Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Iksowate

Zamieszcza historie od: 28 maja 2017 - 10:34
Ostatnio: 13 stycznia 2018 - 16:40
  • Historii na głównej: 12 z 17
  • Punktów za historie: 1427
  • Komentarzy: 66
  • Punktów za komentarze: -3
 

#81173

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem opiekunką osoby starszej w Niemczech. Pracuję za pośrednictwem dobrze rozreklamowanej agencji (swoją drogą tak słaba, że prawdopodobnie się pożegnamy, zwłaszcza po poziomie profesjonalizmu zaprezentowanym przez koordynatorów).

Zarys okoliczności: ponad miesiąc temu ustaliłam z opiekunką kontraktu, nazwijmy ją X, że po aktualnym 6-tygodniowym zleceniu, jadę bezpośrednio na kolejne, nieco krótsze. Taki był roboczy plan, w międzyczasie X miała dowiedzieć się, czy na miejscu jest Internet czy może powinnam zaopatrzyć się we własną kartę prepaid (no wiecie mam 20 lat, jestem za granicą całkiem sama, potrzebuję kontaktu ze światem, żeby nie oszaleć).

Minął miesiąc, zaczął się powoli mój piąty tydzień pracy, więc wypadałoby czegoś konkretnego dowiedzieć. X miała zadzwonić po Nowym Roku. Okej. Czekam. Cały tydzień cisza. Dzwonię w piątek 5 stycznia, pani nie odbiera. No nic - myślę - może urlop. Poniedziałek to samo, wtorek podobnie. W środę zdecydowałam się zadzwonić do biura, bo za tydzień miałam wyjeżdżać i nie wiedziałam czy do domu czy na kontrakt. W biurze nic nie wiedzą.

Dziś (czwartek) dzwonię z trzech różnych numerów do X (mam dwa swoje, a trzeci to domowy podopiecznej). Nic. Null. Więc próba do biura. (Nie)miła pani w biurze, chyba zła, że znowu jej truję d..., zwyczajnie mnie zbywa stwierdzeniem, że wyślę wiadomość do X. Na moje pytanie czy koordynatorka na pewno jest osiągalna, czy może jest na urlopie albo innym zwolnieniu, usłyszałam, że oni takich informacji nie udzielają. No i okej. Próbuję dalej z marnym skutkiem dodzwonić się do mojej X.
Ostatecznie zadzwoniłam do rejonowego biura w moim mieście, gdzie naprawdę uprzejma pani powiedziała, że postara mi się pomóc. Pół godziny później. Magia! Dzwoni X z prawie wszystkimi wiadomościami.

Dlaczego tyle to trwało?
- Ja nie oddzwaniałam, bo nie miałam, żadnych nowych informacji.

Aha. Czyli ja siedzę i się martwię, że firma się wypięła, że nie wiem czy i jak pojadę do domu, a jej się po prostu nie chce odebrać telefonu, żeby zwyczajnie mi przekazać, że jeszcze nic nie wie. Świetnie.

Polskie agencje pracy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (160)
zarchiwizowany

#81187

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Poniekąd odnośnie historii

http://piekielni.pl/80769

Trochę poprawiłam historię, żeby lepiej wszystko naświetlić.
Moja współlokatorka, potocznie zwana siostrą lub obleśna Anką ma wielkiego, agresywnego psa, który zupełnie nie jest nauczony chodzić na smyczy. Anka przeprowadza się i planuje go na pewien blizej nieokreślony czas Zostawić go pod opieką matki. 60-letniej kobiety, która:
- jeśli nie weźmie silnych leków przeciwbólowych nie jest w stanie się poruszać
- jest w trakcie rekonwalescencji po zabiegu, jeszcze nawet nie może wrócić do swojej stosunkowo lekkiej dodatkowej pracy (jest już na szczęście na emeryturze)
- została wcześniej mocno przez rzeczonego psa pogryziona, ale ma zbyt miękkie serce, żeby się postawić.
Pies jest agresywny i bardzo silny. Ze względu na bezpieczeństwo domowników jest zamykany w pokoju Anki albo nosi kaganiec. Ja w tej chwili pracuje za granicą, w domu spędzam parę tygodni między dwumiesięcznymi wyjazdami.
Moja chora Mama nie jest w stanie mu zapewnić odpowiedniej ilości ruchu. Pies się męczy, plus ostatnio mam podstawy, żeby myśleć, że jest bity przez właścicielkę.
Moja Mama fizycznie nie może psem się odpowiednio zająć, a ja psychicznie przez jego zachowanie i moją fobie związaną z pewnym incydentem z dzieciństwa.

Jako że moja sytuacja się poprawiła ostatnio i dodatkowo kwestia zdrowia Mamy jest dla mnie ważna pytanie brzmi czy i jak można coś z tą sprawą zrobić? Jakieś organizacje prozwierzęce? Straż miejska? Wolałabym się w tej sprawie nie wychylać, bo moja sytuacja mieszkaniowa jest trochę związana z widzimisię mojej siostry.

Home sweet

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (21)
zarchiwizowany

#81142

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dziś podczas popołudniowej przebieżki miałam to wątpliwe szczęście, że wpadłam na grupę śniadych nastolatków z wolna kroczących całą szerokością chodnika, rzecz jasna gluchych na 'przepraszam' w dwóch językach (nie jestem ksenofobem, ale nawet niemieccy turyści w Polsce mniej się panoszą;p).
Przypomniało mi się przedziwne zdarzenie, być może wynikajace z różnic kulturowych.

Mianowicie kilka lat temu, mieszkalam w pewnym większym mieście za zachodnią granic. Było to na długo przed tzw 'kryzysem migracyjnym' niemniej widok 'egzotycznych Niemców' do rzadkości nie należał, aczkolwiek wtedy mniej się słyszało o tych wszystkich skandalicznych zachowaniach. Jedna sytuacja do dziś mnie bawi.
Tłoczny deptak, upał wybitny, ławek wolnych brak. Taka sytuacja. Spożywamy więc z Mamą lody na stojąco. Pewien pan o bliskowschodnich rysach twarzy postanowił się nad nami zlitować i ustąpić miejsca. Wstał? Nieeee... Żonie kazał ;).

Z uprzejmości nie skorzystałyśmy.

Rodowici Niemcy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (24)

#81135

(PW) ·
| Do ulubionych
- 'Kto debilem się rodzi, debilem umiera' - Mój brat o tej sytuacji.

27 grudnia zadzwoniła do mnie Mama z informacją, że odebrała za mnie list z sądu - pozew od mojego piekielnie zadłużonego ojca, mam się stawić za dwa miesiące. Rodzicielka zrozumiała, że jej były mąż nie chce już płacić alimentów na mnie. Ma prawo. Nie uczę się, pracuję za bardzo dobrą pensję, to i tatuś płacić nie musi - słuszne i logiczne. Ale...

Kilka miesięcy temu, żeby uniknąć właśnie takiej sytuacji złożyłam pismo u komornika, że od września (skoro już wiadomo, że w tym roku na studia nie pójdę) zrzekam się bieżących alimentów. Zapytacie, może: 'jak to? To nie wiedział, że nie płaci?'. Płaci... Zaległości z ostatnich lat, aktualnie czterokrotność zasądzonej kwoty. Tyle, że w jego wielce cwanej główce nie mieści się, że to dług jak każdy inny, a dług spłacić trzeba. Po moim telefonie do komornika i bardzo serdecznej, momentami żartobliwej rozmowie, okazało się, że ja załatwiłam wszystko 'po Bożemu' i to on wyrzuci pieniądze w błoto.

Wprawdzie kancelaria komornika moim zdaniem powinna dłużnika w jakiś sposób o tej sytuacji powiadomić, a tak to tylko szkoda pieniędzy ojca - bo będzie musiał zapłacić za tak beznadziejna sprawę, sumę tę wolałabym widzieć na moim koncie oszczędnościowym. I szkoda mojego czasu, bo nie stać mnie na jeden długi urlop, a dwóch krótkich raczej nie dostanę. Pracuję za granicą i w tej chwili po 6-tygodniowym kontrakcie, zamiast do domu jadę bezpośrednio na kolejny, na szczęście krótszy. Mam nadzieję, że mina ojca mi to wynagrodzi. Obym musiała go oglądać następnym dopiero za rok, kiedy to ja złożę pozew o nowe alimenty.
Niemniej jednak trochę to przykre.

Ps: 'zrzeczenie' się złożyłam według porady dobrze już poznanego komornika.

Home sweet home

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (87)

#80995

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę godzin temu zadzwoniła do mnie moja ulubiona siostrzyczka. Usłyszałam, że jestem ścierwem, leniem śmierdzącym (zabawne, pracuję od 16. roku życia), hieną itd.

Bez słowa wyjaśnienia się rozłączyła. Po telefonie do mamy dowiedziałam się, że siostra rozmawiała z ojcem (dla mnie jest po prostu byłym mężem Mamy) - 'biednym, starszym człowiekiem' i okazało się, że narzeka, bo jego ukochana najmłodsza córka nasłała na niego komornika.

Cóż. Przez ostatnie 10 lat z człowiekiem nie rozmawiałam. Numeru nie zmieniłam w tym czasie, poza tym są social media, gdzie jest bardzo aktywny, no i przecież często się mijaliśmy na ulicy, bo mieszka w mieście, w którym kończyłam LO. 'Tato' alimenty na mnie płacił rzadko (pracował 'na czarno' przez cały ten czas), a w ostatnich miesiącach mojej nauki w liceum dostawałam sumy rzędu 8 zł (Nie żartuję! Naprawdę tyle raz dostałam!).

Miesiąc temu, jako że w tym roku się nie uczę, zrzekłam się alimentów, ot, jako uczciwy, dobrze wychowany przez Mamę człowiek.

A komornik 'siadł' na wypłacie eks-męża Mamy z powodu ok. 20 tysięcy długów, których dorobił się, nie płacąc alimentów przez całą dekadę.

Ale to ja jestem zła i niedobra.

Home sweet home

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (135)

#80982

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, czy piekielne, ale na pewno bardzo przykre.

Kilka miesięcy temu, przed wyjazdem do pracy jako opiekunka, załatwiłam sobie 'na próbę' coś w rodzaju praktyk w prywatnym domu opieki, żeby zobaczyć, co i jak. Przez około 2 tygodnie przychodziłam na dyżury i przyglądałam się, jak pracują opiekunki, częściowo wykonywałam ich obowiązki w ramach nauki itd.

Mam też pracującą tam jako pielęgniarka Mamę. Mama jest takim archetypem 'siostry' idealnej, w pracy osoba niesamowicie empatyczna, ciepła, w dodatku ma właściwie ponad 40-letnie doświadczenie i po prostu czuć, że zna się na swojej robocie.

Czas na właściwą historię.

Pierwszego dnia miałam pomagać pani Asi (imiona zmienione), opiekunce. Na samym początku, bardzo słusznie, zabrała mnie do sali z przykutą do łóżka kobietą. Właściwie to średnio przypominała człowieka, bliżej jej było do ufoludka z kreskówki. Moja 'instruktorka' głośno i wyraźnie przedstawiła panią:

- To jest Stasia, nasza roślinka. I jak Iksowate? Nie wystraszyłaś się jej? Bo ja za pierwszym razem uciekłam i nie chciałam wracać, hihi.

Faktycznie wrażenie niezbyt przyjemne. No ale przecież takich widoków się spodziewałam, tyle że ta pani wodziła za mną wzrokiem i to, jak mi się wydawało, dosyć świadomie.

No nic to. Pracę wykonałyśmy, ja nie dałam dyla. Jest dobrze.

Następnego dnia moja Mama pomagała opiekunkom przy kolacji i karmiła Stasię, bo Stasia podobno od innych jadła niechętnie. Dziwne, prawda? Cóż, dziwniejsze było to, że Mama mnie Stasi przedstawiła i powiedziała w prostych słowach, po co tu jestem. Rozmawiała z nią, ta jej odpowiadała, co prawda nieartykułowanymi dźwiękami, ale można było się zorientować, kiedy mówiła ‚tak', a kiedy ‚nie’.

Po wyjściu z sali opisałam Mamie sytuację z dnia poprzedniego i zapytałam, jak to jest z tą Stasią. Mamie zrobiło się bardzo przykro i powiedziała, że według niej i dzieci tej pani jest ona świadoma, ale ciało protestuje. Lekarz to podobno potwierdził.

Cóż, mam nadzieję, że Stasia przy okazji jest też głucha i nie usłyszała, jak przeraziła biedną Asię.

Dom opieki

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (95)

#80928

(PW) ·
| Do ulubionych
A propos starszych ludzi (historia #80903).

Pracuję w tym roku jako opiekunka w Niemczech. Jestem zatrudniona w polskiej firmie i wymieniam się z kobietą, G., z bułgarskiej lub węgierskiej, która współpracuje z moją.
Generalnie za sobą nie przepadamy, mam wrażenie, że traktuje mnie jak konkurencję troszkę.

Od dwóch dni jestem chodzącą furią. Może jestem za miękka do tej roboty (przy kilkudniowym wolontariacie-praktykach w polskim domu opieki też miałam takie wrażenie z powodu podejścia opiekunek), ale...

Zajmuję się panią J., lat 94 prawie, poza faktem iż porusza się na wózku jest całkiem sprawna. Czasem zapomina, co robiła godzinę temu, ale poza tym psychicznie jest w dobrym stanie. Ot, taka fajna starsza pani, która traktuje mnie bardziej jak wnuczkę niż pomoc.

Pani, jak można się domyślić z opisu, nie ma problemu z sygnalizowaniem potrzeby skorzystania z toalety. Przeważnie w ciągu dnia pojawia się ona dwa razy, ale czasem zdarza się, że częściej. Normalna u człowieka rzecz prawda? No cóż, nie dla każdego.

Kilka dni temu (G. wyjeżdżała jakieś 24h po moim przyjeździe, więc tego dnia podzieliłyśmy się pracą), kiedy robiłam coś w innej części domu usłyszałam jak G. kłóci się z babcią. Poszłam sprawdzić co się dzieje. O co chodziło? Cóż. Pani J. Chciała 'dodatkowy' raz zrobić siku, moja zmienniczka natomiast stwierdziła, że skoro podopieczna wcześniej była już dwa razy w toalecie, to ona teraz jej wozić nie będzie. Ostatecznie ja pomogłam J, a G. nadal wesoło trajkotała z mężem na Skypie. Wściekłam się o to, bo przecież wystarczyło mnie zawołać, zamiast zaczynać od krzyków na babcię.

Dziś babcia mi powiedziała, że jej córka (moja klientka) zatrudnia G., bo jest tańsza, a ona sama woli Polki, bo zwyczajnie lepiej pracują. Przeraża mnie, że przez cały mój 5-tygodniowy urlop G. mogła tak traktować J. Coś czuję, że chyba przy najbliższej okazji przekażę klientce, jak wyglądała sytuacja i dodam co nieco o wątpliwej jakości chemii w domu, bardzo tanich produktach w lodówce i brakach w kosmetykach*. Ach! I mam wrażenie, że mogła sobie przywłaszczyć pieniądze przeznaczone na prowadzenie domu, bo jak wyjeżdżała to nic nie zostawiła (a jeśli w tym miejscu istnieje zwyczaj zabierania 'reszty' dla siebie, to powinna mnie poinformować o nim, kiedy mnie zmieniała, bo ja pieniądze dla niej zostawiłam). Chociaż wątpię, żeby to miało cokolwiek zmienić, skoro ona jest tańsza i podobnie jak ja, 'na stałe'.

*sama robiąc zakupy staram się nie wybierać rzeczy z 'najniższej polki', ot, mam tyle i tyle pieniędzy i robię tak, żeby się zmieścić w budżecie. Często zostają mi pieniądze i ta nadwyżka idzie na rzeczy typu specjalistyczne kosmetyki: maści, kremy itp., itd, które aż takie znowu tanie nie są.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (108)

#80898

(PW) ·
| Do ulubionych
Rok temu pracowałam 'wakacyjnie' z koleżanką w Holandii. Agencję wybrałyśmy fatalną, źle traktowali pracowników, pracy, a co za tym idzie pieniędzy było mało (aczkolwiek wiem, że to nie jest nic nadzwyczajnego w tym kraju). Jedynym plusem było to, że wysokość opłat za mieszkanie zależało od zarobków (niska pensja = niski czynsz). I o mieszkaniu będzie, a raczej o współlokatorach.

Przenieśli nas do mieszkania, które na początku dzieliłyśmy z mocno imprezową ekipą (disco polo wiecznie na full, dużo alkoholu i zioła). Z początku była to para w okolicach późnej trzydziestki, jedna dosyć spokojna dziewczyna i ON. Areczek, na oko 40-letni alkoholik, który z każdej pracy wylatywał, miał problemy z higieną i bardzo, ale to bardzo podobała mu się moja koleżanka.

Po jakimś czasie para 'wymieniła' się na dwie bardzo fajne niepijące dziewczyny. I zaczęły się schody.
Areczek uznał się za samca alfę (w mieszkaniu poza nim było 5 dziewczyn). Po pierwsze nie miał się z kim napić czy napalić, poza tym kobietami przecież trzeba pomiatać. Kobiety muszą mu posprzątać, wyprać, ugotować... (Niestety to pierwsze naprawdę robiłyśmy, bo się nie dało). Kiedy śmiałam pójść pod prysznic przed Areczkiem nastąpiła wielka obraza majestatu, w wyniku której Areczek zakręcił mi ciepłą wodę (było upalne lato, nawet nie zauważyłam). Miał też dosyć obrzydliwy zwyczaj oglądania porno na tablecie w kuchni i dogadzania sobie w spodniach. Odliczałyśmy dni do jego urlopu, a tymczasem rodzynek stawał się coraz gorszy.

1. Pewnego dnia pracowałam z nim w sortowni śmieci. Praca wbrew pozorom fajna (trzecia w moim rankingu tych, które wykonywałam w życiu;p), Ale...
- śmieci jak to śmieci. Głównie budowlane, jednak zdarzały się różne rzeczy. Byłam tam jedyną kobietą, więc chłopcy stojący na początku taśmy dla mnie układali na niej misie albo gazety dla panów. Wszytko w formie żartu. Areczek też chciał dołączyć do zabawy. Tyle, że on rzucał we mnie pluszakami. Raz dostałam w nos tak mocno, że polała się krew (mam pewną wadę genetyczną i niewiele mi trzeba). Marokański szef zbył sprawę.

Szef olał też sytuację, kiedy Areczek chciał mi pomóc oczyścić się z kurzu po pracy (ja naiwna myślałam, że mu głupio) i dosłownie mnie przedmuchał. Próbował mi wsadzić między uda końcówkę węża od takiej 'dmuchającej' maszyny (czyściliśmy się czymś, co wyglądało trochę jak suszarki na basenach). Wszystko przy szefie, który zdawał się tego nie zauważyć, dziwne, bo widzieli to pozostali, jeden z chłopaków nawet wziął Areczka na stronę. Później był miły przez parę dni.

2. Generalnie nakryłam go przyciskającego do ściany moją koleżankę i powtarzającego coś w stylu 'co mi teraz zrobisz'. Jedyne co mogłam zrobić to zacząć krzyczeć. Narobiłam szumu, zablefowałam, że zadzwoniłam na policję już*. Gość się wystraszył, trochę powyklinał i poszedł do siebie.
Koleżanka mi później opowiadała, że zwróciła mu uwagę na nieumytą patelnię, której używał. W odpowiedzi zaproponował 'wylizanie jej patelni'.

Największa piekielnością wykazało się biuro. Otóż zgłosiłyśmy to, opisałyśmy sytuację i to jak się wcześniej zachowywał itd. Miałyśmy nadzieję, że zmienią mu mieszkanie, zwłaszcza, że z innego domku został wcześniej wyrzucony. Nie. Od jednej z dziewczyn dowiedziałam się, że wrócił. Na szczęście już nas nie było.


*Nie myślałam racjonalnie, szczerze mówiąc nawet nie do końca pamiętam tę sytuację. Chciałam po prostu odwrócić jego uwagę, spróbować zawiadomić inne dziewczyny (które nagle ogłuchły, czemu w sumie się nie dziwię), szczerze mówiąc nie wiem. Teraz wydaje mi się, że powinnam go zdzielić patelnią czy coś w ten deseń:D chociaż obawiam się, że mogłabym sobie ostatecznie zaszkodzić ;p


Edit: przedstawiłam światopogląd Areczka. Żadna z nas broń boże nie prała mu brudnych majtek ani rosołku nie robiła (gorzej jak sobie brał sam). Sprzątałyśmy przestrzenie wspólne po nim. Małą piekielnością ze strony jednej z dziewczyn było czyszczenie zlewu jego szczoteczką do zębów.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (122)

#80808

(PW) ·
| Do ulubionych
O rzeczach dla mnie niepojętnych.
Odkąd pamiętam w moim domu były (i nadal są) zwierzęta. Po przeprowadzce z domu na odludziu do bloku, wpół dzikie koty zostały zamienione na chomiki, mysz i jakieś rybki. Od małego byłam uczona, że zwierzęta też odczuwają ból i że, na przykład, mam nie 'kochać' (tulić znaczy;)) gryzonia przesadnie mocno.

W klatce obok mieszkała lekko 'patoligiczna' rodzinka.
Ale miało być o futrzakach. Legenda podwórkowa głosi, że wyżej opisane dzieciaki te połamały/wyrwały/mocno uszkodziły nóżkę śwince morskiej. Zwierz cierpiał tak, że został podobno dobity młotkiem. I jestem skłonna w tę historie uwierzyć.

Dlaczego? Prawie 10 lat domu do mojego domu trafił kilkuletni pers Maciek. Kocur trochę skrzywiony psychicznie, po przejściach, bardzo długo się oswajał, często bywał agresywny i minęło sporo czasu zanim domownicy i kot 'nauczyli' się siebie nawzajem, a i w późniejszym okresie Maciej czasem źle reagował na sytuacje 'kryzysowe' (podczas spaceru na smyczy wystraszył się samochodu i wskazując mojej Mamie na ręce podrapał ją tak mocno, że przysługiwało jej jakieś odszkodowanie, nie wiem jak to załatwiła;)).

Dlatego z taką furią zareagowałam, kiedy wracając do domu zobaczyłam mojego Maćka dosłownie kamieniowanego przez bachory sąsiadów. Rzucali na szczęście malutkim kamieniami, takim żwirem bardziej. Gnojków odepchnęłam i nawet nie słuchając tłumaczeń, wzięłam kota pod pachę i zabrałam do domu. Następnie pobiegłam do sąsiadów, żeby podkablować, bo bić kolegów z podwórka nie będę, a i, jak mi się wydawało, rodzice lepiej im przemówią do rozsądku. O ja młoda i naiwna. Reakcja pani matki?

- Phi, bawili się, zresztą kto to widział takie bydlę* w domu trzymać.

Szczęka, ręce, cycki i wszystko co opaść mi może w tamtym momencie, opadło. Od tej pory kot stracił ochotę na wycieczki (wyskakiwał sam przez niewysokie okno, a nie mieliśmy takich uchylonych wtedy) i wychodził tylko na smyczy.
Ale cholera jasna. Jak można tak się pastwić? Nad świnką, kotem, psem. Nieważne. Nie rozumiem tego.

* Maciek był wyjątkowo duży i przypominał czarną, bardzo włochatą pumę. Sąsiedzi się go trochę bali z tego powodu. Nawet, kiedy był na smyczy (takie małe dziwactwo Iksowatego, że lubię spacerować z kotami;p). Woleli go oglądać na odległość, bo to piękny egzemplarz był ;) Przyjęło się, że był persem, ale dla mnie wyglądał bardziej jak kot norweski leśny, polecam wygooglać - przyjemnie się patrzy.



Edit: w domu na wsi koty były mocno podwórkowe. W zasadzie bardziej przybłędy, nad którymi moja Mama się zlitowała i zrobiła miejsce do spania. Natomiast historia kota Maćka miała miejsce już kilka lat później. Maciek był oddany nam bez zrozumiałego powodu. Ot, dzieci dorosły, rodzice nie chcieli się zajmować. W poprzednim domu był kotem wychodzącym, z tej przyczyny zaczęliśmy wyprowadzać go na smyczy, żeby się oswoił. W pierwszych miesiącach Maciek często uciekał (albob'zwyczajnie' drzwiami, między nogami wchodzącego albo w wersji ekstremalnej przez okno) i takiej sytuacji tyczy się historia. Po tym zdarzeniu nawet nie przyszło nikomu do głowy puszczać go samego i do końca życia wychodził tylko na smyczy.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (146)
zarchiwizowany

#80859

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Iksowate i te jej pieski. Eh...


Ledwo zdążyłam się uspokoić po dzisiejszym spacerze, a już zaczęłam dostawać smsy w tonie, że jestem chędorzoną panienką lekkich obyczajów, że jetem złośliwa i zawistna tylko szkodzę ludziom itp. itd.

Hmm... 2 lata temu pies współlokatorki-będącej-moją-siostrą został pogryziony przez łańcuchowego psa z sąsiedniej posesji. Od tej pory jeśli widzę, że któryś się zerwał (są tam 3 albo 4 wielkie psy) dzwonię na policję i po takim telefonie informuję na fb żone właściciela, że zwierzaki trzeba złapać. Ostatni telefon wykonałam dobrych kilka miesięcy temu. Wszystko się odbywało bez złośliwości. Do dzisiaj.
Jako, że poza domem się lubimy, wyszłam na, planowo, kilkukilometrowy spacer z Tośkiem, kiedy doskoczyło do nas większe psisko ze wspomnianej posesji, najłagodniejszy na szczęście, no ale... Ja przerażona (przez kilka lat zmagałam się z poważną dogofobią), chłopaki krążą wokół siebie jak bokserzy na ringu. Drugiego psa nijak nie da się wyminąć. Na szczęście mój idiota okazał uległość i do niczego nie doszło. Jakoś się wycofaliśmy i w domu standardowo telefon na komisariat* i wiadomość do właścicieli, przy czym mam nowego fejsa i nie mam już kontaktu do kobiety, do której zawsze pisałam (w interenecie legitymowała się czymś w stylu Kasieńka Xoxo), napisałam do jej córki, którą znałam w dzieciństwie. Podejrzewam, że smsy są od niej bądź jej chłopaka. Mamy wielu wspólnych znajomych,ja nie zmieniałam numeru od 10 lat, więc łatwo mogła zdobyć.
I tylko się zastanawiam... o co chodzi? Nie nasyłam na nikogo policji z własnej złośliwości, mój strach jest uzasadniony (dziś pies, jutro małe dziecko), jej rodzice to rozumieją i nie mają pretenji. Dziewczyna zbliża się do ćwierćwiecza, wiec wydawałoby się, że też mogłaby zrozumieć. Coż... Smsy są kasowane:).

*Za pierwszym razem dodzwoniłam się na alarmowy w mieście powiatowym i tam miły pan kazał mi zapisać numer telefonu lokalnego komisariatu, żeby nie blokować linii.

wioska

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 6 (74)