Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KoparkaApokalipsy

Zamieszcza historie od: 1 lipca 2011 - 19:25
Ostatnio: 21 lutego 2017 - 18:33
  • Historii na głównej: 74 z 133
  • Punktów za historie: 45372
  • Komentarzy: 1660
  • Punktów za komentarze: 4570
 
Fenomen reklam radiowych, który męczy mnie, od kiedy nie mam jak słuchać radiostacji internetowych (a naprawdę nie umiem funkcjonować bez muzyki, więc jestem skazana na radio).
Wiem, że istnieje coś takiego, jak internet, YouTube, Spotify, radiostacje internetowe, aplikacje, gramofony, najemni grajkowie z syntezatorami i chóry chłopięce. Ja to wiem, rozumiem, kapuję, ja to wręcz przyswajam. Mimo wszystko jestem skazana na radio i już).

W TV lecą reklamy wszelakich produktów i usług, od kociej karmy po chwilówki. Jest jak jest, ale jak najbardziej rozumiem dobór medium oraz częstotliwości nadawania danego spotu. Za to radio to zupełnie inna para kaloszy.

Słuchałam kilku radiostacji i w każdej jest to samo: supermarkety, samochody i... leki na zapalenie pochwy/dróg moczowych.

Najczęściej leki na zapalenie pochwy i dróg moczowych.

Reklamy samochodów nawet bywają fajne. Supermarketów - irytujące i tandetne, ale znośne... Ale dlaczego, do kutwy nędzy muszę 30 razy dziennie słuchać o upławach, bólu przy oddawaniu moczu, wydzielinach, grzybicy, świądzie i pieczeniu?

Ja rozumiem, że jakoś trzeba dotrzeć do klienta i że nic, co ludzkie nie powinno być mi obce, no ale jasna cholewa, czy to musi być 30 razy dziennie?

Co paręnaście minut? Świąd i upławy? Gęste wydzieliny? Ból przy oddawaniu moczu? Grzybica?

Świąd i upławy?

Nie ma ucieczki przed grzybicą i zapaleniem pochwy?

Ani przed wydzielinami?

Ani przed bólem przy oddawaniu moczu?

Radio

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (Głosów: 296)
Znowu historia papuzia. Na początek małe wyjaśnienie: ręczne karmienie piskląt to nie tylko sposób na uzależnienie ich od człowieka/oswojenie. To także potrójny axel hodowców-amatorów, ich lądowanie z telemarkiem za punktem K skoczni, ich Mount Everest, ich obalenie flaszki Jacka Danielsa w minutę. Przeważnie robią to właściciele rodziców pisklaka (w sensie, że karmią ręcznie, a nie tankują kiepską whiskey), mają sprzęt, inkubatory, doświadczenie i karmią cały lęg bez rozdzielania go. Często można jednak kupić sobie małego, łysego, ślepego glutka i karmić samemu.

Pewna dziewczyna kupiła dwudniowe pisklę. Od razu zabrała się do pracy , czyli do wstawiania na fejsbuczka milionów zdjęć dowodzących jej troskliwości i sukcesów w pompowaniu małego dinozaura jedzeniem.

Po jakimś czasie niektórych fejsbukowiczów zaciekawiło, że pisklę na kolejnych zdjęciach wygląda z grubsza tak samo, ba, kolejne zdjęcia wyglądają, jakby były zrobione w ciągu kilku minut, z tym samym światłem, na tym samym ręczniczku, z pisklakiem w tej samej pozycji. Co gorsza, pisklę miało puste wole (czyli nie jadło od jakiegoś czasu) i nie było różowe, a żółtawe. Wyglądało, jakby skończyło cztery dni.

Pozostali fejsbukowicze zwyzywali tych zaniepokojonych od zazdrosnych cebulaczków, zawistnych szmat i takich tam jeszcze, ale to już nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem.

Po jakimś czasie okazało się, że zaniepokojona frakcja fejsbukowiczów miała rację: właścicielka przyznała, że pisklę na ostatnich zdjęciach było martwe. Spryciula migiem zrobiła całą sesję truchełku, aby wstawiać zdjęcia, utrzymywać, że maluch ma się świetnie i zgarniać lajki.

Najsmutnejsze jest to, że pisklę najprawdopodobniej padło dopiero po 6 dniach, ale po 4 dniu już się nie rozwijało. To znaczy, że przez dwa dni powoli zdychało z głodu.

A panienka pozbierała swoje zabawki i sobie poszła, ale co lajków nazbierała, to już jej.

Internety

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (Głosów: 223)

#75794

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj jest dzień wolny od pracy, wczoraj zatem był Narodowy Dzień Przygotowań Na Nuklearną Apokalipsę.

Nie narzekam na rodaków wykupujących zapasy przed wolnym dniem, bo sama wzięłam udział w hucznych obchodach NDPnNA. Narzekam za to na zachowanie ludzi w uroczystym korowodzie, czyli w kolejce w hipermarkecie.

Na zdrowy rozum - czas oczekiwania w kolejce zależy od ilości stojących w niej ludzi oraz ilości kupowanych przez nich produktów. Nie zależy za to od tego, ile fizycznie kolejka zajmuje miejsca.

Rozumiała to może 1/3 kupujących. Reszta sprawiła, że Nuklearna Apokalipsa mogła nadejść wcześniej, niż zapowiadano, bo w generowanym przez nich ścisku spokojnie mogłoby dojść do przekroczenia masy krytycznej wk*wu.

Pewien słabego zdrowia klient miał chyba zostać odprowadzony do kasy pierwszeństwa, ale musiał zostać wyłowiony z tłumu przez pracownika sklepu. Tak, dosłownie wyłowiony. W pewnym momencie pracownik wstąpił w ocean ciał, głów, rąk i nóg, a wyłonił się już holując za sobą wątłego pana, którego wcześniej ciężko było w ogóle dostrzec. Cóż, koniec świata chyba faktycznie jest bliski, skoro na świecie znów pojawiają się rybacy ludzi.

Spodobał mi się też pomysł pewnej pani, która postanowiła urządzić mi zabawę inspirowaną chińską torturą wody. Zamysł jest prosty: czego nie można osiągnąć jednym wielkim ciosem, osiąga się małymi. Woda drąży skałę i takie tam. Rzeczona pani zamiast jednak kapać mi na głowę, postanowiła stukać mnie wózkiem w udo.

Stuk. stuk. stuk. stuk...

- Ekhm.

Stuk. Stuk. Stuk...

- Przepraszam, może pani przestać?

Niewinna mina.

Stuk. Stuk. Stuk...

Myślałam, że nie ulegnę, ale tortura okazała się poniekąd skuteczna. Gdy przestąpiłam z nogi na nogę, bo mnie coś w bucie wierciło, a potem chciałam przestąpić z powrotem, to już nie miałam dokąd wracać... brawo dla pani, która dzięki swojej konsekwencji zyskała 30 cm zupełnie jej niepotrzebnego miejsca.

Pani uważała też, że dobrym pomysłem będzie zastawianie mi drogi. Może myślała, że jako jej miejsce w kolejce liczy się dziób jej wózka a nie kolejność, w której się tam pojawiła?

Aha. Do tej pory myślałam, że "czuć na karku czyiś oddech" to przenośnia. Otóż nie.

Na następny NDPnNA chyba wezmę zbroję.

Apokalipsa

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (Głosów: 296)

#75761

(PW) ·
| Do ulubionych
Babeczka wrzuciła na FB zdjęcie papugi ze spalonym ogonem. Okazało się, że pióra zajęły się od świeczki.

Reakcja autorki na sugestie, by na przyszłość uważała?

"Ja jestem odpowiedzialna, zawsze uważam, do tej pory nigdy nic się nie stało, nie zarzucajcie mi braku wyobraźni, bo zostawiłam świeczkę bez nadzoru tylko na chwilę, poza tym przecież ptak przeżył".

"Nie słuchaj tych trolli, to hejterzy i sitwa!" - pocieszyła ją inna, mająca w profilu zdjęcie siebie z papugą jedzącą pizzę.

Ciekawe, co by było, gdyby kierowca się tłumaczył "no tak, rozjechałem dziecko, ale przecież zawsze uważam, tylko przez chwilę nie patrzyłem na drogę, bo pisałem SMSa".

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (Głosów: 328)

#75758

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się składa, że połowa obsady naszego obecnego studenckiego lokum (w tym ja) to zwierzęta zimnolubne, a połowa to zmarzluchy.

W swoim pokoju każdy sobie grzeje, jak lubi (choć to trochę słabe, że rachunki płacimy po połowie), ale jest jeszcze teren sporny.

O ile grzanie w łazience nawet mi odpowiada, to nie rozumiem grzania przy obecnej aurze na maksa w malutkim pomieszczonku, jakim jest kuchnia, na dodatek dogrzewana często przez piekarnik i kuchenkę. Dodam, że blok jest nowy, świetnie ocieplony. Dodam też, że kuchnia jest tak mała, a ogrzewanie tak sprawne, że od włączenia kaloryfera do osiągnięcia tropikalnych temperatur mija może 10 minut.

Ustaliłyśmy zatem krakowskim targiem, że kaloryfer w kuchni ustawiamy na połowę mocy. Teoretycznie wszyscy się zgodzili.

Otóż nie. Prawie codziennie przyłażę do kuchni i zastaję grzanie na maksa. Nawet w nocy. Nawet, gdy nikogo poza mną nie ma w domu. Nawet, gdy na zewnątrz jest 15 stopni.

Do tej pory grzecznie przywracałam kaloryfer do ustalonej połówki mocy. Nie pomagało. Nie pomagało też przypominanie o umowie, na którą przecież zmarzluchy się zgodziły. Wystarczyło na moment spuścić kaloryfer z oka i para buch, grzanie w ruch... uch, jak gorąco!

Coś we mnie pękło przed chwilą. Pogoda jest jaką jest, jak na jesień jest dość słonecznie i ciepło. Zmarzluchy prawie cały dzień poza domem. Wchodzę do kuchni, zaczynam zmywać i po chwili zaczyna mi się robić słabo z gorącą. Pod ścianą rozgrzany do białości kaloryfer wydziela zabójcze promieniowanie.

Zakręciłam do zera. Otwarłam okno. Piszę to, czekając, aż kuchnia się schłodzi do akceptowalnego poziomu, a zmarzluchy jak wrócą, będą biegać w swetrach po domu. Guzik mnie to obchodzi. Z zimna się nie mdleje.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (Głosów: 318)

#75300

(PW) ·
| Do ulubionych
Zaspamowali mnie znajomi z fejsbuka stronką jakiejś akcji dobroczynnej. Stronka proponuje bardzo proste działanie: Nie chcesz, by ludzie porzucali zwierzątka jak śmieci? Wpłać piniondz.

Zaczęłam się zastanawiać, jak mój piniondz mógłby się przełożyć na zmniejszenie ilości zwierzątek porzuconych jak śmieci oraz wywołać uśmiech na twarzy firmujacego akcję biednego szczeniaczka. Może to na billboardy, akcje uświadamiania, może na łapówkę dla posłów mogących przegłosować ustawę zaostrzającą kary dla porzucających zwierzęta właścicieli? Może na jakieś schronisko?

Okazało się, że organizacja za otrzymane bakszysze chce zabawić się w kopiuj-wklej i zebrać adresy istniejących hoteli dla zwierząt na jednej stronce. Po to, żeby osoba i tak planująca oddać zwierzaka do hotelu, nie musiała adresu tegoż hotelu szukać przez 90 sekund, a znalazła go dajmy na to w minutę.

Osobiście nie jestem sobie w stanie wyobrazić sytuacji, w której ktoś planuje hotelowanie zwierzaka, ale nie znalazłszy hotelu w pierwszych dwóch trafieniach z Google, postanawia pupila zamiast tego spuścić w toalecie albo przywiązać do drzewa w lesie. Nie umiem też sobie wyobrazić człowieka, który planuje przywiązać psa do drzewa w lesie, ale po drodze z nudów przegląda internet i trafiwszy przypadkiem na listę hoteli zmienia zdanie. Dla mnie zatem jest to zwykle wyłudzenie i żerowanie na emocjach (czyt. skretynieniu) fejsbuczkowych kocich i psich mam.

Parę dalekich znajomych jednak wpłaciło piniondz. Czemu? To proste. Bo nie chcą, żeby szczeniaczki cierpiały i były smutne.

Twarzoczaszka

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (Głosów: 251)
zarchiwizowany
Jakiś czas temu wywiązała się dyskusja o obyczajach w publicznych toaletach, a konkretnie o pukaniu oraz zamykaniu drzwi. Ku mojemu zdumieniu pojawiły się głosy, że pukanie jest bez sensu; że trzeba od razu szarpać za klamkę - jeśli ktoś się zamknął, to się zamknął, a jeśli nie, to jego strata (i szarpiącego w sumie też, ale wina na pewno tylko i wyłącznie aktualnego użytkownika przybytku).

Dzisiaj mimo złotych rad użytkowników tego portalu postanowiłam zapukać, albowiem jak to zwykle bywa w starszych tego typu przybytkach czerwone oznaczenie "zajętości" przy klamce było już wytarte i z zewnątrz nie dało się określić, czy budka jest zajęta. Usłyszałam głos pełen oburzenia:

"No już, już! Co się tak dobija?!"

Babeczka jeszcze przy wyjściu spojrzała na mnie wilkiem, jakbym co najmniej bluźniła w jej obecności przciwko Świętemu Szymonowi Słupnikowi.

Przy okazji przypomniało mi się, że często zapukawszy i nie usłyszawszy odpowiedzi zabieram się dziarsko za klamkę i zastaję drzwi zaryglowane, a po chwili z kabiny wyłazi użytkowniczka, która na moje pukanie nawet nie pisnęła, że zajęte. Zaczynam się zatem wahać... całe życie wydawało mi się, że nie ma nic sensowniejszego nad pukanie do kibelka, a tu proszę. Może faktycznie coś robię nie tak?

ludzie

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (Głosów: 135)

#72277

(PW) ·
| Do ulubionych
W pracy pracujemy na różnych wspólnych sprzętach (wirówki, cieplarki itp.). Na wiele z nich obowiązuje zeszycik rezerwacji bądź kalendarz on-line, a karteczka z informacją o tym, jak i gdzie można się zapisywać jest przyklejona do każdego urządzenia. Ogólnie jest też zwyczaj, by wszystko, co wkłada się do wspólnych przestrzeni/sprzętów/szafek podpisywać.

Niedawno jednak zaczęły nam się pojawiać w cieplarce tajemnicze kolby i probówki: w żaden sposób nie opisane (tzn. opisane tak, że właściciel wiedział, co w nich ma, ale nie szło dojść, kto jest właścicielem) i pozostawione przez kogoś, kto nie miał rezerwacji. Czasami hodowle w tych kolbach przerastały, zdychały, zaczynały śmierdzieć, żyć na nowo, ewoluować i przysyłać emisariuszy negocjujących warunki rozejmu.

Wywiesiliśmy na drzwiczkach cieplarki kartkę A5 z ładnie i uprzejmie sformułowaną prośbą, by tego nie robić. Nie pomogło.

Po jakimś czasie przykleiliśmy na drzwiach obok starej kartki nową, A4, z wielkimi czerwonymi wołami oraz zdecydowanie mniej uprzejmie sformułowaną prośbą. Kartka była usytuowana strategicznie, czyli tak, że otwierając drzwiczki trzeba było jej dotknąć, a ustawiając temperaturę trzeba było na nią zerknąć.

Kilka dni temu, gdy chciałam (zgodnie z rezerwacją) zacząć korzystać z cieplarki, znów znalazłam w niej całe góry niepodpisanej w żaden sposób bujnej wegetacji. Po karczemnej awanturze właściciel się znalazł. Tłumaczył, że nie zauważył kartek.

No i teraz już sama nie wiem... Jeśli kłamał, to jest to niepojęte chamstwo. Mam jednak dziwne wrażenie, że mógł mówić prawdę, a jeśli tak, to od teraz już chyba naprawdę nic mnie nie zdziwi w kwestii ludzkiego nieogaru.

nieogar

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 236 (Głosów: 258)
Do średnio zatłoczonego autobusu wchodzi stareńka babuleńka (a może nawet prababuleńka?) z wnukiem w wieku późnopodstawówkowo-gimnazjalnym. Oczywiście na ten widok zrywa się pierwszy z brzegu dżentelmen. Babuleńka z miłym uśmiechem wskazuje zwolnione miejsce wnusiowi, żeby sobie usiadł.

Wnusio siada z bananem na twarzy.

Ja wiem - jej wybór. Sama pewnie wychowała swoje dziecko, które tak z kolei wychowało wnusia. Tylko, że jakoś tak, no, kurde no...

P.S.
Wnusio nie miał żadnych gipsów, kul ani nawet smutnej minki, która mogłaby wskazywać, że kiepsko się czuł.
Gdy otrząsnęliśmy się z szoku, miejsce dla babulinki też się znalazło.

takie będą rzeczypospolite

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (Głosów: 240)
Co jakiś czas kolejna osoba chwali się w Internetach tym, jak to się fajnie bawi z papugą, ilustrując swoje wypowiedzi zdjęciami, od których włos się jeży na głowie. Nie będę już pisać dokładnie, co to za przypadki. Dość, że mniej więcej raz na kilka dni jakiś pacan wrzuca zdjęcie ptaka jedzącego trującą roślinkę lub fast food, względnie bawiącego się czymś, czym łatwo może się skaleczyć/zadławić (skaleczenie języka oznacza dla większości ptaków śmierć głodową, a że dzioba używają jak ręki, to o skaleczenie nietrudno).

Po zwróceniu uwagi, mniej więcej w 1/3 przypadków właściciel reflektuje się, dziękuje za radę i zmienia postępowanie. Pozostali? No cóż.

"Bo wyście wszyscy są hejterzy i trolle". No tak. Teraz każde złe słowo w internecie to hejt i trolling. Trochę taka internetowa wersja poprawności politycznej.

"Mojej papudze się jeszcze nigdy nic nie stało". To znaczy, że jeśli zagram w rosyjską ruletkę i za pierwszym razem się nie zastrzelę, rosyjska ruletka staje się dla mnie całkowicie bezpieczną zabawą?

I hit:

"Ja jestem dorosły! Dorosłej osobie nie trzeba mówić, co ma robić!"
I tu następuje zwarcie w moim mózgu. Jeśli nieletni z głupoty zabije zwierzę, to znaczy, że nieletni z głupoty zabił zwierzę. Jeśli dorosły z głupoty zabije zwierzę, to znaczy... że zrobił to nie z głupoty, tylko specjalnie?
Może Wy pomożecie zrozumieć ten argument?

właściciele zwierząt

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 252 (Głosów: 286)