Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Iras

Zamieszcza historie od: 30 maja 2011 - 2:09
Ostatnio: 21 października 2017 - 23:23
  • Historii na głównej: 23 z 29
  • Punktów za historie: 7274
  • Komentarzy: 604
  • Punktów za komentarze: 4100
 

#79852

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeden z wielu biurowców w warszawskim Mordorze. Czyli w sumie budynek opanowany przez korposzczury. Firmy różne, przy czym z racji wymagań, większość pracowników jest po studiach, ewentualnie w trakcie.

Masa ludzi, wiadomo, że różne podejście do higieny, czy utrzymywania czystości. Jedno z pięter wybija się jednak poza standardowe "jutro umyję kubek".

Na tym piętrze owe "jutro" potrafi trwać tygodniami. Sprzątaczki obowiązku mycia naczyń nie mają, więc w naczyniach przy stanowiskach rozwijają się różne cywilizacje. Podobnie na stołówce.

Wszędzie, zarówno na stołówce, korytarzu, szatni, jak i w sali z komputerami, dzień w dzień, są porozlewane najróżniejsze napoje. Gdzie tylko w łazienkach i na stołówce są kafelki - cała reszta jest wyłożona wykładziną.

Łazienki - nagminnie pozalewane. Bynajmniej nie wodą - i dotyczy to zarówno damskich, jak i męskich (chociaż w meskich gorzej). "Pasy startowe" w każdym praktycznie kiblu. W damskiej z kolei zdarza się, że sedes i jego okolice (!) są pomazane krwią. Ściany czasem też obrywają...

Stanowiska z komputerami - prócz kubków, miseczek itp. wszędzie walają się okruchy, śmieci po żarciu z fast foodów (bo 2 metry do śmietnika to przecież za daleko..)Wszelkie okruchy powydeptywane w wykładzinę. podobnie gumy do żucia - na wykładzinie, pod biurkami, pod krzesłami. Zaś szczytem wszystkiego była akcja, że ktoś w*ierdalał słonecznika, a pogryzione łupiny wywalał pod biurko.

Taki syf zostawia przede wszystkim jedno pietro, gdzie ludzie mają swoje przypisane stanowiska i identyfikacja brudasów nie nastręcza trudności. Nasuwa się tylko pytanie - jak można być taką świnią (bez obrazy dla świń). A podobno to "cywilizowani ludzie, na poziomie"

Korposzczury z mordoru

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (141)

#79726

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko i na temat - typowe chamy ze wsi*.

Szwagier miał wczoraj od swojej rodziny przywieźć do nas psa*. Nie przywiózł. Jego ojciec - teść mojej siostry go zabił.

Siostra aktualnie stara się mnie namówić do wycofania zgłoszenia o popełnieniu przestępstwa "bo dość się już strachu najedli".

Niedoczekanie.

* Tyczy się to tych konkretnych ścierw i im podobnych.

* Pies miał 8 miesięcy, był w pełni zdrowy, łagodny etc. - i pisząc, że został zabity, dokładnie to mam na myśli. W jaki konkretnie sposób - nie wiem. Faktem jest, że nie było to uśpienie.

Chamy ze wsi

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (145)

#79544

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii o bezdomnych.

Mój chrzestny, były mąż mojej ciotki, jest bezdomny od około 25 lat. Od tego ćwierć wieku koczuje na strychu w pewnej kamienicy.

Kiedyś zdarzyło się nam, że nawiedził nas na wigilię - niespodziewany gość - było to jakieś 15 lat temu...

Osobnik został nakarmiony, ogólnie ugoszczony, oraz dostał od moich rodziców propozycję: może u nas zamieszkać.

Wyżywienie w naszym zakresie, gwarantowane "kieszonkowe". Warunki były w sumie dwa:
- pierwszy - pomoc w codziennych obowiązkach: ugotować dla psów (czasy, gdy rodzice ubzdurali sobie hodowlę - psów było wtedy bodajże 14 - bardzo dużych) sprzątnąć po nich teren + ewentualnie jeszcze jakieś drobniejsze prace na ogrodzie;
- drugi - nie chlać na umór.

W pierwszej reakcji osobnik zaczął rozpływać się w podziękowaniach… W drugiej - ulotnił się skoro świt, i tyle go widzieliśmy.

Cóż...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (150)

#77572

(PW) ·
| Do ulubionych
Do lecznicy weterynaryjnej trafił pies z problemem "nie może się wysikać, chociaż próbuje". Zdarza się - w pęcherzu moczowym tworzy się piasek, a jeśli nic się z tym nie zrobi - kamienie. W związku z tym, że pies, lat dwa, wielkości labradora, to i jego cewka moczowa, jak i moczowód nie należały do najmniejszych - więc zatkanie musiał spowodować istny "głaz".

Próba założenia cewnika zakończona niepowodzeniem - przeszkoda siedziała za mocno. No to zdjęcie rtg, żeby zobaczyc, czy w ogóle jest szansa przepchnięcia kamulca. I w efekcie - zdziwienie.

To nie był kamień tylko śrut. Pies został kiedyś postrzelony w brzuch z wiatrówki - śrut utknął w pęcherzu moczowym, a po jakimś czasie (dłuższym bo po ranie nie został nawet ślad) - znalazł moczowód i się w nim zaklinował.

Sam fakt postrzelenie psa jest piekielny, ale historia ma swój ciąg dalszy...

Początkowo były próby przepchnięcia śrutu do pęcherza - stamtąd laparoskopowo dałoby się go wyciągnąć i wszyscy byliby szczęśliwi Nie udało się jednak, więc z okolic cewki moczowej został wyciągnięty operacyjnie. Operacja dośc paskudna z mozliwymi komplikacjami pod postacią ryzyka, że moczowód się zarośnie - i tak się niestety stało.

Druga operacja - tzw. wyszycie cewki moczowej - czyli "z chłopca robi się dziewczynkę" niemalże dosłownie - bo polega to na zrobieniu ujścia przed problematycznym miejscem.

Tu byłoby już z górki, gdyby nie jeden szczegół - podejście właścicieli - uznali, że pies "ta strasznie się męczy w tym kołnierzu", więc pies latał bez żadnego zabezpieczenia rany pooperacyjnej. Czyli w rezultacie siedział non stop z nosem między nogami wylizując ranę i wydłubując szwy. Żadne tłumaczenia właścicielom nie dały rezultatu. "Kołnierza mu nie założą, bo się w nim męczy". A widok rozlizanej rany pooperacyjnej? To właśnie "najlepsze" - po trzech tygodniach (gdzie po 10 dniach powinno się wyciągnąć szwy) właścicielka stwierdziła, że ona "nie może już nie może na TO patrzeć, że widok tej paskudnej, niegojącej się (no bo i jak...) rany ją straszliwie obrzydza. Ona nie ma już siły i chce psa uśpić."

Ostatecznie skończyło się na tym, że podpisała zrzeczenie się praw do psa (z czym też były jazdy, "bo wy go będziecie tym kołnierzem męczyć").

"Logika" niektórych dobija...

Ludzie

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 330 (338)

#77465

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdy zepsuje się np. pralka - woła się fachowca, by sprawdził i naprawił. Jeśli "fachowiec" przyjedzie rzuci okiem z metra i stwierdzi, że naprawić się nie da - woła się drugiego, a czasami i trzeciego. Jeśli z kolei lekarz wystawi niekorzystną diagnozę - większość zamiast iść do innego, pójdzie kupić trumnę. "No bo lekarz to się zna"... Identyczne podejście jest w przypadku zwierząt...

Do lecznicy weterynaryjnej przyszli ludzie z psem. Pies - owczarek belgijski malinois, suka w bardzo podeszłym wieku - bo liczyła sobie wiosen 15. Wprowadzając ją, właściciele przytrzymywali ją ręcznikiem pod brzuchem i z drugim z przodu, a każdy krok był dla niej potwornym wysiłkiem.
Każdemu kto ją ujrzał przyszły do głowy dwie myśli - że pies nigdy w życiu weterynarza nie widział i że chociaż przyszli ją uśpić. Ogólny wygląd - obraz nędzy i rozpaczy, wychudzona, słaniająca się na nogach, nie była w stanie samodzielnie praktycznie zrobić kroku. I COŚ, co sprawiło, że wszystkim się nóż w kieszeni otworzył, na zasadzie "jak można do czegoś takiego dopuścić".

Pies miał na szyi guza. W sumie lepiej byłoby powiedzieć GUZA, chociaż i to nie nie jest w stanie go odzwierciedlić. GUZ łagodny, typu "na szypułce", sęk w tym, że szypułka w tym przypadku miała jakieś 30 cm. średnicy. Hodowany był przez 8 lat. Dlaczego? Bo właściciele przy pierwszej wizycie w związku z guzem usłyszeli, że tak starych psów się nie operuje. Kilka lat później, gdy guz osiągnął rozmiary piłki, chcieli się uprzeć na wycięcie, tym razem konował nastraszył ich, że pies w tym wieku NA PEWNO nie przeżyje. Uwierzyli - i dalej hodowali potwora. Guz rósł sobie dalej.

Przy rozmiarze dorodnego arbuza, właściciele postanowili zaryzykować i wyciąć draństwo, zaczęli szukać lekarza, który by to zrobił - i spotkali się z kolejnym stwierdzeniem - że guz jest zbyt duży, by ktokolwiek podjął się jego wycięcia. W końcu pies przestał samodzielnie chodzić, przez brak ruchu zaczęły zanikać mięśnie, a podniesienie samodzielnie głowy stało się niemożliwe - przytrzymywanie od przodu nie polegało na tym, że ręcznik był pod klatką piersiową. Był pod guzem, bo pies by go nie uniósł...

Do kolejnej lecznicy trafili przypadkiem, z zupełnie inną sprawą. Sunia zachorowała na ropomacicze. Przyszli na "zastrzyk" bo ich "wet" wyjechał. I niezmiernie się zdziwili, gdy dowiedzieli się o "szczególe", że jedynym skutecznym leczeniem ropomacicza jest operacja (sterylka z ryzykiem zwiększonym o połowę)- inaczej mają gwarancję nawrotu po kolejnej cieczce, a tego - i tak już wyniszczony - organizm psa nie przetrwa. Okazało się, że suka nigdy nie miała robionych żadnych badań - nawet podstawowych krwi, o ekg nawet nie mówiąc. Stwierdzenie, że nie przeżyje operacji, padło na zasadzie "rzucenia okiem" - jak przy wspomnianym na początku "fachowcu".

Waga suki przed operacją - 23 kg. Po operacji guz został zważony. 8 kilogramów.

Epilog: Badania wykonano - wyniki wyszły na tyle dobre, na ile tylko mogły być, biorąc pod uwagę wiek, chorobę z leczeniem, które było o kant D. potłuc i "obcego" na szyi. W pierwszej kolejności wycięto ropomacicze, dwa miesiące później - guza. Pies przeżył. Już w pierwszym tygodniu po wycięciu obcego, suka podejmowała pierwsze próby biegania (ciężko bez mięśni), po około dwóch miesiącach przestało być konieczne podtrzymywanie. W pewnym momencie właściciele stwierdzili, że nieważne ile jej zostało - warto było zaryzykować i widzieć sunię znowu cieszącą się życiem.

Ps. Niedowiarkom mogę podrzucić zdjęcia. Przed operacją, po, i samego guza.

Ps 2. Nie było tu kwestii finansowej - kuracja hormonalna przy ropomaciczu jest BARDZO kosztowna. Na psa o wadze 23 kg. jeden zastrzyk to koszt około 150 - 200 zł - a suka dostawała je przez co najmniej półtora tygodnia, codziennie.

I zakończenie ostateczne - jeśli ktoś chciałby się dowiedzieć czegoś o szczegółach np. ropomacicza - wystarczy spytać (miało być w historii, ale objętość byłaby dwukrotnie większa).

Ludzie

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (151)

#77244

(PW) ·
| Do ulubionych
W związku z historią #77243 - o tym jak ludzie uważają zabezpieczenie okien przed wypadnięciem kota za fanaberię.

W historii ciotka autorki wyciągnęła odpowiednie wnioski, nie zawsze tak się jednak dzieje.

Lecznica weterynaryjna, nocny dyżur. Do lecznicy wpada parka z kotem na rękach. Okazuje się, że kot to tzw. "spadochroniarz" - czyli wypadł z okna. W tym przypadku z 7 piętra.

Okazało się, że kotu poza uszkodzonymi stawami i pękniętą żuchwą (standardowe obrażenia przy wypadnięciu) nic się więcej nie stało. Właściciele dostali pogadankę o zabezpieczaniu okien, żuchwa zabezpieczona, kilka dni obserwacji w lecznicy, czy nic nie dodatkowego się nie okaże itp. Za miesiąc będzie dobrze.

Półtora miesiąca później - deja vu - Ci sami ludzie, z tym samym kotem... z tym samym problemem - wypadł z okna. Akurat trafili na lekarkę, która nie owija w bawełnę i się nie patyczkuje, więc czekał ich zdrowy OPR. Dlaczego nie zabezpieczyli okien? No bo przecież puszek już raz wypadł, to miał nauczkę, że powinien bardziej uważać... Kolejna pogadanka - tym razem na temat, że kot się NIE nauczy. Obrażenia tym razem były o wiele poważniejsze - wszystkie 4 łapy połamane, żuchwa strzaskana, pęknięta śledziona...

Nie dotarło. Pół roku później znowu oni. "już dwa razy wypadł, to przecież musiał wyciągnąć wnioski". Tym razem wypadł z innego okna i wylądował na betonie. Czwartego razu już nie będzie...

Zdarzały się również sytuacje, że ludzie przychodząc ze spadochroniarzem twierdzili, "no przecież widział jak mruczek wypadł, to powinien wiedzieć, że to niebezpieczne". Mruczek? a co z Mruczkiem? - No, nie przeżył.

Ludzie

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (221)

#76921

(PW) ·
| Do ulubionych
Hodowca psów - jak wiadomo, hoduje psy, żeby je sprzedać. Czasem zdarza się jednak, że pies do hodowcy wraca. A przyczyny oddawania ich potrafią zwalić z nóg.

Ludzie kupili sobie szczeniaczka. Rasowego, z dobrej hodowli. W momencie trafienia do nowego domu miał jakieś 8 tygodni. Z początku wydzwaniali codziennie "jaki to on nie jest cudowny".

Po miesiącu nagle chcą oddać. Dlaczego? Bo robi dużą kupę...
A jaki to był piesek? Mastif pirenejski.

Ludzie...

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (235)

#76763

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam kiedyś jak to moja babcia szczycąca się tym jak to ona kocha zwierzęta, pośrednio przyczyniła się do pogryzienia przez psa (http://piekielni.pl/72273) - w skrócie spaprała psu psychikę (krótki łańcuch od szczeniaka, bicie, do żarcia zlewki itp).

Zdarzyło się również, że w jej ręce trafił kot - za czasów gdy opiekowała się naszym domem, babcia postanowiła przygarnąć* koteczka "bo myszy harcują". Kociaka zamknęła na strychu "coby myszy łapał" i raz na jakiś czas stawiała mu miseczkę mleka. Gdy przyjechaliśmy, zastaliśmy obraz nędzy i rozpaczy - 4 miesięczny, zdziczały maluch, potwornie wychudzony, z zaropiałymi oczami i wszelkimi możliwymi pasożytami. Nie miał nawet siły uciekać, tylko bronił się zębami i pazurami.

Rodzice zrobili babci nieziemską awanturę i zakazali brania jakichkolwiek zwierząt. Kot został uratowany, doprowadzony do stanu używalności i - z racji tego, że rodzice mieli podejście, że koty są wredne i do człowieka się nie przywiązują - oddany dobrym znajomym z ówczesnego miejsca zamieszkania, którzy byli gotowi zająć się kotem wymagającym resocjalizacji i specjalnej opieki (jako konsekwencja głodówki doszło u kota już do częściowego stłuszczenia wątroby) mając jednocześnie świadomość, że długo żyć prawdopodobnie nie będzie. Miał 7 lat, gdy wątroba całkiem odmówiła współpracy.

Po awanturze nastąpiła "obraza majestatu" na jakiś czas, ale więcej zwierząt już nie brała.

*Jeszcze tak gwoli wyjaśnienia - o kocie dowiedzieliśmy się dopiero po przyjeździe, o tym jak był traktowany - od babci, bo się chwaliła jaka to ona dobra, że mu mleczka co jakiś czas daje...

Babcia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (187)

#76605

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep internetowy handlujący na portalu aukcyjnym.

Klient kupuje akumulator. Ze względów bezpieczeństwa akumulator wysłany został pusty, zaś kupujący dostał instrukcję obsługi papierową, na maila + instrukcja była też wpisana na stronie aukcji. Wypłukać wodą destylowaną, osuszyć, napełnić kwasem.

Sprzedawca dostał negatywa, z treścią, że akumulator spalił się natychmiast po włączeniu.

Czemu się spalił? Otóż inteligentny inaczej klient wypełnił częściowo pierwszy punkt z instrukcji - napełnił wodą destylowaną i na tym koniec - taki z wodą włączyl...

Ale to przecież wina sprzedawcy!

Idioci

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 292 (306)

#75638

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadąc sobie ostatnio autobusem ujrzałam plakat z apelem o datki na ratowanie dziecka.

Wspaniały łzawy opis, jak to 15-miesięczny chłopiec od roku walczy ze złośliwym siatkówczakiem oka. Zdarza się. Wiadomo - tragedia, tym bardziej że dotyczy tak małego dziecka. ALE - w opisie podana suma 2 mln, które są potrzebne na leczenie w Ameryce. W ciągu tego roku 6 razy dzieciak miał wznowę, trzykrotnie przetaczano mu krew i był również już reanimowany.

Gdzie piekielność? Zbiórka jest na ratowanie oka. I chociaż w apelu jest napis "Pomóżcie uratować życie i oko x", to nie trzeba mieć specjalistycznej wiedzy, żeby zauważyć, że najwyraźniej to życie jest mniej warte od zaatakowanego nowotworem oka, gdzie prawdopodobieństwo prawidłowego widzenia na nie jest praktycznie żadne.

"Lekarze doradzają usunięcie oka" - i mają rację! Złośliwe nowotwory mają to do siebie, że lubią dawać przerzuty - skoro mimo remisji już kilka razy nowotwór wracał, to tak naprawdę jest to prawdopodobnie już ostatni dzwonek, by poświęcić to oko (jedno - w drugim nowotworu nie ma) i dać dzieciakowi szansę na jakkolwiek normalne życie. Ale nie - ratujmy OCZKO malucha! Co z tego, że lada moment pojawią się przerzuty, co z tego, że im dłużej trwa leczenie, tym większe ryzyko, że siądą wątroba i nerki. OCZKO jest najważniejsze....

Rodzice...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (279)