Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Iras

Zamieszcza historie od: 30 maja 2011 - 2:09
Ostatnio: 25 lutego 2017 - 1:11
  • Historii na głównej: 17 z 23
  • Punktów za historie: 6174
  • Komentarzy: 450
  • Punktów za komentarze: 2916
 
poczekalnia

#77244

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W związku z historią #77243 - o tym jak ludzie uważają zabezpieczenie okien przed wypadnięciem kota za fanaberię.

W historii ciotka autorki wyciągnęła odpowiednie wnioski, nie zawsze tak się jednak dzieje.

Lecznica weterynaryjna, nocny dyżur. Do lecznicy wpada parka z kotem na rękach. Okazuje się, że kot to tzw. "spadochroniarz" - czyli wypadł z okna. W tym przypadku z 7 piętra.

Okazało się, że kotu poza uszkodzonymi stawami i pękniętą żuchwą (standardowe obrażenia przy wypadnięciu) nic się więcej nie stało. Właściciele dostali pogadankę o zabezpieczaniu okien, żuchwa zabezpieczona, kilka dni obserwacji w lecznicy, czy nic nie dodatkowego się nie okaże itp. Za miesiąc będzie dobrze.

Półtora miesiąca później - dejavu - Ci sami ludzie, z tym samym kotem... z tym samym problemem - wypadł z okna. Akurat trafili na lekarkę, która nie owija w bawełnę i się nie patyczkuje, więc czekał ich zdrowy OPR. Dlaczego nie zabezpieczyli okien? No bo przeciez puszek już raz wypadł, to miał nauczke, że powinien bardziej uważać... Kolejna pogadanka - tym razem na temat, że kot się NIE nauczy. Obrażenia tym razem były o wiele poważniejsze - wszystkie 4 łapy połamane, żuchwa strzaskana, pęknięta śedziona...

Nie dotarło. Pół roku później znowu oni. "już dwa razy wypadł, to przecież musiał wyciągnąć wnioski". Tym razem wypadł z innego okna i wylądował na betonie. Czwartego razu już nie będzie...

Zdarzały sie równiez sytuacje, że ludzie pzychodząc ze spadochroniarzem twierdzili, "no przecież widzial jak mruczek wypadł, to powinien wiedzieć, że to niebezpieczne". Mruczek? a co z mruczkiem? - No, nie przeżył.

Ludzie

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (Głosów: 109)

#76921

(PW) ·
| Do ulubionych
Hodowca psów - jak wiadomo, hoduje psy, żeby je sprzedać. Czasem zdarza się jednak, że pies do hodowcy wraca. A przyczyny oddawania ich potrafią zwalić z nóg.

Ludzie kupili sobie szczeniaczka. Rasowego, z dobrej hodowli. W momencie trafienia do nowego domu miał jakieś 8 tygodni. Z początku wydzwaniali codziennie "jaki to on nie jest cudowny".

Po miesiącu nagle chcą oddać. Dlaczego? Bo robi dużą kupę...
A jaki to był piesek? Mastif pirenejski.

Ludzie...

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (Głosów: 226)

#76763

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam kiedyś jak to moja babcia szczycąca się tym jak to ona kocha zwierzęta, pośrednio przyczyniła się do pogryzienia przez psa (http://piekielni.pl/72273) - w skrócie spaprała psu psychikę (krótki łańcuch od szczeniaka, bicie, do żarcia zlewki itp).

Zdarzyło się również, że w jej ręce trafił kot - za czasów gdy opiekowała się naszym domem, babcia postanowiła przygarnąć* koteczka "bo myszy harcują". Kociaka zamknęła na strychu "coby myszy łapał" i raz na jakiś czas stawiała mu miseczkę mleka. Gdy przyjechaliśmy, zastaliśmy obraz nędzy i rozpaczy - 4 miesięczny, zdziczały maluch, potwornie wychudzony, z zaropiałymi oczami i wszelkimi możliwymi pasożytami. Nie miał nawet siły uciekać, tylko bronił się zębami i pazurami.

Rodzice zrobili babci nieziemską awanturę i zakazali brania jakichkolwiek zwierząt. Kot został uratowany, doprowadzony do stanu używalności i - z racji tego, że rodzice mieli podejście, że koty są wredne i do człowieka się nie przywiązują - oddany dobrym znajomym z ówczesnego miejsca zamieszkania, którzy byli gotowi zająć się kotem wymagającym resocjalizacji i specjalnej opieki (jako konsekwencja głodówki doszło u kota już do częściowego stłuszczenia wątroby) mając jednocześnie świadomość, że długo żyć prawdopodobnie nie będzie. Miał 7 lat, gdy wątroba całkiem odmówiła współpracy.

Po awanturze nastąpiła "obraza majestatu" na jakiś czas, ale więcej zwierząt już nie brała.

*Jeszcze tak gwoli wyjaśnienia - o kocie dowiedzieliśmy się dopiero po przyjeździe, o tym jak był traktowany - od babci, bo się chwaliła jaka to ona dobra, że mu mleczka co jakiś czas daje...

Babcia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (Głosów: 183)

#76605

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep internetowy handlujący na portalu aukcyjnym.

Klient kupuje akumulator. Ze względów bezpieczeństwa akumulator wysłany został pusty, zaś kupujący dostał instrukcję obsługi papierową, na maila + instrukcja była też wpisana na stronie aukcji. Wypłukać wodą destylowaną, osuszyć, napełnić kwasem.

Sprzedawca dostał negatywa, z treścią, że akumulator spalił się natychmiast po włączeniu.

Czemu się spalił? Otóż inteligentny inaczej klient wypełnił częściowo pierwszy punkt z instrukcji - napełnił wodą destylowaną i na tym koniec - taki z wodą włączyl...

Ale to przecież wina sprzedawcy!

Idioci

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 289 (Głosów: 303)

#75638

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadąc sobie ostatnio autobusem ujrzałam plakat z apelem o datki na ratowanie dziecka.

Wspaniały łzawy opis, jak to 15-miesięczny chłopiec od roku walczy ze złośliwym siatkówczakiem oka. Zdarza się. Wiadomo - tragedia, tym bardziej że dotyczy tak małego dziecka. ALE - w opisie podana suma 2 mln, które są potrzebne na leczenie w Ameryce. W ciągu tego roku 6 razy dzieciak miał wznowę, trzykrotnie przetaczano mu krew i był również już reanimowany.

Gdzie piekielność? Zbiórka jest na ratowanie oka. I chociaż w apelu jest napis "Pomóżcie uratować życie i oko x", to nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, żeby zauważyć, że najwyraźniej to życie jest mniej warte od zaatakowanego nowotworem oka, gdzie prawdopodobieństwo prawidłowego widzenia na nie jest praktycznie żadne.

"Lekarze doradzają usunięcie oka" - i mają rację! Złośliwe nowotwory mają to do siebie, że lubią dawać przerzuty - skoro mimo remisji już kilka razy nowotwór wracał, to tak naprawdę jest to prawdopodobnie już ostatni dzwonek, by poświęcić to oko (jedno - w drugim nowotworu nie ma) i dać dzieciakowi szansę na jakkolwiek normalne życie. Ale nie - ratujmy OCZKO malucha! Co z tego, że lada moment pojawią się przerzuty, co z tego, że im dłużej trwa leczenie, tym większe ryzyko, że siądą wątroba i nerki. OCZKO jest najważniejsze....

Rodzice...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (Głosów: 272)

#75078

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to często bywa - historia http://piekielni.pl/75070 o piekielnej informatyczce przypomniała mi akcję z mojego ogólniaka.

Nauczyciel informatyki w moim ogólniaku był osobnikiem, jakich niestety często można spotkać w szkołach (w każdym razie wtedy) Odbył jakiś kurs od siedmiu boleści, zdobył uprawnienia i heja nauczać młodych...

Problem z nim był taki, że prawdopodobnie wykuł teorię na pamięć, jednak nie trudził się by ją zrozumieć - co dało efekt taki, że zastosowanie jej w praktyce było godne pożałowania.

Któregoś razu, gdy "przerabialiśmy" Excela postanowił sprawdzić nasze umiejętności.

Porozdawał karteczki z napisaną na nich formułą, którą prawidłowo mieliśmy wklepać do excela, co by stworzyć jakiś tam wynalazek do obliczeń z przyciskami.

Efekt był taki, że calusieńka klasa zarobiła pały (tym, których nie było też wstawił - za nieobecność na sprawdzianie, który nie był w żaden sposób zapowiedziany).

Czemu tak fatalnie poszło pozornie proste zadanie? Otóż trep nie raczył sprawdzić, czy formuła, którą dostaliśmy na kartkach jest prawidłowa - zawierała kilka błędów. Znalazło się wprawdzie parę osób, które to zauważyły - jednak zwrócenie uwagi spotkało się z wielkimi pretensjami, jak to uczeń śmie podważać kompetencje nauczyciela. Ci z kolei, którzy błędy poprawili we własnym zakresie i wszystko zadziałało - dostali pały za nietrzymanie się polecenia i samowolne zmiany.

Historia ma pewien happy end, bo pały zostały anulowane po wizycie u dyrekcji. Nauczyciel jednak został.

I tak na zakończenie- zemsta jest słodka... Kilka osób potrafiących coś więcej niż odpalić pasjansa (w tym ja*) postanowiło dać trepowi popalić. Zaczęły się "kradzieże" kursora, instalowanie my programików zżerających caluteńką pamięć - tak, ze najprostsze programy miały problemy z odpalaniem się, "nieklikalny" pulpit (screen pulpitu jako tapeta a prawdziwe ikonki schowane) i w końcu moje ulubione - stworzyliśmy plik wsadowy odpalany przy starcie kompa, którego efektem była imitacja formatu. Nie było tu opcji wyłączenia, a reset kompa nic nie dawał - bo imitacja odpalała się zaraz po załadowaniu windowsa ^^ (do usunięcia tylko w trybie awaryjnym - którego trep włączyć nie umiał)

Pacan nigdy się nie domyślił, że to kochani uczniowie byli przyczyną jego problemów.

Dodam tu jeszcze, że rzecz działa się w roku szkolnym 2000/2001 - więc kompa wciąż nie każdy miał, nie mówiąc o internecie.

ps. Nazewnictwo "programów" tworzonych w excelu jest mi obce, stąd w tekście mogą być błędy tego dotyczące. Coś prostego jestem wprawdzie w stanie stworzyć, ale ni chuchu poleceń nie nazwę.

*W moim wykonaniu były niektóre pomysły, ewentualnie jakieś proste rzeczy, czy też odwracanie uwagi/stanie na czatach. Całkiem zielona nie byłam, ale też nie byłam geniuszem informatycznym jak niektórzy. Ogólnie panowała współpraca.

Informatyka w ogólniaku

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (Głosów: 220)

#73559

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardziej śmieszne niż piekielne.

Granica z Niemcami. Duży samochód - Vw LT przerobiony na kempingowy, w środku moja rodzinka (ja z siostrą w wieku późnopodstawówkowym) i trzy DUŻE psy. (Rok 1999, więc podstawówka trwała wtedy 8 lat i Polska nie była jeszcze w strefie Schengen).

Psy - jak już wspomniałam duże - dwie suki o wadze około 65kg i samiec ważący jakieś 80kg.*

Paszporty sprawdzone, papiery psów również, ale celnik chce jeszcze sprawdzić samochód. Tu istotne - między przodem, a częścią "mieszkalną" nie było przedziałki, więc od przodu częściowo można było zobaczyć wnętrze (przejść też się dało). Bezpośrednio na tył z kolei prowadziły drzwi rozsuwane z boku, oraz "normalne" z tyłu.

Celnik otwiera drzwi z tyłu, rozlega się chór warczenia, na twarzy celnika szok i niedowierzanie, drzwi się zatrzaskują.

I pada stwierdzenie:

- Krowy to się TIRem wozi!

* Rasa należąca do rodzaju mastiffów.

Granica

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (Głosów: 250)

#73106

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilkanaście lat temu z pełną premedytacją zabiłam psa kolegi.

Kolega wraz z całą swoją rodziną byli osobnikami BARDZO, ale to BARDZO wierzącymi. Naprawdę wierzący - nie było to latanie do kościoła na pokaz albo z przyzwyczajenia.

Mieli sobie psa - 10-letni wynalazek w typie owczarka niemieckiego.

W związku z wiekiem dolegały różne rzeczy - wśród tego od jakiegoś roku był rozsiany nowotwór na wątrobie.

Zadzwonili do mnie któregoś późnego wieczoru (okolice północy), czy nie mam może czegoś mocnego przeciwbólowego dla psa - "bo jakoś tak dziwnie się zachowuje".

Psa nie widziałam wtedy przez jakieś dwa miesiące... jak go tamtej nocy zobaczyłam, spotkał mnie szok.

Guzy nowotworowe mają to do siebie, że rosną bez ograniczeń, większość z nich w pewnym momencie zaczyna się tez rozpadać, co powoduje niegojące się rany (wzrostu to jednak nie powstrzymuje). W przypadku gdy guz znajduje się na wątrobie, rozpad skutkuje krwotokiem - i jest to sytuacja, gdzie albo się guza wytnie, albo pies umrze. Owczarek kolegi miał jednak pecha, że jego nowotwór miał postać rozsianą - zamiast jednego porządnego guza, duża ilość "ognisk" nowotworowych, z których każde rozrasta się dopóki tylko ma miejsce - i jednocześnie ogniska martwicowe (miejsca, gdzie guz zaczyna się rozpadać) są stosunkowo niewielkie - czyli też nie powodują takiego krwotoku jak normalny guz.

Rozrastają się, dopóki mają miejsce... No właśnie - u tego psa miejsca już nie było. Skórę miał napiętą do granic możliwości, nie był w stanie stać, chodzić ani nawet się położyć - cały brzuch miał wypełniony jednym wielkim nowotworem, który kiedyś był wątrobą. A skoro w jamie brzusznej nie było już miejsca - to i przepona była ściśnięta... A przez ucisk na przeponę pies nie mógł wziąć normalnego oddechu... Normalnie ilość oddechów u dużego psa to około 10 na minutę. U niego było to coś około setki... Mówiąc wprost - dusił się.

Gdy powiedziałam właścicielom, że psu pomoże już tylko i wyłącznie uśpienie, spotkałam się z jakże "logicznymi" argumentami typu "to niezgodne z wiarą", "to wola Boża" i ogólnie, jak to eutanazja jest wbrew Bogu. Nieważne, że pies w tym stanie może się jeszcze przez kilka dni męczyć, gdzie nie ma najmniejszej szansy na poprawę...

Uświadomiłam właścicieli, że pies prawdopodobnie nie dożyje świtu i że lek może mieć działanie nasenne - przy czym, jeśli pies się położy - to się udusi. "Jeśli Bóg zechce, żeby tak było, to niech będzie". Zgodzili się.

Pies lekarstwo dostał, właściciele dostali jeszcze dodatkowo dwie strzykawki z przykazaniem podawania co 4 godziny. W tym, co dałam ja, był 1 ml leku rozcieńczony do 5. Oni dostali 5 ml bez rozcieńczenia.

I tak na koniec gwoli wyjaśnienia - nie mogłam ostrzec, że "być może" po podaniu pies umrze i od razu przedawkować lek - uznaliby to za zbyt dużą ingerencję w "wolę Boga".

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (Głosów: 378)
zarchiwizowany

#73139

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miało to miejsce około 30 - 40 lat temu w Niemczech.

Pewien Polak pracował sobie jako operator dźwigu typu żuraw.

Któregoś razu o nieludzkiej godzinie (nie podam dokładnej bo jej po prostu nie znam - jakoś przed świtem), przybył do pracy. Ciemno, chłodno, spać się chce, wdrapuje się po drabince na swoje miejsce pracy. Dodatkowo jeszcze wiało, więc do drabinki był dość mocno przytulony.

Gdzieś w połowie drogi zaczepił o coś kapturem. Po krótkiej chwili "wytrząsnął" (jak to sam określił) przyczynę zaczepienia z kaptura i wdrapywał się dalej.

Zaczął pracę, minęło jakieś pół godziny - a tu zaczyna się jakieś dziwne poruszenie na dole. Ludziska kłębią się o coś pokazuję na dźwig. O komórkach nikt wtedy nie słyszał, więc kontakt utrudniony. Ale coś tam krzyczą, coś pokazują.

Pracownik przerwał prace, wychyla się by spojrzeć o co chodzi (Czyżby coś zepsuł?) Spojrzał i w tył zwrot.

Mniej więcej w połowie drogi, tuż przy drabince majta się to o co osobnik zaczepił kapturem... Wisielec.

Cóz, trzeba jakoś zejść. Z niemałymi oporami pracownik rusza na dół, docierają do niego krzyki typu "sprawdź czy żyje" co spotyka się z komentarzem "sam sobie kurrr sprawdzaj". Mijając wisielca osobnik rzucił tylko okiem (w oryginale był tu dość szczegółowy opis trupa, miedzy innymi szczegół, że był powieszony na dość cienkim drucie - oszczędzę wam go) i pognał na dół.

Wisielcem był 19 letni chłopak pochodzenia jugosłowiańskiego, zatrudniony na czarno kilka tygodni wcześniej.

Sam fakt znalezienia trupa w takim miejscu jest piekielny, ale większa piekielność zdarzyła się później.

Stwierdzono samobójstwo.

chłopak miał drutem związane ręce...

Przeszłość

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (Głosów: 90)

#72235

(PW) ·
| Do ulubionych
Lekarz weterynarii powinien posiadać pewną wiedzę... Niestety niektórzy skutecznie mijają się z powołaniem...


Pewna pani miała sobie koteczkę. U koteczki, gdy ta miała 7 miesięcy, pani zauważyła malutkie guzki przy sutkach. Po miesiącu guzki były już wielkości orzechów włoskich. Sąsiadka poleciła pani jakiegoś weterynarza, rozpływając się w zachwytach "bo ona chodzi do niego z Fafikiem już x lat i on taki dobry jest" - problem polegał na tym, że największym problemem zdrowotnym Fafika były co najwyżej zbyt długie pazury...

Weterynarz obejrzał kotkę, obmacał, poudawał, że myśli i dał zastrzyk, z zaleceniem owych zastrzyków przez jakiś czas.

Zastrzyki nie pomogły, wręcz przeciwnie - po dwóch tygodniach guzy dorastały już do wielkości mandarynek i zaczęły pojawiać się krwawiące, niegojące się rany.

Pani poszła do innego weterynarza, który stwierdził, że w takim stadium to na pewno kotka ma już przerzuty i trzeba ją uśpić. W wielkim smutku, by koteczki nie męczyć, pani się zgodziła.

I tak oto niespełna 9-miesięczna kotka straciła życie przez dwóch inteligentnych inaczej debili. Gdzie drugi był gorszym idiotą od pierwszego.

Pierwszy konował potraktował guzy jako typowy nowotwór sutków i zafundował kotce kurację sterydową - kuracja taka zmniejsza obrzęk i spowalnia wzrost nowotworu. Pod warunkiem, że to rzeczywiście nowotwór...

Drugiemu nie przyszło do łba, że skoro kot nie ma nawet roku i dodatkowo kuracja sterydami przyspieszyła wzrost, to coś jest nie halo i warto by było się zastanowić (inna sprawa, że objawy wręcz wrzeszczą o tym, jaka jest prawdziwa przyczyna i zasranym obowiązkiem weterynarza jest ją rozpoznać.)

Co było kotce? Problemy hormonalne. Wystarczyłoby ją wysterylizować - przed sterydami guzy zniknęłyby po około miesiącu, po kuracji i popękaniu skóry - zajęłoby to około 2 miesięcy.

I tak na koniec - u młodych kotek po pierwszej rui czasem dochodzi właśnie do tego, że na sutkach pojawiają się guzy - nie mają one nic wspólnego z klasycznym nowotworem - czyli po prawidłowym leczeniu (sterylka) nie ma nawrotów ani nie ma tu żadnego ryzyka, że pojawią się przerzuty. Rany mogą się pojawić nie z powodu rozpadu guza, a dlatego, że skóra ma ograniczoną rozciągliwość. No i niestety zdarzają się weterynarze, którzy traktują guzy hormonalne jak nowotwory - czyli faszerowanie sterydami czy też wycinanie ich (obie listwy mleczne w całości - BARDZO poważny zabieg - napięcie skóry staje się tu tak duże, że każdy najlżejszy dotyk staje się dla zwierzęcia katorgą).

I tu jeszcze kolejny częsty błąd weterynarzy - tym razem w przypadku nowotworów sutków (bez względu na gatunek)- wytną guzy bez sterylki. W ten sposób pojawia się gwarancja nawrotu (nowotwory sutków są ściśle powiązane z hormonami - wszelkie wahania hormonów - ruje czy cieczki sprzyjają rozrostowi i nawrotom).

Weterynarze

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (Głosów: 155)