Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KoparkaApokalipsy

Zamieszcza historie od: 1 lipca 2011 - 19:25
Ostatnio: 11 września 2017 - 12:41
  • Historii na głównej: 84 z 143
  • Punktów za historie: 47181
  • Komentarzy: 1772
  • Punktów za komentarze: 5080
 

#79792

(PW) ·
| Do ulubionych
Była historia o sukience za 99 zł zamiast 240.

Lubię dzwony. W zasadzie od podstawówki nie noszę innych spodni - zawsze, gdy się skuszę na inny fason, doszedłszy do wniosku, że dzwony są dla lamusów, potem tego żałuję, bo wyglądam jak lizak.

Ostatnio poszłam do zwykłego butiku, kupić sobie właśnie dzwony. Pytam o konkret, bo wiem, czego chcę.

Pani mierzy mnie wzrokiem i prycha:

"W tym rozmiarze? Dzwony? No na pewno nie! Nigdzie pani nie znajdzie!”.

Kilka lokali dalej znalazłam takie na mnie, były też jeszcze większe. Z ciekawości pogooglałam, czy jest jakieś prawo zabraniające grubym ludziom noszenia dzwonów. Okazało się, że wręcz przeciwnie, nie powinni nosić rurek bo - nie zgadniecie - wyglądają jak lizaki.

Do dziś nie wiem, o co tej pani chodziło.

Sklepowa

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (190)
Albo Szwedzi są najbardziej cierpliwym narodem świata, albo u nich Ikea wygląda zupełnie inaczej. Obstawiam to drugie.

Godzina 17.00
Idziemy pobrać numerek do kolejki w dziale kuchni. Projekt gotowy, trzeba tylko wypisać listę zakupów dla panów z magazynu. Pestka. Co mogłoby pójść nie tak?

Dowiadujemy się, że system numerków nie działa, proszę siadać, pani przyniesie, jak zadziała.

Godzina 17.20
Pani przynosi numerek z informacją, że "w kolejce oczekuje 3 osób". Stanowisk do konsultacji jest chyba z 5. Idealnie.

Godzina 17.30-17.45
Poprzednie konsultacje powoli się kończą, coraz to kolejni konsultanci są wolni, zaczynają się zbierać w wianuszku koło pani numerkowej i o czymś zawzięcie dyskutować. W końcu paru z nich zaprosiło kolejne grupki klientów do swoich stoliczków. Na oko tak ze cztery.

Fajnie, czyli teraz w kolejce przed nami oczekuje minus jeden osób. Nie ma bata, musimy być następni.

Godzina 18.00
Nie jesteśmy. Idziemy spytać, ile jeszcze numerków przed nami. Członek wie, ale chyba tak z pięć. Pani proponuje, że jak będzie nasza kolej, to po nas zadzwoni.

Już mamy się zwijać na zwiedzanie Ikei, gdy zauważamy, że numerek wywoływany jest może przez pięć milisekund, po czym jeśli klienci nie dobiegną do wywoływaczki dzikim sprintem, konsultant bierze byle kogo.

Godzina 18.20
Jakaś pani prosi o numerek i dostaje go z informacją, że nie ma gwarancji, iż dzisiaj w ogóle uda się panią przyjąć, bo już za dużo ludzi czeka i w ogóle proszę spadać.

Pani pyta, czy w takim razie może dostać numerek na kolejny dzień. Nie może, bo różnie bywa, czasami nie ma tłoku, proszę spadać.

Pani wyjaśnia, że jest już w Ikei pięćdziesiąty czwarty dzień z rzędu i jeszcze nigdy nie zdążyli jej obsłużyć, więc chyba jednak zawsze jest tłok i to trochę żenujące, że jeszcze się nie dostosowali. Pani numerkowa wyjaśnia, że jednak da się umówić na konkretny dzień i godzinę... odpłatnie.

Pani klientka faktycznie spada.

Godzina 18.40.
Jacyś szczęśliwcy wreszcie dopadli do konsultantki. Kupują kuchnię z transportem... na 30 września, bo wcześniej się nie da. Do tego czasu Ikea przechowa im meble. Odpłatnie.

Konsultantka tłumaczy, że powinni się cieszyć, bo i tak Ikea im idzie na rękę.

Państwo spadają.

Godzina 19.00
Widzimy, jak konsultant, który był zajęty tą samą rodziną od kiedy przyszliśmy, przechodzi koło nas. Alleluja, skończyli! A wała. Pan idzie im pokazać, jak wygląda szuflada.

Cała konsultacja chyba musiała się zacząć od dialogu:
- Dzień dobry, poproszę kuchnię.
- A jaką?
- A jakie są?

Godzina 19.10
Na wszelki wypadek idziemy do pani numerkowej spytać, czy może w związku z awarią systemu nie stało się tak, że nasz numerek gdzieś przepadł i teraz wyświetlają się już kolejne. Ona nie wie. Chyba będziemy następni, ale w sumie członek wie. Niby teraz idzie kolejka numerków zaczynających się od C (czyli takich, jak nasz), ale potem może być A, B albo D.

A czemu stosują tak debilny system kilku różnych serii numerków zaczynających się od różnych literek? Też nie wiadomo.

Godzina 19.30
Wreszcie nasza kolej.

Godzina 19.32
Po krzyku. Zlecenie wypisane, idziemy do kasy.

Godzina 20.00
Idziemy do magazynu

Godzina 21.20
Dostajemy meble.

Ikea

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (154)

#79755

(PW) ·
| Do ulubionych
Współlokatorzy. Na szczęście w moim życiu to zamknięty rozdział, ale mam w zanadrzu jeszcze kilka historii.

W ostatnim mieszkaniu mieliśmy ogródek. Współlokatorki od wiosny nudziły, że chcą podzielić przestrzeń w nim, że posądzą sobie w swojej części maliny, pomidorki, truskawki, bawełnę i drzewa kauczukowe.

Teren podzieliłyśmy na karteluszku. My z Królewną z Drewna w którąś wiosenną sobotę powywalałyśmy śmieci, stare liście, zryłyśmy ziemię, wstawiłyśmy plastikowe krawężniki (włączyła mi się adrenalina i trochę mnie poniosło, więc ogarnęłam cały ogródek, nie tylko naszą część) i powiedziałyśmy współlokatorkom, że mogą już zakładać plantację.

Za jakiś czas zachciało nam się kwiatków. Obsiałyśmy swoją część jakimiś nasionami z saszetek za pisiont groszy kupionych na zasadzie "o, pisze, że że kwiatki". Jedyne, co pamiętam to to, że w jednej z saszetek były nasiona nasturcji. Reszta zawierała jakieś mieszanki rodzimego zielska.

Nasturcje zostały zasiane w jednym klombiku, a kilka saszet słowiańskiej, prawilnej mieszanki na sąsiednim.

Po jakimś czasie kwiatki wyrosły. Mieszanka wyglądała jak zwykła, wiejska, sielska łąka. Przy bardziej wygórowanych wymaganiach rzeczywiście można było uznać ten klombik za zaniedbany. Za to nasturcje rosły bez śladu zachwaszczenia i dumnie prezentowały swoje secesyjne kształty, urocze duże liście i malownicze wiotkie łodygi. W efemerycznych pąkach już rozpalały się dziewicze rumieńce, mających zaraz rozwinąć płatki kwiatów. Tymczasem część przeznaczona na plantację bawełny zarastała perzem, a ziemię rozdziobywały kruki i sępy.

Któregoś pięknego dnia, gdy akurat obie z Królewną byłyśmy poza domem, jedna z lokatorek zadzwoniła, że już teraz zaraz mamy jej powiedzieć, co rośnie w ogródeczku, bo ona będzie plewić. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie pamiętam składu prawilnej rodzimej mieszanki, obok są nasturcje, a jeszcze dalej ich perz, ale ni członka jej tego nie wytłumaczę oralnie, bo potrzebuję kartki i mapki. Niech zaczeka 2 godziny, wrócimy z Królewną, pokażemy palcem i niech pieli, a najlepiej niech pieli własną część (której położenie znała), a od naszej się odstosunkuje.

Wróciliśmy po 2 godzinach. Perz rósł tak, jak wcześniej. Mieszanka też. A nasturcje? Upier*lone przy samej ziemi.

Czemu?

A, bo ona nie wiedziała, co to było.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (178)
Pamiętacie historię o wojującej feministce, purystce językowej, która pisze najeżone błędami buduarowe romansidła o mdlejących idiotkach, czekających na księcia z bajki?

Nie, nie ma bingo, ale jest ciąg dalszy.

Z powiastkami tymi jest pewien problem. Okładka oraz opis nie krzyczą: "bzdurna makulatura dla durnych bab". Wręcz przeciwnie, wszystko urządzone jest tak, że na pierwszy rzut oka można się pomylić i wziąć książki za coś wartego przeczytania.

Z tego względu znalazło się parę osób (w tym ja), które po książki sięgnęły i doznały estetycznego szoku połączonego z niedowierzaniem, że ktoś tak piszący zdał maturę z polskiego. Osoby te postanowiły na forach i portalach wyrazić swoje opinie, aby ostrzec podobnych im czytelników przed zwodniczymi hasłami na okładce.

Autorka z godną podziwu wytrwałością wyszukuje te opinie i wkleja u siebie na fejsbuku z komentarzami:

"O! Mam hejtera! Nędzny zawistnik!"

"O! Znów ten sam pożerany zawiścią menel intelektualny! Zakłada sobie ciągle nowe konta, by mnie gnębić!"

"Czyż on nie ma wstydu?! Ile jeszcze fałszywych kont sobie założy?!"

"To prześladowanie! Czy on nie ma nic lepszego do roboty, tylko zakładać fikcyjne konta i mnie dręczyć?"

"Abderyta i filister! Sam chciałby tak pisać, ale nie potrafi, więc mnie stalkuje!"

Zastanawiam się, czy w głowie tej biednej, udręczonej nadmiarem talentu artystki kiedyś pomieści się, że komuś jej książki naprawdę mogą się nie podobać oraz że takich osób może być więcej niż jedna... ale nie zanosi się na to.

Gwoli wyjaśnienia: nie, nie jestem psychofanką. To znajoma, z którą mam kontakt, powiedzmy, "służbowy" (związany z hobby, ale kontaktujemy się ze względu na konkretne zajęcie, a nie wzajemną sympatię) i stąd wiem, co się u niej dzieje.

PS: Tak mnie naszło... Przy lekturze nie mogłam się nadziwić redakcji, a raczej jej brakowi. Tekst wygląda, jakby prosto z dysku autorki poszedł do drukarni, bez śladu korekty czy próby jakiegoś wyprostowania nagromadzonych absurdów, błędów gramatycznych i rzeczowych, groteskowo nieudanych, pretensjonalnych sformułowań, całych hałd powtórzeń oraz ogólnego braku sensu.

Z początku myślałam, że po prostu redaktor i korektor dali ciała, ale coraz bardziej zaczynam wierzyć, że może jednak oni chcieli dobrze, tylko królowa tupnęła nóżką i nie pozwoliła ingerować w swoje wiekopomne dzieła.

Sprobujcie sobie tylko wyobrazić, że jakiś nędzny redaktorzyna, fizol literatury, ćwok bez doktoratu próbuje Wielkiej Pani Artystce wyjaśnić, iż zdanie "Gołymi rękami wykopywała kamienie, które krwawiły intensywnie" zawiera błąd.

No co taki skryba może wiedzieć?

Feministkopisarka

Skomentuj (76) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (187)
Pewna knajpa zorganizowała pokaz filmu z muzyką na żywo.

Fajna sprawa, nawet bardzo... tylko, że większości uczestników eventu nie dane było się nią cieszyć.

Knajpa jest mikroskopijna, zatem zarezerwowałam stolik odpowiednio wcześniej. W czasie rozmowy z panem barmano-menadżero-wszystko dowiedziałam się, że był w pracy czwarty dzień i nie ogarniał.

Po przybyciu na miejsce okazało się, że... rezerwacja owszem, jest, ale nie ma, bo sala jest mała, ludzie przyszli, są, siedzą, stoją, leżą i się nie mieszczą, no olaboga, chaos, ragnarok, no kto by to przewidział?! W podobnej sytuacji, jak my było jeszcze kilka grup, bo okazało się, że na sali mieszczącej przy dobrych wiatrach ze 20 osób zarezerwowano miejsca dla dwukrotnosci tej liczby, po czym wesoło zignorowano fakt, że gdy osoby z rezerwacjami się zjawiły, sala była już po dwakroć pełna.

Na szczęście mniej ufający ludziom członkowie naszej paczki przybyli na miejsce godzinę wcześniej, zatem miałam gdzie usiąść (a dokładnie trafiły mi się 2/3 krzesła). Gdy już udało się opanować miejsce, przyszła pora na bar.

7 osób (słownie: siedem), które stały przede mną pan barman obsługiwał 20 minut, albowiem był to ten sam pan barman, z którym rozmawiałam wcześniej i który był w pracy czwarty dzień, i nie ogarniał. Pot spływał mu po czole, a on dwoił się i troił, ale niestety wciąż okazywało się, że czegoś nie może znaleźć albo nie pamięta kodu... do niego nie mam żalu, ale jakim trzeba być kretynem, by postawić za barem dzieciaka bez doświadczenia gdy organizuje się event i wie się, że na daną godzinę zwali się tłum ludzi, wskutek czego w momencie wyrośnie ultra kolejka tysiąclecia?

Co do sali i rezerwacji... teraz na FB owej knajpy toczą się boje, a na uwagi rozczarowanych klientów knajpa odpowiada, że sala mała i magicznie jej nie powiększą. OK, ale czy to tak trudno ocenić, ile osób faktycznie się zmieści i chociażby rozdać darmowe wejściówki, albo dzwoniącym z prośbą o rezerwację powiedzieć "sory, mamy komplet"?

Jednym słowem: ultra ścisk, zero możliwości cieszenia się pokazem, duchota i najdłużej wyczekiwane piwo świata... a to wszystko przecież nie jest winą organizatorów, bo mieli małą salę i nowicjusza na barze. No co pan, panie, zrobisz? Nic pan nie zrobisz. Któż mógłby przewidzieć, że z tego wynikną problemy?

Zielona wróżka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (147)
Wyobraź sobie, że jesteś weterynarzem. Specjalizowałeś/łaś się w psach i kotach, bo tego ludzie mają najwięcej i o pacjentów najłatwiej. Ogarniasz jeszcze szczury i króliki, bo to też ssaki i z grubsza podobnie wszystko wygląda.

Przychodzi jednak pacjent z jakimś egzotycznym dziwadłem. Ledwo umiesz rozpoznać gatunek, nie mówiąc już o płci czy wieku. Zdarza się. Teraz ludzie trzymają coraz dziwniejsze stworzenia; kiedy studiowałeś, jeszcze się o takich nie słyszało.

Oczywiście nie masz pojęcia, co temu dziwadłu dolega. Co robisz?

A) Mówisz klientowi, że nie masz kompetencji, żeby się zająć dziwadłem i odsyłasz do kolegi po fachu, który może się na tym znać.

B) Ściemniasz klientowi, że to bardzo trudny i rzadki przypadek, prosisz, żeby przyszedł jeszcze raz następnego dnia, bo musisz się skonsultować ze specjalistą. Przez noc googlasz objawy i czytasz artykuły, by zacząć leczyć dziwadło w oparciu o swoją wiedzę ogólną, kompetencje w rozumieniu treści specjalistycznych artykułów i nowo nabyte informacje.

C) "Panie, zara mu damy antybiotyk i przejdzie jak ręką odjął!"

Już się pewnie domyślacie, którą opcję wybiera wielu weterynarzy. Niestety, klienci takich konowałów potem nie chcą słuchać rad hodowców podobnych zwierząt, bo przecież byli u weterynarza, on powiedział, że to quisquidoza plusquamperfectu i że trzeba antybiotyk i już. A potem... oj, zwierzątko jednak umarło. Widocznie antybiotyk był za słaby.

Weteryniarz

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (175)
zarchiwizowany
Znajomości z internetów.

Możecie napisać, że szkoda czasu, gdyż są one kopalnią przypału - OK, częściowo się zgadzam, niemniej jednak czasami uskuteczniamy z Królewną z Drewna (czyli moją nielegalną małżonką) poszukwania znajomości przez ogłoszenia. Zdarzają się fantastyczni ludzie, którzy z różnych powodów nie potrafią "w realu" podejść i zagadać, zatem szukają kolegów w Internecie.

Nie zmienia to faktu, że Internety rzeczywiście są kopalnią mało ciekawych osobistości. Aby odróznić fantastycznych ludzi od chodzącej katastrofy trzeba instynktu oraz pewnej dozy krytycyzmu. Ja - chodzący pesymizm - przypał wyczuwam na kilometr i po dwóch zdaniach już wiem, że nie będzie tanga między nami. Królewna z Drewna niestety jest kompletnie pozbawiona tej umiejetnosci. Jej złote serduszko daje bezgraniczny kredyt zaufania każdemu psychopacie, przez co nie raz i nie dwa pakowała w kłopoty samą siebie lub nas obie.

Poznała niedawno Ewę (imię niezmienione, a niech ma zawał, jeśli to przeczyta). Ewa na dzieńdobry oznajmiła, że jest "wykształconom kobietom na stanowisku", jakąś dyrektorką hurtowni wieszaków na ręczniki, względnie części zamiennych do transporterów opancerzonych... po namyśle stwierdzam, ze jednak części zamiennych do transporterów opancerzonych, bo tylko człowiek twardy i zaprawiony w bojach nie ucieknie, gdy na spotkaniu biznesowym ujrzy najpierw kulę tlenionego siana, spod której wyłoni się Stara Maleńka (czyli przepalona babeczka, która nie zorientowała się, że już nie ma 18 lat i jest raczej Grażyną niż Karyną) i głosem Tomasza Manna zaprosi do negocjacji biznesowych.

Ewa prócz tego, że ma manię wielkości, ma też manię prześladowczą. Ma dwa telefony (nie dual sim, fizycznie dwa aparaty), kilkanaście różnych kont tu i tam, i jest święcie przekonana, że tajne służby całego świata nie mają nic lepszego do roboty, niż dowiedzieć się, jakiej ona jest orientacji - co uczyniwszy, natychmiast zakomunikują to wszystkim potencjalnym klientom hurtowni części zamiennych do transporterów opancerzonych, którzy już nigdy w życiu niczego od niej nie kupią, w związku z czym biznes Pani Dyrektor upadnie.

Ewa mianowicie jest lesbijką. Jej próby ukrywania tego są równie zabawne jak godny podziwu jest jej upór w tej materii. Ewa bowiem wymyśliła kod. W rozmowach telefonicznych zamiast "Sylwia", "Ania" czy inna taka mówi "ta osoba", a zamiast nazw portali randkowych dla homoseksualistów mówi "allegro" czy "olx", śmiejąc się przy tym durnowato i wdzięcząc jak nastolatka, która wymyśliła "tajne słowo" na alkohol i teraz przy rodzicach rozmawia przez telefon z koleżanką i pałając rumieńcem dziewiczym niczym dzięcielina szepcze "no i wiesz, piliśmy, hihihi, herbatkę, hihi, z colą, i potem, hihi, robiliśmy różne dziwne rzeczy, hihi".

Był taki czas, że Ewa zapragnęła spotkac się z naszą dwójką, ale pod kilkoma warunkami:
- mamy nie wyglądać jak lesbijki (bo nikt nie może jej widzieć z kimś takim)
- mamy nie wyglądać jak para
- najlepiej, żebyśmy przyszły osobno i odeszły osobno, żeby nikt nie pomyślał, że jesteśmy parą
Jakby to powiedzieć... do spotkania nie doszło.

Prócz manii wielkości i manii prześladowczej Ewa cierpi jeszcze na dwie choroby. Desperację i ekshibicjonizm.

Dzieli się wszystkimi szczegółami swojego życia z gorliwością zdumiewającą u osoby przekonanej, że wszyscy ją śledzą. Co chwile pisze lub dzwoni, by oznajmić, że zjadła obiad, widziała na ulicy kogoś w fajnych butach, poszła siku lub skończyła czytać gazetę. Nie odpowiadasz? Nie odpisujesz? Biada. To oznaka olewania Ewy, a za olewanie Ewy kara jest straszna. Jest nią ultra foch, który kończy się po 3 minutach pytaniami "Dlaczego się nie odzywasz? Przecież cię ignoruję! Ej! Czemu nie pytasz, kiedy cię przestanę ignorować?!"

Desperacja Ewy z kolei uderzyła najbardziej w naszą koleżankę. Pani Dyrektor nie wie o niej nic poza tym, że to dziewcze młode, miłe i samotne. To już wystarczy, by mieć 99% pewności, iż ich związek okaże się miłością stulecia i po miesiącach ukradkowych schadzek w Puszczy Białowieskiej zostanie zwieńczony małżeństwem... po czym Ewa i nasza koleżanka rozejdą się, jedna zamieszka w Gdańsku, druga w Zakopanem i widywać się będą w bunkrze pod Radomiem, aby nikt się nie zorientował, że się znają. Od tygodnia zamęcza o numer telefonu do owej koleżanki i nie trafia do niej, że dziewczyna nie gustuje w starszawych, chorych psychicznie desperatkach. "Ej, ale przecież jestem kobietom wykształconom! Na poziomie! Z pozycją! Jestem panią dyrektor! Jestem bogata!" No jak można się komuś takiemu oprzeć?

Któż zatem jest tu piekielny? No niestety złote serduszko Królewny z Drewna. Od tygodnia nasze życie biegnie od dzwonka do sygnału SMSa; od focha do focha; od gorliwej prośby o telefon do naszej koleżanki do pełnego zdziwienia "ale przecież ja jestem bogata!"; od "zrobiłam kupę" do "omujborze! wyświetla mi się reklama serka homogenizowanego, UONI JUŻ WIEDZO!"...

Królewna z Drewna od 3 dni redaguje tekst, w którym łagodnie, lecz zdecydowanie da do zrozumienia Pani Dyrektor, że ani jej miliony, ani jej pozycja zawodowa nie skłonią do kontynuowania znajomości, a ja siedzę jak ta słomiana wdowa i piszę historie na Piekielnych...

Internety

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (83)
Byłam ostatnio na wielce naukowej konferencji. Nie spodziewałam się cudów, bo zainteresowanie konferencją było tak małe, że koniec końców zaczęto spraszać zwykłych śmiertelników z ulicy (tzn z Facebooka) i tak oto ja, biochemik, znalazłam się na konferencji koła naukowego studiów porównawczych cywilizacji.

Co było piekielne?

Jak już pisałam, nie spodziewałam się cudów ani nawet średniego poziomu; zresztą ogólnie jestem znana z pesymizmu. Jednak to, co zastałam, zdziwiło nawet mnie.

- Odczyt ma trwać 20 minut? OK, czytam z kartki przez 3 minuty, tojużwszystkoczysąjakieśpytaniadziękujęzauwagędowidzenia i szast, uciekam. Zrozumiałabym, że może jedna prelegentka akurat miała termin operacji wyrostka wyznaczony na ten sam dzień i musiała zgłosić się do szpitala, ale żeby tak prawie wszyscy?
- Odczyt ma być o artefaktach i motywach czegoś tam w sztuce starożytnej? Mam rzutnik do swojej dyspozycji? Fajnie, zrobię prezentację w power poincie z samym tekstem. A po co obrazki?
- Odczyt ma być po angielsku? No dobra, przecież i tak nikt nie zrozumie, będę gadać jak pani na lotnisku z pysiami wypchanymi pierogami w "Misiu" i powiem byle co. Nie może się nie udać.

I najlepsze:
- Ściągnę żywcem artykuł z Internetów. Bardzo fajny swoją drogą artykuł o tatuażu więziennym. Zamiast jednak przedstawić treść tego niedługiego o artykułu, przez 20 minut będę pierniczyć o tym, co to jest tatuaż oraz o tym, że tatuaże dzielą się na ładne i brzydkie, oraz czasami niektóre są inne od innych. Zanim zdążę przejść do właściwej, ciekawej części, pan z obsługi trzy razy chrząknie i kaszlnie, by dać mi znać, że czas minął. No trudno, sorry publiczności, nie dowiecie się niczego, czego nie wiedzieliście wcześniej (no chyba, że sobie znajdziecie sami ten artykuł, który splagiatowałam).

No nic. To było rzeczywiście pouczające doświadczenie.

uczelnia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (168)
zarchiwizowany
W sumie mało piekielne, ale zastanawiające.

Coraz mniej przyjemnie mi się ostatnio robi zakupy w niebiesko-żółtych supermarketach, co to tanie są. Nie chodzi o jakiś konkretny market, bo denerwująca mnie polityka obowiązuje chyba we wszystkich.

Chodzi mianowicie o kasowanie na wyścigi. Ja rozumiem, że powinno być szybko, że trzeba rozładować kolejki, ale wszystko ma jakieś granice. Ja rozumiem szybkie kasowanie. Też mnie denerwują spokojne, nawszystkoczasmające kasjerki z pietyzmem wklikujące kod każdego produktu i oglądające go na wszystkie strony, jakby się zastanawiały, czy mi go nie ukraść. Żółto-niebieski market przegina jednak w drugą stronę.

Wściekli kasjerzy z czołami zroszonymi potem i z obłędem w oczach przerzucają moje Bogu ducha winne serki, chlebki i soki przez taśmę z taką agresją, że chyba powinnam zabierać ze sobą Dudka, żeby je łapał. Ręce kasjerów migają z prędkością godną najlepszych prestdigitatorów. Cały zysk z tego taki, że produkty chyba są świeższe, bo latają z taką prędkością, że znaczenie ma już dylatacja czasu.

Może to pryszcz, ale po prostu za każdym razem czuję się jak persona non grata, jakby kasjer co prędzej chciał się mnie pozbyć, najchętniej poprzez wy*dolenie moich zakupów na podłogę. Nie nadążam z pakowaniem ich do siatek, a naprawdę nie jestem zniedołężniałą staruszką. Wypadałoby, żebym na zakupy brała szuflę i taczki, żeby jednym ruchem zgarnąć narastającą kupę skasowanych produktów i najlepiej od razu wypruć sprintem ze sklepu, aby swoim bezczelnym staniem i istnieniem nie narazić się na straszliwy gniew kasjera. Czuję się jak ostatnia ofiara losu, gdy marnuję jakże cenne sekundy na wkładaniu paczek i siatek do torby - byle jak, byle szybko - a kasjer lub kasjerka już bębni palcami w swoją katedrę, żądając jak najszybszej zapłaty i to broń Boże nie gotówką i nie kartą na PIN, bo to tyle trwa, a jak to tak?

Ja rozumiem, że taka polityka, ale może włodarze firmy mogliby zrozumieć, że prędkość obsługi nie zależy tylko od sprawności kasjera, ale też od sprawności klienta w pakowaniu, a jeśli ten ostatni jest opieszały (czyli po prostu nie ma nadnaturalnych mocy), to ciskanie na niego gromów i strojenie min naprawdę nikomu nie pomoże.

No szkoda, bo mają fajne ciastka z orzechami i syropem klonowym, ale ja chyba naprawdę nie jestem godna ich sklepów.

.... jest tani

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (180)
Pamiętacie historię o cienkich romansidłach traktujących o miłosnych przygodach głupiutkich babeczek i o autorce, która przy okazji jest wojującą feministką, narzekającą na antyfeministyczną literaturę?

Jest ciąg dalszy.

Wspominałam, że jej książki są nie tylko durne jak matura z historii tańca, ale i najeżone błędami językowymi?

Nie brak tam zdań typu 'jadąc do szkoły padał deszcz'. Moją ulubioną postacią jest inteligentny kominek. Bohaterka bowiem "paliła listy w kominku, nim zdążył je przeczytać".

Niedawno autorka zaczęła na fejsbuczku wojować o dbałość o ojczysty język i narzekać, że straszliwe błędy popełniane przez rodaków przyprawiają ją o apopleksję.

Jeśli zacznie jeszcze narzekać na twory o kompletnie bezsensownej fabule, to będzie bingo.

Taka jedna

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (248)