Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Iksowate

Zamieszcza historie od: 28 maja 2017 - 10:34
Ostatnio: 20 kwietnia 2018 - 3:43
  • Historii na głównej: 15 z 26
  • Punktów za historie: 1727
  • Komentarzy: 77
  • Punktów za komentarze: 23
 
zarchiwizowany

#82002

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem recepcjonistką w pewnym bardzo ciekawym miejscu (przybytku pewnego rodzaju rozpusty;p). Klientów mamy różnych, od obrzydliwie bogatych 'vipów' ('jestem John Smith! TEN John Smith. jak to mnie nie znasz?'), poprzez jednorazowych turystów i gówniarzerię rzucającą we mnie dokumentami (wtedy stosuję mój ulubiony strajk włoski;p) na różnych lumpach i niepiśmiennych cyganach kończąc. Mamy też szatnię z 'numerkami'. Jest to jedyne miejsce bez monitoringu. Goście często zostawiają w kurtkach portfele, telefonu itd., a my jako recepcjonistki za to odpowiadamy. Dlatego też NIGDY nikogo tam nie wpuszczamy.
Aktualnie po lokalu kręci się wielu robotników, bo nie wszystko jest jeszcze tak jak trzeba. Rano są też ale są też ekipy sprzątające. Ah. I mamy też ochronę 'wynajętą' z innej firmy. Generalnie kojarzę chłopaków, bo jest ich może i co ważne są ubrani lepiej niż niejeden klient (zdarza mi się notorycznie mylić ich z gośćmi;) ).
Historia właściwa.
Siedzę około 7 rano przy biurku półprzytomna, wpuszczam panie i panów sprzątających, trochę czytam wszak ludzi o tej porze nie ma wcale. Generalnie luz blues tylko spać się chce. W sumie to jedynym człowiekiem, którego widziałam na recepcji był pan, który drabine dla techników zostawił, z braku lepszego miejsca, w szatni. Co ważne weszłam tam z nim i znalazłam na wieszaku garnitur, zdziwiło mnie to, ale goście zostawiają różne rzeczy, np chleb.
Jakiś czas później wszedł głównym wejściem ON. Pierwszy raz na oczy widzę. Taki gruby, szpakowayy facet w dresie. Na wejściu rzucił tylko 'ja do pracy'. Spoko, muszę powiadomić nadzór, że sprzątacz przyszedł. Zanim zdążyłam zadzwonić koleś wpakował mi się do szatni. Na moje protesty stwierdził, że jest z ochrony i że w naszej szatni trzyma swoje rzeczy, bo nie ma gdzie*. I że inne panie wczoraj mu pozwoliły**, a on z każdą jedną nie będzie negocjował (tak mi powiedział!). Sprawa zakończyła się u kierownika, który faktycznie potwierdził, że koleś jest ochroniarzem, ale kategoryczni8e zabronił mu wchodzić samemu do szatni, no i nakazał dawać panu numerek. Dodatkowo wysłał go do wyżej wspomnianego nadzoru w celu zapoznania się z procedurami obowiązującymi w naszej firmie***.
No i w sumie ok. Gość sobie trochę pomarudził o dzieciakach, które myślą, że są niewiadomo kim (chociaż trafił - z powodu mojego, podobno, młodego wyglądu zyskałam właśnie taką ksywke a pracy), ale usiadł vi w drogę mi nie wchodził. Do czasu aż przyszedł chłopak, który miał kłaść tapetę. Ochroniarz miał wreszcie komu się wyżalić! Słyszałam jak mówi, że ja taka ostra, taka zasadnicza i inne twgo typu rzeczy. Wkręcił biedaka tak, że ten z autentycznym przerażeniem w oczach pytał mnie o pozwolenie na wniesienie narzędzi czy skorzystanie z toalety...

Kurde mole. Obiekt faktycznie poważny i mocno restrykcyjny, dla niektórych Kowalskich pewnie nieco luksusowy (a przynajmniej taki się wydaje), ale bez przesady.
A co do samego ochroniarza... kamery są przy wejściu do szatni, ale w środku już nie. Recepcjonistki często tam bywają ze względu na pracę. Normalna rzecz. A teraz sytuacja taka: komuś ginie coś z kurtki. Kto mi udowodni, że nie ja 'przytuliłam' taki portfel na przykład?

*chłopaki poza częścią typowo dla personelu obiektu mają wydzielone pomieszczenie, gdzie mogą się przebrać, trzymać rzeczy typu woda itp.

** żadna z koleżanek nie potwierdziła, a pytałam tych, które były dzień wcześniej na zmianie. A kierowniczka mnie pochwaliła nawet.

*** korzystamy z usług firmy zewnętrznej. Czasem się zdarza, że klienci przychodzą i żartują, że takie miejsce a mamy ochronę z Tesco. Tak więc pracują oni w różnych miejscach i nie każdy z nich widzi różnicę między knajpą, a obiektem, w którym wszystko ma ściśle określone reguły. Ja mam nawet wytyczne co do koloru szminki i paznokci ;).

Przybytek rozpusty.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (35)
zarchiwizowany

#81857

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mamy święta, tak się przypadkiem złożyło, że muszę zabrać dokumenty potrzebne do pracy - inaczej zamiast w domu rodzinnym spędziłabym je jak kazdy inny weekend, gdyż nie jestem osobą wierzącą. Wczoraj minęłam się, na szczęście, w drzwiach z X, koleżanką mojej pierworodnej 'siostry' piekielnej Anki. Przypomniało mi się to i owo. X i Anka prezentują podobny poziom intelektualny: 12-latki uwięzione w ciałach po 30. Gorzej, że X zdążyła się podwójnie rozmnożyć. Matką nie jestem i nie planuję być (chyba, że kocią;p), doświadczenia dużego z dziećmi nie Mam, ale pewne rzeczy nie mieszczą mi się w glowie, chociaż wiele z nich X pokazała przy poprzednim dziecku.
Ktoregoś pięknego dnia X z rodzinka (dwoje dzieci i pies) postanowiła złożyć Ance wizytę. Już pominę jazgot stworzenia psopodobnego, który przeraził mojego kota i zdenerwował i tak już agresywnego psa Anki(przysiegam, że niewiele brakowało a York zostałby polkniety:p), nie będę narzekać na 8latke meczącą zwierzaki, latająca bez nadzoru po mieszkaniu i kontrolującą zamknięte pokoje, żeby ewentualnie przeszkodzić mi w pizzowaniu i piwkowaniu przy serialu... A właśnie. Piwkowaniu. Wypiłam 2,5 piwa (No sorki lubię dobre piwo!), więc pijana nie byłam, ale trzeźwa też nie. 

Z braku lepszego pomyslu wzięłam dzieciaka (oczywiście X później Powiedziałam, że nie życzę sobie takiego zachowania że strony jej dziecka, bo sorry ale moimi gośćmi nie są, a jej córka do grzecznych nie należy) zaprowadziłam młodą do reszty towarzystwa. A tam... mimo moich protestów (byłam nietrzeźwa) zostalo mi posadzone na kolanach niemowlę! Nikt dziecka przejąć ode mnie nie chciał dopóki nie zglodniało. Co zrobiła X? Wyszła do łazienki? Gdziekolwiek? Nie! NA oczach mojego zażenowanego ojczyma postanowiła wywalić cyca... A małą przewinęła na kocu narzuconym na kanapę i stanowczo odmówiła mi, kiedy zaproponowałam ręcznik.

Nie wiem czy ktoś jej coś powiedział później na ten temat, bo nie wytrzymałam i poszłam na dłuuuugi spacer.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (25)

#81794

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy piekielne, bo wszystko niby cacy i zgodnie z prawem, ale...

Jestem szczęśliwa bezrobotną, kilka dni temu rzuciłam pracę. Dlaczego?

Miałam pracować na 'stanowisku biurowym w wydawnictwie'. Co prawda zlecenie, ale ładna podstawa, no i, oczywiście prowizje. Nic tylko brać. Na rozmowie kwalifikacyjnej miła pani opowiedziała, że dostanę temat artykułu branżowego i moim zadaniem jest znalezienie firm działających w danym obszarze i sprzedanie powierzchni reklamowej w gazecie. Takie trochę call Center, ale, wydawało mi się, fajniejsze. Można spróbować.

Na szkoleniu dowiedziałam się, że mam mówić przez telefon, iż jedna emisja reklamy kosztuje xxx zł, klient może się zawsze wycofać, a płatność należy uregulować dopiero po ukazaniu się gazety. Bardziej szczegółowych informacji mam udzielać tylko na prośbę klienta. Ach. I w ogóle to nie muszę też czytać regulaminów czy wzoru umowy, którą ma podpisać klient, bo to leży w jego interesie (swoją drogą nie wiedziałabym nawet jak odpowiadać na pytania takiego klienta). Wszystkie dokumenty przesyłane były wcześniej mailem, więc można było się z nimi zapoznać wcześniej.
Pierwsze 2 dni pracy minęły mi w świetnej atmosferze, bez cienia wątpliwości, że pracuje w uczciwej firmie. Przecież ja sprzedaję reklamy na fajnych, klient inwestuje i później czerpie zyski. Świetnie prawda?

Trzeciego dnia zadzwoniłam do pewnego Pana, który wypytywał o szczegóły i wydawał się szczerze zainteresowany. Ja odpowiadałam na pytania tak, jak uczyli na szkoleniu. Cud miód i orzeszki. Aż tu nagle Pan zaczął mówić, że jesteśmy oszustami, że wpędziliśmy jego kolegów w długi i że nie udzielamy wszystkich informacji, a ludzie nie wiedzą co podpisują. Gratulował mi też braku sumienia.

Coś mnie ruszyło i zaczęłam sprawdzać. Okazało się, że regulamin jest niejasny (myślę, że taki przeciętny, prosty przedsiębiorca by go nie zrozumiał), wzór umowy nieczytelny: musiałam go powiększać kilka razy na komputerze, żeby cokolwiek przeczytać. Ale przeczytałam Wszystko, czego miałam nie mówić potencjalnym klientom.

- umowa obejmuje emisję na 2 lata, klient więc kwotę xxx musi wpłacać co miesiąc;
- owszem klient może się wycofać w każdej chwili, ale wtedy płaci ponad 10-krotność xxx. Generalnie bardziej się opłaca zostać;
- jeśli natomiast klient zachowa jakiś tam okres wypowiedzenia, to i tak płaci lwi procent wartości umowy.
- kwota xxx to cena netto.

Oczywiście, klient ma wszystko w umowie i w jego interesie jest przeczytanie jej, ale sprzedawcy (pracownicy call center) nie mogą mówić o tych kruczkach, a co za tym idzie muszą celowo wprowadzać ludzi w błąd. Umowa to obejmuje, więc działania te są (chyba) legalne, ale jak już mówiłam, regulamin jest mocno enigmatyczny, a umowa napisana tyciusieńką czcionka i ogólnie nieczytelna.

Po wieczorze dumania nad piwkiem i innymi trunkami (z koleżanką z Piekielnych zresztą;p) stwierdziłam, że moje sumienie jednak takie mocne nie jest i następnego dnia złożyłam wypowiedzenie.

Nauczyłam się przynajmniej, że jeśli coś wygląda pięknie jak np. hajs za siedzenie na d... I picie kawki to coś musi być nie halo. Jutro zacznę 2tygodniowe bezpłatne szkolenie na ciekawe i wcale niełatwe stanowisko za tę samą pensję, więc w sumie cieszę się, że uciekłam z tamtej firmy.

Call center

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (106)
zarchiwizowany
Historia bedzie o mojej eks dziewczynie X (lat 26) i jej przyjaciółce Y (27).
X poznałam w bardzo kiepskim momencie życia - to ona mnie 'naprostowała' na w miare ambitnego czlowieka. Dlatego po rozstaniu starałam się żyć z nią w zgodzie z widokami na tzw. Przyjaźń. Jednakże kiedyś przeszła samą siebie.
Zdarzyło mi się wyjechać do pracy za granicę, gdzie nie miałam Internetu, więc nie mogłam zweryfikować otrzymanych informacji (Jestem pewna, że byłaby wzmianka w mediach lokalnych)
Pewnego ranka obudził mnie telefon od Y: X miała wypadek - jest źle.
Popołudniu kolejna wiadomość: X nie żyje.
Pamiętam, że nie mogłam uwierzyć i próbowałam bezskutecznie dodzwonić się do eks dziewczyny. Załamałam się, odezwały się stare problemy z sercem... ogólnie rzecz biorąc miałam wszystkie te dziwne fajerwerki towarzyszące czarnej rozpaczy.

W środku nocy dostałam smsa zza światów od X. Chciala sprawdzić czy naprawdę ją kocham.
Najbardziej piekielny jest fakt, że taki numer zrobiły mi dorosłe kobiety - przypomnę: 26 i 27 lat.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (41)
zarchiwizowany

#81744

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w czymś w rodzaju malego call center. Do zadań moich i koleżanek poza telefonami do potencjalnych klientów należy załatwianie spraw kurierskich. Kilka dni temu zaginęła przesyłka zwrotna z dokumentami. Okazało się, że kurier z Ukrainy nie potrafi wypełnić listu przewozowego. Przed chwilą byłam nausznym świadkiem jak dziewczyna obok próbowała mu wyjaśnić co i jak ma zrobić. BA! Tłumaczyła mu czym jest kod kreskowy... Pan był mocno odporny na tłumaczenia i chyba poczuł się urażony,Bo się rozłączył i kolejnych telefonów nie odbierał.
Także pozdrawiam trzyliterową firmę kurierską zatrudniającą wyjątkowo niekomepetentnych pracowników.

Kurierzy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (27)
zarchiwizowany

#81743

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sprzed kilku godzin. I w sobie widzę trochę piekielności po czasie - może powinnam zrobić jakąś tam aferę, tyle się teraz słyszy o pedofilii, choć nie sądzę, żeby pan, o którym będzie mowa w ogóle widział również wspomniane niżej dzieci. Niemniej jednak był obrzydliwy.

W ramach uczczenia nowej pracy postanowiłam iść do kina w galerii, W której jeszcze nie byłam. Z mapy wyczytałam,że kino jest na drugim piętrze. Więc idę. Na drugim pusto - tylk wyjście na parking. Przy okazji zauważyłam gościa walącego konia. Nie zwróciłam wiekszej uwagi, bo 1. To częsty widok w mieście 2.bylam bardzo zmęczona po pracy - poszłam dalej w kierunku wcześniej wspomnianych schodów, które jak się okazało prowadziły na kolejny poziom parkingu. Na górze zostałam grupkę może dziesięcioletnich dzieci ubiegających w tę i wewte. Olałabym to, bo żaden ze mnie strażnik Teksasu, ale kiedy zjeżdżała po schodach zostałam potrącona tak mocno, że prawie stracilam równowagę (a ważę ciut duzo), no i dostałam 'przypadkowego' kuksańca.
Po drodze do recepcji (nadal szukałam kina:p) zaczepiłam przy okazji spacerującego po galerii ochroniarza. Powiedziałam mu o sprawiajacych zagrożenie dzieciach i gościu na ławce. Odpowiedź mnie zabiła. Zapytał się mnie co to to obchodzi...

Galeria handlowa

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -13 (15)

#81562

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno za namową Bardzo Ważnej Osoby, oficjalnie zdiagnozowałam i zaczęłam leczyć silną depresję, która wraz z innymi zaburzeniami towarzyszyła mi od wielu lat. Gorzej, że przed początkiem leczenia zdążyłam zniszczyć relację z Bardzo Ważną Osobą - obawiam się, że tym razem odeszła na dobre. Generalnie mam teraz ciężki czas i spędziłam bite 3 dni w łóżku, byłby czwarty, ale niestety albo stety mam do załatwienia parę spraw.

Piekielnością wykazała się dziś moja matka. Jakoś tak wyszło, że dowiedziała się o mojej jutrzejszej wizycie u lekarza. Komentarz? 'Zawsze byłaś dziwna i chyba nie masz na co wydawać pieniędzy'.

Noż kurde. Ja nie oczekuję, że wszyscy będą mnie traktować jak jajko (czasem wiadro zimnej wody pomaga bardziej niż głaskanie po główce), ale własną matka mogłaby mnie chociaż trochę wesprzeć. Albo przynajmniej zamilknąć. Zwłaszcza, że przez ostatnie 10 lat prawdopodobnie wysyłałam setki sygnałów, że coś jest nie tak.

Wisienką na torcie jest fakt, że rok temu - jeszcze przed falą bardzo złych wydarzeń - na moją prośbę o pożyczkę na wizytę u psychologa stwierdziła, że wymyślam. Była wtedy w świetniej sytuacji finansowej.

Ps: Matka jest pielęgniarką z 40-letnim doświadczeniem. Wydawało mi się, że zrozumie w czym rzecz zamiast traktować to jako kolejną fanaberię (jak na ironię skłonność do takowych powiązana jest z jednym z moich zaburzeń:p).

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (152)

#81459

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja rozumiem wszystko, no ale bez przesady.

Mam kota Gingera, rudego dachowca o podobno nieprzeciętnej urodzie. Byłam kilka dni temu u weta, musiałam skorzystać z transportu wiejsko-miejskiego - czyli rozlatującego się busa, w którym pasażerowie siedzą jeden na drugim. Mój transporter jest tak naprawdę torbą na zwierzaka, zamykaną z dwóch stron na zamek błyskawiczny.

W busie usiadłam bokiem na pojedynczym siedzeniu (tak było wygodniej z moim bagażem), transporter położyłam na kolana w taki sposób, że kot był widoczny przez "okienko". Mój nieprzyzwyczajony do podróży kocur trochę sobie pokrzykiwał, czym wywołał zainteresowanie współpasażerów, w tym siedzącego po drugiej stronie chłopca, który zaczął wypytywać mnie o zwierza. Trochę rozproszył moją uwagę i nie zauważyłam zachowania wymalowanej Karyny, która również bokiem siedziała przede mną. Zaalarmował mnie dopiero głośny syk Gingera.

Co się stało? Babsko otworzyło torbę i wepchnęło do środka łapę. Chciała "tylko pogłaskać, bo śliczny". Miała szczęście, że mój rudy do agresywnych nie należy, bo przysięgam, że jego poprzednik by ją pogryzł albo podrapał. Szkoda tylko, że moje już wcześniej zestresowane kotko nie wytrzymało i zrobiło kupę pod siebie. Śmierdziało niesamowicie przez resztę drogi. Mam nadzieję, że Karyna była zadowolona. Gorzej z nami - bo trzeba było tak pójść do weta i jeszcze do domu wrócić. Na szczęście kierowca w drodze powrotnej nas nie wyrzucił. W domu oczywiście kąpiel obowiązkowa - kolejny stres dla Rudego.

Ludzie, nie dotykajcie obcych zwierząt w podróży, nieważne jak ładne by nie były. Transporter nie jest naturalnym środowiskiem zwierzęcia, taki delikwent się stresuje i naprawdę nigdy nie wiadomo, jak zareaguje - mój kot jest bardzo otwarty, nie było problemów z jazdą w aucie, nie spodziewałam się tego cuchnącego "dramatu".

busy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (140)
zarchiwizowany

#81241

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia na głównej o tym,jak pani z poczty nie mogła uwierzyć w metrykę z dowodu.
Tutaj ja byłam zdecydowanie piekielna i nie żałuję :)

Ja mam dosyć podobny 'problem' co autorka tamtego tekstu - w najlepszym wypadku wyglądam jakbym się urwała z później podstawówki, oczywiście biorąc pod uwagę nową formę szkolnictwa;p.
Chwilowo pracuje też w branży 'zdominowanej' przez kobiety w wieku 50+, ja sama za kilka miesięcy skończę 21 lat.

Na początku tygodnia jechałam na nowy kontrakt i, co jest normą w moim przypadku, wzbudziłam małą sensacje spośród pań w firmowym busie. Jedna spośród współpasażerek, wyjątkowo wiekowa, zareagowała w dosyć ciekawy sposób:
- 21 lat?! Gdzie ojciec z matką?! Ja bym ma ich miejscu nigdy córki w tym wieku za granicę nie puściła! Na studia a nie do roboty!

W odpowiedzi niewiele myśląc stwierdziłam, że na miejscu jej dzieci wybierałabym już trumnę dla matki.

Wiem, chamskie i postackie, ale dla nikt nie wyjeżdża do pracy za granicą dla przyjemności. I ja rozumiem, że kobita starsza, prosta i tak dalej. No ale sorry.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (25)

#81173

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem opiekunką osoby starszej w Niemczech. Pracuję za pośrednictwem dobrze rozreklamowanej agencji (swoją drogą tak słaba, że prawdopodobnie się pożegnamy, zwłaszcza po poziomie profesjonalizmu zaprezentowanym przez koordynatorów).

Zarys okoliczności: ponad miesiąc temu ustaliłam z opiekunką kontraktu, nazwijmy ją X, że po aktualnym 6-tygodniowym zleceniu, jadę bezpośrednio na kolejne, nieco krótsze. Taki był roboczy plan, w międzyczasie X miała dowiedzieć się, czy na miejscu jest Internet czy może powinnam zaopatrzyć się we własną kartę prepaid (no wiecie mam 20 lat, jestem za granicą całkiem sama, potrzebuję kontaktu ze światem, żeby nie oszaleć).

Minął miesiąc, zaczął się powoli mój piąty tydzień pracy, więc wypadałoby czegoś konkretnego dowiedzieć. X miała zadzwonić po Nowym Roku. Okej. Czekam. Cały tydzień cisza. Dzwonię w piątek 5 stycznia, pani nie odbiera. No nic - myślę - może urlop. Poniedziałek to samo, wtorek podobnie. W środę zdecydowałam się zadzwonić do biura, bo za tydzień miałam wyjeżdżać i nie wiedziałam czy do domu czy na kontrakt. W biurze nic nie wiedzą.

Dziś (czwartek) dzwonię z trzech różnych numerów do X (mam dwa swoje, a trzeci to domowy podopiecznej). Nic. Null. Więc próba do biura. (Nie)miła pani w biurze, chyba zła, że znowu jej truję d..., zwyczajnie mnie zbywa stwierdzeniem, że wyślę wiadomość do X. Na moje pytanie czy koordynatorka na pewno jest osiągalna, czy może jest na urlopie albo innym zwolnieniu, usłyszałam, że oni takich informacji nie udzielają. No i okej. Próbuję dalej z marnym skutkiem dodzwonić się do mojej X.
Ostatecznie zadzwoniłam do rejonowego biura w moim mieście, gdzie naprawdę uprzejma pani powiedziała, że postara mi się pomóc. Pół godziny później. Magia! Dzwoni X z prawie wszystkimi wiadomościami.

Dlaczego tyle to trwało?
- Ja nie oddzwaniałam, bo nie miałam, żadnych nowych informacji.

Aha. Czyli ja siedzę i się martwię, że firma się wypięła, że nie wiem czy i jak pojadę do domu, a jej się po prostu nie chce odebrać telefonu, żeby zwyczajnie mi przekazać, że jeszcze nic nie wie. Świetnie.

Polskie agencje pracy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (170)