Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KatzenKratzen

Zamieszcza historie od: 31 marca 2017 - 11:37
Ostatnio: 22 czerwca 2018 - 21:06
O sobie:

Szanuję Cię.
Zatem Ty szanuj mnie, proszę.
Będzie nam łatwiej żyć.
Naprawdę.

  • Historii na głównej: 51 z 59
  • Punktów za historie: 8970
  • Komentarzy: 948
  • Punktów za komentarze: 4082
 

#81952

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam historię użytkowniczki Faerenn o tą: http://piekielni.pl/81947

i taśma mojego życia zaczęła przewijać się przed moimi wewnętrznymi oczami aż zatrzymała się na jednej scenie sprzed niemal 25 lat..
.
Scena ta przedstawia młodziutką Katzen, bladą, zapłakaną, słaniającą się na nogach, zszokowaną i bliską myśli samobójczych.

Zawsze byłam bardzo dobra z języka polskiego, generalnie humanistka. Dla równowagi z matematyki, fizyki itp moje zdolności oscylowały wokół zera absolutnego, jak dostałam trójkę to było święto lasu (skala ocen 2-5, tak dla przypomnienia).

Oczywiście - jak można się domyślać - byłam jedną z ulubienic pani od polskiego. Pożerałam książki (nadal żrę), pisałam wiersze, opowiadania, które przynosiłam mojej ukochanej pani od polskiego, żeby oceniła ich poziom, moje wypracowania wisiały w szkolnych gablotach jako wzór no i te klimaty, wiecie.

Gdy byłam w klasie trzeciej liceum sytuacja uległa zmianie o tyle, że moja pani od polskiego została dyrektorem szkoły.

Matura w tamtych czasach wyglądała inaczej, niż dziś:
egzamin pisemny: język polski + wybrany przedmiot (matematyka, fizyka, biologia, geografia, historia)
egzamin ustny: język polski + ten wybrany przedmiot+ język obcy, którego uczyłeś się w szkole.

I tu właśnie legło sedno problemu.

Starsi z Was pamiętają zapewne obowiązkową naukę języka rosyjskiego, przez większość znienawidzoną i uznaną za niepotrzebną.

Ja miałam obowiązkowy rosyjski i niemiecki. Ponieważ jednak od kilku lat uczyłam się prywatnie angielskiego, co wówczas było furorą, zapragnęłam zdawać maturę z tego właśnie języka. Ówczesne przepisy nakazywały, aby uczeń, który chce zdawać maturę z języka obcego, którego nie ma w programie swojej klasy - zdawał egzamin komisyjny dopuszczający do matury. Złożyłam zatem podanie o taki egzamin.

Solidnie zapoznałam się materiałem, który wszak mógł być inny, niż ten z kursu na który uczęszczałam prywatnie.

I zachorowałam. Nie pamiętam, grypa? Angina? Tak czy owak coś, co wywołało wysoką gorączkę i niezdolność mówienia. I wtedy telefonicznie powiadomiono mnie, że mój "komis" został wyznaczony na jutro na godzinę 8 rano. Zależało mi, powlokłam się. Trawiona wysoką gorączką nie bardzo pamiętałam, jak się nazywam. Starałam się, ale słabość ciała pokonała siłę ducha. Zawaliłam go.

I wtedy rozpętało się. Gdy wróciłam po chorobie do szkoły, wobec całej klasy moja ukochana pani polonistka-dyrektorka darła się na mnie, że zmarnowałam czas jej, pań z komisji itp. Z całej jej długiej tyrady, wygłaszanej przed klasą pod moim adresem zapamiętałam wywrzeszczane dwa słowa (do dziś mi się śnią) "Jesteś dnem!!!"

Nawet robak ma prawo bronić swojej godności. Wiedziałam, ze wypadłam źle, ale od razu "dnem"? Podniosłam zapłakaną twarz, powiedziałam, że "pani nie ma prawa tak do mnie mówić" i wybiegłam z klasy.

Za to oblała mnie na maturze pisemnej z polskiego.

Moja wychowawczyni, złota kobieta (potem się dowiedziałam, że dzięki niej w ogóle mogłam zdawać tę maturę - po oblaniu komisa dyrektorka miała prawo nie dopuścić mnie w ogóle do matury, ale wychowawczyni wybłagała możliwość zdawania z rosyjskiego). Powiadomiła mnie wcześniej telefonicznie o oblaniu przeze mnie matury pisemnej z polskiego, żeby mi oszczędzić upokorzenia dowiedzenia się o tym w obecności całej szkoły. To właśnie z tego momentu pochodzi moje wspomnienie, opisane na początku - gdy się o tym dowiedziałam...

Miałam 18 lat i wydawało mi się, ze oblana matura przekreśla moje życie, że już nic się nie da zrobić, że jestem zerem i że chcę się powiesić...

Podniosłam się dzięki wsparciu mojej Mamy. Maturę zdałam - pół roku później, w Kuratorium Oświaty. Chwila ogromnej satysfakcji, gdy widziałam wyraz twarzy pani dyrektor - jako dyrektor szkoły musiała podpisać moje świadectwo maturalne, wystawione przez Kuratorium - z matura z polskiego (pisemna i ustną) zdaną na 5 - trochę osładza to koszmarne wspomnienie.

(Mogę nie pamiętać wszystkich szczegółów. Minęło prawie 25 lat, a mój stan psychiczny wówczas znajdował się w stanie katastrofy).

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (176)

#81944

(PW) ·
| Do ulubionych
No i w końcu mnie się trafili Rodzice Roku. Albo i dziesięciolecia.

Szkoła integracyjna - dla niewtajemniczonych - klasa licząca 20 uczniów, w tym piątka dzieci z orzeczeniami -najróżniejszymi! Począwszy od dysfunkcji ruchu czyli dzieci na wózkach inwalidzkich, poprzez łagodne dysfunkcje psychiczne w rodzaju ADHD czy niedostosowania społecznego a skończywszy na padaczce i Zespole Aspergera.

Słowem - 17 dzieci jako tako przewidywalnych i 3 - zupełna niespodzianka (mówię o tych z zaburzeniami psychicznymi, nie o tych na wózkach).

Chłopiec - orzeczenie z powodu stwierdzonego Zespołu Aspergera - oceny same piątki i szóstki. Intelektualny poziom - powyżej normy. Olimpijczyk (na miarę Olimpiad swojego poziomu wiekowego, oczywiście). Niby, wydawałoby się - ulubieniec nauczycieli. Główne role we wszystkich sztukach, wystawianych przez szkołę. Duma i radość rodziców.

Realia: poziom emocjonalny - w zasadzie zerowy. Kompletne rozbicie emocjonalne, agresja połączona z niezwykłym wręcz sprytem: koledzy wyzywani od najgorszych, gdy nie wytrzymują i przechodzą do rękoczynów (to tylko 11-latki) - bieg do nauczyciela, ze "oni mnie biją". Wbijanie szpil mentalnych i skargi na reakcję innych. Ukradkowe wbijanie łokcia czy kolana - na reakcję napastowanych "oni mnie biją!" Nauczyciele: pomimo tych wszystkich sukcesów postrzegają chłopca jako nadętego dumą sztucznie pompowaną w niego przez rodziców na zasadzie "Co, ja nie potrafię? Przecież jestem najlepszy!"

Dziecko to dziecko. Jest poważnie zaburzone.

Nauczyciele i rodzice innych dzieci: spostrzegli problem. Reakcja rodziców: przecież on jest doskonały! Tak cudownie się uczy, wspaniałe oceny, olimpijczyk! Jak możecie szykanować tak cudowne dziecko! To cały wredny świat sprzysiągł się przeciwko naszemu wspaniałemu dziecku! Od przeszło dwóch lat przestali się pojawiać na zebraniach rodziców, utrudnili kontakt. W ciągu dwóch ostatnich lat jedyny kontakt ojca ze szkołą: wizyta u pani od polskiego: "Gabryś dostał tylko czwórkę ze sprawdzianu. Proszę, aby pani przemyślała jeszcze raz swoją decyzję".

Tak, to była jedyna reakcja.

Rodzice nie dopuszczają do świadomości, że dziecko ma problemy. I to jest najgorsze - bo świadomość istnienia problemu jest bodźcem do poszukiwania jego rozwiązania. Jeśli się wypiera istnienie problemu - nie szuka się jego rozwiązania, prawda?

Dziś ja zdecydowałam się podjąć dość drastyczny krok w kierunku rozwiązania tego problemu. Mój syn - między innymi - też padł ofiarą ordynarnych wyzwisk w połączeniu z robieniem z siebie (agresora) ofiary. Może to coś da. Może wstrząśnie zadufanymi w sobie rodzicami. Dla dobra tego chłopca, on chyba w końcu nie jest niczemu winien... Czas pokaże.

[EDIT] Od razu edytuję moje niedopatrzenie: Dziecko ma orzeczenie Zespołu Aspergera. Rodzice uznali, że to orzeczenie w połączeniu ze świetnymi ocenami od razu stawia ich dziecko na poziomie Cudownych Dzieci. Ma ZA a jednak takie wspaniałe wyniki! Więc nic nie trzeba robić. Rozwój emocjonalny to wymysł szkoły.

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (126)
zarchiwizowany
Cześć, kochane Piekielniaki :)

Na bazie mojej historii o Alinie o tej: http://piekielni.pl/79921 (nawiasem mówiąc, Alina już pracuje, nie w swoim zawodzie, ale na pełen etat. Chyba jest to związane z całkowitym ucięciem apanaży przez wkurzonego już ojca) zaczęłam się głęboko zastanawiać na zasadami działania Funduszu Alimentacyjnego (FA).

Fundusz ten ma wspomóc wychowywanie dzieci, których jeden z rodziców z jakichś względów nie jest w stanie na nie łożyć. Moje wątpliwości wzbudza tylko ustalenie kryterium dochodowego wychowującego je rodzica - z tego co wiem, aby otrzymać alimenty na dziecko z FA dochód na członka rodziny (dajmy na to samotnego rodzica + jego dziecko) nie może przekroczyć kwoty 725 zł na osobę. Czyli osoba dorosła, zarabiając nie może zarobić więcej, niż 1450 zł. Na miłość boską, jak żyć, jak utrzymać choć jedną osobę za takie pieniądze, nie wspominając już o dwóch?. Weźcie też pod uwagę, że to kryterium dochodowe w żaden sposób nie jest zróżnicowane pod względem geograficznym tj nie bierze pod uwagę czy ten samotny rodzic mieszka w Warszawie, Szczecinie czy Wólce Wielkiej a wszak jest oczywiste, że we wszystkich tych miejscach koszty utrzymania się są inne.

Moje wątpliwości chciałabym Wam przybliżyć na przykładzie - totalnie wymyślonym przeze mnie, żeby zobrazować różnice:

Beata wychowuje samotnie Różę. Ojciec Róży nie płaci na nią alimentów, bo nie pracuje/ jest chory i nie może zarabiać/ pracuje na czarno i nie wykazuje dochodów/ uciekł zagranicę i tyle go widzieli (niepotrzebne skreślić). Nie płaci i już. Beata pracuje w małej miejscowości jako ekspedientka lokalnego sklepiku, zarabia 1 200 zł na rękę. Otrzymuje 500 zł z FA na dziecko. Ma zatem dochód 1 700 zł netto na siebie i córkę. Szef Beaty - jako, że obroty sklepiku wzrosły a ona jest bardzo cenionym, rzetelnym i uczciwym pracownikiem - postanawia podwyższyć jej pobory do 1 470 zł netto. Beata, przyjmując ofertę szefa, automatycznie traci 230 zł (bo FA nie będzie jej już przysługiwał) co dla niej stanowi naprawdę pokaźną kwotę.

Żaneta - po rozwodzie z mężem - samotnie wychowuje Marka. Żaneta pracuje w Warszawie, w dużej korporacji. Jako tzw "manager niższego szczebla" zarabia 5 000 zł netto. Były mąż Żanety pracuje jako "manager wyższego szczebla" w innej, warszawskiej korporacji i zarabia 12 000 zł netto. Sąd zasądził na Marka alimenty w wysokości 2 000 zł (biorąc pod uwagę zarobki obojga rodziców). Żaneta ma zatem dochód 7 000 zł netto. Żaneta dostaje awans i podwyżkę - będzie zarabiać 6 500 zł netto. Sytuacja materialna ojca Marka nie zmienia się - wciąż na 12 000 zł netto. Sąd zatem nie zmienia wysokości alimentów na syna.

Żaneta zatem będzie miała 8 500 netto miesięcznego dochodu. W jej sytuacja podwyżka uposażenia nie miała żadnego wpływu na wysokość alimentów na dziecko. I bardzo dobrze. Niech nie ma.

Tylko dlatego Beata - przyjmując podwyżkę - traci alimenty na córkę z FA? Tego nie mogę zrozumieć. Ja wiem, że alimenty z FA wypłacane są z naszych podatków, ale przecież alimenty są na dziecko! Wolę, żeby moje podatki poszły na wychowywanie Róży, niż na kolejną limuzynę rządową czy nagrodę dla ministra za to, że wykonuje (lub nie) swoje obowiązki. Wszystkie dzieci nasze są! Dzieci nie zarabiają, wszystkie mają jednakowe żołądki, wszystkie potrzebują zeszytów, książek, spodni, majtek i piłek. Dlaczego zatem FA ma kryterium dochodowe?

Sąd, zasądzając alimenty od jednego z rodziców, kieruje się ich sytuacją materialną. Zasada jest chyba taka, że rodzice łożą po równo - jeśli matka jest w stanie łożyć 300 zł miesięcznie na dziecko, to tyle płaci ojciec. Jeśli 1000 to 1000. Zatem dlaczego FA wypłaca alimenty na dzieci w oparciu o takie nędzne kryterium dochodowe?

To nie jest prawdziwa historia. Wymyśliłam Beatę i Żanetę. Ale problem jest zupełnie prawdziwy. Liczę na Waszą dyskusję w komentarzach.

Fundusz Alimentacyjny

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 9 (133)

#81902

(PW) ·
| Do ulubionych
Komentarz użytkowniczki katem http://piekielni.pl/81879#comments przypomniał mi coś, co już Wam dawno chciałam opowiedzieć.

Jest sobie w Polsce duża firma z większościowym udziałem Skarbu Państwa. Firma doskonale zarządzana, rokrocznie generująca spore zyski, ze świetną kadrą zarówno managerską jak i "szaroludową". Prezes Zarządu - niezwykle sprawny manager - otoczył się fachowcami, całość funkcjonowała naprawdę dobrze dzięki kompetentnemu zarządzaniu. Firma ta zatrudnia kilka tysięcy osób ale większość pracuje tam od kilkunastu - kilkudziesięciu lat, co chyba świadczy dobrze o pracodawcy. Pracownicy mieli pakiety medyczne dla siebie i rodzin w dużej sieci centrów medycznych, dostawali premie kwartalne w sympatycznej wysokości, różne dodatki. Firma na to wszystko zarabiała bez problemu i jeszcze godziwy zysk zostawał ku chwale Ojczyzny i jej portfela.

Czemu piszę o tym w czasie przeszłym? Bo ta sytuacja uległa zmianie w 2015 roku. Smaczne stanowisko prezesa zarządu tak fajnej firmy Skarbu Państwa nie może przecież być zajmowane przez osobę apolityczną a już nie daj Boże - osobę o innej "orientacji politycznej" niż obecnie obowiązująca. Toteż Pan Sprawny Manager został szybciuteńko wymieniony na Dużo Mniej Sprawnego Pana Managera, ale za to rodem z lepszego sortu.

Fakt ten sam w sobie jeszcze nie uczyniłby tak wiele złego. Nie zapominajmy bowiem, że ustępujący prezes otoczył się świetną kadrą zarządzającą i decyzyjną a firma działała jak dobrze naoliwiona maszyna. Niestety, okazało się, że i te stanowiska to zbyt smaczny kawałek torciku, żeby nie nakarmić nim "krewnych i znajomych królika". I tak po kolei wymieniano managera za managerem, coraz niższe szczebelki aż w końcu okazało się, że smaczki się skończyły.
(Oczywiście, ci wszyscy pozwalniani na pniu zostali rozchwytani przez rynek prywatny tej branży - nie tylko polski)

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że załoga stanęła murem za jednym ze zwalnianych managerów, który trzymał wszystkich żelazną ręka, ale był wyjątkowo uczciwy i sprawiedliwy. Doszło nawet do strajku z tego powodu.

Firma ciągnęła jeszcze całkiem dobrze siłą nadanego jej rozpędu. Pierwsze pęknięcia dały się zauważyć dopiero po kilku miesiącach. Na początku delikatne - ktoś czegoś nie dopatrzył (co nie miało prawa zdarzyć się wcześniej, bo Manager Trzymający Twardą Ręką głowę by urwał, przyszył i znowu urwał), to niedopatrzone coś spowodowało dalsze obsunięcia i w konsekwencji kilkunastotysięczne straty. Takich "niedopatrzonych cosiów" zdarzało się coraz więcej i więcej, bo nikt tego nie pilnował i nie wyciągał konsekwencji aż, siłą rzeczy, odbiło się to mocno na wyniku finansowym firmy. Zaś wynik finansowy - na "wynikach finansowych" dla pracowników. Skończyły się bonusy, podwyżki, dodatki, zaczęto ciąć premie z byle powodu albo i bez powodu.

Ale nie chodzi tylko o aspekt finansowy. Ci ludzie - większość załogi - to fachowcy z ogromną wiedzą i doświadczeniem. Skończył się szacunek do nich. Młodzi gniewni "Misiewicze" odnosili się do starych fachowców z pogardą i lekceważeniem, bo przecież "to zwykli robole po zawodówce". To fakt - robole. Ale to ich praca wypracowywała przez wiele lat pozycję firmy na rynku i godziwe zyski zasilające kieszeń Skarbu Państwa.

Żeby nie przedłużać. Osoba, dzięki której znam tą sprawę, złożyła wypowiedzenie na koniec marca - jako sto dwunasta w tym roku.

Historia pewnej spółki Skarbu Państwa

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (183)

#81745

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzień z życia likwidatora szkód:


"W poprzedniej rozmowie nie byłam w stanie sprecyzować okoliczności wypadku, ponieważ bardzo zestresowała mnie rozmowa z rozmawiającym. W wyniku rozmowy nie wiem jaka jest decyzja, ponieważ dostałam odmowę".

"Dear Mr or Mrs I writing to your company because i very dissapointed of how it works "Company name" in Poland. In internet(forum) thay had a lot of negative coments, and they refluse to pay compensation in most of people situations. Mr XYZ and mr ABC ( i spoke with them) refuse to pay compensation to me is well but i was a owner of tv samsung just 10 days and unfrotunately during tv dusting fall on the floor. In the contract insurer is about unhappy accident - i think this is what it happened to me. This gays was very insolent and arrogant to me. I would like to very please to intervene. I really disappointed to pay a lot of many for insurance and they for everyone had the same trivial explanation. I really ask for help because i not the one who need it"

"Witam, mocno proszę o rozważenie mojej prośby odnośnie polisy nr XYZ Sytuacja wygląda następująco, że w moim laptopie pękła matryca na wskutek uderzenia dziecka o pokrywę, nie mogłem tego przewidzieć i nie mogę obwiniać dziecka. Skłamałem we wcześniejszej rozmowie z konsultantem na temat winy długopisu na rzecz jednego ze sprzedawców w sklepie, tak mi doradził, chciałem prosić o ponowne rozpatrzenie ubezpieczenia, po drugie w rozmowie z konsultantem jednoznacznie przyjął to co powiedziałem, że na wskutek niespodziewanego uderzenia pokrywy, spadla na długopis obarczając moja wina, gdy to na wskutek przypadku, a nie nieodpowiedzialności".

K: Poproszę o pełen adres.
P: Piekielna 6
K: Kod pocztowy i miejscowość?
P: 70-200.
K: Mhm, I dalej?
P Co dalej??!


K: Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
P: Dzień dobry, rok temu kupiłam mikrofalę. ....(cisza)
K: Rozumiem, w jakiej sprawie mogę pani pomóc?
P: Rok temu kupiłam mikrofalę!!!
K: Ale w jakiej sprawie możemy pani pomóc? Bo na razie wiem, że kupiła pani mikrofalę.
P: No jak w jakiej??!!! Przecież mówię! Gdzie pani w ogóle pracuje, może będzie mi łatwiej.
K: Dodzwoniła się pani do towarzystwa ubezpieczeniowego.
P: No właśnie, w sklepie mi podkreślili ten numer, żeby do was dzwonić w tej sprawie!!
K: No dobrze, ale w jakiej sprawie?
P: No to pani się nie domyśla?! Przecież Pani powiedziałam, że rok temu kupiłam mikrofalę!!


"Chciałbym złożyć reklamację tabletu XXX z powodu upadku z łóżka, do którego nie przyznała się żona podczas sprzątania"

"Dzień dobry, z tej strony Halina Piekielna, ale ja w imieniu pani Piekielnej, bo ja mąż jestem, a to to samo".

- Dzień dobry, chciałem zgłosić przypadkowe uszkodzenie tableta.
- Dobrze, a co się dokładnie stało z tym tabletem?
- No, przypadkowo się uszkodził!!!!

"Dzień dobry pani Moniczko, dzwonię, bo ubezpieczyłem sobie tablecik i pękł mi ekranik."

P: Dzień dobry, chciałem zgłosić uszkodzenie telewizora.
K: A co się stało z tym telewizorem?
P: Kot wskoczył na szafkę i zrzucił telewizor.
K: Kot zrzucił Panu 20-kilowy telewizor?
P: Tak, bo to gruby kot jest.
K: A jak on tego dokonał, ten kot?
P: Nie wiem, nie rozmawiałem z nim przecież!"

„W miniony weekend przebywały w moim mieszkaniu dzieci znajomych. Podczas gdy ja, siedząc przy stole i przeglądając informację na portalu internetowym, one bawiły się w pokoju obok. (…)”.

K: Proszę podać swoje imię, nazwisko i pełen adres.
P: Katarzyna Piekielna, Piekiełkowo XX .... (cisza 10 sekund). Kowalska znaczy się.
K: Jakie są kod pocztowy i poczta?
P: 33-333.
K: A poczta?
P: (myśli chwilę) No, polska!

"OPIS USTERKI
TELEWIZOR ZOSTAŁ USZKODZANY PRZEZ LEWE DZIWICZKI SIOSTRZENICY KTORA DELIKATNIE UDERZAJAC O RAME TELEWIZORA POPEKAŁA MATRYCA WIDOCZNE NA ZDJECIACH DZIWICZKI WIDOCZNE NA ZDJECIU LEWE OD SZAFKI POZDRAWIAM".

"Proszę o szybkie rozpaczanie mojego wniosku"

"Ja tu dzwonię do państwa, bo ja chciałam państwa trochę poobrażać!"

Likwidacja szkód

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (180)

#81462

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie chciałam o tym pisać, bo boli.

7.02.2018 odeszła moja śliczna, przecudna, ukochana i aspołeczna trikolorka, którą widać było w moim awatarze. Nie ma już mojej KatzenKraten. To stało się tak nagle, nikt by się nie spodziewał. Wróciłam z pracy jak zawsze, Kocia powitała mnie dostojnie w drzwiach, jak to ona, pogłaskałam, podjadła trochę karmy, a półtorej godziny potem znalazłam ją martwą i już zesztywniałą na jej posłanku w sypialni.

Chwyciłam kotkę na ręce i pobiegłam do weterynarza, który ma gabinet w sąsiedniej klatce schodowej. Miałam jakąś złudną nadzieję, że może straciła przytomność czy coś... Koteczka miała 5 lat, była idealnie zdrowa, szczepiona, odrobaczana itp.

Weterynarz potwierdził najgorsze – moja śliczna, unikatowa trikoloreczka nie żyje. Wstępną diagnozą był udar mózgu. Zwierzęta cierpią na podobne choroby, co ludzie.

Tak, nie lubiła ludzi. Ale kochała mnie. Zawsze, zawsze, gdy czułam się samotna, ona była przy mnie, na wyciągnięcie ręki. W ciemnościach nocy wyciągałam rękę i głaskałam ciepłe futerko, a ono mruczało i już czułam, że nie jestem sama ze swoimi problemami. Futerko sadowiło się na moim brzuchu i zasypiałyśmy obie spokojnie. To była MOJA koteczka.

Nie chciałam się narażać na bolesne drwiny, więc postanowiłam nic nikomu o tym nie mówić. Niestety, otoczenie dostrzegło moje czerwone od płaczu oczy, pomimo mocnego makijażu.

- „Co się stało?”.
- „Moja koteczka nie żyje”.
-„Ty głupia? Po głupim kocie płaczesz?”.

- „Przecież to tylko głupi kot! Wiesz ile tego lata po świecie?”.

- „Ha ha ha! Ty nie wiesz, co to PRAWDZIWE tragedie życiowe! Po kocie płacze, no idiotka normalnie!”.

- „No, jakby ci dziecko umarło, to bym zrozumiała, ale kot! Weź se nowego!”.

Zapewne nie wiem, co to PRAWDZIWA tragedia życiowa. Jak każdy, mam swoją historię, swoje wspomnienia i traumy. Każdy uważa, że „jego życie nadaje się na scenariusz filmowy”, ja też.

I tylko nie ma już mojej powiernicy, w której futerko wyszeptywałam nocami to, co mnie boli. Nie ma już tej, która akceptowała mnie bezgranicznie ze wszystkimi moimi wadami.

Nie ma już jej.

To trzeba się teraz pośmiać.

Skomentuj (90) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (300)

#81443

(PW) ·
| Do ulubionych
Znacie ludzi, którym się wydaje, że jak wchodzą na przejście dla pieszych, to samochód wyhamuje na dwóch metrach? Celują w tym głównie ludzie starsi, którzy nigdy nie siedzieli za kierownicą.

To teraz wyobraźcie sobie podobną sytuację, tylko na przejeździe kolejowym – z perspektywy maszynisty pociągu.

Pociąg towarowy z pełnym obciążeniem potrafi ważyć nawet do 4.500 ton (cztery i pół tysiąca ton) – zależy to - oczywiście - od mocy lokomotywy, trasy, prędkości rozkładowych itp. A jak jest droga hamowania takiego pociągu? Nawet do niemal 2,5 kilometra. Kto zdaje sobie z tego sprawę? Chyba tylko maszynista...

Piekielność totalna sama w sobie – przejazdy niestrzeżone. Ludzie nie zdają sobie kompletnie sprawy z prędkości, ciężaru i drogi hamowania takiego pociągu. Najgorszy efekt, o którym wiem – 15 ofiar śmiertelnych na raz. Rodzina szła na pasterkę – rzędem, zimno było, trzymali się pod ręce i szli tzw, tyralierą.

Przejścia piesze strzeżone: opuszczone rogatki ale „co, ja będę czekał?” Nie czeka, idzie. 5 ofiar śmiertelnych na raz.

Samochody: „Pociąg o 150 metrów ode mnie, zdążę”. Nie, nie zdążył. Ten pociąg potrafi pruć 120 km/h jeśli taka jest jego prędkość rozkładowa w tym miejscu i nie ma obowiązku zwalniać (naprawdę towarowy nie ma obowiązku, on się trzyma „rozkładowej”).

Sytuacji z samochodami „szybkobieżnymi” jest kilkanaście dziennie. Ile z nich kończy w charakterze wraków z trupami w środku – trudno zliczyć.

I na koniec tzw „wisienka” (to chyba złe wyrażenie) – „Jedzie, jedzie pociąg, wagonami buja”, a na poboczu dramat! – wrzeszcząca rozpaczliwie i szarpiąca się dziewczyna próbuje rzucić się pod pociąg, a dwóch chłopaków z całych sił próbuje ją powstrzymać! Szarpanina, krzyki! Pociąg przelatuje obok, ale maszynista ma obowiązek zgłosić każdą sytuację niebezpieczną, toteż zgłasza.

Kilka dni później: maszynista dowiaduje się, że uratował życie tej dziewczynie, bo było dokładnie odwrotnie – dwóch chłopaków próbowało wepchnąć dziewczynę pod pociąg, a ona rozpaczliwie się broniła. Przed tym konkretnym pociągiem się uratowała ale nie wiadomo, co byłoby dalej, gdyby nie przyjechali SOK-iści...

pociągi

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (184)

#81370

(PW) ·
| Do ulubionych
Pomimo zaawansowanego wieku mam prawo jazdy od zaledwie trzech lat. Tak wyszło.

Jeżdżę sobie różnie, raz lepiej raz gorzej, w mieście przeważnie boję się panicznie, żeby nie zrobić komuś krzywdy, na autostradzie włącza mi się „tryb nieśmiertelności” zatem jadę „szybko i bezpiecznie”, ot taki przeciętniak w dieslu 2,0, 143 KM.
3 lata bez wypadku i bez mandatu.

Popełniam błędy i robię dziwne rzeczy. Czego NIGDY nie zrobię?

Nie wsiądę za kółko po alkoholu. Żadnym, po żadnym "łyku", nawet najmniejszym. Nawet nie przestawię auta z miejsca na miejsce. Bo chodzi o "granicę, której przekroczyć nie wolno".

Teoretycznie do 0,5 to jest wykroczenie ale mnie nie chodzi o 0,5 tylko o zasadę – o łamanie granic. Bo skoro mogę jechać po pół butelki piwa to czemu nie po całym? A skoro nie po całym, to czemu nie po dwóch? A skoro po dwóch to czemu nie po pół litra? Rozumiecie – przekroczenie granic. Nie przekroczę.

No i co?

Impreza w gronie znajomych. Jadę samochodem z dwiema opcjami – będę kierowcą rozwożącym i nie piję / nie będę kierowcą – zostawiam auto pod domem znajomych i piję.

- No odwieź mnie, przecież jesteś samochodem.
- Tak, przyjechałam samochodem i pytałam trzy razy, czy będę kogoś odwozić. Odpowiedź była, że nie, zatem oznajmiłam wszem i wobec, że samochód tu zostaje, ja wracam taksówką, a po auto przyjadę jutro wieczorem.
- Przecież wypiłaś do tej pory tylko dwa piwa, widziałem!
- O dwa za dużo. Nie pojadę i nie proś.
- Niekoleżeńska jesteś, to daj samochód Markowi, on nas odwiezie.
- Sorry, ale nie. Marek wypił więcej, niż ja.
- No i co z tego? On jest trzeźwy!

Impreza integracyjna (na szczęście już tam nie pracuję!).
Przyjechałam samochodem od razu z zamiarem zostawienia go pod biurem do soboty. Nikt nie widział, że przyjeżdżam autem, bo zaparkowałam z dala od miejsca imprezy (biuro i knajpa w tym samym budynku, na różnych piętrach) – tak przynajmniej sądziłam, że nikt nie widział).

- Katsssseee... n.. odwieśśś szefa do domkuuu... ale jusssssss... ha ha ha.
- Pseprassssam szefffffie, ale wypiłłłłam.....ha ha ha.
- No to soooo? Odwieśśś, bo jutro poszukasz nowej prasssyyy ha ha ha.
(Coś zaczyna przeświecać przez opary alkoholu).
- Szefie, zamówię panu Ubera, na mój koszt, zawiezie pana, OK?
- Jakiego ssssnowósz Ubera??? Odwieśśś mnie ty, ale jussss!!!

Dla odmiany impreza rodzinna. Ustalam z rodzicami – przyjeżdżam autem, ale ponieważ śpię u nich, mogę wypić. Rano badanie alkomatem (posiadam) i wracam, jak będę mogła.

- Ciociu, taksówkę cioci zamawiam.
- Że co?? Że ja płacić mam? A czy wasza Katzen nie ma czasem prawka i auta pod domem???
- Katzen piła alkohol, nie pojedzie.
- No to co, że piła? Ile tam ona wypiła? Piwek parę! Mój Gieniuś po takiej ilości to w trasę jeździ, a o ile ma większy wóz niż ona!

Mój skromny przyczynek w temacie tolerancji dla pijanych kierowców.

pijani kierowcy

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (240)

#81330

(PW) ·
| Do ulubionych
Życie vs elektronika

W naszej firmie, jak świat światem, podpisywaliśmy listę obecności. Szef wymagał, żeby do 9:00 (godzina rozpoczęcia pracy) były wszystkie podpisy osób obecnych. Za osoby nieobecne (choroba, wyjazd służbowy, urlop, macierzyński itp.) szefowa kadr wypełniała listę, wpisując odpowiedni kod (CH, WS, UW, M itp.).

Jako że firma liczy ładne kilkadziesiąt osób, od lutego wprowadzono usprawnienie! Elektroniczny rejestrator czasu pracy! Witamy w XXI wieku! Każdy dostaje swoją, indywidualną, jedyną w swoim rodzaju, personalną kartę ze swoim nazwiskiem i numerkiem (licho wie czego) oraz smyczkę do przenoszenia tejże i odbija na czytniku - wyjście służbowe (spotkanie z klientem, kontrahentem) - kod 1, wyjście na lunch - kod 2, wyjście na sikanie tudzież to drugie - kod 3. Wspaniale!

Pytam dziś naszą Agatę, szefową kadr - "Chyba ten zelektronizowany system bardzo ułatwi ci życie? Nie będziesz już musiała pilnować listy i uzupełniać?".

Agata patrzy na mnie ponuro - "Chyba żartujesz? Będę miała dwa razy tyle roboty! Elektroniczny pomiar elektronicznym pomiarem - on jest dla zarządu, ale lista zostaje! Dla PIP liczy się tylko lista z PODPISEM pracownika! Będę musiała pilnować i tego, i tego".

Nowinki techniczne vs życie

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (135)

#80987

(PW) ·
| Do ulubionych
W klasie mojego syna jest dziecko. Nie jedno, oczywiście, ale to jedno jest w szczególnej sytuacji. Pochodzi mianowicie z biednej rodziny. Szczegółów nie znam, bo szkoła nie ujawnia (i bardzo dobrze, jak sądzę), ale wiem, że jest wychowywane przez samotną matkę (samotną z konieczności czy z wyboru? - nie wiem). I nie stać jej na opłacenie żadnej wycieczki dla dziecka.

Dziecko uczy się całkiem nieźle (średnio), zawsze ma odrobione lekcje. Ubrane jest skromnie, ale zawsze czysto i schludnie. Moim zdaniem - nie żadna patologia, zwyczajnie ciężka sytuacja życiowa.

Planowany jest wyjazd na tzw. "zieloną szkołę". Program bogaty, ciekawy, atrakcyjny. Od wielu tygodni dzieciaki ekscytują się jego omawianiem i planowaniem atrakcji. Koszt wyjazdu na 5 dni to 840 zł.

Na zebraniu rodzice jak jeden mąż deklarują udział swych pociech w przedsięwzięciu. Oprócz tej jednej mamy.

Wychowawczyni - znając sytuację - z własnej inicjatywy po cichutku rozpoczyna dyskretną zbiórkę pieniędzy na wyjazd dla tego dziecka. Rada Rodziców, Rada Klasowa, opieka społeczna, która ma pieczę nad tą rodziną (a z którą szkoła ma kontakt) oferują się pokryć po cząstce kosztów. Rodzice innych dzieci z klasy, powiadomieni drogą telefoniczną o sytuacji, składają się dobrowolnie po 5-10 zł (kto tam ile może) na ten cel. Żeby tylko dziecko pojechało.

Brakuje 200 zł. Tę sumę oferował się pokryć w całości jeden z ojców, lepiej zarabiający.

Kwota zebrana! Dziecko pojedzie z innymi, radość!

Ale...

Po informacji, że przeszkoda finansowa, stojąca na wyjeździe jej dziecka, przestała istnieć, mama stanowczo odmówiła. Ona jest biedna, ale dumna! Nie weźmie jałmużny! Skoro ona nie może pozwolić sobie na wyjazd dziecka - to dziecko nie jedzie i już. Jałmużny nie przyjmie. Nie i już. Rozpacz dziecka i jego poczucie "bycia gorszym" się nie liczy. Liczy się tylko duma "że nie wezmę”.

Czy duma jest ważniejsza, niż dobro i radość dziecka? Czy to dziecko zrozumie, że nie jedzie, bo nie wolno "żebrać"? Przecież nikt tu nie żebrał, zwyczajna prośba o pomoc dla kogoś, kto akurat jest w gorszej sytuacji życiowej i odzew ludzi dobrej woli. Przecież nikt za tę oferowaną przez siebie kwotę nie oczekuje tablicy pamiątkowej ani wymienienia z nazwiska na "Liście Darczyńców na Rzecz Wyjazdu Pawełka/Zosi z 4b na Zieloną Szkołę" wywieszonej na tablicy w holu szkoły!

Jakie jest Wasze zdanie?

duma i uprzedzenie?

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (139)