Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KoparkaApokalipsy

Zamieszcza historie od: 1 lipca 2011 - 19:25
Ostatnio: 23 maja 2017 - 21:28
  • Historii na głównej: 77 z 138
  • Punktów za historie: 46152
  • Komentarzy: 1694
  • Punktów za komentarze: 4736
 
poczekalnia
Byłam ostatnio na wielce naukowej konferencji. Nie spodziewałam się cudów, bo zainteresowanie konferencją było tak małe, że koniec końców zaczęto spraszać zwykłych śmiertelników z ulicy (tzn z Facebooka) i tak oto ja, biochemik, znalazłam się na konferencji koła naukowego studiów porównawczych cywilizacji.

Co było piekielne?

Jak już pisałam, nie spodziewałam się cudów ani nawet średniego poziomu; zresztą ogólnie jestem znana z pesymizmu. Jednak to, co zastałam, zdziwiło nawet mnie.

- Odczyt ma trwać 20 minut? OK, czytam z kartki przez 3 minuty, tojużwszystkoczysąjakieśpytaniadziękujęzauwagędowedzenia i szast, uciekam. Zrozumiałabym, że może jedna prelegentka akurat miała termin operacji wyrostka wyznaczony na ten sam dzień i musiała zgłosić się do szpitala, ale żeby tak prawie wszyscy?
- Odczyt ma być o artefaktach i motywach czegoś tam w sztuce starożytnej? Mam rzutnik do swojej dyspozycji? Fajnie, zrobię prezentację w power poincie z samym tekstem. A po co obrazki?
- Odczyt ma być po angielsku? No dobra, przecież i tak nikt nie zrozumie, będę gadać jak pani na lotnisku z pysiami wypchanymi pierogami w "Misiu" i powiem byle co. Nie może się nie udać.

I najlepsze:
- ściągnę żywcem artykuł z Internetów. Bardzo fajny swoją drogą artykuł o tatuażu więziennym. Zamiast jednak przedstawić treść tego niedługiego o artykułu, przez 20 minut będę pierniczyć o tym, co to jest tatuaż oraz o tym, że tatuaże dzielą się na ładne i brzydkie, oraz czasami niektóre są inne od innych. Zanim zdążę przejść do właściwej, ciekawej części, pan z obsługi trzy razy chrząknie i kaszlnie, by dać mi znać, że czas minął. No trudno, sory publiczności, nie dowiecie się niczego, czego nie wiedzieliście wcześniej (no chyba, że sobie znajdziecie sami ten artykuł, który splagiatowałam).



No nic. To było rzeczywiście pouczające doświadczenie.

uczelnia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (Głosów: 122)
zarchiwizowany
Sporo ostatnio historii o sławnym kurniku, więc dodam i swoją. Może nie piekielną, ale zastanawiającą.


Grywałam swego czasu w kalambury. Ostatnio po latach postanowiłam sprawdzić, jak się sprawy miewają. Wchodziłam na kalambury kilka razy o różnych porach dnia, w różnych dniach tygodnia, w różnych fazach księżyca i za każdym razem spotykałam się z następującą sytuacją.

2 użytkownicy (każdym razem inni) mieli kilkanaście razy więcej punków, niż pozostali. Gdy tylko jeden miał kolejkę rysowania, drugi natychmiast zgadywał hasło, zanim jakikolwiek gryzmoł pojawił się na monitorze. Gdy drugi był "przy tablicy", pierwszy zgadywał i tak się zabawa kręciła. Wniosek oczywisty - siedzą obok siebie albo na komunikatorze i jeden zna zadania drugiego.

Nie bolało mnie to specjalnie, choć utrudniało grę, bo za każdym razem trzeba było odczekać kolejkę, fanfary i gratulacje dla zwycięzcy. Mimo wszystko mnie to jednak cholernie zastanawia.

Po co to robili? Jest coś, o czym nie wiem? Za punkty na kurniku można kupować cukierki? Jak się ugra odpowiednią ilość, wygrywa się talon na k*wę i balon?

internety

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (Głosów: 102)
zarchiwizowany
W sumie mało piekielne, ale zastanawiające.

Coraz mniej przyjemnie mi się ostatnio robi zakupy w niebiesko-żółtych supermarketach, co to tanie są. Nie chodzi o jakiś konkretny market, bo denerwująca mnie polityka obowiązuje chyba we wszystkich.

Chodzi mianowicie o kasowanie na wyścigi. Ja rozumiem, że powinno być szybko, że trzeba rozładować kolejki, ale wszystko ma jakieś granice. Ja rozumiem szybkie kasowanie. Też mnie denerwują spokojne, nawszystkoczasmające kasjerki z pietyzmem wklikujące kod każdego produktu i oglądające go na wszystkie strony, jakby się zastanawiały, czy mi go nie ukraść. Żółto-niebieski market przegina jednak w drugą stronę.

Wściekli kasjerzy z czołami zroszonymi potem i z obłędem w oczach przerzucają moje Bogu ducha winne serki, chlebki i soki przez taśmę z taką agresją, że chyba powinnam zabierać ze sobą Dudka, żeby je łapał. Ręce kasjerów migają z prędkością godną najlepszych prestdigitatorów. Cały zysk z tego taki, że produkty chyba są świeższe, bo latają z taką prędkością, że znaczenie ma już dylatacja czasu.

Może to pryszcz, ale po prostu za każdym razem czuję się jak persona non grata, jakby kasjer co prędzej chciał się mnie pozbyć, najchętniej poprzez wy*dolenie moich zakupów na podłogę. Nie nadążam z pakowaniem ich do siatek, a naprawdę nie jestem zniedołężniałą staruszką. Wypadałoby, żebym na zakupy brała szuflę i taczki, żeby jednym ruchem zgarnąć narastającą kupę skasowanych produktów i najlepiej od razu wypruć sprintem ze sklepu, aby swoim bezczelnym staniem i istnieniem nie narazić się na straszliwy gniew kasjera. Czuję się jak ostatnia ofiara losu, gdy marnuję jakże cenne sekundy na wkładaniu paczek i siatek do torby - byle jak, byle szybko - a kasjer lub kasjerka już bębni palcami w swoją katedrę, żądając jak najszybszej zapłaty i to broń Boże nie gotówką i nie kartą na PIN, bo to tyle trwa, a jak to tak?

Ja rozumiem, że taka polityka, ale może włodarze firmy mogliby zrozumieć, że prędkość obsługi nie zależy tylko od sprawności kasjera, ale też od sprawności klienta w pakowaniu, a jeśli ten ostatni jest opieszały (czyli po prostu nie ma nadnaturalnych mocy), to ciskanie na niego gromów i strojenie min naprawdę nikomu nie pomoże.

No szkoda, bo mają fajne ciastka z orzechami i syropem klonowym, ale ja chyba naprawdę nie jestem godna ich sklepów.

.... jest tani

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (Głosów: 174)
Pamiętacie historię o cienkich romansidłach traktujących o miłosnych przygodach głupiutkich babeczek i o autorce, która przy okazji jest wojującą feministką, narzekającą na antyfeministyczną literaturę?

Jest ciąg dalszy.

Wspominałam, że jej książki są nie tylko durne jak matura z historii tańca, ale i najeżone błędami językowymi?

Nie brak tam zdań typu 'jadąc do szkoły padał deszcz'. Moją ulubioną postacią jest inteligentny kominek. Bohaterka bowiem "paliła listy w kominku, nim zdążył je przeczytać".

Niedawno autorka zaczęła na fejsbuczku wojować o dbałość o ojczysty język i narzekać, że straszliwe błędy popełniane przez rodaków przyprawiają ją o apopleksję.

Jeśli zacznie jeszcze narzekać na twory o kompletnie bezsensownej fabule, to będzie bingo.

Taka jedna

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (Głosów: 242)
Na fali najnowszych deszczy niespokojnych w polityce:

Postanowiłam się zaznajomić z książkami, autorstwa mojej dalszej znajomej.

Nie spodziewałam się wiele, ale to, co znalazłam i tak dało radę mnie rozczarować... Nie, nie rozczarować. Wku*wić.

Książka drwi z inteligencji czytelnika, najeżona jest błędami logicznymi, językowymi i rzeczowymi. Zresztą nawet, gdyby nie była, nadal stanowiłaby potok rzadkiego g*na. Przeznaczona jest w sposób oczywisty dla tępawych (no dobra, nie tępawych... całkiem wymóżdżonych) gospodyń domowych, marzących o "wielkiej miłości", względnie dla zadufanych nastolatek sądzących, że dorosłość polega na popierniczaniu po lesie nocą i zakochiwaniu się w każdym napotkanym fagasie.

Powieściowe bohaterki to skretyniałe mimozy, dla których celem życia jest opadnięcie na ramię pierwszego lepszego - byle tylko miał "idealnie wykrojone wargi" i "szlachetny profil". Wszyscy są niesamowicie przepiękni i zakochują się w sobie po minucie znajomości.

Zdaniem bohaterek, jedynym sposobem na radzenie sobie z przeciwnościami losu jest siedzenie na d*pie i wzdychanie, względnie mdlenie oraz czekanie na księcia z bajki.

No, tyle o książydłach. Powiecie - ok, co kto lubi, widocznie ktoś takie rzeczy chce czytać.

Teraz zatem smaczek (chciałoby się rzec - wisienka na torcie):

Znajoma owa, autorka tych urągających kobietom wypocin ostatnio zaczęła na Facebooku (a jakże!) ostro wojować... o prawa kobiet. Między innymi boli ją, iż literatura jest antyfeministyczna, gdyż brak w niej silnych, mądrych postaci kobiecych, które samodzielnie stawiałyby czoła przeciwnościom losu.

Ja wiem, że być może ona te książki tak tylko pisze pod publiczkę, ja wiem, że pecunia non olet i w ogóle, ale niestety nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak ona tak całkiem na poważnie...

fejsbuczek

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (Głosów: 245)
Prawie rozjechałam człowieka.

Zorientowałam się, że ktoś jest na drodze tylko dzięki temu, że jego nogi na moment zasłoniły tylne światła samochodu przede mną.

Nie miałam długich świateł (bo ktoś jechał przede mną), facet postanowił zmieścić się akurat w dziurze między poprzednim autem a zasięgiem moich świateł.

Nic się nie stało, ale ku..rde flak, zarys nogi na tle czerwonego okręgu naprawdę nietrudno przeoczyć.

Piesi, dwa słowa dla Was:

Ku*wa. Odblaski.

cichociemny

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (Głosów: 232)
Fenomen reklam radiowych, który męczy mnie, od kiedy nie mam jak słuchać radiostacji internetowych (a naprawdę nie umiem funkcjonować bez muzyki, więc jestem skazana na radio).
Wiem, że istnieje coś takiego, jak internet, YouTube, Spotify, radiostacje internetowe, aplikacje, gramofony, najemni grajkowie z syntezatorami i chóry chłopięce. Ja to wiem, rozumiem, kapuję, ja to wręcz przyswajam. Mimo wszystko jestem skazana na radio i już).

W TV lecą reklamy wszelakich produktów i usług, od kociej karmy po chwilówki. Jest jak jest, ale jak najbardziej rozumiem dobór medium oraz częstotliwości nadawania danego spotu. Za to radio to zupełnie inna para kaloszy.

Słuchałam kilku radiostacji i w każdej jest to samo: supermarkety, samochody i... leki na zapalenie pochwy/dróg moczowych.

Najczęściej leki na zapalenie pochwy i dróg moczowych.

Reklamy samochodów nawet bywają fajne. Supermarketów - irytujące i tandetne, ale znośne... Ale dlaczego, do kutwy nędzy muszę 30 razy dziennie słuchać o upławach, bólu przy oddawaniu moczu, wydzielinach, grzybicy, świądzie i pieczeniu?

Ja rozumiem, że jakoś trzeba dotrzeć do klienta i że nic, co ludzkie nie powinno być mi obce, no ale jasna cholewa, czy to musi być 30 razy dziennie?

Co paręnaście minut? Świąd i upławy? Gęste wydzieliny? Ból przy oddawaniu moczu? Grzybica?

Świąd i upławy?

Nie ma ucieczki przed grzybicą i zapaleniem pochwy?

Ani przed wydzielinami?

Ani przed bólem przy oddawaniu moczu?

Radio

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (Głosów: 311)
Znowu historia papuzia. Na początek małe wyjaśnienie: ręczne karmienie piskląt to nie tylko sposób na uzależnienie ich od człowieka/oswojenie. To także potrójny axel hodowców-amatorów, ich lądowanie z telemarkiem za punktem K skoczni, ich Mount Everest, ich obalenie flaszki Jacka Danielsa w minutę. Przeważnie robią to właściciele rodziców pisklaka (w sensie, że karmią ręcznie, a nie tankują kiepską whiskey), mają sprzęt, inkubatory, doświadczenie i karmią cały lęg bez rozdzielania go. Często można jednak kupić sobie małego, łysego, ślepego glutka i karmić samemu.

Pewna dziewczyna kupiła dwudniowe pisklę. Od razu zabrała się do pracy , czyli do wstawiania na fejsbuczka milionów zdjęć dowodzących jej troskliwości i sukcesów w pompowaniu małego dinozaura jedzeniem.

Po jakimś czasie niektórych fejsbukowiczów zaciekawiło, że pisklę na kolejnych zdjęciach wygląda z grubsza tak samo, ba, kolejne zdjęcia wyglądają, jakby były zrobione w ciągu kilku minut, z tym samym światłem, na tym samym ręczniczku, z pisklakiem w tej samej pozycji. Co gorsza, pisklę miało puste wole (czyli nie jadło od jakiegoś czasu) i nie było różowe, a żółtawe. Wyglądało, jakby skończyło cztery dni.

Pozostali fejsbukowicze zwyzywali tych zaniepokojonych od zazdrosnych cebulaczków, zawistnych szmat i takich tam jeszcze, ale to już nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem.

Po jakimś czasie okazało się, że zaniepokojona frakcja fejsbukowiczów miała rację: właścicielka przyznała, że pisklę na ostatnich zdjęciach było martwe. Spryciula migiem zrobiła całą sesję truchełku, aby wstawiać zdjęcia, utrzymywać, że maluch ma się świetnie i zgarniać lajki.

Najsmutnejsze jest to, że pisklę najprawdopodobniej padło dopiero po 6 dniach, ale po 4 dniu już się nie rozwijało. To znaczy, że przez dwa dni powoli zdychało z głodu.

A panienka pozbierała swoje zabawki i sobie poszła, ale co lajków nazbierała, to już jej.

Internety

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (Głosów: 229)

#75794

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj jest dzień wolny od pracy, wczoraj zatem był Narodowy Dzień Przygotowań Na Nuklearną Apokalipsę.

Nie narzekam na rodaków wykupujących zapasy przed wolnym dniem, bo sama wzięłam udział w hucznych obchodach NDPnNA. Narzekam za to na zachowanie ludzi w uroczystym korowodzie, czyli w kolejce w hipermarkecie.

Na zdrowy rozum - czas oczekiwania w kolejce zależy od ilości stojących w niej ludzi oraz ilości kupowanych przez nich produktów. Nie zależy za to od tego, ile fizycznie kolejka zajmuje miejsca.

Rozumiała to może 1/3 kupujących. Reszta sprawiła, że Nuklearna Apokalipsa mogła nadejść wcześniej, niż zapowiadano, bo w generowanym przez nich ścisku spokojnie mogłoby dojść do przekroczenia masy krytycznej wk*wu.

Pewien słabego zdrowia klient miał chyba zostać odprowadzony do kasy pierwszeństwa, ale musiał zostać wyłowiony z tłumu przez pracownika sklepu. Tak, dosłownie wyłowiony. W pewnym momencie pracownik wstąpił w ocean ciał, głów, rąk i nóg, a wyłonił się już holując za sobą wątłego pana, którego wcześniej ciężko było w ogóle dostrzec. Cóż, koniec świata chyba faktycznie jest bliski, skoro na świecie znów pojawiają się rybacy ludzi.

Spodobał mi się też pomysł pewnej pani, która postanowiła urządzić mi zabawę inspirowaną chińską torturą wody. Zamysł jest prosty: czego nie można osiągnąć jednym wielkim ciosem, osiąga się małymi. Woda drąży skałę i takie tam. Rzeczona pani zamiast jednak kapać mi na głowę, postanowiła stukać mnie wózkiem w udo.

Stuk. stuk. stuk. stuk...

- Ekhm.

Stuk. Stuk. Stuk...

- Przepraszam, może pani przestać?

Niewinna mina.

Stuk. Stuk. Stuk...

Myślałam, że nie ulegnę, ale tortura okazała się poniekąd skuteczna. Gdy przestąpiłam z nogi na nogę, bo mnie coś w bucie wierciło, a potem chciałam przestąpić z powrotem, to już nie miałam dokąd wracać... brawo dla pani, która dzięki swojej konsekwencji zyskała 30 cm zupełnie jej niepotrzebnego miejsca.

Pani uważała też, że dobrym pomysłem będzie zastawianie mi drogi. Może myślała, że jako jej miejsce w kolejce liczy się dziób jej wózka a nie kolejność, w której się tam pojawiła?

Aha. Do tej pory myślałam, że "czuć na karku czyiś oddech" to przenośnia. Otóż nie.

Na następny NDPnNA chyba wezmę zbroję.

Apokalipsa

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 225 (Głosów: 299)

#75761

(PW) ·
| Do ulubionych
Babeczka wrzuciła na FB zdjęcie papugi ze spalonym ogonem. Okazało się, że pióra zajęły się od świeczki.

Reakcja autorki na sugestie, by na przyszłość uważała?

"Ja jestem odpowiedzialna, zawsze uważam, do tej pory nigdy nic się nie stało, nie zarzucajcie mi braku wyobraźni, bo zostawiłam świeczkę bez nadzoru tylko na chwilę, poza tym przecież ptak przeżył".

"Nie słuchaj tych trolli, to hejterzy i sitwa!" - pocieszyła ją inna, mająca w profilu zdjęcie siebie z papugą jedzącą pizzę.

Ciekawe, co by było, gdyby kierowca się tłumaczył "no tak, rozjechałem dziecko, ale przecież zawsze uważam, tylko przez chwilę nie patrzyłem na drogę, bo pisałem SMSa".

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (Głosów: 331)