Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Gabs

Zamieszcza historie od: 9 października 2015 - 9:38
Ostatnio: 6 maja 2018 - 22:29
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 446
  • Komentarzy: 30
  • Punktów za komentarze: 84
 

#81802

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii http://piekielni.pl/81791 przypomniało mi się, jak to kiedyś pewien król szos zwyzywał ojca od ostatnich.

Ojciec był instruktorem nauki jazdy. Któregoś dnia ostatni zaplanowany na ten dzień kursant zadzwonił tuż przed godziną rozpoczęcia jazdy, że jest niedaleko, policja go zatrzymała, prosi, żeby ojciec podjechał.

Co się okazało?

Geniusz szos, który kurs robił po tym, jak mu odebrano prawo jazdy za notoryczną jazdę pod wpływem alkoholu, czy też za inne tego typu rozsądne pomysły, postanowił na jazdę przybyć samochodem. Traf chciał, że akurat przy wjeździe do miasta stał patrol z suszarką i go złapali za przekroczenie prędkości i podwójnej ciągłej. Patrol na wieść, że pan kierowca nie posiada uprawnień do prowadzenia pojazdów, spytał, czy ktoś może samochód odebrać, bo pan to już dalej nie pojedzie. Panu przyszedł do głowy mój ojciec. W swej naiwności myślał, że ojciec samochód odbierze, przestawi gdziekolwiek, a on sam już sobie do domu nim od razu wróci.

Ojciec zrobił jedyną rozsądną rzecz, jaka mu przyszła do głowy. Owszem, przejął samochód. Następnie postawił go na parkingu strzeżonym, poinformował stróża, że ten ma do niego natychmiast dzwonić, jeśli pan wróci sam z drugim zestawem kluczy przed umówioną na odbiór godziną dnia następnego. Panu pożal się boże kierowcy oczywiście straszliwie nie spodobała się ta opcja, bo niniejszym został pozbawiony łatwego powrotu do domu (mieszkał w sąsiednim mieście). Zostało mu wskazane, że ma jeszcze mnóstwo czasu do odjazdu ostatniego pociągu. Nawet pana odwiózł na dworzec.

Na drugi dzień typ wrócił ciężko obrażony z żoną posiadającą prawo jazdy. Auto zostało wydane, pan w swym obrażeniu zmienił instruktora, bo z ojcem "nie można się po ludzku dogadać".

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (164)

#81487

(PW) ·
| Do ulubionych
Z perspektywy czasu dziwię się, że nie osiwiałam przy załatwianiu wielu spraw związanych z problemami, które zwaliły mi się na głowę. Pewnie dlatego, że mając do wyboru to, czy śmiać się, czy płakać, wolę jednak śmiać się. Poniżej całkowicie prawdziwa opowieść o tym, co może człowieka spotkać w poważnym banku w mieście wojewódzkim.

Po śmierci ojca skorzystałam z nowowprowadzonego przepisu umożliwiającego zlokalizowanie kont bankowych posiadanych przez osobę zmarłą i złożyłam wniosek o poszukiwanie. Ot na wszelki wypadek. Po kilku dniach dostałam od siostry telefon, że przyszła odpowiedź i ona mi tę odpowiedź właśnie wysłała mailem. Obejrzałam sobie załącznik, zdumiałam się i od razu po pracy poszłam do placówki.
Nie spodziewałam się, że ktoś mi udzieli szczegółowej odpowiedzi, bo akurat z wymaganych dokumentów miałam swój dowód i ojca skasowany dowód. Akt zgonu i akt potwierdzenia dziedziczenia były w domu, no ale spytać zawsze można. Najwyżej usłyszę, że dowiem się wszystkiego, gdy przyjdę ze stosownymi papierami.

Mogłam sobie darować.

Pracownica banku, młodziutka dziewczyna, na wieść, że mój zmarły ojciec był ich klientem zażądała naszych dowodów osobistych. Dostała. Mój zignorowała, za to zażądała aktualnego dowodu osobistego ojca, bo ten, który jej dałam jest uszkodzony. Wytłumaczyłam, że nie jest uszkodzony, jest skasowany, ojciec nie żyje, takie rzeczy robi się z dowodem osoby zmarłej. Pełna wątpliwości zdecydowała się wprowadzić dane ojca do systemu. Coś tam sobie poklikała, wysnuła wnioski i się nimi ze mną radośnie podzieliła. Nie upewniając się wcale, że ma w ogóle prawo ze mną na ten temat rozmawiać.

Otóż mój ojciec nie miał u nich kredytu (ufff), ale miał razem ze współwłaścicielem konta lokatę bankową i przysługuje mi wypłata tej kwoty. Tak, tylko mi. Ona tylko sprawdzi, czy kwota jest w kasie i ją wypłaci. Hę? Zastopowałam panią, bo nie miałam ochoty potem zostać posądzona o wyłudzenie, albo inne różne atrakcje. Jeśli mi przysługuje jakakolwiek wypłata środków to ja to chcę zrobić w oparciu o wszystkie wymagane dokumenty, w pełni legalnie i bez wywoływania u kogokolwiek cienia wątpliwości. Poprosiłam o informację, kto jest tym współwłaścicielem. Otóż moja babcia.

Kolejny problem w tamtym momencie polegał na tym, że babcia jest chora na Alzheimera, wówczas postępowanie o ubezwłasnowolnienie jeszcze trwało, w jego wyniku miałam zostać babci opiekunem prawnym. A to, że babcia jest współwłaścicielem konta oznaczało również to, że to są pieniądze wyłącznie babci, mnie nic do nich. Postanowiłam zaczekać do zakończenia postępowania i sprawę załatwić legalnie. Legalnie wyjąć te środku i wpłacić na babci konto w banku wybranym przeze mnie. Mimo tego, że siedząca przede mną panienka, miszczyni bankowości, nadal upierała się, że ona mi te pieniądze wypłaci zaraz już. Drobiazgiem było to, że używała słów pełnomocnik i współwłaściciel zamiennie. Łącznie z uznaniem, że pełnomocnictwo się dziedziczy. Prawie uciekłam.

Gdy kilka miesięcy później miałam już wszystkie ważne dokumenty, zapakowałam wszystko do jednej teczki i poszłam uporządkować sprawę. Przewidująco do innej placówki, pełna nadziei, że tam spotkam kogoś mądrzejszego. O święta naiwności.

Elegancki młody człowiek zaprosił mnie do biureczka i spytał, w czym może mi pomóc.
- Mój zmarły ojciec był współwłaścicielem konta z moją babcią, której ja jestem opiekunem prawnym. Są to pieniądze wyłącznie babci i chcę się dowiedzieć, na jakich zasadach mogę mieć do nich dostęp – w trakcie wypowiadania tych słów na biurku wylądował mój dowód, ojca dowód, akt potwierdzenia dziedziczenia po ojcu (!) , babci dowód, prawomocne postanowienie sądu o ustanowieniu mnie opiekunem prawnym babci.
Po wstępnej lekturze elegancki młody człowiek zawołał kolegę i uciekł. Zapowiadało się ciekawie.
Kolega przeczytał wszystko, co było do przeczytania, poklikał w systemie, pomyślał i wymyślił, że on może jedynie wprowadzić do systemu fakt, ze ojciec nie żyje, ale nic więcej nie może zrobić.

- Bo? – wyrwało mi się w osłupieniu.
- Bo ja muszę potwierdzić im, że ja mogę dziedziczyć po ojcu. Takie potwierdzenie sporządza sąd wydając postanowienie o nabycie spadku.
- NOTARIALNY AKT POTWIERDZENIA DZIEDZICZENIA MA TĘ SAMĄ WAGĘ, CO POSTANOWIENIE SĄDU. Ma go pan przed sobą.
- Aha.
Klika. Klika. Myśli. Zapowiedział, że będzie to musiał zeskanować i wysłać do prawników. Proszę bardzo, niech skanuje.
Następnie przeszedł do lektury postanowienia sądu o ustanowieniu mnie opiekunem prawnym babci. Lektura natchnęła go do wniosku, że to jest za mało, bo żeby wypłacić te pieniądze, bo ja albo muszę przyjść z babcią (z tą ubezwłasnowolnioną babcią???), albo iść do notariusza i notariusz mi szczegółowo rozpisze, do czego mnie to postanowienie upoważnia.
No nie.

Gdy już udało mi się wbić panu do głowy, że póki co to nie ma instytucji wyższej niż sąd i skoro sąd coś postanowił to tak ma być. Skoro sąd postanowił, że jestem opiekunem mojej babci to ma przed sobą wszystko, czego mu trzeba. SKANOWAĆ! Zeskanował w końcu wszystko, przeżył, wrócił do biurka, zaczął czytać od nowa. Wyczytał z aktu potwierdzenia dziedziczenia po ojcu, że po nim dziedziczą łącznie trzy osoby i my właśnie mamy problem, bo do wypłaty środków muszą się stawić te osoby osobiście. Nie mamy problemu. Dziedziczy moja siostra, która przyjdzie osobiście, żaden kłopot. Dziedziczy również moja matka, która ze względu na stan zdrowia się nie stawi, ale na tę okoliczność to ja mam pełnomocnictwo notarialne, zgodnie z którym mogę matkę reprezentować przed bankami. Proszę sobie zeskanować i wysłać do prawników.

Od połowy tej dyskusji to ja się zaczęłam nawet świetnie bawić. Biedny chłop, któremu pracodawca nie zapewnił porządnego szkolenia, męczył się zarzucony przeze mnie papierami, skanował, klikał wprowadzał i prosił uprzejmie o jeszcze chwilę cierpliwości. Zeskanowawszy wyraził nadzieję, że wszystko uda się załatwić pomyślnie. Zdaje się, że go nie poparłam w nadziei, bo powiedziałam, że jak się pomylił to będzie skanował ponownie.

Musiałam nieźle zapaść w pamięć, bo gdy dwa miesiące po ostatecznym i pozytywnym załatwieniu sprawy spotkał mnie na ulicy, pierwszy powiedział „dzień dobry”.
Mam nadzieję, że nie miał koszmarów.

banki usługi bankowość

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (172)

#81486

(PW) ·
| Do ulubionych
Plombabomba dodała historię (http://piekielni.pl/81476), bo jej się skojarzyło z cudzą. Teraz mnie się skojarzyło z historią plombybomby.

Po śmierci ojca polazłam do banku zamykać jego kartę kredytową. Zabrałam ze sobą mój dowód, jego skasowany dowód, jego akt zgonu i akt potwierdzenia dziedziczenia. Zabrałam również ostatni wyciąg z karty, gdzie jak byk stało "składka za ubezpieczenie od zgonu".

W placówce nr 1 wyłożyłam wszystkie dokumenty na stół i usłyszałam, że trzeba spłacić. Dlaczego? Pani nie widzi w systemie firmy, która ubezpiecza ojca kartę. To jest jakaś bardzo stara umowa, przejęta jeszcze razem z przejmowaniem innego banku. Ona mi tego nie znajdzie, mam spłacić. No raczej nie. Jedyne, co mi się udało na pani wymóc to wprowadzenie do systemu ojca aktu zgonu. Poszłam do innej placówki.

W drugiej placówce okazało się, że pani w pierwszej nie wprowadziła tego aktu zgonu, ale nic to. Wprowadzi się drugi raz. Pracownica banku zeskanowała wszystkie dokumenty, obejrzała sobie wyciąg z karty, zgodziła się ze mną, że karta była ubezpieczona i ubezpieczyciel powinien ją spłacić. Ona się musi dowiedzieć, kto ubezpiecza, bo to jest stara karta i bogowie wiedzą, co z tym zrobić. Zadzwoniła na infolinię.

Po czym przez kolejne półtorej godziny obie mało nie osiwiałyśmy.

Każdy kolejny człowiek pod kolejnym numerem, na który ją odsyłano sprawdzał diabli wiedzą co i informował, że skoro to jest stara karta, oni nie widzą żadnych aktywnych danych, w związku z czym ja mam spłacić zadłużenie. Każdemu kolejnemu człowiekowi powtarzałyśmy, że skoro z wyciągu wynika, że pobierana była składka to znaczy, że KTOŚ to u licha ubezpieczał, więc może by tak ustalić kto. Gdzieś te składki trafiały. Jeden geniusz to już w ogóle wymyślił, że ja mam to najpierw spłacić, a potem ewentualnie dochodzić od nich zwrotu. Poprosiłam, by panu przekazać, że jeśli ktoś będzie tu zaraz czegoś dochodził to oni w sądzie spłaty ode mnie, bo ja nie zamierzam przelewać im złotówki, dopóki mi nie udowodnią, że muszę.

W końcu od jednej przytomnej osoby uzyskałyśmy maila, na który mam wysłać wniosek oraz linka do tegoż wniosku.

Półtorej godziny dzwonienia, rwania włosów z głowy i powtarzania w kółko tego samego. Udało się tylko dlatego, że dziewczyna się uparła oraz że ja nie dałam się przegadać.

Jak sobie radzą ludzie, którzy wierzą silnie w to, co mówi "pani w okienku"? Przecież skoro pani jedna z drugą pracują w poważnej instytucji czy firmie to na pewno wiedzą, co mówią.

bank

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (150)

1