Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Iras

Zamieszcza historie od: 30 maja 2011 - 2:09
Ostatnio: 18 stycznia 2017 - 6:58
  • Historii na głównej: 15 z 21
  • Punktów za historie: 5738
  • Komentarzy: 411
  • Punktów za komentarze: 2668
 

#76605

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep internetowy handlujący na portalu aukcyjnym.

Klient kupuje akumulator. Ze względów bezpieczeństwa akumulator wysłany został pusty, zaś kupujący dostał instrukcję obsługi papierową, na maila + instrukcja była też wpisana na stronie aukcji. Wypłukać wodą destylowaną, osuszyć, napełnić kwasem.

Sprzedawca dostał negatywa, z treścią, że akumulator spalił się natychmiast po włączeniu.

Czemu się spalił? Otóż inteligentny inaczej klient wypełnił częściowo pierwszy punkt z instrukcji - napełnił wodą destylowaną i na tym koniec - taki z wodą włączyl...

Ale to przecież wina sprzedawcy!

Idioci

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 284 (Głosów: 296)

#75638

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadąc sobie ostatnio autobusem ujrzałam plakat z apelem o datki na ratowanie dziecka.

Wspaniały łzawy opis, jak to 15-miesięczny chłopiec od roku walczy ze złośliwym siatkówczakiem oka. Zdarza się. Wiadomo - tragedia, tym bardziej że dotyczy tak małego dziecka. ALE - w opisie podana suma 2 mln, które są potrzebne na leczenie w Ameryce. W ciągu tego roku 6 razy dzieciak miał wznowę, trzykrotnie przetaczano mu krew i był również już reanimowany.

Gdzie piekielność? Zbiórka jest na ratowanie oka. I chociaż w apelu jest napis "Pomóżcie uratować życie i oko x", to nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, żeby zauważyć, że najwyraźniej to życie jest mniej warte od zaatakowanego nowotworem oka, gdzie prawdopodobieństwo prawidłowego widzenia na nie jest praktycznie żadne.

"Lekarze doradzają usunięcie oka" - i mają rację! Złośliwe nowotwory mają to do siebie, że lubią dawać przerzuty - skoro mimo remisji już kilka razy nowotwór wracał, to tak naprawdę jest to prawdopodobnie już ostatni dzwonek, by poświęcić to oko (jedno - w drugim nowotworu nie ma) i dać dzieciakowi szansę na jakkolwiek normalne życie. Ale nie - ratujmy OCZKO malucha! Co z tego, że lada moment pojawią się przerzuty, co z tego, że im dłużej trwa leczenie, tym większe ryzyko, że siądą wątroba i nerki. OCZKO jest najważniejsze....

Rodzice...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (Głosów: 271)

#75078

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to często bywa - historia http://piekielni.pl/75070 o piekielnej informatyczce przypomniała mi akcję z mojego ogólniaka.

Nauczyciel informatyki w moim ogólniaku był osobnikiem, jakich niestety często można spotkać w szkołach (w każdym razie wtedy) Odbył jakiś kurs od siedmiu boleści, zdobył uprawnienia i heja nauczać młodych...

Problem z nim był taki, że prawdopodobnie wykuł teorię na pamięć, jednak nie trudził się by ją zrozumieć - co dało efekt taki, że zastosowanie jej w praktyce było godne pożałowania.

Któregoś razu, gdy "przerabialiśmy" Excela postanowił sprawdzić nasze umiejętności.

Porozdawał karteczki z napisaną na nich formułą, którą prawidłowo mieliśmy wklepać do excela, co by stworzyć jakiś tam wynalazek do obliczeń z przyciskami.

Efekt był taki, że calusieńka klasa zarobiła pały (tym, których nie było też wstawił - za nieobecność na sprawdzianie, który nie był w żaden sposób zapowiedziany).

Czemu tak fatalnie poszło pozornie proste zadanie? Otóż trep nie raczył sprawdzić, czy formuła, którą dostaliśmy na kartkach jest prawidłowa - zawierała kilka błędów. Znalazło się wprawdzie parę osób, które to zauważyły - jednak zwrócenie uwagi spotkało się z wielkimi pretensjami, jak to uczeń śmie podważać kompetencje nauczyciela. Ci z kolei, którzy błędy poprawili we własnym zakresie i wszystko zadziałało - dostali pały za nietrzymanie się polecenia i samowolne zmiany.

Historia ma pewien happy end, bo pały zostały anulowane po wizycie u dyrekcji. Nauczyciel jednak został.

I tak na zakończenie- zemsta jest słodka... Kilka osób potrafiących coś więcej niż odpalić pasjansa (w tym ja*) postanowiło dać trepowi popalić. Zaczęły się "kradzieże" kursora, instalowanie my programików zżerających caluteńką pamięć - tak, ze najprostsze programy miały problemy z odpalaniem się, "nieklikalny" pulpit (screen pulpitu jako tapeta a prawdziwe ikonki schowane) i w końcu moje ulubione - stworzyliśmy plik wsadowy odpalany przy starcie kompa, którego efektem była imitacja formatu. Nie było tu opcji wyłączenia, a reset kompa nic nie dawał - bo imitacja odpalała się zaraz po załadowaniu windowsa ^^ (do usunięcia tylko w trybie awaryjnym - którego trep włączyć nie umiał)

Pacan nigdy się nie domyślił, że to kochani uczniowie byli przyczyną jego problemów.

Dodam tu jeszcze, że rzecz działa się w roku szkolnym 2000/2001 - więc kompa wciąż nie każdy miał, nie mówiąc o internecie.

ps. Nazewnictwo "programów" tworzonych w excelu jest mi obce, stąd w tekście mogą być błędy tego dotyczące. Coś prostego jestem wprawdzie w stanie stworzyć, ale ni chuchu poleceń nie nazwę.

*W moim wykonaniu były niektóre pomysły, ewentualnie jakieś proste rzeczy, czy też odwracanie uwagi/stanie na czatach. Całkiem zielona nie byłam, ale też nie byłam geniuszem informatycznym jak niektórzy. Ogólnie panowała współpraca.

Informatyka w ogólniaku

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (Głosów: 218)

#73559

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardziej śmieszne niż piekielne.

Granica z Niemcami. Duży samochód - Vw LT przerobiony na kempingowy, w środku moja rodzinka (ja z siostrą w wieku późnopodstawówkowym) i trzy DUŻE psy. (Rok 1999, więc podstawówka trwała wtedy 8 lat i Polska nie była jeszcze w strefie Schengen).

Psy - jak już wspomniałam duże - dwie suki o wadze około 65kg i samiec ważący jakieś 80kg.*

Paszporty sprawdzone, papiery psów również, ale celnik chce jeszcze sprawdzić samochód. Tu istotne - między przodem, a częścią "mieszkalną" nie było przedziałki, więc od przodu częściowo można było zobaczyć wnętrze (przejść też się dało). Bezpośrednio na tył z kolei prowadziły drzwi rozsuwane z boku, oraz "normalne" z tyłu.

Celnik otwiera drzwi z tyłu, rozlega się chór warczenia, na twarzy celnika szok i niedowierzanie, drzwi się zatrzaskują.

I pada stwierdzenie:

- Krowy to się TIRem wozi!

* Rasa należąca do rodzaju mastiffów.

Granica

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (Głosów: 249)

#73106

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilkanaście lat temu z pełną premedytacją zabiłam psa kolegi.

Kolega wraz z całą swoją rodziną byli osobnikami BARDZO, ale to BARDZO wierzącymi. Naprawdę wierzący - nie było to latanie do kościoła na pokaz albo z przyzwyczajenia.

Mieli sobie psa - 10-letni wynalazek w typie owczarka niemieckiego.

W związku z wiekiem dolegały różne rzeczy - wśród tego od jakiegoś roku był rozsiany nowotwór na wątrobie.

Zadzwonili do mnie któregoś późnego wieczoru (okolice północy), czy nie mam może czegoś mocnego przeciwbólowego dla psa - "bo jakoś tak dziwnie się zachowuje".

Psa nie widziałam wtedy przez jakieś dwa miesiące... jak go tamtej nocy zobaczyłam, spotkał mnie szok.

Guzy nowotworowe mają to do siebie, że rosną bez ograniczeń, większość z nich w pewnym momencie zaczyna się tez rozpadać, co powoduje niegojące się rany (wzrostu to jednak nie powstrzymuje). W przypadku gdy guz znajduje się na wątrobie, rozpad skutkuje krwotokiem - i jest to sytuacja, gdzie albo się guza wytnie, albo pies umrze. Owczarek kolegi miał jednak pecha, że jego nowotwór miał postać rozsianą - zamiast jednego porządnego guza, duża ilość "ognisk" nowotworowych, z których każde rozrasta się dopóki tylko ma miejsce - i jednocześnie ogniska martwicowe (miejsca, gdzie guz zaczyna się rozpadać) są stosunkowo niewielkie - czyli też nie powodują takiego krwotoku jak normalny guz.

Rozrastają się, dopóki mają miejsce... No właśnie - u tego psa miejsca już nie było. Skórę miał napiętą do granic możliwości, nie był w stanie stać, chodzić ani nawet się położyć - cały brzuch miał wypełniony jednym wielkim nowotworem, który kiedyś był wątrobą. A skoro w jamie brzusznej nie było już miejsca - to i przepona była ściśnięta... A przez ucisk na przeponę pies nie mógł wziąć normalnego oddechu... Normalnie ilość oddechów u dużego psa to około 10 na minutę. U niego było to coś około setki... Mówiąc wprost - dusił się.

Gdy powiedziałam właścicielom, że psu pomoże już tylko i wyłącznie uśpienie, spotkałam się z jakże "logicznymi" argumentami typu "to niezgodne z wiarą", "to wola Boża" i ogólnie, jak to eutanazja jest wbrew Bogu. Nieważne, że pies w tym stanie może się jeszcze przez kilka dni męczyć, gdzie nie ma najmniejszej szansy na poprawę...

Uświadomiłam właścicieli, że pies prawdopodobnie nie dożyje świtu i że lek może mieć działanie nasenne - przy czym, jeśli pies się położy - to się udusi. "Jeśli Bóg zechce, żeby tak było, to niech będzie". Zgodzili się.

Pies lekarstwo dostał, właściciele dostali jeszcze dodatkowo dwie strzykawki z przykazaniem podawania co 4 godziny. W tym, co dałam ja, był 1 ml leku rozcieńczony do 5. Oni dostali 5 ml bez rozcieńczenia.

I tak na koniec gwoli wyjaśnienia - nie mogłam ostrzec, że "być może" po podaniu pies umrze i od razu przedawkować lek - uznaliby to za zbyt dużą ingerencję w "wolę Boga".

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 321 (Głosów: 375)
zarchiwizowany

#73139

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miało to miejsce około 30 - 40 lat temu w Niemczech.

Pewien Polak pracował sobie jako operator dźwigu typu żuraw.

Któregoś razu o nieludzkiej godzinie (nie podam dokładnej bo jej po prostu nie znam - jakoś przed świtem), przybył do pracy. Ciemno, chłodno, spać się chce, wdrapuje się po drabince na swoje miejsce pracy. Dodatkowo jeszcze wiało, więc do drabinki był dość mocno przytulony.

Gdzieś w połowie drogi zaczepił o coś kapturem. Po krótkiej chwili "wytrząsnął" (jak to sam określił) przyczynę zaczepienia z kaptura i wdrapywał się dalej.

Zaczął pracę, minęło jakieś pół godziny - a tu zaczyna się jakieś dziwne poruszenie na dole. Ludziska kłębią się o coś pokazuję na dźwig. O komórkach nikt wtedy nie słyszał, więc kontakt utrudniony. Ale coś tam krzyczą, coś pokazują.

Pracownik przerwał prace, wychyla się by spojrzeć o co chodzi (Czyżby coś zepsuł?) Spojrzał i w tył zwrot.

Mniej więcej w połowie drogi, tuż przy drabince majta się to o co osobnik zaczepił kapturem... Wisielec.

Cóz, trzeba jakoś zejść. Z niemałymi oporami pracownik rusza na dół, docierają do niego krzyki typu "sprawdź czy żyje" co spotyka się z komentarzem "sam sobie kurrr sprawdzaj". Mijając wisielca osobnik rzucił tylko okiem (w oryginale był tu dość szczegółowy opis trupa, miedzy innymi szczegół, że był powieszony na dość cienkim drucie - oszczędzę wam go) i pognał na dół.

Wisielcem był 19 letni chłopak pochodzenia jugosłowiańskiego, zatrudniony na czarno kilka tygodni wcześniej.

Sam fakt znalezienia trupa w takim miejscu jest piekielny, ale większa piekielność zdarzyła się później.

Stwierdzono samobójstwo.

chłopak miał drutem związane ręce...

Przeszłość

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (Głosów: 88)

#72235

(PW) ·
| Do ulubionych
Lekarz weterynarii powinien posiadać pewną wiedzę... Niestety niektórzy skutecznie mijają się z powołaniem...


Pewna pani miała sobie koteczkę. U koteczki, gdy ta miała 7 miesięcy, pani zauważyła malutkie guzki przy sutkach. Po miesiącu guzki były już wielkości orzechów włoskich. Sąsiadka poleciła pani jakiegoś weterynarza, rozpływając się w zachwytach "bo ona chodzi do niego z Fafikiem już x lat i on taki dobry jest" - problem polegał na tym, że największym problemem zdrowotnym Fafika były co najwyżej zbyt długie pazury...

Weterynarz obejrzał kotkę, obmacał, poudawał, że myśli i dał zastrzyk, z zaleceniem owych zastrzyków przez jakiś czas.

Zastrzyki nie pomogły, wręcz przeciwnie - po dwóch tygodniach guzy dorastały już do wielkości mandarynek i zaczęły pojawiać się krwawiące, niegojące się rany.

Pani poszła do innego weterynarza, który stwierdził, że w takim stadium to na pewno kotka ma już przerzuty i trzeba ją uśpić. W wielkim smutku, by koteczki nie męczyć, pani się zgodziła.

I tak oto niespełna 9-miesięczna kotka straciła życie przez dwóch inteligentnych inaczej debili. Gdzie drugi był gorszym idiotą od pierwszego.

Pierwszy konował potraktował guzy jako typowy nowotwór sutków i zafundował kotce kurację sterydową - kuracja taka zmniejsza obrzęk i spowalnia wzrost nowotworu. Pod warunkiem, że to rzeczywiście nowotwór...

Drugiemu nie przyszło do łba, że skoro kot nie ma nawet roku i dodatkowo kuracja sterydami przyspieszyła wzrost, to coś jest nie halo i warto by było się zastanowić (inna sprawa, że objawy wręcz wrzeszczą o tym, jaka jest prawdziwa przyczyna i zasranym obowiązkiem weterynarza jest ją rozpoznać.)

Co było kotce? Problemy hormonalne. Wystarczyłoby ją wysterylizować - przed sterydami guzy zniknęłyby po około miesiącu, po kuracji i popękaniu skóry - zajęłoby to około 2 miesięcy.

I tak na koniec - u młodych kotek po pierwszej rui czasem dochodzi właśnie do tego, że na sutkach pojawiają się guzy - nie mają one nic wspólnego z klasycznym nowotworem - czyli po prawidłowym leczeniu (sterylka) nie ma nawrotów ani nie ma tu żadnego ryzyka, że pojawią się przerzuty. Rany mogą się pojawić nie z powodu rozpadu guza, a dlatego, że skóra ma ograniczoną rozciągliwość. No i niestety zdarzają się weterynarze, którzy traktują guzy hormonalne jak nowotwory - czyli faszerowanie sterydami czy też wycinanie ich (obie listwy mleczne w całości - BARDZO poważny zabieg - napięcie skóry staje się tu tak duże, że każdy najlżejszy dotyk staje się dla zwierzęcia katorgą).

I tu jeszcze kolejny częsty błąd weterynarzy - tym razem w przypadku nowotworów sutków (bez względu na gatunek)- wytną guzy bez sterylki. W ten sposób pojawia się gwarancja nawrotu (nowotwory sutków są ściśle powiązane z hormonami - wszelkie wahania hormonów - ruje czy cieczki sprzyjają rozrostowi i nawrotom).

Weterynarze

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (Głosów: 153)

#72273

(PW) ·
| Do ulubionych
Rok 1995. Pewna rodzinka w modelu 2+2 wybudowała sobie dom i się do niego wprowadziła jakieś 4 miesiące przed zdarzeniem, które opiszę. Razem z domem dorobili się psa, który "przybył" dwa lata wcześniej na teren budowy domu.

Wieczór, ojciec drzemie na kanapie w salonie, matka krząta się w kuchni, dzieci (10 i 11 lat) również w kuchni - szamają kolację. Przybiega pies - kundelek, niepodobny do niczego, o wadze 18 kg. Matka słyszy jak młodsze z dzieci coś woła, wstaje od stołu i po chwili już tylko wrzask dziecka i warczenie - dziecko zwinięte w kłębek, próbuje się rękami zakryć, a pies gryzie je gdzie popadnie - po głowie, rękach, plecach...

Potem szpital itp. itd. Psu coś "odbiło" blablabla. Ogólny bilans dla dziecka - szycie i parę szram na stałe.

A teraz się cofnijmy do czasu sprzed wprowadzenia się rodziny do domu:
W trakcie budowy, gdy zostały wykończone jakieś podstawy, do domu wprowadziła się babcia, babcia zawsze podkreślała "jak ona bardzo kocha zwierzęta, psy szczególnie i jaka to ona dobra dla nich"...

Nie wiadomo skąd wytrzasnęła szczeniaka, faktem za to jest, że 3-miesięczny szczeniak był trzymany przez babcię "kochającą psy" na łańcuchu. Półmetrowym. Za budę służyło mu parę opartych o mur desek (bez podłoża "oczywiście"). A jak babcia go karmiła dobrze! Rozmoczony chleb, "okraszony skwarkami" (ekhm...).

Pies z łańcucha był spuszczany tylko i wyłącznie jak rodzina przyjeżdżała na wakacje czy święta - przyjazdy nie były zapowiedziane, więc najczęściej, gdy przyjeżdżali, zastawali psa na łańcuchu skróconym tak, że nawet się położyć nie mógł (a bo robotnikom przeszkadzał). Pies bał się gwałtowniejszych ruchów, na widok kija kulił się, nie miał pojęcia co to głaskanie. I ogólnie wyrósł na agresora.

Gehenna skończyła się, gdy rodzinka się wprowadziła.

A skąd dokładniej atak na dziecko? Dziecko zachowało się jak dziecko, pies jak pies - nie było żadnego "odbicia". Pies znalazł gdzieś zabawkę dziecka (niektórzy może kojarzą - futrzaste skaczące pająki) i właśnie z tą zabawką przyszedł. Dziecko poderwało się z okrzykiem "mój pajączek!" i machając górnymi odnóżami skoczyło do psa.

Historia z happy endem - do rodziców dotarło, że to nie była kwestia "odbicia", tylko między innymi efekt tego, że dla psa gwałtowny ruch, przez większość jego życia, był jednoznaczny z bólem i po prostu była to reakcja obronna.

Pies umarł mi na rękach 11 lat po tym zdarzeniu, po miesięcznej walce z efektami "zdrowego żywienia" za młodu - siadły mu wątroba i nerki. Przynajmniej mam po nim jakąś "pamiątkę" w postaci paru blizn...

pies z łańcucha.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 338 (Głosów: 362)

#70252

(PW) ·
| Do ulubionych
Ogólna piekielność historii ogólnie niewielka, ale sytuacja co najmniej przykra.

Na wstępie - mieszkam w domu "jednorodzinnym"- na piętrze ja z matką, na dole siostra z mężem (teraz jeszcze z dzieckiem).

Wigilia rok temu. Przygotowania całą parą, ale trafiło się, ze tego dnia byłam w pracy - przez wzgląd na wigilię czas wyjścia z roboty był ustawiony na "jak skończymy co mamy zrobić" Przewidywana godzina zakończenia 15 - 16.

Ja w pracy, w kontakcie z rodzinką za pomocą telefonu.

Czas wyjścia z roboty w końcu mniej więcej stał się znany (+- 10 minut). Dałam rodzinie znać, o której mniej więcej wyjdę i ile zajmie mi powrót do domu (rowerem - normalnie dojazd zajmował mi około pół godziny, w związku z warunkami pogodowymi mógł się jednak przedłużyć).

Robota skończona, sms do siostry, że właśnie wychodzę i w świątecznym nastroju powrót.

Wróciłam do domu i nastrój prysł... Zaczęli sobie "kolację" wigilijną mniej więcej w czasie gdy dostali wiadomość, że wychodzę z roboty (około 16)

Na pytanie dlaczego nie zaczekali te pół godziny siostra stwierdziła "głodna byłam"...

święta/rodzina

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 258 (Głosów: 392)

#67480

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia raczej zabawna niż piekielna i aż dziw bierze, że coś takiego mogło się wydarzyć.

Moi rodzice mieli sobie samochód. Jakiśtam Vw, kombiak - marka na dobrą sprawę nieistotna. Istotna za to ogólna jakość. Samochód typu "Niemiec płakał jak sprzedawał" - ale ze śmiechu, że ktokolwiek kupił ten złom.

Ogólny stan: drzwi do bagażnika z innego, nawet nieprzelakierowane, obicie drzwi (nie wiem jak to się nazywa) pozrywane, tylne siedzenia usunięte, przeżarty rdzą, a boczne szyby zawsze mnie rozwalały - w szczeliny gdzie szyby "chowają się" w drzwi były wetknięte śrubokręty, coby szyby nie latały... Za to paradoksalnie - silnik i skrzynia biegów sprawne.

No i rodzice postanowili opchnąć ten obraz nędzy i rozpaczy. Chętni się znaleźli, obejrzeli, pogadali, cenę stargowali na zawrotne 700 zł. I tu warto dodać dwie kwestie - mieszkam w stosunkowo niewielkiej miejscowości, oraz to, że panowie (trzech ich było) dwaj z nich byli łagodnie mówiąc charakterystyczni - jeden DŁUGA broda i siwe włosy do pasa, drugi z kolei z pokaźną blizną na facjacie i bielmem na oku.

No i dochodzimy do pierwszej piekielności - jazda próbna. Moi rodzice postąpili niesamowicie inteligentnie... Wzięli zaliczkę w wysokości 200 zł. i.. puścili panów samych. Oczywiście z kompletem dokumentów...

Nie trzeba być geniuszem, żeby się domyśleć, że panowie nie wrócili. Po paru godzinach postanowili iść na policję, "straty" nie szkoda - bardziej chodziło o kwestię, że mordy podejrzane, a samochód w papierach nasz.

Na posterunku pogadanka, policjant daje nam do zrozumienia, że prawdopodobieństwo znalezienia tych gości graniczy z cudem - bo dobrych 5h mogą być już na niemalże drugim końcu Polski, aż dochodzi do momentu, gdy goście zostali opisani. Policjant się uśmiecha i woła do kolegi:
- Paweł, bierz Krzyśka i jedźcie zwinąć Staszka!
My w szoku - okazało się, że owi panowie mieszkają w naszej miejscowości i są policji BARDZO dobrze znani, jak i okolica w której "pracują". Samochód odnalazł się na posesji jednego z owych osobników - jeszcze nie ruszony.

Sprawa również dziwnie się zakończyła (jak dokładnie nie wiem)- Do zakończenia transakcji doszło, dopłacili brakujące pieniądze (finalizował ten, który nie był charakterystyczny - nie został aresztowany), samochód został przepisany. Prosili również o wycofanie oskarżenia, czego nie dało się tego zrobić. Żadnej rozprawy jednak nie było i ostatecznie nie było też wyroku.

Nie ma to jak inteligencja... dawać na jazdę próbną samochód, nie jadąc z kupującymi, nie biorąc nic w zastaw... a z drugiej strony kraść samochód w niewielkim mieście, będąc znanym policji i mając twarz, którą zapamiętuje się natychmiast...

Złodziej

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 278 (Głosów: 348)