Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Kamaiou

Zamieszcza historie od: 9 lutego 2017 - 8:02
Ostatnio: 24 czerwca 2017 - 20:26
  • Historii na głównej: 7 z 11
  • Punktów za historie: 1644
  • Komentarzy: 44
  • Punktów za komentarze: 130
 
zarchiwizowany

#77634

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Spisywanie protokołu przedślubnego (dla zainteresowanych - http://www.przewodnikmp.pl/protokol-przedslubny/) z przesympatycznym, aczkolwiek trochę roztargnionym księdzem.

Na pytania odpowiadaliśmy oddzielnie, na pierwszy ogień poszedł mój narzeczony. Szło mu całkiem sprawnie, dopóki ksiądz nie zadał pytania:
- Czy ma pan skłonności seksualne?
Mój narzeczony lekko się spłoszył, no bo jak to, facetem jest przecież, to nie można mieć...? Cichutko zaczyna:
- Skłonności seksualne...? No mam...
Ksiądz spojrzał na niego, z powrotem w swoje papiery i mówi:
- Przepraszam, przepraszam, nie doczytałem, homoseksualne miało być! Czy ma pan skłonności homoseksualne?
Narzeczony odetchnął i stwierdził, że takich to nie ma.

To samo pytanie u mnie, już bez pomyłki – odpowiadam, że nie mam. Ale u mnie księdzu zebrało się na przemyślenia, bo zamiast przejść do kolejnego pytania, to mówi:
- Same skłonności to jeszcze nie są takie złe...
Tu mnie zaciekawił - myślę sobie, że może chce mnie jakoś namówić na zwierzenia - ale zanim zdążyłam zareagować, ksiądz kontynuuje:
- Najgorszy to jest czynny homoseksualizm, wtedy to już strasznie jest...
- Ale jak to, proszę księdza, tak te lesbijki chcą śluby kościelne brać, z facetami? Po co?
- Dziecko proszę pani, one wszystko są gotowe zrobić żeby mieć dziecko...

Tu już nie dyskutowałam (bo jeszcze kilka pytań było przede mną), że przecież nie trzeba mieć ślubu kościelnego, żeby począć dziecko, ba - nie trzeba nawet faceta w dzisiejszych czasach, wystarczy bank spermy. Nie wiem, czy ksiądz mówił z doświadczenia, czy dzielił się przemyśleniami, ale gdybyście kiedyś byli na ślubie kościelnym lesbijki z mężczyzną, to będziecie wiedzieli, jaki jest powód.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (32)

#77224

(PW) ·
| Do ulubionych
Na naukach przedmałżeńskich pani prowadząca opowiedziała nam historię, która w jej zamyśle miała uświadomić nam powagę sakramentu małżeństwa, mnie natomiast skłoniła do refleksji, jak sztywny i pozbawiony miłosierdzia jest czasem kościół katolicki w swoich zasadach.

Był sobie pan, którego zostawiła żona. Wyjechała za granicę z nowym partnerem. Pan po jakimś czasie poznał nową kobietę, państwo się pokochali, ale niestety zmuszeni są żyć w grzechu. Ze względu na małżeństwo pana nie mogą brać udziału w komunii świętej, ponieważ żyją w grzechu ciężkim, a oboje są ludźmi głęboko wierzącymi i sytuacja ta sprawia im ból. Małżeństwa nie da się unieważnić, ponieważ nie został spełniony żaden z warunków, który pozwala stwierdzić, że nie zostało ono zawarte w sposób wiążący.

Według nauk kościoła osoby takie jak ten pan, które przecież w niczym nie zawiniły, do końca życia powinny żyć w separacji ze swoim małżonkiem i nie powinny układać sobie życia na nowo z kimś innym, jeśli chcą w pełni uczestniczyć w obrzędach mszy świętej. I gdzie w tej sytuacji miłosierdzie i wybaczenie, tak przecież ważne w wierze katolickiej?

zasady kościoła katolickiego

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (244)

#77217

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam kiedyś sms mniej więcej tej treści:
„Nie udało nam się dodzwonić, prosimy pilnie o telefon dziś o godzinie 18:00 na nr ... . C***s”.
Bardzo dziwne wydało mi się proszenie mnie o kontakt, skoro ktoś ma do mnie sprawę, ale z ciekawości sprawdziłam w internecie cóż to takiego ten C***s o podanym numerze telefonu.

No i okazało się, że jest to firma windykacyjna. Zrobiłam szybki rachunek sumienia - wszystkie rachunki opłacone, kredytu nie mam, na raty nawet żelazka nigdy nie kupiłam - co jest? Mimo sceptycznego podejścia co do zasadności kontaktu, postanowiłam zadzwonić w podanym terminie i wyjaśnić sprawę. Dodam, że mam lekką paranoję na punkcie danych osobowych i staram się ich byle gdzie i komu nie podawać. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

Ja: - Dzień dobry, dostałam dziś na mój numer telefonu 123456789 informację od państwa, aby pilnie się skontaktować, zatem dzwonię zapytać, o co chodzi?
Konsultantka (K): - Dzień dobry, Anna Piekielna, proszę podać imię i nazwisko.
Ja: Najpierw chciałabym dowiedzieć się o co chodzi, podaję jeszcze raz numer mojego telefonu, na który dostałam wiadomość 123456789, czy może pani sprawdzić?
K: - Ja nie mogę nic sprawdzić bez imienia i nazwiska, pani jest nieuprzejma, ja się przedstawiłam to i pani powinna!
Ja: - Ja nie chcę państwu budować bazy danych. Skoro mają państwo do mnie sprawę i znają mój numer telefonu, to chyba powinni państwo wiedzieć, jak się nazywam?
K: [rzut słuchawką].

No nic, stwierdziłam, że nie mam ochoty niepotrzebnie tracić czasu, zatem dałam sobie spokój z wyjaśnianiem sytuacji.
Następnego dnia zadzwonił do mnie ktoś z obcego numeru:

Ja: - Słucham.
K: - Dzień dobry, Wiktor Piekielnik, firma windykacyjna C***s, czy mogę rozmawiać z Adamem Anielskim (imię i nazwisko nieznanej mi osoby)?
Ja: - Niestety, zły numer.
K: - A nie zna pani tego pana?
Ja: - Przykro mi, nie znam. Dzwoni pan na numer 123456789, który należy do mnie, a nie do jakiegoś pana Adama i prosiłabym, aby więcej państwo do mnie nie dzwonili.
K: - A to przepraszam, już zaznaczam, do widzenia.

Pomyślałam sobie, że sprawę mam z głowy, zwyczajna pomyłka i tyle. Ale za trzy godziny zadzwonił kolejny nieznany numer, z takim samym kierunkowym. Pomyślałam sobie, że są uparci, ale ostatni raz odbiorę.

Ja: - Słucham.
K: - Dzień dobry, Maria Piekielska, firma windykacyjna C***s, czy mogę rozmawiać z panią Katarzyną Niebiańską? (dane kolejnej nieznanej mi osoby).
Ja: - Przykro mi, dodzwoniła się pani na numer 123456789, który należy do mnie i nie znam tej pani. Już dziś państwo dzwonili i cały czas pytają państwo o różne osoby, tylko na mnie nie mogą trafić. Na pewno ma pani dobry numer?
K: - Tak, na pewno.
Ja: - Zapewniam panią, że nie jestem ani panem Anielskim, ani panią Niebiańską i nie znam tych osób. A ten numer mam już ponad 10 lat, proszę sobie zaznaczyć błąd w systemie i już więcej do mnie nie dzwonić.
K: - Aha, no dobrze... Bo wie pani, z numerami komórkowymi to jest tak, że dwie osoby mogą mieć ten sam numer (sic!), stąd pomyłka, już nie będziemy dzwonić.

Po tej rewelacji na temat numerów komórkowych rozłączyłam się i na szczęście już więcej nie próbowali mnie nękać. Piekielnie nie pomogłam im rozbudować bazy danych osobowych :P

Może to moja paranoja, ale naprawdę uważajcie na „wyłudzaczy” Waszych danych i jeśli nie znacie numeru, który do Was dzwoni albo nie odbierajcie, albo chociaż nie zaczynajcie od przedstawienia się z imienia i nazwiska. Licho nie śpi.

wyłudzanie danych firma windykacyjna

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (223)
zarchiwizowany

#77222

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W jednej z moich szpitalnych historii wspomniałam mamę VIP na „pocesarkowej” sali pooperacyjnej. Wyjaśniam, czym sprowokowała u mnie taki pseudonim.

Po pierwsze: operacje cesarskiego cięcia zaplanowane były na konkretne godziny, trzeba było przyjść odpowiednio wcześniej, aby pielęgniarki mogły pacjentkę przygotować. W takiej sali przygotowań spotkałam mamę bliźniąt, która miała mieć operację zaraz po mnie. Na sali pooperacyjnej po mnie pojawiła się jednak najpierw ona - mama VIP. Pierwsza piekielność - przesunięcie „kolejki”. Mama bliźniąt powiedziała mi potem, że nikt jej nie mówił z czego wynika opóźnienie, po prostu kazali jej czekać w sali przygotowań.

Po drugie: mama VIP została umieszczona na sali pooperacyjnej na łóżku zaraz obok mojego, przez co mimo woli widziałam i słyszałam, co tam się u niej dzieje. Była ona jedyną mamą (z około 6), którą odwiedziła pani doktor przeprowadzająca w tym dniu operacje, ot tak, na „pogaduchy” i by pogratulować narodzin dziecka. Nie chodzi mi o to, że też bym sobie chciała pogadać, ale zarówno u mnie jak i u mamy bliźniąt operacje nie przebiegały do końca standardowo, więc miałyśmy nadzieję na jakieś dodatkowe informacje. Prawdopodobnie obie panie były znajomymi i stąd też przesunięcie z punktu powyżej.

Po trzecie: na to akurat zwróciły uwagę pielęgniarki i prosiły, żeby młoda mama jak najszybciej zrobiła z tym porządek. Otóż mama VIP, która teoretycznie miała zajmować się niemowlęciem, które przecież trzeba karmić, ubierać, przewijać, kąpać - ogólnie dużo się je dotyka – miała tipsy wystające tak spokojnie z pół centymetra poza palec.

Po czwarte i już ostatnie: mama VIP przybyła na salę pooperacyjną w asyście dojrzałej kobiety i młodzieńca w swoim wieku. Pielęgniarki nie pozwoliły im na jednoczesne przebywanie przy łóżku (dozwolony był maksymalnie jeden „gość” przy łóżku każdej mamy), więc wymieniali się na tym stanowisku. Ich głównym zajęciem było robienie zdjęć dziecku, które spało sobie w łóżeczku noworodkowym (taka plastikowa szpitalna rynienka na kółkach) tuż obok łóżka mamy. Kiedy pielęgniarki wyprosiły gości, głównym zajęciem mamy VIP było rozmawianie przez komórkę oraz oglądanie własnego dziecka, nawet z upodobaniem, z tym że na ekranie telefonu, na zrobionych właśnie zdjęciach...

Dodam, że pod względem zdrowotnym wszystko było z mamą VIP i jej dzieckiem w porządku. Była ona jedyną mamą na sali, która nie poprosiła pielęgniarek o podanie dziecka na ręce (my nie bardzo mogłyśmy wyjąć dzieci z łóżeczek ze względu na świeże szwy), dopiero same pielęgniarki podały jej dziecko, aby zostało nakarmione. Przez moment zastanawiałam się nad depresją poporodową, ale dziecko na zdjęciach naprawdę jej się podobało.

nowoczesne macierzyństwo

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (135)
zarchiwizowany

#77183

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielny ginekolog w prywatnej przychodni.

Tak się zdarzyło, że o swojej ciąży dowiedziałam się bardzo wcześnie, bo dwie kreski na aptecznym teście ciążowym pokazały się około dwa tygodnie po nazwijmy to „staraniach” - w pierwszym dniu, kiedy test mógł w ogóle coś wykazać. Zdawałam sobie sprawę, że z testami różnie to bywa, więc od razu udałam się do ginekologa, by obecność wyczekiwanego lokatora jakoś dobitniej potwierdzić.

Ginekolog był mi znany z kilku wizyt, nic wcześniej nie zapowiadało jego późniejszego zachowania. Po mojej informacji o pozytywnym wyniku testu zaskoczył mnie pytaniem „i czego by pani ode mnie chciała?”. Pierwsza moja ciąża, nie znam procedur, ale mówię, że chciałabym jakoś ciążę potwierdzić, bo testy apteczne nie zawsze są wiarygodne. Co zaordynował pan ginekolog? Badania krwi, moczu? Gdzie tam, od razu na bogato – USG! Nie oponowałam, bo się jeszcze wtedy nie znałam, lekarz przecież wie lepiej. Termin na który kazał mi się umówić (notabene do siebie, bo również takie badania wykonywał) wypadał mniej więcej na środek 4 tygodnia ciąży faktycznej, czyli liczonej mniej więcej od zapłodnienia. Zapytałam się więc, czy to na pewno nie za wcześnie, żeby USG coś wykazało. Nie, według jego wyliczeń na podstawie daty ostatniego okresu (czyli środek 6 tygodnia od ostatniego okresu) wszystko będzie ok. No w porządku, znowu - przecież lekarz wie lepiej.

Nadszedł dzień badania USG. Ja cała szczęśliwa i w skowronkach czekałam, co też pan doktor powie, a on coś tak długo patrzył i patrzył na ten ekran. W końcu stwierdził, że widzi pęcherzyk ciążowy bez zarodka. Ja już lekko przerażona zapytałam, co to znaczy - czy nie jestem w ciąży, czy może jednak na pewno nie za wcześnie na to badanie, na co pan doktor odparł, że jak chcę to możemy powtórzyć USG za tydzień, ale jakby pojawiło się krwawienie, to mam od razu udać się do szpitala, bo zarodek może być martwy. Empatia poziom ekspert, pan świetnie wiedział jak nie stresować kobiety w potencjalnej ciąży...

Nie jestem jakaś bardzo wrażliwa, ale jak dotąd to był najgorszy tydzień w moim życiu. Niepewność czy w ogóle jestem w ciąży, jednocześnie obawa o dziecko, strach przed poronieniem i wylądowaniem w szpitalu, generalnie najgorszemu wrogowi nie życzę. Na szczęście po siedmiu przeraźliwie długich dniach w końcu nadszedł termin drugiego badania USG. I co się okazało? – voilà, zarodek jest! Na mój zarzut, że jednak pierwsze badanie było zaordynowane za wcześnie, pan doktor zaczął coś bełkotać o jakiejś pacjentce chorej na raka (?). Przerwałam mu historię, stwierdziłam, że powinien lepiej planować terminy badań, żeby nigdy więcej niepotrzebnie nie fundować przyszłym mamom takich stresów na samym początku ciąży. Po czym wyszłam i zmieniłam ginekologa prowadzącego ciążę.

Niedługo potem dowiedziałam się od recepcjonistki w tej prywatnej przychodni, że akurat jeśli chodzi o USG, to lekarze mają płacone honorarium od wykonanego badania. Czyli z punktu widzenia pana doktora – po co robić jedno USG, skoro można zrobić dwa. Z mojego punktu widzenia na tak wczesnym etapie ciąży lekarz mógł mi zlecić badanie hormonu beta HCG w surowicy krwi, które wykazuje ciążę wcześniej niż USG. Mógł też wyznaczyć pierwsze badanie USG dla pewności na 8 tydzień po ostatnim okresie, bo praktykuje się je w 6-8 tygodniu, a tak naprawdę Polskie Towarzystwo Ginekologiczne zaleca je w 11-14 tygodniu ciąży. Mógł w końcu po niejednoznacznym wyniku USG uspokoić mnie, że być może faktycznie jest za wcześnie, dlatego trzeba powtórzyć badanie, a nie straszyć krwotokami i szpitalem. No ale nie ma to jak nabijać sobie kiesę wykonując niepotrzebne badania, które w dodatku stresują pacjenta, który w swoim stanie akurat stresów powinien unikać.

ginekolog prywatna przychodnia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (138)

#77042

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny podryw.

Jechałam sobie usadowiona na końcu autobusu, głęboko zaczytana w kolejnym tomie ulubionej serii, kiedy nagle odniosłam wrażenie, że ktoś chyba coś do mnie powiedział i czegoś ode mnie chce. Podniosłam wzrok znad książki i oczom moim ukazał się niezbyt urodziwy pan koło 30, wyczekująco na mnie spoglądający. Brak urody podkreślał rozbiegany wzrok i brzydko zagojona blizna po tzw. zajęczej wardze.

Pamiętając, że uprzejmość popłaca, zwróciłam się do pana w te słowa:
- Przepraszam, czy mógłby pan powtórzyć?
Na co usłyszałam najbardziej nietypowe słowa podrywu w całym moim życiu:
- Czy mogę wylizać ci c*pę?

Pan tak mnie zbił z tropu, że w pierwszej sekundzie grzecznie odpowiedziałam "nie, dziękuję", po czym dotarł do mnie absurd całej sytuacji. Pan zaczął coś tam przebąkiwać, jaki to on samotny jest i nigdy nie może nikogo poznać.

No i sama nie wiem jak to się stało, ale jakoś tak wyszło, że zaczęłam mu tłumaczyć, że z takim tekstem to daleko nie zajdzie i wcale się nie dziwię, że ma problemy z poznawaniem płci pięknej. Doradziłam mu zapisanie się do jakiegoś kółka zainteresowań, biblioteki, gdziekolwiek, gdzie mógłby w naturalny sposób poznawać kobiety i np. zaprosić jakąś wybrankę na kawę. Nauka nie poszła w las, bo pan od razu postanowił zaprosić na kawę mnie. Niestety musiałam mu wytłumaczyć, że po takim pierwszym wrażeniu, to jednak nie dam się skusić. Tego, że wydawał mi się zarówno psychicznie jak i emocjonalnie niestabilny, przez co trochę się go bałam, nie czułam się zobowiązana dodawać.

Historia mogłaby zakończyć się wraz z moim opuszczeniem autobusu, ale jest jeszcze jeden smaczek. Jako, że mieszkałam niedaleko zajezdni autobusowej, siłą rzeczy widywałam mnóstwo autobusów wraz z ich kierowcami. Okazało się, że mój "psychiczny" pan jest kierowcą autobusu. A człowiek się łudzi, że przy tak odpowiedzialnej pracy z ludźmi obowiązują jakieś testy psychologiczne...

podryw

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (266)

#77030

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam umówioną wizytę na oddziale chirurgii w Szpitalu Piekielnym na konkretną godzinę na zdjęcie gipsu. Przy zakładaniu gipsu w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym (SOR) Szpitala Piekielnego kazano mi przyjść na tę wizytę ze zdjęciem złamania oraz otrzymanymi dokumentami: kartą wypisu z SOR i skierowaniem na zdjęcie gipsu.

Od razu się przyznaję, że moja piekielność polegała na tym, że z tych trzech rzeczy pamiętałam tylko o płytce ze zdjęciem, bo logiczne dla mnie było, że może się przydać. O papierkach, otrzymanych w stanie kiedy mózg jeszcze przeżywał doznaną krzywdę pod postacią złamania, najzwyczajniej w świecie zapomniałam.

Po 30 minutach oczekiwania w kolejce, do rzeczywistości przywróciła mnie miła Pani w rejestracji ogólnej, która oznajmiła mi, że bez tych dwóch świstków ona nie może wpuścić mnie na umówioną wizytę. No rozumiem, takie procedury, jak nie ma po papierkach śladu, to może mi się nie należy i takie tam. Pani jednak była bardzo pomocna i miła i poradziła mi udać się do rejestracji SOR i tam poprosić o wydrukowanie wszystkiego, bo w końcu oni mi to dali.

W rejestracji SOR strasznie głupio było mi się wpychać w kolejkę, bo w końcu ludzie czekają na pomoc w nagłych wypadkach, ale bez tych dokumentów zostałabym z gipsem, a ile może trwać wydrukowanie 2 papierków. Na szczęście oczekujący w kolejce wykazali się zrozumieniem i nie mieli nic przeciwko, natomiast pani z rejestracji SOR ofuknęła mnie strasznie i stwierdziła, że ona nic mi drukować nie będzie. No w sumie rozumiem, nagłe wypadki i te sprawy, może faktycznie nie jest to możliwe.

Podczas biegania po różnych oddziałach szpitala, rzuciła mi się w oczy recepcja oddziału chirurgii, więc pomyślałam sobie, że może tam będą mogli wydrukować mi te nieszczęsne dokumenty, w końcu to cały czas ten sam szpital. Przemiła pani z rejestracji tym razem oddziału chirurgii oburzyła się, że jak to mi na SORze nie wydrukowali, oni muszą, ona nie ma jak, ale zaraz do nich zadzwoni i to załatwi. No i faktycznie załatwiła. Znowu musiałam lecieć przez pół szpitala do recepcji SOR, ale kartę wypisu dostałam, z wielką łaską, choć znalezienie dokumentu w systemie wraz z drukowaniem zajęło pani może z 15 sekund. W tym momencie z radości nie zwróciłam uwagi, że cały czas brakuje mi skierowania.

W międzyczasie mijała umówiona godzina wizyty, więc poszłam dopytać panią doktor, czy nie będzie problemu jak się trochę spóźnię, bo muszę pozałatwiać papiery. Pani doktor również była miła, stwierdziła że nie ma problemu z przesunięciem i doradziła mi, że mogę zapłacić za zdjęcie gipsu, a potem donieść skierowanie i pieniądze zostaną mi zwrócone, czym przypomniała mi, że faktycznie ciągle brakuje mi skierowania. No to zadowolona pędzę do rejestracji ogólnej, gdzie znowu odczekałam do swojego numerka, bo nie miałam serca ludziom się wpychać w kolejkę przez swoje zapominalstwo, mimo że miła pani mnie pamiętała i nawet machała do mnie, żebym podeszła bez kolejki. Gdy w końcu nadeszła moja kolej, pani zdziwiła się bardzo informacją o opłacie za zdjęcie gipsu, bo „kto mi to zwróci, co też ta pani doktor opowiada”, ona musi mieć skierowanie teraz i już.

Zaczęłam już tracić nadzieję, że uda mi się rozstać z gipsem w tym dniu, ale tu spłynęło na panią rejestratorkę natchnienie. Stwierdziła bowiem, że sprawdzi sobie w systemie, czy ja to skierowanie faktycznie dostałam. No było, jasno podane kiedy wystawione i przez kogo, znaczy się jestem uprawniona i nie ściemniam. Na moją sugestię, że skoro ona je ma w systemie, to czy nie mogłaby mnie już puścić na tę wizytę, pani ze smutkiem stwierdziła, że musi być papier. Finalnie kazała mi iść jeszcze raz do tej samej pani doktor, która skierowanie wystawiła i poprosić o nie jeszcze raz – akurat była w tym dniu w pracy, tylko na innym piętrze w szpitalu. Po powrocie ze skierowaniem i ponownym odstaniu swojego w kolejce do rejestracji ogólnej, udało mi się w końcu dostać do pani doktor i zaledwie 2 godziny po umówionej godzinie gips został zdjęty.

Można by się zastanawiać, czemu w ogóle wrzucam tę przydługą historię, przecież co najmniej trzy osoby chciały mi doradzić i pomóc, a przecież i tak całe zamieszanie było z mojej winy. Bo zastanawiam się, jak to jest możliwe, że w XXI wieku, w dobie komputeryzacji, gdzie jak się okazało wszystkie potrzebne dokumenty zostały zapisane i były dostępne w systemie komputerowym, nic się nie dało załatwić bez fizycznie wydrukowanych dokumentów.

słuzba_zdrowia przestarzałe procedury

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (231)

#77033

(PW) ·
| Do ulubionych
Okazało się, że dziecioł mój postanowił przywitać świat od pupy strony i ze względu na nasze wspólne bezpieczeństwo zaordynowano mi poród przez cesarskie cięcie.

Leżę sobie na stole operacyjnym zadowolona, że znieczulenie zadziałało bez pudła i radośnie rozmyślam nad – chirurgicznym, bo chirurgicznym – ale jednak ciągle cudem narodzin. Aż tu słyszę dialog dwóch pań doktor, które zabiegu dokonywały:

P1: Ty popatrz tutaj, widziałaś kiedyś coś takiego?
P2: Nooo, aleeee! No nie widziałam!
P1 do mnie: A pani to miała problem z zajściem w ciążę?
Ja: Nie miałam żadnego problemu...
P1: Hmm, to ciekawe...To co, robimy coś z tym?
P2: No a co chcesz robić, teraz to nic nie zrobimy...

Nie zdążyłam się na szczęście porządnie wystraszyć, bo sekundy potem usłyszałam po raz pierwszy krzyk mojej córki i zapomniałam o wszystkim innym. Cała sytuacja przypomniała mi się dopiero, kiedy już szczęśliwa z córką w ramionach przypadkiem zobaczyłam pierwszą panią doktor, która wyjątkowo przyszła odwiedzić na wspólnej sali pooperacyjnej jakąś świeżą mamę typu VIP (VIP - bo żadnej z nas pozostałych, które operowała tego dnia pani doktor ten zaszczyt nie dotknął). Kiedy skończyła rozmowę odważyłam się ją zawołać, żeby zapytać, co też takiego panie u mnie znalazły i czy powinnam w związku z tym podjąć jakieś kroki. Okazało się, że mam endometriozę (https://pl.wikipedia.org/wiki/Endometrioza), ale na ten moment nie są konieczne żadne specjalne działania. Dodam, że gdybym sama pani doktor nie zaczepiła, to tajemnicza rozmowa pozostałaby zagadką, ponieważ w całej mojej dokumentacji szpitalnej nie ma ani słowa o tym odkryciu.

I teraz pytanie do tych co się znają – czy nie jest tak, że jeśli lekarz odkryje u pacjenta jakiś stan chorobowy, to jego obowiązkiem jest tego pacjenta o tym poinformować, nawet wtedy, jeżeli nie są natychmiastowo wymagane jakieś działania doraźne? Czy to tylko moje zdanie?

słuzba_zdrowia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (215)

#77014

(PW) ·
| Do ulubionych
PRL wiecznie żywy - moje pierwsze spotkanie z Urzędem Stanu Cywilnego (USC). Pod koniec maja 2016 potrzebny był mi odpis mojego aktu urodzenia.

USC Piekło, rozmowa telefoniczna, pani 1: Proszę dostarczyć skrócony akt urodzenia na 2 czerwca.
Ja: Ale ja się rodziłam w Niebie, nie zdążę.
P1: To proszę zadzwonić do Nieba i poprosić o wpisanie aktu do ogólnopolskiego systemu BUSC (Baza Usług Stanu Cywilnego), to mi wystarczy, będę miała dostęp online.

USC Niebo, rozmowa telefoniczna, pani 2: Jak pani chce być w systemie, to proszę się udać do najbliższego USC i tam złożyć podanie.
Ja: A internetowo nie można?
P2: No jak można to pani spróbuje, ja nie wiem. Najlepiej iść do urzędu.

USC Piekiełko, wizyta osobista, panie 3 i 4: Aha, pani chce akt urodzenia, a gdzie się pani rodziła?
Ja: W Niebie.
P3: A no to trzeba tam dzwonić.
Ja: Już dzwoniłam, kazali mi przyjść tutaj i wypełnić wniosek o wpisanie do systemu.
P3: Aha, aha to dziwne... To proszę, tu jest wniosek, proszę wypełnić.
Ja: A oni wyrobią się z tym do 2 czerwca?
P3: A ja nie wiem, to musi pani do nich dzwonić...

I tu nagle pojawiło się światełko w tunelu pod postacią pani 4, najmłodszej z całego dotychczasowego towarzystwa:
P4: Wie pani co, proszę mi podać pesel - sprawdzę, bo może już pani jest w systemie.
(po 5 sekundach)
P4: O, jest pani, to już nie trzeba wniosku składać.
P3: Pani dzwoniła do Nieba niedawno, to pewnie zaraz dopisali.
P4: Nie, wpisane rok temu już.

Tak w XXI wieku wygląda praca w urzędach - każda z tych pań miała dostęp do systemu i mogła to sprawdzić dosłownie w 5 sekund. Ale po co się wysilać, lepiej kazać petentowi wydzwaniać w tysiąc miejsc i biegać w kolejne pięćset...

urząd stanu cywilnego

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 332 (342)

#77022

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziecioł ośmiomiesięczny mi się rozchorował, a że wszystkie składki na służbę zdrowia karnie opłacam, postanowiłam wyjątkowo skorzystać z publicznej placówki, bo bliżej niż prywatna i nie musiałabym załatwiać podwózki.

Podejście pierwsze – telefon do rejestracji w czwartek o godzinie 7:00. Zgłosiła się pani z opieki nocnej i kazała dzwonić na normalną rejestrację (ten sam numer) po 8:00. O 8:00 dowiedziałam się, że niestety nie ma już miejsc dla dzieci chorych w tym dniu.

Podejście drugie – telefon do rejestracji w piątek, próbuję umówić wizytę na poniedziałek rano – tak sobie wykombinowałam, że może z wyprzedzeniem miejsce się znajdzie.

Pani z rejestracji (PzR): Nie mogę pani zarejestrować telefonicznie na poniedziałek, proszę dzwonić w poniedziałek od 8:00.
Ja: Ostatnio jak tak zrobiłam, to już nie było miejsc na wizytę.
PzR: To może pani przyjść osobiście, rejestracja jest czynna od 7:00, a miejsca cały czas są na poniedziałek.
Ja: Tak z chorym, małym dzieckiem mam przyjść o 7:00 i czekać do 8:00 aż przyjdzie pan doktor?
PzR: Nie no, w poniedziałek to pan doktor przyjmuje od 9:00...
Ja (trochę już odurzona oparami absurdu): A właściwie czemu nie mogę zapisać się telefonicznie, skoro są miejsca?
PzR: A bo mamy tu taką pulę na zapisy telefoniczne i ona się już wyczerpała...

Tu się poddałam, wykombinowałam podwózkę i pojechaliśmy na prywatną wizytę.

I tak tylko strasznie mnie to boli, że co miesiąc jestem pozbawiana kilkuset złotych na publiczną służbę zdrowia, z której nie jestem w stanie skorzystać. Za prywatną przychodnię płacę około 40zł miesięcznie i jeszcze nigdy nie było problemu, żeby umówić się na wizytę nawet w tym samym dniu.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (279)