Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Librariana

Zamieszcza historie od: 10 marca 2017 - 20:37
Ostatnio: 14 czerwca 2018 - 15:47
  • Historii na głównej: 7 z 9
  • Punktów za historie: 1396
  • Komentarzy: 81
  • Punktów za komentarze: 682
 
poczekalnia

#82399

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Niedawno wyremontowana ulica. Wzdłuż jezdni po obu stronach nowe, asfaltowe ścieżki rowerowe oraz szerokie chodniki, jednym słowem full wypas, jazda rowerem tą trasą to przyjemność. Co zobaczyłam dzisiaj? Rowerzystę, który nie jechał drogą dla rowerów ale... jezdnią. Dodatkowo wybrał buspas...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (78)

#78091

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzieci na weselu! Temat równie kontrowersyjny jak religia czy polityka.

Ja również miałam nieprzewidziane akcje przed weselem - na zaproszeniach były nazwiska wyłącznie rodziców, żadnych dzieci. Efekt? Zapraszana kuzynka męża bierze swojego trzyletniego synka na kolana i mówi "Kochanie, zobaczysz wesele" - i jak wytłumaczyć mamuśce, że według mnie impreza do 3 w nocy z alkoholem, to nie miejsce dla brzdąca? Dla niektórych to było tak oczywiste, że nawet nie informowali, że przyjdą z dzieckiem...

Koniec końców sporo osób uznało, że zamiast zrobić sobie "wagary", podrzucić przychówek dziadkom lub zamówić nianię i świetnie się bawić, przyjdą z dziećmi. I żeby jeszcze te dzieci były w wieku, w którym można wynająć animatorkę... Ale to były dwu-, trzylatki, z reguły uczepione mamy.

Po zmroku jednak dzieci zostały odebrane z wesela przez babcie/ciocie, ogólnie zostały odstawione do domu (czyli opiekę dało się zorganizować), rodzice zostali na imprezie.

Pozostał pewien efekt uboczny. Po wyjściu dzieci przy stołach zostało kilkanaście pustych miejsc. Goście się poprzesiadali, bo faktycznie dziwnie siedzieć przy 12-osobowym stole w czwórkę...
I tak, przez większość wesela w sali (warto zaznaczyć, że dość ciasnej) stał pusty stół...

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (190)

#81920

(PW) ·
| Do ulubionych
Ledwo wyjechałam rowerem na drogę, a już kilka piekielności za mną…

Moja codzienna trasa biegnie wzdłuż sporego targu. Targ jest ogrodzony, jest jedno główne wejście. Wzdłuż płotu jest kolejno: pas zieleni, ścieżka rowerowa i chodnik. Wszyscy emeryci, spieszący rano na zakupy, lezą środkiem ścieżki rowerowej, mimo że do bramy zostało jeszcze 100 metrów. Warto nadmienić, że nie reagują na dzwonek, wołanie, nic o poziomie decybeli niższym niż trąba jerychońska (młodsi użytkownicy drogi też preferują ścieżkę rowerową zamiast chodnika, ale przynajmniej na dźwięk dzwonka odskakują spłoszeni).

Dalej ścieżka dochodzi do przystanku autobusowego i mija go łukiem z tyłu. Niestety, tam również trzeba zachować czujność, ponieważ stanie "za przystankiem" jest o wiele atrakcyjniejsze niż "na przystanku", więc łatwo o kolizję.

I na koniec sytuacja z wczoraj: jadę wspomnianą ścieżką (obok, jak wspomniałam, szeroki i wygodny chodnik), z naprzeciwka nadciąga mamuśka, tata i dziecię w wózku. Ja nadjeżdżam, oni suną prosto na mnie. Krzyczę do nich, że to ścieżka rowerowa, a nie chodnik, na co madka odkrzykuje oburzona: "No przecież wózek to też pojazd!".

A sezon dopiero się zaczął...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (139)
zarchiwizowany
Spotkałam ostatnio znajomą. Rzadko ją widuję, więc standardowo opowiadamy sobie, co nowego.

Kiedy ją poznałam, pracowała na zastępstwie w szkole jako pedagog. Pani pedagog (PP), którą zastępowała była na urlopie macierzyńskim. Koleżanka dostała umowę na rok, potem okazało się, że PP jest w kolejnej ciąży, więc została na kolejny rok. Po jakimś czasie ją spotkałam, PP była na urlopie wychowawczym.

Minęło 7 lat. Koleżanka nadal tkwi w tym samym miejscu, na zastępstwie, bez możliwości stałej umowy. Szuka w międzyczasie czegoś innego, ale o pracę w szkole nie jest łatwo. Jednocześnie jak tylko PP zdecyduje się wrócić, ona będzie musiała odejść.
Na razie jej to nie grozi.
Pani pedagog właśnie urodziła czwarte dziecko.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 6 (38)

#78256

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie bardzo piekielne, ale uciążliwe.

Parę lat temu wynajmowaliśmy z mężem mieszkanie. Właściciel - powiedzmy Marcin - miał założony internet z UPC, umowa na czas nieokreślony, nie chciał nic zmieniać, więc pozostaliśmy przy tej opcji (zresztą dużego wyboru w tamtej lokalizacji nie było).

Po pewnym czasie coś zaczęło szwankować, internet się rozłączał, pojawiały się przerwy w dostawie... Marcin był za granicą, więc mailowo polecił nam kontaktować się z UPC.
Mąż zadzwonił na infolinię, opisał problem, sprawa załatwiona. Po jakimś czasie telefon z UPC. Pytają o pana Marcina. Mąż tłumaczy, że to pomyłka, że kiedyś dzwonił w sprawie internetu na to nazwisko (żeby nie było - w trakcie pierwszej rozmowy podał własne nazwisko, nie udawał właściciela). Ok, przepraszają za błąd. Po kilku miesiącach to samo. Mąż powtarza informację, dyktując im numer Marcina (ten sam od lat, więc powinni go mieć w dokumentach).

I tak od kilku lat, co parę miesięcy do męża dzwoni UPC i za każdym razem niezmiennie chce rozmawiać z panem Marcinem. Za każdym razem dostaje informację o pomyłce oraz właściwy numer, a mimo to po kilku miesiącach sytuacja się powtarza...

Wszystko przez jeden telefon... Trzeba było dzwonić z zastrzeżonego...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (173)

#77800

(PW) ·
| Do ulubionych
Przychodzisz z kotem do weterynarza na wizytę, umówioną ponad tydzień wcześniej. Gabinet czynny od 12, masz na 12.15, więc przed tobą będzie pewnie tylko jeden klient. Ale nie. Ktoś już jest w gabinecie, a w poczekalni czeka babka z psami.

Czekasz, aż naburmuszona pani ze sklepu zoologicznego, sąsiadującego z poczekalnią (pełniąca chyba rolę recepcjonistki, bo zapisuje na wizyty i odbiera telefony) zainteresuje się tobą (choćby spyta o powód przyjścia, bo z racji psów harcujących po poczekalni, zakotwiczyłam się w części sklepowej). Bezskutecznie, pani jest zajęta, chociaż na pogaduszki z babką od psów ma czas (widać, że się znają, bo mówią do siebie po imieniu).

Z gabinetu wychodzi klient, ale mimo, że nadeszła nasza godzina, wchodzi pani z psami, bo "była pierwsza" - naburmuszona sprzedawczyni ma wszystko w nosie, bo "ona kolejki nie pilnuje".

Po 45 minutach czekania wyszukujesz w telefonie innych weterynarzy w pobliżu. Po godzinie udaje się dodzwonić i umówić "na już". Szkoda tylko kota, który niepotrzebnie stresował się w ciasnym transporterze.

Najśmieszniejsze jest to, że wszędzie w lecznicy wiszą kartki, że dla komfortu zwierząt wszystkie wizyty są umawiane telefonicznie...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (256)

#77667

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz...

Kwestia toalet w miejscach, do których przychodzą klienci zawsze jest drażliwa. O ile toaleta ogólnodostępna jest, może się to skończyć jak w historii Okularnicy, jeśli natomiast WC jest tylko dla personelu, pracownicy często są nagabywani przez klientów o dostęp. I tak jakiś czas temu głośno było o staruszku, który wygrał w sądzie batalię, którą toczył z bankiem, gdzie pracownicy odmówili mu dostępu do swojej pracowniczej toalety, czytałam również o 3-latku, który będąc z mamą w banku musiał nasiusiać do kubeczka, bo pracownicy nie pozwolili im skorzystać z WC...

W bibliotekach jest różnie. Niektóre są wyposażone w toalety dla czytelników, wtedy nie ma problemu. Ale większość placówek ma tylko jedną toaletę. Co wtedy?
Odgórny przykaz jest taki, że mamy ją udostępniać czytelnikom. Niektóre placówki dysponują kluczykiem, wydawanym na prośbę czytelnika, a niektóre zostawiają wychodek otwarty. W wielu bibliotekach toaleta staje się więc szaletem publicznym, z którego niektórzy korzystają nie wchodząc nawet później do biblioteki.

W niektórych placówkach - w tym mojej - jest jeszcze gorzej: toaleta jest na zapleczu. Obok pokoju socjalnego i szafy na nasze osobiste rzeczy. Jednak mimo to mamy udostępniać ją czytelnikom.
W związku z tym, jeśli ktoś potrzebuje, z reguły grzecznie pyta, czy może skorzystać (w końcu wchodzi na zaplecze).

Pewnego razu matka z dzieckiem nagle postanowiła pójść do WC. Bez pytania, bez pozwolenia, ot tak ładuje się na zaplecze (jest oznaczone i podpisane, więc nie sposób tam wejść przypadkiem). Poszłam za nią i zwróciłam uwagę, że jeśli chce skorzystać, to nie ma problemu, ale należy nam o tym powiedzieć. Normalna sprawa? Otóż nie. Babka dostała niemal histerii (zaznaczam, że nie wyprosiłam jej, pozwoliłam skorzystać, tylko z prośbą o informowanie nas na przyszłość, że idzie na zaplecze), rozpętała awanturę z hasłem przewodnim "Przecież ja mam małe dziecko!!!", a następnie, nieusatysfakcjonowana rezultatem (w kontaktach z czytelnikami jestem oazą spokoju i właściwie jeszcze żaden mnie nie wyprowadził z równowagi) zgłosiła sytuację wyżej.
Po złożonej u dyrekcji skardze (ogólnie babka twierdziła, że jej nie wpuściłyśmy) wszystkie biblioteki dostały oficjalny nakaz udostępniania toalety KAŻDEMU.

I wiecie co? Nie robię tego. Kiedy wpada przypadkowy przechodzień, który potrzebuje WC, mówię mu, że nie ma. Ponieważ o ile różne sytuacje rozumiem i nie odeślę w diabły matki z maluchem czy kobiety w ciąży, o tyle nie wyobrażam sobie dzielenia toalety z całym osiedlem. Po prostu nie.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (255)

#77596

(PW) ·
| Do ulubionych
Kto korzysta z biblioteki ten wie, że największym problemem w kwestii książek (poza nieoddaniem) jest ich zalanie. Powodów może być mnóstwo: kawa, herbata lub inne napoje, pozostawienie książki na deszczu, na balkonie, w łazience (jedna z totalnie zniszczonych książek wpadła komuś do wanny). Generalnie książka + wilgoć = pomarszczone strony, pofałdowana okładka. Każdy o tym wie, jeśli czytelnik zniszczy książkę, musi ją odkupić.

Ponadto każda książka z biblioteki ma naklejone kody kreskowe. Co prawda nie mamy jeszcze czytników i całego systemu (wypożyczanie nadal "kopertkowe”), więc obecnie w ogóle z kodów nie korzystamy, ale naklejki są na każdej książce, w dwóch miejscach: z tyłu, na okładce i w środku, na stronie tytułowej.

Historia właściwa: dla kilku książek zmieniono kody. Dostałyśmy naklejki do przytwierdzenia w książkach. Iwonka, z którą pracuję (10 lat stażu pracy) pomyliła naklejki, przykleiła je w innej książce. Zdarza się. Poradziłam jej napisać maila do odpowiedniej jednostki, która zajmuje się kodami, niech nam wydrukują nowe, żaden problem.

Ale kilka dni wcześniej Iwonka podpatrzyła pewną ciekawostkę. Otóż wysyłałyśmy kartki z upomnieniami za przetrzymane książki, a kilka osób z tych zaległych wypożyczeń przyszło, zanim wysłałyśmy ponaglenia. Uznałam, że znaczków szkoda, bo już naklejone, ale mój dziadek - filatelista nauczył mnie odklejać znaczki za pomocą pary wodnej. Postałam więc nad czajnikiem, znaczki uratowane :) Iwonka widziała cały proceder, nawet jej tłumaczyłam co robię.

Kilka dni później zastałam Iwonkę w kuchni, trzymającą otwartą książkę nad gotującym się czajnikiem... Na pytanie co robi, odparła, że odkleja pomyloną naklejkę...
Mimo tłumaczeń i moich jęków rozpaczy nie zrozumiała swojego błędu. Nie przejęła się tym, że pół książki przeszło gorącą parą i kartki się pomarszczyły...

Dodam tylko, że Iwonka każde najmniejsze zagniecenie i plamkę w oddawanych książkach kwalifikuje "do odkupienia". Czy odkupiła książkę, którą sama, przez własną głupotę zniszczyła?

Odpowiedź jest oczywista. Nie.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (236)

#77511

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu musieliśmy się z mężem przeprowadzić. Znaleźliśmy tanią kawalerkę do wynajęcia w interesującej nas lokalizacji.

Pierwszy zgrzyt pojawił się już w ogłoszeniu - podana cena była z dopiskiem "za pozostawienie mebli dopłata 400 zł" - z tym, że nie były to jakieś ekskluzywne komplety, raczej lata '90-te - kanapa, stolik, regał. Ale nic, zadzwoniłam do właścicielki, umówiłyśmy się na oglądanie.

Mieliśmy przyjść po mojej pracy, o 16.40, pani wspominała, że wcześniej będzie jeszcze jedna pani, o 16.20, ale żeby zadzwonić, jak już będziemy pod blokiem. Przyszliśmy chwilę wcześniej (była 16.25). Dzwonię,a pani właścicielka:

PW: Proszę poczekać, bo ta druga pani dzwoniła, że się spóźni...

Ja: Ale my JUŻ jesteśmy, więc może wejdziemy, obejrzymy, a w tym czasie spóźniona pani dotrze na miejsce?

PW: Nie, nie, ta pani była umówiona na wcześniejszą godzinę!

Ja: Ale się spóźnia, a my już czekamy...

Nie udało mi się przekonać właścicielki. Swoją drogą już wtedy byłam zaskoczona taką taktyką - często przy oglądaniu mieszkań spotykałam innych zainteresowanych i nikt nie robił z tego problemu - w końcu zadawane pytania są podobne, a właściciel i tak zdecyduje, kto mu najbardziej odpowiada i oddzwoni.

Stoimy zatem z mężem pod blokiem - a było lato, bardzo upalny dzień, między blokami nie było nawet słabego wiaterku. Ani żadnej ławki, żeby usiąść. O 16.45 zobaczyliśmy jakąś babkę, niespiesznym krokiem zmierzającą do klatki. Tak, to była spóźniona pani. Weszła.

Mąż chciał iść, powstrzymywałam go, że skoro już jesteśmy, skoro i tak czekaliśmy tyle czasu... Próbowałam zadzwonić do właścicielki, jednak nie odbierała. Po 25 minutach oboje mieliśmy dość. Klnąc pod nosem wróciliśmy do domu. Zdążyłam wziąć prysznic i przygotować coś do jedzenia, gdy o 18.10 zadzwonił telefon.

PW: No, to czeka pani jeszcze? Bo jak coś to zapraszam na górę...

W zwięzłych słowach poinformowałam panią, że od dłuższego czasu jestem w domu.

PW: Ale jak to?! Przecież umawiałyśmy się na oglądanie!

Ja: Dokładnie! Na oglądanie, a nie na stanie pod klatką!

Ogólnie w sposób dość uprzejmy, ale kategoryczny wytłumaczyłam jej, że nie rozumiem po co kazała nam czekać, że jest niepoważna i nie chcę mieć z nią nic wspólnego.

Nazajutrz zadzwoniła jeszcze raz, by zapytać, czy na pewno nie chcę przyjść drugi raz, bo "tamta pani się nie zdecydowała"...

Do dziś myślę, że gdybyśmy wynajęli to mieszkanie, mogłabym teraz opisywać piekielne przejścia z właścicielką...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 311 (321)

1