Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Iras

Zamieszcza historie od: 30 maja 2011 - 2:09
Ostatnio: 19 kwietnia 2017 - 8:40
  • Historii na głównej: 20 z 26
  • Punktów za historie: 6858
  • Komentarzy: 503
  • Punktów za komentarze: 3412
 

#77572

(PW) ·
| Do ulubionych
Do lecznicy weterynaryjnej trafił pies z problemem "nie może się wysikać, chociaż próbuje". Zdarza się - w pęcherzu moczowym tworzy się piasek, a jeśli nic się z tym nie zrobi - kamienie. W związku z tym, że pies, lat dwa, wielkości labradora, to i jego cewka moczowa, jak i moczowód nie należały do najmniejszych - więc zatkanie musiał spowodować istny "głaz".

Próba założenia cewnika zakończona niepowodzeniem - przeszkoda siedziała za mocno. No to zdjęcie rtg, żeby zobaczyc, czy w ogóle jest szansa przepchnięcia kamulca. I w efekcie - zdziwienie.

To nie był kamień tylko śrut. Pies został kiedyś postrzelony w brzuch z wiatrówki - śrut utknął w pęcherzu moczowym, a po jakimś czasie (dłuższym bo po ranie nie został nawet ślad) - znalazł moczowód i się w nim zaklinował.

Sam fakt postrzelenie psa jest piekielny, ale historia ma swój ciąg dalszy...

Początkowo były próby przepchnięcia śrutu do pęcherza - stamtąd laparoskopowo dałoby się go wyciągnąć i wszyscy byliby szczęśliwi Nie udało się jednak, więc z okolic cewki moczowej został wyciągnięty operacyjnie. Operacja dośc paskudna z mozliwymi komplikacjami pod postacią ryzyka, że moczowód się zarośnie - i tak się niestety stało.

Druga operacja - tzw. wyszycie cewki moczowej - czyli "z chłopca robi się dziewczynkę" niemalże dosłownie - bo polega to na zrobieniu ujścia przed problematycznym miejscem.

Tu byłoby już z górki, gdyby nie jeden szczegół - podejście właścicieli - uznali, że pies "ta strasznie się męczy w tym kołnierzu", więc pies latał bez żadnego zabezpieczenia rany pooperacyjnej. Czyli w rezultacie siedział non stop z nosem między nogami wylizując ranę i wydłubując szwy. Żadne tłumaczenia właścicielom nie dały rezultatu. "Kołnierza mu nie założą, bo się w nim męczy". A widok rozlizanej rany pooperacyjnej? To właśnie "najlepsze" - po trzech tygodniach (gdzie po 10 dniach powinno się wyciągnąć szwy) właścicielka stwierdziła, że ona "nie może już nie może na TO patrzeć, że widok tej paskudnej, niegojącej się (no bo i jak...) rany ją straszliwie obrzydza. Ona nie ma już siły i chce psa uśpić."

Ostatecznie skończyło się na tym, że podpisała zrzeczenie się praw do psa (z czym też były jazdy, "bo wy go będziecie tym kołnierzem męczyć").

"Logika" niektórych dobija...

Ludzie

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 322 (Głosów: 330)

#77465

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdy zepsuje się np. pralka - woła się fachowca, by sprawdził i naprawił. Jeśli "fachowiec" przyjedzie rzuci okiem z metra i stwierdzi, że naprawić się nie da - woła się drugiego, a czasami i trzeciego. Jeśli z kolei lekarz wystawi niekorzystną diagnozę - większość zamiast iść do innego, pójdzie kupić trumnę. "No bo lekarz to się zna"... Identyczne podejście jest w przypadku zwierząt...

Do lecznicy weterynaryjnej przyszli ludzie z psem. Pies - owczarek belgijski malinois, suka w bardzo podeszłym wieku - bo liczyła sobie wiosen 15. Wprowadzając ją, właściciele przytrzymywali ją ręcznikiem pod brzuchem i z drugim z przodu, a każdy krok był dla niej potwornym wysiłkiem.
Każdemu kto ją ujrzał przyszły do głowy dwie myśli - że pies nigdy w życiu weterynarza nie widział i że chociaż przyszli ją uśpić. Ogólny wygląd - obraz nędzy i rozpaczy, wychudzona, słaniająca się na nogach, nie była w stanie samodzielnie praktycznie zrobić kroku. I COŚ, co sprawiło, że wszystkim się nóż w kieszeni otworzył, na zasadzie "jak można do czegoś takiego dopuścić".

Pies miał na szyi guza. W sumie lepiej byłoby powiedzieć GUZA, chociaż i to nie nie jest w stanie go odzwierciedlić. GUZ łagodny, typu "na szypułce", sęk w tym, że szypułka w tym przypadku miała jakieś 30 cm. średnicy. Hodowany był przez 8 lat. Dlaczego? Bo właściciele przy pierwszej wizycie w związku z guzem usłyszeli, że tak starych psów się nie operuje. Kilka lat później, gdy guz osiągnął rozmiary piłki, chcieli się uprzeć na wycięcie, tym razem konował nastraszył ich, że pies w tym wieku NA PEWNO nie przeżyje. Uwierzyli - i dalej hodowali potwora. Guz rósł sobie dalej.

Przy rozmiarze dorodnego arbuza, właściciele postanowili zaryzykować i wyciąć draństwo, zaczęli szukać lekarza, który by to zrobił - i spotkali się z kolejnym stwierdzeniem - że guz jest zbyt duży, by ktokolwiek podjął się jego wycięcia. W końcu pies przestał samodzielnie chodzić, przez brak ruchu zaczęły zanikać mięśnie, a podniesienie samodzielnie głowy stało się niemożliwe - przytrzymywanie od przodu nie polegało na tym, że ręcznik był pod klatką piersiową. Był pod guzem, bo pies by go nie uniósł...

Do kolejnej lecznicy trafili przypadkiem, z zupełnie inną sprawą. Sunia zachorowała na ropomacicze. Przyszli na "zastrzyk" bo ich "wet" wyjechał. I niezmiernie się zdziwili, gdy dowiedzieli się o "szczególe", że jedynym skutecznym leczeniem ropomacicza jest operacja (sterylka z ryzykiem zwiększonym o połowę)- inaczej mają gwarancję nawrotu po kolejnej cieczce, a tego - i tak już wyniszczony - organizm psa nie przetrwa. Okazało się, że suka nigdy nie miała robionych żadnych badań - nawet podstawowych krwi, o ekg nawet nie mówiąc. Stwierdzenie, że nie przeżyje operacji, padło na zasadzie "rzucenia okiem" - jak przy wspomnianym na początku "fachowcu".

Waga suki przed operacją - 23 kg. Po operacji guz został zważony. 8 kilogramów.

Epilog: Badania wykonano - wyniki wyszły na tyle dobre, na ile tylko mogły być, biorąc pod uwagę wiek, chorobę z leczeniem, które było o kant D. potłuc i "obcego" na szyi. W pierwszej kolejności wycięto ropomacicze, dwa miesiące później - guza. Pies przeżył. Już w pierwszym tygodniu po wycięciu obcego, suka podejmowała pierwsze próby biegania (ciężko bez mięśni), po około dwóch miesiącach przestało być konieczne podtrzymywanie. W pewnym momencie właściciele stwierdzili, że nieważne ile jej zostało - warto było zaryzykować i widzieć sunię znowu cieszącą się życiem.

Ps. Niedowiarkom mogę podrzucić zdjęcia. Przed operacją, po, i samego guza.

Ps 2. Nie było tu kwestii finansowej - kuracja hormonalna przy ropomaciczu jest BARDZO kosztowna. Na psa o wadze 23 kg. jeden zastrzyk to koszt około 150 - 200 zł - a suka dostawała je przez co najmniej półtora tygodnia, codziennie.

I zakończenie ostateczne - jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć czegoś o szczegółach np. ropomacicza - wystarczy spytać (miało być w historii, ale objętość byłaby dwukrotnie większa).

Ludzie

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (Głosów: 146)

#77244

(PW) ·
| Do ulubionych
W związku z historią #77243 - o tym jak ludzie uważają zabezpieczenie okien przed wypadnięciem kota za fanaberię.

W historii ciotka autorki wyciągnęła odpowiednie wnioski, nie zawsze tak się jednak dzieje.

Lecznica weterynaryjna, nocny dyżur. Do lecznicy wpada parka z kotem na rękach. Okazuje się, że kot to tzw. "spadochroniarz" - czyli wypadł z okna. W tym przypadku z 7 piętra.

Okazało się, że kotu poza uszkodzonymi stawami i pękniętą żuchwą (standardowe obrażenia przy wypadnięciu) nic się więcej nie stało. Właściciele dostali pogadankę o zabezpieczaniu okien, żuchwa zabezpieczona, kilka dni obserwacji w lecznicy, czy nic nie dodatkowego się nie okaże itp. Za miesiąc będzie dobrze.

Półtora miesiąca później - deja vu - Ci sami ludzie, z tym samym kotem... z tym samym problemem - wypadł z okna. Akurat trafili na lekarkę, która nie owija w bawełnę i się nie patyczkuje, więc czekał ich zdrowy OPR. Dlaczego nie zabezpieczyli okien? No bo przecież puszek już raz wypadł, to miał nauczkę, że powinien bardziej uważać... Kolejna pogadanka - tym razem na temat, że kot się NIE nauczy. Obrażenia tym razem były o wiele poważniejsze - wszystkie 4 łapy połamane, żuchwa strzaskana, pęknięta śledziona...

Nie dotarło. Pół roku później znowu oni. "już dwa razy wypadł, to przecież musiał wyciągnąć wnioski". Tym razem wypadł z innego okna i wylądował na betonie. Czwartego razu już nie będzie...

Zdarzały się również sytuacje, że ludzie przychodząc ze spadochroniarzem twierdzili, "no przecież widział jak mruczek wypadł, to powinien wiedzieć, że to niebezpieczne". Mruczek? a co z Mruczkiem? - No, nie przeżył.

Ludzie

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (Głosów: 220)

#76921

(PW) ·
| Do ulubionych
Hodowca psów - jak wiadomo, hoduje psy, żeby je sprzedać. Czasem zdarza się jednak, że pies do hodowcy wraca. A przyczyny oddawania ich potrafią zwalić z nóg.

Ludzie kupili sobie szczeniaczka. Rasowego, z dobrej hodowli. W momencie trafienia do nowego domu miał jakieś 8 tygodni. Z początku wydzwaniali codziennie "jaki to on nie jest cudowny".

Po miesiącu nagle chcą oddać. Dlaczego? Bo robi dużą kupę...
A jaki to był piesek? Mastif pirenejski.

Ludzie...

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 228 (Głosów: 232)

#76763

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam kiedyś jak to moja babcia szczycąca się tym jak to ona kocha zwierzęta, pośrednio przyczyniła się do pogryzienia przez psa (http://piekielni.pl/72273) - w skrócie spaprała psu psychikę (krótki łańcuch od szczeniaka, bicie, do żarcia zlewki itp).

Zdarzyło się również, że w jej ręce trafił kot - za czasów gdy opiekowała się naszym domem, babcia postanowiła przygarnąć* koteczka "bo myszy harcują". Kociaka zamknęła na strychu "coby myszy łapał" i raz na jakiś czas stawiała mu miseczkę mleka. Gdy przyjechaliśmy, zastaliśmy obraz nędzy i rozpaczy - 4 miesięczny, zdziczały maluch, potwornie wychudzony, z zaropiałymi oczami i wszelkimi możliwymi pasożytami. Nie miał nawet siły uciekać, tylko bronił się zębami i pazurami.

Rodzice zrobili babci nieziemską awanturę i zakazali brania jakichkolwiek zwierząt. Kot został uratowany, doprowadzony do stanu używalności i - z racji tego, że rodzice mieli podejście, że koty są wredne i do człowieka się nie przywiązują - oddany dobrym znajomym z ówczesnego miejsca zamieszkania, którzy byli gotowi zająć się kotem wymagającym resocjalizacji i specjalnej opieki (jako konsekwencja głodówki doszło u kota już do częściowego stłuszczenia wątroby) mając jednocześnie świadomość, że długo żyć prawdopodobnie nie będzie. Miał 7 lat, gdy wątroba całkiem odmówiła współpracy.

Po awanturze nastąpiła "obraza majestatu" na jakiś czas, ale więcej zwierząt już nie brała.

*Jeszcze tak gwoli wyjaśnienia - o kocie dowiedzieliśmy się dopiero po przyjeździe, o tym jak był traktowany - od babci, bo się chwaliła jaka to ona dobra, że mu mleczka co jakiś czas daje...

Babcia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (Głosów: 185)

#76605

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep internetowy handlujący na portalu aukcyjnym.

Klient kupuje akumulator. Ze względów bezpieczeństwa akumulator wysłany został pusty, zaś kupujący dostał instrukcję obsługi papierową, na maila + instrukcja była też wpisana na stronie aukcji. Wypłukać wodą destylowaną, osuszyć, napełnić kwasem.

Sprzedawca dostał negatywa, z treścią, że akumulator spalił się natychmiast po włączeniu.

Czemu się spalił? Otóż inteligentny inaczej klient wypełnił częściowo pierwszy punkt z instrukcji - napełnił wodą destylowaną i na tym koniec - taki z wodą włączyl...

Ale to przecież wina sprzedawcy!

Idioci

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 290 (Głosów: 304)

#75638

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadąc sobie ostatnio autobusem ujrzałam plakat z apelem o datki na ratowanie dziecka.

Wspaniały łzawy opis, jak to 15-miesięczny chłopiec od roku walczy ze złośliwym siatkówczakiem oka. Zdarza się. Wiadomo - tragedia, tym bardziej że dotyczy tak małego dziecka. ALE - w opisie podana suma 2 mln, które są potrzebne na leczenie w Ameryce. W ciągu tego roku 6 razy dzieciak miał wznowę, trzykrotnie przetaczano mu krew i był również już reanimowany.

Gdzie piekielność? Zbiórka jest na ratowanie oka. I chociaż w apelu jest napis "Pomóżcie uratować życie i oko x", to nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, żeby zauważyć, że najwyraźniej to życie jest mniej warte od zaatakowanego nowotworem oka, gdzie prawdopodobieństwo prawidłowego widzenia na nie jest praktycznie żadne.

"Lekarze doradzają usunięcie oka" - i mają rację! Złośliwe nowotwory mają to do siebie, że lubią dawać przerzuty - skoro mimo remisji już kilka razy nowotwór wracał, to tak naprawdę jest to prawdopodobnie już ostatni dzwonek, by poświęcić to oko (jedno - w drugim nowotworu nie ma) i dać dzieciakowi szansę na jakkolwiek normalne życie. Ale nie - ratujmy OCZKO malucha! Co z tego, że lada moment pojawią się przerzuty, co z tego, że im dłużej trwa leczenie, tym większe ryzyko, że siądą wątroba i nerki. OCZKO jest najważniejsze....

Rodzice...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (Głosów: 275)

#75078

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to często bywa - historia http://piekielni.pl/75070 o piekielnej informatyczce przypomniała mi akcję z mojego ogólniaka.

Nauczyciel informatyki w moim ogólniaku był osobnikiem, jakich niestety często można spotkać w szkołach (w każdym razie wtedy) Odbył jakiś kurs od siedmiu boleści, zdobył uprawnienia i heja nauczać młodych...

Problem z nim był taki, że prawdopodobnie wykuł teorię na pamięć, jednak nie trudził się by ją zrozumieć - co dało efekt taki, że zastosowanie jej w praktyce było godne pożałowania.

Któregoś razu, gdy "przerabialiśmy" Excela postanowił sprawdzić nasze umiejętności.

Porozdawał karteczki z napisaną na nich formułą, którą prawidłowo mieliśmy wklepać do excela, co by stworzyć jakiś tam wynalazek do obliczeń z przyciskami.

Efekt był taki, że calusieńka klasa zarobiła pały (tym, których nie było też wstawił - za nieobecność na sprawdzianie, który nie był w żaden sposób zapowiedziany).

Czemu tak fatalnie poszło pozornie proste zadanie? Otóż trep nie raczył sprawdzić, czy formuła, którą dostaliśmy na kartkach jest prawidłowa - zawierała kilka błędów. Znalazło się wprawdzie parę osób, które to zauważyły - jednak zwrócenie uwagi spotkało się z wielkimi pretensjami, jak to uczeń śmie podważać kompetencje nauczyciela. Ci z kolei, którzy błędy poprawili we własnym zakresie i wszystko zadziałało - dostali pały za nietrzymanie się polecenia i samowolne zmiany.

Historia ma pewien happy end, bo pały zostały anulowane po wizycie u dyrekcji. Nauczyciel jednak został.

I tak na zakończenie- zemsta jest słodka... Kilka osób potrafiących coś więcej niż odpalić pasjansa (w tym ja*) postanowiło dać trepowi popalić. Zaczęły się "kradzieże" kursora, instalowanie my programików zżerających caluteńką pamięć - tak, ze najprostsze programy miały problemy z odpalaniem się, "nieklikalny" pulpit (screen pulpitu jako tapeta a prawdziwe ikonki schowane) i w końcu moje ulubione - stworzyliśmy plik wsadowy odpalany przy starcie kompa, którego efektem była imitacja formatu. Nie było tu opcji wyłączenia, a reset kompa nic nie dawał - bo imitacja odpalała się zaraz po załadowaniu windowsa ^^ (do usunięcia tylko w trybie awaryjnym - którego trep włączyć nie umiał)

Pacan nigdy się nie domyślił, że to kochani uczniowie byli przyczyną jego problemów.

Dodam tu jeszcze, że rzecz działa się w roku szkolnym 2000/2001 - więc kompa wciąż nie każdy miał, nie mówiąc o internecie.

ps. Nazewnictwo "programów" tworzonych w excelu jest mi obce, stąd w tekście mogą być błędy tego dotyczące. Coś prostego jestem wprawdzie w stanie stworzyć, ale ni chuchu poleceń nie nazwę.

*W moim wykonaniu były niektóre pomysły, ewentualnie jakieś proste rzeczy, czy też odwracanie uwagi/stanie na czatach. Całkiem zielona nie byłam, ale też nie byłam geniuszem informatycznym jak niektórzy. Ogólnie panowała współpraca.

Informatyka w ogólniaku

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (Głosów: 222)

#73559

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardziej śmieszne niż piekielne.

Granica z Niemcami. Duży samochód - Vw LT przerobiony na kempingowy, w środku moja rodzinka (ja z siostrą w wieku późnopodstawówkowym) i trzy DUŻE psy. (Rok 1999, więc podstawówka trwała wtedy 8 lat i Polska nie była jeszcze w strefie Schengen).

Psy - jak już wspomniałam duże - dwie suki o wadze około 65kg i samiec ważący jakieś 80kg.*

Paszporty sprawdzone, papiery psów również, ale celnik chce jeszcze sprawdzić samochód. Tu istotne - między przodem, a częścią "mieszkalną" nie było przedziałki, więc od przodu częściowo można było zobaczyć wnętrze (przejść też się dało). Bezpośrednio na tył z kolei prowadziły drzwi rozsuwane z boku, oraz "normalne" z tyłu.

Celnik otwiera drzwi z tyłu, rozlega się chór warczenia, na twarzy celnika szok i niedowierzanie, drzwi się zatrzaskują.

I pada stwierdzenie:

- Krowy to się TIRem wozi!

* Rasa należąca do rodzaju mastiffów.

Granica

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (Głosów: 253)

#73106

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilkanaście lat temu z pełną premedytacją zabiłam psa kolegi.

Kolega wraz z całą swoją rodziną byli osobnikami BARDZO, ale to BARDZO wierzącymi. Naprawdę wierzący - nie było to latanie do kościoła na pokaz albo z przyzwyczajenia.

Mieli sobie psa - 10-letni wynalazek w typie owczarka niemieckiego.

W związku z wiekiem dolegały różne rzeczy - wśród tego od jakiegoś roku był rozsiany nowotwór na wątrobie.

Zadzwonili do mnie któregoś późnego wieczoru (okolice północy), czy nie mam może czegoś mocnego przeciwbólowego dla psa - "bo jakoś tak dziwnie się zachowuje".

Psa nie widziałam wtedy przez jakieś dwa miesiące... jak go tamtej nocy zobaczyłam, spotkał mnie szok.

Guzy nowotworowe mają to do siebie, że rosną bez ograniczeń, większość z nich w pewnym momencie zaczyna się tez rozpadać, co powoduje niegojące się rany (wzrostu to jednak nie powstrzymuje). W przypadku gdy guz znajduje się na wątrobie, rozpad skutkuje krwotokiem - i jest to sytuacja, gdzie albo się guza wytnie, albo pies umrze. Owczarek kolegi miał jednak pecha, że jego nowotwór miał postać rozsianą - zamiast jednego porządnego guza, duża ilość "ognisk" nowotworowych, z których każde rozrasta się dopóki tylko ma miejsce - i jednocześnie ogniska martwicowe (miejsca, gdzie guz zaczyna się rozpadać) są stosunkowo niewielkie - czyli też nie powodują takiego krwotoku jak normalny guz.

Rozrastają się, dopóki mają miejsce... No właśnie - u tego psa miejsca już nie było. Skórę miał napiętą do granic możliwości, nie był w stanie stać, chodzić ani nawet się położyć - cały brzuch miał wypełniony jednym wielkim nowotworem, który kiedyś był wątrobą. A skoro w jamie brzusznej nie było już miejsca - to i przepona była ściśnięta... A przez ucisk na przeponę pies nie mógł wziąć normalnego oddechu... Normalnie ilość oddechów u dużego psa to około 10 na minutę. U niego było to coś około setki... Mówiąc wprost - dusił się.

Gdy powiedziałam właścicielom, że psu pomoże już tylko i wyłącznie uśpienie, spotkałam się z jakże "logicznymi" argumentami typu "to niezgodne z wiarą", "to wola Boża" i ogólnie, jak to eutanazja jest wbrew Bogu. Nieważne, że pies w tym stanie może się jeszcze przez kilka dni męczyć, gdzie nie ma najmniejszej szansy na poprawę...

Uświadomiłam właścicieli, że pies prawdopodobnie nie dożyje świtu i że lek może mieć działanie nasenne - przy czym, jeśli pies się położy - to się udusi. "Jeśli Bóg zechce, żeby tak było, to niech będzie". Zgodzili się.

Pies lekarstwo dostał, właściciele dostali jeszcze dodatkowo dwie strzykawki z przykazaniem podawania co 4 godziny. W tym, co dałam ja, był 1 ml leku rozcieńczony do 5. Oni dostali 5 ml bez rozcieńczenia.

I tak na koniec gwoli wyjaśnienia - nie mogłam ostrzec, że "być może" po podaniu pies umrze i od razu przedawkować lek - uznaliby to za zbyt dużą ingerencję w "wolę Boga".

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (Głosów: 378)