Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KoparkaApokalipsy

Zamieszcza historie od: 1 lipca 2011 - 19:25
Ostatnio: 11 sierpnia 2017 - 18:32
  • Historii na głównej: 81 z 141
  • Punktów za historie: 46712
  • Komentarzy: 1766
  • Punktów za komentarze: 5033
 
Pamiętacie historię o wojującej feministce, purystce językowej, która pisze najeżone błędami buduarowe romansidła o mdlejących idiotkach, czekających na księcia z bajki?

Nie, nie ma bingo, ale jest ciąg dalszy.

Z powiastkami tymi jest pewien problem. Okładka oraz opis nie krzyczą: "bzdurna makulatura dla durnych bab". Wręcz przeciwnie, wszystko urządzone jest tak, że na pierwszy rzut oka można się pomylić i wziąć książki za coś wartego przeczytania.

Z tego względu znalazło się parę osób (w tym ja), które po książki sięgnęły i doznały estetycznego szoku połączonego z niedowierzaniem, że ktoś tak piszący zdał maturę z polskiego. Osoby te postanowiły na forach i portalach wyrazić swoje opinie, aby ostrzec podobnych im czytelników przed zwodniczymi hasłami na okładce.

Autorka z godną podziwu wytrwałością wyszukuje te opinie i wkleja u siebie na fejsbuku z komentarzami:

"O! Mam hejtera! Nędzny zawistnik!"

"O! Znów ten sam pożerany zawiścią menel intelektualny! Zakłada sobie ciągle nowe konta, by mnie gnębić!"

"Czyż on nie ma wstydu?! Ile jeszcze fałszywych kont sobie założy?!"

"To prześladowanie! Czy on nie ma nic lepszego do roboty, tylko zakładać fikcyjne konta i mnie dręczyć?"

"Abderyta i filister! Sam chciałby tak pisać, ale nie potrafi, więc mnie stalkuje!"

Zastanawiam się, czy w głowie tej biednej, udręczonej nadmiarem talentu artystki kiedyś pomieści się, że komuś jej książki naprawdę mogą się nie podobać oraz że takich osób może być więcej niż jedna... ale nie zanosi się na to.

Gwoli wyjaśnienia: nie, nie jestem psychofanką. To znajoma, z którą mam kontakt, powiedzmy, "służbowy" (związany z hobby, ale kontaktujemy się ze względu na konkretne zajęcie, a nie wzajemną sympatię) i stąd wiem, co się u niej dzieje.

PS: Tak mnie naszło... Przy lekturze nie mogłam się nadziwić redakcji, a raczej jej brakowi. Tekst wygląda, jakby prosto z dysku autorki poszedł do drukarni, bez śladu korekty czy próby jakiegoś wyprostowania nagromadzonych absurdów, błędów gramatycznych i rzeczowych, groteskowo nieudanych, pretensjonalnych sformułowań, całych hałd powtórzeń oraz ogólnego braku sensu.

Z początku myślałam, że po prostu redaktor i korektor dali ciała, ale coraz bardziej zaczynam wierzyć, że może jednak oni chcieli dobrze, tylko królowa tupnęła nóżką i nie pozwoliła ingerować w swoje wiekopomne dzieła.

Sprobujcie sobie tylko wyobrazić, że jakiś nędzny redaktorzyna, fizol literatury, ćwok bez doktoratu próbuje Wielkiej Pani Artystce wyjaśnić, iż zdanie "Gołymi rękami wykopywała kamienie, które krwawiły intensywnie" zawiera błąd.

No co taki skryba może wiedzieć?

Feministkopisarka

Skomentuj (76) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (180)
Pewna knajpa zorganizowała pokaz filmu z muzyką na żywo.

Fajna sprawa, nawet bardzo... tylko, że większości uczestników eventu nie dane było się nią cieszyć.

Knajpa jest mikroskopijna, zatem zarezerwowałam stolik odpowiednio wcześniej. W czasie rozmowy z panem barmano-menadżero-wszystko dowiedziałam się, że był w pracy czwarty dzień i nie ogarniał.

Po przybyciu na miejsce okazało się, że... rezerwacja owszem, jest, ale nie ma, bo sala jest mała, ludzie przyszli, są, siedzą, stoją, leżą i się nie mieszczą, no olaboga, chaos, ragnarok, no kto by to przewidział?! W podobnej sytuacji, jak my było jeszcze kilka grup, bo okazało się, że na sali mieszczącej przy dobrych wiatrach ze 20 osób zarezerwowano miejsca dla dwukrotnosci tej liczby, po czym wesoło zignorowano fakt, że gdy osoby z rezerwacjami się zjawiły, sala była już po dwakroć pełna.

Na szczęście mniej ufający ludziom członkowie naszej paczki przybyli na miejsce godzinę wcześniej, zatem miałam gdzie usiąść (a dokładnie trafiły mi się 2/3 krzesła). Gdy już udało się opanować miejsce, przyszła pora na bar.

7 osób (słownie: siedem), które stały przede mną pan barman obsługiwał 20 minut, albowiem był to ten sam pan barman, z którym rozmawiałam wcześniej i który był w pracy czwarty dzień, i nie ogarniał. Pot spływał mu po czole, a on dwoił się i troił, ale niestety wciąż okazywało się, że czegoś nie może znaleźć albo nie pamięta kodu... do niego nie mam żalu, ale jakim trzeba być kretynem, by postawić za barem dzieciaka bez doświadczenia gdy organizuje się event i wie się, że na daną godzinę zwali się tłum ludzi, wskutek czego w momencie wyrośnie ultra kolejka tysiąclecia?

Co do sali i rezerwacji... teraz na FB owej knajpy toczą się boje, a na uwagi rozczarowanych klientów knajpa odpowiada, że sala mała i magicznie jej nie powiększą. OK, ale czy to tak trudno ocenić, ile osób faktycznie się zmieści i chociażby rozdać darmowe wejściówki, albo dzwoniącym z prośbą o rezerwację powiedzieć "sory, mamy komplet"?

Jednym słowem: ultra ścisk, zero możliwości cieszenia się pokazem, duchota i najdłużej wyczekiwane piwo świata... a to wszystko przecież nie jest winą organizatorów, bo mieli małą salę i nowicjusza na barze. No co pan, panie, zrobisz? Nic pan nie zrobisz. Któż mógłby przewidzieć, że z tego wynikną problemy?

Zielona wróżka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (144)
Wyobraź sobie, że jesteś weterynarzem. Specjalizowałeś/łaś się w psach i kotach, bo tego ludzie mają najwięcej i o pacjentów najłatwiej. Ogarniasz jeszcze szczury i króliki, bo to też ssaki i z grubsza podobnie wszystko wygląda.

Przychodzi jednak pacjent z jakimś egzotycznym dziwadłem. Ledwo umiesz rozpoznać gatunek, nie mówiąc już o płci czy wieku. Zdarza się. Teraz ludzie trzymają coraz dziwniejsze stworzenia; kiedy studiowałeś, jeszcze się o takich nie słyszało.

Oczywiście nie masz pojęcia, co temu dziwadłu dolega. Co robisz?

A) Mówisz klientowi, że nie masz kompetencji, żeby się zająć dziwadłem i odsyłasz do kolegi po fachu, który może się na tym znać.

B) Ściemniasz klientowi, że to bardzo trudny i rzadki przypadek, prosisz, żeby przyszedł jeszcze raz następnego dnia, bo musisz się skonsultować ze specjalistą. Przez noc googlasz objawy i czytasz artykuły, by zacząć leczyć dziwadło w oparciu o swoją wiedzę ogólną, kompetencje w rozumieniu treści specjalistycznych artykułów i nowo nabyte informacje.

C) "Panie, zara mu damy antybiotyk i przejdzie jak ręką odjął!"

Już się pewnie domyślacie, którą opcję wybiera wielu weterynarzy. Niestety, klienci takich konowałów potem nie chcą słuchać rad hodowców podobnych zwierząt, bo przecież byli u weterynarza, on powiedział, że to quisquidoza plusquamperfectu i że trzeba antybiotyk i już. A potem... oj, zwierzątko jednak umarło. Widocznie antybiotyk był za słaby.

Weteryniarz

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (172)
zarchiwizowany
Znajomości z internetów.

Możecie napisać, że szkoda czasu, gdyż są one kopalnią przypału - OK, częściowo się zgadzam, niemniej jednak czasami uskuteczniamy z Królewną z Drewna (czyli moją nielegalną małżonką) poszukwania znajomości przez ogłoszenia. Zdarzają się fantastyczni ludzie, którzy z różnych powodów nie potrafią "w realu" podejść i zagadać, zatem szukają kolegów w Internecie.

Nie zmienia to faktu, że Internety rzeczywiście są kopalnią mało ciekawych osobistości. Aby odróznić fantastycznych ludzi od chodzącej katastrofy trzeba instynktu oraz pewnej dozy krytycyzmu. Ja - chodzący pesymizm - przypał wyczuwam na kilometr i po dwóch zdaniach już wiem, że nie będzie tanga między nami. Królewna z Drewna niestety jest kompletnie pozbawiona tej umiejetnosci. Jej złote serduszko daje bezgraniczny kredyt zaufania każdemu psychopacie, przez co nie raz i nie dwa pakowała w kłopoty samą siebie lub nas obie.

Poznała niedawno Ewę (imię niezmienione, a niech ma zawał, jeśli to przeczyta). Ewa na dzieńdobry oznajmiła, że jest "wykształconom kobietom na stanowisku", jakąś dyrektorką hurtowni wieszaków na ręczniki, względnie części zamiennych do transporterów opancerzonych... po namyśle stwierdzam, ze jednak części zamiennych do transporterów opancerzonych, bo tylko człowiek twardy i zaprawiony w bojach nie ucieknie, gdy na spotkaniu biznesowym ujrzy najpierw kulę tlenionego siana, spod której wyłoni się Stara Maleńka (czyli przepalona babeczka, która nie zorientowała się, że już nie ma 18 lat i jest raczej Grażyną niż Karyną) i głosem Tomasza Manna zaprosi do negocjacji biznesowych.

Ewa prócz tego, że ma manię wielkości, ma też manię prześladowczą. Ma dwa telefony (nie dual sim, fizycznie dwa aparaty), kilkanaście różnych kont tu i tam, i jest święcie przekonana, że tajne służby całego świata nie mają nic lepszego do roboty, niż dowiedzieć się, jakiej ona jest orientacji - co uczyniwszy, natychmiast zakomunikują to wszystkim potencjalnym klientom hurtowni części zamiennych do transporterów opancerzonych, którzy już nigdy w życiu niczego od niej nie kupią, w związku z czym biznes Pani Dyrektor upadnie.

Ewa mianowicie jest lesbijką. Jej próby ukrywania tego są równie zabawne jak godny podziwu jest jej upór w tej materii. Ewa bowiem wymyśliła kod. W rozmowach telefonicznych zamiast "Sylwia", "Ania" czy inna taka mówi "ta osoba", a zamiast nazw portali randkowych dla homoseksualistów mówi "allegro" czy "olx", śmiejąc się przy tym durnowato i wdzięcząc jak nastolatka, która wymyśliła "tajne słowo" na alkohol i teraz przy rodzicach rozmawia przez telefon z koleżanką i pałając rumieńcem dziewiczym niczym dzięcielina szepcze "no i wiesz, piliśmy, hihihi, herbatkę, hihi, z colą, i potem, hihi, robiliśmy różne dziwne rzeczy, hihi".

Był taki czas, że Ewa zapragnęła spotkac się z naszą dwójką, ale pod kilkoma warunkami:
- mamy nie wyglądać jak lesbijki (bo nikt nie może jej widzieć z kimś takim)
- mamy nie wyglądać jak para
- najlepiej, żebyśmy przyszły osobno i odeszły osobno, żeby nikt nie pomyślał, że jesteśmy parą
Jakby to powiedzieć... do spotkania nie doszło.

Prócz manii wielkości i manii prześladowczej Ewa cierpi jeszcze na dwie choroby. Desperację i ekshibicjonizm.

Dzieli się wszystkimi szczegółami swojego życia z gorliwością zdumiewającą u osoby przekonanej, że wszyscy ją śledzą. Co chwile pisze lub dzwoni, by oznajmić, że zjadła obiad, widziała na ulicy kogoś w fajnych butach, poszła siku lub skończyła czytać gazetę. Nie odpowiadasz? Nie odpisujesz? Biada. To oznaka olewania Ewy, a za olewanie Ewy kara jest straszna. Jest nią ultra foch, który kończy się po 3 minutach pytaniami "Dlaczego się nie odzywasz? Przecież cię ignoruję! Ej! Czemu nie pytasz, kiedy cię przestanę ignorować?!"

Desperacja Ewy z kolei uderzyła najbardziej w naszą koleżankę. Pani Dyrektor nie wie o niej nic poza tym, że to dziewcze młode, miłe i samotne. To już wystarczy, by mieć 99% pewności, iż ich związek okaże się miłością stulecia i po miesiącach ukradkowych schadzek w Puszczy Białowieskiej zostanie zwieńczony małżeństwem... po czym Ewa i nasza koleżanka rozejdą się, jedna zamieszka w Gdańsku, druga w Zakopanem i widywać się będą w bunkrze pod Radomiem, aby nikt się nie zorientował, że się znają. Od tygodnia zamęcza o numer telefonu do owej koleżanki i nie trafia do niej, że dziewczyna nie gustuje w starszawych, chorych psychicznie desperatkach. "Ej, ale przecież jestem kobietom wykształconom! Na poziomie! Z pozycją! Jestem panią dyrektor! Jestem bogata!" No jak można się komuś takiemu oprzeć?

Któż zatem jest tu piekielny? No niestety złote serduszko Królewny z Drewna. Od tygodnia nasze życie biegnie od dzwonka do sygnału SMSa; od focha do focha; od gorliwej prośby o telefon do naszej koleżanki do pełnego zdziwienia "ale przecież ja jestem bogata!"; od "zrobiłam kupę" do "omujborze! wyświetla mi się reklama serka homogenizowanego, UONI JUŻ WIEDZO!"...

Królewna z Drewna od 3 dni redaguje tekst, w którym łagodnie, lecz zdecydowanie da do zrozumienia Pani Dyrektor, że ani jej miliony, ani jej pozycja zawodowa nie skłonią do kontynuowania znajomości, a ja siedzę jak ta słomiana wdowa i piszę historie na Piekielnych...

Internety

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (79)
Byłam ostatnio na wielce naukowej konferencji. Nie spodziewałam się cudów, bo zainteresowanie konferencją było tak małe, że koniec końców zaczęto spraszać zwykłych śmiertelników z ulicy (tzn z Facebooka) i tak oto ja, biochemik, znalazłam się na konferencji koła naukowego studiów porównawczych cywilizacji.

Co było piekielne?

Jak już pisałam, nie spodziewałam się cudów ani nawet średniego poziomu; zresztą ogólnie jestem znana z pesymizmu. Jednak to, co zastałam, zdziwiło nawet mnie.

- Odczyt ma trwać 20 minut? OK, czytam z kartki przez 3 minuty, tojużwszystkoczysąjakieśpytaniadziękujęzauwagędowidzenia i szast, uciekam. Zrozumiałabym, że może jedna prelegentka akurat miała termin operacji wyrostka wyznaczony na ten sam dzień i musiała zgłosić się do szpitala, ale żeby tak prawie wszyscy?
- Odczyt ma być o artefaktach i motywach czegoś tam w sztuce starożytnej? Mam rzutnik do swojej dyspozycji? Fajnie, zrobię prezentację w power poincie z samym tekstem. A po co obrazki?
- Odczyt ma być po angielsku? No dobra, przecież i tak nikt nie zrozumie, będę gadać jak pani na lotnisku z pysiami wypchanymi pierogami w "Misiu" i powiem byle co. Nie może się nie udać.

I najlepsze:
- Ściągnę żywcem artykuł z Internetów. Bardzo fajny swoją drogą artykuł o tatuażu więziennym. Zamiast jednak przedstawić treść tego niedługiego o artykułu, przez 20 minut będę pierniczyć o tym, co to jest tatuaż oraz o tym, że tatuaże dzielą się na ładne i brzydkie, oraz czasami niektóre są inne od innych. Zanim zdążę przejść do właściwej, ciekawej części, pan z obsługi trzy razy chrząknie i kaszlnie, by dać mi znać, że czas minął. No trudno, sorry publiczności, nie dowiecie się niczego, czego nie wiedzieliście wcześniej (no chyba, że sobie znajdziecie sami ten artykuł, który splagiatowałam).

No nic. To było rzeczywiście pouczające doświadczenie.

uczelnia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (167)
zarchiwizowany
W sumie mało piekielne, ale zastanawiające.

Coraz mniej przyjemnie mi się ostatnio robi zakupy w niebiesko-żółtych supermarketach, co to tanie są. Nie chodzi o jakiś konkretny market, bo denerwująca mnie polityka obowiązuje chyba we wszystkich.

Chodzi mianowicie o kasowanie na wyścigi. Ja rozumiem, że powinno być szybko, że trzeba rozładować kolejki, ale wszystko ma jakieś granice. Ja rozumiem szybkie kasowanie. Też mnie denerwują spokojne, nawszystkoczasmające kasjerki z pietyzmem wklikujące kod każdego produktu i oglądające go na wszystkie strony, jakby się zastanawiały, czy mi go nie ukraść. Żółto-niebieski market przegina jednak w drugą stronę.

Wściekli kasjerzy z czołami zroszonymi potem i z obłędem w oczach przerzucają moje Bogu ducha winne serki, chlebki i soki przez taśmę z taką agresją, że chyba powinnam zabierać ze sobą Dudka, żeby je łapał. Ręce kasjerów migają z prędkością godną najlepszych prestdigitatorów. Cały zysk z tego taki, że produkty chyba są świeższe, bo latają z taką prędkością, że znaczenie ma już dylatacja czasu.

Może to pryszcz, ale po prostu za każdym razem czuję się jak persona non grata, jakby kasjer co prędzej chciał się mnie pozbyć, najchętniej poprzez wy*dolenie moich zakupów na podłogę. Nie nadążam z pakowaniem ich do siatek, a naprawdę nie jestem zniedołężniałą staruszką. Wypadałoby, żebym na zakupy brała szuflę i taczki, żeby jednym ruchem zgarnąć narastającą kupę skasowanych produktów i najlepiej od razu wypruć sprintem ze sklepu, aby swoim bezczelnym staniem i istnieniem nie narazić się na straszliwy gniew kasjera. Czuję się jak ostatnia ofiara losu, gdy marnuję jakże cenne sekundy na wkładaniu paczek i siatek do torby - byle jak, byle szybko - a kasjer lub kasjerka już bębni palcami w swoją katedrę, żądając jak najszybszej zapłaty i to broń Boże nie gotówką i nie kartą na PIN, bo to tyle trwa, a jak to tak?

Ja rozumiem, że taka polityka, ale może włodarze firmy mogliby zrozumieć, że prędkość obsługi nie zależy tylko od sprawności kasjera, ale też od sprawności klienta w pakowaniu, a jeśli ten ostatni jest opieszały (czyli po prostu nie ma nadnaturalnych mocy), to ciskanie na niego gromów i strojenie min naprawdę nikomu nie pomoże.

No szkoda, bo mają fajne ciastka z orzechami i syropem klonowym, ale ja chyba naprawdę nie jestem godna ich sklepów.

.... jest tani

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (179)
Pamiętacie historię o cienkich romansidłach traktujących o miłosnych przygodach głupiutkich babeczek i o autorce, która przy okazji jest wojującą feministką, narzekającą na antyfeministyczną literaturę?

Jest ciąg dalszy.

Wspominałam, że jej książki są nie tylko durne jak matura z historii tańca, ale i najeżone błędami językowymi?

Nie brak tam zdań typu 'jadąc do szkoły padał deszcz'. Moją ulubioną postacią jest inteligentny kominek. Bohaterka bowiem "paliła listy w kominku, nim zdążył je przeczytać".

Niedawno autorka zaczęła na fejsbuczku wojować o dbałość o ojczysty język i narzekać, że straszliwe błędy popełniane przez rodaków przyprawiają ją o apopleksję.

Jeśli zacznie jeszcze narzekać na twory o kompletnie bezsensownej fabule, to będzie bingo.

Taka jedna

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (247)
Na fali najnowszych deszczy niespokojnych w polityce:

Postanowiłam się zaznajomić z książkami, autorstwa mojej dalszej znajomej.

Nie spodziewałam się wiele, ale to, co znalazłam i tak dało radę mnie rozczarować... Nie, nie rozczarować. Wku*wić.

Książka drwi z inteligencji czytelnika, najeżona jest błędami logicznymi, językowymi i rzeczowymi. Zresztą nawet, gdyby nie była, nadal stanowiłaby potok rzadkiego g*na. Przeznaczona jest w sposób oczywisty dla tępawych (no dobra, nie tępawych... całkiem wymóżdżonych) gospodyń domowych, marzących o "wielkiej miłości", względnie dla zadufanych nastolatek sądzących, że dorosłość polega na popierniczaniu po lesie nocą i zakochiwaniu się w każdym napotkanym fagasie.

Powieściowe bohaterki to skretyniałe mimozy, dla których celem życia jest opadnięcie na ramię pierwszego lepszego - byle tylko miał "idealnie wykrojone wargi" i "szlachetny profil". Wszyscy są niesamowicie przepiękni i zakochują się w sobie po minucie znajomości.

Zdaniem bohaterek, jedynym sposobem na radzenie sobie z przeciwnościami losu jest siedzenie na d*pie i wzdychanie, względnie mdlenie oraz czekanie na księcia z bajki.

No, tyle o książydłach. Powiecie - ok, co kto lubi, widocznie ktoś takie rzeczy chce czytać.

Teraz zatem smaczek (chciałoby się rzec - wisienka na torcie):

Znajoma owa, autorka tych urągających kobietom wypocin ostatnio zaczęła na Facebooku (a jakże!) ostro wojować... o prawa kobiet. Między innymi boli ją, iż literatura jest antyfeministyczna, gdyż brak w niej silnych, mądrych postaci kobiecych, które samodzielnie stawiałyby czoła przeciwnościom losu.

Ja wiem, że być może ona te książki tak tylko pisze pod publiczkę, ja wiem, że pecunia non olet i w ogóle, ale niestety nie mogę się oprzeć wrażeniu, że jednak ona tak całkiem na poważnie...

fejsbuczek

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (248)
Prawie rozjechałam człowieka.

Zorientowałam się, że ktoś jest na drodze tylko dzięki temu, że jego nogi na moment zasłoniły tylne światła samochodu przede mną.

Nie miałam długich świateł (bo ktoś jechał przede mną), facet postanowił zmieścić się akurat w dziurze między poprzednim autem a zasięgiem moich świateł.

Nic się nie stało, ale ku..rde flak, zarys nogi na tle czerwonego okręgu naprawdę nietrudno przeoczyć.

Piesi, dwa słowa dla Was:

Ku*wa. Odblaski.

cichociemny

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (233)
Fenomen reklam radiowych, który męczy mnie, od kiedy nie mam jak słuchać radiostacji internetowych (a naprawdę nie umiem funkcjonować bez muzyki, więc jestem skazana na radio).
Wiem, że istnieje coś takiego, jak internet, YouTube, Spotify, radiostacje internetowe, aplikacje, gramofony, najemni grajkowie z syntezatorami i chóry chłopięce. Ja to wiem, rozumiem, kapuję, ja to wręcz przyswajam. Mimo wszystko jestem skazana na radio i już).

W TV lecą reklamy wszelakich produktów i usług, od kociej karmy po chwilówki. Jest jak jest, ale jak najbardziej rozumiem dobór medium oraz częstotliwości nadawania danego spotu. Za to radio to zupełnie inna para kaloszy.

Słuchałam kilku radiostacji i w każdej jest to samo: supermarkety, samochody i... leki na zapalenie pochwy/dróg moczowych.

Najczęściej leki na zapalenie pochwy i dróg moczowych.

Reklamy samochodów nawet bywają fajne. Supermarketów - irytujące i tandetne, ale znośne... Ale dlaczego, do kutwy nędzy muszę 30 razy dziennie słuchać o upławach, bólu przy oddawaniu moczu, wydzielinach, grzybicy, świądzie i pieczeniu?

Ja rozumiem, że jakoś trzeba dotrzeć do klienta i że nic, co ludzkie nie powinno być mi obce, no ale jasna cholewa, czy to musi być 30 razy dziennie?

Co paręnaście minut? Świąd i upławy? Gęste wydzieliny? Ból przy oddawaniu moczu? Grzybica?

Świąd i upławy?

Nie ma ucieczki przed grzybicą i zapaleniem pochwy?

Ani przed wydzielinami?

Ani przed bólem przy oddawaniu moczu?

Radio

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (315)