Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

FioletowyKolnierzyk

Zamieszcza historie od: 20 września 2012 - 20:56
Ostatnio: 4 marca 2016 - 13:43
O sobie:

Urzędników z zasady się nie lubi. Do sądu chodzi się z konieczności - z definicji jestem siedliskiem piekielności :)

  • Historii na głównej: 9 z 10
  • Punktów za historie: 6923
  • Komentarzy: 32
  • Punktów za komentarze: 305
 
Jeśli czytaliście moje poprzednie historie wiecie pewnie, że pracuję w sądzie. Okazjonalnie, z uwagi na posiadaną wiedzę udzielę jakieś nieformalnej porady prawnej. Oczywiście zawsze nieodpłatnie i tylko wśród rodziny i bliższych znajomych. Ot taka zwykła przysługa, bez sporządzania żadnych pism, czy bawienia się w adwokata albo radcę prawnego.

Zdarzenia, o których piszę miały miejsce prawie 4 lata temu. Siedziałam w ciepłym mieszkaniu z kubkiem herbaty i pisałam jakieś uzasadnienie, kiedy zadzwonił mój małżonek. Zawsze bardzo chętnie zrobię sobie przerwę w pracy, zwłaszcza, że mąż wtedy dostał nową pracę i spędzał w niej bardzo dużo czasu, a pokonwersować z nim bardzo lubiłam. No więc rozmawiamy o dupie Maryny, śmiejemy się, dowcipkujemy, jak to świeżo upieczone, stęsknione za sobą małżeństwo. No i tak od słowa do słowa, mąż opowiada mi, że ma kolegę w pracy, który się rozwodzi, ale w zasadzie to nie wie co do czego i potrzebowałby porady. Dalsza rozmowa z moim małżonkiem wyglądała mniej więcej tak:

(nieco to skróciłam, żeby nie zanudzać Was prawniczym bełkotem)

Ja: O, to smutne, a już miał rozprawę, kto złożył pozew?
Mój Mąż: To trzeba z tym do sądu iść? Myślałem, że jak na amerykańskich filmach wysyła się jakieś papiery, żona to podpisuje i heja.
Ja: No nie, w Polsce trzeba złożyć pozew, uzasadnić, wpłacić opłatę sądową, a potem sędzia razem z ławnikami prowadzą rozprawę. Czasami się to potrafi ciągnąć, zwłaszcza przy orzekaniu o winie.
Mój Mąż: To, aż tak skomplikowane. To ja koledze to przekażę w wolnej chwili.
Ja: Aha, to się nie rozwodzi, a dopiero planuje złożyć pozew.
Mój Mąż: No tak. A duża ta opłata.
Ja: 600 zł, ale może wnieść o zwolnienie od kosztów.
Mój Mąż: Strasznie dużo, a jeszcze pewnie żona go o alimenty pozwie.
Ja: No na dzieci na pewno.
Mój Mąż: Oni dzieci nie mają, mają tylko ślub cywilny, tak jak my. Mi chodzi o te alimenty na żonę. Jak to jest?

Tu mu w skrócie opisałam, zasady orzekania rozwodu z winy którejś ze stron.

Mój Mąż: Aha, aha (notuje zawzięcie) A jeżeli on ją zostawi, bo ma inną kobietę, a ona się o tym dowie przed rozwodem to żona dostanie alimenty?
Ja: No kochanie, fajnego masz kolegę. Generalnie by się jej należały, jeżeli byłby uznany za winnego rozkładu pożycia, ale jeśli nie mają dzieci i ona zarabia więcej od niego, to raczej nikt się nie chce w takie rzeczy bawić. (w pracy mojego męża nowi zarabiali minimalne wynagrodzenie na śmieciówkach).
Mój Mąż: A czemu?
Ja: Bo, moim zdaniem udowadnianie komuś winy, czy romansu przed obcymi ludźmi, rozwalanie na kawałki tak intymnych spraw jest bardzo upokarzającym i bolesnym doświadczeniem i raczej mało kobiet uzyskuje taki wyrok z uznaniem winy męża dla samej zasady. To za dużo przykrych emocji.
Mój Mąż: Więc jest szansa, że jego żona nie będzie tego przeciągać, bo zarabiając więcej po prostu jej się to nie opłaca i alimentów nie dostanie?
Ja: Kochanie, nie znam jego żony i nie znam sytuacji. Wiem, że chcesz pomóc koledze, ale mógłby się wobec żony zachować lojalnie, zwłaszcza jeśli przygruchał sobie inną babę. Nie wiem jak jego żona się zachowa.
Mój Mąż: No dobra, nie moralizuj tak Pani Prawnik :). Pogadam z gościem i przekażę twoje uwagi. Muszę kończyć, kocham cię.
Ja: No, to do zobaczenia w domu.

A teraz konsekwencje powyższej rozmowy:
Dokładnie 3 tygodnie później mój mąż złożył przeciwko mnie pozew rozwodowy. Totalnie się tego nie spodziewałam, byliśmy 10 miesięcy po ślubie. Skubany zastosował się do wszystkich moich rad. I nie, nie zrezygnowałam z udowodnienia mu winy. Głupek przyszedł na rozprawę rozwodową ze swoją dziewczyną, dla towarzystwa.

darmowa porada prawna

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1472 (1488)
Niedawno przeczytana historia o jakości obsługi w sklepie Carrefour przypomniała mi, iż niewiele się w tej kwestii zmieniło od czasu kiedy ta sieć jeszcze raczkowała w Polsce.

Słowem wstępu, na studiach mój czas w okresach wiosenno-jesiennych dzieliłam pomiędzy uczelnię oraz sąd, gdzie pracowałam na zleceniówkach w czasie urlopu innych pracowników. Konieczność szybkiego i sprawnego poruszania się pomiędzy tymi dwoma miejscówkami, zwłaszcza w okresie sesji, wymusiły na mnie zakup jakiegoś środka transportu. Komunikacja miejska wymagała dwóch przesiadek, na samochód stać mnie nie było, rower niestety odpadał - kwestie zdrowotne. Mój wybór padł więc na skuter.

To były jeszcze czasy, kiedy branża sprzedaży tych wdzięcznych maszyn kulała. Otwierane były liczne wypożyczalnie, ale tylko w niektórych sklepach rowerowych można było kupić skutek, zwykle w dość wysokiej cenie. Dlatego bardzo skusiła mnie oferta promocji w sklepie Carrefour na sprzedaż małego, miejskiego skutera za kwotę 1.699 zł. Cena bardzo przystępna, możliwość sprzedaży ratalnej, więc lecę zobaczyć to cudo.

Podejście pierwsze:
Jest. Na sklepie stoi ładny, żółty skuterek, akurat z rodzaju tych na których miałam okazję jeździć. Znalazł się pracownik z kluczykiem, wszystko działa, plastiki nie latają, światła w porządku. No pewnie, że biorę.
Skuter stał w blokadzie, do której najwyraźniej nie było klucza czy innego wihajstra. Jak mi wyjaśniono, pracownik za to odpowiedzialny jest na zwolnieniu (tak, z kluczem w domu). Ma być za 2 dni.

Dwa dni później - podejście drugie:
Pracownika nadal nie ma, będzie jutro, ale w tym czasie mogę załatwić sprawy w punkcie obsługi ratalnej. Po wypełnieniu wszystkich papierków, okazało się, że mam zdolność kredytową na zakup skutera, oczywiście z obowiązkowym ubezpieczeniem. Jak przyjdę jutro wszystko będzie czekać.

A guzik - podejście trzecie: (na szczęście z rodzicem).
Pracownik od magicznego klucza jest, ale klucza nie ma. O ile dobrze pamiętam, to skuter przyjechał w takim zabezpieczeniu i nikt nie pomyślał, żeby zadbać o możliwość jego otwarcia. Na jutro jednak będzie otwarte (aha, a wcześniej nie mogło).

Idę do punktu obsługi - dokumentów z wczoraj już nie ma, bo pracownica się pomyliła. Wypełniamy jeszcze raz, o funkcji zapisz jako też nikt nie pomyślał. Weryfikacja i ZONK - nie mam zdolności kredytowej w Lukas Banku. Moja mama, która mi towarzyszyła, zgodziła się wziąć to na siebie. Udało się, ale nie wezmę kredytu i nie zakończę transakcji bez zabrania skutera ze sklepu, a to na razie niemożliwe.

Podejście czwarte:
Blokada rozpiłowana (:)), skuter stoi jakiś metr dalej niż w ciągu ostatnich moich wizyt w tym przybytku i cały jego bok jest wyraźnie porysowany. Pewnie w nocy ktoś przejechał ten bok sztaplarką. Pracownik patrzy na rysy, które chyba zrobił wściekły ryś, patrzy na mnie i z pełną powagą zadaje pytanie "To co bierze Pani?"
Szczerze - powinnam już wtedy odpuścić, ale obietnica sprowadzenia nowego skutera z magazynu przekonała mnie do kolejnej wizyty.

Podejście piąte (zadzwonili tydzień później):
W wielkim skrócie - nowy stoi, wszystko działa, rozcinają blokadę (zastanawiałam się czy to ukryta kamera), znowu wypełnianie dokumentów ratalnych - weryfikacja negatywna na moją mamę. (?) Okazało się że źle wpisywali nasze nazwisko - poprzednio też, stąd moja weryfikacja też była negatywna. Poprawiamy, a ja kwitnę z matką w tym supermarkecie już czwartą godzinę, nie wspominając o tym, że znaczną część czasu spędziłam na samodzielnym szukaniu pracowników odpowiedzialnych za różne elementy naszej niedoszłej transakcji.

Po godzinie, system zweryfikował moją zdolność kredytową - tym razem mogę wziąć go samodzielnie - bank ten sam. Wszystko teoretycznie załatwione, gdy podpiszę umowę mogę w zasadzie jechać. ALE - na umowie są inne raty - znacznie wyższe, w dodatku zamiast 16 rat na umowie jest ich 20. Suma zakupu znacznie wyższa niż wcześniej. Dobijam, już bardzo zmęczona do babki w punkcie ratalnym, a ta z rozbrajającym uśmiechem oświadcza mi, iż "Promocja na ten produkt się skończyła, od dwóch dni skuter kosztuje już 2.999 zł".

Nie wytrzymałam nerwowo - walnęłam jej dokumenty na biurko i po prostu wyszłam. A skuter i tak kupiłam - sprowadziłam używany z Niemiec.

Carrefour

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 552 (618)
Ciąg dalszy sądowych opowieści.
Dzisiaj - PIENIACZE.

Pewnie każdy wie o jaki typ osób chodzi. Ich sprawy - pozwy, zawiadomienia, prywatne akty oskarżenia zajmują bardzo dużo czasu, bo pieniacze zawsze mają wiele do powiedzenia, tudzież napisania zwykle rzeczy mało istotnych. Często w ten sposób usiłują wylać swoje frustracje, zyskać uwagę, zemścić się na osobach, w których upatrują wrogów. W większości jednak to osoby z pewnymi formami zaburzeń psychicznych, które wpisują się w folklor każdego sądu, lub innych instytucji. O ile ich poziom roszczeniowości, wściekłości na cały świat i wyżywania się, najczęściej na pracownikach sekretariatu, nie wykracza poza pewne standardy, nie zasługują na miano piekielnych.

Ci prawdziwie piekielni, to osoby wbrew pozorom bardzo racjonalne, nawet inteligentne (przyznam z niechęcią), ale przy tym pazerne i roszczeniowe. Znaleźli sposób na życie, jak zarobić, ale się nie narobić. Dzisiaj nie będzie o konkretnej sprawie tylko o nietypowej Taktyce (przez wielkie T), stosowanej od kilku lat w wielu regionach Polski, w tym u mnie, najczęściej
przez osoby mieszczące się w podanym przeze mnie powyżej opisie.

Wyobraźcie sobie przykładowo Pana X. Nasz hipotetyczny bohater, przed laty miał sprawę w sądzie, w której popełniono błąd - najczęściej nierozpoznanie jednego z jego formalnych wniosków, podczas gdy sprawa merytorycznie toczyła się dalej lub bardzo późno wyznaczono kolejny termin rozprawy. Pan X składa więc w tej sprawie skargę na przewlekłość. Dla wyjaśnienia skarga ta służy kontroli terminowości oraz formalnej prawidłowości podejmowanych przez sąd czynności w określonych warunkach (oczywiście w olbrzymim skrócie). Co istotne, w razie uznania zasadności skargi, skarżącemu przyznawane jest zadośćuczynienie.
Tak też było w przypadku Pana X, uznano błąd sądu, który przedłużył postępowanie i Pan dostał od Skarbu Państwa określoną kwotę. Za błąd zapłacili więc podatnicy, czterocyfrową kwotę. Sprawę przegrał, ale nie było to od tej pory dla niego istotne.

Okazało się to świetnym pomysłem na biznes. Pan X od tego czasu zaczyna składać liczne pozwy, początkowo przeciwko ludziom i instytucjom ze swojego otoczenia, potem już wszystkim naokoło. Nawet 20 - 30 miesięcznie. Żadna ze spraw nie ma podstaw prawnych, czy też zgłoszonego jakiegokolwiek materiału dowodowego. A jak wam napisałam w pierwszej mojej historii pozwać można wszystkich o wszystko. Wszystkie pozwy Pana X badane są najpierw formalnie, dopiero prawidłowo skonstruowany pozew może trafić do oceny merytorycznej na rozprawę. Pan X w tym czasie składa skargi na przewlekłość, licząc że i tym razem sąd wyższej instancji coś znajdzie. To zawiodło, sprawy kończyły się za szybko, gdyż za szybko dochodziło do rozpraw i oddalenia powództwa. W skrócie, brak zarobku.

Zmiana taktyki.
Liczba pozwów w miesiącu uległa podwojeniu, przy czym pozwy ograniczały się do sformułowania przykładowo "żądam od Prezydenta Miasta 1 mln zł jako zadośćuczynienia" i tyle... Za to pełno było w nich bełkotu oraz zakamuflowanych wniosków natury formalnej - zwolnienia od kosztów sądowych, ustanowienia pełnomocnika z urzędu, zabezpieczenia roszczenia, wyłączenia większości pracowników sądu od rozpoznania sprawy, dopuszczenia mediów do rozprawy itp.
Te wnioski musiały być rozpoznawane w pewnej logicznej kolejności w różnych terminach.

Na większość postanowień Pan X składałśrodki odwoławcze - często po terminie, czasem z opłatą, czasem bez, co rodziło kolejne postanowienia. W skrócie biurokratyczny
koszmar. A Pan X doskonale o tym wiedział.
Na tych sprawach można było nauczyć się procedury cywilnej i prawidłowego rozpoznania kilkunastu wniosków i zażaleń na raz, w który to cykl niedługo później wplątywała się dodatkowo obowiązkowa skarga na przewlekłość. Spraw w przeciągu miesiąca
potrafiło być około czterdziestu, z czego w każdej ze spraw trzeba było wydać mnóstwo postanowień, podjąć czynności co do zażaleń i skarg, przekazywać akta wyżej, pilnować terminów, kolejności postanowień. Wszystko pod groźbą uwzględnionej skargi na przewlekłość. Pisma też były ciekawie skonstruowane, często kilkanaście kartek nieczytelnego pisma i w środku niespodzianka - wniosek, który należy rozpoznać w terminie 3 dni. Było to nawet dla doświadczonych sędziów i referendarzy bardzo trudne do ogarnięcia, gdyż pan X czyhał na każdy błąd.

Myślicie sobie - super, niech się urzędasy uczą procedury. Problem jest jednak w tym, że na przestrzeni kilku lat kosztowało to naprawdę wiele pracy wielu pracowników, które w tym czasie mogłyby się zająć tymi poważnymi sprawami, a nie kimś, komu ewidentnie nie zależy na żadnej sprawiedliwości. Wreszcie po bardzo dużym zaangażowaniu pracowników wielu wydziałów w wielu sądach, udało się niejako ujednolicić praktykę stanowiącą odpowiedź na tę TAKTYKĘ. Nie wyeliminowało to tych zachowań, ale znacznie skróciło czas pracy nad tymi bezprzedmiotowymi sprawami, które nigdy nie wchodziły na etap sporu merytorycznego.

Wiele sądów ma takich swoich naczelnych pieniaczy, ludzi stosujących podobne techniki, które z wymiarem sprawiedliwości mają tyle wspólnego co nic. Sama wielokrotnie mordowałam się z podobnymi technikami, mając bolesną świadomość całkowitej
bezsensowności mojej pracy. Każdy pozew, nawet w przypadku nazwisk nam znanych, musi być jednak traktowany indywidualnie, a nie z góry skazany na tzn. "uwalenie", tylko szkoda, że inne pozwy muszą czekać w kolejce.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (394)
Historie sądowe - DORĘCZENIA cz. 2.

W ostatniej historii opisywałam przeboje z aktualnym doręczycielem sądowych - firmą Inpost. Gwoli wyjaśnienia, pomimo złej jakości świadczeń żaden sąd nie może zrezygnować z usług tej firmy, która została wszystkim tym instytucjom odgórnie narzucona. Słyszałam też bardzo ogólnikowe informacje o unieważnieniu przetargu wygranego przez tą firmę, ale sporo jeszcze czasu upłynie zanim dojdzie do jakiejś normalizacji, bo to co zostało spartaczone już się nie odstanie.

Dalsze historie z mojego sądowego podwórka:

1. Umiejscowienie punktów odbioru.
Moja osobista historia. Odebrać z takiego punktu musiałam moje świadectwo pracy z innego sądu, a po kilku miesiącach PIT. Awizo pozostawione, więc szukam mojego punktu. Pomimo iż 100m od domu mam kiosk Ruchu stanowiący punkt Inpostu, odbierałam przesyłkę w sklepie monopolowym prawie 4 km od domu. Ot zwykły osiedlowy sklepik gdzie diabeł mówi dobranoc, brak dojazdu komunikacją i brak parkingu.

Stanęłam sobie w kolejce akurat za panem menelem, który w pełni dopełnił mojego obrazu powagi sądowych przesyłek, wydzielając charakterystyczny zapaszek w trakcie powolnego procesu wyciągania butelek na wymianę. Nie wiem co złego było w pocztach, które o dziwo służyły do odbioru przesyłek. Już ta atmosfera mnie lekko zniechęciła.

Punkt jednak przeniesiono - kiosk 2,5 km od mojego domu, dojazd lepszy, ale jak się dowiedziałam w okienku pani wydająca przesyłki pracuje w bardzo konkretnych godzinach, a ta obecna się na tym nie zna. Próbowałam odebrać dwa razy mój PIT z tego miejsca, ale magicznych "godzin pracy" pani wydającej przesyłki nie poznałam.

2. Przetrzymywanie nieodebranych przesyłek.
Od chwili wysłania przesyłki do czasu jej powrotu z adnotacją "nie odebrana" powinno w teorii minąć około 3 tygodni (dwukrotne awizowanie i obrót poczty pomiędzy doręczycielem, a sądem). Tymczasem wysyłając przesyłkę w początkach stycznia zostanie ona zwrócona najwcześniej pod koniec lutego. Potrzeba więc półtora miesiąca. Tu akurat podobne wpadki zdarzały się Poczcie Polskiej, ale dość sporadycznie. Tymczasem przy Inpost takie oczekiwanie na zwrot przesyłki jest standardem. Dopiero z chwilą zwrotu takiej przesyłki można podjąć dalsze działania, które wydłużają postępowania. Przy przesyłkach odebranych, pisma stron wpływają znacznie szybciej niż sama zwrotka, co jest absurdalne, bo nie można przez to stwierdzić, czy strona dokonała czynności w terminie.

Gorsza jest jednak sytuacja na rozprawach. Wyobraźcie sobie, że stawili się świadkowie, jedna ze stron itp. a sąd odracza rozprawę ze względu na brak zwrotnego potwierdzenia odbioru od drugiej strony sporu, potwierdzającego czy mogła zostać o tym terminie powiadomiona. W sądownictwie wszyscy się zgadzają, że to kompletny absurd, marnowanie czasu ludzi, którzy specjalnie zwolnili się z pracy żeby przyjść i czekać w sądzie. Widziałam jednak wyroki uchylone i przekazane do ponownego rozpoznania z argumentacją, iż sąd w trakcie procedowania nie dysponował zwrotką potwierdzającą prawidłowe zawiadomienie strony, czyli naruszył jej uprawnienie do uczestniczenia w rozprawie (podczas gdy i tak pisma nie odebrała - kompletny absurd).

3. Pełnomocnicy - najwięksi wrogowie Inpostu.
Doręczanie całego stosu pism przez kuriera tylko raz w tygodniu, pozostawianie awiza w godzinach pracy kancelarii, mylenie kancelarii znajdujących się w różnych częściach miasta (w główce dwóch adwokatów o tym samym nazwisku) to standard. Ponadto zgłaszany problem niepozostawiania drugiego awiza, czyli w praktyce niepodjęcie drugiej próby doręczenia - to tylko kilka z typowych zachowań kurierów.

Znajoma pani mecenas ma kancelarię w małej miejscowości pod miastem wojewódzkim. Kurierzy albo ją bojkotują, albo uważają że takiej miejscowości nie ma, utrudniając działanie kancelarii. Pisma docierają tam bardzo rzadko, często widnieją jako nieodebrane podczas gdy kancelaria jest na pewno czynna. Pracownicy kancelarii są niejako zmuszeni do codziennych telefonów do sądu z zapytaniem o wydanie określonych orzeczeń i wizyt w celu osobistego odebrania niektórych odpisów - z podpisaniem zwrotki w sekretariacie.

4. Przesyłki "nieodebrane" przez:
- instytucje państwowe;
- pracowników banku z dużą siedzibą w centrum miasta;
- parafię (na adres kościoła) z adnotacją "pod tym adresem znajduje się kościół";
- firmy prowadzące pod danym adresem działalność z adnotacją "adresat nie żyje".

5. A czemu nie reklamujecie?
Reklamacja przysługuje, ale jedynie mailowo. Nie ma numerów telefonów, Jeżeli doczekałam się kiedyś jakiejś odpowiedzi, zwykle były to stwierdzenia braku podstaw do złożenia reklamacji. To prawdziwa ironia, kiedy to sąd zlewany jest w taki sposób, jak każdy szary obywatel próbujący walczyć z systemami wielkich korporacji. Ja już po prostu nie piszę reklamacji tylko wysyłam jeszcze raz, modląc się o innego kuriera odpowiedzialnego za ten rejon. Nie raz w sytuacjach kryzysowych, warto zadzwonić i zakomunikować stronie lub jej pełnomocnikowi problem lub nawet doręczyć przesyłkę w inny sposób (tak jak pisałam w poprzedniej historii zdarzyło mi się samej zawieść postanowienie, którego kurier nie mógł doręczyć od 3 miesięcy - dla wyjaśnienia komentującym nie należny to do zakresu moich obowiązków, ale decyduje zdrowy rozsądek).


Pracuję w wydziale, którego trzon stanowią krótkie postępowania podejmowane w trybie upominawczym (wydawanie nakazów zapłaty czasami nawet 600 w miesiącu), plus inne postanowienia wymagające doręczeń. Wydział ten więc miesięcznie potrafi obracać tysiącami przesyłek sądowych. Walka z nieprawidłowymi doręczeniami kosztuje mnóstwo czasu i pieniędzy, ale najgorsze jest to że takie skutki olewczego stosunku kurierów i doręczyciela do ludzi skutkują dodatkowymi opóźnieniami, nie mówiąc już o długofalowych konsekwencjach - kiedy to o roszczeniu dowiadujecie się już od komornika.

Tyle w temacie doręczeń, kolej na PIENIACZY. Wielkie pozdrowienia dla wszystkich komentujących.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 226 (330)
Historie sądowe ciąg dalszy.
Dzisiaj "DORĘCZANIE" cz. 1.

Wiem, nie brzmi zbyt piekielnie, ale skala problemu i konsekwencje piekielności nierzetelnych doręczeń w ostatnim czasie, warte są opisania na tym portalu. W 2014 roku nastało nowe
Inpost. No i się zaczęło.

Najpierw celem wyjaśnienia. Poczta sądowa, jak się zapewne domyślacie, to nie widokówka z wakacji. Z doręczeniami wiążą się daleko idące skutki, zwłaszcza w przypadku gdy adresat takiej korespondencji w rzeczywistości nie odbiera. Mówię tu przede wszystkim o doręczeniu zastępczym, charakterystycznym i dla postępowania cywilnego i dla karnego. W wielkim skrócie doręczenie takie zakłada, że osoba odpowiedzialna nie powinna unikać odpowiedzialności (karnej lub cywilnej) ignorując pisma wysyłane z instytucji państwowych i tym samym przedłużając postępowanie, narażając innych uczestników i strony na koszty, aż do przedawnienia.

Jeżeli więc doręczyciel pozostawi w odpowiednich odstępach czasu dwa awiza, umożliwiając adresatowi
faktyczne odebranie korespondencji, uznaje się, że taka przesyłka została doręczona ze wszystkimi tego konsekwencjami, łącznie z rozpoczęciem biegu terminu do składania odwołań czy ustosunkowania się do pisma zawartego w przesyłce itp.

Sami chyba rozumiecie, że są to poważne skutki, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że przesyłka wraz z całą zawartością zwracana jest do sądu. Na takiej kopercie odnotowywane są daty - pierwszego awizowania, drugiego awizowania (musi być to co najmniej ósmy dzień od pierwszego), zwrotu przesyłki do sądu (także co najmniej ósmy dzień od drugiego awizowania) - a także przyczyna niedoręczenia.
Z założenia, jeżeli ktoś stwierdził, że najwłaściwszym jest zignorowanie pism sądu, to sam jest sobie winny wszelkich wynikłych z tego konsekwencji. (celowo nie będę opisywać sytuacji, w których brak odebrania przesyłki wynika z nieaktualnego adresu, czy przyczyn losowych - bo to temat bardzo rozległy, no i zupełnie inne procedury).

Każda osoba jednak w mojej ocenie musi dostać realną szansę na odbiór takiej przesyłki, co jest zależne od zaufania do doręczyciela i informacji ujawnianych przez niego na kopercie.
Poprzedniemu doręczycielowi Poczcie Polskiej zdarzały się wpadki, w tym nawet sfałszowanie podpisu na zwrotce przez któregoś listonosza, nieprawidłowe daty awizowania, przetrzymywanie nieodebranej poczty, ale nigdy na taką skalę i w tak zastraszających ilościach jak w przypadku nowego doręczyciela.
Co tu dużo mówić, rola ta go ewidentnie przerosła.

Po tym przydługim wstępie największe wpadki DORĘCZYCIELA (reszta w osobnym poście):

1. Udawanie, że małe miejscowości nie istnieją.
Jeżeli tylko kurier uzna, że to zbyt daleko od jego trasy lub miasta wojewódzkiego, lepiej napisać na kopercie "miejscowość o wskazanej nazwie nie istnieje" - wyobraźcie sobie taki numer z np. Piasecznem. Koperta z taką notatką potrafi do nas wrócić po 2 miesiącach od wysłania, a ludzie czekają.

2. Adnotacja "adres niepełny" - w znaczeniu brak numeru mieszkania.
Rozumiem gdy jest to kilkopiętrowy blok, kamienica, ale domek jednorodzinny? Prawdziwą walkę stoczyłam o biurowce, gdzie firmy zajmują pokoje, a nie mieszkania. Przesyłkę zostawia się zazwyczaj u portiera jako osoby uprawnionej do odbioru poczty. Zazwyczaj jednak przed wejściem do budynku znajduje się lista firm i zajmowanych przez nich pomieszczeń. Łatwiej jednak takiej przesyłki wcale nie zabierać z sortowni, zakładając, że numer budynku jest niewystarczający i możliwości odszukania pokoju wykraczają poza kompetencje i możliwości kuriera.

3. "Budynek wyburzony" - z tym, że przejeżdżam obok niego codziennie w drodze do pracy. W końcu doręczyłam tam pismo sama, zajęło mi to 2 minuty.

3. Pozostawianie przesyłek sądowych wszędzie byle nie w skrzynce na listy.
Oczywiście "piekielni" pełni są tego typu opowiadań, więc tylko doświadczenia z mojego środowiska:
- pokrywa kubła na śmieci (przed kancelarią prawniczą gdzie była wtedy sekretarka);
- pismo dosłownie wyrwane z pyska podwórkowego kundelka - nie potrafię sobie wyobrazić co do tego doprowadziło i jak wyglądał po tym spotkaniu kurier.

5. Fałszowanie podpisów.
To historia, która objęła swoim zasięgiem kilka wydziałów małego sądu na południu Polski. Do sądu przesyłane były zwrotne potwierdzenia odbioru - te podpisane, wskazujące na odebranie przesyłki osobiście lub przez domownika. Miejsce na podpis zawiera małe pouczenie o konieczności podpisania się pełnym nazwiskiem, tymczasem pracownica sądu, a moja koleżanka ze studiów, w trakcie oceny poprawności doręczeń w jej sprawach zauważyła, że ktoś podpisał się tylko mało czytelną parafką. Akta odłożone na bok. Po kilku godzinach, kolejna zwrotka, co ciekawe podpisana bardzo podobną parafką. Koleżanka wszczęła mini dochodzenie, okazało się że tak podpisane zwrotki pojawiły się na co najmniej 10 innych zwrotkach - tylko w tym rzucie poczty.
Przeglądając akta spraw na biegu, a nawet zakończonych okazało się, że identyczna parafka pojawia się na kolejnych kilku zwrotkach (wcześniej najwyraźniej tego nie zauważono, bo było to na mniejszą skalę). Kurier najwyraźniej uznał, że tak zaoszczędzi trochę czasu, nie musząc jeździć do kilku adresatów. Dziwi mnie tylko to, że posłużył się niemal identycznym symbolem mającym zastąpić parafkę.
Sprawa jest obecnie wyjaśniana, a skutki fałszywych doręczeń odkręcane wszelkimi możliwymi sposobami. Nie ma to jak uczciwy doręczyciel.

6. Fałszowanie dat doręczeń i pozostawiania awizo.
Najczęściej to drugie awizo nie jest zostawiane - to ponoć standard.

7. Dlaczego w zasadzie powyższe mnie nie dziwi.
Warunki zatrudnienia, w spółce doręczyciela są mówiąc najgrzeczniej - dalekie od ideału. Powierzanie tak ważnych przesyłek osobom zatrudnianym na łatwo rozwiązywalne umowy zlecenia, za minimalne wynagrodzenie, często bez zwrotów za paliwo jest nieporozumieniem. Razi mnie brak szkolenia, albo krótki wykład, który w żadnym stopniu nie uświadamia kurierów jakie skutki może mieć nieprawidłowe doręczenie, ale co gorsze tworzenie pozorów skutecznego doręczenia. Ponadto rejony działań poszczególnych kurierów odpowiadają często rejonowi pracy 4-5 listonoszy. Nie pomaga też nieznajomość rejonu, przydzielanego osobom zatrudnianym spoza miasta. Ci uczciwi, dobrze zorganizowani, zarzynają się w tej pracy po kilku miesiącach. Rotacja jest gigantyczna, porzucenie pracy wiąże się często z porzuceniem przesyłek w lesie, czy na śmietniku.

Kolejne perełki z postępowań Spółki doręczającej oraz jej pracowników wrzucę niedługo.

sąd

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (318)
Historie sądowe... od drugiej strony.

Z szeroko pojętym wymiarem sprawiedliwości związana jestem od prawie 10 lat, czyli od początku studiów. W tym czasie przeszłam praktycznie przez wszystkie wydziały sądów, na różnych szczeblach kariery od sekretarki, przez aplikantkę, po orzecznika. Nie
jedną piekielność widziałam, czy to ze strony "petentów", czy pracowników oraz wszechobecnego "systemu".
Opowieściami mogłabym zapełnić książkę, dlatego w razie waszego pozytywnego odbioru chętnie będę zamieszczać je tematycznie, bez nazwisk i zbyt wielu szczegółów.

Na pierwszy ogień idą: POZWY O SZKODY MORALNE,
(cokolwiek miałoby to znaczyć).

Może się łudzę, ale dla mnie kwestia zadośćuczynienia wiąże się z istnieniem realnej szkody, zwykle tej związanej z ciężkimi przeżyciami i pewną psychiczną traumą. Dla odmiany odszkodowanie stanowi nieco inną kategorię roszczenia, obejmującą najczęściej wymierne koszty powstałych szkód takie jak rachunki lekarskie, specjalistyczny sprzęt medyczny itp. Nie brakuje jednak ludzi, którzy cynicznie usiłują wykorzystać aparat państwowy by zarobić, bazując na tym nieostrym określeniu. Osobiście drażni mnie nadużywanie przez ludzi zwracających się do sądu sformułowania "straty moralne", podczas gdy za tymi prawdziwymi roszczeniami stoją drastyczne skutki wypadków komunikacyjnych, błędów lekarskich, pomyłek wymiaru sprawiedliwości lub lata brutalnego znęcania się - ludzkie tragedie.

A oto pięć topowych wątpliwych spraw o szkody moralne, z którymi zetknęłam się w trakcie wykonywania mojej pracy.
Oceńcie sami stopień piekielności:

1. Pani zrobiła sobie tipsy za oszałamiającą kwotę 200 zł. Pamiętam do dzisiaj zdjęcie różowych, kilkucentymetrowych szponów z przyklejanymi perełkami, brokatem i kształtem srebrnego jednorożca. Pani się zachwycała, ale jej facet już nie. Szczęśliwa para rozstała się po dość intensywnej kłótni, której przebieg został przez panią odtworzony na potrzeby pozwu
w piśmie procesowym, gdzie pozwała właścicielkę salonu na kwotę 10.000 zł za cyt. "traumę spowodowaną rozpadem wieloletniego związku w wyniku niewłaściwie przeprowadzonej OPERACJI upiększania paznokci". Tak, Pani posłużyła się słowem OPERACJA.
Sprawa skończyła się, zanim się zaczęła - nie chciało się powódce uiścić opłaty od pozwu.

2. Podobna historia - zakup pierścionka zaręczynowego, który nie spodobał się wybrance. Niedoszła narzeczona powiedziała bardzo dobitnie "NIE" w nieco dramatycznych okolicznościach, wyrzucając pierścionek do rzeki. Wobec powyższego, odrzucony chłopak domagał się zadośćuczynienia od jubilera w kwocie równej wartości pierścionka. Podstawa - w zasadzie żadnej.
Pan wiedział, że chce zwrotu pieniędzy, ale nie bardzo wiedział jak ubrać to w słowa. Ostatecznie stwierdził, że jego cierpienie to wina ekspedientki, która mu poradziła zakup tego, a nie innego pierścionka. Tu, co ciekawe doszło do ugody pomiędzy stronami.

3. Cała seria - pozwy osób osadzonych w zakładach karnych. I to jakie, jak coś robić to z rozmachem - od 50.000 zł do nawet 1 mln złotych. Przyczyny są różnorakie (za mała powierzchnia na osadzonego, za słaba opieka zdrowotna, grzyb na ścianie, brak wegetariańskiego menu, zapach papierosów itp). Niektórzy chyba mylą pobyt w więzieniu z wakacjami. Piszą bo się nudzą, bo może uda się coś ugrać, bo może Trybunał w Strasburgu coś poradzi, bo kumplowi z celi obok coś kiedyś dali.
W rzeczywistości 90% takich pozwów jest odrzucana z przyczyn formalnych, znaczna część jest oddalana, a te zwycięskie obejmują znacznie mniejsze kwoty niż te żądane i oparte są często na nieco odrealnionym orzecznictwie sądownictwa europejskiego, gdzie każdy więzień powinien mieć swojego Xboxa w celi z widokiem na morze. Sorry, wyłazi ze mnie cynik, ale ilość tych pozwów jest zastraszająca i nic tak nie psuje humoru, jak osoba skazana za znęcanie się nad rodziną, narzekająca że jest źle traktowana.

4. Młody chłopak uzależniony od dopalaczy zatruł się kupionym w aptece preparatem na kaszel. Pewnie znacie te przypadki, gdy leki bez recepty mają wywołać odpowiedni stan odurzenia. On zażył w tym celu całe opakowanie. Po płukaniu żołądka, matka chłopaka pozwała aptekę o sprzedaż jej synkowi tego leku. Stratę wyceniła na bardzo konkretną kilkutysięczną kwotę, argumentując, że to cena nowego samochodu dla syna, który cyt. "powinien chyba coś z tego mieć".

5. Mój faworyt. Byłam przy sprawie karnej, cywilną znam tylko z opowieści. Jakieś 5 lat temu Pani zatrzymała się swoim samochodem osobowym na poboczu, by po chwili jej samochód został dosłownie zgnieciony przez masywną ciężarówkę, kierowaną przez Pana, który za kierownicą zasnął. Poszkodowana ledwo to przeżyła, prawie rok przechodziła rehabilitację, nie wsiadała już do samochodu. Słowem trauma na całe życie. Stawiała się jednak na sprawę karną, bez żadnej postawy roszczeniowej, cicha, spokojna, z gigantycznymi bliznami na twarzy. Nie domagała się surowego ukarania sprawcy.
Sprawa karna zakończyła się uznaniem jednoznacznej winy kierującego ciężarówką i karą obejmującą także zadośćuczynienie dla pokrzywdzonej.

Dwa lata później poszkodowana została pozwana przez kierowcę ciężarówki o kwotę prawie 100.000 zł za straty moralne. Pan bowiem uznał, że wypadek bardzo niekorzystnie wpłynął na jego życie - stracił pracę i prawo jazdy, zostawiła go żona, nie mówiąc już o stresującej sprawie karnej oraz niezbędnych wydatkach jakie poniósł w związku z tym zdarzeniem. Jak to sobie Pan wszystko podsumował wyszło mu więcej niż miał zapłacić pokrzywdzonej w ramach wyroku karnego. I koronny argument- "gdyby nie zatrzymała się na poboczu to bym na nią nie wpadł" i mój ulubiony cytat przekazany mi po rozprawie przez koleżankę, protokołującą rozprawę "ta Pani to chociaż sobie życie ułożyła, a ja tyle straciłem, że wolałbym być chyba na jej miejscu".

Jeśli chcecie, inną serię sądowych opowieści chętnie je opiszę.

sąd

Skomentuj (81) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1136 (1218)
Historia z dzisiejszego ranka, na rozluźnienie.
Wracam sześcioosobową kuszetką do domu wprost z Krakowa. Długa trzynastogodzinna droga całą noc. W wagonach do spania konduktor zawsze budzi pasażerów na 20 minut przed przystankiem.

Śpię sobie w najlepsze, kiedy czuję nagłe szarpanie i jakiś głos krzyczy "Proszę pani, proszę pani" Budzę się i widzę bladą twarz konduktora. Wyciągam więc korki z uszu, przez które go nie usłyszałam gdy budził cały przedział i mówię - dzień dobry.
Konduktor bez słowa oddaje mi bilet, a wychodząc mówi do siebie "Boże już myślałem, że kolejny trup w tym tygodniu".

kuszetka przeklęta

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1217 (1249)
Zainspirowana opowieściami o wszechimperialnej dominacji emerytów i rencistów, korzystających z usług służby zdrowia oraz całkowitym ich przekonaniu o tym, iż młodzi ludzie nie mają prawa chorować, przytaczam moją historię choroby z ostatniego pół roku.

Zacznę od tego, że zimą wypadł mi dysk i to tak niefortunnie, że wyrosła mi w kanale rdzeniowym wielka przepuklina, uciskająca nerw odpowiedzialny za prawą nogę, kanalizację i szeroko pojęte życie seksualne. Gdy odczuwałam już tak silny ból, że chciałam skoczyć z okna oraz wstyd, że 28-latka nie może się samodzielnie ubrać, wylądowałam na sali operacyjnej, a potem na oddziale gdzie średnia wieku wynosiła ze 100 lat. Tam było ok, podobnie jak w poczekalniach u różnego typu lekarzy (neurologa, ortopedy, neurochirurga, rehabilitanta).

Ciekawie zaczęło się na ćwiczeniach rehabilitacyjnych 3 miesiące po operacji. Cykl miesiąca ćwiczeń w grupach, na które trudno się było dostać. W życiu nie czułam się tak niekomfortowo. Pomijając już kłótnie starszych pań, rytmicznie rozszerzających nogi na macie, o przewadze Rydzyka nad Duchem Świętym, brak higieny i obleśnych starych amantów bezczelnie mi się narzucających. Za każdym razem gdy wchodziłam na salę byłam obgadywana, wyzywana od smarkul, symulantek i naciągaczek, jakikolwiek dźwięk bólu przy wykonywaniu ćwiczeń był niezwykle złośliwie komentowany, podobnie jak mój strój, pozycja jaką zajmowałam (mająca świadczyć o moim zawodzie).
Sugerowano że wkręciłam się na zajęcia, bo nie chce mi się zapisać na aerobik żeby schudnąć, bo przecież tak młoda osoba nie może być chora. Nawet widoczna na plecach blizna ich nie przekonała i najtwardsza zawodniczka uparcie twierdziła, że miałam tą słynną aborcję przez plecy, za która pójdę do piekła.

Byłam w szoku, że stado bab po 70-tce potrafi się zachowywać jak niewychowane smarkule w gimnazjum. Instruktorka to lekko zlewała, bo miała na głowie indywidualne przypadki, a ja dotrwałam dzielnie do końca i straciłam wiarę w ludzkie współczucie oraz archetyp miłej starszej pani.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 774 (832)
zarchiwizowany

#41514

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakieś dwa miesiące temu przypadał koniec terminu umowy o usługi telekomunikacyjne z Pomarańczowym operatorem sieci komórkowych.
Jako że po 12 latach stałej współpracy zaproponowali mi oszałamiające 70 gr za minutę do „prawie ” wszystkich sieci, 20 minut darmowych minut w miesiącu oraz MOŻLIWOŚĆ wykupienia opcji tańszych połączeń do trzech wybranych osób, z ulgą powiedziałam - Kiss my a**, Cytrusie.
Ponieważ mój mąż chwalił sobie operatora Fioletowego i przejął na siebie obowiązki comiesięcznej opłaty moich rachunków telefonicznych wybraliśmy się wspólnie do salonu rzeczonej firmy, znajdującego się na jednym ze stanowisk w pobliskim supermarkecie. Obsługę naszą prowadziło dwoje bardzo, z pozoru sympatycznych i obrotnych przedstawicieli. Mężczyzna, nazwijmy go Jarek przedstawił nam ofertę ociekającego promocjami abonamentu rocznego, zawierającego miedzy innymi 200 darmowych minut, darmowe połączenia do wybranej osoby, wszystko za jedynie 29 zł itp. Cud miód i orzeszki w karmelu. Musicie wiedzieć, że jestem w tych kwestiach dość skrupulatna więc bardzo uważnie wypytywałam o wszystkie warunki umowy, dodatkowe opłaty i tym podobne.
Po uważnej kontroli wpisywanych na komputerze danych do umowy zdecydowałam się na jej podpisanie jeszcze w dniu dzisiejszym. Niestety gdy przyszło co do czego wywiązał się następujący dialog pomiędzy rzeczonym Jarkiem, a jego współpracownicą Kasią:
J: O motyla noga, nie działa drukarka! O nie, i co teraz będzie? Kasiu, czy u ciebie działa drukarka ?
K: Niestety Jarku u mnie też nie działa, Państwo będą musieli przyjść jutro i podpisać umowę, dziś nie da rady.

Stwierdziłam, że zdarza się, mogę rano zajść i podpisać umowę. Następnego dnia umowa czekała, przejrzałam ją pobieżnie, bo śpieszyłam się do pracy, o ironio, w sądzie rejonowym i wszystko się zgadzało. Podpisałam wziąłem mój egzemplarz i poszłam.

Tego samego dnia, w domu jednak coś mnie tknęło i jeszcze raz zajrzałam do umowy. Rzeczywiście na pierwszy rzut oka wszystko wyglądało dokładnie tak jak na ekranie monitora z tym że niektóre punkty jak choćby - warunek o udostępnieniu danych osobowych, czy ten punkt zawierający obowiązek poinformowania o zmianie adresu zachowały tylko kilka pierwszych słów z pierwotnego brzmienia, poczym w każdym punkcie zawarty był warunek uiszczenia odpowiedniej opłaty za udostępnienie określonej taryfy. Pominę już fakt, że taryfa, którą wybrałam została zastąpiona zupełnie inną o bardzo podobnie brzmiącej nazwie, której różnice w porównaniu z wybraną przeze mnie widoczne były jedynie po szczegółowej analizie ogólnych warunków umów sieci, dostępnych tylko na necie.
W rezultacie miałam skończyć z kompletnie nieopłacalną umową na 18, a nie 12 miesięcy (od taka literówka) z abonamentem droższym o prawie 30 złotych ze wszystkimi płatnymi opcjami.
Ale, ale operatorzy fioletowej sieci nie zaznali jeszcze gniewu Fioletowego Kołnierzyka, ooooo nie zamierzałam puścić tego płazem, zwłaszcza że wyglądało to tak jakby ktoś celowo po moim wyjściu przerobił warunki umowy i wcisnął mi wydruk umowy na której postanowienia się nie godziłam.
Cała czerwona (a może fioletowa) udałam się więc do salonu. Już stałam przy boksie, już w zasięgu mojego wzroku był sympatyczny pan Jarek i uśmiechnięta pani Kasia, obsługujący jakiegoś innego łosia, kiedy to dobiegły do mnie o to te słowa:
J: O motyla noga, nie działa drukarka! I co teraz ? Kasiu, czy u ciebie działa drukarka ?
K: Niestety Jarku u mnie też nie działa, Pan będzie musiał przyjść jutro i podpisać umowę, dziś nie da rady.

Po jeździe jaką zrobiłam w centrali Fioletowej sieci wyszły na jaw inne przekręty przedsiębiorczych przedstawicieli, zostali zwolnieniu w trybie dyscyplinarnym, bo ponoć osiągali osobiste korzyści we wciskaniu klientom droższych umów. Klienci dopiero po kilku miesiącach orientowali się, że podpisali inne umowy od tych na które wskazywał pan Jarek, kiedy już nie można było nic zrobić – papier jest papier, a podpis to świętość. Wiem, że kilkoro klientów złożyło zawiadomienie do prokuratury, czekam na dalszy bieg wydarzeń.

A teraz posłuchajcie morału od prawnika dającego się nabić w butelkę jak pierwszy lepszy łoś – zawsze ale to zawsze czytajcie umowy. Dziękuję.

pracownicy fioletowej sieci

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (219)

#40100

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ta, nie tyle piekielna, co śmieszna (w każdym razie wywołująca u mnie do tej pory rumieniec wstydu) miała miejsce kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze młodą, pełną zapału aplikantką sądową. W czasie kilkutygodniowych praktyk w różnych wydziałach sądów w mojej miejscowości najczęściej posyłana byłam na rozprawy w charakterze protokolanta. Ot tania siła robocza, odciążająca panie z sekretariatu.

Na rozprawie, jak to na rozprawie świadkowie opowiadają, ja zapisuję. Zdarzenie miało miejsce w wydziale cywilnym, gdzie sędzia, może z lenistwa, może z bezgranicznego zaufania w moje możliwości zaniechał dyktowania wypowiedzi stron, w nadziei że zdążę zapisać wszystko co do joty.

Trwa więc rozprawa – konflikt pomiędzy współwłaścicielami jakiejś działki, z której jeden z nich został zwyczajnie przez drugiego wyrzucony, czynność w niektórych kręgach, zwłaszcza wśród starszego pokolenia nazywana niekiedy wyrugowaniem. Moje palce śmigają po klawiaturze z prędkością Warp 9, kiedy pada następujące zdanie pana powoda:

"No i pozwany mnie najzwyczajniej w świecie WYRUGOWAŁ. Zrobił to tak szybko, że się nawet nie zorientowałem, boli mnie to do dziś."

Do tej pory nie wiem jak to możliwe, że genialna aplikantka sądowa napisała słowo WYRUGAŁ, zamiast WYRUGOWAŁ, które to słowo komputer sądowy w sposób niezauważalny i nader dyskretny, gdyż zorientowali się dopiero w II instancji, zmienił po swojemu zastępując jedną literkę „g” w napisanym przeze mnie słowie na „ch”.
W rezultacie zdanie w protokole rozprawy, w aktach sądowych, gdzie do dziś widnieje moje nazwisko wysłanych potem do Sądu Okręgowego i Bóg wie gdzie jeszcze brzmiało:

"No i pozwany mnie najzwyczajniej w świecie WYRU*AŁ. Zrobił to tak szybko, że się nawet nie zorientowałem, boli mnie to do dziś."

Ciekawe, że zorientowali się dopiero po roku.

sąd

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 880 (958)

1