewiem, taka Alpina B10 z 1990 może...".
Gwoli wyjaśnienia: takich samochodów wyprodukowano kapkę ponad pięćset egzemplarzy – ponad dwadzieścia lat temu! Ostudziłem jego zapał proponując "zwykły" model tego auta. Jak na moje oko opcja bardzo dobra pod każdym względem wobec istniejących warunków.

Niestety zwykłe BMW w percepcji chłopaka to szmelc a po przedstawieniu kosztów pi–razy–drzwi – nadal o wiele za dużo. Spodziewał się, że za trzy tysiące kupi dwudziestoletni samochód bez dziur w podłodze i ze zdrowym silnikiem. Wytłumaczyłem mu na czym polega proces odbudowy auta, że nie jest to przejechanie Plakiem po plastikach, wymiana pokrowców i powieszeniu Wunderbauma na lusterku.
Pokazałem zdjęcia z takiego procesu, dokładniej opisałem prace przy nadwoziu, mechanice i elektryce. To wszystko idzie w setki jak nie tysiące godzin pracy, aby osiągnąć efekt "jakby dopiero z fabryki wyjechał". Ponadto w przypadku starego i rzadkiego auta, niektóre części stanowią problem: szukanie po zagranicznych serwisach aukcyjnych, jeżdżenia bóg wie dokąd po najmniejsze elementy nigdzie indziej niedostępne, zamawianie innych z drugiego końca europy. To wszystko wymaga czasu i pewnych środków a brak jednego lub drugiego wstrzymuje prace.

Nie było mu w smak. Zdruzgotałem jego nagiętą do własnego widzimisię rzeczyswistość w której widział tylko efekt końcowy, osiągnięty w najwyżej dwa miesiące bez wysiłku. Urażona duma (wszak chyba uzmysłowił sobie, że zadanie by go przerosło) chłopaka nakazała wbić mi szpilę i uczepić się tego, że mam Fiata – czym mnie z resztą rozbawił. A powiedział mi mniej–więcej tak tak: "To wszystko to się w sumie i tak nie opłaca. Ty tyle czasu nad tym spędziłeś a teraz i tak jest wart tyle co jakiś szrot". No cóż, to czy moje auto jest warte tyle co złom mógłbym się spierać.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (84)
poczekalnia

#80412

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ludzie, których znamy od lat, potrafią czasem z różnych przyczyn pokazać zupełnie nowe oblicza – i to nie zawsze miłe. Miałem okazję się o tym przekonać całkiem niedawno.

Do mojej mamy, na kawę i pogaduchy, przyszła koleżanka – tym razem z córką. Córka jest w moim wieku, znamy się od "dawien dawna", przedszkole, szkoła i ogólnie "życie". Odkąd skończyła się szkoła średnia, każde z nas poszło w nieco innym kierunku i kontakty stały się rzadsze ze względu na mniej dostępnego czasu i więcej innych „aktywności”, ale nie urwały się całkiem. Nasze mamy natomiast nadal utrzymują stały kontakt, taki sam jak zawsze.

Tego dnia, oprócz standardowego: „opowiadaj, co słychać", była również prośba o wydrukowanie kilkudziesięciu stron – bo jej drukarka padła. Dla mnie to nie stanowiło problemu, więc wskazałem jej komputer i rzekłem, żeby się sama obsłużyła – wie, co i jak. Ja poszedłem robić kawę.

Gdy z gotową kawą wróciłem, drukarka akurat skończyła wypluwać kartki. Dziewczyna wbiła we mnie kamienny wzrok i oschle zakomunikowała: "Ty to jednak ch*j jesteś. Jak chciałam pożyczyć w lutym kasę na wyjazd, to niby nie mogłeś...". I poszła.

Stałem taki zamurowany przez chwilę i próbowałem przetrawić, o co poszło i co się w ogóle wydarzyło. Zerknąłem w ekran komputera: w otwartej zakładce poczty świeża faktura na sporą kwotę. Stąd zapewne pojawił się temat kasy. Tylko skąd założenie, że skoro kasę miałem teraz, to miałem ją wtedy?

Jedyny plus z tego wszystkiego jest taki, że później mnie szczerze przeprosiła – więc jest jeszcze szansa, że wyjdzie na ludzi. Niesmak jednak pozostanie na długo.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (96)

#80346

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego jesiennego dnia wydarzył się wypadek. Jadący z naprzeciwka wyprzedzał rowerzystów. Nie było by tu nic piekielnego, gdyby nie fakt, że jeden z dwóch rowerzystów radośnie wyjechał na środek drogi podczas tego manewru.

Widząc jadących z przeciwka rowerzystów, przewidywałem różne opcje – a jednośladom na drogach po prostu nie ufam – to zacząłem raptownie zwalniać, aby dać wyprzedzającemu więcej miejsca na wyprzedzanie i na bezkolizyjne wyminięcie. Przytuliłem się jeszcze bardziej do prawej strony. Wyprzedzający wyprzedza. Rowerzysta wyskoczył mu przed maskę, wyprzedzający go "trafił" i odbił na mój pas – we mnie. Nastąpiło potężne uderzenie, poduszka wystrzeliła a mi na chwilę urwała się świadomość. Odzyskałem ją kilkadziesiąt sekund później.

Zabawne jest to o czym człowiek wtedy myśli – pierwsze co przyszło mi na myśl to: "K*wa, spóźnię się do roboty" i po chwili gdy dotarło do mnie, że auto dalej nie pojedzie o własnych siłach: "Stary mnie zamorduje za samochód" (stary – szef firmy, tak na niego mówimy). Po chwili (która mogła trwać minutę albo pięć – ciężko oszacować w takim stanie) próbowałem się wydostać z auta – nie dało rady drzwiami od strony kierowcy, więc przeczołgałem się do drzwi pasażera. Wyciągnąłem ze schowka dokumenty i papierochy a z podłogi za siedzeniem pasażera jakoś udało mi się wydobyć kurtkę. "Wypadłem" z auta i dopiero wtedy poczułem, że noga boli jak jasna cholera.

Próba wstania z ziemi zakończyła się niepowodzeniem, więc tak siedziałem. Odpaliłem fajkę, zadzwoniłem pod numer alarmowy i przedstawiłem miłej pani sytuację, odpowiedziałem na pytania oraz zaznaczyłem, że sam nie mogę wstać bo chyba mam złamaną nogę. "No ale jakoś pan z tego samochodu wyszedł, nie?" – tłumaczę, że się wyczołgałem a teraz nie mogę wstać. Pani dalej w zaparte: "To pan pójdzie sprawdzić w jakim stanie są inni uczestnicy wypadku i udzieli pierwszej pomocy" – tłumaczę kobiecie po raz kolejny, że nie wiem, nie mogę "pójść" i sprawdzić, ponieważ nie jestem w stanie wstać. "No ale z samochodu pan wyszedł...". Wtedy w uszach mi zamajaczył sygnał dźwiękowy a po chwili na horyzoncie pojawiły się policyjne koguty. Gdy dwa radiowozy były już na miejscu – ja nadal tej kobiecie tłumaczyłem, że nie jestem w stanie wstać a inni uczestnicy mogą być ciężko ranni albo nawet martwi. Wyłuszczyłem jej fakt, że potrzebne są karetki i straż pożarna. W końcu oddałem telefon policjantowi który mnie znalazł. "Pan nigdzie nie idzie" – bezwiednie rzucił policjant i się oddalił. Trzeba przyznać, humor czarny jak dusza satanisty.

Zanim pojawiła się policja, co robili inni kierowcy jadący drogą? Ano wszyscy jak jeden mąż radośnie omijali dwa wraki i połamany rower na środku – poboczem, przez płytki rów, polem a potem znów przez rów i dalej w długą.
A co zrobił drugi rowerzysta? Ano spie*lił. Nie omieszkałem zapytać policjanta skąd oni się tak szybko wzięli – gość z drugiego samochodu zadzwonił bezpośrednio na lokalną komendę.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (180)

#80328

(PW) ·
| Do ulubionych
Obecnie mieszkam w rodzinnym domu z siostrzenicą i rodzicami(jej dziadkowie). Wcześniej, do czasu zdania matury siostrzenica mieszkała z bratem (znaczy moim siostrzeńcem) u ich ojca i jego baby, ponad dwieście kilometrów dalej – w innym mieście. Z dziećmi siostry miałem dobry kontakt z racji dość niewielkiej różnicy wieku, potem już tylko z siostrzenicą. Podróżowałem tam z reguły raz na tydzień, w weekendy.

W tamtym domu Natalia była jak powietrze, a siostrzeniec Marcin zaś był ulubieńcem. Z czasem takie rozróżnienie rodzeństwa się nasilało. Co z tego wynika wyjaśniać nie trzeba: Marcin zawsze był niemal święty, cokolwiek by nie zrobił. Natalia była najgorszą wiedźmą (i wiele różnych mniej lub bardziej wulgarnych epitetów). Ojciec jej piekielności nie czynił (jedynie traktował ją jak ducha), ale brat z kobietą ojca już tak. Dawali jej do pieca równo przez cały czas. Na rok przed jej osiemnastką zapowiedziała podczas którejś kłótni, że gdy tylko skończy szkołę to się stamtąd wyniesie: "choćbym miała i pod mostem mieszkać".

Wtedy też nasiliło się czynienie dziewczynie wszelkich przykrości. Wiadomości o tym co się tam wyczynia dostawałem od niej regularnie. A to "macocha" coś jej "skonfiskowała", brat okradł z pieniędzy. No i dziewczyna była w takich sytuacjach bezsilna – ojca to nie interesowało bo "sama jest sobie winna".

Wielokrotnie sam urządzałem niemal karczemne awantury, kilka razy zadziałali moi rodzice, gdy sprawy obierały niebezpieczny obrót – skutkowało na tydzień czy dwa i był względny spokój. Jako przykład takich niebezpiecznych sytuacji – gdy Marcin wracał pijany i dochodziło do rękoczynów. Natalii nic poważne zrobić nie zdołał, ale całe takie noce siedziała praktycznie zabarykadowana w pokoju. A co na to ojciec? "Wybryki młodego, nie ma się czym przejmować". Tak to się ciągnęło niemal przez rok a brata się po prostu bała.

Apogeum nastąpiło na około tydzień przed jej maturą. Sobota, byłem wtedy autem. Natalia otworzyła drzwi, a w korytarzu Marcin – czerwony, wkurzony i ewidentnie pijany szesnastolatek (prawdopodobnie też po amfetaminie). Ryknął coś w stylu "Gdzie pieniądze k*wo!" – nie zdążyłem zareagować (bo byłem za nią), strzelił ją pięścią w twarz. On ją, ja jego – gówniarz przysiadł a macocha wyłoniła się z czeluści domu i do mnie z rękami. Babsztyla złapałem i "posadziłem" na ziemi. Całość okraszona masą niecenzuralnych wyrażeń z obu stron. Natalii kazałem iść do samochodu i sam też się wycofałem.

Warga dziewczyny rozcięta poważnie – pojechaliśmy do szpitala, trzy godziny czekania, lekarz połatał. Tego dnia nie wróciliśmy do "domu" – podzwoniłem po znajomych i zakwaterowaliśmy się na tydzień u kolegi kolegi. Potem już tylko była krótka wizyta po rzeczy Natalii. Ojciec zaskoczony – "no córuś, ale co ty?". Macocha milczy blada jak ściana, a "braciszek" jeszcze jej groził.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (176)

#80263

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiepska pogoda, szaro, wilgotno i raczej chłodno. Taka pogoda przypomniała mi o ogólnie pojętym nietakcie i efektach "bezstresowego" wychowania (czytaj: "dzieci, róbta co chceta"). Zanim przejdę do opisywania piekielności mniejszych lub większych, nakreślę osnowę całości.

Mieszkam w domu – parter i piętro. Na dole moi rodzice, na górze siostrzenicą ze mną. Rzecz działa się podczas jednego z weekendów i pogoda była mocno burzowa. Ale pogoda nie będzie dyskutować z ważnym rodzinnym jubileuszem – ten musi się odbyć i koniec. Z tej właśnie okazji zjechała się rodzina, a część miała nawet zostać na noc. Tu warto wspomnieć, że rodzinne uroczystości tego rodzaju to z reguły organizacyjne (oby tylko) piekło samo w sobie w przypadku dużej rodziny (a rodzinę mam dużą i dość ze sobą zżytą) – gdy w jedno miejsce zjedzie się ze dwadzieścia osób.

Przygotowania zaczęły się odpowiednio wcześniej, a w piątek z samego rana do pomocy przybyła moja siostra cioteczna z mężem, tak jak było ustalone wcześniej. Przygotowania szły pełną parą, kobitki pichciły radośnie w kuchni, panowie zajęli się cięższymi zajęciami i ogólnie wszystko szło gładko – do czasu.
Późnym popołudniem z wizytą zjawiła się kuzynka z mężem – niezapowiedziana, bez wcześniejszego telefonu ani nawet sms–a – oczywiście, żeby "pomóc w przygotowaniach". A mieli być następnego dnia, w sobotę, tak jak reszta gości. Na domiar złego, przybyli z dziećmi.

Wszystkim nieco gul skoczył, bo było mówione nie raz, że pomoc nie będzie potrzebna i mają być w sobotę. Państwo kuzynostwo szanowni, zaburzyło tok przygotowań swoim niespodziewanym przyjazdem i podejściem z grubej rury: "no to może herbatka, kawka, co?". Usadowili się w salonie. Moja matka zła, ale uraczyła ich herbatką i przeprosiła, bo musi zająć się rzeczami w kuchni. Siostrzenica, tata i ja, zostaliśmy oddelegowani do dotrzymania towarzystwa kuzynostwu. Kilka dobrych chwil zeszło na jakichś wspominkach i wyjaśnianiu kto kim dla kogo jest w świetle zaistniałej sytuacji: to znaczy, moja siostrzenica, której spora część rodziny praktycznie nie zna. Dalej już standardowo rozmowa o wszystkim i niczym.

Ale długo tak być nie mogło – dzieci się nudzą, ich matka nalega, żeby czymś ich zająć. W wieku czternastu i piętnastu lat, to zrozumiałe w obliczu rozmowy na temat o tym, jak to czyjaś stryjna się przekręciła (a to taka poczciwa babka była).

Moje zamiłowanie do motoryzacji nie jest jakąś tajemnicą, więc stanęło na tym, że pokażemy dzieciakom nasz "park maszyn", żeby się nie nudziły. Na pierwszy ogień poszedł mój Fiat. "Co to w ogóle jest?", "Ile ma koni", "Ile jedzie?", "Ma klimę?", "Ile pali?", Ile ma lat?" – cierpliwie odpowiadałem na pytania, przedstawiłem historię tego pojazdu na tyle ciekawie aby nie zanudzić młodzieży. Przez cały czas zwracając uwagę, żeby nie pstrykali każdym przełącznikiem czy pokrętłem.
Wyszło na to, że "Łee, przecież to staroć, nasza Skoda ma klimę!". Pomyślałem, że dzieciaki niespecjalnie zainteresowane motoryzacją – nic to, niezrażony kontynuowałem wycieczkę.

Może jak im pokażę zabytek, to coś tam zatrybi, że wartość historyczna, że zabytkowy, że już mało takich, że coś tam... Pokazałem im mój zabytek – fakt, wygląda niespecjalnie ogółem (chociaż to określenie jest trochę na wyrost) i czeka na restaurację. Ot brudny i pordzewiały samochód – jednak widać na pierwszy rzut oka, że jest dosyć stary i nijak nie przypomina z kształtów współczesnych aut. Po streszczeniu historii, przedstawieniu całości na miarę nastoletnich głów, usłyszałem: "To stary złom jest, wygląda jak g*wno! He he.".

No nic, zapasy cierpliwości nadwyrężone ale jeszcze są, sprostowałem młodzież uwagą o nieodpowiednim zachowaniu i doborze słów z nadzieją, że poskutkowało. Idziemy dalej: maluch siostrzenicy, więc o nim ona opowiadała – równie ciekawie jak ja wcześniej. Tu nadmienię, że maluszek jest po gruntownym remoncie i renowacji, więc faktycznie wygląda jakby wyjechał prosto z fabryki. W podsumowaniu usłyszeliśmy odpowiedź w tonie: "Haha, maluch! Co za wieś! Buraki jeżdżą takim g*nem!".

To mnie nieco zdenerwowało, bo docinki w tym tonie to, jak na moje oko, brak szacunku i zakrawały już o personalne wycieczki. Wystosowałem odpowiednią, ostrą reprymendę o tym jak należy się odzywać i zarządziłem koniec "lekcji muzealnej" – bachory obrażone.

Powrót do domu. Po tych około czterdziestu minutach można by się spodziewać, że państwo kuzynostwo zaczną już w czymś faktycznie pomagać. Niestety nie – jak siedzieli, tak siedzą dalej z tą różnicą, że kuzynka rozsiadła się w kuchni – poplotkować i podzielić się "dobrą radą" jak moja mama ma gotować zupę. Mąż kuzynki w salonie nadal rozmawiał z moim ojcem, ale to akurat nie było niczym dziwnym, bo męskie zajęcia związane z przygotowaniami już się skończyły.

Upłynęło raptem kilka chwil i bachory rzuciły się do ojca z wyrzutem mniej–więcej takim: "Tata! Mówiliście, że wujek ma fajne fury, a to same złomy!" i jeszcze skarga, że zebrali burę "za nic" – krótko mówiąc "strzeliłem karpia", skoro ten opieprz sprzedałem "za nic" w ich mniemaniu. Widzę też, że facet pali buraka. Sprawa zachowania dzieciaków jednak rozeszła się po kościach. Do wieczora był spokój, bo młodzież wyciągnęła swojego laptopa, smartfony i zaginęła w internetach.

W sobotę z samego rana miałem jechać po babcię i dziadka, tak więc położyłem się spać dużo wcześniej niż zwykle. Niby to "tylko" sto kilometrów, ale lepiej być wypoczętym. Zdążyłem ledwie zamknąć oczy, a tu kuzynka mnie szturcha dźga paluchem. Obok niej stoi moja siostrzenica, wbijając we mnie przepraszający wzrok. Kuzynce posłałem najbardziej bazyliszkowe spojrzenie na jakie mogłem się wysilić: "Co?" – zapytałem równie groźnie. A ta rozpoczyna litanię, która przeradza się w żądanie – abym użyczył garażu na noc, bo wichury, burze, spadające gałęzie mogą uszkodzić ICH samochód. Ciśnienie mi podniosła. Bardzo stanowczo odmówiłem – ona strzeliła focha i na odchodne rzuciła: "To do ch*ja nie podobne z tą rodziną!" a ja odparłem z płonącym we mnie ogniem po niespodziewanym wybudzeniu: "Sama jesteś do ch*ja niepodobna!". Zamknąłem oczy z nadzieją na wyspanie się.

Otworzyłem je znów dwie godziny później – pierwsza dwadzieścia. Tym razem siostrzenica mnie budzi. Ponieważ w tym domu jestem czwarty po Bogu, to uderzyła do "najniższej instancji". Ale na nią się akurat złościć nie potrafię – i nie musiałem bo wnet dobiegły do mnie powody tego wybudzenia: "Ty pe*ale! Sk**synu pi**ony!", "J**ny fartuch!", "Ty ob**any k**sie! Za**bie cię!". Do tego odgłosy uderzania w coś. Wulgaryzmy dochodziły zza ściany, gdzie ulokowana na noc została młodzież. Steki wyzwisk i wulgaryzmów sypały się jak z rękawa, aż włosy dęba stają. Słownictwo takie, że zgasiłoby niejednego zakonserwowanego alkoholem przedstawiciela marginesu społecznego – a co jak co, ci wiedzą jak operować podwórkową łaciną. No, a tu gnoje klną jak szewcy.

Tak się złożyło, że kuzynostwo nocowało w pokoju dokładnie piętro niżej. Tam się udałem. Upewniłem się, czy faktycznie było słychać przez sufit – było. Załomotałem w drzwi pokoju i odczekałem kilkanaście sekund, żeby nie wyjść na chama co wchodzi bez pukania. Mąż kuzynki spał, ona nie. Zapytałem, krótko i po żołniersku, czy słyszy oraz co to ma w ogóle znaczyć. Odpowiedź zwaliła mnie z nóg: "Czasem ich trochę ponosi, przeszkadza ci?". Postawiłem pewne ultimatum: ona pójdzie i te rozwydrzone bachory uciszy, albo zrobię to ja. Skończyło się na tym, że zrobiłem to ja. Wyprodukowałem im tak solidny opi**ol, że potem chodzili jak w zegarku. I skończył się także dostęp do netu przez wi-fi. A geneza tych wulgaryzmów? Obaj nakręcali się wzajemnie rżnąc w Counter-Strike'a – popularną strzelankę.

Po babcię i dziadka pojechałem jak z krzyża zdjęty. Na szczęście cała uroczystość udała się idealnie.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (167)

#80284

(PW) ·
| Do ulubionych
Ten wpis jakoś specjalnie piekielny nie będzie. Przedstawiona sytuacja budzi jedynie zastanowienie nad tym, w jaki sposób policjanci z drogówki wybierają auta do kontroli drogowej.

Warszawa, niedzielny poranek. Jadę sobie spokojnie po trzypasmowej drodze, radośnie podśpiewując (w końcu nikt nie słyszy). Mozolnie doganiam jakiegoś dostawczaka wyładowanego w opór jakimś dziadostwem: stary regał, jakaś rama łóżka, pralka i masa różnych gratów – wszystko powiązane sznurkiem, drutem i szmatami. Z upływem kolejnych metrów zaczynam dostrzegać coraz więcej szczegółów. Maluje się obraz nędzy i rozpaczy: koszmarnie brudny, miota nim jak szatan po całym pasie, zostawia cztery ślady, a główny materiał konstrukcyjny tego pojazdu to rdza i dziury w blaszanych panelach. Istna ruina na kółkach. Jak na moje oko, to za podbicie przeglądu musiał nieźle zabulić – albo nie miał.

Miałem zamiar od razu wrzucić kierunkowskaz i zostawić tego rzęcha za sobą, ale środkowym pasem sunął nieoznakowany radiowóz (tę czapkę na desce widać z chyba stu metrów). Jednak jak jechał, tak pojechał dalej, po czym... zwolnił, żeby zrównać się ze mną. Bardzo ładna pani policjantka uśmiechem i lizakiem nakazała zjechać w bezpieczne miejsce. Okej. Zjechałem na stację, pokazałem dokumenty, dmuchnąłem w balonik i odpowiedziałem na lawinę pytań dotyczących mojego auta – bo nietypowe i takiego to jeszcze nie widzieli... A rupieć pojechał dalej.
Nic tylko czekać. aż się gdzieś na szosie złamie w pół i narobi szkód.

drogówka

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (131)

#80195

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu poznałem dziewczynę o wdzięcznym imieniu Łucja. Od tamtej pory znajomość niemrawo się rozwijała, kilka razy ją gdzieś zabrałem – kino, piwo, spacer i kawa. Czasami nawet bywało romantycznie. Po takich spotkaniach odwoziłem ją do domu. Po piwie oczywiście taryfą z wiadomych względów. Jednak brakowało mi animuszu, żeby pociągnąć to gdzieś dalej. Całe szczęście, że jednak wyszło szydło z wora zanim jakieś serce pękło.

Do rzeczy więc: Łucja coś studiuje, jest raczej spokojna i wygadana, pod kopułą też wydaje się mieć właściwy poziom oleju. Ubiera się czysto, skromnie i czasem może nazbyt oficjalnie. Za każdym razem wyglądała świeżo i pachnąco. Ogólnie sprawia wrażenie porządnej i dobrze wychowanej. Jak dla mnie, bomba!

Pewnego słonecznego dnia, Łucja do mnie zadzwoniła – nic dziwnego, zdarzało się już wcześniej. W telegraficznym skrócie: Zamierza kupić nowe biurko i czy mógłbym je przywieźć – podała wymiary i poinformowała, że będzie w częściach. Po szybkiej kalkulacji czy zmieści się do samochodu odparłem: "Jasne, daj znać kiedy i pojedziemy po to biurko.". Nazajutrz dała znać a kolejny dzień później już czekałem pod jej blokiem. Nawet w takiej błahej sytuacji zrobiła na mnie wrażenie – nie dość, że ładnie odziana (normalka) to jeszcze ubrała się pod kolor auta. Przypuszczam, że chciała mi sprawić w ten sposób przyjemność. Nie mogę temu zaprzeczyć, ponieważ sprawiło mi to niemałą radość.

Ruszyliśmy po mebel – podróż tam i z powrotem odbyła się bez komplikacji a biurko okazało się nawet mniejsze niż miało być, zapakowane w tylko dwa kartony. Po wypakowaniu z auta, zabraliśmy się ze wszystkim "na raz" i pomaszerowaliśmy do bloku, dalej do windy i w górę na ósme piętro. Na końcu korytarza drzwi. "Mam mały bałagan" dziewczę rzecze, otwiera i wchodzi. Podążam za nią i staję jak wryty. Całe idealne wyobrażenie jej osoby szlag trafił i prawie się z tego "wrażenia" nie obaliłem tam gdzie stałem... Kawalerka mikroskopijna – dwa metry przedpokoju, po lewej łazienka, po prawej kuchnia. A mnie prawie znokautował smród jakby coś tam zdechło. Pod butem czuję, że panele na podłodze się lepią. Zerkam do kuchni – syf aż strach.

Gary piętrzące się w zlewie straszą potężnie, trzy wory ze śmieciami walające się na podłodze której oryginalny kolor już ciężko określić, szafka pod zlewem pełna śmieci aż się nie domyka, kuchenka pokryta czarną skorupą z tłuszczu i kawałków starego jedzenia, blaty uświnione absolutnie wszystkim a w rogu prawie pod sam sufit wznosi się wieża z piankowych opakowań po żarciu na wynos i pudełkach po pizzy, u podnóża której wyrasta las butelek i puszek po browarach. Z miną nietęgą ruszyłem dalej aby ujrzeć "pokój". Łóżko czy może raczej barłóg obleczony zatęchłymi betami, w rogu pomieszczenia szafa a obok niej metrowa góra ciuchów.

Podłoga usiana patyczkami higienicznymi, paragonami i typowo damskimi przedmiotami codziennego użytku. Po drugiej stronie pomieszczenia jej stare biurko – złamane w pół, pokryte jakimiś papierami i opakowaniami po jakichś różnościach (zapewne wcześniej leżały na tym biurku). W najbliższej okolicy tej ruiny biurka szczególne natężenie śmieci, które z resztą walały się również wszędzie indziej. Z półki regału łypią na mnie zestaw testów ciążowych i paszcza niedomkniętego opakowania po "chińczyku" strasząca zawartością, popielniczka "jeżyk" i butelki po browarach również pełne kiepów po samą szyjkę dopełniają całości.

Jak to jest "mały bałagan" to strach pomyśleć jak wygląda duży.

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (227)

#80165

(PW) ·
| Do ulubionych
Natchnienie najwidoczniej czasem pojawia się hurtem. Tak więc kolejny poranek przy kawce – skrobię treść tego wpisu. Wspomnę o niewielkim zgrzycie jaki nastąpił podczas transportu samochodu z Finlandii do Polski. Rzecz wydarzyła się już w Polsce, spotkanie z "fanatykami" marki.

Podróżowaliśmy razem z siostrzenicą. Trzynasty dzień w drodze, popołudnie, więc zmęczenie dawało mi już w kość tego dnia. Łażenie piechotą przez pół dnia i potem pięć godzin za kółkiem zrobiło swoje. Kółkiem nie byle jakim: dostawczak–laweta z autem na pace daje masę całkowitą ponad trzech ton. Nie mając wiele doświadczenia w wożeniu takich ładunków, musiałem być dużo bardziej ostrożny prowadząc.

Powodowało to nieco większe zmęczenie psychiczne. Podjęliśmy decyzję, że czas najwyższy na odpoczynek. Odszukaliśmy w okolicy stację z całodobowym parkingiem, prysznicami i jakimś ciepłym żarełkiem. Plan "jak zwykle", czyli zatankować, zaparkować, popłacić wszystko, umyć się, najeść i kimanie w aucie. W bonusie było nawet sprawnie działające wi-fi.

Po załatwieniu spraw finansowych, staliśmy przy naszym Sprinterze zachwycając się naszym Volvo "Saatana". Spędziliśmy tak kilkanaście minut, prostując gnaty i wspominając kraj rajdów i przekleństw. Wtem zmaterializowało się towarzystwo "fanatyków" marki – w Volvo, a jakże by inaczej. Wyglądali na ojca z synem i jakimś ich wujkiem lub znajomym.

Ojciec zdaje się po pięćdziesiątce, syn około dwudziestu, trzeci gość około czterdziestki. Zaczęło się niewinnie: seria komplementów samochodu, pytania o rocznik i przebieg. Ojciec Fanatyk rozpoczął opowieść o tym, jak to za komuny takiego miał. Opowiedział nawet ciekawą anegdotę podczas której coraz śmielej wtrącał się Wuj (nazwijmy go roboczo).

Tak minęło chyba ze dwadzieścia minut, zanim panowie trochę przystopowali. Moja siostrzenica poleciała do budynku stacji kupić kawę, Syn Fanatyk stwierdził Ojcu Fanatykowi, że on też coś sobie weźmie. Poszli koniec końców z Wujem Fanatykiem we troje. Ojciec Fanatyk zostając sam, przeszedł do ofensywy:

– Bo wie pan, on jeździ, nie?
– Nie specjalnie. Do remontu jest.
– A pali? Bo wie pan, ja się na tym znam... – moja cierpliwość powoli się kończyła, bo przed jego anegdotą już o to pytał.
– Kręci, nie pali... no bo jest do remontu. Przestał w szopie ostatnie pięć lat albo więcej. – powiedziałem zgodnie z prawdą.
– Ja mógłbym z tym panu pomóc, dziesięć lat takim jeździłem!
– Rozumiem, ale nie będzie to konieczne.

Ciągnęło się to w kółko - on swoje, ja swoje. Przepalałem rezerwy cierpliwości. W duchu modliłem się o powrót młodej z kawą i starałem się dać gościowi jakiś sugestywny trop, że nie mam ochoty na dalszą rozmowę. Po dwukrotnym wspomnieniu o późnej porze, chyba go to w jakiś sposób ubodło. Zmienił ton próbując nieco natarczywiej wydrzeć ze mnie więcej informacji. Wróciła moja siostrzenica, dała mi kawę i z niemałą konsternacją obserwowała zajście.

Ojciec Fanatyk zmienił podejście i zaproponował... odkupienie samochodu tak jak stoi, za dość śmieszną kwotę. Odmówiłem. Fala argumentów mających mnie przekonać zawierała: "To jest stary rzęch" i "Wy jesteście młodzi jeszcze, po co wam to", "nie wiecie ile to kosztuje". Na nic zdawały się tłumaczenia, że nam się tak podoba oraz nie jest to jego sprawa co będziemy z tym samochodem robić. Wtrącił się Wuj, dokładając "To wasze najlepsze wyjście i jeszcze na tym zarobicie" i tyradę o ich rzekomym doświadczeniu z tą marką. No tak, przecież za komuny takiego mieli...

I cholera wie czy to nie była groźba jakaś? Skończyło się na tym, że stanowco zadeklarowałem, prawie się na nich wydzierając: "Panowie! Samochód nie jest na sprzedaż!". Dopiero to ich otrzeźwiło.

Na odchodne i tak usłyszałem półgębkiem wymamrotane: "je**ne chamy z Warszawy".

przypadkowi ludzie

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (116)