Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Iksowate

Zamieszcza historie od: 28 maja 2017 - 10:34
Ostatnio: 17 sierpnia 2017 - 0:24
  • Historii na głównej: 1 z 2
  • Punktów za historie: 188
  • Komentarzy: 5
  • Punktów za komentarze: 8
 
zarchiwizowany

#79650

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Staram się w miarę regularnie oddawać krew. W miarę, bo moje wiecznie zapadniete żyły nie pomagają, acz ulubiona pielęgniarka robi często magię i się udaje;). Przeważnie zgłaszam się do mobilnego punktu, ale parę razy zdarzyło mi się zgłosić do centrum krwiodawstwa w Kłodzku (celowo podaje bo wybitnie nie polecam). Historie może błahe, ale dla mnie piekielne, bo mam problem z iglami i taka wizyta jest zawsze stresująca. O pielęgniarkach będzie. Zawód zdaje się wymaga empatii, zwłaszcza jak patrzę na moją kochana matule, w tym roku emertyowana pigule. Noz anioł a nie człowiek, przynajmniej zawodowo;p.
1. Pierwsze podejście. Rok temu w marcu. Siedzę sobie zdenerwowana na krzesełku w rejestracji, uśmiecham się, staram się dowiedzieć jak najwięcej, co, jak i z czym się je. Bla bla. Pani zapisuje dane, zła bo musi wpisać nowa osobę. I czas na badania. Zdejmuje koszule. I krzyk. 'z czym ty DZIECKO do mnie przychodzisz?! Ty się nie nadajesz!' (no ja wiem ze wyglądam na mniej lat niż mam no ale...) i krzyczy jakby się paliło. Nie zniechecila mnie. W maju na 19 urodziny oddałam w mobilnym.

2. Rzecz raczej zabawna. Sierpień, wróciłam z 2miesięcznych ekonomicznych wojaży i chciałam oddać. Byłam w Holandii. Nie sądziłam, że europejski kraj, raczej bliski niż daleki, może być problemem. Ta sama rejestratorka, jakoś milsza, może dlatego, że byłam z mamą. Pani przeczytała kartę i znów krzyk. Bo byłam w Holandii! Jak śmiem chcieć oddać krew bez kwarantanny bo ziga! Mniej więcej tak to brzmiało. Był też telefon do centrum epidemiologicznego. Dramatyczny dość. Wszystko ozdobione widokiem mojej duszacej się ze śmiechu mamy. Ok. Moja wina. Powinnam rzeczywiście odczekać. Przynajmniej dowiedziałam się, że mam anemie (ah to niderlandzkie mięso kilka razy w tygodniu...)

3. Na świeżo. Czerwiec. Zaspalam do pracy wiec na szybko pojechałam do Kłodzka. Rejestratorka (R) inna. Prosi mnie o legitymację. Ja niepotrzebnie mrucze pod nosem 'momencik' i wyciągam etui z kieszeni. Trzy sekundy. Ale wystarczyło. 'bo wy to musicie być przygotowani, ja nie dopiero jak siedzicie, ja nie mam czasu'. Ja, która już bojazliwym dzieckiem nie jestem, odpowiedziałam tylko, że bez przesady, że pracuje z ludźmi a nie robotami. Podzialalo, bo jak doszło do badan płytek pani nawet zazartowala, że mam lepsze wyniki niż niejeden facet. No i fajnie. Kolejnym krokiem było samo 'wysysanie' krwi u mojej ulubionej pielęgniarki-czarodziejki(P). Kobieta naprawdę złota, człowiek przestaje myśleć o bólu i generalnie poprawia mu się humor. W czasie, kiedy pompowalam swoją krew do gabinetu weszła rejestratorka. Akurat w momencie, kiedy rozmowa dotyczyła odpowiedniego nawadniania
P: - (...) no bo wy krwiodawcy oprócz przywilejów macie obowiązki i musicie dużo pić.
R: - później przychodzicie z ulicy i chcecie dostać czekoladę, bo myślicie, że to tak łatwo pobrać jak nie ma z czego. Wy nie wiecie jak to wkurza!
Uśmiechnęłam się pod nosem. Ale zaczęłam się zastanawiać czy tamta pani tego akurat dnia siedziała w pracy za darmo...

Krwiodawstwo

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 8 (62)

#79162

(PW) ·
| Do ulubionych
Oglądam właśnie program, w którym pani Bosacka opowiada w jaki sposób konsumenci są naciągani/oszukiwani przez producentów i sprzedawców. I wspomniała przed chwilą o tym, że krewetki nadają się do spożycia tylko i wyłącznie świeże. To właśnie przypomniało mi moja zeszłoroczną holenderski przygodę z pracą.

Przez tydzień z ok 10 innymi osobami pracowałam w małym zakładzie rybnym. Było to dziwne gdyż przeważnie pracy w tym miejscu było dla maksymalnie trzech osób. Robiliśmy też dosyć nietypowa rzecz. Mianowicie wyciągaliśmy krewetki z wody (o 'rybnym' zapachu z dodatkiem czegoś, przynajmniej pierwszego dnia, niezidentyfikowanego) i robiliśmy z nich szaszłyki. Nietypowy był stan 'robali': niektóre były całkiem zamrożone, inne wcale, jedne wyglądały dobrze, drugie jakby były gumowate, sine i generalnie wybierały się na emeryturę. Wybaczcie nie znam się, nie wiem jak powinna wyglądać dobra krewetka, ale nie sądzę, żeby tak jak tamte.

Wszystko to było dziwne, ale praca to praca. Po pociągnięciu za język przesympatycznego holenderskiego stałego pracownika wyszło szydło z worka. Na potwierdzenie swoich słów przyniósł pudełko po krewetkach. Co się okazało? Do zakładu trafił ogromny zwrot z serii wyprodukowane chyba w 2013 roku (już dobrze nie pamiętam) od ponad roku przeterminowane i żeby nie było strat właściciel postanowił je wymieszać ze świeżymi i 'przetworzyć' na szaszłyki. A w wodzie, w której się moczyły był środek w typie naszego domestosa.
Smacznego!

Ps: zakład mieścił się Amersfoort.

zagranica

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (188)

1