Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

E4y

Zamieszcza historie od: 14 listopada 2011 - 23:38
Ostatnio: 11 grudnia 2017 - 21:19
  • Historii na głównej: 15 z 21
  • Punktów za historie: 3127
  • Komentarzy: 122
  • Punktów za komentarze: 674
 

#80675

(PW) ·
| Do ulubionych
Dnia dnia jedenastego listopada, musiałem być w Warszawie, pechowo bo w samym centrum.

Pojechałem firmowym autem, zaparkowałem przy ulicy Pięknej, nieopodal placu Konstytucji. Żeby nie było – auto zaparkowane prawidłowo w przeznaczonym do tego miejscu. Poszedłem załatwiać swoje sprawy i po powrocie zastałem urwane oba lusterka i połamane tylne światło. Na aucie było też kilka "wlepek" promujących patriotyzm i "narodowościową postawę", oraz kilka z panami Dmowskim i Piłsudskim okraszone cytatami.

Tak więc dziękuję "patryjotyczna" HOŁOTO za zniszczenie auta.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (251)

#80532

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego dnia, półtora roku temu, mój tata miał stłuczkę. Pogięty błotnik, połamany zderzak, stłuczony reflektor. W swojej ekspertyzie tata stwierdził, że nie jest to wielka szkoda – syn wyklepie, światełko i zderzak wymieni, co trzeba naprawi i będzie jak nowe. W istocie tak było. Sprawa między kierowcami została rozwiązana polubownie za porozumieniem stron, papiery podpisane, gotówka przekazana. Tyle właściwie z całego zdarzenia. Obaj panowie zadowoleni pojechali w swoje strony.

Popsutym autem tata wrócił do domu i tedy rzekł: "Synu, napraw ojcu samochód. Był wypadek, wyklep, wymień, napraw. Masz tu pieniążki, twoja sprawa jak to zrobisz. Ma być zrobione na przyszły tydzień, najdalej za dwa". Dla mnie prośba ojca to rzecz praktycznie święta, więc rzuciłem wszystko i zabrałem się za "tatowóz".
W warsztacie taka naprawa to koszt jakichś minimum sześciuset złotych (jeśli fachowiec to cymbał robiący fuszerę), tysiąca z małym kawałkiem normalnie, jeśli nie więcej. Z racji tego, że mam umiejętności, pewne doświadczenie, wiedzę oraz warsztat, to mój rodziciel nie musiał daleko szukać, aby zlikwidować szkodę za połowę tej kwoty, lub nawet mniej. Popatrzyłem, podumałem i oceniłem szkodę swoim okiem – uszkodzenia istotnie niewielkie, zgodne z oceną taty: połamany zderzak, "grill", pogięty błotnik i stłuczony reflektor. Struktura auta oraz geometria zawieszenia w najlepszym porządku – co zresztą sprawdziłem w warsztacie, aby mieć pewność. "Do roboty" tylko kosmetyka. Na popularnym portalu "Alledrogo" zamówiłem używane części – zderzak, reflektor i "grill", zapłaciłem i jedyne co pozostało to czekać aż przedmioty zostaną dostarczone.

Niedługo później przyszły zakupione wcześniej części. Ja w międzyczasie "rozbebeszyłem" uszkodzone auto – naprawiłem elementy niewymagające wymiany, zdjąłem pogięty błotnik, zderzak, grill i reflektor. Zniszczone elementy poszły na śmietnik, a nowe czekały na zamontowanie. Stwierdziłem, że błotnik da się uratować, więc zabrałem się do pracy. Błotnik ten był akurat bardzo mocno uszkodzony. Wymagał dużego nakładu pracy, a w praktyce wymagał uformowania go na nowo po wcześniejszym doprowadzeniu do mniej więcej oryginalnego kształtu. Pracę z blachą można w tym wypadku porównać do rzeźbienia – materiał wymaga cierpliwości, uwagi i wyczucia. Z obiektywnego punktu widzenia, wygodniej i prawdopodobnie taniej (licząc moje roboczogodziny) byłoby kupić nowy błotnik. Ale umowa z ojcem była taka, że auto ma być sprawne na kolejny tydzień i moja wola jak to zrobię. Więc mogłem sobie na "zabawę" pozwolić – a do tego mogłem całkiem bez konsekwencji przetestować praktyki i techniki z reguły niestosowane, które miałem obmyślone jedynie w teorii. Żelastwo poszło na stół, różne ustrojstwa, które na tę okazję zbudowałem już czekały, kowadełka i młotki w dłoń – zabrałem się do pracy. Tu zaczęła się piekielność ze strony wuja, który z jakiegoś powodu nas akurat odwiedzał.

Wuj to z zawodu spawacz i technik specjalista w jakiejś tam konkretnej dziedzinie związanej z łączeniem metalowych elementów – co ważne, nijak niezwiązanej ze sztuką blacharki samochodowej. Jedynym wspólnym aspektem, na upartego, mogłoby być spawanie. Nawet wtedy, jednak spawanie żelastwa o grubości centymetra a kształtowanie i spawanie/zgrzewanie półtoramilimietrowej lub milimetrowej blachy to są zupełnie różne rzeczy, pomimo że technika łączenia elementów może być ta sama. Można to porównać do programisty i grafika – jeden i drugi do pracy używa komputera, ale sposób użycia jest całkowicie różny.

Przechodząc do sedna – wuj zorientował się, czemu siedzę w swoim warsztacie przez pół dnia, do domu przychodząc jedynie po kolejne kubki kawy. Tak więc "odwiedził" mnie z garścią dobrych rad, zupełnie nie mając pojęcia co ja w ogóle robię. Zaczęło się od krytykowania mojej metodyki pracy. Wytłumaczyłem więc, że to co robię jest swego rodzaju eksperymentem – nadal jednak mieszczącym się w ramach, że tak powiem – "kanonu", z zachowaniem zasad sztuki. Dalej wuj obserwował, marudził, truł, aż doszedłem do blacharki właściwej – co często z boku wygląda jak napieprzanie młotkiem w kawał blachy bez ładu i składu – lecz w rzeczywistości każde uderzenie ma swój cel i jest wymierzone na zamierzony efekt. Wuj tak stał i truł dalej, dorzucając komentarze o tym, jak blacharz powinien "robić blachę", jak to "chusteczkowo" mi wychodzi i w ogóle, to ja powinienem to zostawić, oddać komuś, kto umie to robić. Aż chciałoby się rzec "nie ucz ojca dzieci robić" – bo dokładnie tak to wyglądało. Z szacunku do wuja (też z racji jego wieku i faktu bycia moim wujem) powstrzymałem się od nieparlamentarnych wyrażeń i ograniczyłem do marnego "wujku, wiem, co robię, umiem, uczyłem się tego", plus jakieś wyjaśnienia, aby się tylko odczepił. Wuj nie ustępował, nadal wiedział lepiej. Na ratunek przyszedł tata, zaniepokojony zaginięciem wuja: "Janek, k*wa, mój syn blacharkę robi odkąd piwo może pić! Nie wpi*dalaj się!". Dopiero to pomogło, wuj przestał rzucać dobrymi radami, których nijak nie szło zastosować w praktyce, ale nadal stał mi nad głową, obserwował przez cały czas, dopóki nie skończyłem błotnika. Efekt był bardzo ładny. Zalepiłem, żeby było równo, powiesiłem i zagruntowałem – nic tylko pozostało oddać lakiernikowi. Tak też się stało dwa dni później. Lakiernik położył lakier, potem błotnik wrócił, a ja dokończyłem naprawę. Samochód po naprawie wyglądał jakby nic się nigdy nie wydarzyło.

Trzy tygodnie później, pech chciał, że wuj miał jakąś stłuczkę. Zgadnijcie, co zrobił? Nie, on do mnie nie przyszedł. Wysłał córkę z całą toną kitu do wciskania, abym mu tylko autko zrobił.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (108)
zarchiwizowany

#80567

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio pojawiają się historie traktujące o edukacji, więc i ja wspomnę starsze czasy. Zacznę od wstępu w którym ogólnie przedstawię jak sytuacja wyglądała.

Moja edukacja z nieznanych mi przyczyn rozpoczęła się z rocznym opóźnieniem. Nie wiem dlaczego tak się stało, nie wnikam. Potem jeszcze "udało mi się" załapać rok w plecy, ale nie przypominam sobie, żeby z powodu bycia "starym koniem" spotkały mnie kiedykolwiek jakieś nieprzyjemne sytuacje. Dopiero w technikum, niebezpośrednio, rozpoczęły się problemy, jednak nie z samą edukacją.

Ponieważ wśród uczniów byłem nieco starszy, tak też do szkoły zamiast autobusem, zacząłem przyjeżdżać samochodem o wiele wcześniej niż niektórzy inni uczniowie. Świeżutkie prawo jazdy, pierwszy w życiu pojazd kupiony za swoje pieniądze. Małe marzenie spełnione. Ponadto, nie była to też moja chęć pokazania się lub fanaberia żeby "wozić się furą". Dojeżdżanie busem, potem komunikacją miejską było zwyczajnie upierdliwe. Podróż trwała jakąś godzinę z małym kawałkiem a czasem nawet i ponad półtorej. Samochodem, ta sama podróż zajmowała mi najwyżej czterdzieści minut do godziny.

W szkole nie chełpiłem się posiadaniem auta, nie wspominałem o tym a nawet ukrywałem ten fakt. Dodatkowo unikałem parkowania na przyszkolnym parkingu, żeby uniknąć plotek i dramatów gdyby ktoś zauważył. Wiedziała o tym jedynie pewna dziewczyna z równoległej klasy, która była z mojego miasta – wiedziała bo od początku jeździliśmy razem, podwoziłem ją.

Któregoś dnia "sprawa się rypła" w dziwaczny sposób. O godzinie za dwadzieścia ósma zaparkowałem jakieś trzysta metrów od szkoły i ogarnialiśmy się, aby udać się na zajęcia. Pechowym zbiegiem okoliczności, zawiodło auto: klamka od strony pasażera nie chciała otworzyć drzwi. Ja w roli "eksperta od otwierania drzwi" w tym samochodzie, wychyliłem się z fotela kierowcy, prawą ręką oparłem się o zagłówek fotela pasażera a lewą sięgając to do klamki, to do "cycka" odblokowującego zamek próbowałem odblokować drzwi. A dziewczyna nadal tam siedziała – z boku mogło to wyglądać bardzo dwuznacznie.

Właśnie to uświadomiła mi wychowawczyni klasy pukając w szybę od strony kierowcy. Na nic zdały się tłumaczenia "Ależ pani psor! Klamka!" – kobiecie załączył się tryb moralizatorski, wygłosiła tyradę i oznajmiła, że będą konsekwencje. Miałem się zgłosić do dyrektora, od razu jak dotrę do szkoły. Całe szczęście, że nie skojarzyła, że "moja" dziewczyna jest również uczennicą tej szkoły i jej konsekwencje nie dosięgły. Babka poszła a my w "niestosowny" sposób uporaliśmy się z drzwiami. Umówiliśmy się, że ja wejdę pierwszy, ona chwilę po mnie.

Zaraz przy wejściu wychowawczyni mnie złapała za łachy i zaczęła prowadzić do dyrektora, nie szczędząc przy tym głośnych uwag o tym jak niestosowne jest "mizdrzenie się" pod szkołą z jakąś lafiryndą. Pół szkoły czekając na rozpoczęcie zajęć miało ubaw słuchając o tym, że jestem zboczony, napalony i niewychowany.
W pokoju dyrektora – kolejna tyrada, jednak tym razem nieco rozbudowana: "Dojeżdżam autem do szkoły w którym uprawiam seks z nieżądnicami, tuż pod oknami szkoły!". To demoralizuje uczniów. Pamiętam, że się wtedy zagotowałem jak rzadko kiedy, wybuchła kłótnia i tym razem również na nic zdały się tłumaczenia: "Bo klamka się zacięła!". Dyrektor w porę uciszył mnie i ziejącą moralnym ogniem nauczycielkę. Dostałem reprymendę. Ocena z zachowania poleciała w dół i otrzymałem "zakaz korzystania z usług społecznie uważanych za odrażające w okolicy szkoły" z ostrzeżeniem, że ona tego dopilnuje, żeby to zostało gdzieś zapisane. Cokolwiek miałoby to znaczyć i Bóg jeden wie kto i gdzie taką uwagę miałby wpisać. Przez parę miesięcy cała szkoła miała z tego ubaw po pachy. Niestety ja nie miałem powodów do śmiechu, bo byłem u tej baby "na widelcu" dopóki szlag jej nie trafił i nie zrezygnowała z pracy.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (118)

#80514

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzień jak co dzień, środek tygodnia.

W domu na parterze mieszkają rodzice, na piętrze ja z siostrzenicą. Obecnie pracuję zdalnie w domu i sam sobie szefuję, sam decyduję, kiedy pracuję, a kiedy nie.

Moja siostrzenica Natalia studiuje. Tego dnia została w domu – ot, leń ją dopadł: "nic mi się nie chce, nigdzie nie idę". Czasami chyba każdy tak ma. Ze studiami nie ma problemu, więc może sobie pozwolić na taki luksus od czasu do czasu. Tym lenistwem zaraziła i mnie, więc pracę sobie odpuściłem, bo i tak jestem ze wszystkim do przodu. W rezultacie nasze lenistwo zostało z premedytacją zaplanowane również na dzień następny. Dwa dni byczenia się zupełnie bez powodu – żyć, nie umierać. A plan był dobry: grać przez pół dnia w gry i wieczorem gdzieś wyjść.

Z niezapowiedzianą wizytą przybyła moja siostra – z synem Marcinem, czyli moim siostrzeńcem, a Natalii rodzonym bratem, trzy lata od niej młodszym (teraz już również pełnoletnim). Ostatni raz widziałem go parę lat temu, Natalia również. Nie była to przyjemna sytuacja. Doszło wtedy do rękoczynów, Marcin ją uderzył – do dziś pozostała dziewczynie blizna po rozciętej wardze.

Samo pojawienie się mojej siostry z Marcinem już podniosło mi ciśnienie. Natalia była przerażona wizją spotkania z bratem, który zgotował jej w przeszłości niemałe piekło, gdy mieszkali razem u ich ojca. Z matką, czyli moją siostrą, widzieć się również nie chciała – nie można się temu dziwić, ponieważ moja siostra swoimi dziećmi prawie wcale się nie interesowała – w telegraficznym skrócie: była nieobecna w ich życiu przez ostatnich piętnaście lat, nie licząc sporadycznych wizyt.

Natalii kazałem siedzieć w pokoju, a sam rozeznałem się w całej sytuacji. Rozmowa się ciągnęła i nie biegła w żadnym konkretnym kierunku – kręcili, ściemniali i niby to Marcin chciał przeprosić Natalię, bo ma wyrzuty sumienia (aha, a mi czołg po oku jeździ – wierutną bzdurę wszyscy obecni wyczuli na kilometr).

Mój ojciec w końcu uprzedził moje pytanie: "O co tak naprawdę chodzi?". Wtedy się zaczęło. Wpierw o miłości do rodziny, moralności, poczuciu obowiązku wobec rodziny i o tym, że należy pomagać. Następnie przedstawili szopkę o tym, jak Marcin bardzo się zmienił na lepsze. Świadczyć miał o tym chyba świeżutki tatuaż na pół przedramienia o charakterze uliczno–rozbójniczo–chuligańskim: napis "ACAB" którego rozwinięciem jest "All Cops Are Bastards" – w moim rozumieniu odpowiednik "JP na 100%". Tu nadmienię, że Marcin ma już problemy z prawem.

W końcu wypłynął prawdziwy powód wizyty. Zaczęli przedstawiać nam sytuację. Marcin się wyprowadził od swojego ojca, będzie liceum kończył (a właściwie to zaczynał) prywatnie i nie ma gdzie mieszkać, ponieważ w Warszawie za drogo. Moja siostra powiedziała, że póki co mieszka u niej i jej chłopa. Ale to małe mieszkanko, pięćdziesiąt metrów, więc im we trójkę ciasno. My za to mamy dom, dużo miejsca i w zasadzie to oni już zdecydowali – Marcin się wprowadzi wieczorem. A zanim nie znajdzie pracy, to my go przez te kilka miesięcy (!) utrzymamy, żeby się przyzwyczaił do okolicy. Marcin również ma samochód, więc Natalia swój będzie parkowała na zewnątrz. Albo samochód taty będzie stał na podwórku. Ja natomiast z czasem Marcinowi samochód "zrobię tak jak Natalii", żeby był miód malina.

Moją mamę szlag trafił i wyszła bez słowa, mnie szlag trafił i już miałem powiedzieć coś nieparlamentarnego. Tata jednak był bezbłędny i ze swoim stoickim spokojem rzekł: "córuś, może frytki do tego?". Gdy oboje, moja siostra i Marcin, siedzieli i gapili się na ojca, jak cielę na malowane wrota, on wytłumaczył im spokojnie, czemu Marcin pod tym dachem nie będzie mieszkał. Gdy mi nieco przeszło, zaproponowałem, że jedynie mogę pomóc znaleźć pracę i jakiś tani pokój.

"Jaka praca?" – padło pytanie.

Znajomy potrzebuje człowieka na magazyn i do załadunku (co było zgodne z prawdą i do tego za niezłe pieniądze). Niestety, Marcin nie będzie robił jak jakiś robol fizyczny, to robota dla hołoty. Skończyła się również kultura, zaczęły się wulgaryzmy. Jaśnie panicz Marcin spodziewał się kierowniczego stanowiska w biurze i stumetrowego apartamentu – po trzech skończonych klasach gimnazjum. Nastąpiło ogniste pożegnanie i sobie poszli.

Ręce mi po tym całkiem opadły. Ja nie wiem, skąd bierze się taka postawa – skoro ktoś ma więcej, ma się tym z automatu dzielić albo najlepiej rozdawać za darmochę? Szczególnie, gdy nie ma żadnej podstawy ani zaufania? Zaoferowałem pomoc, jak mogłem – też źle.

Na dodatek wieczorem tego samego dnia ktoś w nasz dom rzucił cegłą i rozwalił szybę w oknie.

Z dwudniowego lenistwa nic nie wyszło, Natalia chodziła z kąta w kąt przez całe dwa dni – stresując się, bo jej brat jest "w okolicy".

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (195)

#80445

(PW) ·
| Do ulubionych
Ten wpis będzie o sytuacji bardziej zabawnej niż piekielnej, chociaż rodzinka, którą spotkałem miała bardzo ognisty temperament.

Pewnego pięknego, słonecznego dnia, zaparkowałem pod marketem typu "żabka" – na miejscu parkingowym w cieniu i w bezpiecznej odległości od wszelkich niebezpieczeństw. Z siostrzenicą poszliśmy po niewielkie zakupy, które wpakowałem do plecaka. Ona gdzieś poszła, załatwić jakieś sprawunki, a ja wróciłem do auta. Umknęło mi wcześniej, że nieopodal stoi popielniczka, toteż w tej chwili, stało i paliło tam dwóch Januszy w towarzystwie syna i córki jednego z nich. Janusze ubrani jak na panów po czterdziestce przystało, małolat też raczej normalnie, córka jedynie wyróżniała się zielonymi włosami.

Dołączyłem do popielniczkowego zgromadzenia i sam zapaliłem, mimowolnie wsłuchując się w żywą konwersację jaką prowadzili. Janusze próbowali dojść czym jest moje auto. Więc nie wtrącałem się, słuchałem:
– To jakaś samoróbka!
– To jakieś Uno przerobione!
– G*wno tam wiesz! To pewnie Zastawa porobiona!
– To nie Zastawa!
– Zastawa! Dwadzieścia lat w Tychach przepracowałem! Ja wiem co mówię! Znam właściciela!

Panowie się tak przekomarzali i bluzgali na siebie, w międzyczasie punktując niewiedzę oponenta. Jeden drugiego co rusz przebijał motoryzacyjną inwencją, drugi zaklinał się, że zna właściciela i "wie kto to robił". Przez cały czas ich kłótni, syn próbował się wtrącić:
– Tato! Tato, no tato no... ale tato! – był dokumentnie ignorowany lub uciszany ("Zamknij się szczylu!").
Córka klęła, mamrotała coś pod nosem, chyba próbując usprawiedliwiać "ojców". Odpalała jednego papierosa od drugiego, rzucając niby to do nich, niby w powietrze: "Ale bardach robicie".

Sytuacja mnie rozbawiła, słuchałbym dalej tego kabaretu, gdyby nie siostrzenica zmierzająca ku mnie w oddali. Spróbowałem jakoś interweniować, oświecić obu panów. Odchrząknąłem i przeprosiłem za wtrącenie się do "rozmowy": – Panowie, to jest Fiat – po króciutkiej pauzie, miałem zamiar kontynuować, jednak zostałem zbluzgany pod tytułem: "nie wiesz to się nie wtrącaj k*tasie, ja znam właściciela!".

Nie miałem zamiaru kopać się z koniem, więc poczekałem na siostrzenicę, nie wtrącając się więcej. Gdy otwierałem samochód, zamilkli. Wtedy chłopak w końcu doszedł do głosu, bo wiedział co to za auto. Cały czas próbował tym dwóm cymbałom powiedzieć...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (176)

#80427

(PW) ·
| Do ulubionych
Napiszę co nieco o słomianym zapale oraz wypaczonym postrzeganiu pasji do restauracji starych samochodów. Mówiąc "stare" mam na myśli wehikuły mniej–więcej trzydziestoletnie. Nie jestem na tym polu weteranem. Póki co do stanu fabrycznego pod moim okiem wróciły tylko trzy pojazdy z czego tylko jeden naprawdę rzadko spotykany. Mogę jednak coś w tym temacie powiedzieć.

Skłoniły mnie do tego różne sytuacje około–tematyczne z przeszłości oraz niedawna rozmowa z osobą która również pasjonuje się motoryzacją.
Chłopak ledwie odebrał prawo jazdy, na karku ledwie dziewiętnaście lat. Wór ze słomianym zapałem pełny, cierpliwości niewiele, wiedzy czysto teoretycznej ledwie–ledwie – praktycznej brak. Portfel jak na studenta przystało – prawie pusty. Tak przygotowany, przyszedł zapytać mnie o rady i pomoc przy wyborze "bazy" z której można zacząć.

Rozpoczął od rzeczy zupełnie oderwanych od rzeczywistości w tym taka perełka: "Lubię BMW i chciałbym mieć coś oryginalnego. Nie wiem, taka Alpina B10 z 1990 może...".
Gwoli wyjaśnienia: takich samochodów wyprodukowano kapkę ponad pięćset egzemplarzy – ponad dwadzieścia lat temu! Ostudziłem jego zapał proponując "zwykły" model tego auta. Jak na moje oko opcja bardzo dobra pod każdym względem wobec istniejących warunków.

Niestety zwykłe BMW w percepcji chłopaka to szmelc a po przedstawieniu kosztów pi–razy–drzwi – nadal o wiele za dużo. Spodziewał się, że za trzy tysiące kupi dwudziestoletni samochód bez dziur w podłodze i ze zdrowym silnikiem. Wytłumaczyłem mu na czym polega proces odbudowy auta, że nie jest to przejechanie Plakiem po plastikach, wymiana pokrowców i powieszeniu Wunderbauma na lusterku.

Pokazałem zdjęcia z takiego procesu, dokładniej opisałem prace przy nadwoziu, mechanice i elektryce. To wszystko idzie w setki jak nie tysiące godzin pracy, aby osiągnąć efekt "jakby dopiero z fabryki wyjechał". Ponadto w przypadku starego i rzadkiego auta, niektóre części stanowią problem: szukanie po zagranicznych serwisach aukcyjnych, jeżdżenia bóg wie dokąd po najmniejsze elementy nigdzie indziej niedostępne, zamawianie innych z drugiego końca Europy. To wszystko wymaga czasu i pewnych środków a brak jednego lub drugiego wstrzymuje prace.

Nie było mu w smak. Zdruzgotałem jego nagiętą do własnego widzimisię rzeczywistość w której widział tylko efekt końcowy, osiągnięty w najwyżej dwa miesiące bez wysiłku. Urażona duma (wszak chyba uzmysłowił sobie, że zadanie by go przerosło) chłopaka nakazała wbić mi szpilę i uczepić się tego, że mam Fiata – czym mnie z resztą rozbawił. A powiedział mi mniej–więcej tak tak: "To wszystko to się w sumie i tak nie opłaca. Ty tyle czasu nad tym spędziłeś a teraz i tak jest wart tyle co jakiś szrot". No cóż, to czy moje auto jest warte tyle co złom mógłbym się spierać.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (107)

#80412

(PW) ·
| Do ulubionych
Ludzie, których znamy od lat, potrafią czasem z różnych przyczyn pokazać zupełnie nowe oblicza – i to nie zawsze miłe. Miałem okazję się o tym przekonać całkiem niedawno.

Do mojej mamy, na kawę i pogaduchy, przyszła koleżanka – tym razem z córką. Córka jest w moim wieku, znamy się od "dawien dawna", przedszkole, szkoła i ogólnie "życie". Odkąd skończyła się szkoła średnia, każde z nas poszło w nieco innym kierunku i kontakty stały się rzadsze ze względu na mniej dostępnego czasu i więcej innych „aktywności”, ale nie urwały się całkiem. Nasze mamy natomiast nadal utrzymują stały kontakt, taki sam jak zawsze.

Tego dnia, oprócz standardowego: „opowiadaj, co słychać", była również prośba o wydrukowanie kilkudziesięciu stron – bo jej drukarka padła. Dla mnie to nie stanowiło problemu, więc wskazałem jej komputer i rzekłem, żeby się sama obsłużyła – wie, co i jak. Ja poszedłem robić kawę.

Gdy z gotową kawą wróciłem, drukarka akurat skończyła wypluwać kartki. Dziewczyna wbiła we mnie kamienny wzrok i oschle zakomunikowała: "Ty to jednak ch*j jesteś. Jak chciałam pożyczyć w lutym kasę na wyjazd, to niby nie mogłeś...". I poszła.

Stałem taki zamurowany przez chwilę i próbowałem przetrawić, o co poszło i co się w ogóle wydarzyło. Zerknąłem w ekran komputera: w otwartej zakładce poczty świeża faktura na sporą kwotę. Stąd zapewne pojawił się temat kasy. Tylko skąd założenie, że skoro kasę miałem teraz, to miałem ją wtedy?

Jedyny plus z tego wszystkiego jest taki, że później mnie szczerze przeprosiła – więc jest jeszcze szansa, że wyjdzie na ludzi. Niesmak jednak pozostanie na długo.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (131)

#80384

(PW) ·
| Do ulubionych
Na posesji obok stoi spory dom, w którym mieszkają dwie rodziny. Mają osobne wejścia, a dom jest podzielony na dwa mieszkania. Jedna rodzina to młode małżeństwo z dzieciaczkiem, a druga to państwo około pięćdziesiątki. Młodsza rodzina jest bardzo w porządku, wymiana uprzejmości i pogawędki przez płot to standard. Starsi państwo są dość pochmurni, ledwie coś mrukną pod nosem na "dzień dobry". Z tego powodu z młodszą rodziną udało się zaprzyjaźnić, a starszych państwa nie udało się nawet poznać – do czasu.

Pewnego piątku starsze małżeństwo miało jakąś rodzinną imprezę. Młodszą rodzinę "zza ściany" i mnie "zza płotu" nawet poinformowali o tym, że może być nieco głośniej niż zwykle. Miło z ich strony. W dniu imprezy zjechali się do nich ludzie autami. Parking przed tamtym domem ma cztery miejsca, ale jak się upchnie kolanem to i sześć aut wejdzie – i wlazło. Auto pana młodszego sąsiada się do nich nie zaliczało. Goście natomiast zjeżdżali nadal i finalnie na ulicy stały jeszcze cztery auta.

Tego popołudnia pan młodszy sąsiad wrócił z pracy o zwykłej porze i wobec zaistniałej sytuacji uderzył do mnie prośbą. Jak wytłumaczył, wpierw udał się do sąsiadów okupujących parking, ale nic nie wskórał – nie przestawią aut, ponieważ już sobie wypili, a po alkoholu kategorycznie nie wolno prowadzić. Wtedy skierował swe kroki do mnie: czy nie przechowam mu auta dopóki nie zwolni się ich mini–parking. Dla mnie sprawa jasna – zaoferowałem nawet miejsce w garażu, pod dachem. Grzecznie odmówił i zaparkował sobie pod drzewkiem. Na wszelki wypadek dał mi kluczyki, gdyby trzeba było przestawić.

Póki co piekielności tyle, że zajęli cały parking "jak swój" i zastawili chodnik. Pod wieczór było już słychać odgłosy potężnej libacji. Ruszyło mnie jakieś przeczucie i wstawiłem sąsiadowóz do swojego garażu. Swoim wozem pojechałem po niewielkie zakupy. Tu zaznaczę – wyjeżdżając, bramę zamknąłem w taki sposób, że kłódkę przerzuciłem przez oczka bramy, ale nie "zapiąłem" jej. Ponadto na bramie jak wół wiszą tabliczki: "Uwaga! Groźny pies!" i zaraz obok "Teren prywatny. Osobom nieupoważnionym wstęp wzbroniony".

Dwadzieścia minut później wróciłem i mym oczom ukazał się taki kuriozalny widok: brama otwarta na oścież, samochód "od sąsiadów" (wcześniej stojący na chodniku) na mojej posesji i mój pies zajadle warczący i pieniący się na samochód. A napruty kierowca przez uchylone okno drze się o pomoc do równie nawalonych biesiadników, którzy zdążyli się zebrać za ogrodzeniem. Podszedłem zobaczyć o co w ogóle chodzi i czemu do ciężkiej cholery pan się wpuścił na moją posesję. Argument: Bo sąsiad mógł. No cóż, na taki argument najwidoczniej nie ma mocnych.

Nawalony pan w aucie chyba trochę przetrzeźwiał od tego przerażenia i prosił, żebym nie wzywał policji i "wziął to bydle" – podobnie jak cały chór zapijaczonych gąb zza płotu. Przekupstwa, prośby, groźby i cała litania "zakrętów". A mnie zastanawiało jedno – skoro pan "ja też mogę" wjechał na moją posesję, to czemu z niej nie może teraz wyjechać? Zbyt pijany, żeby prowadzić? Otóż nie. Gdy z głębi podwórka wybiegł piesek, pan się przeraził i upuścił kluczyki podczas ucieczki do auta.

Po policję jednak zadzwoniłem. Pana z auta zgarnęli, jego auto odjechało lawetą, a ja stałem się wrogiem numer jeden państwa imprezowiczów – sądząc po ilości butelek jakie znalazłem rano na swojej posesji. Było ich niemal dwieście.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (206)

#80346

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego jesiennego dnia wydarzył się wypadek. Jadący z naprzeciwka wyprzedzał rowerzystów. Nie było by tu nic piekielnego, gdyby nie fakt, że jeden z dwóch rowerzystów radośnie wyjechał na środek drogi podczas tego manewru.

Widząc jadących z przeciwka rowerzystów, przewidywałem różne opcje – a jednośladom na drogach po prostu nie ufam – to zacząłem raptownie zwalniać, aby dać wyprzedzającemu więcej miejsca na wyprzedzanie i na bezkolizyjne wyminięcie. Przytuliłem się jeszcze bardziej do prawej strony. Wyprzedzający wyprzedza. Rowerzysta wyskoczył mu przed maskę, wyprzedzający go "trafił" i odbił na mój pas – we mnie. Nastąpiło potężne uderzenie, poduszka wystrzeliła a mi na chwilę urwała się świadomość. Odzyskałem ją kilkadziesiąt sekund później.

Zabawne jest to o czym człowiek wtedy myśli – pierwsze co przyszło mi na myśl to: "K*wa, spóźnię się do roboty" i po chwili gdy dotarło do mnie, że auto dalej nie pojedzie o własnych siłach: "Stary mnie zamorduje za samochód" (stary – szef firmy, tak na niego mówimy). Po chwili (która mogła trwać minutę albo pięć – ciężko oszacować w takim stanie) próbowałem się wydostać z auta – nie dało rady drzwiami od strony kierowcy, więc przeczołgałem się do drzwi pasażera. Wyciągnąłem ze schowka dokumenty i papierochy a z podłogi za siedzeniem pasażera jakoś udało mi się wydobyć kurtkę. "Wypadłem" z auta i dopiero wtedy poczułem, że noga boli jak jasna cholera.

Próba wstania z ziemi zakończyła się niepowodzeniem, więc tak siedziałem. Odpaliłem fajkę, zadzwoniłem pod numer alarmowy i przedstawiłem miłej pani sytuację, odpowiedziałem na pytania oraz zaznaczyłem, że sam nie mogę wstać bo chyba mam złamaną nogę. "No ale jakoś pan z tego samochodu wyszedł, nie?" – tłumaczę, że się wyczołgałem a teraz nie mogę wstać. Pani dalej w zaparte: "To pan pójdzie sprawdzić w jakim stanie są inni uczestnicy wypadku i udzieli pierwszej pomocy" – tłumaczę kobiecie po raz kolejny, że nie wiem, nie mogę "pójść" i sprawdzić, ponieważ nie jestem w stanie wstać. "No ale z samochodu pan wyszedł...". Wtedy w uszach mi zamajaczył sygnał dźwiękowy a po chwili na horyzoncie pojawiły się policyjne koguty. Gdy dwa radiowozy były już na miejscu – ja nadal tej kobiecie tłumaczyłem, że nie jestem w stanie wstać a inni uczestnicy mogą być ciężko ranni albo nawet martwi. Wyłuszczyłem jej fakt, że potrzebne są karetki i straż pożarna. W końcu oddałem telefon policjantowi który mnie znalazł. "Pan nigdzie nie idzie" – bezwiednie rzucił policjant i się oddalił. Trzeba przyznać, humor czarny jak dusza satanisty.

Zanim pojawiła się policja, co robili inni kierowcy jadący drogą? Ano wszyscy jak jeden mąż radośnie omijali dwa wraki i połamany rower na środku – poboczem, przez płytki rów, polem a potem znów przez rów i dalej w długą.
A co zrobił drugi rowerzysta? Ano spie*lił. Nie omieszkałem zapytać policjanta skąd oni się tak szybko wzięli – gość z drugiego samochodu zadzwonił bezpośrednio na lokalną komendę.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (184)

#80328

(PW) ·
| Do ulubionych
Obecnie mieszkam w rodzinnym domu z siostrzenicą i rodzicami(jej dziadkowie). Wcześniej, do czasu zdania matury siostrzenica mieszkała z bratem (znaczy moim siostrzeńcem) u ich ojca i jego baby, ponad dwieście kilometrów dalej – w innym mieście. Z dziećmi siostry miałem dobry kontakt z racji dość niewielkiej różnicy wieku, potem już tylko z siostrzenicą. Podróżowałem tam z reguły raz na tydzień, w weekendy.

W tamtym domu Natalia była jak powietrze, a siostrzeniec Marcin zaś był ulubieńcem. Z czasem takie rozróżnienie rodzeństwa się nasilało. Co z tego wynika wyjaśniać nie trzeba: Marcin zawsze był niemal święty, cokolwiek by nie zrobił. Natalia była najgorszą wiedźmą (i wiele różnych mniej lub bardziej wulgarnych epitetów). Ojciec jej piekielności nie czynił (jedynie traktował ją jak ducha), ale brat z kobietą ojca już tak. Dawali jej do pieca równo przez cały czas. Na rok przed jej osiemnastką zapowiedziała podczas którejś kłótni, że gdy tylko skończy szkołę to się stamtąd wyniesie: "choćbym miała i pod mostem mieszkać".

Wtedy też nasiliło się czynienie dziewczynie wszelkich przykrości. Wiadomości o tym co się tam wyczynia dostawałem od niej regularnie. A to "macocha" coś jej "skonfiskowała", brat okradł z pieniędzy. No i dziewczyna była w takich sytuacjach bezsilna – ojca to nie interesowało bo "sama jest sobie winna".

Wielokrotnie sam urządzałem niemal karczemne awantury, kilka razy zadziałali moi rodzice, gdy sprawy obierały niebezpieczny obrót – skutkowało na tydzień czy dwa i był względny spokój. Jako przykład takich niebezpiecznych sytuacji – gdy Marcin wracał pijany i dochodziło do rękoczynów. Natalii nic poważne zrobić nie zdołał, ale całe takie noce siedziała praktycznie zabarykadowana w pokoju. A co na to ojciec? "Wybryki młodego, nie ma się czym przejmować". Tak to się ciągnęło niemal przez rok a brata się po prostu bała.

Apogeum nastąpiło na około tydzień przed jej maturą. Sobota, byłem wtedy autem. Natalia otworzyła drzwi, a w korytarzu Marcin – czerwony, wkurzony i ewidentnie pijany szesnastolatek (prawdopodobnie też po amfetaminie). Ryknął coś w stylu "Gdzie pieniądze k*wo!" – nie zdążyłem zareagować (bo byłem za nią), strzelił ją pięścią w twarz. On ją, ja jego – gówniarz przysiadł a macocha wyłoniła się z czeluści domu i do mnie z rękami. Babsztyla złapałem i "posadziłem" na ziemi. Całość okraszona masą niecenzuralnych wyrażeń z obu stron. Natalii kazałem iść do samochodu i sam też się wycofałem.

Warga dziewczyny rozcięta poważnie – pojechaliśmy do szpitala, trzy godziny czekania, lekarz połatał. Tego dnia nie wróciliśmy do "domu" – podzwoniłem po znajomych i zakwaterowaliśmy się na tydzień u kolegi kolegi. Potem już tylko była krótka wizyta po rzeczy Natalii. Ojciec zaskoczony – "no córuś, ale co ty?". Macocha milczy blada jak ściana, a "braciszek" jeszcze jej groził.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (180)